Podcast Crazy Nauka · odc. 145

Gdy Big Pharmie się nie opłaca – prawda o badaniach klinicznych

15-12-2025 · 39 min · Tematyczny, Ciało i zdrowie, Mity, dezinformacja i teorie spiskowe

Okładka odcinka

Tu jest treść z serwisu Spotify. Po jej włączeniu Spotify otrzyma Twój adres IP i może zapisać w przeglądarce pliki cookies.

Posłuchaj też na:

Półki w aptekach uginają się od kolorowych pudełek, ale nie wszystko, co wygląda jak lek, faktycznie nim jest. Czasem to "loteria", w której skład tabletki zależy od tego, jak mocno świeciło słońce na plantacji.
Ten odcinek, który jest wynikiem płatnej współpracy z Agencją Badań Medycznych zaczyna się od tragicznej historii talidomidu. To pomaga zrozumieć, dlaczego dzisiejsze leki muszą przechodzić przez zawiłe procedury testów bezpieczeństwa. Sprawdzamy, dlaczego koncerny farmaceutyczne nie chcą badać leków dla dzieci i kto może zadbać o najmłodszych pacjentów i tych, których leczenie nikomu się nie opłaca. No i mamy też twarde dane nokautujące teorie o "masowej depopulacji" po szczepieniach.

Gościem odcinka jest prof. Wojciech Fendler, prezes Agencji Badań Medycznych

Linki, o których wspominamy w odcinku:
pacjentwbadaniach.abm.gov.pl/
euclinicaltrials.eu/search-for-clinical-trials/?lang=pl
onkologia.pacjent.gov.pl/pl/badania-kliniczne/bazy-i-wysz…
jamanetwork.com/journals/jamanetworkopen/fullarticle/2842305

Transkrypcja odcinka

Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.

[~0:00:00] Wstęp

W jaki sposób dramatyczne wydarzenia z przełomu lat 50. i 60. ubiegłego wieku odmieniły podejście do leków? Kto może zainteresować się chorobami sierocymi? Cześć, tu Ola Stanisławska i Piotrek Stanisławski, podcast Crazy Nauka.

Dziś, jak się pewnie zorientowaliście po naszym wstępie, skupiamy się na lekach. Dokładniej na czymś, o co była awantura przez ostatnich pięć lat, a właściwie nawet seria awantur. Przy czym nie były to awantury w świecie nauki, tylko raczej w świecie tych ludzi, którzy chcą bardzo koniecznie mówić o nauce, tylko że niekoniecznie mają na ten temat wystarczającą wiedzę.

Tu oczywiście chodziło nie tylko o leki, troszkę szerzej. A mianowicie o badania kliniczne. A te awantury były, no a jakże, w kontekście szczepionek przeciw COVID-19, jak pamiętamy dobrze. Ale te badania to znacznie szerszy temat. I znacznie ciekawszy niż kolejne kręcenie jeszcze jednej afery.

Dzisiejszy odcinek jest poświęcony rozmaitym substancjom, które trzeba dobrze przetestować. Ten odcinek jest elementem płatnej współpracy z Agencją Badań Medycznych. To jest państwowa instytucja, która odpowiada za rozwój badań medycznych w Polsce. I tak, o badania nad szczepionkami też tę agencję zapytaliśmy. Ekspertem, którego wypowiedzi będziecie dziś mogli usłyszeć, jest profesor Wojciech Fendler, prezes Agencji Badań Medycznych.

Jak może zauważyliście, ten dzisiejszy odcinek wychodzi dzień wcześniej. Czyli jest poniedziałek wieczór, a nie wtorek. Prawda jest taka, że przedświąteczny obłęd robienia wszystkiego naraz wymusił na nas taki układ, bo inaczej byśmy się z niczym nie wyrobili. Mamy nadzieję, że nie macie do nas o to pretensji, że dzień wcześniej ta porcja leci.

I oczywiście bardzo Wam dziękujemy, że komentujecie, że share'ujecie odcinki. Podzielcie się z szerszą pulą Waszych znajomych tym, co robimy. I przypominamy, że oprócz podcastu Crazy Nauka robimy jeszcze dwa kolejne podcasty. Oba we współpracy z Polskim Radiem. Pierwszy z nich to Laboratorium Zbrodni, czyli nasz format true crime'u z elementami naukowymi. A drugi to Sekcja Teorii Spiskowych, gdzie analizujemy to, czy te teorie spiskowe mają jakieś ziarno prawdy i o co tam tak naprawdę chodzi. W dodatku te teorie spiskowe są nie tylko do słuchania, ale też można nas pooglądać. To jest podcast wideo, zapraszamy na YouTube'a. Co poniedziałek wpada nowy odcinek.

No i musimy oczywiście przypomnieć, że jesteśmy obecni na wszystkich liczących się platformach podcastowych. I tych nieliczących się również.

[~0:03:03] Talidomid: tragedia, która zmieniła podejście do leków

Wyobraźcie sobie sytuację, w której idziecie do apteki, kupujecie lek, mający być absolutnym hitem, bezpiecznym, nowoczesnym, polecanym przez wszystkich lekarzy. I co więcej, ten lek ma rozwiązywać jeden z bardziej uciążliwych problemów, z jakimi zmagają się kobiety w ciąży. Chodzi o poranne nudności, o bezsenność. Tu mam bogate doświadczenia w tym zakresie.

I taki lek by rzeczywiście rozwiązał bardzo wiele moich problemów z czasu oczekiwania na dwójkę naszych dzieci. Tak, to brzmi jak hipotetyczna historia, ale nie jest wymyślona. I niestety nie ma happy endu. Pewnie część z Was już dobrze wie, o czym mówimy. Bo przenosimy się do przełomu lat 50. i 60. ubiegłego wieku. I to jest moment, kiedy na rynku pojawił się talidomid, czyli lek, który miał być środkiem uspokajającym, przeciwwymiotnym, takim wręcz cudownym. Tak o nim mówiono. Był reklamowany jako całkiem bezpieczny i również bezpieczny dla kobiet w ciąży. A wiadomo, że kobiety w ciąży bardzo potrzebują tego rodzaju leku, więc był masowo przypisywany.

I dopiero po czasie, kiedy na świat zaczęły przychodzić tysiące dzieci z bardzo poważnymi wadami rozwojowymi, głównie z niewykształconymi kończynami, ktoś wreszcie połączył kropki. I okazało się, że to właśnie ten rzekomo bezpieczny lek był przyczyną tragedii. Powiedziałem, że wszyscy pewnie, znaczy nie wszyscy, część z Was pewnie o tym słyszała, bo to jest rzecz, która naprawdę położyła się cieniem na historii medycyny, na farmakologii. To był bardzo mocny, zimny prysznic z tragicznymi konsekwencjami.

Ale też paradoksalnie ten efekt talidomidu sprawił, że teraz, kiedy idziecie do apteki, możecie się czuć naprawdę znacznie bezpieczniej niż kiedykolwiek wcześniej. Dokładnie, bo po tej katastrofie zrozumiano, że nie można wierzyć nikomu na słowo. I wprowadzono bardzo rygorystyczne procedury, które między innymi wymusiły badanie wpływu leków na płód i stworzyły solidne fundamenty pod współczesne badania kliniczne.

I to jest temat dzisiejszej rozmowy, niełatwy, bo wokół tych badań klinicznych krąży bardzo dużo mitów. Sporo osób boi się, że będzie królikami doświadczalnymi, że to jest coś takiego, co spowoduje, że jakieś eksperymenty ktoś na nich będzie robił. No ale z drugiej strony alternatywą dla tych badań jest brak wiedzy, chaos, czego zdecydowanie nikt tu nie chce. Więc spojrzymy dzisiaj, jak to wygląda od kuchni, kto tego pilnuje i czy powinniśmy mieć jakieś obawy.

[~0:06:08] Lek a suplement diety: czym różnią się półki w aptece

I półki w aptekach, jak wiemy, uginają się od kolorowych pudełek. No ale nie wszystko, co wygląda jak lek, faktycznie nim jest. O co chodzi z tą różnicą między lekiem a suplementem i dlaczego to jest absolutnie kluczowe dla naszej dzisiejszej rozmowy? Skupmy się teraz na czymś, co dotyczy nas wszystkich.

W sumie każdy w jakiejś sytuacji bywa w aptece. Te wszystkie półki apteczne są pełne opakowań z najróżniejszymi środkami. Na pierwszy rzut oka one wszystkie wyglądają dość podobnie. Jest ładny kartonik, w środku jest zwykle listek czy buteleczka z tabletkami, kapsułkami czy czymś innym. I zazwyczaj ulotka, gdzie jest dużo rzeczy napisane drobnym drukiem. I tu mamy pierwszy podstawowy problem, bo dla naszego mózgu tabletka to po prostu tabletka. Łykasz i ma ci pomóc.

Tymczasem z prawnego i medycznego punktu widzenia między tym, co stoi na półce A i tym, co stoi na półce B, może być absolutnie gigantyczna, drastyczna różnica. Mówimy tu oczywiście o różnicy między lekami a suplementami diety. To nie jest tylko kwestia nazewnictwa. To jest przede wszystkim kwestia tego, co właściwie producent takiej substancji musi udowodnić, zanim ten produkt trafi na rynek.

Dokładnie. Żeby lek trafił do apteki, musi przejść bardzo, bardzo rygorystyczną kontrolę. Producent musi udowodnić dwie rzeczy. Po pierwsze, że ta substancja jest w ogóle bezpieczna, a po drugie, i to jest kluczowe w tej sytuacji, że sprawdzi się w przypadku konkretnej choroby. Ten producent musi przedstawić twarde dowody z badań klinicznych.

A suplement to jest inna sprawa. Suplement to w świetle prawa żywność, środek spożywczy. Jego celem nie jest leczenie. Nie, nie jest leczenie, tylko, uwaga, uzupełnianie diety. I producent suplementu nie musi udowadniać, że jego tabletka cokolwiek leczy. On nawet nie może tego napisać na opakowaniu. I to jest oczywiście kwestia tych reklam, które bardzo często balansują na granicy prawa, sugerując nam jakieś cuda, składając jakieś obietnice.

Natomiast jest tu jeszcze jedna techniczna różnica, która, myślę, jest mało znana i może być wręcz wstrząsająca. Chodzi mianowicie o powtarzalność. Jeżeli kupujesz lek, który ma pokonać ból głowy, i kupujesz go dzisiaj, a potem kupujesz go za pół roku czy rok w innej aptece, w innej serii produkcyjnej, to masz gwarancję, że w środku jest dokładnie ta sama substancja czynna w dokładnie tej samej dawce co do miligrama. Te serie po prostu muszą być identyczne.

A co w przypadku suplementów? Tu bywa różnie. Skład między poszczególnymi seriami może się różnić. Raz jakiegoś aktywnego składnika w ekstrakcie z ziół będzie trochę więcej, raz trochę mniej, albo na przykład słońce słabiej świeciło na jakiejś plantacji. A dla żywności to jest absolutnie dopuszczalne. Ale traktowanie tego jako terapii może być po prostu zwykłą loterią.

Dlatego właśnie tak ważne jest zrozumienie, że badania kliniczne to nie jest fanaberia naukowców czy manipulacje Big Pharmy. Ich wyniki to jest to, co oddziela leczenie od zgadywania, albo wręcz niekiedy, w niektórych przypadkach, szkodzenia.

[~0:10:02] Badania komercyjne i niekomercyjne: kto za nie płaci

Skoro sobie ustaliliśmy, że leki muszą być badane, to pojawia się pytanie, jak to działa w praktyce. Bo tu mamy określenie, które w głowach może się pojawić, czyli eksperyment medyczny, i to się nie kojarzy najlepiej. Natomiast rzeczywistość jest, na nasze szczęście, nudniejsza. I dosyć mocno zbiurokratyzowana. A z tego z kolei wynika, że jest znacznie bezpieczniejsza.

I tutaj musimy wprowadzić wyraźny podział. Są badania komercyjne i są badania niekomercyjne. Najczęściej słyszymy o tych komercyjnych. To w tych sytuacjach zwykle wkraczają giganci farmaceutyczni. Wielkie koncerny, ta Big Pharma. I oni mają nową substancję, chcą ją zarejestrować jako lek i chcą oczywiście zarobić na niej. Wykładają więc potężne środki, naprawdę potężne, na badania, które mają udowodnić urzędom regulującym wprowadzanie leków do użytku, że ten ich produkt naprawdę działa. To jest biznes.

Jest tu też drugi, znacznie mniej znany świat, czyli te badania niekomercyjne. I tu już nie chodzi o zysk i nie chodzi o sprzedaż kolejnego pudełka z lekarstwami, tylko o wiedzę, która bardzo bezpośrednio ma pomóc pacjentom. Komercyjne też mają pomóc, natomiast tu odpada ten wątek biznesowy.

W takim razie obejrzyjmy to na konkretnym przykładzie. Wyobraźmy sobie taką sytuację. Mamy lek, który jest od kilku lat na rynku i wiemy, że działa, ale naukowcy, badacze wpadają na pomysł: hej, a co jeśli podamy go w innej dawce albo połączymy go z innym lekiem? Może wtedy zadziała lepiej, albo będzie miał mniej skutków ubocznych, albo na przykład będzie go można rzadziej zażywać. I firma farmaceutyczna raczej w takiej sytuacji nie wyłoży na to pieniędzy, bo ten lek już jest w sprzedaży. A być może patent na niego już wygasł, więc zysku dla tej firmy z tego raczej dużego nie będzie.

I tu powstaje luka. Ktoś musi zapłacić za sprawdzenie tego pomysłu, żebyśmy my, pacjenci, mogli być lepiej leczeni. I to jest właśnie miejsce, w którym pojawia się wspomniana Agencja Badań Medycznych. To jest instytucja publiczna. Ona finansuje między innymi badania, które są dla firm nieopłacalne, ale dla pacjentów mogą być kluczowe, ratujące życie i zdrowie. I to dotyczy na przykład pediatrii, będziemy jeszcze o tym mówić, onkologii, leczenia chorób rzadkich.

Żeby to sobie poukładać w głowach, dowiedzieć się, skąd biorą się te wszystkie dane, jak te pieniądze krążą, jaka jest w tym wszystkim rola państwa, oddamy głos prezesowi Agencji Badań Medycznych, profesorowi Wojciechowi Fendlerowi. Posłuchajcie, jak ten mechanizm wygląda od środka.

Dane biorą się przede wszystkim z pierwszych badań prowadzonych przez tak zwanego sponsora, czyli podmiot, który stara się pewien produkt leczniczy, czyli lek, zarejestrować. Nazywamy to też badaniami komercyjnymi, czyli takimi badaniami, w których ktoś, zwykle firma, bada pewną cząsteczkę, która przeszła badania przedkliniczne, w konkretnym rygorze, w reżimie badania klinicznego, po to, by uzyskać wiarygodne i pełne informacje, umożliwiające rejestrację leku. W kolejnych etapach albo prowadzone są dalsze badania komercyjne, na przykład żeby poszerzyć wskazania, zweryfikować dawkowanie, zmodyfikować różnego rodzaju sposób optymalizacji tej terapii, albo przechodzimy do czegoś, co nazywa się badaniami niekomercyjnymi. Zwykle dzieje się to równolegle, uzupełnia informacje badań komercyjnych, kiedy pomysł, co zrobić z pewnym produktem leczniczym, wywodzi się ze środowiska akademickiego, czyli naukowcy zgłaszają pomysły, żeby konkretny lek, na przykład, przetestować w kombinacji z innym lekiem, w mniejszej dawce, w nowym wskazaniu, w nowej grupie pacjentów, czy u pacjentów, którzy mają kilka różnych [? niepewne: ruchów].

Obszar, który jest interesujący, to na przykład terapie kombinowane, czyli scenariusz, kiedy pacjent onkologiczny powinien dostać dwa nowe leki i dla podmiotu komercyjnego, finansującego jeden z tych leków, takie badanie mogłoby nie być specjalnie atrakcyjne, bo w jaki sposób określić, czy benefit jest uzyskiwany w oparciu o jeden, czy o drugi lek. Dla badacza, który realizuje to w oparciu o środki publiczne, to nie ma znaczenia. Intencją jest poszerzenie wiedzy i uzyskanie korzyści dla pacjenta.

Zależnie od tego, czy badanie jest komercyjne, czy niekomercyjne, czy akademickie, będzie płacił za nie ktoś inny. W przypadku badań rejestracyjnych zawsze będzie to ten, kto tę cząsteczkę produkuje i wypuszcza lek na rynek. Jeśli chodzi o badania niekomercyjne, to jest różnie. W naszym systemie prawnym w Polsce aktualnie za większość badań niekomercyjnych prowadzonych w Polsce, a stanowią one około 6-7% wszystkich badań klinicznych prowadzonych bieżąco, płaci w większości Agencja Badań Medycznych, czyli powołany w tym celu specjalny podmiot, instytucja podlegająca pod Ministerstwo Zdrowia, która ma za zadanie wspieranie tego obszaru badań naukowych w Polsce.

Jeśli chodzi o badania niekomercyjne prowadzone w Polsce, to dotyczą one praktycznie wszystkich obszarów medycyny. Historycznie, na przykład w [? niepewne: pełni] sześciu lat działalności agencji, polityka była różna. Mieliśmy konkursy dedykowane do konkretnych obszarów, czyli na przykład konkurs na badania z neurologii i psychiatrii, czy też ostatni konkurs z onkologii, ale dążymy do tego, żeby konkursy wspierały po prostu jak najlepsze projekty badawcze, bez względu na to, jakiego obszaru one dotyczą.

Dane, którymi dysponujemy, wskazują, że w krajach rozwiniętych, jakkolwiek byśmy definiowali na tym etapie, te badania niekomercyjne powinny [? niepewne: znajduć] około 30-40% wszystkich badań realizowanych w danym kraju. Znowu, to jest procentowe, więc pytanie jest, czy lepiej mieć więcej badań w ogóle i pewną pulę niekomercyjnych badań, czy mieć ich mniej, ale większą pulę niekomercyjnych. To jest dyskusja już bardziej akademicka. Na pewno byłoby lepiej mieć więcej badań niekomercyjnych, bo to świadczy o sile naukowej danego kraju.

Jednocześnie badania niekomercyjne dają obiektywne spojrzenie na bezpieczeństwo terapii, bo znowu, badania realizowane są przez badaczy w intencji poszerzenia wiedzy. Nie ma tam interesu komercyjnego, w związku z czym mamy też pewnego rodzaju większe zaufanie, taki kredyt zaufania wobec badaczy, którzy je realizują. Jesteśmy pewni, że tam raczej chodzi o jak najszerszy dostęp do produktu leczniczego i poszerzenie wiedzy, a nie doprecyzowanie populacji tak, żeby ona maksymalizowała efekt kliniczny. Więc z samej konstrukcji badania niekomercyjnego wynika jego większa obiektywność.

[~0:16:49] Choroby rzadkie, dzieci i badania nieopłacalne dla koncernów

Ten system jest szczelny, a fałszerstwa niezwykle trudne. Ale musimy wrócić do tematu pieniędzy, bo chociaż brzmi to brutalnie, to w świecie badań komercyjnych to właśnie one rządzą. Jeśli jesteś prezesem wielkiej firmy farmaceutycznej, to w co zainwestujesz miliard dolarów?

Tu jest prosta i bolesna odpowiedź. Ten miliard dolarów pójdzie na lek na nadciśnienie, na lek na cukrzycę albo na otyłość, czyli po prostu na coś, na co chorują miliony ludzi. To gwarantuje, że te naprawdę gigantyczne koszty badań się zwrócą, że firma zarobi. To jest czysta matematyka łamana na Excela.

A co, jeżeli choroba jest rzadka? Jeśli w całej Polsce choruje na nią powiedzmy 500 osób. Dla takiego komercyjnego giganta taki rynek praktycznie nie istnieje. Koszt badań jest taki sam, a szansa na zwrot takiej inwestycji, cóż, zerowa. Dlatego te schorzenia często nazywa się chorobami sierocymi, bo nikt z wielkiego biznesu nie chce się nimi po prostu zaopiekować.

Jest jeszcze jedna grupa pacjentów i ona przez lata była pomijana dość systematycznie przez te wielkie koncerny. Nie tylko ze względów finansowych, ale może nawet przede wszystkim ze strachu przed ryzykiem, bo chodzi tutaj o dzieci. I jakkolwiek by paskudnie to nie brzmiało, z punktu widzenia wielkiej firmy robienie badań na dzieciach to jest istny koszmar. Są problemy etyczne, trudniej jest o zgody rodziców, w ogóle ryzyko wizerunkowe jest przeogromne. I efekt jest taki, że przez wiele lat mieliśmy dość absurdalną sytuację. Dorośli mieli konkretny, przebadany lek, a dziecko cierpiące na tę samą chorobę mogło go nie mieć.

Lekarze w tej sytuacji musieli radzić sobie sami. Na przykład kroili tabletki dla dorosłych na ćwiartki i przeliczali dawki na kilogram masy ciała, starali się dopasować lek do małego pacjenta. W medycynie nazywa się to stosowaniem leku off-label, czyli poza oficjalnymi wskazaniami. To działa, ratuje życie, ale formalnie nie zostało to nigdy w pełni zatwierdzone w badaniach dla danej grupy wiekowej.

I tu jest ta druga, bardzo jasna strona mocy badań niekomercyjnych, o których wspominaliśmy. Skoro państwo, w tym wypadku Agencja Badań Medycznych, nie interesuje się słupkami giełdowymi, wynikami, pieniędzmi, które przepłyną do kieszeni akcjonariuszy, to ta agencja może sfinansować właśnie te obszary, które uznawane są normalnie za po prostu nieopłacalne. Może też zapłacić za sprawdzenie, czy lek na rzadki nowotwór faktycznie działa albo czy lek dla dorosłych może być bezpieczny również dla dwulatka.

To jest wypełnienie tej luki, którą zostawia wolny rynek, i to nie są jakieś marginalne działania. Statystyki robią wrażenie. Okazuje się, że spora część środków publicznych idzie właśnie tam, gdzie ten wielki biznes woli właściwie nie zaglądać. Jak duża to jest skala i o jakich konkretnie pacjentach mówimy, odpowie profesor Fendler, bo te liczby, o których będzie mówił, pokazują prawdziwy sens istnienia publicznej agencji.

Wśród badań, które agencja finansuje, około jedna trzecia projektów dotyczy populacji pediatrycznej lub populacji mieszanej, czyli takich, w których mamy zarówno dzieci, jak i dorosłych, a jedna czwarta ze wszystkich projektów, które agencja finansuje, dotyczy chorób rzadkich. I to są zarówno choroby genetyczne, które typowo nakładają się na populację pediatryczną, ale też różnego rodzaju rzadkie nowotwory czy rzadkie choroby, które dotykają osoby w wieku dorosłym. Tutaj scenariuszy są dwa. Zwykle jest tak, że te terapie są dostępne, ale albo są nierefundowane, albo po prostu bardzo drogie, lub też mierzymy się z sytuacją, w której na przykład pacjent wykracza poza kryteria refundacyjne i nie ma dostępnej alternatywnej ścieżki terapii. W związku z tym te badania, które są proponowane w naszych projektach, dotyczą albo zastosowania w celu poszerzenia wskazań, albo zastosowania pewnych substancji terapeutycznych w połączeniu z innymi. Tak, żeby zidentyfikować możliwości wsparcia terapii jednym lekiem w połączeniu z jakąś inną cząsteczką, która w oparciu o na przykład dane naukowe czy [? niepewne: różnego zjebie] modelowanie powinna wykazywać działanie synergistyczne, czyli wzmagające aktywność. Takimi projektami też agencja zawiaduje.

Były badania dotyczące również pediatrii, na przykład poszerzenia wskazań do terapii przeciwwirusowej, HCV, w grupie wiekowej, która wcześniej nie była objęta refundacją w Polsce. Badanie niekomercyjne zostało przeprowadzone przez agencję. Pokazało, że zastosowanie tej terapii w grupie pacjentów, którzy nie byli objęci refundacją, jest na tyle skuteczne, że w oparciu o analizę danych wykonywaną przez AOTMiT Ministerstwo Zdrowia rozszerza wskazania do refundacji tego leku. Nie tylko oczywiście w oparciu o nasze badania, ale również o inne dane pochodzące z innych badań komercyjnych i niekomercyjnych. Niemniej mamy tutaj wkład pokazujący, że w oparciu o dane uzyskane przez polskich badaczy zwiększamy dostępność do terapii, która wcześniej nie była dostępna.

Takich przykładów badań mamy aktualnie w realizacji w agencji około 190 badań klinicznych, bo oczywiście projekty innego rodzaju też są finansowane poza agencją. To na przykład ogólnokrajowe badania dotyczące leczenia białaczek u dzieci, które są pewnego rodzaju rozszerzeniem tego, co działo się w Polsce wcześniej. Wcześniej wszyscy pacjenci w Polsce uczestniczyli w międzynarodowym projekcie badawczym, ale z racji mechanizmów finansowych podlegali pod protokół, który był w pewnym sensie grupą kontrolną do badania europejskiego. W tym momencie dzięki finansowaniu, dzięki realizacji tego programu w ramach badania klinicznego niekomercyjnego, jesteśmy w stanie sfinansować pewien konkretny lek, takie przeciwciało specyficzne, blinatumomab. I w oparciu o wyniki tego badania będziemy mogli podjąć decyzję, czy opłacać w tej grupie pacjentów to dodatkowe przeciwciało, wprowadzać je jako linię leczenia.

I znowu, my nie ograniczamy pola do konkretnych obszarów, w związku z czym oczekujemy, że w trakcie kolejnych konkursów, a widzimy coraz większe zainteresowanie zarówno konkursami na badania kliniczne, czyli to, co dotyczy leków, jak i eksperymenty badawcze, czyli to, co dotyczy diagnostyki i różnego rodzaju procedur medycznych, widzimy coraz więcej projektów, widzimy coraz lepsze projekty i wśród nich pojawiają się też projekty bardzo interesujące właśnie w zakresie pediatrii, chorób rzadkich, wykorzystania leków w nowych wskazaniach, czy tego, co się nazywa drug repurposing.

[~0:23:45] Szczepionki na COVID-19: dlaczego tak szybko i co z "masową depopulacją"

Skoro już jesteśmy przy finansowaniu, przy ryzyku, przy czasie, to przychodzi czas na temat, który od razu odpala się w wielu głowach, kiedy mówi się badania kliniczne. Od razu robi się czerwono gorąco i rośnie temperatura. Mowa oczywiście o szczepionkach na COVID-19 i o tym jednym pytaniu, które wciąż i wciąż powraca: skoro przed chwilą mówiliśmy, że wprowadzenie nowego leku to proces trwający 10, a czasami nawet 15 lat, to jakim cudem akurat tę szczepionkę dostaliśmy w niecały rok?

Tych pytań, które padały w komentarzach podczas pandemii, zwłaszcza pod naszymi artykułami i postami, było sporo i mniej więcej tak brzmiały. Czasem to były po prostu pytania, czasem, powiedzmy sobie, bardziej dynamicznie wyrażane wątpliwości. Bo moglibyśmy usłyszeć, że poszli na skróty, że olali procedury bezpieczeństwa i w ogóle, że testują na nas to wszystko na żywo i tak dalej. Muszę przyznać, że z perspektywy kogoś, kto stoi z boku i słyszy, że zwykle to jest dekada, a teraz to jest rok, z psychologicznego punktu widzenia ta wątpliwość jest zrozumiała.

Tyle że w nauce intuicja i tak zwany zdrowy chłopski rozum często nas po prostu zawodzą, bo to przyspieszenie w zatwierdzaniu szczepionek na COVID-19 nie wzięło się absolutnie z tego, że ktoś wyrzucił do kosza rozdział pod tytułem bezpieczeństwo. Ono wzięło się z trzech rzeczy, które zadziały się naraz, a które w normalnych warunkach niemal nigdy się nie spotykają.

Przede wszystkim chodziło o pieniądze, wiadomo, zawsze chodzi o pieniądze i o priorytety, bo zwykle naukowcy spędzają połowę czasu albo i więcej na pisaniu wniosków o granty, szukaniu sponsorów i na czekaniu w kolejce w urzędach. A tu sytuacja była inna, kolejki zniknęły. Cały świat, rządy, firmy, wszystkie urzędy regulacyjne po prostu rzuciły wszystko i powiedziały: okej, robimy tylko to, skupiamy się właśnie na tych badaniach, na tych szczepionkach.

Ale jest też drugi powód, czysto matematyczny, o którym wciąż mówi się za mało. Żeby udowodnić, że szczepionka działa, musimy zobaczyć różnicę między grupą zaszczepioną a tą, która dostała placebo. Musimy poczekać, aż ludzie w grupie kontrolnej zachorują bądź nie. W normalnych warunkach, kiedy bada się szczepionkę na jakąś rzadszą chorobę, czekamy na te zachorowania latami. A przy COVID-zie, no cóż, trwała pandemia, czyli wirus był wszędzie. Ludzie w grupie kontrolnej zarażali się błyskawicznie. Więc te dane, na które normalnie czekalibyśmy, nie wiem, pięć lat czy coś, spłynęły do badaczy w ciągu trzech miesięcy.

I widać było od razu, że na wykresach z wyników tych badań krzywe rozjechały się praktycznie natychmiast. Czyli zaszczepieni byli zdrowsi, niezaszczepieni chorowali. Statystyka zadziałała bardzo wyraźnie, błyskawicznie, bo skala całego zjawiska była wtedy gigantyczna.

No dobrze, ale zostaje jeszcze ten argument: a co ze skutkami ubocznymi za 10 lat? I to jest moment, w którym musimy sobie szczerze powiedzieć, po co w ogóle robimy badania w trakcie pandemii. Celem było przede wszystkim ugaszenie pożaru, który trwał wtedy i był naprawdę niszczący. Jakbyśmy się już próbowali tej pożarowej analogii trzymać, to możemy powiedzieć, że jak płonie dom, to nie zastanawiamy się wtedy, czy przypadkiem woda z węża strażackiego nie sprawi, że za kilka lat drewno na dachu spróchnieje. To jest moment, kiedy ratujemy życie mieszkańców, ratujemy konstrukcję budynku, działamy tu i teraz. Więc wtedy te badania miały wykazać, czy szczepionka chroni przed śmiercią i ciężkim przebiegiem choroby tu i teraz. Oraz oczywiście, czy jest bezpieczna w perspektywie miesięcy. I wykazały, że chroni i jest bezpieczna.

Natomiast kwestia monitorowania długofalowego nadal trwa i to się nie kończy. Dopóki dana substancja jest na rynku, dopóty trwa ten czwarty etap badań klinicznych, który polega właśnie na monitorowaniu. I żeby nie być gołosłownym, właśnie dostaliśmy potężny dowód. Pamiętacie pewnie te mroczne wizje, że szczepionki to tak naprawdę preparaty inżynierii genetycznej, a zaszczepieni będą masowo umierać. Najpierw mówiono o roku, potem o dwóch. Trwało takie oczekiwanie, kiedy wreszcie zaczną umierać. Natomiast ponieważ nie zaczynali, ci przeciwnicy szczepień, jak te ich terminy końca świata mijały, po prostu przesuwali datę, sprawdzona metoda. Teraz na przykład słyszy się, że to będzie za 10 lat od zaszczepienia. Ale okej, nie trzeba wróżyć z fusów. Można powiedzieć: sprawdzam.

I to sprawdzenie jest naprawdę na przeogromnej próbie. Ostatnio w prestiżowym piśmie JAMA opublikowano wyniki badania z Francji. To nie jest jakaś ankietka na mojej grupie. To jest analiza danych prawie 30 milionów ludzi, którzy byli obserwowani przez 4 lata. Porównywano dokładnie zaszczepionych i niezaszczepionych w wieku od 18 do 59 lat. Jak ktoś chce się zagłębić w szczegóły, to oczywiście link do tego badania znajdziecie w opisie odcinka.

A wynik to jest nokaut dla teorii o tak zwanej masowej depopulacji. Okazało się, że osoby zaszczepione nie tylko nie umierały częściej. Uwaga, one miały o 25% niższe ryzyko zgonu z jakiejkolwiek przyczyny. Czyli nie dość, że szczepionka chroniła przed śmiercią z powodu ciężkiego COVID-u, i tu ryzyko spadło aż o 74%, to jeszcze dodatkowo ogólny bilans przeżywalności zaszczepionych wyszedł zdecydowanie na plus. I mit o tym, że szczepionka zabije nas za kilka lat, właśnie się sypie. Zresztą od początku, przyznajmy to sobie, kupy się nie trzymało, ale teraz mamy konkretne dane. Jak dokładnie wyglądała ta mobilizacja przy tworzeniu szczepionki przeciw COVID-owi i dlaczego w tym wypadku szybko nie oznaczało wcale byle jak, tłumaczy nam profesor Fendler.

Jeśli chodzi o badania kliniczne, które dotyczą szczepionek, to jest jeszcze trudniej, bo to jest obszar prewencji, profilaktyki, czyli my staramy się zapobiec efektowi klinicznemu, w związku z czym jeżeli ktoś się nie zaszczepia, a nie zachoruje, to tak naprawdę trudno powiedzieć, czy odniósłby korzyść, gdyby się faktycznie nie zaszczepił. Natomiast przykład działania w pandemii i duży wysiłek partnerstwa publiczno-prywatnego, który pozwolił na błyskawiczne przebadanie i dopuszczenie do obrotu, i w ostatecznym rozrachunku zakończenie, czy ukrócenie, jakkolwiek to nazwiemy, pandemii, pokazywał, że ten reżim badania klinicznego i scenariusz, w jaki sposób te badania są kierowane, powoduje, że można sprawnie, szybko, w sposób przewidywalny i międzynarodowy taki proces uruchomić, uzyskać odpowiednie wyniki umożliwiające podjęcie decyzji i szybkie wdrożenie produktu na rynek, co ostatecznie skutkowało wydaniem kilku miliardów dawek szczepionek i zakończeniem pandemii.

Te korzyści na kolejnych etapach jesteśmy w stanie przewidzieć i jesteśmy w stanie poprzez cały ten framework badania klinicznego, czyli całą strukturę wszystkich etapów jego uruchomienia, realizacji i raportowania, zweryfikować w odpowiedni sposób i odpowiednim aparatem statystycznym, bez względu na to, czy jest to coś, co jest terapeutyczne, czy właśnie prewencyjne.

Niekoniecznie musi być tak, że badanie kliniczne musi trwać długo, żeby przynieść dobre efekty. Mamy szereg badań różnego rodzaju, historycznie i obecnie, gdzie efekt kliniczny uzyskiwany jest od razu, zaraz po podaniu leku. Jednym z takich przykładów mogą być właśnie badania z COVID-19, czyli tą szczepionką na COVID, gdzie punktem końcowym było to, czy pacjenci zaszczepieni zachorują w konkretnym okresie czasu. Nie było sensu tego robić dłużej, jeżeli punktem oceniającym efekt szczepionki było zapobieganie infekcji, a efekty były spektakularne, bo ten wykres, który pokazywał trajektorię nowych infekcji u zaszczepionych i niezaszczepionych, to jest przykład, w którym widać gołym okiem, jak te krzywe się rozbiegają i jak skutecznie szczepionka mRNA zapobiegała zakażeniu. Nie ma sensu tego ciągnąć dalej. To nie jest tak, że badanie trzeba byłoby prowadzić przez kolejne X lat, po to, żeby [? niepewne: skazać] dobre efekty.

To jest kwestia know-how badaczy i też oczekiwań regulatora, co konkretnie chcemy osiągnąć. Tak było w pandemii: współpraca na etapie projektowania badania i oczekiwania, co konkretnie ta szczepionka ma wykazać, uzgodnienie tego przed realizacją badania spowodowało, że kiedy wyniki się pokazały i spełniły oczekiwania regulatora, można było błyskawicznie zadziałać. To był dobry przykład współpracy między sektorem prywatnym i publicznym i rzeczywiście podjęcia dużego wyzwania, wtedy przez kilka firm, ale pierwszy był Pfizer i BioNTech. Pokazał, że system badania komercyjnego, jeżeli współpracuje z regulatorem i jest w stanie te oczekiwania poznać wcześniej, to rzeczywiście takie badania można przy zaangażowaniu dużych zasobów przeprowadzić bardzo sprawnie, bardzo szybko te efekty oczekiwane potwierdzić i wdrożyć wyniki do praktyki klinicznej, zapobiegając wielu zgonom.

Czy w perspektywie 5-10 lat osoby, które tę szczepionkę dostały, będą miały jakiekolwiek powikłania, pozostaje kwestia obserwacji, ale znowu, realizując to w oparciu o konkretny reżim naukowy, czyli mając rejestry danych, weryfikując powikłania i zbierając dane na przestrzeni kolejnych lat obserwacji, jesteśmy w stanie zobaczyć, czy te efekty się faktycznie pojawią. Tego się nie dało zrobić inaczej. Jeżeli byśmy czekali 10 lat na efekty odległe, żeby zaadresować wyzwanie, które było tu i teraz, to nigdy byśmy nic nie zrobili. Kluczowe było to, żeby zapobiec kolejnym zgonom, zapobiec [? niepewne: skrzyżowaniu się] wirusa i przywrócić funkcjonowanie świata, jakie znamy. To się udało.

W perspektywie odległej zobaczymy. Praktyka na razie pokazuje, że szczepionki są jednym z bezpieczniejszych leków i trudno znaleźć jakieś konkretne dowody na to, że szczepienia szkodzą albo powodują jakiekolwiek choroby czy odległe powikłania. Raczej widzimy, że fundamenty naukowe, w jaki sposób szczepionka działa i w jaki sposób jesteśmy w stanie wykorzystać zaszyte w nas mechanizmy układu odpornościowego, żeby nakierować się na to, żeby być odpornym, a nie chorować, są dość skuteczne. I kolejne lata obserwacji, jak działają szczepionki na kolejne choroby, które ludzkość opracowała, pokazują, że to jest ścieżka, która rzeczywiście [? niepewne: otwiera] miliony istnień ludzkich.

[~0:35:07] Jak bezpiecznie szukać badań klinicznych i podsumowanie

Zaczęliśmy od talidomidu i lęku przed byciem królikiem doświadczalnym. Później pokazujemy, że dzisiejsze badania kliniczne to nie jest poligon doświadczalny, tylko raczej coś na kształt maszyny podróży w czasie. To jest w sumie niezłe określenie, dlatego że w tej chwili, jeżeli bierzemy udział w badaniu, pacjent dostaje dostęp do terapii, która standardowo w szpitalach będzie dostępna dopiero za kilka lat. Dla kogoś, kto na przykład walczy z nowotworem czy jakąś ciężką chorobą przewlekłą i kto wyczerpał wszelkie inne opcje, to nie jest po prostu eksperyment. To jest wielka szansa dla takiego człowieka.

Tu warto i trzeba bardzo mocno podkreślić jedną absolutnie kluczową kwestię. W Polsce udział w badaniach klinicznych jest dla pacjenta całkowicie bezpłatny. Jeżeli więc kiedykolwiek, gdziekolwiek usłyszycie, że ktoś proponuje wam udział w testowaniu nowego leku, ale musicie zapłacić jakieś wpisowe albo pokryć koszty terapii, to uciekajcie. Uciekajcie, wzrok was poniesie. To musi być jakaś manipulacja albo wręcz oszustwo. Bo podczas legalnych, etycznie prowadzonych badań, nadzorowanych przez agencje badań medycznych i komisje bioetyczne, pacjenci nigdy, nigdy nie płacą.

Wiemy, że to jest szansa, więc pytanie, gdzie tej szansy można szukać. Na pewno nie metodą wpisywania w wyszukiwarkę hasła "nowy lek na raka", bo w ten sposób po prostu trafi się w objęcia wszelkiej maści szarlatanów i oszustów, którzy będą nam oferowali wlewy z witaminy C czy inne bzdury. Za te bzdury płaci się grube pieniądze. Niestety też często płaci się zdrowiem, a czasem i życiem, a jest już sporo przykładów i dowodów. Dlatego korzystajmy ze sprawdzonych źródeł.

W Polsce działa strona pod tytułem Pacjent w Badaniach Klinicznych. To jest oficjalna, rzetelna baza wiedzy. Link do tej strony znajdziecie oczywiście w opisie odcinka. Istnieją też europejskie rejestry, takie jak wspomniane wcześniej CTIS. To tam są prawdziwe dane, a nie marketingowe obietnice. Najważniejszym źródłem zawsze pozostaje człowiek, czyli wasza lekarka czy lekarz. Tu musimy szczerze powiedzieć, że oni są po prostu ludźmi, więc są zapracowani. Czasem mogą nie wiedzieć o jakimś nowym badaniu, które ruszyło w innym mieście. Dlatego warto pytać. Warto być tym dociekliwym pacjentem, który dba o swój interes, o swoje zdrowie. Przypominajcie się, szukajcie, sprawdzajcie sami, ale ostateczne decyzje podejmujcie razem ze swoim lekarzem.

To jest taka myśl na koniec, bo ten system jest skomplikowany. Widać, że są w nim wielkie pieniądze, są wszelkie urzędy, procedury, biurokracja, statystyka. Na samym końcu łańcucha zawsze jest człowiek. Tu chodzi o tego człowieka. Te leki, z których ten człowiek może teraz bezpiecznie korzystać, to jest efekt tych wszystkich przeprowadzonych badań klinicznych i tych całych procedur.

A my w tym momencie dziękujemy Wam, że słuchacie, że komentujecie, że oceniacie nasz podcast. Jeżeli macie ochotę, podzielcie się informacją o tym, że tworzymy takie treści, z Waszymi przyjaciółmi, z rodziną.

Źródła

Brak listy źródeł w opisie odcinka (kolumna "źródła (z opisu)" w indeksie jest pusta).