Podcast Crazy Nauka · odc. 35
Dramatyczne wypadki w przestrzeni kosmicznej
Posłuchaj też na:
Tym razem mówimy o wypadkach, które miały miejsce w przestrzeni kosmicznej podczas lotów załogowych. Wszystkie stanowiły zagrożenie dla życia astronautów, ale tylko jeden zakończył się ich śmiercią.
Tu ważne zastrzeżenie: chodzi o zdarzenia ponad Linią Kármána – umowną granicą pomiędzy atmosferą Ziemi i przestrzenią kosmiczną, przebiegającą na wysokości 100 km. Mówimy więc o incydentach na orbicie ziemskiej czy w drodze na Księżyc, ale już nie o tych, które miały miejsce podczas startów czy lądowań.
Dowiecie się, m.in.:
- Czy będąc w kosmosie, można się utopić?
- Dlaczego kosmonauta ledwo upchnął się do śluzy, przez którą wcześniej bez problemu wyszedł?
- W jaki sposób srebrna taśma klejąca uratowała jedną z misji księżycowych Apollo?
Dziękujemy szczególnie naszemu patronowi – ManukUnta za wsparcie!
Rozdziały:
(0:00) Cześć 🙂
(5:15) Luca Parmitano – utopić się w kosmosie
(18:42) Apollo 17 – błotnik i srebrna taśma
(27:37) Gemini 8 – Armstrong wiruje
(34:33) Sojuz 11 – śmierć w kosmosie
(51:24) Apollo 13 – szczęśliwe trzynastki
(59:27) Woschod 2 – prawie wszystko źle
Transkrypcja odcinka
Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.
0:00:00 Wstęp
Ola: Czy będąc w kosmosie, można się utopić?
Piotr: Woschod 2, czyli misja, w której prawie wszystko poszło źle.
Ola: W jaki sposób srebrna taśma klejąca uratowała jedną z misji księżycowych Apollo? Cześć, tu Ola Stanisławska.
Piotr: I Piotrek Stanisławski, podcast Crazy Nauka. Wracamy, mam nadzieję, do normalnego trybu, bo przypominam, że dwa tygodnie temu nas nie było, chociaż powinniśmy być. Tydzień temu byliśmy, chociaż nie powinno nas być. Więc teraz udajemy, że wszystko jest normalnie. Udajemy normalną rodzinę, jak mówią nasze dzieci.
Ola: I wracamy do rytmu co drugi wtorek. Co dwa tygodnie będziemy starali się publikować regularnie nasze podcasty.
Piotr: Starali się, to słowo klucz, no dobra.
Ola: No wiesz, czasami bywa różnie, ale udawało nam się przez ostatni rok zachowywać tę regularność.
Piotr: No dobra, coś koło tego. W każdym razie, oby tak dalej.
Ola: Dziś opowiemy wam o wypadkach, które miały miejsce w przestrzeni kosmicznej podczas lotów załogowych. Wszystkie one stanowiły ekstremalne zagrożenie dla życia astronautów, ale tylko jedna z tych awarii zakończyła się śmiercią załogi.
Piotr: I tu ważne zastrzeżenie, to znaczy będziemy mówili o tych zdarzeniach, które miały miejsce ponad linią Karmana, czyli umowną granicą między atmosferą ziemską i kosmosem. Ta linia Karmana przebiega na wysokości 100 kilometrów, co jest zresztą dość zabawną manipulacją, o czym będzie później jeszcze mowa. To jest dosyć ważne zastrzeżenie, bo opowiadamy o tych wypadkach właśnie na orbicie ziemskiej, w drodze na Księżyc, ale nie tych, które miały miejsce podczas startów czy lądowań, chociaż o jednym lądowaniu jeszcze trochę będzie.
Ola: Ale tym, które nieszczęśliwie się…
Piotr: Nie spoileruj, jedziesz.
Ola: Awarie, których doświadczyli astronauci w przestrzeni kosmicznej, pokazują dobitnie, że tam, w tej nieprzyjaznej przestrzeni, nie ma miejsca na najdrobniejszy nawet błąd czy niedopatrzenie. Zatkanie filtra może na przykład spowodować zatrucie załogi albo zamienić skafander kosmiczny w akwarium. A awaria jednego niewielkiego silnika czy rozszczelnienie małego zaworka to również gotowy przepis na dramat.
Piotr: No właśnie i tak się składa, że ludzie z jednej strony są najsłabszym, ale też i najsilniejszym ogniwem, bo to właśnie zimna krew i działanie w dramatycznych sytuacjach astronautów w tych pechowych misjach skutkowało szczęśliwym zakończeniem albo tym, że kolejne stały się bezpieczniejsze. Wszędzie tam, gdzie ludzie mogli coś zrobić, robili.
Ola: A jeśli interesują was kosmiczne historie, to zachęcamy również do posłuchania jednego z wcześniejszych odcinków naszego podcastu. Nosi on tytuł „Kosmiczne kłamstwa w służbie propagandy i dezinformacji”, a opowiadamy tam o dyrdymałach, jakie Amerykanie i Rosjanie wygadywali na temat swoich sukcesów i porażek w kosmicznym wyścigu. Normalnie ten podcast znajdziecie tam, gdzie jesteśmy na platformach podcastowych.
Piotr: Zaczniemy numerować te podcasty, bo potem różni mądrzy ludzie, na przykład w podcaście amerykańskim albo gdzieś indziej, albo u Karoliny [? niepewne: Kułowackiej], mówią „to było w odcinku 49”, a my mówimy „znajdźcie sobie”.
Ola: A my myślimy sobie: o, chyba w ubiegłym roku.
Piotr: No właśnie, trochę chaotycznie. Opowiedziałaś o tych kosmicznych dezinformacjach i propagandach, więc dziś pod sam koniec będzie ten wątek, który, wyznam, wczoraj nawet ci nie mówiłem, o 2:40 poszedłem spać, bo jak się rozgrzebałem, tropiąc jeden taki dziwny wątek rosyjskiej dezinformacji, którego nie znałem do tej pory, to mnie wciągnęło.
Ola: No, nie jest to odosobniony przypadek.
Piotr: Nie jest, tak. A myślałem, że ta dezinformacja u mnie też nie jest odosobniona, chociaż wczoraj planowałem się położyć wcześniej. Słuchajcie, bardzo prosimy o to, żebyście nas subskrybowali, będziemy bardzo wdzięczni, bo to nam po prostu ułatwia wszelkie rozpowszechnianie się, a platformy nas chętniej wtedy rozpowszechniają, jeżeli mamy więcej subskrybentów.
Ola: A jesteśmy obecni na wszystkich liczących się platformach podcastowych.
Piotr: I teraz się boję trochę powiedzieć, bo znowu ktoś narzekał, że mówimy, że nieliczących się też, więc nie powiem tego.
Ola: Nie, nie powiedziałam tego.
0:04:58 Zalany hełm: wypadek Luki Parmitano na ISS
Piotr: No i słuchajcie, zapraszamy do nas na Patronite, bo w ten sposób możecie nas wesprzeć, będzie nam bardzo miło, jeśli nas wesprzecie.
Ola: Patronite Crazy Nauki też czeka, zaprasza, a my teraz ruszamy. Lecąc w kosmos, chyba każdy astronauta liczy się z taką możliwością, choć oczywiście liczy na to, że ta możliwość nie nastąpi: że rozszczelni się statek, spadnie temperatura, pojawi się pożar. Ale wśród tych licznych zagrożeń, z którymi liczą się ludzie latający w kosmos, utonięcie nie znajduje się raczej w pierwszej pięćdziesiątce, a śmiem twierdzić, że nie ma go tam wcale.
Piotr: Nie wspomniałaś o obawie spadnięcia za krawędź Ziemi.
Ola: No tak, to myślę, że byłaby…
Piotr: Tam też się ocean wylewa, więc można po drodze się utopić.
Ola: Można się jeszcze utopić.
Piotr: A zanim się przetrzaskamy w żółwia.
Ola: No to oczywiście cały mój koncept runął przez tę twoją uwagę. Ale uwaga, ta historia, którą teraz wam opowiem, pokazała, że całkiem niesłusznie: skafander kosmiczny jednego z astronautów zamienił się w akwarium i to bardzo poważnie zagroziło jego życiu. To był jeden z najpoważniejszych wypadków w przestrzeni kosmicznej, nawet nie ostatnich lat, tylko w całej historii lotów w kosmos.
Piotr: Będę starał się ciebie przebić, ale dawaj.
Ola: Kiedy 16 lipca 2013 roku astronauta Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) Luca Parmitano, Włoch, odbywał spacer kosmiczny na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS), zauważył, że w jego hełmie gromadzi się woda. Po niespełna godzinie od rozpoczęcia spaceru poinformował o tym kontrolę naziemną, a ta na początku właściwie to zignorowała, nie wiedząc, że stanie się to jednym z najniebezpieczniejszych incydentów w historii spacerów kosmicznych.
Operacja była zaplanowana na sześć godzin przebywania poza pokładem stacji. Uczestniczyli w niej wspomniany już Luca Parmitano i Amerykanin Chris Cassidy, którzy mieli przeprowadzić na zewnątrz stacji szereg prac i napraw. Dla Parmitana było to drugie wyjście w przestrzeń kosmiczną, Cassidy miał ich więcej na koncie, więc obaj byli doświadczonymi astronautami. Po niespełna godzinie Włoch zgłasza problem z wodą, która gromadzi mu się z tyłu hełmu. Początkowo myśli, że się spocił, ale jak na spocenie się jest tej wody stanowczo za dużo i wciąż jej przybywa. Kontrola misji na wszelki wypadek, dmuchając na zimne, wstrzymuje prace astronautów.
I tutaj warto zaznaczyć, jak zachowuje się woda w mikrograwitacji.
Piotr: Właśnie, bo od razu skojarzył mi się teledysk Radiohead, pamiętasz, jak Thom Yorke ma takie akwarium na głowie i rośnie mu poziom wody? Podobno prawie się utopił przy kręceniu tego teledysku, tak mi się skojarzyło.
Ola: U Luki Parmitano wyglądało to zupełnie inaczej, bo woda w mikrograwitacji zachowuje się zupełnie inaczej: nie ścieka w dół, bo nie ma dołu, tylko skupia się w wielkie bąble. Przyciągają się drobne kropelki i robią się z nich naprawdę wielkie bąble, o średnicy kilkudziesięciu centymetrów.
Piotr: Napięcie powierzchniowe wody robi swoje.
Ola: Tak, i te bąble lewitują w dość nieprzewidywalny sposób, oblepiając to, do czego się przykleją. I to właśnie dzieje się w przypadku Luki Parmitano. Dopóki woda oblepia mu tył głowy, nie sprawia astronaucie większego problemu, ale 20 minut później, już zaczyna mu utrudniać widzenie, bo gromadzi się w okolicach oczu. A jak przetrzeć oczy, kiedy ma się na sobie hełm?
Piotr: Zawsze mnie to przeraża, ta wizja bycia w takim skafandrze, gdzie nie możesz się w nos podrapać.
Ola: Absolutnie.
Piotr: Jakoś drapaczki do nosu.
Ola: To by sprawiło, że ja bym nie mogła być astronautką, bo jakby mnie ten nos zaswędział, musiałabym prawdopodobnie rozbić ten hełm.
Piotr: Ja bym sobie narzygał do hełmu wcześniej, więc w ogóle nie byłoby dla mnie problemu.
Ola: Dziękujemy ci za tę uwagę. Wracając do Luki Parmitano: po kolejnych 10 minutach woda zaczyna mu się zbierać już nie tylko w oczach, Włoch naprawdę niewiele widzi, nic już nie słyszy, bo zalało mu słuchawki. Co gorsza, woda zaczyna mu się zbierać też w ustach, więc nie może mówić.
Piotr: To nie brzmi zabawnie.
Ola: W ogóle nie brzmi zabawnie. Astronauta zaczyna się topić. Czytałam liczne komentarze na różnych forach: dlaczego nie mógł tej wody przełknąć? Problem w tym, że jak jest woda w skafandrze, to nie wiadomo, z jakiego źródła pochodzi. Jeżeli byłaby to na przykład woda z układu chłodzenia, to jej połknięcie mogłoby spowodować szybszą śmierć niż utopienie. Więc chyba dlatego nie mógł jej połknąć.
Wracając do tematu: w tym czasie kontrolerzy już zarządzają powrót astronautów do stacji, a szczęśliwie obaj są blisko śluzy. Parmitano wracał po omacku, po linie, szukając uchwytów na zewnątrz stacji. Potem chwalono go za absolutnie zimną krew: nie spanikował, nic nie słyszał, nic nie widział. Mówili do niego i z Ziemi, i z wnętrza stacji, a on nie miał żadnego kontaktu z rzeczywistością, oprócz tego, że wiedział, że obok jest Amerykanin. Udało im się wejść do śluzy i sprawnie wrócić. I są w śluzie: Parmitano się topi, ale musi czekać na moment, kiedy wyrówna się ciśnienie. W momencie, kiedy udaje mu się w końcu uwolnić z hełmu, wychlustuje się z niego jak z akwarium około półtora litra wody.
Piotr: Wiem, że to nie brzmi pozornie groźnie, ale wyobraźcie sobie taką scenę: siedzicie sobie, pracujecie przy stole i potrącacie łokciem szklankę z wodą. Rozlewa się ta szklanka, to jest 250 mililitrów mniej więcej. Macie dramat i panikę, wszystko zalane, stół cały mokry, komputer, telefon, uciekajmy. A teraz wyobraźcie sobie, że to jest półtora litra, a nie 250 mililitrów. To jest naprawdę dużo wody, w małym hełmie, w którym jest duża głowa, więc stosunkowo niewiele przestrzeni. Te półtora litra wody w stanie nieważkości to naprawdę bardzo dużo.
Ola: Co więcej, powiedziałam „wychlustuje się”, ale to nie jest tak, że zdejmuje hełm i woda nagle spada na ziemię. Ona znowu oblepia wszystko, zaczyna krążyć. Dopiero jak przykładają mu ręczniki do twarzy, może zacząć oddychać w ogóle, bo już zaczynał się przyduszać.
Piotr: Skąd akwarium w kosmosie?
Ola: Dokładnie, skąd ta woda w hełmie? Tutaj okazało się to bardziej skomplikowane niż początkowo przypuszczano. Początkowo sądzono, że przeciekał worek z wodą pitną i wtedy rzeczywiście połknięcie tej wody byłoby wskazane, ale nie, okazało się, że przyczyny były inne.
I tutaj Piotrek ma swoją długą opowieść o tym, jak poszukiwał informacji o radzieckim locie kosmicznym.
Piotr: Nie odpuszczę wam.
Ola: To ja muszę powiedzieć, że poszukanie informacji o tym, skąd pochodziła woda w hełmie Luki Parmitano, też okazało się nie takie proste, mimo że to historia sprzed 10 lat. Pisano o tym wypadku natychmiast po tym, jak zaszedł, ale wtedy nie wiedziano, skąd ta woda pochodziła, i nie zostało jeszcze przeprowadzone dochodzenie. A dochodzenie trwało, uwaga, do przyszłego roku, czyli do 2014, kiedy w lutym wydano ponad 220-stronicowy raport, który wyjaśniał przyczyny tego wypadku, i okazały się one bardzo skomplikowane.
To trochę jak oglądaliśmy serię tuż przed tragedią albo katastrofą w przestworzach.
Piotr: Często o tym wspominamy.
Ola: Tak, i okazało się, że szereg drobnych błędów i niedopatrzeń, jakichś maleńkich awarii zbiegł się razem i wywołał taką lawinę zdarzeń, która niemal zakończyła się tragicznie. I tutaj było podobnie. Jak zaczęłam wertować ten ponad 200-stronicowy raport, zwątpiłam, że uda mi się znaleźć przyczynę wypadku, ale wreszcie trafiłam na streszczenie, które podawało, że znaleziono przyczynę wycieku w układzie chłodzenia skafandra kosmicznego Parmitana.
Zacytuję, bo nie jest to dokładnie wyjaśnione, a ja też nie podejmuję się tłumaczenia całego zagadnienia, bo przyznam, że nie do końca rozumiem, o co tu chodziło: „zaistniał subtelny problem chemiczny z wodą, który z czasem spowodował odkładanie się zanieczyszczeń”. Czyli rozumiem, że z tej wody, która krążyła w układzie chłodzenia, coś się wytrącało.
Piotr: Możliwe, może była za twarda, może miała nie takie pH i z czymś tam wchodziła w reakcję.
Ola: Te zanieczyszczenia w końcu zablokowały filtr, co umożliwiło wodzie z układu chłodzenia przedostanie się do przewodu doprowadzającego powietrze do hełmu. I tutaj jeszcze jedną ciekawą rzecz wykryto: ten sam skafander, który nosił Parmitano, przeciekał już wcześniej, podczas spaceru kosmicznego tydzień wcześniej, ale nikt nie zwrócił na to uwagi, bo wtedy przeciek był niewielki.
Podsumowując, ten spacer kosmiczny, właściwie trudno by go nazwać spacerem…
Piotr: Właśnie, lubię to określenie. Wychodzisz sobie i wśród kwiatów i jagniąt obserwujesz słońce.
Ola: Tak, jakby to było coś kojącego i relaksującego. Ten „spacer” w cudzysłowie trwał nieco ponad półtorej godziny i był drugim najkrótszym w historii lotów kosmicznych. Jeszcze jedna rzecz: podnoszono sprawę, dlaczego czujniki biomedyczne Luki Parmitano też nie zareagowały na sytuację. W raporcie stwierdzono, że pracujące przy ciele czujniki, w ogóle urządzenia elektryczne, które były w pobliżu ciała Parmitana, miały zbyt niskie napięcie.
Piotr: No tak, przecież nikomu nie groził jakiś prąd. To jak jesteś w słuchawkach, słuchasz muzyki i zanurkujesz, to zepsują ci się słuchawki, a nie porazi cię prąd.
Ola: Niemniej istniała realna możliwość utopienia się astronauty, a NASA, która nadzorowała ten spacer kosmiczny, zwołała kilka godzin po tym wydarzeniu konferencję prasową, podczas której przyznała na głos, że rzeczywiście astronauta mógł się utopić, a ocaliła go jego zimna głowa, stalowe nerwy i opanowanie. Był to, jak wspomniałam na początku, jeden z najniebezpieczniejszych wypadków w całej historii spacerów kosmicznych, chociaż oczywiście Piotrek będzie mnie przebijał.
Piotr: Walczył o pozycję. Dobra, zanim przejdę do swojego, powiem tylko, żebyście powiedzieli innym o naszym podcaście, jeśli wam się podoba, będzie nam miło. Polecamy też nasze koszulki, link jest w opisie, mamy w sklepie różne fajne rzeczy, zresztą znajdziecie tam też koszulki kosmiczne zaprzyjaźnionej Astrofazy, więc trochę tak tematycznie tym razem.
Ola: Bardzo na czasie.
Piotr: A w ogóle chciałem powiedzieć, że materiały jak zwykle, linki, ten swój ponad dwustustronicowy raport też pewnie tam zamieszczasz, wszystkie te linki.
Ola: Tak, tak, załączyłam go i jeżeli ktoś z was będzie miał cierpliwość, to może go przejrzeć.
Piotr: Może wytropi, o co tam chodziło z tą wodą dokładnie, bo to wciąż pozostaje wątkiem niedomkniętym, ale bardzo ciekawym.
0:18:35 Urwany błotnik: naprawa łazika Apollo 17 srebrną taśmą
Piotr: No dobra. To ja zacznę od czegoś bardziej lekkiego, bo potem będą cięższe tematy. Jest taki prastary mem, właściwie chodzący po internecie obrazek, czyli taki podstawowy algorytm przy naprawie czegokolwiek: jeśli coś się nie rusza, a powinno, to popsikaj to WD-40, czyli smarem w spreju, który do końca jest smarem, wypiera wodę, ale też chroni przed rdzewieniem. Natomiast jeżeli coś się rusza, a nie powinno, to przyczep to srebrną taśmą. Może ten obrazek gdzieś damy w opisie, jak nie zapomnimy.
Otóż misja Apollo 17, ostatnia misja załogowa, jaka dotarła na Księżyc. I tam rzeczywiście było coś, co nie powinno się ruszać, a raczej urwało się dobrze. Podczas, gdy po lądowaniu rozkładano sprzęt, jeden z dwóch astronautów na powierzchni Księżyca, Gene Cernan, zaczepił błotnik księżycowego pojazdu młotkiem, który miał przyczepiony do skafandra jako narzędzie geologiczne. Gdzieś tam zahaczył i urwał błotnik. To księżycowe autko nosi dumną nazwę LRV, czyli Lunar Roving Vehicle, taki meleksik, jakby ktoś wziął podwozie samochodu z dużymi kołami i posadził na nim byle jak dwa fotele, do tego z niezbyt poważnie wyglądającą anteną. Link do zdjęcia znajdziecie w opisie odcinka.
Więc wziął ten błotnik i go urwał. I co z tego? Na Księżycu błoto przecież nie jest głównym problemem, więc po co w ogóle błotnik? Rzeczywiście, powinien się raczej nazywać pylnikiem albo czymś podobnym. Chodziło o pył księżycowy, i to właściwie kilka problemów naraz. Po pierwsze, jest go bardzo dużo, bo powstał przez miliardy lat kruszenia skał księżycowych przez meteoryty. Ilekroć coś uderzy w Księżyc, a uderza bardzo często, teraz już rzadziej, ale kiedyś bardzo często, kruszy się skała księżycowa i kruszy się meteoryt, a nie znika, tylko zostaje na powierzchni. I jest bardzo ostry, bo na Ziemi, jak weźmiemy odrobinę piasku i rozetrzemy w palcach, to jest jakby turlanie się, bo drobiny piasku na Ziemi są obtoczone.
Ola: Ulegają erozji pod wpływem wiatru i wody.
Piotr: I są takie okrąglutkie, malutkie. Jak popatrzymy na piasek, są w nim raczej kuleczkowe struktury, chyba że to na przykład pył wulkaniczny, wydobyty spod ziemi.
Ola: I on też jest bardzo ostry.
Piotr: Jest bardzo ostry, dokładnie, właśnie dlatego, że nie jest obtoczony, nie jest opracowany. Na Księżycu ten pył się nie ściera, bo nie ma jak, w związku z czym po prostu jest ostry. Cały księżycowy pył to bardzo ostre, połupane drobinki skał, które ścierają powierzchnię: jak dostaną się do jakichś urządzeń, niszczą je. I powinny być znacznie ciemniejsze, a nie przypadkiem skafandry astronautów są białe, bo mają odbijać światło i ciepło. Jak biały skafander przestaje być biały, zaczynają się problemy z termoregulacją.
Ola: Czyli nie chodzi o względy estetyczne, że po prostu takie brudasy po Księżycu chodziły?
Piotr: Oni tam i tak brudzili się paskudnie, ale chodzi głównie o to, że wchodzili do lądownika i dopiero tam się rozbierali, więc wnosili to wszystko do środka. Sprawa jest dość paskudna.
Ola: Czekaj, w lądowniku nie było chyba śluzy?
Piotr: Nie było śluzy, wchodzili i napełniali go powietrzem, ale i tak musieli te skafandry tam wciągać. No dobra, a jak ten samochodzik, czyli LRV, jeździł sobie po Księżycu?
Ola: Łazik.
Piotr: Samochodziki są zwykle bezzałogowe. Pojazd.
Ola: Pojazd księżycowy, taka była nazwa oficjalna.
Piotr: No tak. On, jak jeździł, podnosił ten pył bardzo intensywnie, a pył opadał bardzo powoli, bo mamy tam sześciokrotnie słabszą grawitację niż na Ziemi, więc jak już się podniósł, to wisiał w powietrzu, no, nie w powietrzu, po prostu wisiał, i powoli bardzo opadał.
Ola: Czyli taka mgła się tworzyła.
Piotr: Takie zapylenie: jak ci szybko przejedzie samochód po piaszczystej drodze, to masz zapylenie, które opada w ciągu minuty, a tu opada znacznie dłużej, nie powiem dokładnie, jakieś sześć minut, bo to jeszcze bardziej skomplikowane, nie ma tam wiatru ani tych wszystkich czynników.
Ola: Czyli widoczność się zmniejsza dramatycznie.
Piotr: Głównie chodzi o obrudzenie skafandrów i sprzętu. Poważna sprawa, a ci astronauci mieli świadomość, że to ostatnia z misji księżycowych, właściwie już się z nią żegnano, więc nie było przestrzeni na to, żeby coś schrzanić. Mieli tam spędzić trzy dni, przejechać ponad 35 km tym pojazdem, więc niby drobna rzecz, urwany błotnik, a okazało się, że problem jest znacznie większy, niż by się spodziewano. Pierwszego dnia jeżdżono i wszystko było potwornie usyfione, próbowano to jakoś doczyścić, więc drugiego dnia trzeba było coś z tym zrobić koniecznie. Spróbowano oczywiście użyć srebrnej taśmy, bo astronauci mieli ją na pokładzie. Nie wiem, czy mieli WD-40, o tym nic nie słyszałem, ale srebrna taśma była. Przyczepili ten urwany kawałek błotnika tą taśmą. Niestety, rozwiązanie było dobre, ale nieidealne: po czterech godzinach wszystko odpadło, głównie dlatego, że do kleju taśmy przyklejał się pył i wchodził coraz głębiej, osłabiając połączenie.
Astronauci poszli spać, a specjaliści na Ziemi jak zwykle intensywnie się głowili i wpadli na pomysł, jak się okazało, genialny. Dostali polecenie: sklejcie cztery laminowane mapy srebrną taśmą, zróbcie to przed wyjściem z lądownika na zewnątrz, tak żeby uniknąć pyłu na taśmie. W ten sposób uzyskacie awaryjny błotnik.
Ola: Ale to taki MacGyver tam siedział.
Piotr: Absolutnie, dokładnie to samo mi się skojarzyło. W tym Centrum Kontroli Lotów siedziało całe stado MacGyverów, o czym zresztą jeszcze pewnie wspomnisz przy okazji Apollo 13. Wymyślili taką kombinację i okazało się, że to znakomite rozwiązanie: sklejony bez pyłu, bardzo mocny błotnik z map sprawdził się. Przymocowano go do kikuta błotnika zaciskami, które chyba służyły do mocowania latarek. Spięcie trzymało się przez dwie kolejne wycieczki po powierzchni Księżyca. Sprawdziło się naprawdę dobrze.
Na koniec, po powrocie na Ziemię, astronauci dostali dożywotnie honorowe członkostwo w organizacji Auto Body Association of America, zrzeszającej mechaników samochodowych, za naprawę typu prowizorka, ale skuteczną. Właściwie powinni je dostać też ludzie, którzy wymyślili to na Ziemi, ale generalnie dostali astronauci. Więc powiem tak: niby banalny problem, niby trochę śmieszne rozwiązanie, ale gdyby nie udało się tego zrobić, nie wiadomo, ile z tej misji Apollo 17 w ogóle udałoby się przeprowadzić.
0:27:39 Niekontrolowane obroty: awaryjne lądowanie Gemini 8
Ola: Piotrek mówił o roku 1972, a ja przenoszę się do roku 1966.
Piotr: Tak, będziemy skakali w czasie i przestrzeni.
Ola: Jesteśmy jeszcze przed erą lotów na Księżyc, przed erą Apollo. Jest 16 marca 1966 roku i trwa misja Gemini 8.
Piotr: Właśnie, Gemini czy Dżemini?
Ola: Różnie się to mówiło, bo chyba Gene Kranz w jednym z programów Discovery albo National Geographic mówił „Gemini”, co mi trochę złamało mózg, ale tak mocno weszło, że teraz będę tak mówiła.
Piotr: Jeszcze jeden wątek: zdaje się, że był taki zgrzyt, że jedni mówili „Dżeminaj”, a drudzy „Dżemini”, na takiej zasadzie, że ci, co się znali, mówili w jeden sposób, a laicy w drugi, i rozpoznawali się po tym, kto jak mówi.
Ola: Ciekawe, czy byłabym wtajemniczona. Gene Kranz, kiedy tak mówił, był szefem kontroli lotów NASA.
Piotr: To był raczej z tych wtajemniczonych.
Ola: To w takim razie jestem wtajemniczona. Rok 1966: astronauci po raz pierwszy w historii lotów kosmicznych dokują do innego statku w przestrzeni kosmicznej. To jeden z elementów przygotowań do realizacji programu Apollo, którego celem było lądowanie na Księżycu. Przypominam, konieczny był taki manewr, że statek macierzysty, czyli moduł dowodzenia, pozostawał na orbicie, a odłączał się od niego lądownik, na przykład Orzeł, który wylądował. W drodze powrotnej ten lądownik musiał ponownie zadokować do modułu dowodzenia, więc potrzebne było przeszkolenie tego manewru. Tego pierwszego w dziejach dokowania w przestrzeni kosmicznej dokonał nie kto inny, jak Neil Armstrong, który trzy lata później, jako dowódca misji Apollo 11, jako pierwszy człowiek stanął na Księżycu. Towarzyszył mu w tej misji Gemini 8 astronauta David Scott, który później był pilotem modułu dowodzenia Apollo 9, który nie lądował jeszcze na Księżycu, oraz dowódcą Apollo 15.
Piotr: Która zresztą była pierwszą misją wykorzystującą ten samochodzik księżycowy.
Ola: W marcu 1966 roku statek Gemini 8 dogonił na orbicie statek docelowy Agena i połączył się z nim. Następuje sekwencja wydarzeń, która była o włos od tragicznego zakończenia. Mały spoiler: jeśli oglądaliście film „Pierwszy człowiek”, zapewne wiecie, co się później wydarzyło. Oba statki zaczęły się razem kręcić, stopniowo przyspieszając. Armstrong od razu używa silników odrzutowych Gemini, żeby zatrzymać obroty, ale to niestety nic nie daje. Statki wirują dalej. Nie mając żadnego kontaktu z kontrolerami w Houston, z dala od jakichkolwiek stacji przekaźnikowych, Armstrong bezskutecznie próbuje odzyskać kontrolę nad statkiem. Gemini zaczyna wirować z prędkością, która w ogóle utrudnia astronautom obserwację przyrządów. Obaj obawiali się, że Agena może się rozpaść i wybuchnąć, więc zdecydowali się od niej odłączyć, skracając okres dokowania. Kiedy jednak oddalili się od Ageny, własny statek zaczął obracać się jeszcze szybciej, aż w końcu wykonywał jeden pełny obrót na sekundę.
Piotr: To jest ekstremalnie dużo. Jakby się komuś skojarzyło z karuzelą, to znacznie gorzej, znacznie szybciej, a problemem jest po prostu przeciążenie.
Ola: Przeciążenie, które grozi utratą przytomności, a w tej sytuacji utrata przytomności to utrata kontroli nad statkiem i właściwie śmierć astronautów. Statek nie reagował na polecenia, więc astronauci domyślili się, że przyczyną błędu musi być jeden z silników manewrowych, który się zablokował. Później okazało się, że to było słuszne przypuszczenie: zablokował się w wyniku zwarcia. Sytuację opanował Armstrong, zachowując maksymalnie zimną krew. Niemal tracąc przytomność, zdołał jeszcze wyłączyć wszystkie działające silniki i jednocześnie przełączyć się na inny system, aktywując system przeznaczony do sterowania podczas wejścia statku w atmosferę. Tym samym wykonał pierwsze w historii lotów kosmicznych awaryjne lądowanie.
Piotr: I musiał wyhamować te obroty po samym wyłączeniu silników.
Ola: Wyhamował obroty, sterując już tymi silnikami przeznaczonymi do lądowania. Zanim astronauci zdołali się ponownie skontaktować z Centrum Kontroli Lotów, kryzys był zażegnany. Kolejne misje Gemini miały specjalne wyłączniki, pozwalające na odcięcie zasilania poszczególnych silniczków, a dzięki modyfikacji konstrukcji samych silników, dokonanej po tym wypadku, problem już nigdy się nie powtórzył.
Piotr: Zresztą później, przy wyborze dowódcy pierwszej misji lądującej na Księżycu, dość istotne znaczenie ponoć miało to, że Armstrong sprawdził się w tak trudnej, krytycznej sytuacji. Było kilka osób, które miały szansę.
Ola: Były brane pod uwagę.
Piotr: I to ponoć miało zasadnicze znaczenie. Zresztą, o czym już chyba opowiadaliśmy, choć nie pamiętam dokładnie, samo lądowanie Apollo 11, ostatnia minuta przed wylądowaniem, to była dokładnie awaryjna sytuacja, kiedy komputer powiedział „radźcie sobie sami”. Dostawali sprzeczne informacje o błędzie.
Ola: Że uderzają właściwie w powierzchnię.
Piotr: I zostało im paliwa na ile?
Ola: 20 sekund.
Piotr: Tak jest, zanim usiedli. I to były dokładnie decyzje podejmowane w podobnej sytuacji. Tam nie było zagrożenia życia, było zagrożenie misji, bo to nie groziło rozbiciem się, ale gdyby te 20 sekund upłynęło, musieliby wracać do modułu.
Ola: Musieliby wracać, bo po prostu nie starczyłoby im paliwa na powrót. I to było tak starannie wyliczone.
0:34:31 Tragedia Sojuza 11 i linia Karmana
Piotr: Więc decyzja była, jak widać, bardzo słuszna. No dobra, teraz opowieść najbardziej dramatyczna: jedyny przypadek śmierci ludzi w kosmosie, czyli misja radziecka Sojuz 11.
To jest w jakimś stopniu umowne, bo co właściwie znaczy „śmierć w kosmosie”. Wiele osób zginęło podczas lotów kosmicznych i przygotowań do nich, ale tu trzymamy się tego oficjalnego, choć umownego wyznacznika granicy kosmosu, czyli linii Karmana, o której już wspominaliśmy. Przebiega ona na wysokości 100 kilometrów, chociaż jest to mocno umowne, może jeszcze na koniec o tym powiem, jak nie zapomnę. Ale wróćmy do tej misji.
Zginęły tam trzy osoby: radzieccy kosmonauci Gieorgij Dobrowolski, Wiktor Pacajew i Władysław Wołkow. Tak naprawdę w ogóle mieli nie lecieć podczas tej misji. Stanowili pierwszą załogę rezerwową, natomiast w załodze podstawowej na cztery dni przed startem wykryto podczas prześwietlenia coś, co mogło być gruźlicą. Było podejrzenie gruźlicy, które chyba się potem nie potwierdziło, ale automatycznie wycofano całą załogę i poleciała załoga rezerwowa.
Sojuz 11 to była druga misja załogowa do pierwszej na świecie stacji orbitalnej, Salut 1. Salut 1 miał się nazywać Zaria, czyli zorza, i zresztą miał to wymalowane na kadłubie, a na kilka dni przed startem domalowano do tego „Salut”, bo coś się tam poprzestawiało w planach, nie wiem dlaczego tak miało być. W każdym razie była to Zaria-Salut. Stacja została wniesiona na orbitę 19 kwietnia 1971 roku i przebywała tam stosunkowo krótko, bo spłonęła w atmosferze 11 października tego samego roku, więc to była raczej krótka misja. Nie miała, zdaje się, silników korekcyjnych, które utrzymywałyby ją tam dłużej, to była taka pierwsza próba czegoś takiego.
Pierwsza załoga poleciała tam 22 kwietnia, trzy dni po umieszczeniu stacji na orbicie. Pięć godzin walczyli, próbując wejść na pokład, ale niestety zepsuł się mechanizm dokujący, w związku z czym nie udało im się tam dostać: statek się podłączył, ale nie udało się otworzyć przejścia. Nie weszli, pokręcili się wokół Ziemi i wrócili z powrotem.
Ola: Boże, jaka masakra.
Piotr: No, słabo. W ogóle to nie była szczęśliwa stacja. Druga misja to właśnie Sojuz 11. Widać długą przerwę, bo tamci próbowali dostać się pod koniec kwietnia, a Sojuz 11 wystartował 6 czerwca i 7 czerwca kosmonauci weszli do stacji.
Ola: Ale długo walczyli, żeby wejść?
Piotr: Nie, nawet nie, to znaczy walczyli krótko, bo już nie wiem, co to był za problem, nie badałem tego wątku, ale udało się wejść bez problemu. Problemem było co innego: w stacji owszem było powietrze, ale było zadymione. Nie wiem dlaczego, czy to był jakiś efekt, czy coś się przepaliło, czy coś przy starcie się nasyfiło. W każdym razie dało się tam oddychać, więc weszli, wymienili filtry powietrzne, włączyli cały system oczyszczania, po czym wrócili do swojego Sojuza i pierwszą dobę spędzili w nim, co nie było wygodne, bo było ciasno jak cholera.
Ola: Sojuzy są ekstremalnie ciasne, trzech załogantów mieści się tam na sztywno.
Piotr: Tak, to jeszcze był trójosobowy Sojuz, potem były już dwuosobowe, o tym jeszcze powiem. W każdym razie upchnęli się, udało im się dostać i przebywali tam bardzo długo jak na tamte czasy: to był absolutny rekord, 22 dni, bo wcześniej wszystkie misje trwały kilka dni. Prowadzili tam sporo sensownych i ciekawych, nowatorskich badań, bo badania tego rodzaju nie mogły wcześniej być prowadzone tak długo w jednym miejscu. Głównie były to badania biologiczne, sprawdzali, jak zachowuje się ludzki organizm, obserwowali Ziemię, mieli tam bieżnię, która była problemem, bo jak na niej biegali, trzęsła się cała puszka stacji, bo to tak naprawdę była taka blaszana rura, więc niedobrze się to nadawało do ćwiczeń, bo wszystko dygotało.
Ola: I co, zbaczała wówczas stacja z kursu?
Piotr: Nie, nie zbaczała, ale bali się, czy coś się nie urwie albo nie rozszczelni, więc z tym było wiele problemów.
Ola: Taka zaawansowana technika.
Piotr: Tak, w każdym razie naprawdę osiągnęli tam dużo, jeśli chodzi o badania kosmiczne jak na tamten czas. 29 czerwca, czas na powrót, załadowali do Sojuza 11 wszelkie badawcze próbki, nakręcone filmy, sami upakowali się na siedzenia i rozpoczęli procedurę powrotu na Ziemię. Częścią tej procedury było odrzucenie od Sojuza 11 przedziału roboczego i modułu serwisowego. Nastąpiło to o godzinie 22:47 GMT i był to ostatni raz, kiedy udało się nawiązać kontakt radiowy z załogą. 25 minut później automatyczny system lądowania bezpiecznie posadził kapsułę na stepie w Kazachstanie, tam, gdzie planowano. Szybko dotarła do niej ekipa, która miała podjąć kosmonautów. Zacytuję Kerima Kerimowa, który był wtedy szefem Zarządu Kosmicznego Ministerstwa Budowy Maszyn Ogólnych ZSRR.
Ola: Taka nazwa piękna.
Piotr: Tak, mieli takie nazwy. Cytat: „Na zewnątrz nie było żadnych uszkodzeń. Zapukali w burtę, ale nie było żadnej reakcji z wewnątrz. Byli w celach nieruchomych, z ciemnoniebieskimi plamami na twarzach i śladami krwi wyciekającej z nosa i uszu. Wyciągnęli ich z kapsuły lądowniczej. Dobrowolski był wciąż jeszcze ciepły. Lekarze zastosowali sztuczne oddychanie. Na podstawie ich raportów przyczyną śmierci było uduszenie”.
To był pierwszy raport. Odtajniono zresztą wiele lat później film pokazujący próby reanimacji, widać na nim, jak ci ludzie leżą na noszach, jak próbują im robić masaż serca. Nie udało się nikogo odratować. W czasie sekcji okazało się, że przyczyną nie było bezpośrednio uduszenie, tylko dekompresja. Zaraz o tym powiem. Co się tam właściwie wydarzyło?
Ola: Jak była dekompresja, to uciekło im powietrze.
Piotr: Zaraz o tym powiem. Tak naprawdę problemem była choroba dekompresyjna, głębokościowa można powiedzieć. Chodzi o tempo dekompresji. To jest ten problem, kiedy weźmiecie butelkę z wodą gazowaną, najlepiej nową, albo z kolą, i ją odkręcicie: gwałtownie zaczyna bąbelkować. Chodzi o to, że przy wyższym ciśnieniu rozpuszczalność gazów w cieczach jest lepsza. W takiej butelce panuje wysokie ciśnienie i gazy spokojnie się w niej rozpuszczają. Podobnie jest z ludzkim organizmem: przy wyższym, normalnym, atmosferycznym ciśnieniu gazy są rozpuszczone w określonej ilości we krwi.
Ola: Tak jak przy nurkowaniu.
Piotr: To już nie idźmy w nurkowanie, bo o chorobie dekompresyjnej moglibyśmy zrobić oddzielny odcinek po naszym kursie nurkowym, to bardzo ciekawy wątek, fizyka cieczy i gazów, ale nie idziemy dokładnie w to. Chodzi o to, że jeżeli przy ciśnieniu, powiedzmy, około jednej atmosfery masz określoną ilość gazu rozpuszczoną we krwi, a to ciśnienie nagle bardzo mocno spadnie, to dzieje się dokładnie to, co w butelce: gazy zaczynają się wydzielać z krwi, bo gorzej się rozpuszczają, i wydzielają się w całym organizmie w postaci bąbelków. To wygląda, jakby się gotowała krew, to nie jest dokładnie wrzenie, ale podobne zjawisko.
Ola: I to zjawisko wywołuje zniszczenia od tych mniejszych do tych większych. Najgroźniejsze są oczywiście zniszczenia naczyń w mózgu, bo robią się mikrowylewy albo nawet całkiem duże wylewy.
Piotr: Dokładnie, to była bezpośrednia przyczyna śmierci.
Ola: Stąd te fioletowe wybroczyny pewnie.
Piotr: Tak, dokładnie, i też krew z uszu, z nosa. Bezpośrednią przyczyną śmierci były wylewy krwi do mózgu, ale następowały one w całym organizmie, bo z jednej strony te bąbelki rozsadzają naczynia, z drugiej zatykają je, więc mamy albo wylew, albo zator, albo jedno i drugie.
Technicznie rzecz biorąc, problemem był moment oddzielenia modułu serwisowego. Następowało to w wyniku wybuchu szeregu pirotechnicznych złączy, po ludzku mówiąc, wybuchowych śrub. Te złącza miały odpalać się sekwencyjnie, jedno po drugim, ale ktoś coś spieprzył i wybuchły wszystkie naraz. Odstrzeliły więc ten moduł, ale wstrząs był na tyle duży, że spowodował otwarcie maleńkiego zaworka o średnicy raptem milimetra. Był to bardzo ważny zaworek, bo miał się otworzyć podczas lądowania na wysokości pięciu kilometrów nad Ziemią i wyrównać stopniowo ciśnienie w kabinie z atmosferycznym. Tymczasem wyrównał to ciśnienie nie na pięciu kilometrach, tylko na 168 kilometrach nad Ziemią.
Kapsuła była mała, więc powietrze uciekło szybko. Z późniejszych badań i analiz wiemy, że ciśnienie spadło do zera w ciągu 212 sekund, a załoga straciła przytomność po około 40 sekundach, śmierć nastąpiła wkrótce potem, gdy ciśnienie było już na tyle niskie, że nie dało się tego przeżyć. Problem polegał również na tym, że ten zawór znajdował się pod siedzeniami, więc w tak ciasnej kabinie prawie nie dało się do niego dostać. Prawdopodobnie Wiktor Pacajew próbował jakoś zatrzymać ucieczkę powietrza, musieli słyszeć, skąd to się dzieje, bo jego ciało znaleziono w pozycji wskazującej na to, że próbował dostać się pod fotel. Później sprawdzano, że dostanie się tam zajmowało dobrze ponad minutę, więc nie dało się tego przetrwać.
Sytuacja była więc dramatyczna. Jedynym w miarę pocieszającym elementem jest to, że umarli dość szybko, to nie był bardzo długi czas, choć śmierć nastąpiła jeszcze w kosmosie, na pewno na dużej wysokości.
To miało też liczne konsekwencje: wstrzymano kolejny lot na stację Salut 1, więc właściwie była tam tylko jedna załoga, a stacja już w październiku spłonęła. Przebudowano też Sojuzy: od tego czasu latały już tylko dwie osoby, w dodatku w skafandrach. Nie takich do wyjść w przestrzeń kosmiczną, ale ciśnieniowych, które są w stanie wytrzymać taką sytuację. Zresztą do dziś używana jest ta sama konstrukcja skafandra, po stosunkowo niewielkich zmianach i unowocześnieniach.
Ola: Jak się ogląda filmy ze startu czy lądowania, widać, że astronauci i kosmonauci mają na sobie te skafandry, mają hełmy kosmiczne.
Piotr: Właśnie w wyniku tego zdarzenia. Oczywiście Rosjanie, jak to Rosjanie, ukrywali przyczyny tego wypadku przez dwa lata, może nie aż tak strasznie długo, ale miało to konsekwencje dla Amerykanów, bo w kolejnym roku poleciał w kosmos Skylab, amerykańska stacja kosmiczna, a astronauci amerykańscy obawiali się, czy śmierć Rosjan nie nastąpiła w wyniku zbyt długiego przebywania w kosmosie, w stanie nieważkości, bo te 22 dni to był podówczas rekord, potem pobity właśnie na Skylabie. Główny lekarz uspokajał, że to na pewno nie to, dziś wiemy, że rzeczywiście nie to. Podejrzewał, że mogło to być jakieś zatrucie toksycznymi gazami, które dostały się do kapsuły. Dopiero potem ujawniono sporą część tych szczegółów.
Jeszcze ostatni wątek: w miejscu, gdzie wylądowała kapsuła, postawiono później pomnik, metalową kolumnę z twarzami tych kosmonautów. Oczywiście pomnik, jak to w Rosji, został ukradziony w 2012 roku, najprawdopodobniej przez złomiarzy, którzy go rąbnęli i wycięli, zostały tylko takie kikuty podstawy. Roskosmos postawił tam nowy pomnik, ceglany, z tablicą wyjaśniającą, co się stało z poprzednim.
Ola: Przypominam, że Kazachstan to była wówczas Republika Związku Radzieckiego.
Piotr: Tak, dokładnie.
Ola: To dlatego o tym tak mówimy.
Piotr: No, dokładnie. A jeszcze miałem krótko powiedzieć o tej linii Karmana. To dość ciekawa opowieść, bo Theodore von Karman był inżynierem, fizykiem, Amerykaninem pochodzenia węgierskiego, który starał się obliczyć granicę, powyżej której atmosfera ziemska jest na tyle rozrzedzona, że nie da się już uzyskać siły nośnej. Wyznaczył tę granicę na 83 kilometry z groszami i rzeczywiście to się zgadza, to jest granica między mezosferą a termosferą, mniej więcej w tym rejonie. Teraz nie do końca wiadomo, dlaczego później nazwano tę umowną granicę, na 100 kilometrach, linią Karmana, skoro Karman wyznaczył ją gdzie indziej.
Ola: A może łatwiej było zapamiętać 100 kilometrów niż 83?
Piotr: No tak, ale to jest wybitnie umowne. Tak naprawdę Międzynarodowa Federacja Lotnicza sobie coś takiego ustaliła. Co ciekawe, nie wszyscy się z tym zgadzają, bo Stany Zjednoczone oficjalnie nie definiują tej granicy. Z kolei siły zbrojne uznają za astronautę kogoś, kto był na wysokości większej niż 50 mil, czyli trochę ponad 80 kilometrów.
Ola: Czyli zgadzają się z Karmanem.
Piotr: Mniej więcej, natomiast był spór między siłami zbrojnymi, NASA i tak dalej. Więc, jak mówię, to bardzo umowna granica, ale dzięki temu, że to akurat te 100 kilometrów, a nie co innego, łatwo ją zapamiętać, więc tak się przyjęło.
0:51:27 Wybuch zbiornika tlenu: Apollo 13
Ola: A ja cofnę się do roku 1970, 13 kwietnia tego roku. Trzeci dzień misji na Księżyc. Załoga Apollo 13 słyszy głośny huk, co daje początek sekwencji zdarzeń, która o mało nie doprowadziła do katastrofy. Ocalenie astronautów to był prawdziwy majstersztyk, osiągnięty dzięki współpracy wszystkich tych mózgowców z Centrum Kontroli Lotów, ich inteligencji i opanowaniu astronautów. Jeżeli oglądaliście słynny film „Apollo 13” Rona Howarda z Tomem Hanksem w roli głównej, wiecie, o czym mówię. Ich historia jest naprawdę fascynująca, a film świetny, oglądaliśmy go już nie wiem ile razy.
Piotr: Zresztą kręcony w stanie nieważkości w dużej części.
Ola: Tak, dlatego tak fajnie, wiarygodnie wygląda. Ale wróćmy do samych początków misji Apollo 13. Wystartowała 11 kwietnia o godzinie 13:13. Pechowa trzynastka już przed lotem dała się we znaki załodze, choć astronauci w ogóle nie są przesądni. Oprócz dowódcy Jamesa Lovella i pilota modułu księżycowego Freda Haise'a, w locie wziął udział pilot modułu dowodzenia Jack Swigert, który w ostatniej chwili zastąpił Kena Mattingly'ego, uziemionego podejrzeniem zarażenia się różyczką. Mamy tu podobną sytuację jak tę, o której ty wcześniej mówiłeś: samo podejrzenie wystarczyło, żeby ktoś nie wziął udziału w locie załogowym.
Piotr: No to i tak nie wywalili całej załogi, tylko jedną osobę.
Ola: Tak, to akurat dobrze. Kiedy 13 kwietnia astronauci usłyszeli huk, znajdowali się około 320 tysięcy kilometrów od Ziemi, a więc byli już dużo bliżej Księżyca niż domu. Początkowo myśleli, że to meteoroid uderzył w moduł księżycowy, wciąż połączony z modułem dowodzenia.
Piotr: Nie brzmi dobrze.
Ola: Ale prawda okazała się chyba jeszcze gorsza, bo dźwiękiem, który usłyszała załoga, był w rzeczywistości odgłos eksplozji zbiornika z płynnym tlenem. To spowodowało całą sekwencję zdarzeń. Najpierw było zwarcie, wywołane przez uszkodzoną jeszcze na Ziemi izolację na kablu, który doprowadzał zasilanie do mieszacza płynnego tlenu wewnątrz zbiornika. Kiedy astronauci wykonali standardową procedurę zmieszania tlenu, żeby zapobiec jego uwarstwieniu, we wnętrzu zbiornika wzrosła temperatura i ciśnienie, w wyniku czego znajdujący się w module serwisowym zbiornik eksplodował.
Ale to nie wszystko, bo wybuch uszkodził też drugi zbiornik, z którego wyciekł zapas płynnego tlenu, a zniszczenia dotknęły też wnętrze modułu serwisowego, z którego powierzchni odrzucona została pokrywa. To miejsce, z którego odleciała, zostało utrwalone na zdjęciach i potem intensywnie analizowane. W efekcie misja została w znacznym stopniu pozbawiona zasilania. Astronauci oczywiście nie wylądowali na Księżycu, co było celem misji, ale musieli go okrążyć, żeby statek zyskał rozpęd w ramach asysty grawitacyjnej i mógł w ogóle wrócić na Ziemię. To był manewr bardzo starannie obmyślany w Centrum Kontroli Lotów w Houston, bo kiedy usłyszano, co się stało, i zaczęto analizować sytuację, wyszło na to, że prawie nic nie da się zrobić: statek leci w stronę Księżyca, zawrócić się nie da, nie ma mocy, nie ma zapasu tlenu. Trudno sobie wyobrazić, że coś się z tym da zrobić, a jednak zrobiono.
Przede wszystkim trzyosobowa załoga natychmiast musiała opuścić uszkodzony moduł dowodzenia i stłoczyć się w przeznaczonym na dwie osoby module księżycowym. Przypominam, to jest takie niewielkie coś, co ma lądować na Księżycu.
Piotr: Jest dla dwóch osób, a nie dla trzech.
Ola: I tam musieli się zmierzyć z niedoborem prądu, z ograniczeniem ogrzewania, co zamieniło wnętrze statku właściwie w lodówkę. Brakowało też wody pitnej. Kluczowym momentem w tych wszystkich przeciwnościach losu okazała się konieczność wymiany filtra dwutlenku węgla, bo filtr w module księżycowym uległ nasyceniu. Zbyt wiele osób zbyt długo oddychało w tym samym miejscu, co spowodowało wzrost stężenia CO2 i zaczęło zagrażać życiu załogi. 15 kwietnia dokonano tej wymiany, a przełożenie filtra z modułu dowodzenia okazało się naprawdę wyzwaniem, bo okazało się, że jeden filtr jest prostokątny, a drugi okrągły.
Piotr: Zawsze mnie to fascynowało.
Ola: Jak dopasować kwadracik do kółeczka.
Piotr: Bardziej to, że dwa różne zespoły musiały nad tym pracować, każdy zrobił swoje jak najlepiej, tylko nikt nie pogadał pośrodku.
Ola: Nikt nigdy nie sądził, że może dojść do jakiegokolwiek transferu filtrów między modułem dowodzenia a modułem księżycowym. Niby głupota, a okazuje się, że od tego zależy życie trzech ludzi. Ostatecznie zespół naziemny w błyskawicznym tempie, i tu dochodzimy do tego, o czym ty mówiłeś przy okazji skonstruowania błotnika, czy raczej pylnika księżycowego, skonstruował taki adapter, który pozwolił na zamianę filtrów. Użyli do tego ograniczonych zasobów, jakie astronauci mieli do dyspozycji: zgromadzili w pudle wszystkie elementy wyposażenia, różne pasy, ruchome rzeczy, instrukcje, skarpety, inne części garderoby, ułożyli to wszystko na stole w Centrum Kontroli Lotów i kazali kilkunastu osobom zacząć kombinować.
Piotr: Dokładnie to, co mieli tamci w drodze na pokładzie. Bardzo ładnie to pokazane w filmie.
Ola: Bardzo ładnie, i w końcu skonstruowali adapter, taką przejściówkę z przewodów, ze skafandrów, ze skarpet i taśmy izolacyjnej. Astronauci następnie skopiowali to gotowe rozwiązanie już na statku i okazało się, że działa. To było naprawdę dzieło sztuki. Zespołem Kontroli Lotów dowodził wówczas słynny dyrektor Gene Kranz, ten w białej kamizelce, który też jest ważną postacią w filmie „Apollo 13”. Zdołał on sprowadzić załogę Apollo 13 na Ziemię 17 kwietnia 1970 roku, a sam Gene Kranz powtarzał, że ta misja była najszczęśliwszą w historii NASA.
0:59:16 Pierwszy spacer w kosmosie: Woschod 2 i Aleksiej Leonow
Piotr: Szczęśliwe trzynastki, tak. Powiedziałaś, że astronauci nie są przesądni, ale Amerykanie mają też swoje przesądy. Może kiedyś zrobimy odcinek o takich przesądach. A teraz ostatni wątek, last but not least, w ogóle niesamowita opowieść.
Mówiłem o tej tragicznej misji Sojuza 11. Tam nie zginął Aleksiej Archipowicz Leonow, dlatego że był dowódcą tej załogi podstawowej, która została wycofana w ostatniej chwili, o czym już mówiłem. To miał być jego drugi lot. On jeszcze potem poleciał, ale teraz cofniemy się do jego pierwszego lotu. I to naprawdę był rewolucyjny lot, w ogóle były to czasy, kiedy Związek Radziecki robił rzeczy w kosmosie absolutnie rewolucyjne, mówię to bez cienia kpiny.
Ola: I wtedy absolutnie przewodził w tym wyścigu kosmicznym.
Piotr: Amerykanie pełzali i się bali dosłownie. W 1957 roku Rosjanie wystrzelili Sputnika.
Ola: I tego Sputnika bali się Amerykanie.
Piotr: A Sputnik latał i robił „bip”, bo to była metalowa kulka z nadajnikiem, który robił „bip”. To zresztą świetna opowieść, nie na teraz: miało to być bardzo skomplikowane urządzenie, z którym się nie wyrobili, miał tam być szereg instrumentów badawczych i tak dalej, ale po pierwsze Rosjanie kłócili się między sobą, bo było tam kilka zespołów. W końcu wystrzelili Sputnika, który robił „bip” i latał również nad Stanami Zjednoczonymi, więc Amerykanie się bali. Potem, w 1959 roku, w Księżyc trafiła Łuna 2, czyli pierwszy obiekt ziemski wystrzelony w jego stronę, choć nie powiem, że na nim wylądował.
Ola: Nie był to zdecydowanie lądownik.
Piotr: Przydzwonił w ten Księżyc, ale to było bardzo kontrolowane przydzwonienie. To też jest fajna historia, bo miał w środku takie tytanowe kule, które wybuchły tuż przed uderzeniem i rozrzuciły po Księżycu płytki z napisem: rok 1959, ZSRR i jakieś propagandowe hasełko, chyba herb, sierp i młot.
Ola: To był odpowiednik wetknięcia flagi.
Piotr: Coś w tym stylu. Potem, trochę później, tą samą trasą lecąc, uderzył jeszcze jeden moduł, z paskami aluminiowymi z tym samym napisem, sierpem i młotem, więc zaśmiecili ten Księżyc straszliwie. Ale to było naprawdę duże osiągnięcie. A w kwietniu 1961 roku, jak wiadomo, w kosmos poleciał Gagarin. To były czasy, kiedy Rosjanie naprawdę pozamiatali. A w 1965 roku Aleksiej Leonow jako pierwszy człowiek wyszedł w przestrzeń kosmiczną. To właściwie było ostatnie takie wielkie osiągnięcie Rosjan, bo później Amerykanie włożyli gigantyczne pieniądze, już po Gagarinie, w cały swój program kosmiczny i po prostu wyprzedzili Rosjan. To długa, bardzo ciekawa opowieść, ale nie na teraz.
Więc Aleksiej Leonow, misja Woschod 2, kwiecień 1965 roku. Rosjanie bardzo się spieszyli, bo wiedzieli, że Amerykanie szykują się do tego samego, i rzeczywiście udało im się to wkrótce potem, w czerwcu 1965 roku, ale znów byli drudzy.
Ola: Ku swojemu wielkiemu bólowi.
Piotr: Tak. Więc tam wszystko robiono na szybko, było to, jak to często w ZSRR, byle jak posklecane, i tym razem nie wszystko wyszło tak, jak powinno.
Ola: No ale co ty mówisz, Sojuzy tak długo latały i okazały się najbardziej niezawodnymi konstrukcjami w historii lotów kosmicznych.
Piotr: Tak, po tym, jak zginęły w nim trzy osoby w kosmosie, o czym przed chwilą mówiliśmy. To długa historia. W każdym razie ten Woschod 2 to była modyfikacja wcześniejszego Woschodu 1, do którego dodano taką rozwijaną, nadmuchiwaną śluzę powietrzną. Była ona konieczna, bo wewnątrz tylko jedna osoba mogła być w skafandrze, było za ciasno, więc nie dało się zrobić tak jak w module księżycowym Apollo, czyli dekompresji, a potem, że tak powiem, rekompresji całego wnętrza, tylko trzeba było przepychać się przez tę śluzę.
Było tam bardzo ciasno, śluza też była bardzo ciasna, więc Leonow wepchnął się z trudem do środka, zamknął właz, otworzył wyjście, że tak powiem, na próżnię, na przestrzeń kosmiczną, i nagle okazało się, że nie wszystko działa tak jak trzeba, bo skafander mu się nadmuchał. Po prostu jak mamy coś, co ma w sobie ciśnienie i trafia do miejsca, gdzie jest niższe ciśnienie, to się rozdyma, i tu rozdęło się bardziej, niż się spodziewano. Był to skafander Bierkut, zresztą później używany, ale po poprawkach. Problem polegał na tym, że był testowany na maksymalnej wysokości, odpowiedniku 37 kilometrów, bo Rosjanie nie mieli technicznych możliwości, żeby przetestować go przy niższym ciśnieniu. Przy niższym ciśnieniu już tak dobrze się nie sprawdzał: zaczęło być słabo, bo Leonowowi wyjechały nogi z butów, a ręce z rękawic, po prostu zrobił się na niego za duży.
Ola: To musiało wyglądać dość tragikomicznie.
Piotr: Podobno było to dość dramatyczne. Zaczął dociągać jakieś paski i tak dalej, jako tako odzyskał kontrolę nad tym wszystkim. Ponoć ruchy w tym skafandrze wymagały dużej siły, bo był naprężony i nie zginał się tak jak trzeba. W każdym razie na zewnątrz Leonow przebywał 12 minut i dziewięć sekund. Miał kamerę, była transmisja na żywo robiona na Ziemię, filmował różne rzeczy, poruszał się, to jest dość dokładnie opisane: raz mu wychodziło lepiej, raz gorzej, nie było to bardzo kontrolowane, ale na szczęście był na uwięzi, była taka linka, która go tam bezpiecznie trzymała.
Potem przyszedł czas na powrót. I tu pojawił się problem, bo skafander był za duży, rozdmuchany, rozdęty, więc było mu bardzo trudno wcisnąć się do tej wąskiej śluzy. Podjął więc decyzję o spuszczeniu części powietrza, o obniżeniu ciśnienia, dość sporym.
Ola: To jest szalenie ryzykowny krok, bo gdyby spuścił trochę za dużo powietrza, straciłby przytomność.
Piotr: Dokładnie, plus oczywiście choroba dekompresyjna, o której mówiliśmy wcześniej, więc ryzyko było duże. Udało mu się jednak przeprowadzić to bezpiecznie. Z jakiegoś powodu, i tu robię gwiazdkę, za chwilę do niej wrócę, musiał wrócić nogami do tej śluzy, czyli w takiej pozycji, w jakiej wychodził, a wszedł tam głową naprzód. Musiał się więc wewnątrz śluzy obrócić. Śluza miała metr średnicy, a on był w skafandrze. Jakimś cudem się obrócił.
Ola: Brzmi to zupełnie niewiarygodnie, powiem szczerze.
Piotr: Brzmi to dziwacznie. Tętno mu skoczyło ponoć do 190, co jest ekstremalnie dużo, przegrzał się bardzo, spocił się potwornie. Generalnie było to bardzo dramatyczne. Udało mu się wcisnąć do środka, wrócić bezpiecznie i przeprowadzić tę całą procedurę. Potem pojawiły się kolejne problemy, bo w wyniku awarii systemu powietrznego bardzo mocno wzrosła im zawartość tlenu wewnątrz kapsuły, na tyle mocno, że jakiekolwiek zaiskrzenie prawdopodobnie spowodowałoby wybuch kapsuły na orbicie. Potem to się poprawiło w trakcie lotu, gdy już kończyli, ale zagrożenie było duże.
Potem pojawiły się problemy z lądowaniem, bo było ono sterowane przez czujnik słońca, czujnik położenia słońca. Ten czujnik się zepsuł, nie działał kompletnie, i trzeba było przejść na ręczne lądowanie, pierwsze takie ręczne lądowanie przy powrocie. Historia dość dramatyczna, w dodatku nie było dobrej łączności z Ziemią, bo to nie były czasy, kiedy były satelity na orbitach i można było się połączyć z dowolnego miejsca, tylko tam, gdzie był zasięg radia. To powodowało, że całe zejście przestało być takie, jak trzeba: musieli zrobić jeszcze jedno okrążenie, nie schodzili tam, gdzie zamierzali. Wybrali na lądowanie miejsce, które było w miarę bezpieczne, z dala od zamieszkałych terenów, bez linii wysokiego napięcia. Celowali w okolice miasta Perm w zachodniej Syberii, a wylądowali 386 kilometrów od planowanego miejsca. Udało się jednak wylądować szczęśliwie, bezpiecznie.
Kapsuła opadła, ale nie było wiadomo, gdzie, bo nie było z nimi łączności radiowej. Rozpoczęły się poszukiwania, nic nie było wiadomo, nawet czy przeżyli. Po czterech godzinach śmigłowiec poszukiwawczy zlokalizował spadochron, bo to było dobrze widać. Dodajmy, że nie było wtedy żadnego GPS-u ani niczego takiego. Owszem, mieli teoretycznie łączność radiową, ale wymagało to wyjścia z kapsuły, wymontowania z niej radiostacji, zmontowania masztu, jaki tam mieli, i dopiero umocowania tego masztu, żeby dało się w ogóle nawiązać łączność, bo założenie było takie, że lądują i po kilku minutach najwyżej są przy nich ekipy, które ich podejmą.
Ola: Taka poręczna ta historia z masztem.
Piotr: Tak, więcej takich poręcznych rzeczy było. W każdym razie przy pomocy siekiery następnego dnia udało im się wymontować radiostację i skleić tę całą konstrukcję. Już wiedziano mniej więcej, gdzie oni są, w związku z czym krążyły samoloty nasłuchujące sygnału radiowego. Pierwsza noc, którą spędzili, była ciężka, bo było minus 30 stopni, a spędzili ją w kapsule. Dodajmy, że Leonow po swojej przygodzie z wyjściem był potwornie spocony, więc w skafandrze było zupełnie mokro. Zdejmował skafander, zdejmował bieliznę i wyciskał ją dosłownie, żeby nie zamarznąć w tej temperaturze.
Ola: Niech zgadnę: a kapsuła była nieogrzewana, ponieważ się wyłączyła, prawda?
Piotr: Ona nie miała żadnego włączania i wyłączania, w ogóle nie miała być ogrzewana. Owszem, miała izolację, chyba pięć warstw folii z jakimś tworzywem, ale to była pasywna izolacja, bez systemu ogrzewania. Po wylądowaniu mieli być dosyć szybko podjęci. Na szczęście wszyscy przechodzili trening przetrwania, zresztą prowadzony był on też później. Mieli też jakieś swoje doświadczenia, jeden z nich urodził się gdzieś na Syberii, więc wiedzieli, co robić z niskimi temperaturami. Pierwszą noc spędzili więc w kapsule, pookrywani resztkami spadochronów, podrywali też izolację z wnętrza kapsuły i się nią pookrywali. Nie było wesoło.
Potem dotarli do nich ludzie. Teoretycznie dało się ich wciągnąć do helikoptera, mogli opuścić jakieś kosze czy drabiny i wciągnąć ich do środka, ale z jakiegoś powodu nie zgadzał się na to wówczas Leonid Breżniew, pierwszy sekretarz partii, władca ZSRR. Nie zgadzał się, nie wiadomo dlaczego, być może nie chciał ryzykować, uznał, że jakoś sobie poradzą, a maksymalną katastrofą byłoby, gdyby jeszcze zginęli przy podejmowaniu przez helikopter, bo tam były bardzo wysokie drzewa, 30 do 40 metrów, więc było to ryzykowne.
Najpierw zrzucono im żywność, ciepłe ubrania, wodę. Potem opuszczono w pobliżu, dwa kilometry stamtąd, lekarzy i techników, którzy do nich ruszyli. Był tam głęboki śnieg, więc szli chyba trzy godziny. W końcu z czasem dotarła do nich całkiem duża grupa, 22 osoby, która zajęła się po pierwsze zadbaniem o nich, a po drugie część tej grupy poszła przygotowywać lądowisko dla helikopterów. Znaleziono takie miejsce, gdzie dało się w miarę dobrze wylądować, dziewięć kilometrów od miejsca lądowania kapsuły.
Ola: Amerykanie zawsze tak nudno gdzieś lądowali na Pacyfiku.
Piotr: Tak, nuda absolutna, ci dali czadu.
Ola: Ta historia jest absolutnie fascynująca.
Piotr: To niesamowita opowieść, bardzo ją skracam. Zadbano o nich serio: technicy zorganizowali potężne ognisko, zbudowali im chatkę z bali.
Ola: Ile oni tam czasu byli?
Piotr: Trzy dni, dwie noce, jakoś tak. Drugą noc spędzili już w chatce z bali przy ognisku, dostarczono im kiełbasę, ser i chleb na kolację, suche ubrania i tak dalej. Pierwszą noc przebiedowali w makabrycznych warunkach, druga była już całkiem spoko. Chyba trzeciego dnia założyli narty i przebrnęli dziewięć kilometrów do lądowiska, stamtąd ich podjęto.
Ola: Leonid Breżniew nie bał się, że nie dotrą dziewięć kilometrów do lądowiska, tylko że wypadną z kosza przy podejmowaniu przez helikopter?
Piotr: Na tym etapie już się nie bał, bo wiadomo było, że są w dobrej kondycji. Była to prawdopodobnie najbardziej pechowa z wypraw rosyjskich, nie mówię tu o śmierci tamtych astronautów, bo to oczywiście osobny tragizm. Tu było jedno zdarzenie, w którym naliczono siedem awarii, przy czym trzy z nich były krytyczne dla życia.
Ola: To trochę jak w Apollo 13.
Piotr: Coś takiego, tak, tylko że tu wynikało to z pośpiechu i byle jakości. Więc najmocniejszym elementem, tak jak powiedziałaś, okazali się znowu sami astronauci.
I to jest ta część, która jest oficjalna i o której wszystko wiadomo, wielokrotnie ten temat był omawiany. Aż tu nagle: sam Leonow zmarł w 2019 roku, jak się nie mylę, i wkrótce po tym na stronie Roskosmosu, czyli Rosyjskiej Agencji Kosmicznej, ukazał się duży materiał zawierający ujawnione, odtajnione, rozmaite materiały z tamtych czasów. Trudno to nazwać inaczej niż dużym artykułem, są tam powklejane PDF-y ze skanami rozmaitych notatek i raportów.
Ola: Ale są też jakoś poprowadzone filmy.
Piotr: No właśnie, i to jest długa historia. Trafiłem na to poprzez tekst na stronie, z kontekstu bardzo wiarygodnej, Smithsonian Magazine, dokładnie Smithsonian Air & Space. Tam niejaki Anatoli Zak, Żak, trudno powiedzieć, to dziennikarz prowadzący stronę poświęconą radzieckim lotom kosmicznym, napisał 26 marca 2020 roku tekst o tym, że to wszystko było nie tak. Że na podstawie informacji ujawnionych przez Roskosmos wychodzi na to, że lądowanie, owszem, ale to wyjście w przestrzeń kosmiczną wcale nie było takie dramatyczne, że to w ogóle jedna wielka przesada.
Ola: I była tam, zdaje się, informacja, że to rozszczelnienie skafandra kosmicznego było już wcześniej zaplanowane, i że Leonow w ogóle nie wykonał żadnego obrotu w tej śluzie.
Piotr: I że rzekomo wszedł tak, jak miał wejść, czyli nogami, że to obniżenie ciśnienia było zaplanowane i tak dalej. Anatoli Zak dał link do Roskosmosu, do tego miejsca, gdzie są te informacje. Ja tam wszedłem, a dostałem błąd „403 access forbidden”, bo Roskosmos zablokował dostęp do swojej strony niemal całemu światu. Mówię to, bo sprawdzałem, to znaczy uparłem się, żeby jednak przeczytać, co tam jest napisane. Próbowałem się połączyć, wykorzystując VPN. VPN to jest taki system normalny, nic nielegalnego ani dziwnego, służący do tworzenia bezpiecznego kanału w internecie, takiego tunelu, którego nie da się z zewnątrz podsłuchać. Można przez taki tunel na przykład połączyć się, dajmy na to, z Wielką Brytanią i tam dopiero wyjść do internetu, i wtedy dla świata wyglądasz, jakbyś był w Wielkiej Brytanii.
Próbowałem więc połączyć się tak z Wielką Brytanią, a potem z jakichś innych krajów, które nie są uznawane przez Rosję za wrogów, bo Rosja jakoś sobie podzieliła świat. W końcu udało mi się dostać do Roskosmosu przez Kazachstan, czyli połączyłem się VPN-em z Kazachstanem i wtedy Roskosmos uznał, że jednak nie jestem wrogiem ludu i mogę zajrzeć na ich stronę. Dam wam link w opisie odcinka do tej strony Roskosmosu, natomiast nie wejdziecie na nią normalnie. Jak ktoś chce, niech skorzysta z VPN-u i połączy się przez Kazachstan, sprawdzona metoda.
Ukradnę stamtąd raport Leonowa, to jest PDF, skan tego raportu napisanego po powrocie na Ziemię. I właśnie tam jest to, co wspomniany Anatoli Zak napisał: że w ogóle to wszystko było zaplanowane, że tak miało być, że pojawiły się pewne problemy, ale tylko trochę, i właściwie było całkiem spoko. I tu jest, przepraszam, cudowny cytat, również z tej strony Roskosmosu, bo po tym długim tekście, gdzie podają te wszystkie raporty, jest taki fragment, tłumaczenie z oryginału po rosyjsku: „W różnych publicznych publikacjach, w gazetach, czasopismach, książkach, radiu, telewizji i filmach, zarówno dokumentalnych, jak i fabularnych, wszystkie aspekty lotu Aleksieja Leonowa i Pawła Bielajewa”, to był ten drugi kosmonauta, „wydawały się być szczegółowo omówione, a z czasem obrosły różnego rodzaju mitami, które dodawały wydarzeniom sztucznego dramatyzmu, napięcia, a czasem nawet histerii. Oceniając znaczenie lotu Woschodu 2, należy założyć, że zainteresowana opinia publiczna wie o tym wszystkim i rozumie, że wszystkie szczegóły, często niepotrzebne, są dodawane głównie w celu przyciągnięcia uwagi. Jednak dotykając prawdziwych materiałów dokumentalnych, które poprzedzają i towarzyszą historycznemu krokowi w nieznane, zdajemy sobie sprawę, że wszystkie wysiłki pseudohistoryków bledną w obliczu kolosalnej pracy, jaką naukowcy, programiści, projektanci, inżynierowie i technicy musieli wykonać w jak najkrótszym czasie, współpomagając w realizacji tej odysei”. I teraz moje ulubione zdanie w tym wszystkim: „Dokumentom można zaufać. W czasach sowieckich nie było zwyczaju w nich kłamać”.
Ola: Tadam!
Piotr: I tu śmiech po prostu w tle.
Ola: Po cóż Rosjanie mieliby kłamać w czasach ZSRR na temat swoich porażek albo sukcesów w kosmosie?
Piotr: I teraz założenie jest takie, że rzeczywiście jest tu ten raport Leonowa, nie cały, bo jest bardzo mocno pocięty, brakuje sporej części, ale jest ta część, w której opowiada, jak to wszystko było zaplanowane. Najpierw przyszło mi do głowy, że może po prostu Rosjanie zechcieli sfałszować ten dokument, napisać go jakby od nowa, bo wygląda ładnie, jakby był napisany na maszynie. Siedziałem mozolnie, tłumaczyłem go kawałek po kawałku, i potem stwierdziłem, że wcale niekoniecznie, że nie musieli tego fałszować, bo po prostu w oficjalnej narracji Leonow mógł napisać coś takiego w raporcie, bo tego oczekiwano. Nie mógł chyba w raporcie oficjalnym napisać, jak bardzo to wszystko spieprzyli, jak bardzo było źle.
Ola: No dobrze, to w takim razie jak wyciekło, że mu się to nadmuchało i robił fikołki?
Piotr: Ten raport pochodzi z tego roku, w którym odbył ten lot, napisany wkrótce, nie wiem, kilka tygodni czy miesięcy po. Później Leonow wielokrotnie opowiadał, jak było naprawdę. Więc raczej wygląda na to, że opowiadał później, a kiedy Leonow umarł, Roskosmos, będący już w dość dramatycznej sytuacji, bo to dwudziesty rok, niedobre czasy dla rosyjskiego programu kosmicznego, postanowił jakoś to wszystko połatać i wymyślił sobie opowieść, że w ogóle nie było problemu, że to był jeden wielki sukces, hurra, hurra.
Ola: Ale cudownie się zmienia propagandowo historię, która już została 50 razy opowiedziana, prawda?
Piotr: To są moje domysły. Napisałem właściwie do tego Anatoliego Zaka, nie wiedziałem nawet, jak się teraz nazywa ten serwis, z pytaniem, dlaczego on to tak napisał i czy nie uważa, że jest to trochę przegięte. Nie odpowiedział mi, nie wiem, może jeszcze odpowie, zobaczymy. Dał też link do filmu, ale ten film jest niedostępny, nie wiem dlaczego, nie widać go.
Ola: Podobno na tym filmie jest pokazane… może jest tak tajny, że nawet Kazachstan go nie może zobaczyć.
Piotr: …w dobrej pozycji do tej śluzy, a nie odwrotnej, nie wiem. I teraz znowu nie wiem. Moje hasło brzmi „nie wiem”. Nie wiem, jak było naprawdę, trudno mi znaleźć twarde dowody. Jestem natomiast bardzo daleki od ufania dokumentom, w których, cytując, „w czasach sowieckich nie było zwyczaju kłamać”, bo doskonale wiemy, że był zwyczaj w nich kłamać.
Ola: Tak samo kłamali Rosjanie, jak i kłamali Amerykanie.
Piotr: To jest to, co chcę usłyszeć. Co też dzieje się obecnie, co wiemy chociażby po meldunkach, które docierają do Putina, a które nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością.
Ola: A jeżeli macie ochotę posłuchać więcej o kosmicznych kłamstwach w służbie propagandy i dezinformacji, to jest właśnie odcinek naszego podcastu, który nagraliśmy jakiś czas temu, poświęcony dokładnie wątkowi wyścigu kosmicznego między ZSRR a Stanami Zjednoczonymi i temu, jak tam różne rzeczy przeinaczano. Sięga to też czasów nam współczesnych, problemów z Międzynarodową Stacją Kosmiczną i wycofywaniem się z niej Rosji.
Piotr: No więc jestem bardzo ciekaw, czy coś z tego wyniknie, czy uda mi się coś jeszcze wytropić. Jeżeli tak, to powiem o tym w jednym z następnych odcinków. Może wy coś znajdziecie, bo, jak mówię, historia jest dziwna: przez całe lata było opowiadane, jak jest, a potem nagle wykonali zwrot, kiedy główny bohater nie mógł już ani zaprzeczyć, ani potwierdzić. Ciekawy wątek. Jeszcze to dostawanie się do Roskosmosu przez Kazachstan bardzo mnie rozbawiło.
1:24:39 Zakończenie
Ola: Niezła historia. Słuchajcie, jeżeli możecie pomóc, jeżeli macie jakieś informacje na ten temat, albo jeżeli w ogóle chcecie nam coś powiedzieć…
Piotr: Tak jest. Subskrybujcie nasz podcast, na wszelkich platformach, o czym już mówiliśmy. Bardzo polecamy zostawianie komentarzy, zwłaszcza na Spotify, tam, jak odsłuchacie odcinek, czy nawet jak go nie odsłuchacie, chyba też można pod nim skomentować. Czytamy i publikujemy zawsze te komentarze.
Ola: I opowiedzcie innym o naszym podcaście, udostępniajcie posty na ten temat. To nam się oczywiście przysłuży, bo im więcej osób będzie nas słuchało, tym lepiej będą nas traktowały rozmaite platformy podcastowe.
Piotr: Bardzo wam dziękujemy. Miało być krótko, tak planowaliśmy, zbliżamy się do półtorej godziny, więc kończymy.
Źródła
Kolumna „źródła (z opisu)” w indeksie jest pusta dla tego odcinka, a „opis oficjalny” nie zawiera żadnych URL-i. W odcinku pojawiają się zapowiedzi linków „w opisie” (m.in. do zdjęcia błotnika LRV z Apollo 17, do ponad 220-stronicowego raportu NASA o wypadku Parmitano, do strony Roskosmosu z materiałami o misji Woschod 2), ale same adresy nie są wymieniane w transkrypcji ani nie figurują w indeksie, więc nie można ich tu podać bez zgadywania.
Źródła
- space.com/24835-spacesuit-water-leak-nasa-investigation…
- nasa.gov/sites/default/files/files/Suit_Water_Intrusio…
- cbsnews.com/network/news/space/home/spacenews/files/eva_m…
- crazynauka.pl/ksiezyc-srebrna-tasma/
- airandspace.si.edu/stories/editorial/spinning-out-control-gemini…
- pl.wikipedia.org/wiki/Gemini_8
- youtube.com/watch
- en.wikipedia.org/wiki/Soyuz_11
- pl.wikipedia.org/wiki/Linia_K%C3%A1rm%C3%A1na
- crazynauka.pl/co-bylo-przyczyna-awarii-apollo-13/
- smithsonianmag.com/air-space-magazine/turns-out-alexei-leonovs-f…
- link do strony Roskosmosu – obecnie nie działa z Polski, działa przy połączeniu VPN np. przez Kazachstan
- link do strony Roskosmosu – obecnie nie działa z Polski, działa przy połączeniu VPN np. przez Kazachstan
- link do skopiowanego z Roskosmosu raportu Leonowa
- time.com/5802128/alexei-leonov-spacewalk-obstacles/
- ru.wikipedia.org/wiki/%D0%92%D0%BE%D1%81%D1%85%D0%BE%D0%B4-2
- pl.wikipedia.org/wiki/Woschod_2
- en.wikipedia.org/wiki/Apollo_17
- pl.wikipedia.org/wiki/%C5%81una_2
