Podcast Crazy Nauka · odc. 109
Potężne trucizny – co czyha na nas w domu i ogrodzie?
Posłuchaj też na:
Trucizny, które mogą nas zabić w naszym własnym domu lub w jego najbliższym otoczeniu. Czyli czerwone jagody, szalony kapelusznik, smoothie z konwalią i śmiertelnie niebezpieczne mieszanki domowych środków czystości.
To jest druga część naszego cyklu o truciznach – pierwszą część znajdziecie w 107. odcinku naszego podcastu. Opowiadamy tam o najsilniejszych i najtrudniejszych do wykrycia truciznach. Obu tych odcinków możecie słuchać w dowolnej kolejności – nie zachowujemy w nich ciągłości narracyjnej.
Nasze wideo o Rezerwacie Cisy Staropolskie:
youtu.be/aSVVEzdObHA?si=x1q67i8Brekf0JKd
Nasza recenzja książki “Znikająca łyżeczka” Sama Keana:
crazynauka.pl/znikajaca-lyzeczka-czyli-jak-pierwiastki-ch…
Transkrypcja odcinka
Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.
0:00:00 Wstęp
Ola: Co jest nie tak ze smoothie z dodatkiem kłącza konwalii?
Piotr: I kiedy mycie sedesu może cię zabić?
Ola: Cześć, tu Ola Stanisławska.
Piotr: I Piotrek Stanisławski, podcast Crazy Nauka.
Ola: Dziś wracamy do tematu trucizn i tym razem skupiamy się na tych spośród nich, które mogą nas zabić w naszym własnym domu lub w jego najbliższym otoczeniu.
Piotr: Don't try this at home.
Ola: Absolutnie. Opowiemy o pięknie pachnących kwiatach, ślicznych jagodach i śmiertelnie niebezpiecznych mieszankach domowych środków czystości.
Piotr: Tak, to jest druga część naszego cyklu o truciznach. Poprzednia, pierwsza, jest w 107. odcinku naszego podcastu. Tam jest z kolei mowa o truciznach najsilniejszych i najtrudniejszych do wykrycia.
Kolejność słuchania odcinków dowolna, więc jak trafiliście najpierw na ten, to możecie potem posłuchać tamtego, jak wam wygodnie. Tak czy inaczej, przy obu trzeba wyraźnie powiedzieć, że wybór jest dość arbitralny. Najsilniejsze trucizny jeszcze się dawało wyznaczyć, ale te najtrudniejsze do wykrycia, zwłaszcza te domowe, to już po prostu sami zdecydowaliśmy, co naszym zdaniem ma najwięcej praktycznych zastosowań, że tak powiem.
Ola: A za jakiś czas nagramy też trzecią część podcastu o truciznach. Tym razem będzie dotyczyła trucizn tradycyjnych, takich bardzo tradycyjnych, ale z drugiej strony też ultranowoczesnych.
Piotr: Tak, ale nie obiecujemy, że to będzie kolejny długi odcinek, nie wiemy jaki będzie, zobaczymy. Właśnie, jedna rzecz, zapomnieliśmy o tym, bo chcieliśmy przypomnieć, że jesteśmy obecni na wszystkich liczących się platformach podcastowych.
Ola: I tych nieliczących się również.
0:01:59 Konwalia: sprawa trucicielki z Missouri
Ola: Jest styczeń 2024 roku. Stan Missouri w Stanach Zjednoczonych, no nie, mamy akurat marzec 2025, ale ja tak fantazjuję.
Piotr: Ach, poniosło cię, dobra.
Ola: W tymże stanie Missouri w Stanach Zjednoczonych na policję zgłasza się mężczyzna. Twierdzi, że od jakichś sześciu tygodni odczuwa dziwne objawy: zmęczenie, dezorientację, zaburzenia widzenia, nudności. W sumie z takimi objawami powinien był się zgłosić do przychodni, a nie na policję.
Piotr: No raczej. Jakby mu w przychodni powiedzieli, proszę się nie stresować.
Ola: Nie, proszę pójść na policję. Chodzi o to, że te jego objawy stopniowo narastają, a on zaczyna podejrzewać, że ta jego dziwna choroba nie wynika z przyczyn naturalnych, tylko że jest efektem systematycznego podtruwania.
Piotr: Co się nazywa paranoją?
Ola: Nie do końca. Mężczyzna twierdzi, że truje go jego własna żona.
Piotr: Nie, niemożliwe, żona.
Ola: Tak mało prawdopodobna sytuacja, prawda?
Piotr: Ostatnio byłem taki trochę zmęczony.
Ola: Niech ci się nie wydaje. Nie myśl o tym.
Piotr: Dobrze.
Ola: Nie zaprzątaj tym sobie swojej ślicznej główki.
Piotr: Dobrze, mów dalej.
Ola: Ta żona nazywa się Sarah Scheffer. Jest nauczycielką sztuki w chrześcijańskiej szkole, bardzo szanowaną panią. W jaki sposób jej mąż dochodzi do wniosku, że ona jest również trucicielką?
Piotr: Paranoja.
Ola: Otóż czuł się coraz gorzej. Coś mu przyszło do głowy, żeby zainstalować w kuchni ukrytą kamerę.
Piotr: Przepraszam, zastanawiam się, jaki proces myślowy doprowadza mężczyznę, który czuje się coraz gorzej, do zainstalowania w kuchni ukrytej kamery. To znaczy, coś tam musiało się jeszcze dziać, takie mam podejrzenia. Ale nie, nie, przepraszam.
Ola: No pewnie coś tam było. Natomiast zaczął pewnie podejrzewać, że jego żona, przygotowując mu posiłki, coś do tych posiłków dodaje. I rzeczywiście udało mu się nagrać bardzo interesujące wideo. Widać, jak żona przygotowuje dla niego smoothie z dodatkiem czegoś, co przypomina korzeń. Ten tajemniczy korzeń kobieta wyciąga z torebki z napisem "konwalia". Jak myślisz, co to może być?
Piotr: Imbir.
Ola: Jeżeli wygląda jak konwalia, smakuje jak konwalia, pachnie jak konwalia, działa jak konwalia…
Piotr: To imbir.
Ola: W końcu Sarah Scheffer przyznaje się do dodawania konwalii do jedzenia męża. Przyznaje też, że wiedziała, iż ta roślina jest toksyczna. U nas już za półtora miesiąca, tak mniej więcej, rozkwitną przepiękne, delikatne kwiaty konwalii majowej, pięknie pachnące. Ja uwielbiam ten zapach, zwłaszcza że konwalie kwitną zazwyczaj w terminie moich urodzin, więc te kwiaty często dostawałam z okazji urodzin. Są też często sprzedawane na ulicy przez ulicznych sprzedawców.
Piotr: Nie do końca legalny wątek, bo konwalia jest chroniona.
Ola: Ale jak ktoś ma w ogródku… My na przykład mamy, i bardzo inteligentnie je posadziłam.
Piotr: Bardzo lubię ten wątek.
Ola: Posadziłam je w pobliżu, uwaga, czosnku niedźwiedziego, który ma bardzo podobne liście do konwalii. Od czasu, kiedy się dowiedziałam, jak bardzo konwalie są toksyczne, boję się zrywać czosnek niedźwiedzi. Piotrek chodzi i wącha liście, rzeczywiście czosnek niedźwiedzi…
Piotr: Nie, no nie da się, jak już powąchasz, to się nie da pomylić, tylko trzeba oczywiście każdy listek wąchać.
Ola: Tak, to prawda.
Piotr: Gdybyśmy kiedyś nie nagrali odcinka podcastu przez dłuższy czas, to być może dlatego, że coś źle wywąchałem.
Ola: Być może. Albo że liście konwalii zostały posypane czosnkiem. O, nie, nie, to zupełnie nie to, co myślisz.
Warto wiedzieć o konwaliach trochę więcej, bo są naprawdę interesujące. Wszystkie części tej rośliny są trujące, w szczególności nasiona i kwiaty, ale również, co ten przykład pokazuje, kłącza. Wysuszenie konwalii nie czyni jej mniej szkodliwą. Co więcej, i to jest bardzo istotne, woda w wazonie, w którym trzymane są ścięte konwalie, również jest trująca, bo przenikają do niej toksyczne substancje. Trzeba bardzo na to uważać, zdarzały się przypadki, że ktoś się tej wody napił. Sarah Scheffer trafiła do aresztu, a jej mąż poczuł się od razu lepiej. Cóż za dziwny zbieg okoliczności.
Piotr: Wchodzi mi szereg myśli do głowy, których nie wypowiem.
Ola: Nie wypowiadaj, absolutnie. Z konwalią jest tak, że zjedzenie jej bądź napicie się wody, w której stała, może prowadzić do bardzo, bardzo poważnych zatruć, nawet śmierci. Dawka śmiertelna w przypadku dziecka to naprawdę niewiele, zaledwie kilka takich czerwonych, ślicznych jagód, bo konwalia w momencie, kiedy traci swoje ładne białe kwiatki, zaczyna mieć owoce w postaci czerwonych jagódek. Są one szczególnie atrakcyjne dla dzieci i trzeba bardzo uważać, bo zaledwie kilka sztuk może spowodować śmierć dziecka. Nieco więcej potrzeba dla dorosłego, ale już bardzo niewielka ilość może sprawić poważne kłopoty zdrowotne.
Piotr: Co tam się dzieje w tej konwalii? Co ona nam robi?
Ola: Zaraz o tym powiem, jeszcze tylko dodam, że doczytałam, iż konwalia może być również szkodliwa poprzez kontakt ze skórą, ale takie przypadki są bardzo rzadkie, więc nie należy się tym aż tak sugerować, choć po zrywaniu konwalii czy przekładaniu jej warto umyć ręce. Konwalia zawiera silne związki, które nazywają się glikozydami nasercowymi. Te glikozydy noszą piękne nazwy: konwalamaryna i konwalotoksyna. Wpływają na pracę serca i zaburzają jego rytm, chociaż są również stosowane w niektórych lekach nasercowych, te same związki chemiczne, ale w odpowiednich dawkach. Jak wiadomo, dawka czyni truciznę, jak mówił Paracelsus, w związku z czym bardzo trzeba z tym uważać.
Co się dzieje z tymi glikozydami? Hamują działanie pompy sodowo-potasowej, czyli takiego białka w błonie komórkowej, co prowadzi do wzrostu stężenia wapnia wewnątrz komórki. To z kolei wywołuje nadmierną stymulację serca, która może doprowadzić do śmierci. To bardzo niebezpieczna roślina, mimo że wygląda uroczo, niewinnie.
Piotr: Jeszcze ma śliczne jagódki.
Ola: I ma śliczne jagódki oraz piękne kwiatki.
Piotr: To jest dobry moment, żeby podziękować tym, którzy u nas komentują. Coraz więcej komentujecie, ogromnie nas to cieszy. Ja czasem nie nadążam, bo głównie się zajmuję odpowiadaniem na komentarze. Jak nie nadążam, przepraszam, postaram się ponadrabiać. Spotify i YouTube są dla nas bardzo cenne, bo zgłaszacie tam świetne pomysły i wskazujecie nam jakieś błędy. Ostatnio się zdarzyło, przepraszaliśmy za jakiś błąd wykryty właśnie dzięki wam. Więc bardzo prosimy, komentujcie, i bardzo prosimy o coś, o co będziemy w najbliższym czasie prosili: oceniajcie nas na Spotify, zwłaszcza gwiazdkami. A co można zrobić na YouTubie?
Na YouTubie można oczywiście skomentować, ale też dać łapkę w górę, zasubskrybować. Ostatnio ktoś zadał na YouTubie pytanie w komentarzu w rodzaju: jak to możliwe, że taki wartościowy podcast i takie ciekawe treści mają tak mało odsłuchań? Samo życie. YouTube nie jest naszym głównym kanałem, trzeba przyznać, ale ponieważ rządzą algorytmy, to jak mamy temat sensacyjny albo taki, co nakręca awanturę, wtedy świetnie się rozchodzi, jak to zwykle z algorytmami bywa. Jak mamy temat w miarę normalny, to słuchają ci, którzy słuchają, i bardzo im dziękujemy. Jeśli chodzi o oceny, bardzo prosimy, oceńcie, to jest ważne, bo na tej podstawie algorytmy między innymi podsuwają kolejne odcinki.
Ola: Jeżeli tylko chcecie, to gorąco was zachęcamy do wsparcia naszych działań w serwisie Patronite albo na Buy Coffee To, na którym można nam postawić kawę jednorazowo. Ogromnie dziękujemy tym wszystkim spośród was, którzy się na takie wsparcie decydują, to nam bardzo, bardzo pomaga.
I lekki spoiler: jestem absolutnie zachwycona, bo Piotrek wymyślił taki tytuł dla kolejnej części tego podcastu.
0:12:11 Cis: drzewo śmierci ze słodką osnówką
Piotr: Ale my nie mamy tu tytułu, więc się zmarnuję.
Ola: Więc się zmarnował, więc ja go wypowiem na głos, bo wybuchłam śmiechem.
Piotr: To po dżinglu.
Ola: Cis w samo serce. Taki śmiech powinien się robić.
Piotr: To czekaj, to wkleimy ten śmiech. Znaczy nie wkleimy, tylko publiczność nam się zaśmieje. No dobra, bo skoro już cis.
Cisy to jest taka… ja w ogóle uwielbiam cisy, chciałem powiedzieć. To są drzewa, bo cisy są drzewiaste często, które mogą żyć niezmiernie długo, to znaczy dobrze ponad tysiąc lat. Tysiąc pięćset to są takie udokumentowane przypadki. Są na przykład na Wyspach Brytyjskich drzewa, o których się mówi, że mają nawet 4-5 tysięcy lat, natomiast to jest mocno wątpliwe. Ale tysiąc lat to jest właściwie norma, niemalże.
Ola: A właśnie, warto się wybrać do rezerwatu Cisy Staropolskie.
Piotr: A tak, byliśmy.
Ola: To jest w Borach Tucholskich. Gdzieś mamy filmik o tym, podlinkujemy go w opisie odcinka. I tam są cisy, które liczą sobie około 500 lat.
Piotr: Także w Polsce można takie zobaczyć, w Polsce są też starsze. No ale okej, dobra.
Ja cisy podziwiam również za to, że mają szalenie przemyślny plan na życie. Bo generalnie rośliny nie lubią być zjadane, jakby zrozumiałe. Więc te, co potrafią i dadzą radę, starają się dość bezlitośnie pozabijać tych, którzy chcą je zjadać, właśnie między innymi wytwarzając toksyny. Ale jest pewna szczególna grupa zjadaczy, którzy są bardzo mile widziani, i to są w tym wypadku, ale nie tylko w tym, ptaki. Ptaki nie oskubują liści, nie zgryzają pędów, natomiast znakomicie nadają się do rozsiewania nasion po całej okolicy. Bo jak ptaszek zje odpowiednie nasionko, to ono przemyka sobie wesoło przez jego układ pokarmowy i wypada z drugiej strony, co więcej, zwykle z pakiecikiem azotowym. To znaczy, ptaszki wydalają to, co wydalają, z nasionkami, a tam jest sporo azotu, wiadomo, że azot jest bardzo potrzebny roślinom. Więc generalnie bonus: fajnie dać się zjeść, ale w odpowiedni sposób. Jak to zrobić? Z jednej strony być okropnie trującym, a z drugiej strony zachęcić do zjadania, i nie zabić, tej jednej, ściśle określonej części rośliny.
Cis wymyślił sobie na to taki patent… dobrze, antropomorfizuję cisy, bardzo przepraszam. Wszystkich oburzonych antropomorfizacją cisów chciałem przeprosić.
Ola: Chciałam powiedzieć, że ewolucja również nie jest celowa.
Piotr: Tylko przypadkowa. Sorry, no chyba ty, tak, wiem, że ewolucja to powinien być disclaimer i w ogóle, wiem o tym, tak sobie gadam.
Ola: Wyewoluował w taki sposób, aby… Ułatwiam ci prowadzenie narracji.
Piotr: Dziękuję ci bardzo. Co ja bym z ciebie zrobił w ogóle, i bez tej konwalii.
Ola: Dobrze się czujesz?
Piotr: Właśnie sobie popiłem herbatkę.
Ola: To jeszcze o herbatkach będzie.
Piotr: W każdym razie cisy mają prawie wszystko toksyczne, o tym troszkę więcej za chwilę, poza jedną jedyną rzeczą: tą taką uroczą, czerwoną osnówką wokół nasion. Ona nie tylko nie jest toksyczna, ale wręcz jest bardzo smaczna i słodka, i w dodatku przepiękna, bo tak pięknie prześwituje. Teraz nie ma akurat tych osnówek, będą bliżej jesieni, ale można sobie to łatwo zguglać.
Ola: A zgadnijcie, skąd Piotrek wie, że ta osnówka jest pyszna i słodka. Ja tylko tutaj wtrącę, że zupełnie niewychowawczo mój małżonek pokazywał naszym nieletnim, wręcz małym dzieciom, że te osnówki są przepyszne i że można je jeść, tylko trzeba koniecznie wypluć nasionko. Ja dostawałam zawału wielokrotnie.
Piotr: Oczywiście, bo lepiej, żeby nie mówić o tym dzieciom, żeby dziecko kiedyś wzięło takie nasionko i je pogryzło.
Ola: Komu przychodzi do głowy, żeby jeść nasionka z drzewa?
Piotr: Jest dużo przypadków zatruć tego rodzaju wśród dzieci, właśnie wśród dzieci, dokładnie. Nie miałem o tym mówić, ale skoro już wyrwałaś się jak rącza gazela, to jednym z częstszych powodów zatrucia cisem jest to, że nasionka, otoczone osnówkami, są przez dzieci zjadane, i kiedy dzieci są uświadomione przez rozsądnych rodziców, to wiedzą, że nie należy rozgryzać nasion, tylko trzeba je wypluć. A jak dziecko jest chowane pod szczotką, żeby się przypadkiem nie dowiedziało, to wtedy jest ryzyko, że może zjeść całość i pogryźć te nasionka, i wtedy takie dziecko, powiem tak, można spisać na straty.
Same nasiona mają twardą łupinę, więc jak ptaszyna zeżre tę smaczną osnówkę, to nasionko przelatuje przez ptaszka nieuszkodzone i wypada z drugiej strony, gdzieś sobie tam rośnie z dala od oryginalnej rośliny, więc to dobry sposób na rozsiewanie. Dodatkowo ta osnówka jest lepka, w związku z czym jak ptaszyny zjadają nasionka w osnówkach, to inne nasionka w osnówkach mają szansę się do takiej ptaszyny przylepić i w ten sposób ptaki roznoszą…
Ola: Gdzie im się przyczepiają? No dobra, przepraszam, szczegóły techniczne.
Piotr: Do tej części, którą dotknie takiego nasionka. Te osnówki, jak są dojrzałe, są mięciutkie i łatwo się rozciapciują, i rzeczywiście są bardzo klejące. Więc powiem wam tak, na własną odpowiedzialność, na własne ryzyko: spróbujcie sobie cisowych osnówek, są przepyszne. Jak chodzę na spacery z psem, a teraz z psami, bo poza naszą Falą zawitała do nas druga psina, nazywa się Abi, jak będą jakieś dzikie szczeki, to ten bardziej histeryczny głos to jest Abi, więc przy okazji chodzenia z psami na spacery…
Ola: Abi spadochroniarka.
Piotr: Tak, spadochroniarka można powiedzieć. Przy okazji chodzenia z psami na spacery, jesienią podżeram sobie te osnówki, nasionka wypluwam, przyczyniając się do rozsiewania cisu, co jest o tyle cenne, że cisy w ogóle słabo sobie radzą, bardzo wolno rosną i tak dalej, więc robię dobrą robotę.
Wracając do tych nasion i całej pozostałej części cisa poza osnówką: zawierają toksynę o nazwie taksyna, żeby było łatwiej.
Ola: Tak, oryginalnie.
Piotr: To od łacińskiej nazwy cisu. I taksyna działa, no właśnie, stąd "cis w samo serce", przede wszystkim na serce, bo…
Ola: Udało ci się jednak wypowiedzieć ten tytuł.
Piotr: Kochanie, to dzięki tobie. Nie planowałem, ale skoro już zaplanowałaś i zareklamowałaś mnie. Ale przyznaj, że myślałaś, że to sztuczna inteligencja wymyśliła?
Ola: Byłam przekonana, że jak Piotrek poprosił jakiegoś chata GPT, żeby wymyślił jakiś inteligentny tytuł do tego fragmentu…
Piotr: Ale my nie robimy tytułów do fragmentów.
Ola: Więc właśnie, ale pomyślałam sobie, a może przypadkiem przy pracy, a tu Piotrek jest bardzo dumny, bo wymyślił to całkowicie sam.
Piotr: Tak, dziękuję. To jest znowu ten moment na oklaski.
Wracając do tematu: to, co robi toksyna taksyna, to blokuje przewodzenie impulsów w sercu, zwłaszcza w sercu. Co prowadzi do zaburzeń rytmu, do migotania przedsionków. Początkowo po spożyciu taksyny jest dość silne pobudzenie i serce bije szybciej, mocniej, potem następuje spowolnienie, spadek ciśnienia i finalnie, w złym układzie, serce zatrzymuje się w stanie rozkurczu. Zanim to nastąpi, jeszcze czeka nas szereg innych atrakcji, bo jest silne podrażnienie błony śluzowej całego układu pokarmowego, a więc gwałtowne biegunki i wymioty, i niestety również efekty ze strony układu nerwowego. Tam mamy szansę na porażenie ośrodka oddechowego, ale też trwałe uszkodzenia mózgu, więc nawet jeżeli ktoś się wykaraska z problemów sercowych, to jeszcze może mieć problemy innej natury, aż do śpiączki, porażeń i tak dalej.
Co ciekawe albo nieciekawe, jednym z efektów jest pobudzenie macicy, i dlatego cis bywał, mam nadzieję, że już nie bywa, wykorzystywany jako środek poronny, tyle tylko, że problem polega na tym, iż na macicę działa znacznie słabiej niż na serce i układ nerwowy. Więc w takim układzie są ogromne szanse na to, że przed poronieniem nastąpi zgon, więc trochę efekt niezamierzony. To jedna z sytuacji, obok tej, o której już byłaś łaskawa wspomnieć, czyli dzieci, którym nikt nie powiedział, co jeść, a co wypluwać, to jeden z częstych przypadków zatruć. Drugi to próby poronienia. Czasami ponoć ludzie robią herbatki, przepraszam, że się napiję, bo mam tutaj pyszną herbatkę, chyba mylą rośliny, być może myślą, że robią ze świerku, sosny. Trudno pomylić, ale jak ktoś ma to w sobie, to potrafi. I są też próby samobójcze, są przypadki samobójstw dokonywanych przy pomocy cisa.
I tu właśnie nawiązanie: ta tradycja trucia się cisem sięga bardzo daleko w przeszłość. Był taki facet, Juliusz Cezar, nie wiem, może ktoś słyszał. Mało znana w sumie postać.
Ola: Myślę, że Brutus mógł słyszeć.
Piotr: Mógł, krzyki głównie. Napisał taką książkę, Komentarze do wojny galijskiej. Książka pewnie w Polsce by nie zyskała specjalnej popularności, zwłaszcza że pisana po łacinie.
Ola: A zyskała?
Piotr: Zyskała dzięki Jackowi Kaczmarskiemu. Jak ktoś kojarzy kawałek "Gallia est omnis divisa in partes tres" wyśpiewany rytmicznie, to właśnie Jacek Kaczmarski. Więc myślę, że większość osób miała kontakt z Komentarzami do wojny galijskiej właśnie stąd. W tejże wojnie galijskiej pojawia się niejaki Katuwolkus, który jest wodzem celtyckiego ludu Eburonów, rzeczywiście był taki lud, był taki wódz. Cezar opisuje, jak wyczerpany wiekiem i nie mogąc już znieść trudów wędrówki, ucieczki i tak dalej, otruł się cisem. Więc ta tradycja trucia cisem jest zapisana, i dość często w Rzymie pojawiały się wątki z tym związane, wierzono między innymi, że zaśnięcie w cieniu cisa może być zabójcze. Potem się jeszcze o to spierano gdzieś chyba w epoce oświecenia, jeden twierdził tak, inny inaczej, to już po Rzymie. W każdym razie truto się cisem od dawna. Nie polecamy trucia się cisem, cis jest piękny.
Ola: Można popatrzeć na niego.
Piotr: Nie trzeba go jeść. Można za to jeść osnówki, jeżeli ktoś chce, są bardzo słodkie.
Jeszcze z ciekawostek: nie wszystkim cis szkodzi. Bo o ile konie po zjedzeniu cisu umierają, to na przykład kozy i sarny wcinają cis bez problemu, żadnego w ogóle, przetwarzają go sobie i wylatuje z drugiej strony. Więc jeżeli nie jesteście kozą lub sarną, to wyłącznie osnówki, przypominam. Ola na mnie patrzy bardzo złym wzrokiem, w związku z czym…
0:24:24 Oleander: trucizna przedsiębiorcy pogrzebowego
Ola: Wróćmy do mojego wątku true crime'owego. Otóż w roku 1985 niejaki David Wayne [? niepewne: Skons, prawdopodobnie David Sconce], który był pracownikiem zakładu pogrzebowego w Pasadenie, został oskarżony o otrucie swojego konkurenta, innego przedsiębiorcy pogrzebowego, niejakiego Timothy'ego Watersa. Trucizną były liście oleandra. To był pierwszy w historii Stanów Zjednoczonych przypadek oskarżenia o morderstwo dokonane poprzez zatrucie kogoś oleandrem.
Piotr: Tak.
Ola: Według prokuratury motywem zbrodni była chęć powstrzymania konkurenta przed ujawnieniem informacji, które mogły źle wpłynąć na opinię o zakładzie pogrzebowym, w którym pracował Skons, zakładzie prowadzonym przez jego rodziców.
Piotr: I teraz uwaga.
Ola: Słusznie, idziesz w słusznym kierunku, ponieważ w momencie oskarżenia Skons już siedział w więzieniu, po tym jak przyznał się do różnych nielegalnych praktyk, w tym na przykład do kradzieży części ciała, do prowadzenia zbiorowych, zamiast indywidualnych, kremacji, do usuwania nieboszczykom złotych zębów.
Piotr: Klasyka, powiedziałbym.
Ola: I jego rodzice oczekiwali na proces z tymi samymi zarzutami.
Piotr: Ludzie się czepiają naprawdę.
Ola: Interesująca rodzinka.
Piotr: Mieliśmy taki odcinek kiedyś, pamiętasz? O zakładzie pogrzebowym, który…
Ola: To sprawdź, który to był odcinek naszego podcastu, a ja opowiem, co było dalej. A właściwie co było wcześniej. Bo jak już Skons siedział w więzieniu, sięgnięto do tajemniczego zgonu jego rywala, niejakiego Watersa, tego, co chciał ujawnić te niecne praktyki związane z ciałami zmarłych osób. Okazało się, że Skons znalazł się w tej samej restauracji, co jego rywal Waters. Kiedy Waters odszedł na moment od stolika, Skons dodał truciznę do jego drinka. Dwa dni później otruty zmarł, bardzo cierpiąc przed śmiercią. Początkowo uznano, że przyczyną był zawał serca, ale po dłuższym czasie, i tutaj nie znalazłam dokładnej informacji, po jakim, ale gdzieś była mowa nawet o latach, toksykolodzy przebadali szczątki Watersa, próbki pobrane z jego ciała, i ustalili, że śmierć została spowodowana zatruciem oleandrem. To jedna z najbardziej toksycznych roślin ogrodowych, a jest powszechnie uprawiana, zwłaszcza w rejonie Morza Śródziemnego, bo jest po prostu przepiękna: wiecznie zielony krzew o różowych kwiatach. Mnóstwo ludzi go hoduje, uprawia.
Piotr: W Polsce?
Ola: W Polsce nie.
Piotr: Tak, pytam dla kolegi.
Ola: Aha, w Polsce można go hodować, ale w doniczkach, bo na zimę trzeba go wstawić gdzieś do pomieszczenia, ale nie do zbyt ciepłego, tylko na przykład do chłodnego garażu, bo oleander nie zniesie temperatury niższej niż 5-10 stopni. Nasz pies chyba poczuł zagrożenie ze strony jakiejś rośliny ogrodowej, bo patrzy w przestrzeń.
Jakie są objawy zatrucia oleandrem? Na początku zaburzenia widzenia, nudności, wymioty, biegunka, pokrzywka na skórze, drętwienie języka, a najpoważniejszy z tych objawów to zaburzenia rytmu serca.
Piotr: Znowu?
Ola: Znowu.
Piotr: Przypadek?
Ola: Nie sądzę.
Piotr: Oleander w samo serce.
Ola: To już nie brzmi tak dobrze. Te objawy są wywoływane przez silnie toksyczne związki, i znowu są to glikozydy nasercowe, tym razem oleandryna i neryna. Blokują one pompę sodowo-potasową i prowadzą do zaburzenia rytmu serca, podobnie jak to się dzieje w przypadku konwalii. Serce jest nadmiernie stymulowane i nie wytrzymuje tej sytuacji. Ponadto oleandryna, czyli ta główna toksyna, która znajduje się w oleandrze, dokonuje innych bardzo poważnych szkód: na przykład hamuje białko odpowiedzialne za regulację stanu zapalnego i przeżycie komórek. Aktywuje też gen, który można nazwać przełącznikiem samozniszczenia, tak pięknie, poetycko. Ten przełącznik uruchamia zaprogramowaną śmierć komórek, apoptozę. Oleandryna wytwarza również reaktywne cząsteczki, które uszkadzają mitochondria, czyli te miniaturowe, komórkowe elektrownie, a to z kolei prowadzi do rozpadu komórek. Wszystkie części oleandra są trujące, mogą prowadzić do poważnych zatruć, oczywiście również śmierci. Dawka śmiertelna dla dorosłego człowieka to około 15 gramów korzenia albo zjedzenie od 5 do 15 liści oleandra. Może się zdarzyć, że zaszkodzi dużo mniejsza ilość, znalazłam nawet informację, że wystarczy zjeść jeden liść, po którym też można umrzeć.
Piotr: Jednego liścia też nie polecamy jeść. Szybko się tu wtrącę, bo zapomniałem powiedzieć: jakbyście chcieli wcinać igły cisu, to jakieś 50 jest dla dorosłego potrzebne, ale uwaga, bo różne rośliny i różne części roślin bardzo się różnią zawartością taksyny. Na przykład, co akurat jest rozsądne, nasiona mają jej stosunkowo mało. Taka tylko myśl poboczna.
Ola: W odniesieniu do zwierząt, jeśli chodzi o dawkę śmiertelną oleandra, to zaledwie dwa liście mogą zabić dorosłą owcę, alpakę lub kozę, takie zestawienie znalazłam. A 30 gramów oleandra wystarczy do zabicia dorosłej krowy. Zdarzają się takie śmierci na pastwiskach, dlatego że czasami ludzie palą gałęzie oleandrów, wypalają je, rzucając na pola, a niestety czasami zdarza się też, że zwierzęta ogryzają te gałązki, mimo że są gorzkawe, więc w sumie nie powinny, ale to się niestety zdarza.
I teraz uwaga: co roku ktoś na świecie, przypuszczam, że całkiem sporo osób, bo znalazłam kilka takich doniesień, truje się czymś, co można nazwać herbatką z oleandra. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego ludzie sobie szykują herbatkę z oleandra, nie wydaje mi się to zbyt rozsądne, mówiąc delikatnie. W jednej z prac naukowych znalazłam opis takiego przypadku młodego mężczyzny, który znalazł się w szpitalu, kiedy wreszcie odzyskał przytomność po intensywnym leczeniu. Okazało się, że pomylił liście oliwne z liśćmi oleandra, one naprawdę są do siebie podobne.
Piotr: Robił sobie herbatkę z liści oliwnych?
Ola: Tak, ludzie robią sobie herbatkę z liści oliwnych, ludzie robią sobie napary z bardzo dziwnych rzeczy. I ta herbatka z rzekomych liści oliwnych właśnie wywołała u niego bardzo, bardzo silne zatrucie.
Piotr: No tak, czyli mamy już na koncie herbatkę z liści oleandrowych, herbatkę z cisu, a teraz przeskakujemy na…
Ola: Czyli dżem?
Piotr: No to [? niepewne: fragment niezrozumiały, "w dłubie szosnówki"], a ja mówię o tym, że czasem robili herbatki, nie wiadomo dlaczego.
Ola: Tak? Z igieł?
Piotr: Tak, tak. Jak wspominałem, że być może mylą je z jakimiś innymi iglastymi, chociaż trudno pomylić, zwłaszcza z sosną czy świerkiem, ale jak sama powiedziałaś, ludzie robią sobie herbatki z dziwnych rzeczy.
0:33:16 Niebezpieczne mieszanki domowych środków czystości
Piotr: I teraz wątek, który nie do końca jest taki, bo tutaj opowiadamy o roślinkach, nie jedzcie tego, jedzcie tamto, natomiast tu coś, co… Ciekaw jestem bardzo, czy słyszeliście o tym, albo co więcej, czy samym udało wam się wyprodukować taką toksynę, dlatego że nam się udało, owszem. To potem nas skłoniło do przeanalizowania tego wątku, nie to, żeby celowo.
Jest całe mnóstwo rozmaitych wybielaczy opartych na chlorze. I teraz dla rozróżnienia: nie mylmy wybielaczy z odplamiaczami, bo te oparte na chlorze rzeczywiście wybielają, to znaczy jak nimi chlapniemy na kolorowe ubranie, to ono przestanie być kolorowe, w skrócie rzecz ujmując. Używa się ich do wybielania firanek, ale też w preparatach do likwidowania pleśni. Jeżeli gdzieś jest jakaś pleśń, czy to na ścianie, czy na fugach, na jakimś silikonie, to się spryskuje, i to strasznie śmierdzi chlorem, łatwo rozpoznać, w przeciwieństwie do tych pozostałych odplamiaczy, które są oparte bardziej na nadtlenku wodoru, o tym jeszcze powiemy, czy raczej na perhydrolu.
Wszystkie te odplamiacze chlorowe zawierają podchloryn sodu. Poza tym, że trzeba być ostrożnym, nie polewać sobie nimi rąk, ubrania, oczu i tak dalej, jest coś jeszcze znacznie poważniejszego: po zmieszaniu z innymi, zupełnie normalnymi, dostępnymi domowymi środkami do czyszczenia zaczynają wytwarzać potwornie toksyczne gazy. I to, przyznam szczerze, było dla nas pewnym zaskoczeniem.
Na co tu trzeba uważać? Pierwsza grupa rzeczy, których nie należy mieszać z podchlorynem sodu, czyli tymi wybielaczami chlorowymi, to środki czyszczące zawierające amoniak, wbrew pozorom jest ich całkiem dużo, szczególnie środki do mycia szyb, ale też rozmaite mleczka do czyszczenia, takie z drapiącymi drobinkami, i niektóre odtłuszczacze. Co tam się dzieje? Podchloryn sodu reaguje z amoniakiem, tworząc chloraminy. To grupa toksycznych substancji, wykorzystywanych zresztą do różnych celów, natomiast w postaci gazowej bardzo mocno drażnią układ oddechowy. W pierwszym rzucie, co my też kiedyś zaliczyliśmy, już nawet nie pamiętam, co dokładnie z czym niechcący zmieszaliśmy, wywołują uczucie kaszlu, duszności w oddechu.
Ola: Takie duszące wrażenia. Tak, dokładnie, duszności.
Piotr: Przy większym wdychaniu jest ból w klatce piersiowej, zapalenie płuc, a przy wyższych stężeniach może to doprowadzić do śmierci. Takie zdarzenia dość często trafiają się ludziom, dlatego że wbrew pozorom łatwo zmieszać takie rzeczy: mamy chociażby mleczko do czyszczenia, potem gdzieś w tym samym miejscu popsikamy antypleśniowym preparatem i zaczynają się wydzielać te chloraminy.
To jeden wątek. Kolejny to wybielacze na podchlorynie sodu z kwasami. Kwasy są bardzo, bardzo powszechnie używane w gospodarstwie domowym, nawet jak o tym nie wiemy. Niektórzy używają po prostu octu do czyszczenia różnych rzeczy, i to jest taki bardzo oczywisty przypadek, kwas octowy, ale też wszystkie te środki, które są odkamieniaczami, często na bazie [? niepewne: kwasu cytrynowego]. I znowu, to czasem nie jest oczywiste, bo na przykład środki do mycia toalet, do mycia sedesów, zawierają kwas po to, żeby rozpuszczać kamień powstający z twardej wody, i to nie jest oczywiste, polewamy sobie czymś sedes wewnątrz i nie wiemy, że to ma kwas. W zestawieniu z wybielaczem na podchlorynie sodu uwalnia się chlor, klasyczny chlor, który w dużych ilościach jest żółto-zielonym gazem, w małych ilościach koloru nie widać, ale działanie duszące, toksyczne jest bardzo silne. Działa na układ oddechowy, ale też drażni oczy, drażni skórę. Jak się go wdycha, to poczynając od łagodnych objawów, jak pieczenie w nosie, w gardle, aż po bardzo gwałtowne objawy w rodzaju obrzęku płuc. I znowu, w dużych stężeniach może być wręcz śmiertelne.
Ola: Dodam, że przecież chlor był stosowany jako gaz bojowy.
Piotr: Dokładnie. I są znowu przypadki wręcz śmierci. Był taki przypadek: kierownik restauracji sieci Buffalo Wild Wings, w stanie Massachusetts, zmarł po tym, jak nawdychał się chloru. Najprawdopodobniej wymieszały mu się niechcący na podłodze dwie substancje, wiadomo, co to było, nazywało się [? niepewne: Scale Clean], to odkamieniacz zawierający kwas, i coś, co nazywało się [? niepewne: Super Aid], wybielacz. Najprawdopodobniej niechcący mu się to zmieszało. Zamiast uciekać albo otwierać okna, jeśli były, najlepiej wynieść się stamtąd, próbował tę mieszaninę jakimś mopem przepchnąć do odpływu w podłodze i nie udało mu się. Trzeba dodać, że akurat te substancje, których używał, to były profesjonalne środki, gdzieś tam znalazłem w sieci, są rzeczywiście używane w restauracjach, w takich miejscach, więc stężenie tych substancji w nich było znacznie wyższe. Natomiast jeżeli mamy małą łazienkę i uda nam się wymieszać takie składniki, to już ta ilość chloru, która tam jest, może wywołać bardzo poważne problemy, zwłaszcza u osób z tendencją do astmy czy czegoś takiego. Więc bardzo uważajcie. Jeżeli użyjemy octu w tym całym zestawie, to dodatkowo może się jeszcze wydzielać kwas nadoctowy. Jest bardzo reaktywny, też toksyczny, też drażniący.
Generalnie wybielacz i kwasy nie, ale żeby nie było, że to już koniec, jest jeszcze jeden wspaniały zestaw, właściwie nawet jeszcze dwa: wybielacz plus alkohol.
Ola: To takie nieoczywiste zestawienie.
Piotr: Nieoczywiste, bo to może być na przykład jakiś spirytus salicylowy, ale też rozmaite, od jakichś pięciu lat modne, płyny do dezynfekcji rąk.
Ola: Ciekawe, czemu zaczęły być modne.
Piotr: Zawierają najczęściej po prostu alkohol etylowy, ale mogą to być też inne alkohole, i tu powstaje, uwaga, chloroform, zwłaszcza jeżeli ta reakcja przebiega w środowisku zasadowym. Chloroform pewnie wszyscy z grubsza kojarzymy najczęściej z różnych filmowych zastosowań, z cyklu: jakiś pan nachlapał chloroformem na szmatkę i innemu panu albo pani przytknął to do twarzy, i ta osoba straciła przytomność. Rzeczywiście chloroform tak działa, natomiast to nie jest niewinny usypiacz, tylko dość paskudna trucizna. Różnica między dawką, która działa usypiająco, a dawką, która działa toksycznie, jest bardzo, bardzo niewielka. Co więcej, łatwo w ten sposób wywołać wymioty, a wymioty u osoby nieprzytomnej mogą się skończyć bardzo źle, ale też chloroform uszkadza wątrobę, uszkadza nerki, może trwale uszkodzić układ nerwowy. Więc te filmowe chloroformy na szmatkę niech pozostaną filmową opowieścią. Chloroform można sobie sporządzić samemu, jak już mówiłem, bardzo nie polecamy, bo to naprawdę paskudna substancja. Była zresztą przez dłuższy czas stosowana w anestezjologii w XIX wieku.
Ola: Chciałam o tym powiedzieć, jak celowali z dawką?
Piotr: Ostrożnie, dosłownie ostrożnie, to znaczy bardzo delikatnie, już nie pamiętam w tej chwili, bo nie wczytywałem się w tę część, ale to jest bardzo niewielka różnica, i stosowano narkozę chloroformową na przemian z narkozą eterową. Każda z nich miała troszeczkę inny przebieg, jedna szybciej usypiała, druga wolniej, po jednej się szybciej budzili, po drugiej później. Ostatnie takie zastosowania chloroformu w anestezjologii to są gdzieś chyba jeszcze lata 60., ale to już w bardzo szczególnych przypadkach, sporadycznie. Chloroform rzeczywiście tak działa, ale to jest po prostu trucizna.
I last but not least: wybielacz kontra wybielacz, a może raczej wybielacz kontra odplamiacz, bo wspomniany nadtlenek wodoru, czyli woda utleniona, czyli perhydrol, jeżeli jest to typowe stężenie 30-procentowego perhydrolu, też działa wybielająco. Często różne odplamiacze, wlewane do prania, są właśnie na bazie nadtlenku wodoru, dlatego że działa łagodniej niż te chlorowe substancje, nie odbarwia ubrań i tak dalej.
Ola: Ale to też nie brzmi bardzo groźnie.
Piotr: Nie brzmi bardzo.
Ola: Coś, co jest oparte na wodzie utlenionej.
Piotr: No tak, tylko że po zmieszaniu będzie nam się bardzo gwałtownie wydzielał tlen, co samo w sobie nie jest takie groźne, bo tlen, choć o toksyczności tlenowej też moglibyśmy opowiadać długo, bo uczyliśmy się o tym dużo.
Ola: Na kursie nurkowym.
Piotr: Dokładnie, ale to w tym wypadku nie jest groźne, natomiast groźne jest to, że reakcja jest egzotermiczna, czyli ta mieszanina się nagrzewa, może się gwałtownie wydzielać tlen, to po prostu może pryskać. Jest to jakieś zagrożenie.
Ola: Wyobrażam sobie sytuację, w której coś takiego się dzieje w momencie, kiedy gdzieś w pobliżu jest jakiś piecyk.
Piotr: Tak, teoretycznie mógłby tu nastąpić jakiś zapłon, znaczy tlen wymaga czegoś, co by się mogło palić. Generalnie to jest z tych czterech zestawów mieszanin najmniej groźna, natomiast też warto ostrzec. W ramach ciekawostki jeszcze tylko powiem, że naprzemiennie właśnie wybielacza i nadtlenku wodoru używa się w stomatologii, bo w ten sposób odkaża się zęby, wnętrze zęba, jak się tam wierci i boruje, oczywiście w bardzo ściśle kontrolowany sposób, naprzemiennie tych dwóch substancji, co powoduje wydzielanie tlenu, co też działa odkażająco.
Przypomniałem sobie, że tlen jest paskudną trucizną. Kiedyś zrobimy odcinek o tym wielkim wymieraniu.
Ola: O tlenie, tak. Wielkie wymieranie i w ogóle co tlen, na przykład pod ciśnieniem, może spowodować.
Piotr: Dokładnie. I jeszcze tylko na koniec ciekawostka literacka, bo my mieliśmy z Olą niedawno taką fazę na Stephena Kinga. Tak nas wkręciło, że przesłuchaliśmy, bo to były audiobooki, no nie powiem, że sporą część jego książek.
Ola: Ale on napisał tyle, że i tak pewnie nawet jednej piątej nie odsłuchaliśmy.
Piotr: Niektóre są bardzo dobre, inne nie bardzo, ale jest wśród nich książka Instytut, to jedna z nowszych, chyba z 19. roku, i tam już nie będę spoilerował, ale pojawia się wątek trucia ludzi. O ile pamiętam, generują tam chlor, czyli właśnie jakiś wybielacz na podchlorynie sodu razem z jakimś kwasem, i to jest tak skonstruowane, dlatego że potrzebują dość szybko kogoś otruć. Dość nagła sytuacja, jacyś ludzie gdzieś przechodzą, już nie będę mówił jacy i gdzie, pewnie Ola pamięta. I tam ktoś szybko konstruuje taką mieszaninę, więc w literaturze też można takie wątki spotkać.
0:46:38 Rtęć: szalony kapelusznik i śmierć Karen Wetterhahn
Ola: A ja od literatury zejdę na ziemię, bo na pewno niektórzy spośród was pamiętają takie termometry rtęciowe, które jeśli się rozbiły, to na podłodze potem walały się takie śliczne, srebrzyste kuleczki. Niektórzy w wieku wczesnym nawet się nimi bawili. Odradzamy to stanowczo. Rtęć to trujący metal ciężki, ale, ale w sumie wygląda na to, że te kulki nie są specjalnie szkodliwe.
Piotr: Może nie aż tak, jak się wydaje.
Ola: Jakby mogło się wydawać. Nawet, uwaga, absolutnie to odradzamy, ale gdyby komuś zdarzyło się połknąć taką płynną rtęć metaliczną, to ona, mówię raczej, to jakby nie próbujcie tego w domu, raczej nie spowodowałaby większych szkód.
Piotr: Nie chcemy uspokajać. Jeżeli komuś by się coś takiego, nie wiem, jakim cudem zdarzyło, to nie należy powiedzieć "hej ho" i pomaszerować dalej, tylko udać się do szpitala. Ale chodzi o to, że to nie jest tak, że w przeciwieństwie do niektórych toksyn typu wspomniane cisy i oleandry, zjedzenie tego kończy się co najmniej bardzo ciężką chorobą, a często śmiercią.
Ola: Taka rtęć metaliczna po prostu przeszłaby przez nas najprawdopodobniej, nie robiąc większej szkody. Ale w przypadku rtęci i jej toksyczności zasadniczą różnicę robi to, w jakim jest stanie skupienia i z jakimi substancjami się wiąże. Rtęć zarówno w formie pary, jak i cieczy może tworzyć związki chemiczne, które są bardzo, ale to bardzo, żeby nie powiedzieć strasznie, toksyczne.
Na pewno pamiętacie też Szalonego Kapelusznika z Alicji w Krainie Czarów. Pierwowzorem jego szaleństwa, tu pewnie nie zdradzę niczego szczególnego, było zatrucie rtęcią. To zatrucie dotykało w zasadzie wszystkich, którzy dawniej, w minionych wiekach, zajmowali się zawodem kapelusznika, a te dziewiętnastowieczne kapelusze, do których nawiązuje Alicja w Krainie Czarów, były wytwarzane, i tutaj, uwaga, trochę wsiąkłam w ten fragment historii, bo żeby zrozumieć, co to jest właściwie filc: dziś kojarzy nam się on z jakimiś włóknami naturalnymi czy sztucznymi, które się filcuje. A z czego powstawały kapelusze w XIX wieku? Były wytwarzane ze sfilcowanego futra, i tu najbardziej pożądane było futro z bobra, ale ponieważ bobry wytłuczono właśnie na kapelusze, coraz częściej robiono je z futra zająca, królika albo wydry. W procesie wytwarzania kapelusza najpierw trzeba było oddzielić sierść od skóry, a potem poddać ją spilśnieniu, to jest taki fachowy termin, czyli splątaniu, i w obu tych procesach wykorzystywano toksyczne związki rtęci. Finalnie dodatkowo filc gotowano i poddawano działaniu pary, żeby uzyskać pożądany kształt kapelusza, i wówczas z filcu unosiły się ogromne ilości toksycznych oparów rtęci. Te bardzo, bardzo, bardzo szkodliwe związki były wdychane przez kapeluszników i wywoływały u nich między innymi drżenie ciała, utratę zębów, poczernienie dziąseł, nadmierne ślinienie się, drżenie mięśni, już mówiłam o drżeniu ciała, a kapelusznicy chodzili też w taki charakterystyczny, chwiejny sposób. Te objawy zaczęto nazywać syndromem szalonego kapelusznika.
Piotr: Tak, bo szalonego, dlatego że, o ile pamiętam, jednym z efektów były gwałtowne zmiany nastroju.
Ola: Nastroju i też halucynacje, a raczej coś na kształt halucynacji, bo to nie było dokładnie to. Rtęć może być jeszcze bardziej niebezpieczna niż ta, która atakowała kapeluszników, bo zdecydowanie najbardziej trujące są organiczne związki rtęci, w tym metylortęć i dimetylortęć.
Tu nawiązuję do takiego słynnego przypadku, który miał miejsce 14 sierpnia 1996 roku, kiedy amerykańska toksykolożka Karen Wetterhahn zapisała w swoim dzienniku laboratoryjnym, że niechcący rozlała kilka kropli dimetylortęci z końcówki pipety laboratoryjnej na dłoń w rękawiczce lateksowej. W sumie nie brzmi to jakoś bardzo groźnie.
Piotr: Trzeba dodać, że to nie była jakaś przypadkowa osoba, skoro już powiedziałaś: toksykolożka. Zajmowała się toksykologią w Dartmouth College w Wielkiej Brytanii i naprawdę miała doskonałą świadomość, że ma kontakt z bardzo silną trucizną, więc pracowała zgodnie ze wszystkimi zasadami bezpieczeństwa. Pracowała pod wyciągiem, miała odpowiedni strój, przestrzegała wszelkich procedur. Po tym incydencie, po rozlaniu kilku kropel na rękawiczkę, chyba miała nawet więcej niż jedną warstwę rękawiczek, były dwie warstwy czy coś takiego, obowiązkowo. W każdym razie prawidłowo zdjęła te rękawice, zabezpieczyła je, umieściła w koszu na toksyczne odpady. Generalnie wyglądało na to, że wszystko jest okej, zgodnie z zasadami. Natomiast później, już po całym zdarzeniu, testy wykazały, że dimetylortęć potrzebuje tylko 15 sekund, żeby przeniknąć nawet przez kilka warstw rękawiczek lateksowych i, uwaga, wniknąć w skórę. Ona o tym nie wiedziała, nikt o tym jeszcze wtedy nie wiedział. To była rzecz, która nie była uwzględniona w procedurach, bo po prostu nie zdawano sobie sprawy, że rękawiczki lateksowe, generalnie uważane za bezpieczne, za zabezpieczenie przed ogromną większością toksyn, innych substancji, ale też drobnoustrojów, mogą zawieść.
Ola: Po trzech miesiącach od tego incydentu w laboratorium Karen Wetterhahn zaczęła odczuwać bóle brzucha, zauważyła, że mocno schudła, a po pięciu miesiącach od wypadku pojawiły się u niej objawy neurologiczne: traciła równowagę, zaczęła niewyraźnie mówić, i wtedy właśnie wykryto u niej poważne zatrucie rtęcią. Stężenie tej substancji we krwi wynosiło 4 miligramy na litr, co oznacza, że było 80-krotnie wyższe niż stężenie graniczne dla człowieka, graniczne w takim sensie, że jest to stężenie, które można jeszcze przeżyć. Diagnozę zatrucia rtęcią potwierdziła analiza włosów badaczki. Pokazała ona, że gwałtowny wzrost poziomu rtęci nastąpił u niej 17 dni po wypadku, osiągnął szczyt po 39 dniach, a potem stopniowo opadał. W szpitalu, do którego trafiła, podjęto natychmiast intensywne leczenie, ale niestety wiadomo było, że kobieta tego nie przeżyje. Trzy tygodnie po pojawieniu się pierwszych objawów neurologicznych, czyli mniej więcej po 8-9 miesiącach od wypadku, Wetterhahn zapadła w stan przypominający stan wegetatywny, przerywany okresami skrajnego pobudzenia, to rzeczywiście trochę przypominało chorobę szalonych kapeluszników. Po jakimś czasie, kiedy była już wyłącznie w stanie wegetatywnym, została odłączona od aparatury podtrzymującej życie i uznano ją za zmarłą 8 czerwca 1997 roku, niecały rok po wypadku. Miała wtedy 48 lat.
Piotr: Warto zwrócić uwagę, że to sytuacja stosunkowo nowa, to nie są zamierzchłe czasy, XVIII czy XIX wiek, kiedy ludzie nie wiedzieli połowy rzeczy. To wypadek, który zdarzył się naprawdę niedawno.
Co ta dimetylortęć robi w ludzkim organizmie? Przede wszystkim w ciągu kilku dni ulega przemianie do metylortęci, a ta łączy się z cysteiną, jednym z podstawowych aminokwasów występujących w białkach, i z łatwością zaczyna przedostawać się przez barierę krew-mózg. Tam z kolei przenika do neuronów i rozwala przesyłanie sygnałów w synapsach, już o synapsach mówiliśmy w poprzednim odcinku toksykologicznym.
Ola: Tak, o tym zakłócaniu sygnałów w synapsach.
Piotr: To oczywiście zaburza przewodzenie nerwowe, więc prowadzi do zaburzenia koordynacji ruchowej, jeśli chodzi o nerwy obwodowe, natomiast też rozwala działanie całego mózgu, i stąd halucynacje, problemy z pamięcią. Teraz pytanie, dlaczego to wszystko tak wolno się działo? Bo to jest na swój sposób przerażające, mój ulubiony cis potrafi zabić po pół godziny, jak się dobrze sprężyć.
Ola: A ta dimetylortęć, której zabicie kobiety zajęło 8-9 miesięcy?
Piotr: Dokładnie, zresztą pierwsze objawy, jak mówiłaś, wystąpiły po trzech miesiącach. Ten proces łączenia się metylortęci z cysteiną zachodzi bardzo, bardzo wolno. W dodatku metylortęć nie uczestniczy w żadnych innych reakcjach w organizmie i przez to jest z niego bardzo wolno usuwana. To wszystko powoduje bardzo duże opóźnienie w wystąpieniu objawów, ale też to, że objawy narastają, i że to nie jest tak, że coś występuje nagle i można zadziałać, można odtruć. Po wbudowaniu się metylortęci w cysteinę i rozejściu się po organizmie właściwie nie ma już dla takiego człowieka ratunku, co jest chyba jeszcze bardziej przerażające.
0:58:03 Tetrodotoksyna: trująca ryba fugu
Ola: I jeszcze trucizna, która należy do chyba najbardziej medialnych, i mimo że nie atakuje dokładnie w domu, chyba że ktoś się postara, to może zaatakować w restauracji, zwłaszcza restauracji japońskiej, a jeżeli ta restauracja japońska znajduje się w Japonii, to wtedy prawdopodobieństwo zaatakowania przez tę toksynę wzrasta.
Piotr: To nadal jest niewielkie.
Ola: To prawda. Chodzi o tetrodotoksynę, i ona się regularnie pojawia w czołówkach serwisów newsowych, zwłaszcza wtedy, kiedy jakiś słynny szef kuchni, bo to się też niestety zdarzało, źle przyrządzi japoński przysmak, jakim jest ryba fugu. Fugu to po japońsku rozdymka, poczciwie wyglądająca rybka, którą się widuje podczas nurkowań, naprawdę urocza. To nie jeden gatunek, ale po prostu te rozdymkowate tak mają, że zawierają tetrodotoksynę. Co roku zatruwa się tą toksyną około 50 Japończyków, a kilkoro umiera. W całej Azji Południowo-Wschodniej te statystyki są wyższe, ale nie widziałam zbiorczych, szukałam ich intensywnie. Problem polega na tym, że taka ryba fugu zawiera tej toksyny tyle, że wystarczyłoby jej do zabicia 30 dorosłych osób, i nie ma na tę truciznę znanej odtrutki. Chociaż, jak już powiedziałam, ze statystyk wynika, że całkiem sporo ludzi przeżywa łagodniejsze przypadki zatrucia, te zatrucia wynikają głównie z tego, że ktoś tę rybę rozdymkowatą po prostu źle obrabia, a jest ona przysmakiem, w związku z czym można ją spożywać w różnych japońskich restauracjach, gdzie należy do dość pożądanych, ekskluzywnych przysmaków.
Piotr: Można jej też nie spożywać i się w ten sposób nie truć. Taka podpowiedź, jakby ktoś nas słuchał i nie wpadł na ten pomysł: podpowiadamy, że takie rozwiązanie też jest możliwe.
Ola: Jeśli chodzi o dawkę śmiertelną tetrodotoksyny, która wystarczy do zabicia jednej, nie trzydziestu osób, to wynosi od 4 do 40 mikrogramów na kilogram masy ciała. To naprawdę mało. Jak w ogóle powstaje ta tetrodotoksyna?
Piotr: To bardzo ciekawy wątek, dlatego że powstaje przy udziale bakterii symbiotycznych, czyli sama rybka sobie tego nie wytworzy, ktoś jej musi pomóc. Wciąż nie do końca wiadomo, jak to wszystko działa, to znaczy produkcja, transport, kumulacja w ciele ryby nie są do końca poznane i zbadane. Natomiast wiemy, co ona robi: blokuje kanały sodowe w neuronach, czyli znowu stare, dobre zaburzanie przewodzenia. Prowadzi to do paraliżu i finalnie śmierci przez uduszenie, bo dochodzi do porażenia mięśni oddechowych. Zresztą to dlatego, jak się wydaje, narkotyzują się nią delfiny.
Ola: A tak, delfiny się narkotyzują rozdymkami, i chyba mamy o tym u nas tekst.
Piotr: Jeśli mamy, to podlinkujemy w opisie.
Ola: U nas na blogu. W ogóle delfiny są nieźle odpalone.
Piotr: Osoby znające delfiny nie wyrażają się o nich pochlebnie, tak to ujmę.
Ola: One są w ogóle dziwne, nie to, że osoby znające się na delfinach, tylko delfiny. Była taka Rosa Klebb w Jamesie Bondzie, która właśnie za pomocą tej trucizny mordowała swoich wrogów. To film Pozdrowienia z Rosji.
Piotr: Tak, i ona miała ukryte w bucie ostrze, tak?
Ola: Tak, i bardzo niesympatycznie wyglądała. Ten but był zatruty. Dodam, że obecnie antagoniści w filmach o Jamesie Bondzie nie są aż tak odrażający, jak byli dawniej.
Piotr: Poprawiło im się, to miła wiadomość. Pozdrawiamy zabójców z Jamesa Bonda.
Ola: No tak.
1:02:38 Zakończenie: polecajka książkowa i słowo na dziś
Piotr: Słuchajcie, to w takim razie chcieliśmy powiedzieć, że jeżeli na przykład ocaliliśmy wam życie, bo właśnie wybieraliście się do czyszczenia łazienki, trzymając w jednej ręce odkamieniacz, w drugiej wybielacz…
Ola: Albo jeżeli na przykład częstowaliście się owocem cisa, albo też skubaliście oleander i parzyliście z niego herbatkę, to nie?
Piotr: Nie wiedzieliście, jak jeść cis, bo przypominam, osnówki są pyszne, ale ostrożnie. Więc jeżeli któryś z tych albo innych przypadków miał miejsce, to jest znakomita okazja, żeby postawić nam kawę na Buy Coffee To. Chciałem powiedzieć, że kofeina też jest toksyną, jak wszystko inne, tylko trzeba jej dość dużo spożyć, żeby umrzeć. My ją stosujemy z umiarem. Buy Coffee To, link w opisie odcinka, podobnie jak linki ze źródłami.
Ola: I polecajka na dziś.
Piotr: Właśnie, bo ostatnio się tak odhamiamy i ukulturalniamy, zwróćcie uwagę, ile już książek wspomnieliśmy w tym odcinku. Proszę, Ola.
Ola: Juliusz Cezar był, co tam jeszcze było?
Piotr: Jeszcze był Stephen King.
Ola: Stephen King, oczywiście, a teraz trzecia książka, popularnonaukowa, i to jest książka, która mi się strasznie podobała. Sam Kean napisał, będziecie mieli informację na ten temat w opisie odcinka. Tytuł książki to Znikająca łyżeczka. Dziwne opowieści chemicznej treści. Być może dla niektórych to nie brzmi jakoś specjalnie porywająco i sensacyjnie, ale to jest bardzo, bardzo fajna książka o pierwiastkach chemicznych i okolicznościach ich odkrycia, napisana trochę jak książka historyczno-przygodowa. Jest tam mnóstwo ciekawych historii: o szaleństwie Mendelejewa, o jakiejś tajemniczej epidemii w starej japońskiej kopalni, o wyścigu do bieguna południowego. Mnóstwo takich historii, które bardzo pasują do naszego podcastu.
Piotr: Ta książka już była dość dawno temu wydana, natomiast jak znam życie, to znajdziecie ją gdzieś we wtórnym obiegu. Zdecydowanie polecamy, bardzo, bardzo to było fajne.
Ola: I zamieszczam link do naszej recenzji tej książki, myślę, że wam się spodoba. I jeszcze zostaje słowo na dziś.
Piotr: Tak, tu się trochę zastanawialiśmy, co to powinno być. Ja proponowałem "sedes", Oli się nie spodobał "sedes". Ten sedes odwiedzi od czyszczenia i trucia się. W związku z czym słowem na dziś jest "jagoda".
Ola: No to cześć.
Piotr: Cześć.
Źródła
https://www.nbcnews.com/news/us-news/christian-school-teacher-tried-poison-husbands-smoothie-deadly-plant-m-rcna134824 https://www.cbsnews.com/news/sarah-scheffer-missouri-accused-poisoning-husband-lily-of-the-valley/ https://www.mmsjournals.org/index.php/mmj/article/view/600 https://www.mountsinai.org/health-library/poison/oleander-poisoning https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC6996654/ https://en.wikipedia.org/wiki/Oleandrin https://www.latimes.com/archives/la-xpm-1991-04-09-me-223-story.html https://www.upi.com/Archives/1990/10/10/Trial-ordered-in-nations-first-oleander-poisoning-case/2694655531200/ https://unframed.lacma.org/2011/03/07/how-the-hatter-went-mad https://www.science.org/content/article/mercury-poisoning-kills-lab-chemist https://en.wikipedia.org/wiki/Karen_Wetterhahn https://www.cdc.gov/mmwr/preview/mmwrhtml/00041514.htm https://www.nippon.com/en/column/g00468/ https://en.wikipedia.org/wiki/Tetrodotoxin
Źródła
- nbcnews.com/news/us-news/christian-school-teacher-tried-p…
- cbsnews.com/news/sarah-scheffer-missouri-accused-poisonin…
- mmsjournals.org/index.php/mmj/article/view/600
- mountsinai.org/health-library/poison/oleander-poisoning
- pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC6996654/
- en.wikipedia.org/wiki/Oleandrin
- latimes.com/archives/la-xpm-1991-04-09-me-223-story.html
- upi.com/Archives/1990/10/10/Trial-ordered-in-nations-…
- unframed.lacma.org/2011/03/07/how-the-hatter-went-mad
- science.org/content/article/mercury-poisoning-kills-lab-c…
- en.wikipedia.org/wiki/Karen_Wetterhahn
- cdc.gov/mmwr/preview/mmwrhtml/00041514.htm
- nippon.com/en/column/g00468/
- en.wikipedia.org/wiki/Tetrodotoxin
