Podcast Crazy Nauka · odc. 11
Zbrodnie i trudne przypadki rozwiązane dzięki nauce i jej nieszablonowym metodom
Posłuchaj też na:
Morderca zidentyfikowany dzięki genetycznej “fotografii”; pyłki roślin łączą sprawcę z miejscem porzucenia ciał ofiar; nowa metoda “ożywia” stare DNA i wskazuje mordercę…
Opowiadamy o tym, jak nauka wspiera kryminalistykę. Ale nie jest to typowe true crime – bo przecież obecnie niemal każda zbrodnia jest wykrywana przy udziale metod naukowych – tylko opis starannie przez nas wybranych historii, w których użyto naukowych narzędzi w sposób nowatorski lub nieszablonowy.
Linki do odcinka:
Zdjęcie z DNA czyli fenotypowanie
parabon-nanolabs.com/news-events/2015/09/snapshot-bouziga…
prnewswire.com/news-releases/parabon-announces-new-snapsh…
Pokrzywy zdradzają mordercę
theguardian.com/world/2005/jan/10/gender.uk
en.wikipedia.org/wiki/Soham_murders
Sprawa Green River
en.wikipedia.org/wiki/Gary_Ridgway
sequoyahsteminstitute.org/blog/2018/10/5/how-dna-caught-t…
pl.wikipedia.org/wiki/Sekwencje_mikrosatelitarne
en.wikipedia.org/wiki/GEDmatch
Tajemniczy człowiek na plaży w 1948 r.
theguardian.com/australia-news/2022/jul/27/somerton-man-m…
abc.net.au/news/2022-08-02/carl-webb-brother-resemblance-…
pl.wikipedia.org/wiki/Sprawa_Tamam_Shud
edition.cnn.com/2022/07/26/australia/australia-somerton-m…
Samochód z Map Google’a
bbc.com/news/world-us-canada-49677843
Transkrypcja odcinka
Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.
0:00:00 Wstęp
Piotr: A dzisiaj: morderca zidentyfikowany dzięki genetycznej fotografii.
Ola: Odrosty pokrzyw i pyłki roślin, które połączyły mordercę z miejscem porzucenia ofiar.
Piotr: Zabójca co najmniej 49 kobiet, który 20 lat pozostawał na wolności, trafił do więzienia dzięki supernowoczesnej technologii badania DNA.
Ola: Zwłoki zidentyfikowane dzięki ogólnodostępnej bazie genealogicznej.
Piotr: Tym razem, jak widzicie, true crime naukowo.
Ola: Cześć, tu Ola Stanisławska.
Piotr: I Piotrek Stanisławski, podcast Crazy Nauka.
Ola: A dziś opowiemy wam o tym, jak nauka wspiera kryminalistykę. Ale nie będzie to typowe true crime, bo przecież obecnie niemal każda zbrodnia jest wykrywana przy udziale metod naukowych. Tylko opis starannie przez nas wyselekcjonowanych historii, w których użyto narzędzi naukowych w sposób nowatorski albo nieszablonowy.
Piotr: Jakbyście się dziwili, dlaczego wchodzimy w true crime, powodów jest parę. Jest to chyba na całym świecie w tej chwili najpopularniejszy typ podcastów, więc postanowiliśmy się trochę ogrzać przy tej okazji. Ale nie ukrywam, że inspiracją było parę podcastów true crime'owych, których zaczęliśmy słuchać, zwłaszcza ja, i tu ze szczególnym wskazaniem na znakomite "Zbrodnie prowincjonalne" i "[? niepewne: Olga Herring]" – to takie najbardziej przeze mnie słuchane podcasty.
Ola: Jeszcze inspiracja przyszła z telewizji, bo oglądamy sobie namiętnie serial "Zbrodnie po sąsiedzku" z Seleną Gomez, Stevem Martinem i Martinem Shortem. To jest naprawdę kawał dobrej zabawy, jeżeli ktoś lubi inteligentne dialogi, wyczesane historyjki i nieoczywistych bohaterów – naprawdę bardzo fajny serial, gorąco polecam.
Piotr: Na Netflixie?
Ola: Nie, na Disneyu jest, ale to nie jest podcast sponsorowany przez Disneya.
Piotr: Dlatego wspomniałam też o Netflixie, dla równowagi.
Ola: Jeszcze może być na HBO albo Prime'ie i tak dalej. Jeżeli okaże się, że wam ten typ opowieści, czyli taki trochę naukowy true crime, odpowiada, to dajcie nam znać – podcasty małpa crazynauka.pl – bo mamy tych historii całkiem dużo i wybraliśmy na początek kilka takich, żeby były akurat ciekawe, ale tak naprawdę to był mocno trudny wybór, bo dużo jest ciekawych. Z ważnych rzeczy: bardzo prosimy, subskrybujcie nas, bo od ostatniego naszego podcastu zmieniliśmy hosting podcastowy, co się wiązało z rzezią i jatką, i spadliśmy straszliwie w rankingach, więc bardzo nam pomożecie, subskrybując ten podcast, ewentualnie przekazując znajomym, że warto nas posłuchać.
Piotr: A jesteśmy obecni na wszystkich liczących się platformach podcastowych.
Ola: I na nieliczących się też.
0:03:17 Morderca zidentyfikowany dzięki fenotypowaniu DNA – sprawa Sierry Bouzigard
Piotr: Również tak. I jeszcze jedna prośba: zajrzyjcie proszę do naszego sklepu w Kreatorium, taka ładna nazwa, znajdziecie tam nasze Crazy Naukowe koszulki. Niedługo będzie więcej wzorów, śledźcie to, co tam się dzieje. Mam nadzieję, że wam się coś z tego spodoba.
Na początek taka historia – to będą ponure historie, więc oczywiście historia ponura i o złym zakończeniu. Chodzi o Sierrę Bouzigard, dziewiętnastolatkę, która w 2009 roku została zamordowana brutalnie, a jej ciało zostało porzucone na poboczu drogi w mieście Lake Charles, w stanie Luizjana, w Stanach Zjednoczonych.
Tutaj były różne domysły policji. Pierwszym tropem, za którym poszli śledczy, byli znajomi Sierry, którzy wywodzili się z grona społeczności latynoskiej. Policja wzięła pod lupę dwadzieścia osób z tej społeczności i zbadała próbki ich DNA. Nie znalazła żadnych dopasowań do rekordów istniejących w bazie DNA osób podejrzanych albo skazanych, w związku z czym utknęła trochę w martwym punkcie.
Był jeszcze jeden szczegół, który policja sprawdziła, ale też nie zaprowadził w sensowne miejsce: zanim Sierra umarła, walczyła i drapała swojego napastnika paznokciami, i pod paznokciami znaleziono fragmenty tkanek skóry, najprawdopodobniej mordercy, zawierające jego DNA. Tutaj też baza nic nie wykazała, nie było żadnego podobieństwa względem istniejących w niej rekordów.
Po długim czasie – dopiero w 2017 roku – zmieniono metody poszukiwania sprawcy. Ta sprawa należała już do tak zwanych spraw zimnych, więc nie zajmowano się nią tak intensywnie, ale ponieważ pojawiły się nowe narzędzia, zaczęto ponownie profilować sprawcę.
Ola: Tu pojawia się firma – robiono to we współpracy z firmą Parabon Nanolabs, która specjalizuje się w robieniu czegoś, co nazwano snapshotem genetycznym. To jest element procedury zwanej fenotypowaniem DNA.
Tak jak genotyp to jest cała nasza informacja genetyczna zapisana, fenotyp to ta część tej informacji, która przekłada się poprzez białka na nasz organizm. Jest to dość istotne, dlatego że mamy całe mnóstwo różnych rzeczy w naszym DNA – dziedziczymy je i po mamie, i po tacie – a tylko część tych informacji później przekłada się na nasze ciało. To jest właśnie fenotyp – to, co się przełożyło. Cała sztuka polega na tym, żeby na podstawie odnalezionego DNA spróbować określić, jak mogła wyglądać osoba, której poszukujemy – w tym wypadku przestępcy.
Ten snapshot, robiony przez Parabon, polega na wydobyciu pewnych informacji, które są jednoznaczne, ale też na określeniu prawdopodobieństwa lub wykluczeniu pewnych innych cech. Taki typowy snapshot mówi nam na przykład o płci osoby, której poszukujemy. Mówi nam o kolorze jej skóry – tu oczywiście nie jesteśmy w stanie tego określić stuprocentowo, bo bardzo dużo może zależeć też od wpływu środowiska, ale generalnie jesteśmy w stanie w przybliżeniu określić, czy skóra jest jasna albo bardzo jasna.
Jesteśmy też w przybliżeniu w stanie określić kolor oczu – mówię w przybliżeniu, bo na przykład oczy niebieskie czy zielone to tak naprawdę z grubsza to samo, z minimalnymi różnicami, więc tu nie da się tego jednoznacznie stwierdzić. Ale na przykład kolor włosów możemy określić – powiedzieć, że na pewno są ciemne, albo że dana osoba ma tendencję do powstawania zmarszczek, albo że jej nie ma. Kolejny element to oczywiście pochodzenie – to daje się dość dobrze określić, czyli jaki procent genów pochodzących z jakichś haplogrup, z jakichś geograficznych rejonów, ma dana osoba.
Piotr: Czyli można w ten sposób z grubsza określić pochodzenie etniczne.
Ola: Pochodzenie etniczne możemy stwierdzić na przykład tak: że ma 20 czy 40 procent genów z centralnej Europy, a resztę skądś tam. I co bardzo ważne, właściwie kluczowe w tych działaniach – można wykluczyć pewne rzeczy. Na przykład jeżeli mamy powiedziane, że skóra tego człowieka jest najprawdopodobniej jasna lub bardzo jasna, to możemy wykluczyć, że jest ciemna albo ciemnooliwkowa. Albo możemy stwierdzić, że oczy są gdzieś z pogranicza niebieskiego i zielonego, ale na pewno nie czarne czy brązowe. Podobnie z włosami, podobnie z grupą krwi. To ważny element, bo pozwala wyłączyć pewne grupy ludzi.
Taki snapshot – można go znaleźć w internecie w postaci ulotki, kartki, na której jest zdjęcie tej osoby, i oczywiście to zdjęcie jest czysto umowne, to nie znaczy, że ta osoba będzie miała akurat taki nos, akurat takie usta i uszy. Natomiast można w jakimś stopniu stwierdzić, że to nie jest jakaś konkretna osoba, albo zawęzić w ten sposób krąg poszukiwanych.
To właśnie miało miejsce w przypadku poszukiwania zabójcy Sierry – profilowanie fenotypowe wykazało, że ta osoba, mężczyzna, nie należała do grupy latynoskiej, tylko miała jasne oczy, niebieskie albo zielone, i jasne włosy, jasnobrązowe albo blond. To zmieniło kompletnie kierunek działania policji, bo zaczęto poszukiwać podejrzanych zachowań innych osób, które mogły mieć związek z tą sprawą, i tak zrekonstruowano wygląd fizyczny mężczyzny o łagodnym wyrazie twarzy. W linkach znajdziecie odnośnik do artykułu, w którym zobaczycie, jak naprawdę wyglądał zabójca Sierry Bouzigard – zrekonstruowano jego twarz i trafiono na ślad niejakiego Blake'a Russella.
Okazało się, że to właśnie jego DNA znaleziono pod paznokciami Sierry, i został aresztowany w lipcu 2017 roku. Przebywał w areszcie i niecały rok po aresztowaniu znaleziono go powieszonego na szafie z ubraniami, jak donoszą źródła amerykańskie – podobno nie powiesił się całkiem sam, ktoś mu w tym pomógł. Generalnie historia smutna, ale zwieńczona sukcesem policji, która znalazła sprawcę.
Chcę jeszcze dodać, że od czasu, kiedy analizowane było DNA spod paznokci Sierry Bouzigard, firma Parabon rozwinęła swoją ofertę i oferuje ciekawe rzeczy. Na przykład może obecnie na podstawie tego DNA rekonstruować kształt twarzy, dodawać do niej akcesoria typu okulary albo inne ozdoby.
Piotr: DNA z okularów, znaczy okulary z DNA. No tak, ale wiadomo, chodzi o to, żeby to było bardziej wiarygodne.
Ola: Można dodawać zarost, można rozmaicie modelować tę twarz, i co ważne – można pokazywać, w jaki sposób ta twarz zmieniała się z biegiem lat.
Piotr: Bo oni robią ten typowy snapshot, o którym mówiłem, dla wieku 25 lat. To taki moment wybrany dlatego, że zakończony jest wzrost, wszystkie cechy fenotypowe, fizyczne, są już ujawnione, a jednocześnie organizm jeszcze nie zaczyna się starzeć, więc nie mamy jeszcze elementów, które pojawiają się z czasem, typu zmiany rysów twarzy pod wpływem grawitacji. Ostatnio czytałem, o ile wydłużają się uszy każdego roku – to chyba 0,2 milimetra pod wpływem grawitacji.
Ola: Wow.
Piotr: Więc to, że twarz nam się zmienia z wiekiem, to głównie grawitacja – po prostu wszystkie tkanki nam się ściągają, obwisa wszystko zaczyna. Polecamy spanie głową w dół.
Ola: Wracając jeszcze do kryminalistycznego fenotypowania DNA – warto wspomnieć, że jest ono obecnie szeroko wykorzystywane również do identyfikacji ciał, czyli znajduje się zwłoki, które są nie do rozpoznania, ale można zrekonstruować wygląd takiego człowieka na podstawie pobranego od niego DNA.
Piotr: Jeszcze tylko dodam, żebyśmy uważali, to znaczy żeby się nie dać nabierać, dlatego że jest sporo rozmaitych firm, które obiecują różne dziwne rzeczy wydobyć z naszego DNA czy DNA naszych dzieci. Genetycy są dość sceptyczni wobec takich działań, zwłaszcza prowadzonych na szybko i nie do końca porządnie, nie do końca autoryzowanych. Zresztą samo określanie wyglądu też jest dość ryzykowne – trafiłem nawet na coś takiego, że na podstawie DNA twojego dziecka powiemy ci, jak twoje dziecko będzie wyglądało za 20 lat. Nie, to tak nie działa. Czym innym jest określenie pewnych prawdopodobieństw występowania pewnej cechy albo wykluczenie – na przykład możemy wykluczyć czarne oczy – a czym innym opowieść o tym, że zrobimy portret dziecka. Mówię to na wszelki wypadek, żebyście się przypadkiem nie dali nabrać na zbyt wiele tego typu obietnic. Ale teraz przechodzimy do kolejnej sprawy.
0:15:01 Zabójca znad Green River
Ola: Kolejna historia, również ponura, dotyczy mordercy znad Green River, czyli The Green River Killer – jednego z najsłynniejszych seryjnych morderców w Stanach Zjednoczonych, który przyznał się do zamordowania 49 kobiet, a policja podejrzewa, że mogło być ich nawet dwukrotnie więcej.
Piotr: Tak, bo powiedział w trakcie procesu, że po prostu zapomniał i stracił rachubę.
Ola: Zabijał w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku, a jego ofiarami były nastoletnie dziewczęta i młode kobiety, które uśmiercał w amerykańskim stanie Waszyngton. Przez ten stan płynie Green River, i nad brzegami tej rzeki bardzo często porzucał swoje ofiary – stąd przydomek "morderca znad Green River". Ważna uwaga: większość ofiar Ridgwaya – bo to był Gary Ridgway, który został potem skazany za te morderstwa – to były osoby w trudnej sytuacji życiowej, które okazjonalnie świadczyły usługi seksualne, albo uciekinierki z domów. Generalnie kobiety, które nie były pod stałą obserwacją rodziny, tylko takie, które mogły wymknąć się systemowi. Korzystał z tego jako rasowy drapieżca.
Piotr: Albo mu się tak wydawało, bo parę ofiar to również były osoby, które miały – jak na ówczesne czasy i społeczne oczekiwania – normalne, zorganizowane życie. Niemniej on miał jakieś przekonanie, coś mu się wydawało, i dlatego stały się jego ofiarami.
Ola: Swoje ofiary dusił, porzucał ich ciała na zalesionych, zarośniętych krzakami brzegach rzeki, albo w ogóle na terenie hrabstwa King, gdzie działał. Niestety, jako rasowy drapieżca, wykorzystywał te osoby seksualnie. I jedna uwaga: przy tworzeniu profilu tego zabójcy pomagały rozmowy śledczych z Tedem Bundym.
Piotr: Który sam był bardzo słynnym, chyba jednym z najsłynniejszych zabójców, a jednocześnie człowiekiem niezwykle inteligentnym. Do końca nie wiadomo było, dlaczego zgodził się pomóc w tym profilowaniu – podejrzewa się, że był po prostu zazdrosny, bo jego sława w tym czasie mocno przygasła. Siedział w więzieniu, a Green River Killer był wtedy na topie, więc można powiedzieć, że to była kwestia zazdrości. Dodajmy, że profilowanie, które podpowiadał Ted Bundy, okazało się po latach całkiem trafne.
Ola: Twierdził, że morderca znad Green River powracał na miejsce porzucenia ciała, aby uprawiać z nim seks. I to się okazało prawdą – te praktyki Ridgwaya doprowadziły policję właśnie do niego.
Piotr: Większość zabójstw, o ile wiemy, miała miejsce w latach 1982-1983 – to było chyba ponad 40 kobiet spośród wszystkich ofiar. Ostatnie znane zabójstwo miało miejsce w 1998 roku, czyli po 8 latach od poprzedniego. Nie do końca wiemy, co działo się w głowie tego człowieka na tym etapie. To, co wiemy, i co może dawać jakieś wskazówki, to fakt, że w 1985 roku, po trzech latach nieformalnego związku, zawarł małżeństwo ze swoją trzecią już żoną. Poprzednie dwa małżeństwa były, można powiedzieć, wybitnie nieudane na różne sposoby. Natomiast to trzecie było bardzo szczęśliwe, ku zresztą wielkiemu zaskoczeniu jego późniejszej żony. Jedna z hipotez mówi, że być może fakt, że zwolnił w 1983 roku, jest związany właśnie z tym, że wszedł w związek z tą kobietą i w jakimś stopniu się uspokoił. Ale to oczywiście tylko hipoteza, bo tak naprawdę wszystkich ofiar nie znamy – podejrzewa się, że było ich ponad 70 zidentyfikowanych, choć jednoznacznie przypisanych, tak jak Ola mówiła, 49.
Ola: Warto powiedzieć, że przez ponad 20 lat był wolny. Nic mu się nie działo, złapano go dopiero w 2001 roku.
Piotr: Mimo że policja miała go, można powiedzieć, na celowniku, i to bardzo konkretnym, bo w którymś momencie stał się głównym podejrzanym w tej sprawie.
Ola: Był aresztowany kilkukrotnie w 1982 roku. W 1983 stał się głównym podejrzanym w sprawie zabójstw znad Green River. W 1984 przeszedł pozytywnie test na wykrywaczu kłamstw, a w 1987 – i to jest sprawa kluczowa – policja pobrała od Ridgwaya próbki włosów i śliny. Właśnie w 2001 roku te próbki poddano ponownej analizie.
Piotr: Mimo że w latach osiemdziesiątych sporo było śladów genetycznych, to działania z 1987 roku – ówczesne profilowanie DNA – nie połączyły Ridgwaya z ofiarami. Problemem było między innymi to, że DNA znajdowane u ofiar było mocno zdegradowane, zniszczone, i ówczesne metody po prostu nie wykazywały tego podobieństwa.
Ola: Tutaj bardzo nieprzyjemny szczegół – w wyodrębnieniu próbki DNA mordercy z tych archiwaliów pomógł dziwny zwyczaj Ridgwaya. Otóż pozostawiał w pochwach swoich ofiar kamienie, na których odkryto ślady spermy, i te kamienie były jego znakiem rozpoznawczym.
Piotr: Wybierał zresztą trójkątne, żeby było ciekawiej. Nie od samego początku – kilka pierwszych ofiar tego nie miało, potem zaczęto znajdować te kamienie. Potem to już był rzeczywiście totalnie znak rozpoznawczy, można powiedzieć pewniak, co zresztą też pomogło przypisać mu część niepewnych ofiar.
Ola: To właśnie ślady pozostawione na kamieniach, ślady nasienia, niezbicie połączyły Ridgwaya z tymi morderstwami. To jest ten moment, kiedy mówimy o nowatorskiej wówczas metodzie analizy DNA, którą wykorzystano przy schwytaniu tego mordercy.
Piotr: To była też dla policji dramatyczna historia, bo po tym, jak w latach osiemdziesiątych, na szczycie tych morderstw, zajmowała się nimi ponad czterdziestoosobowa grupa śledcza, to potem to się wszystko wykruszało, i ostatecznie został właściwie jeden człowiek, który jeszcze jakoś nad tym pracował, mimo że sprawa była formalnie zamknięta – od czasu do czasu jeszcze coś grzebał.
W pewnym momencie pojawił się znaczący postęp w kryminalistyce, dokładniej w profilowaniu genetycznym, i chodzi o wprowadzenie właściwie dwóch metod. Jedna to badanie sekwencji mikrosatelitarnych, jakkolwiek by to dziwnie nie brzmiało w kontekście DNA, zaraz powiem, o co chodzi. Druga metoda to taka, o której przez ostatnie dwa lata z kawałkiem słyszeli chyba absolutnie wszyscy, czyli PCR. To z kolei metoda dodatkowa, ale też kluczowa, jeśli chodzi o samą procedurę, bo pozwala na namnażanie małych fragmentów DNA do dużych objętości. Przypominam, że to też ta metoda, która jest stosowana przy testach wykrywających koronawirusa – pobieramy próbkę i jesteśmy w stanie namnożyć znane nam, spodziewane fragmenty DNA, czy pośrednio też RNA. Metoda jest stosunkowo prosta – polega na tym, że próbkę miesza się z odpowiednimi składnikami, bez wchodzenia w szczegóły, i zmienia się temperaturę całego zestawu. Są trzy temperatury: jedna powoduje rozpad dwuniciowego DNA na dwie oddzielne nici, do których można przyłączać kolejne nukleotydy. Potem mamy etap przyłączania tak zwanych primerów, czyli tych początków, które rozpoznają spodziewane fragmenty DNA. Później mamy etap przyłączania nukleotydów, czyli duplikowania tej nici. Potem znowu zaczynamy od początku i tak przełączamy się między temperaturami około 90, 60 i mniej więcej 72 stopni Celsjusza. Czyli tak naprawdę wlewamy wszystko razem, mieszamy w jednym pojemniczku, wstawiamy do maszynki PCR-owej, odpalamy i przychodzimy po godzinie czy coś koło tego.
Ja w dawnych czasach robiłem ten PCR standardowo – to była oczywiście procedura zupełnie laboratoryjna, podstawowa, jedna z najważniejszych procedur w genetyce. Zresztą jej odkrywca dostał za to Nobla, i to już po 10 latach od odkrycia, więc samo w sobie to świadczy o tym, jak ważne to było.
Ale wejdźmy teraz do sekwencji mikrosatelitarnych. To bardzo ciekawe odkrycie, które mówi, że w naszym – ale nie tylko naszym – genomie jest mnóstwo takich powtórzeń, ale nie chodzi o najprostsze powtórzenia typu na przykład GT, GT, GT, tylko o bardziej skomplikowane. To są czasem fragmenty, na przykład fragment AAAGT, który się powtarza wielokrotnie, czasami rozdzielony jakimiś innymi fragmentami. Pojawia się to zarówno w obszarach kodujących jakieś geny, jak i w takich, gdzie – jak do niedawna sądzono – nic się nie dzieje, czyli w tak zwanych niekodujących.
Co najważniejsze, to jest bardzo charakterystyczne dla danego osobnika – to znaczy, jak dużo jest tych zwielokrotnień, ile razy na przykład taka sekwencja się powtarza i w jakim układzie. O ile pojedyncze takie zestawy mogą być na przykład w rodzinie podobne, o tyle jeżeli weźmiemy pod uwagę kilkanaście takich sekwencji mikrosatelitarnych – za liczbę kluczową uważa się trzynaście – to jeżeli stwierdzimy, że w badanej próbce i próbce, z którą ją porównujemy, występuje trzynaście identycznych sekwencji mikrosatelitarnych, jest to z całą pewnością ta sama osoba. Szanse na przypadkowe trafienie są tak małe, że na Ziemi jest mniej ludzi niż wynosi ta szansa powtórzenia, więc uznaje się to za jednoznaczne potwierdzenie. Używa się tej metody wtedy, kiedy trzeba zbadać mocno zniszczone, zdegradowane DNA, bo pozwala ona na wydobywanie z krótkich fragmentów cech charakterystycznych i nie wymaga, żeby nić była w dobrym stanie, długa, dobrze zachowana – a tu nici po 20 latach były już bardzo mocno uszkodzone.
Kluczowa dla pierwszej ofiary okazała się drobina spermy znaleziona na jej włosach łonowych. Potem było to już głównie oparte na kamieniach, bo kamienie są porowate i dobrze zachowują płyny ustrojowe. Śledczy tak naprawdę przez cały czas mieli przekonanie, że to jest ten człowiek – zresztą było więcej takich momentów, na przykład zeznał, że w momencie, kiedy przyszła do niego policja, do jego domu, i z nim rozmawiała, specjalnie stanął przy płocie, oparł się, bo miał jeden policzek podrapany przez jedną ze swoich ofiar, czego policjanci wtedy nie zauważyli. Rzeczywiście byli bardzo blisko odkrycia tego. Cała ta historia pokazuje, jak ważne jest nierezygnowanie w takich sytuacjach – przecież mogli to DNA pobrane od niego zlekceważyć, stwierdzić, że już za późno, że się nie sprawdziło. Pokazuje też, jak postęp nauki może zupełnie zmienić sytuację.
Ola: Absolutnie tak. Na podstawie dowodów DNA, które niezbicie połączyły Ridgwaya z jego ofiarami, skazano go za zamordowanie pierwszych czterech kobiet, a trzy kolejne ofiary połączono z nim na podstawie zupełnie innych dowodów, również zidentyfikowanych dzięki narzędziom naukowym – naukowiec sądowy zidentyfikował na ciałach ofiar mikroskopijne kulki farby w sprayu. Co to miało wspólnego z Ridgwayem? Otóż kiedy go aresztowano, pracował w fabryce ciężarówek Kenworth jako malarz natryskowy – i pracował tam jakieś 20 lat, więc wielokrotnie miał do czynienia z farbą w spreju. Naukowcom udało się zidentyfikować kulki farby, ich konkretną markę i skład, i przypisać je do konkretnych przedziałów czasowych, w których wykorzystywano te farby w fabryce ciężarówek, gdzie pracował Ridgway.
Piotr: Gdybyście się zastanawiali, dlaczego akurat kulki farby – wyobraźcie sobie, że lakiernik napyla tę farbę pistoletem, i te drobiny są maciupeńkie, bardzo szybko zastygają, zwłaszcza w powietrzu, i kiedy taka drobinka farby leci, jest niemal w stanie nieważkości, w związku z czym zastyga w optymalnej, czyli w postaci malutkiej kuleczki. I właśnie takie kuleczki przyczepiają się do wszystkiego, nawet jeżeli o tym nie wiemy – jeżeli kiedykolwiek używaliśmy farby w spreju, to wiemy, jak dokładnie pokrywa wszystko w okolicy. Takie kuleczki później zostały zbadane i pozwoliły na jednoznaczne przypisanie kolejnych ofiar. To z kolei sprawiło, że Ridgway się przyznał – w pewnym momencie można powiedzieć, że pękł, i stwierdził, że nie ma sensu się nie przyznawać. Zresztą miał co ugrać, to nie tak, że nagle okazał się przyzwoitym człowiekiem – doszło do pewnej formy ugody, obecnej w prawodawstwie amerykańskim, która pozwala na zmniejszenie wymiaru kary dzięki współpracy. Po pierwsze przyznał się, co samo w sobie przyczyniło się do zmniejszenia kary, a po drugie wskazał miejsca pochówku ofiar – część z nich nie była porzucana na wierzchu ani wrzucana do wody, bo w pewnym momencie stwierdził, że powinien zmienić sposób działania, i zaczął zakopywać swoje ofiary.
To w ogóle dość ciekawa historia, bo stwierdzono, że miał bardzo niski iloraz inteligencji – szacowano go na około 82 punkty IQ. Wiemy, że IQ jest miarą niedoskonałą, ale dajmy na to, że innej tu nie mamy – a mimo tego bardzo sprawnie zacierał ślady i był po prostu dość sprytny, na różne sposoby mylił policję. Na przykład przy jednej ofierze podrzucał przedmioty zupełnie innej osoby. W pewnym momencie zaczął chować ciała w inny sposób, co doprowadziło niemal do tego, że część tych przypadków chciano przypisać zupełnie komu innemu, bo wychodzono z założenia, że seryjny morderca raczej nie zmienia swojego sposobu działania. To w ogóle niezwykle ciekawa i rozbudowana historia – jest o tym książka, muszę ją przeczytać, nie wiem, czy polecać, ale wstępnie polecam.
0:33:53 Zaginięcie dziewczynek z Soham i ślady pyłku roślinnego
Ola: Przy następnej sprawie przenosimy się do Wielkiej Brytanii, gdzie w Anglii, w 2002 roku, na początku sierpnia, zaginęły dwie dziesięcioletnie dziewczynki.
Piotr: Tak, to była bardzo dramatyczna sytuacja, powiem szczerze, że odcisnęła głębokie piętno na ówczesnej Wielkiej Brytanii.
Ola: Nazwiska tych dziewczynek to Holly Wells i Jessica Chapman. Zniknęły, a poszukiwania trwały przez 13 dni.
Piotr: To była naprawdę bardzo chwytająca za serce historia – to były dwie przyjaciółki, które się umówiły, siedziały u jednej z nich w domu, coś tam wygłupiały się, przebrały się w stroje, chyba koszulki Manchesteru United, i nawet mama jednej z nich zrobiła im zdjęcie w tych koszulkach, że tak super wyglądają. Potem, nie mówiąc nic nikomu, wymknęły się – normalnie wyszły, poszły do pobliskiego ośrodka sportowego, żeby kupić sobie w automacie jakieś słodycze. O tym wszystkim dowiedziano się już później, bo ostatni ślad był taki, że były w pokoju, potem przyszła mama zawołać je na kolację, czy żeby się pożegnały z wychodzącymi gośćmi, i okazało się, że ich nie ma. Zniknęły totalnie i kompletnie bez śladu.
Było bardzo dużo różnych tropów, różnych wątków z tym związanych, między innymi mówiono, że widziano je w różnych miejscach. To, co było w tej sprawie ważne, to że wiadomo było niemal na pewno, jak były ubrane, a co więcej, dostępne było zdjęcie zrobione dosłownie kilka godzin przed ich zniknięciem. Jedną z osób, które bardzo mocno zaczęły się pojawiać w tej historii, był niejaki Ian Kevin Huntley – młody mężczyzna, pracownik techniczny pobliskiej szkoły, do której chodziły te dziewczynki, będący również chłopakiem jednej z pracowniczek tej szkoły, która się tymi dziewczynkami opiekowała. One zarówno ją doskonale znały, jak i jego kojarzyły. Opowiedział policji, że widział te dziewczynki wracające skądś – przechodziły koło jego domu, chwilę z nimi porozmawiał, coś zagadnął, zapytały o jego dziewczynę, on coś tam podpowiedział, że się myje, i poszły dalej.
Ola: Jeszcze jest ciekawa historia, bo potem dodał szczegóły, że siedziały chwilę na skraju jego bagażnika i coś jadły, po czym sobie poszły.
Piotr: Potem dodawał kolejne szczegóły – już podejrzewacie pewnie, kto był mordercą – i te szczegóły były coraz bardziej kuriozalne, miały tłumaczyć różne rzeczy, które się zdarzyły. Na przykład w pewnym momencie opowiedział, przynajmniej tak twierdziła jego dziewczyna, że dziewczynki weszły do niego do domu na chwilę, bo jednej z nich leciała krew z nosa, i pomógł zatamować krwotok, a potem sobie poszły. Nietrudno się domyślić, że ta historia miała tłumaczyć obecność krwi w domu tego mężczyzny. Dodatkowym dramatem jest to, że pomagała mu w tym w jakimś stopniu jego dziewczyna, czyli opiekunka tych dziewczynek – kryła go, i zresztą również została finalnie skazana, choć na znacznie mniejszy wymiar kary niż on.
Ola: Poszukiwania trwały całe 13 dni. Działo się to w hrabstwie Cambridgeshire, w miejscowości Soham, i cała miejscowa społeczność oraz policja z kilku hrabstw poszukiwały tych dziewczynek. W końcu zostały znalezione ich ciała, porzucone w rowie zarośniętym pokrzywami – 13 dni od momentu ich zniknięcia leśniczy znalazł te ciała w rowie irygacyjnym, w pobliżu bazy Królewskich Sił Powietrznych, koło miejscowości Lakenheath w Suffolk.
Piotr: Ciała zresztą były nadpalone – najwyraźniej, próbując zatrzeć ślady, próbowano je spalić, co udało się tylko częściowo.
Ola: Częściowo się udało. Potem sekcja zwłok wykazała, że ofiary zostały prawdopodobnie uduszone, i spekulowano, czy były wykorzystywane seksualnie – to zdaje się nie zostało ostatecznie rozstrzygnięte, natomiast że mogły być, zostało wskazane przez kolejne etapy śledztwa. I tutaj wkracza ekolożka sądowa i palinolożka – palinologia to nauka o pyłku roślin i zarodnikach grzybów. Ta osoba nazywa się Patricia Wiltshire i jest znaną obecnie na całym świecie specjalistką od śladów roślinnych na miejscach zbrodni.
Piotr: Zwykle barwna postać, można powiedzieć, i rzeczywiście interesująca – oglądałem wywiad z nią, nagrany w jednej z brytyjskich telewizji śniadaniowych, fantastycznie opowiada, jest po prostu archetypem brytyjskiej naukowczyni.
Ola: Spekulowano, czy dziewczynki zostały zabite w tym rowie, jak dawno zostały zabite i kto to zrobił. To, co zrobiła Patricia Wiltshire, to eksperymentowanie między innymi ze wzrostem pokrzyw – bo te ciała zostały znalezione w pokrzywach, była tam mikro-ścieżka wydeptana do miejsca, w którym się znajdowały, uznano, że mogło to być miejsce, którędy przeszedł morderca, który je tam porzucił. Patricia Wiltshire prowadziła eksperymenty na tych pokrzywach i wykazała, z bardzo dużą dokładnością, dzięki obserwowaniu tworzenia się nowych pędów pokrzyw, że ciała zostały porzucone 13 dni przed ich znalezieniem w tym rowie – co dokładnie zgadzało się z czasem zniknięcia dziewczynek. Nowe pędy pokrzyw przyrastały w określonym tempie, i na tej podstawie specjalistka stwierdziła, ile dni leżały tam ofiary. Warto jeszcze wspomnieć, że takie pędy tworzą się tylko wtedy, kiedy roślina zostanie zdeptana albo przygnieciona – to nie jest tak, że ktoś się o nią otrze i taki pęd powstaje. Tutaj było to dokładnie 13,5 dnia wcześniej, i to była pierwsza wskazówka naprowadzająca na Iana Huntleya. Ale ważniejsza, bezpośrednio łącząca go z miejscem zbrodni, była analiza gleby i pyłków roślinnych z odzieży, obuwia podejrzanego Iana Huntleya, którego przepytywano już wielokrotnie, oraz jego pojazdu – zostały jednoznacznie powiązane z tym, co policja pobrała w tym rowie. Na jego ubraniu i w jego bagażniku odnaleziono pyłek roślinny, a na jego butach – pyłek roślinny i glebę z tego samego miejsca, w którym Huntley porzucił ciała dziewczynek. Te dowody pozwoliły na skazanie tego człowieka. Późniejsze śledztwo wykazało, że Huntley był wyjątkowo groźnym drapieżcą seksualnym, pedofilem, który miał na koncie kilkanaście napaści seksualnych, prób gwałtu i gwałtów na nieletnich, w związku z czym idealnie pasował do profilu zabójcy dziewczynek.
Piotr: Finalnie został skazany na dożywocie, z możliwością zwolnienia najwcześniej po 40 latach – uznano, że to metoda, która bezpiecznie wykluczy go ze społeczeństwa. Jego dziewczyna również została skazana, na 3,5 roku więzienia, za współudział w ukrywaniu, czyli tak naprawdę utrudnianie śledztwa. To była niezwykle dramatyczna historia, ale gdybyście zainteresowali się tym tematem, bardzo polecam samą tę naukowczynię, która odegrała tu kluczową rolę.
Ola: Patricię Wiltshire.
Piotr: Wrzucę do opisu link do tej rozmowy z nią, naprawdę bardzo ciekawa osoba – tam też opowiada o swojej pierwszej sprawie, dość dziwnej, bo nie jest kryminologiem z wykształcenia, dość późno zajęła się tego typu sprawami, po prostu poproszono ją o pomoc. Ciekawa osoba, warto zajrzeć.
0:43:52 Tajemniczy człowiek z Somerton
Ola: Następna historia przenosi nas i w czasie, i w przestrzeni – do Australii. Lecimy pod Adelaide, gdzie 1 grudnia 1948 roku, na plaży w miejscowości Somerton, właśnie pod Adelaide, znaleziono ciało dobrze, elegancko ubranego mężczyzny. I to właściwie by było na tyle, bo wówczas nie stwierdzono, żeby ta śmierć była podejrzana, śledztwo nie doprowadziło donikąd, i przez 73 lata tożsamość tego człowieka była tajemnicą.
Piotr: Ale pojawiły się tam ciekawe wątki, bo ta tajemnica nie była taka na zasadzie "znaleziono kogoś, do widzenia" – powoli odkrywano różne elementy. Początkowo znaleziono przy nim tylko kilka rzeczy: bilet autobusowy, gumę do żucia, papierosy, monety – takie rzeczy, jakie można nosić w kieszeniach. Ten bilet autobusowy naprowadził śledczych na stację, z której wyruszył, a tam z kolei zostawił w schowku walizkę, a w walizce różne ubrania, między innymi z nazwiskiem, które okazało się nie być jego nazwiskiem. Co jeszcze lepsze, po jakimś czasie dopiero znaleziono schowek – tajną kieszeń w jego spodniach – i to dało chyba największy zastrzyk wszystkim teoriom spiskowo-śledczym wokół tej sprawy, bo znaleziono tam parę ciekawych rzeczy. Między innymi skrawek papieru z napisem "Tamam Shud" – to po persku znaczy "zakończony, zamknięty", i są to zresztą ostatnie słowa pewnego mało znanego w tym kontekście poematu, czegoś, co nie jest powszechnie używane. Znaleziono również bardzo tajemniczą kartkę z czymś w rodzaju szyfru – był tam ciąg znaków bardzo trudny do rozgryzienia, przede wszystkim dlatego, że było ich mało, to pięć linijek tekstu naskrobanych na kartce, coś przekreślone, coś podkreślone, ciągi zupełnie nie do ugryzienia, typu "TTMTSAMSTGAB", więc trudno było coś z tym zrobić.
Bardzo mocno skupiano się na tej sytuacji, bo z kolei okazało się, że karteczka z napisem "Tamam Shud" została wydarta z ostatniej strony wydania tego poematu, a ta konkretna książka, z której ją wydarto, została później podrzucona do jakiegoś samochodu – mężczyzna zgłosił, że znalazł w swoim samochodzie taką książkę z wydartą stroną. Powiem szczerze, narastało to do jakichś zupełnie przedziwnych poziomów.
Ola: To ja jeszcze powiem, że zaowocowało to licznymi spekulacjami, że ten mężczyzna był porzuconym kochankiem z Europy, najprawdopodobniej rosyjskim szpiegiem, bo posługiwał się szyfrem.
Piotr: Rosyjskim, bo wyglądał na Rosjanina – to był główny argument.
Ola: A właściwie nie rosyjskim, tylko radzieckim. I jeszcze ciekawy był wątek – na okładce tej książki znaleziono numer telefonu do pielęgniarki, Jo Thomson, a kiedy zaczęto poszukiwać tej Jo Thomson, okazało się, że jej syn był znanym baletmistrzem, a u mężczyzny porzuconego na plaży w Somerton zidentyfikowano niezwykle wydatne łydki. Zaczęto spekulować, że skoro baletmistrz pracuje łydkami, to prawdopodobnie odziedziczył je po ojcu – te łydki były bardzo charakterystyczne, i na tej podstawie powiązano człowieka z Somerton jako ojca tego baletmistrza. Jeszcze były inne cechy szczególne, które ich łączyły, na przykład dziwne uszy oraz charakterystyczne uzębienie, co również podsycało te spekulacje.
Piotr: Rok 1948 to był czas, kiedy trzymanie się ścisłe faktów w narracji publicznej było mało popularnym rozwiązaniem – nie mówię, że teraz jest bardzo popularne, ale teraz przynajmniej pojawia się więcej sprostowań. Wtedy ludzie zupełnie odjechali w kosmos, ta historia była coraz fajniejsza, bo pojawiły się jakieś szyfry.
Ola: Tutaj australijski baletmistrz.
Piotr: Absolutnie. Dodajmy, że nigdy właściwie nie porzucono badania tego przypadku – na przykład w 2009 roku, badając ten szyfr, stwierdzono, że to nie są losowe litery, tylko prawdopodobnie coś zakodowanego po angielsku, ale było to za krótkie, żeby dało się to poddać porządnej kryptoanalizie.
Ola: Tutaj zniszczę romantyczną legendę, ponieważ teraz naukowcy twierdzą, że to były imiona koni, które w wyścigach obstawiał człowiek z Somerton.
Piotr: Tak, ale dowiedziano się o tym właściwie dopiero dookoła – to może powiedzmy, dlaczego w ogóle o nim mówimy.
Ola: Mówimy o nim dlatego, że ponad 70 lat po jego śmierci profesor Derek Abbott z University of Adelaide zaczął poszukiwać, na podstawie DNA pobranego ze zwłok, kuzynów i krewniaków człowieka z Somerton, w publicznie dostępnej genealogicznej bazie danych GEDmatch.
Piotr: Może jeszcze króciutko o tym, skąd w ogóle wygrzebano to DNA – bo rok 1948 to czasy, kiedy naprawdę nie wiedziano nic na temat DNA, a już zwłaszcza profilowania na jego podstawie, w związku z czym trzeba było skądś wziąć ten materiał genetyczny do badań. Profesor wydobył dosłownie kilkadziesiąt włosów z gipsowej maski pośmiertnej – po tym, jak nie rozpoznano tego człowieka, stosunkowo szybko, jeszcze zanim ciało uległo rozkładowi, zrobiono odlew jego twarzy, i przy tej okazji w gipsie utkwiło trochę włosów. Niektóre z nich miały cebulki, a w tych cebulkach było wystarczająco materiału, żeby można było z tego uzyskać coś, co poddano dalszym badaniom.
Ola: Tak jak wspomniałam, wrzucono te dane do genealogicznej bazy danych, w której wśród dostępnych danych genetycznych poszukuje się dopasowań krewniaków, i profesor Abbott uzyskał aż 4000 wyników – to dość dużo. Pomagała mu amerykańska genealożka Colleen Fitzpatrick, i razem zaczęli prowadzić w pełni wymiarowe dochodzenie, chociaż nie byli związani z policją, i stopniowo zawężali liczbę osób podejrzewanych o to, że mogą być człowiekiem z Somerton. Wykorzystali archiwalne zapisy, żeby wyszukać osoby, których biografie odzwierciedlały to, co wiedziano o człowieku z Somerton. Z całego ogromu wyników, jakie ukazały się po wrzuceniu do bazy genealogicznej DNA człowieka z Somerton, zaczęto stopniowo, metodą kolejnych przybliżeń, wyodrębniać osoby, które mogły być z nim spokrewnione. Udało się zidentyfikować jego ojca i matkę, i okazało się, że mieli kilkoro dzieci – trzeba było się zastanowić, które z tych dzieci może być podejrzane o to, że zginęło na plaży. Skracam tę historię – naukowcy wykorzystali archiwalne zapisy, szukali osób, których biografie mogłyby odpowiadać tej znalezionej na plaży. Wiadomo było, że urodziła się na początku XX wieku, więc szukano takich osób. Wyodrębniono ojca, matkę i kilkoro ich dzieci, i trzeba było zidentyfikować konkretne DNA tej osoby. Okazało się, że spośród kilkorga dzieci państwa Webbów – to byli mieszkańcy Australii – jeden, Charles Webb, nie ma metryki zgonu, w tym sensie, że urodził się w 1905 roku, ale nie ma dowodu na to, że umarł. To był strzał w dziesiątkę, bo okazało się, że to właśnie on jest tą poszukiwaną osobą – Carl Charles Webb, 40-letni inżynier elektryk z Melbourne. Okazało się również, że jego tajemnicza przeszłość nie jest aż tak romantyczna, jak przypuszczano – ten Carl Webb rozstał się ze swoją żoną i prawdopodobnie przyjechał za nią pod Adelaide, żeby ją śledzić.
Piotr: To rzeczywiście mało romantyczne. Jeszcze dodam, że pojawił się wątek taki, że bardzo usilnie poszukiwano jakiegokolwiek zdjęcia tego człowieka, żeby je porównać ze zdjęciem zwłok – te zwłoki były zresztą w bardzo dobrym stanie, więc nie wyglądało to makabrycznie. Naukowiec, który od dawna badał tę sprawę, zlecił wcześniej zrobienie takiego portretu przyżyciowego poszukiwanego mężczyzny, bo wiadomo, że zwłoki, nawet w dobrym stanie, nie wyglądają jak do końca żywy człowiek – mięśnie są rozluźnione i tak dalej. Zrobiono więc taki portret, na którym wygląda jak uśmiechnięty, wesoły pan. Poszukiwano bardzo intensywnie jakichkolwiek zdjęć, ale to nie były czasy, kiedy pstrykano komórkami, więc niczego nie znaleziono. Udało się tylko znaleźć zdjęcie z wojska jego brata, i to znowu był kolejny element potwierdzający tę identyfikację, bo pojawiły się tam przynajmniej dwie cechy wyraźnie charakterystyczne i prawdopodobnie dziedziczne. Jedna to nietypowa budowa ucha – górna część ucha jest większa niż dolna, to rzadka cecha, pojawia się w tej grupie etnicznej u raptem około 2 procent osób. Druga rzecz to linia włosów – dość dobrze udokumentowana na zdjęciach zwłok, taki ząbek, charakterystyczne wcięcie, widoczne zarówno u znalezionego mężczyzny, jak i bardzo wyraźnie na kiepskim, ale jednak czytelnym, zdjęciu z wojska jego brata. To kolejny element potwierdzający tę identyfikację.
GEDmatch to baza, która nie pierwszy raz była wykorzystywana przez policję – zidentyfikowano dzięki niej również Golden State Killera, przypadek z Kalifornii, może kiedyś o tym opowiemy. Tego typu bazy są bardzo często wykorzystywane przez policję – to ciekawe, bo do takiej bazy nie musi trafić próbka DNA tej konkretnej poszukiwanej osoby, tak jak w tym przypadku, gdzie sam zainteresowany oczywiście nie oddawał żadnego DNA, nie te czasy – natomiast można się cofać historycznie, patrząc na to, kto był czyim dzieckiem. Tropienie przestępców w takich bazach jest już właściwie dość normalną praktyką, chociaż jeszcze kilkanaście lat temu mocno się podśmiewano z policjantów, którzy byli pionierami tej technologii, że korzystają z takich nieoficjalnych baz.
0:57:26 Zaginiony odnaleziony dzięki Mapom Google
Ola: Ta historia, którą wam opowiedzieliśmy, to jest naprawdę nówka sztuka – ubiegły rok i ten rok to były momenty, kiedy to się toczyło. Na koniec chcemy wam jeszcze opowiedzieć o znalezieniu, tak naprawdę, już nie ofiary żadnego przestępstwa, tylko po prostu zaginionej osoby, za pomocą Map Google. Otóż w 2019 roku udało się odnaleźć ciało człowieka, który zaginął na Florydzie w 1997 roku.
Piotr: Takiego Williama Moulda.
Ola: To był 40-letni, spokojny człowiek, wracał wieczorem z jakiegoś klubu, ale nie bardzo pijany, po prostu spokojnie wracał, zameldował się swojej dziewczynie, że niedługo będzie w domu. I to by było na tyle – wieczorem nie pojawił się w domu. Poszukiwano go w różnych miejscach, ale chyba w końcu zarzucono te poszukiwania, i śledztwo stanęło w martwym punkcie. Okazało się, że na Mapach Google, 22 lata po zaginięciu Moulda, jeden z mieszkańców tej okolicy na Florydzie odkrył wrak samochodu.
Piotr: Taki zarys, niedaleko domu – to jest miejsce, które prawdopodobnie nie jest dobrze widoczne z brzegu, bo ten brzeg schodzi dość długo, i rzeczywiście na Mapach Google widać tam całkiem nieźle coś białego.
Ola: Ten człowiek skontaktował się z innym mieszkańcem tej okolicy, wzięli drona, wznieśli się kawałek wyżej, i okazało się, że rzeczywiście jest to samochód i że dobrze go widać – było go widać na Mapach Google już od 2007 roku, ale jakoś nikt nie zwrócił na to uwagi, zwłaszcza w kontekście poszukiwania ciała Williama Moulda, bo już było wiadomo, że najprawdopodobniej nie żyje. Co się okazało? Mould najprawdopodobniej stracił kontrolę nad samochodem i wjechał do stawu, gdzie po prostu utonął.
Piotr: Było to blisko jego domu – to ten sam staw, nad którym stoi jego dom, więc to naprawdę było tuż obok. Trochę makabryczna historia, bo wszystko razem działo się na tym samym terenie. Znaleziono w tym samochodzie szkielet, z którego można było bez problemu wydobyć DNA, żeby finalnie potwierdzić tę identyfikację. Oglądajcie uważnie Mapy Google – podlinkujemy w opisie link do tekstu z BBC, gdzie na tej mapie widoczny jest ten samochód – to nie jest zresztą mapa, to zdjęcie satelitarne z Google.
1:00:35 Zakończenie
Ola: Zachęcamy, abyście opowiedzieli innym o naszym podcaście. Opowiedzcie też o tym, że projektujemy i sprzedajemy koszulki, bardzo fajne, polecamy je waszej uwadze.
Piotr: I teraz, jeżeli wam się podobało, to jest dla nas istotna informacja, bo temat jest dla nas zupełnie nietypowy – nie ruszaliśmy wcześniej true crime'owych rzeczy. Jeżeli wam się te true crime'y w naukowym wydaniu podobają, dajcie znać – po prostu możecie napisać, że się podobało, albo coś więcej. Prosimy też o konstruktywną krytykę – jak się coś nie podoba, postaramy się w jakiś sposób to uwzględnić.
Ola: Subskrybujcie nasz podcast na platformach i generalnie słuchajcie nas, będziemy niedługo nagrywali kolejny odcinek, stay tuned, dziękujemy.
Piotr: I do usłyszenia.
Źródła
Zdjęcie z DNA, czyli fenotypowanie: – https://parabon-nanolabs.com/news-events/2015/09/snapshot-bouzigard.html – https://www.prnewswire.com/news-releases/parabon-announces-new-snapshot-forensic-art-service-at-the-international-homicide-investigators-association-meeting-300130130.html
Pokrzywy zdradzają mordercę: – https://www.theguardian.com/world/2005/jan/10/gender.uk – https://en.wikipedia.org/wiki/Soham_murders
Sprawa Green River: – https://en.wikipedia.org/wiki/Gary_Ridgway – https://sequoyahsteminstitute.org/blog/2018/10/5/how-dna-caught-the-green-river-killer – https://pl.wikipedia.org/wiki/Sekwencje_mikrosatelitarne – https://en.wikipedia.org/wiki/GEDmatch
Tajemniczy człowiek na plaży w 1948 r.: – https://www.theguardian.com/australia-news/2022/jul/27/somerton-man-mystery-identity-solved-identified-australia – https://www.abc.net.au/news/2022-08-02/carl-webb-brother-resemblance-to-somerton-man/101293788 – https://pl.wikipedia.org/wiki/Sprawa_Tamam_Shud – https://edition.cnn.com/2022/07/26/australia/australia-somerton-man-mystery-solved-claim-intl-hnk-dst/index.html
Samochód z Map Google'a: – https://www.bbc.com/news/world-us-canada-49677843
