Podcast Crazy Nauka · odc. 119

Katastrofy lotnicze, w których ocalała jedna osoba

17-06-2025 · 68 min · Tematyczny, Katastrofy, Mózg i psychologia

Okładka odcinka

Tu jest treść z serwisu Spotify. Po jej włączeniu Spotify otrzyma Twój adres IP i może zapisać w przeglądarce pliki cookies.

Posłuchaj też na:

Jak to możliwe, że katastrofę samolotu, w której ginie kilkaset osób, przeżywa jeden jedyny człowiek? I w dodatku wychodzi z niej niemal bez szwanku?
W kontekście niedawnej katastrofy samolotu Air India w Ahmadabadzie opowiadamy o innych pojedynczych ocalałych, którzy “cudownie” przeżyli wypadki lotnicze. Czy to ekstremalnie rzadkie zdarzenia? Czy jest w nich jakaś prawidłowość? Które miejsca są najbezpieczniejsze w samolocie?

Polecajka: Patrick Smith, “Pilot ci tego nie powie”, Wydawnictwo Muza 2019

Transkrypcja odcinka

Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.

0:00:00 Wstęp

Piotr: Jak często zdarza się, że katastrofę lotniczą przeżyje tylko jeden człowiek?

Ola: Które miejsca w samolocie są najbezpieczniejsze?

Piotr: Jak nie zginął Werner Herzog? Cześć, tu Ola Stanisławska i Piotrek Stanisławski, podcast Crazy Nauka. Dziś wracamy do tematów, których było bardzo dużo na początku istnienia naszego podcastu. Wciąż uważamy te tematy za bardzo ciekawe.

Ola: Czyli będą katastrofy. Tym razem dość szczególnie potraktowane, bo chodzi o te wypadki lotnicze, które z dość niejasnych powodów przeżywa tylko jedna, jedyna osoba.

Piotr: Ale zanim do tego przejdziemy, chcieliśmy przede wszystkim bardzo podziękować osobom, które zjawiły się na spotkaniu z nami w Promie Kultury. Zapowiadaliśmy je, bo bardzo fajne, miłe, ciekawe spotkanie z tego wyszło. Były świetne pytania. Bardzo, bardzo wam za to dziękujemy.

Ola: I w tym miejscu koniecznie musimy wspomnieć o naszym drugim podcaście, czyli o Laboratorium Zbrodni. Ten podcast robimy we współpracy z Polskim Radiem. Ląduje wysoko w różnych rankingach, najwyraźniej wam się podoba. Teraz nastąpiła zmiana terminu pojawiania się tego podcastu: najpierw ukazywał się w środy, potem we wtorki, a od niedawna ukazuje się w piątki. W najbliższy piątek pojawimy się w nowym odcinku z pewną szczególnie trudną sprawą z Atlanty. Możecie posłuchać tego na stronie Polskiego Radia, na Spotify, albo tam, gdzie kto lubi słuchać podcastów.

Piotr: Bardzo dziękujemy, że jesteście, że słuchacie, że informujecie o nas innych, że dyskutujecie, że zgłaszacie pomysły do nowych podcastów. Ostatnio pojawiła się osoba, która nam kilka pomysłów podrzuciła. Bardzo dziękujemy. Komentujcie, oceniajcie, bardzo nam jest miło. Jeżeli chcecie nas dodatkowo docenić, polecamy konto na Patronite i na BuyCoffeeTo. Ostatnio ogłaszałem, że jak ktoś podrzuci na BuyCoffeeTo jakąś kwotę na pierogi, to zrobię pierogi. Więc zrobię pierogi, bo ktoś podrzucił – będzie wyzwanie, Challenge Accepted, jak to się mówi.

Ola: Przypominamy, że jesteśmy obecni na wszystkich liczących się platformach podcastowych.

Piotr: I na tych nieliczących się również.

0:02:54 Katastrofa lotu Air India 171

Ola: Od czasu do czasu robimy odcinek, który dotyczy wydarzeń absolutnie bieżących, takich, które wydarzyły się niedawno i wciąż budzą ogromne emocje. Tak było na przykład w przypadku powodzi w Polsce w 2024 roku, której poświęciliśmy na bieżąco jeden z odcinków. Tym razem zaintrygowało nas, jak to możliwe, że katastrofę samolotu, w której ginie kilkaset osób, przeżywa tylko jeden człowiek. W dodatku wygląda na to, przynajmniej na pierwszy rzut oka, że wychodzi z niej niemal bez szwanku.

Piotr: Tak, oczywiście chodzi nam o lot Air India 171, obsługiwany przez Boeinga 787-8 Dreamliner, który rozbił się tuż po starcie z Ahmadabadu. Wiemy, że zginęło co najmniej 279 osób, z czego 241 to były osoby na pokładzie, a pozostałe ofiary to osoby na ziemi. Ogromną sensację wzbudziło to, że ocalał jeden człowiek: obywatel Wielkiej Brytanii indyjskiego pochodzenia, Vishwas Kumar Ramesh. W tej chwili, kiedy przygotowywałem ten podcast, wciąż znacznie więcej nie wiadomo niż wiadomo. To jest dość normalne przy katastrofach lotniczych. Jesteśmy wielkimi fanami serii "Katastrofy w przestworzach" i śledzenie jej sprawia, że bardzo dobrze wiemy, że wyciąganie jakichkolwiek wniosków przez amatorów, a jesteśmy kompletnymi amatorami, nie ma sensu i do niczego dobrego nie prowadzi.

Ola: Nie będzie więc w tym odcinku analiz, doniesień, domysłów i plotek krążących wokół tej sprawy. Z wnioskami dotyczącymi przyczyn i przebiegu katastrofy poczekamy do momentu, gdy ogłosi je komisja zajmująca się tą sprawą. To, o czym dziś opowiemy, jest stanem wiedzy na 17 czerwca 2025 roku. W każdej chwili coś się może zmienić, coś się może wyjaśnić, albo wręcz przeciwnie.

Piotr: W tej chwili wiadomo, że Dreamliner kilkadziesiąt sekund po starcie spadł na gęsto zabudowaną okolicę w pobliżu lotniska. Uderzył w stołówkę akademika medycznego. Z samolotu zdołał się wydostać – według tego, co teraz wiemy – albo 40, albo 38-letni, zależy gdzie znajdziemy tę informację, mężczyzna, który z niewielkimi obrażeniami trafił do szpitala. Siedział na miejscu 11A. W tej wersji samolotu, którą wykorzystuje Air India, to jest miejsce w pierwszym rzędzie klasy ekonomicznej.

Ola: Jeśli ktoś z was latał polskimi, czyli LOT-owskimi Dreamlinerami, to tam układ jest nieco inny. W polskich Boeingach są trzy klasy siedzeń: biznes, premium i ekonomiczna, a w Air India tylko dwie: biznes i ekonomiczna. W polskich samolotach jest rząd trzynasty, a w indyjskich go nie ma. W Chinach też nie ma piętra trzynastego, podobne sytuacje bywają w różnych hotelach za granicą.

Piotr: W hotelach amerykańskich, przynajmniej w tych, w których bywałem, nie było piętra trzynastego.

Ola: Nawiążę jeszcze do tych indyjskich samolotów: nie chodzi o to, że jest dziura w miejscu, gdzie powinien być rząd trzynasty, tylko po dwunastym następuje od razu czternasty. Nie ma też dwudziestego dziewiątego rzędu, ale to chyba ze względów organizacyjnych, bo w jego miejscu są toalety.

Piotr: To trochę dziwne z tą numeracją. Tak czy inaczej, wiemy, że ocalały mężczyzna siedział na miejscu 11A, w pierwszym rzędzie przy oknie, a raczej właśnie nie przy oknie, bo tam nie ma okna. To słynne miejsce 11A, o którym na forach mówi się: nie siadajcie na 11A, bo tam nie ma okna. Faktycznie, tam nie ma okna, bo jest tam kanał wentylacyjny od klimatyzacji, a wyjście awaryjne jest tuż przed tym miejscem albo za nim, jakkolwiek z której strony patrzeć.

Ola: Ale jest więcej miejsca na nogi w takich sytuacjach.

Piotr: Tak, kto latał, ten wie, jakie są konsekwencje, wady i zalety siedzenia w takim miejscu. Siedział przy wyjściu ewakuacyjnym. Wiemy, że samolot uderzył w budynek prawą stroną kadłuba, a Ramesh siedział po lewej stronie, więc to sporo wyjaśnia. Według jego relacji, w momencie, kiedy się ocknął, drzwi awaryjne były już najprawdopodobniej wyrwane (choć to nie jest całkiem jasne), a on zdołał się wypiąć z pasów i uciec na zewnątrz, bo ta strona kadłuba znajdowała się nisko nad ziemią.

Ola: Był tam dach budynku, przez który można było łatwo zejść, w każdym razie to był parterowy budynek. Udało mu się, miał bardzo dogodną drogę ucieczki. Na filmach, które pokazują opadanie samolotu i moment zderzenia z ziemią, widać, że zaraz po upadku samolot wybucha. Nic dziwnego, bo był po korek zatankowany, czekał go trwający prawie 10 godzin lot do Londynu. Te filmy, które pojawiły się w mediach społecznościowych na YouTubie, pokazują Ramesha, który idzie ulicą w otoczeniu innych ludzi, tuż po tym, jak wydostał się z samolotu. Idzie normalnie, gestykuluje, choć widać, że jest dosyć mocno zdezorientowany.

Piotr: Zadzwonił do rodziny w Londynie, w tym czasie leciał tam z bratem, to już są szczegóły mniej w tej chwili istotne. To jest tyle, co wiemy w tej chwili. Jak już mówiliśmy, nie będzie amatorskich domysłów i analiz dotyczących zdarzenia, przyczyn i przebiegu. Jeżeli ktoś wam takie analizy przedstawia, nie wierzcie mu, bo mnóstwo różnych bzdur w tej chwili w internecie się pojawia. Całe mnóstwo ludzi jest teraz specjalistami od katastrof lotniczych, czy można je przeżyć czy nie – to są ci sami ludzie, którzy wcześniej znali się na skokach narciarskich, na prowadzeniu wojen, na piłce nożnej, no i oczywiście na geopolityce, to zawsze dyżurny temat.

0:10:23 Ile jest takich przypadków w historii lotnictwa

Ola: Takie ocalenie tylko jednego człowieka z katastrofy może się wydawać skrajnie nieprawdopodobne, a w historii lotnictwa było więcej podobnych przypadków. Warto się przyjrzeć takim zdarzeniom. Pytanie, co właściwie znaczy ocalenie jednego człowieka: odrzucimy tutaj katastrofy samolotów jednoosobowych i dwuosobowych. Będziemy się trzymali schematu przyjętego we wpisie w Wikipedii, który wymienia pojedyncze osoby ocalałe z katastrof, w których było co najmniej 10 ofiar śmiertelnych. Takich konkretnie katastrof w historii lotnictwa było 71. Wcale nie tak mało, wcale nie jest to tak nietypowa sytuacja.

Piotr: Tylko spójrzmy na to w ten sposób: do tej kategorii powinna się zaliczać katastrofa w Gibraltarze, 4 lipca 1943 roku, w której zginął generał Władysław Sikorski. Zginęło tam 10 osób, ocalała jedna – pilot Edward Prchal. Przy takiej niewielkiej liczbie osób na pokładzie przeżycie tej jednej osoby nie jest czymś bardzo szczególnym, tak się przynajmniej wydaje.

Ola: Robimy tu małe zastrzeżenie. Wiemy, że nie brzmi to najlepiej – takie kalkulowanie ludzkiego życia i śmierci. W sumie tak już działają ludzie, że rozmiar dramatu określamy przede wszystkim liczbą ofiar śmiertelnych, a na drugim miejscu tym, czy wśród ofiar są jacyś znani ludzie. Taka jest nasza natura.

Piotr: W każdym razie spojrzymy na katastrofy, które dotyczyły dużych samolotów pasażerskich, i zdecydowaliśmy się na te, które zdarzyły się niezbyt dawno. Najstarszy przypadek, gdzie jedna osoba ocalała, to był 1929 rok – katastrofa samolotu Ford Trimotor (Ford robił też samoloty), zginęło 14 osób, ocalała jedna.

Ola: Chyba pierwszą katastrofą odpowiadającą tym kryteriom było zdarzenie z 16 stycznia 1959 roku w Argentynie. Austral Líneas Aéreas, lot 205, wystartował z Buenos Aires do Mar del Plata. To był samolot Curtis C-46 Commando [? niepewne: model samolotu]. Podczas lądowania okazało się, że ma problem z nawigacją – z powodu przemęczenia załogi, niedziałającej radiolatarni lotniska i trwającej akurat burzy. Samolot dotknął pasa startowego, ale załoga poderwała go ponownie i postanowiła odejść na drugi okrąg. Samolot już nie wrócił na lotnisko – rozbił się w morzu o kilometr od niego. Ocalała jedna osoba, 39-letni biznesmen Roberto Cervente [? niepewne: imię i nazwisko], który wydostał się z samolotu mimo złamanej kości piszczelowej i strzałkowej, połamanych żeber i obojczyka. Zdołał w tym stanie dopłynąć do brzegu, co zajęło mu cztery godziny. To jest szczęśliwe zakończenie tej historii, przynajmniej dla tej jednej osoby: Cervente został później menedżerem, a w końcu dyrektorem linii lotniczej, której samolotu katastrofę przeżył. Linii Austral Líneas Aéreas – pewnie skaleczyłam tę nazwę, bardzo przepraszam.

Piotr: Tu pewnie będzie jeszcze więcej kaleczenia.

Ola: Bo to po hiszpańsku powinno być.

Piotr: No trudno. W każdym razie chyba można uznać, że swoisty rekord ustanowiły peruwiańskie linie LANSA.

Ola: To jest wyjątkowa linia.

Piotr: Zostały założone w 1963 roku i zakończyły działalność w 1971, więc długo nie podziałały. Zakończyły ją, bo ostatni posiadany przez nie samolot właśnie w 1971 roku uległ katastrofie. Zresztą, uwaga: z przedostatniej katastrofy linii LANSA, która miała miejsce półtora roku wcześniej, też ocalała jedna osoba. W tej z kolei przedprzedostatniej, z 1966 roku, zginęli wszyscy.

Ola: Linie LANSA zagięły rachunek prawdopodobieństwa.

Piotr: Nie słynęły w każdym razie z bezpiecznych lotów. Jak im się ostatni samolot rozbił, to dosłownie kilka dni później władze odebrały im licencję – prawo prowadzenia linii lotniczych.

Ola: Lot 502, obsługiwany przez te linie, wystartował 8 sierpnia 1970 roku z lotniska [? niepewne: Keys Pequila]. Już podczas wznoszenia się zapalił się jeden z czterech silników. W zasadzie nie powinno to być problemem, bo samolot był jeszcze w stanie bezpiecznie zawrócić i wylądować awaryjnie na trzech silnikach. Załoga kontynuowała start i wznoszenie się zgodnie z procedurami.

Piotr: Na tym się skończyły procedury, potem były same błędy: przede wszystkim palącego się silnika nie wyłączono prawidłowo, a co gorsze schowano klapy, które odpowiadają za wytworzenie dużej siły nośnej przy niedużej prędkości. Samolot zaczął zakręcać, żeby wylądować, przechylił się aż o 45 stopni, stracił wysokość i rozbił się o pobliskie wzgórze. Zginęło w sumie 101 osób – 99 osób na pokładzie i dwie osoby na ziemi. Ocalał poważnie poparzony drugi pilot, Huan Lu [? niepewne: imię i nazwisko].

Ola: Ta katastrofa stała się bardzo głośna medialnie, bo ponad połowa pasażerów należała do grupy amerykańskich licealistów, którzy brali udział w wymianie międzynarodowej i wracali po zwiedzaniu Machu Picchu.

0:17:11 Juliane Koepcke i katastrofa lotu LANSA 508

Piotr: To była druga, przedostatnia katastrofa linii LANSA. Lot 508 rozbił się w wigilię kolejnego roku, czyli 1971. To był ten sam model samolotu, Lockheed L-188A Electra. Nie był to udany samolot: ze 170 egzemplarzy zbudowanych, aż 58 zostało zniszczonych podczas katastrof lub wypadków lotniczych, albo wycofanych z użytku z powodu uszkodzeń. W wigilię 1971 roku samolot wystartował z Limy w Peru, miał międzylądowanie w Pucalpie – to bez problemu się odbyło – i skierował się ku miastu Iquitos. To miasto w północno-wschodniej części Peru, mieszka tam 400 tysięcy osób. Ciekawostka: to jedyne tak duże miasto na świecie, do którego nie prowadzi żadna droga, po której można by przeprowadzić ruch kołowy – transport odbywa się rzeką, konkretnie Amazonką, albo drogą powietrzną.

Ola: Nieciekawa ciekawostka w nawiązaniu do podcastu amerykańskiego.

Piotr: Na początku XX wieku mieli tam rozbudowany system tramwajów parowych. To nie ma ścisłego związku z naszą opowieścią, ale musiałem.

Ola: Dziękujemy. Wróćmy do lotu 508. Na wysokości 6400 metrów samolot dostał się w obszar objęty burzą. Być może załoga mogła jeszcze zawrócić, ale do dalszego lotu motywowało ją zachowanie świątecznych terminów – wszyscy byli napięci, wszyscy chcieli dolecieć do domu na czas. Samolot został trafiony przez piorun, co spowodowało pożar, a w efekcie rozpadnięcie się samolotu na wysokości 3000 metrów ponad dżunglą amazońską. Zdarzyła się rzecz, którą do dziś trudno wytłumaczyć: z wysokości trzech kilometrów spadła siedemnastoletnia Juliane Koepcke. I przeżyła. Doznała wstrząsu mózgu, złamania obojczyka, zerwała więzadła w kolanie, miała uraz oka, głęboko zranioną rękę – ale przeżyła.

Piotr: Do końca nie wiadomo dlaczego. Specjaliści twierdzą, że mogło być kilka elementów: siedziała przy oknie, a wraz z jej siedzeniem oderwały się dwa sąsiednie fotele i duży fragment poszycia kadłuba. Mówi się, że ten zestaw mógł trochę wyhamować upadek, na zasadzie spadochronu.

Ola: A może kapsuły bardziej?

Piotr: Nie, tu chodziło raczej o spowolnienie spadania. Wylądowała w gęstym lesie, mnóstwo gałęzi i liści zamortyzowało upadek. Jest też hipoteza, że mogły ją wyhamować pionowe wiatry towarzyszące takiej gwałtownej burzy. W każdym razie udało się, żyła, tylko że była ranna, w samym środku amazońskiej puszczy. Ale Juliane nie była pierwszą lepszą siedemnastolatką.

Ola: Dodam może najmniej istotną informację na jej temat: jej matka Maria, która niestety tej katastrofy nie przeżyła, była wnuczką słynnego niemiecko-polskiego chirurga Jana Mikulicza-Radeckiego. Ten człowiek ma na koncie tyle osiągnięć, że można by o nim zrobić oddzielny podcast – to on wprowadził maski zasłaniające twarz podczas operacji, miał ogromny wkład w niemal wszystkie obszary chirurgii. Sama Juliane była jedynym dzieckiem pary zoologów, którzy pracowali w Muzeum Historii Naturalnej w Limie. Kiedy miała 14 lat, przeniosła się z rodzicami do założonej przez nich stacji badawczej Panguana, w środku dżungli. O tej stacji też można by zrobić oddzielny podcast, ta stacja nadal działa, pomyślimy, czy można by o tym opowiedzieć.

Piotr: Wtedy ta trzyosobowa rodzina mieszkała sama w opuszczonej przez miejscowych chatce, stojącej na palach, przykrytej liśćmi palmowymi. Juliane uczyła się tam wszystkiego, czego się można nauczyć w dżungli – głównie chodzi o radzenie sobie w takich niełatwych, nieoczywistych warunkach. Władze oświatowe uznały jednak, że 14-latka powinna się uczyć innych rzeczy, i nakazały jej powrót do szkoły. 23 grudnia 1971 roku dziewczyna zakończyła w Limie ostatnie egzaminy szkolne. Następnego dnia wsiadła z mamą do samolotu, i dalej już wiecie, co było.

Ola: To doświadczenia nabyte w tej chatce sprawiły, że nie tylko się nie załamała, ale była w stanie wędrować samotnie przez dżunglę przez 11 dni. Jak potem opowiadała, starała się iść w dół wzdłuż potoków, bo wcześniej ojciec nauczył ją, że to najlepszy sposób, by dotrzeć do większej rzeki, a ostatecznie do ludzi. W międzyczasie rana na jej ręce została zasiedlona przez larwy owadów. Dziewczyna minęła po drodze rozrzucone na dużym obszarze szczątki samolotu, znalazła trzy martwe osoby. To była koszmarna droga.

Piotr: W końcu dotarła do obozowiska drwali. Tam czekała, znaleźli ją po kilku godzinach i rzeką przetransportowali do miejsca, skąd drogą lotniczą zabrano ją do szpitala. Po wyzdrowieniu bardzo pomagała ekipom poszukiwawczym w znalezieniu wraku i odzyskaniu ciał ofiar. Potem przeniosła się do Niemiec, ukończyła studia biologiczne i została naukowczynią zajmującą się badaniem ssaków, szczególnie nietoperzy. Gdy umarł jej ojciec, została szefową bazy badawczej Panguana, w której zdobyła umiejętności, które ją ocaliły. Teraz pracuje, z tego co wiadomo, jako bibliotekarka w Monachium, ma 70 lat.

Ola: I gdyby komuś było mało tej opowieści: tym lotem, LANSA 508, miał lecieć Werner Herzog, słynny reżyser. Co on robił w roku 1971 w Peru? Kto zna jego filmografię, łatwo to odgadnie: szukał lokacji do filmu "Aguirre, gniew Boży" [? niepewne: polski tytuł filmu], przy kręceniu którego Klaus Kieński [? niepewne: nazwisko], grający głównego bohatera, i Werner Herzog o mało się nie pozabijali.

Piotr: Kieński strzelał na oślep z pistoletu, odstrzelił palec jednemu statyście. Tam się dużo dziwnych rzeczy działo w czasie kręcenia tego filmu.

Ola: Jak zobaczycie ten film, jeśli go jeszcze nie widzieliście, zrozumiecie, czemu ten film i ten mężczyzna na rzece są tacy dziwni. Herzog ponoć bardzo przeżył to, że niemal znalazł się na pokładzie tego pechowego samolotu, i postanowił nakręcić film o dziewczynie, która przeżyła ten wypadek. Nie mógł jej jednak znaleźć, bo Juliane mocno chroniła swoją prywatność. Wreszcie skontaktował się z księdzem, który prowadził pogrzeb jej matki, i w ten sposób dotarł do Juliane Koepcke. W 1998 roku nakręcił film "Skrzydła nadziei", film dokumentalny, w którym on i Juliane odwiedzają miejsca katastrofy, wędrują przez dżunglę, znajdują fragmenty samolotu. Można ten film znaleźć na YouTube.

Piotr: Link jest w opisie odcinka, podobnie jak wszystkie inne linki. Warto sobie ten film przeczyć, jest po niemiecku – nic nie zrozumiałem, ale to nie zmienia faktu, że samo zobaczenie tych miejsc, bo oni dosłownie idą przez dżunglę, nagle coś nogą odgrzebują i podnoszą taki potężny, dwa na trzy metry, fragment poszycia kadłuba samolotu leżący w środku dżungli, robi naprawdę niesamowite wrażenie.

0:26:37 Vesna Wulowicz i katastrofa lotu JAT 367

Piotr: Jeżeli ktoś uznał, że przeżycie upadku z trzech kilometrów to szczególny wyczyn, to teraz historia lotu JAT 367, Jugosłowiańskich Linii Lotniczych. To był 26 stycznia 1972 roku. Samolot leciał ze Sztokholmu do Belgradu, z międzylądowaniami w Kopenhadze i w Zagrzebiu. Samolot to był McDonnell Douglas DC-9. Na pokładzie było 28 osób – 23 pasażerów i pięciu członków załogi. O godzinie 16:01 wydarzyło się coś dziwnego: z tego, co wiemy, była to eksplozja w luku bagażowym, która doprowadziła do rozerwania samolotu nad wioską Srbska Kamenice, wtedy w Czechosłowacji, dziś w Czechach. Z tego, co wiadomo – zastrzegam – był to ładunek wybuchowy umieszczony w walizce przez chorwackich nacjonalistów. Była tam bardzo silna grupa, to w ogóle niezwykle ciekawa historia, chciałbym, żeby na przykład podcast "Po Wojnie" coś o tych chorwackich nacjonalistach zrobił. W każdym razie to były czasy, kiedy nie pilnowano wielu rzeczy, między innymi tego, żeby bagaż pasażera zawsze podążał za nim. Najprawdopodobniej w czasie międzylądowania pewien mężczyzna wysiadł, zostawiając ten bagaż. Samolot rozpadł się na trzy części, runął na ziemię. Kadłub zginął na miejscu, jedna osoba ocalała.

Ola: To była stewardessa Vesna Wulowicz [? niepewne: zapis nazwiska – w transkrypcji też "Vukovic"], która spadła z wysokości 10160 metrów. Wiemy to, bo zachowały się czarne skrzynki tego samolotu. Dlaczego przetrwała? Jak zwykle do końca nie wiadomo. Najprawdopodobniej została zablokowana w części kadłuba przez wózek cateringowy.

Piotr: Rozwozi napoje, tak?

Ola: Tak, rozwozi napoje, rozwozi jedzenie, i dzięki temu była na tyle przyblokowana, że nie wypadła z tego fragmentu samolotu. To ją uratowało. Została znaleziona przez miejscowego mężczyznę, który przez wyjątkowe szczęście był sanitariuszem z drugiej wojny światowej i naprawdę dobrze znał się na udzielaniu pierwszej pomocy. Utrzymał ją przy życiu do przybycia pomocy. Obrażenia były poważne: pęknięta czaszka, złamany kręgosłup, połamane obie nogi, miednica, żebra. 16 miesięcy rekonwalescencji i sporo operacji, w końcu zaczęła chodzić, choć lekko utykała.

Piotr: Potem prowadzono spore śledztwo na temat tego zamachu. Nikt nie został aresztowany, ale udało się prawdopodobnie wyśledzić tych, którzy to zrobili – to oddzielny, bardzo ciekawy wątek. Trzeba tu powiedzieć o teoriach spiskowych, bo nie wierzono, że ktoś może przeżyć upadek z 10 kilometrów. Faktycznie wydaje się to mało prawdopodobne, i jedną z takich teorii, opublikowaną w 2009 roku po śledztwie niemieckiego dziennikarza i czeskiego badacza, było stwierdzenie, że samolot wcale nie leciał na wysokości 10 kilometrów, tylko został przypadkowo zestrzelony przez czechosłowackie samoloty wojskowe, ewentualnie przez rakietę ziemia-powietrze, podczas gdy miał być zmuszony do awaryjnego lądowania przez wojsko.

Ola: Ale to by miało tłumaczyć, że przeżyła ta osoba?

Piotr: Tak, bo zamiast spadać z 10 kilometrów, spadałaby z 300 metrów. Moim zdaniem tu nie ma różnicy… no, może jednak jest pewna.

Ola: Brzmi lepiej, ale w praktyce raczej nie bywa lepsze.

Piotr: Jak się spada z dużej wysokości, to jest coś, co się nazywa prędkością graniczną, "terminal velocity".

Ola: I przy 300 metrach też już zdaje się można ją osiągnąć.

Piotr: Chyba już można, choć nie jestem pewien, trzeba by to policzyć. W innej wersji tych 300 metrów to miało być 800 metrów. Były jakieś, trudno powiedzieć dowody, raczej przesłanki sugerujące, że tak było, bo szczątki samolotu były niby mało rozrzucone, ktoś coś tam słyszał. Ta opowieść o bombie miała ukryć niby faktyczne zdarzenie. Faktem jest, że nic z tego się nie potwierdziło: znaleziono czarne skrzynki, były analizowane, co istotne, nie w krajach komunistycznych, tylko chyba w Holandii, i przy ich otwieraniu i odczytywaniu byli przedstawiciele kilku krajów, w tym spoza kręgu komunistycznego, więc tu raczej nie ma mowy o fałszerstwie. Co więcej, gdyby coś takiego się wydarzyło, musiałoby zostać wychwycone przez radary zachodnich Niemiec, a już na pewno z Berlina Zachodniego, bo to niedaleko. Nic nie wskazuje więc na to, żeby to była prawda. Wracając do samej Vesny Wulowicz: ona nic nie pamiętała. Miała pełną amnezję od momentu startu, nawet jeszcze przed startem, od wpuszczania pasażerów na pokład, aż do momentu, kiedy ocknęła się miesiąc po katastrofie. Została wtedy bohaterką narodową Jugosławii i wielką celebrytką krajów komunistycznych.

Ola: Ja o niej słyszałam jako dziecko.

Piotr: Myślę, że wszyscy o niej słyszeli, to była naprawdę… Ja też słyszałem o niej bardzo dawno temu, i miałem w głowie świadomość, że chciała wrócić do pracy jako stewardessa, ale linie lotnicze uznały, że to byłoby niepolityczne i wywołałoby za dużo rozgłosu, i w efekcie pracowała w biurze. W latach 90. straciła tę pracę. Protestowała, brała udział w protestach antyrządowych przeciwko Miloševiciowi, i jako że była mocno atakowana, w końcu zmarła sama w swoim mieszkaniu w Belgradzie w 2016 roku. Smutna historia, ale na swój sposób niezwykła.

Ola: Tu dodam, że w międzyczasie wyszukałam informację: prędkość graniczną osiąga się po około 12 sekundach swobodnego lotu, czyli po przebyciu około 450 metrów w dół.

Piotr: Czyli w wersji 300 metrów nie, ale w wersji 800 metrów już tak. Trzeba jeszcze wziąć pod uwagę, że to zależy od tego, co spada i w jakim kształcie, bo ona nie spadała sama, tylko z fragmentem kadłuba, więc to skomplikowane.

0:35:43 Syndrom winy ocalałego

Ola: Tutaj pojawia się coś, co bardzo często towarzyszy osobom, które były nielicznymi ocalałymi z katastrof, wypadków, jakichś tragedii – syndrom winy ocalałego. To taki stan psychiczny, w którym dana osoba odczuwa bardzo intensywne poczucie winy wskutek tego, co przeżyła, gdy inne osoby poniosły śmierć. Termin "syndrom winy ocalałego" wprowadził po raz pierwszy William Nederland [? niepewne: nazwisko] w latach 60. XX wieku, opisując uczucia osób ocalałych z Holokaustu. Obecnie ten syndrom jest traktowany jako ważny objaw zespołu stresu pourazowego, PTSD, ale może występować też niezależnie od niego. Osoby, które stały się jedynymi ocalałymi z katastrof lotniczych, stanowią grupę o wysokim ryzyku rozwoju tego syndromu. Jedyni ocalali zmagają się z bardzo dotkliwą izolacją, bo w przeciwieństwie do innych form traumy nie mają nikogo, z kim mogliby podzielić się podobnym doświadczeniem, i dodatkowo często nie pamiętają szczegółów katastrofy czy mechanizmów swojego ocalenia, jak wspominał Piotrek – takim momentom towarzyszy późniejsza amnezja. Media i ludzie wokół często określają ocalenie takiej osoby jako "cud" i nazywają ją "szczęściarzem", co paradoksalnie może jeszcze pogłębiać poczucie winy. Ocalali czują się zmuszeni wyjaśnić, dlaczego to oni przeżyli, podczas gdy inni zginęli.

Piotr: Takie objawy odczuwała właśnie wspomniana przed chwilą Vesna Wulowicz. Nie udzielała wielu wywiadów, choć było parę sytuacji, że była zapraszana przez wielkie sławy do rozmów, ale nie chciała już o tym rozmawiać. Znamienne jest to, co powiedział George Lamson, jedyny ocalały z katastrofy lotu linii [? niepewne: Galaxy Airlines] 203 z 1985 roku – zginęło tam 71 osób – w dokumentalnym filmie "Soul Survivor" powiedział: "nie czułem się godny daru życia". To dosyć dobrze charakteryzuje te odczucia.

Ola: Steven Joseph [? niepewne: imię i nazwisko badacza] z University of Warwick badał reakcje psychologiczne na katastrofę wśród ocalałych z katastrofy promu "Herald of Free Enterprise". Te badania pokazały, że 60% tych, którym udało się przeżyć, doświadczyło poczucia winy, i zidentyfikowały trzy główne formy tego zjawiska: winę za sam fakt pozostawania przy życiu, poczucie odpowiedzialności za to, czego nie udało się zrobić w tej sytuacji, oraz wyrzuty sumienia związane z działaniami podjętymi w celu przeżycia. Jedną z teorii wyjaśniających ten syndrom jest koncepcja uniwersalnej sprawiedliwości świata.

Piotr: Jest ona dość często spotykana, ludzie często mają poczucie, że coś powinno jakoś być.

Ola: Że świat jest sprawiedliwy, ludzie dostają to, na co zasługują, a jeżeli ktoś przeżywa, a inni giną bez wyraźnego powodu, to narusza tę podstawową wiarę w sprawiedliwość świata. Ci, którzy ocaleli, czują głęboką potrzebę przywrócenia równowagi, jeśli otrzymali taką niesprawiedliwą korzyść w postaci życia, i czują, że muszą to jakoś odpokutować. Co się dzieje z osobą, która odczuwa syndrom winy ocalałego? Może mieć nawracające koszmary, flashbacki, bezsenność, natrętne myśli, ciągłe wracanie myślą do tego wydarzenia. Może się to przeobrazić w depresję, w silny lęk, poczucie oderwania od rzeczywistości, trudności z koncentracją. W skrajnych przypadkach mogą pojawić się myśli samobójcze. Tacy ocalali często unikają miejsc i sytuacji, które mogą im przypominać o tragedii, izolują się społecznie, mogą popadać w nałogi, traktując to jako sposób radzenia sobie z bólem.

Piotr: Nie wszędzie ten syndrom się pojawia, to ma związek z różnymi wcześniejszymi doświadczeniami, z niską samooceną, być może z młodym wiekiem tych osób. To dość skomplikowany układ. Wydaje mi się, że tych przypadków jest stosunkowo niedużo, na tyle niewiele, że trudno tu znaleźć stałe schematy. Trzeba pamiętać, że takie wrażenie nakręcają media – to, o czym Ola powiedziała, opowiadanie o cudownym ocaleniu, niewiarygodnym, o boskiej interwencji i tak dalej. Ludzie, którzy to przeżyli, trafiają na takie informacje, i to może pogłębiać te odczucia. Więc bardzo zrozumiałe jest to, że ci ludzie często decydują się całkowicie odizolować od mediów, nawet na bardzo długi czas.

0:42:32 Cecylia Cichan i katastrofa w Detroit

Ola: Przejdźmy do wydarzenia z 16 sierpnia 1982. Miało ono miejsce na lotnisku w Detroit. Samolot McDonnell Douglas MD-82 przygotowywał się do startu w ramach lotu Northwest Airlines 255. Na pokładzie było 149 pasażerów i sześcioro członków załogi. Maszyna miała lecieć do Phoenix, a w następnej kolejności do Kalifornii. Za sterami siedzieli doświadczeni piloci: kapitan John Mouse [? niepewne: nazwisko] i pierwszy oficer David Dodds. Pogoda była trudna, zbliżała się burza, zaczynał padać deszcz. Samolot dostał zgodę na start z pasa 3C, najkrótszego na tym lotnisku, o godzinie 20:44 tamtejszego czasu. Zaczął rozbieg i przy prędkości około 310 km na godzinę oderwał się od pasa. Wznosił się bardzo powoli, udało mu się osiągnąć wysokość zaledwie około 15 metrów. Świadkowie opowiadali, że maszyna kołysała się mocno na boki, co było objawem utraty siły nośnej. Około 840 metrów za końcem pasa lewe skrzydło uderzyło w słup oświetleniowy stojący na terenie wypożyczalni samochodów. Skrzydło zaczęło się rozpadać, natychmiast zapaliło się paliwo (zbiorniki są w skrzydłach). Samolot przechylił się o 90 stopni, uderzył w dach budynku wypożyczalni, przewrócił się sufitem do dołu i runął na pobliską drogę, taranując samochody – zginęły w nich dwie osoby. Kadłub rozpadł się kompletnie przy zderzeniu z wiaduktem kolejowym i drogowym, wrak stał już całkowicie w ogniu.

Piotr: Nic dziwnego, że po czymś takim nie spodziewano się znaleźć tam nikogo żywego. Owszem, znaleziono czteroletnią Cecylię Cichan [? niepewne: forma zapisu nazwiska] – posłużę się polskim odczytem tego nazwiska, nie wiem, jak brzmi ono po angielsku, w sumie mało istotne. Była przypięta pasami do fotela, który został wyrwany z samolotu. W pierwszej chwili uznano, że nie ma szans, by ktokolwiek przeżył – ratownicy myśleli najpierw, że dziewczynka jest z jednego z taranowanych samochodów. Fotel był odwrócony, leżała twarzą w dół, co ją prawdopodobnie ochroniło przed ogniem i płomieniami. Miała bardzo poważne obrażenia: złamanie czaszki, obojczyka, nogi, poważne oparzenia. Dopiero po identyfikacji stwierdzono, że jest z tego samolotu.

Ola: Jeśli ktoś oglądał, tak jak my, serię "Katastrofy w przestworzach", to wie, że śledztwa w sprawie wypadków lotniczych są prowadzone zazwyczaj przez Amerykańską Narodową Radę Bezpieczeństwa Transportu, NTSB, bo większość samolotów w takich głośnych katastrofach to samoloty amerykańskie – Amerykanie są głównym producentem samolotów na świecie, przynajmniej byli w tamtych czasach. Śledztwo NTSB wykazało, że przyczyną katastrofy był błąd załogi. Przed startem piloci muszą sprawdzić listę kontrolną.

Piotr: Jedną z wielu.

Ola: Jedną z wielu, zanim rozpoczną kołowanie. Ta lista liczy wiele punktów krytycznie ważnych dla bezpieczeństwa i dalszego przebiegu startu i lotu. Okazało się, że tym razem, bo nie wykonano jej w pełni, piloci nie ustawili prawidłowo klap i slotów, wymaganych do bezpiecznego startu. Te elementy są kluczowe dla wygenerowania odpowiedniej siły nośnej przy niskich prędkościach – to się nie udało.

Piotr: Stąd niestabilny lot i brak możliwości wzniesienia się. Jest system, który ostrzega, że samolot nie jest prawidłowo skonfigurowany do startu, ale nie zadziałał, bo nie było zasilania – bezpiecznik, który go zasilał, był wyłączony. Nie wiadomo, czy w wyniku awarii, czy może załoga wyłączyła go celowo, bo w tym modelu samolotów piloci często wyłączali ten bezpiecznik, ponieważ system ostrzegawczy odpalał się często w nieodpowiednich momentach i nie był wiarygodny. Podsumowując, przyczyną katastrofy było nieprawidłowe przygotowanie samolotu do startu – kombinacja ludzkiego błędu i źle działającego, czy wyłączonego, systemu ostrzegania.

Ola: Cecylia Cichan, po śmierci swoich rodziców i brata w tej katastrofie, została adoptowana przez krewnych. W trakcie 25 lat nie wypowiadała się na temat tej katastrofy. Później pojawiła się w filmie "Soul Survivor", który opowiada o samotnych ocalałych, i mówi w nim o syndromie ocalałego. Zacytuję: "dlaczego mój brat nie przeżył, dlaczego to ja".

Piotr: To jest dokładnie taki przypadek, kiedy takie osoby – albo ich bliscy, jeśli to są dzieci – decydują się odciąć od kontaktów z prasą. Tutaj 25 lat milczenia na ten temat. Spójrzmy jeszcze na katastrofę lotu Yemenia 626 [? niepewne: nazwa linii – w transkrypcji "Jemenia"], z 30 czerwca 2009 roku, na Oceanie Indyjskim, niedaleko wybrzeża Komorów.

0:49:31 Bahia Bakari i katastrofa lotu Yemenia 626

Piotr: To samolot Airbus A310-324, 153 osoby na pokładzie, w tym 11 członków załogi. Ten samolot leciał z Jemenu na Komory. Podczas podchodzenia do lądowania, przy procedurze "circle to land", piloci nie ustabilizowali wysokości i położenia samolotu. Nie znalazłem bardzo szczegółowego opisu wyników tego śledztwa, zwłaszcza że później działy się straszne rzeczy w związku z awanturą między Jemenem i innymi krajami – nie o tym chcemy teraz opowiadać, ale to może tłumaczyć, czemu sprawa nie jest dobrze wyjaśniona. W każdym razie nastąpiło przeciągnięcie, czyli utrata siły nośnej. Samolot wpadł do oceanu około 14 km od wybrzeża wyspy, rozbił się przy uderzeniu w wodę. 152 osoby zginęły, przeżyła jedna: dwunastoletnia Bahia Bakari, wyrzucona z samolotu w momencie, gdy ten uderzył w wodę i się rozpadł. Nie umiała dobrze pływać, nie miała kamizelki ratunkowej (nie było czasu ani informacji, że należałoby ją założyć). Przez prawdopodobnie około 9 godzin trzymała się fragmentu wraku o dobrej pływalności, w dość wzburzonym morzu, w środku nocy. Mówiła później, że na początku słyszała głosy innych osób, które stopniowo cichły. Została wyłowiona przez prywatny statek zajmujący się w pobliżu transportem pasażerów. Miała poważne obrażenia: złamaną miednicę, obojczyk, poparzone nogi, rany na twarzy. Nie chcę wchodzić w skomplikowane układy związane z Jemenem i tą całą awanturą. W 2010 roku wydała książkę. Odrzuciła ofertę Stevena Spielberga, który chciał nakręcić film na podstawie jej historii – stwierdziła, że byłoby to dla niej zbyt przerażające przeżycie.

Ola: Spójrzmy na to zdarzenie oczami tej dziewczynki. Początkowo myślała, że po prostu wypadła z samolotu, bo zbyt mocno nacisnęła czołem na okno. Przez długi czas nie zdawała sobie sprawy, że samolot, którym leciała, rozbił się, i że to ona jest jedyną ocalałą – zrozumiała to dopiero w szpitalu. Przez długi czas wierzyła, że jej mama wylądowała bezpiecznie, i bała się, że mama będzie miała do niej pretensje o to, że nacisnęła czołem na okno, nie zapięła pasa i wypadła z samolotu.

Piotr: Jakkolwiek by to nie brzmiało kuriozalnie, mózg człowieka jest w stanie dokonać niezłej wolty, żeby wyprzeć pewne rzeczy – takie być może najbardziej oczywiste wyjaśnienie, jakie się nasunęło.

Ola: Podobnych historii jest jeszcze kilka. W maju 2010 roku, na lotnisku w Trypolisie w Libii, podczas podchodzenia do lądowania rozbił się Airbus A330 libijskich linii lotniczych Afrikia Airways [? niepewne: nazwa linii]. Śmierć poniosło 103 osoby, przeżył dziewięcioletni chłopiec, znaleziony przypięty pasami do fotela wśród szczątków samolotu. Można się zastanawiać, czy niewielkie rozmiary ciała ułatwiają dzieciom przeżycie katastrof – trudno tu spekulować. Przypomnijmy jeszcze jedną katastrofę: w 2018 roku Boeing 737 rozbił się tuż po starcie, przeżyły tylko cztery osoby, ale trzy zmarły w szpitalu. Ta jedyna ocalała pasażerka doznała bardzo ciężkich obrażeń.

Piotr: Nigdy nie odzyskała zdrowia. To było bardzo dramatyczne wydarzenie.

Ola: Wyobraźmy sobie tę osobę, która uratowała się wraz z trzema innymi, ale tylko ona pozostała żywa.

Piotr: Tu jest pytanie, czy w tym jest jakaś regularność – czy przeżywają częściej ludzie siedzący w konkretnych miejscach w samolocie. Są jakieś statystyki na ten temat, ale podkreślam: jakieś statystyki, bo na pewno nie jest tak, że można wskazać konkretne, bardzo bezpieczne czy niebezpieczne miejsca w samolocie. Te analizy nie są robione przez żadne oficjalne organy zajmujące się lotnictwem. Dwie większe analizy, które zawierają przegląd wielu wypadków, przeprowadził magazyn Popular Mechanics oraz magazyn Time – czyli media, które postanowiły wyciągnąć jakieś wnioski, ale nic super poważnego.

0:56:20 Najbezpieczniejsze miejsca w samolocie i zasady bezpieczeństwa

Ola: I te wnioski w obu przypadkach są podobne: katastrofy lotnicze przeżywały najczęściej osoby siedzące w tylnej części samolotu, na środkowych siedzeniach. Wyjaśnienie tego fenomenu nie jest specjalnie skomplikowane: najczęściej, choć nie zawsze, samolot uderza w przeszkodę, w ziemię, najpierw przednią częścią, i to ona bierze na siebie główną energię zderzenia. A środkowe siedzenia dotyczą tych samolotów, które mają dwa przejścia między fotelami.

Piotr: Szerokokadłubowy, generalnie.

Ola: Taki jak na przykład Dreamliner, który ma w rzędzie układ trzy siedzenia z jednej strony, trzy po środku i trzy po drugiej stronie. Albo Airbus A330, z układem dwa – cztery – dwa. Warto jednak podkreślić, że te analizy są amatorskie. Kiedy zapyta się którąś z oficjalnych organizacji zajmujących się lotnictwem, zawsze pada odpowiedź: to zależy – od katastrofy, od sytuacji. Nie ma bezpieczniejszych i mniej bezpiecznych miejsc w samolotach, to zdanie specjalistów od transportu lotniczego.

Piotr: Zresztą przypadek, od którego zaczęliśmy tę opowieść, czyli najnowsza katastrofa Dreamlinera, właściwie to wszystko pokazuje: ten ocalały mężczyzna siedział w obszarze samolotu, który teoretycznie ma największą śmiertelność, czyli przód, pierwszy rząd klasy ekonomicznej. Trzeba pamiętać, że wszystko zależy od rodzaju katastrofy. Jeżeli mamy pożar na ziemi, wodowanie czy coś podobnego, kluczowym elementem staje się odległość i dostępność wyjść awaryjnych. Podkreślana jest reguła 90 sekund – czas, jaki pasażerowie mają na awaryjne opuszczenie pokładu. Znowu, wszystko zależy od tego, co się dzieje, bo to nie dotyczy zdarzeń, które wydarzyły się wysoko w powietrzu, ale są to procedury, które uwzględniają ten 90-sekundowy slot czasowy.

Ola: Ważna rzecz dla każdej i każdego z was i nas: jeżeli ktokolwiek ze słuchających nas leciał samolotem, to wie, że zawsze przed startem personel pokładowy przeprowadza krótkie szkolenie dotyczące bezpieczeństwa. Pewnie wiecie doskonale, że mnóstwo ludzi tego nie słucha, bawi się telefonami, śpi, rozmawia, słucha czegoś.

Piotr: Teraz przynajmniej wymaga się formalnie zdjęcia słuchawek.

Ola: Ale nie wszyscy się temu podporządkowują. My wiemy doskonale, że ci ludzie, którzy machają rękami w samolocie, zawsze mówią to samo, ale właśnie nie mówią tego samego – o ile rozpinanie pasów wygląda zawsze tak samo, o tyle informacje, gdzie w tym akurat typie samolotu są kamizelki ratunkowe i gdzie są wyjścia awaryjne, to informacje, które się zmieniają. Nawet te same informacje, powtarzane co i rusz, mają ogromne znaczenie. Niby wszyscy słyszeli, że najpierw trzeba założyć maskę sobie, a potem dziecku, a mnóstwo osób nadal robiło odwrotnie. Pewnie mało kto zwrócił uwagę, że od kilku lat ten komunikat brzmi już nieco inaczej.

Piotr: Trochę to zmieniono z tym dzieckiem. To był taki czas w naszej historii zawodowej, że bardzo często lataliśmy samolotami, taka była praca.

Ola: Byliśmy dziennikarzami, wysyłano nas w różne miejsca.

Piotr: W najróżniejsze. Mam wrażenie, że im częściej lataliśmy, tym paradoksalnie bardziej zwracaliśmy uwagę na to, co mówi personel pokładowy.

Ola: Chciałam wtrącić, że to był ten okres, w którym oglądaliśmy "Katastrofy w przestworzach", więc być może jedno z drugim miało coś wspólnego.

Piotr: I nie zawsze nasi towarzysze podróży, siedzący obok, byli wdzięczni, kiedy z emocjami opowiadaliśmy o ostatnim odcinku, co widzieliśmy, jaka była katastrofa. Co może niektórych zaskakuje: przeglądaliśmy w takiej sytuacji praktycznie zawsze, albo bardzo często, karty bezpieczeństwa – te wrzucone w kieszeń fotela przed nami, albo w tanich liniach nadrukowane gdzieś. Co bardzo ważne, zawsze sprawdzaliśmy, i nadal sprawdzamy, jak nam się zdarza gdzieś lecieć, gdzie są najbliższe wyjścia awaryjne – bardzo często są za nami.

Ola: I o tym też mówi personel pokładowy w tym nudnym wykładzie.

Piotr: Mówi, ale pytanie, kto go słucha. Bo na przykład bywa tak, że jak spojrzymy przed siebie, to mamy, nie wiem, 10 rzędów albo więcej do wyjścia, ale okazuje się, że dwa rzędy za nami jest wyjście. To jest naprawdę kluczowa sprawa. Zaleca się też, żeby przeliczyć sobie, ile jest rzędów foteli do najbliższego wyjścia, na przykład tego za nami, żeby potem w razie czego móc po omacku, w dymie, po ciemku, dotrzeć do niego, nawet kiedy nic nie będziemy widzieli.

Ola: Warto też podkreślić rzecz oczywistą: lotnictwo, samoloty, to wciąż zdecydowanie najbezpieczniejszy środek transportu. Katastrofy lotnicze są głośne, spektakularne, efektowne i bardzo medialne, dlatego kiedy taka katastrofa nastąpi, wszyscy o niej mówią – jest w gazetach, w telewizji, w internecie. Ale wbrew temu, co pokazują media, wszystkie inne systemy transportu tworzą dużo większe ryzyko wypadku i śmierci niż lotnictwo. Dużo więcej osób rocznie, statystycznie, ginie na drogach, chociażby w Polsce, wskutek wypadków samochodowych, niż w wypadkach lotniczych.

Piotr: Przyznam szczerze, nie znam nikogo, kto bałby się jeździć samochodem, a znam co najmniej kilka osób, które boją się latać samolotem, albo sprawia im to dyskomfort, albo boją się na tyle, że w ogóle nie latają.

1:03:13 Polecajka i słowo na dziś

Piotr: Zostaje nam polecajka. Dzisiaj to będzie książka Patricka Smitha, "Pilot ci tego nie powie". Ten tytuł jest właściwie dokładnym zaprzeczeniem treści tej książki, bo napisał ją pilot, i właśnie opowiada o rzeczach, które są dla podróżujących samolotami niejasne, dziwne, tajemnicze. Takie pytania z cyklu "zawsze chciałeś je zadać, ale nie masz komu, albo się wstydziłeś, albo jakoś nigdy ci się nie chciało". Pozbierał różne rzeczy, od podstawowych: dlaczego jak samolot leci z Europy do Ameryki Północnej, nie leci na wprost przez Atlantyk, tylko łukiem do góry, w okolice Grenlandii, Kanady. Pewnie nie powinniśmy tego zdradzać, ale powiemy, że taka trasa jest najkrótszą drogą. Kto nie wierzy, niech weźmie globus, zobaczy odległość między, powiedzmy, Paryżem a Nowym Jorkiem, a potem sprawdzi, jak ta linia wygląda na rozciągniętej mapie płaskiej, na przykład w projekcji Mercatora. Wtedy wygląda to, jakby ktoś… była nawet hipoteza, że samoloty latają tak wysoko na północ, żeby nie oddalać się za bardzo od lądu, na wypadek awaryjnego lądowania. Ale nie, to po prostu najkrótsza droga.

Ola: A prąd strumieniowy? Nie ma z tym coś do czynienia?

Piotr: Nie, prąd strumieniowy leci, poza tym że meandruje, najkrótszą drogą. To nie jest tak, że uprzejmie się wygina.

Ola: No właśnie na wysokości Grenlandii.

Piotr: To jest równie dobrze obecny i niżej na mapie, więc nie, to jest po prostu najkrótsza droga, i tyle – nie ma żadnych bardziej tajemniczych wyjaśnień. Inne pytania, które się pojawiają…

Ola: Co piloci jedzą podczas lotu?

Piotr: To wcale nie jest takie oczywiste. Z tego, co on pisze, przy lotach krótszych niż pięć godzin linia lotnicza nie zapewnia pilotowi posiłku – można sobie wziąć kanapkę, paluszki, albo kupić coś.

Ola: Serio? Przy pięciu godzinach nie dają jeść?

Piotr: Groza, no.

Ola: To też wyjaśnia… chętnie bym się tego dowiedziała, ale to się dzieje bez przerwy: co chwilę rozlegają się jakieś dzwonki, brzęczyki, ktoś coś komunikuje. Czy i w jakich warunkach transportowane są drogą lotniczą zwierzęta, których nie można zabrać na pokład pasażerski?

Piotr: Są opowieści, że jest tam zimno, że nie jest hermetyzowane – ale zwykle, jak się odbiera psa, który podróżował poza pokładem, nie jest on uduszony i zamrożony na kość. A przypominam, że na wysokości 10 kilometrów temperatura to minus kilkadziesiąt stopni.

Ola: Ja zawsze ze zgrozą patrzę na te minus 85 na wskaźniku. Sympatycznie.

Piotr: Właśnie, i kluczowe pytanie…

Ola: Kluczowe, myślę, że wszyscy się nad tym zastanawiają: dlaczego trzeba wyłączać telefony podczas lotu? Po odpowiedź odsyłamy do książki.

Piotr: Tak, tego nie będziemy tłumaczyć, bo to jest długi temat.

Ola: Może te odpowiedzi są nieco za bardzo amerykocentryczne, ale i tak wystarczająco uniwersalne. Fajnie to sobie poczytać.

Piotr: Książka jest wydana w 2019 roku, ale da się ją spokojnie kupić. Wydawnictwo Muza, przekład Jolanta Sawicka. Fajnie się to czyta, to na pewno. Słuchajcie, gdyby wam się podobała ta opowieść, albo do czegoś przydała, bardzo będzie nam miło, jeśli postawicie nam kawę na BuyCoffeeTo, link jest w opisie odcinka. Te kawy od was są dla nas szczególnie doceniane, bo pracujemy w domu, i kawa jest tutaj bardzo kluczowym elementem naszej pracy.

Ola: Czyli, parafrazując znane przysłowie: kawa moje paliwo.

Piotr: Przysłowia mądrością narodu.

Ola: To pozostaje nam słowo na dziś.

Piotr: Dzisiaj wybraliśmy takie motywujące, ale krótkie. Miałem myśl, żeby to było na przykład "turbulencje" albo coś.

Ola: Amerykocentryczność.

Piotr: Amerykocentryczność, albo coś. Nie, słowo jest krótkie i brzmi…

Ola: Wrak.

Piotr: No, to dzięki.

Ola: Cześć.

Źródła

* https://www.clarin.com/ediciones-anteriores/optica-sobrevivientes_0_rJUQVgb0Yg.html

* https://en.wikipedia.org/wiki/LANSA_Flight_502

* https://en.wikipedia.org/wiki/LANSA_Flight_508

* https://en.wikipedia.org/wiki/Juliane_Koepcke

* https://pl.wikipedia.org/wiki/Jan_Mikulicz-Radecki

* https://en.wikipedia.org/wiki/Panguana

* https://www.youtube.com/watch?v=msipyM4vyLg

* https://pl.wikipedia.org/wiki/Katastrofa_lotu_Northwest_Airlines_255

* https://en.wikipedia.org/wiki/Bahia_Bakari

* https://www.livescience.com/technology/whats-the-safest-seat-on-a-plane

* https://www.huffpost.com/entry/safest-seat-on-a-plane_n_58f7dbd8e4b091e58f382505

* https://time.com/3934663/safest-seat-airplane/

* https://web.archive.org/web/20150323225711/http://www.popularmechanics.com/flight/a1918/4219452/

* https://www.aljazeera.com/news/2025/6/13/i-realised-i-was-alive-sole-survivor-of-air-india-crash-recounts-tragedy

Źródła