Podcast Crazy Nauka · odc. 121

Erupcja St. Helens – fala ognia i rozerwana góra

01-07-2025 · 64 min · Tematyczny, Katastrofy, Żywioły i geologia

Okładka odcinka

Tu jest treść z serwisu Spotify. Po jej włączeniu Spotify otrzyma Twój adres IP i może zapisać w przeglądarce pliki cookies.

Posłuchaj też na:

Erupcja wulkanu Mt St Helens była spektakularna. I rozegrała się pod ścisłą obserwacją naukowców i fotografów, spośród których część, niestety, tego nie przeżyła.
W 1980 roku w powietrze wyleciała spora część góry. Jedno z jezior się wychlapnęło ze zbiornika, a inne, wraz z rzekami, wyparowały. Pędzące chmury rozgrzanych gazów i pyłów wypaliły szeroki pas o długości ponad 30 km. Dzieła zniszczenia dokonały rwące strumienie błota, które "zabetonowały" doliny nawet na ponad 40 km od podnóży wulkanu.
Specjaliści wiedzieli, że wulkan szykuje się do erupcji. Jednak nie spodziewali się, że z taką siłą.

Posłuchajcie najnowszego odcinka Podcastu Crazy Nauka, a w nim naszej opowieści o jednym z najlepiej udokumentowanych wybuchów wulkanów.

Polecajka: Suzanne Collins, “W pierścieniu ognia” i inne książki z cyklu “Igrzyska śmierci”, Wydawnictwo Media Rodzina

Wspomniany film “Lawa”:
youtube.com/watch?v=kkuJhdowixs

Transkrypcja odcinka

Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.

0:00:00 Wstęp

Ola: Jak całkiem spokojna góra rozerwała się, niosąc śmierć?

Piotr: Dlaczego nie da się uciec przed erupcją wulkanu?

Ola: Cześć, tu Ola Stanisławska.

Piotr: I Piotrek Stanisławski, podcast…

Ola: Crazy Nauka.

Piotr: Ach, Crazy Nauka. Tyle ich robimy.

Ola: Całe dwa.

Piotr: No dobra, w moim wieku już mogę nie pamiętać.

Ola: No tak, starzy ludzie do was mówią. A ponieważ jesteśmy starzy i mądrzy, analizujemy to, czego słuchacie. I wychodzi nam na to, że lubicie słuchać o katastrofach.

No dlatego ponownie was dziś witamy w świecie katastrof. To również jeden z naszych ulubionych tematów. Postanowiliśmy się dzisiaj z wami podzielić pewną historią.

Piotr: Tak, to będzie coś specjalnego na początek wakacji. Opis naprawdę bardzo dramatycznych zdarzeń, które miały miejsce 45 lat temu na zachodnim wybrzeżu USA. Dokładnie 18 maja 1980 roku, Mount St. Helens w stanie Oregon. Zaraz temat rozwiniemy, a póki co bardzo dziękujemy, że jesteście tu z nami, że słuchacie, że komentujecie. Bardzo, bardzo lubimy komentarze.

Bardzo odpowiadacie na ankiety. Z ankiety i z waszych komentarzy wychodzi, że na pewno zrobimy odcinki pytania-odpowiedzi, bo wiele osób chciało i prosiło, więc bardzo nas to cieszy.

Zachęcamy do wszelkiego wsparcia nas, jak możecie, na przykład na Patronite. Chcecie, bardzo zapraszamy, albo na BuyCoffee, tu to takie jednorazowe kawusie.

Bardzo nam kawusie dobrze robią, przydadzą nam się kawy. Mamy teraz nowy kubek, o który się co rano nie bijemy, tylko uprzejmie go sobie udostępniamy nawzajem.

Ola: Zaczekajmy i sprawdzamy, czy to drugie przeoczyło ten kubek.

Piotr: Ja dzisiaj ci specjalnie zostawiłem.

Ola: No właśnie, jaki ty jesteś miły. Ja poprzednio też ci specjalnie zostawiłam. Specjalnie ci to zakomunikowałam.

Piotr: A ja tak, żebyś się domyśliła. No tak.

Ola: Przy okazji przypominamy wam, że jak już tutaj delikatnie napomknęliśmy, robimy również inną serię podcastów. I ta seria nosi tytuł Laboratorium Zbrodni. Przygotowujemy ją we współpracy z Polskim Radiem.

No i posłuchać możecie odcinków z tej serii na stronie Polskiego Radia, na Spotify, albo tam, gdzie lubicie to robić. No i oczywiście przypominamy, że z tym naszym tutaj podcastem również jesteśmy obecni na wszystkich liczących się platformach podcastowych.

Piotr: Tak jest, i na tych nieliczących się również.

0:02:54 Filmowy schemat katastrofy i skąd wzięła się nazwa Mount St. Helens

Ola: Tak jak już wspominaliśmy, tak się składa, że te odcinki podcastów, w których mówimy o katastrofach, słuchają się wyjątkowo dobrze. Możemy więc chyba śmiało założyć, że przynajmniej część z was, podobnie jak my, ogląda czasami filmy katastroficzne.

Piotr: My się dawno niczego nie oglądaliśmy, musimy obejrzeć. W ogóle dawno niczego nie oglądaliśmy, bo głównie pracujemy, nagrywamy podcasty bez przerwy, z przerwami na inną pracę. A jeżeli oglądaliście filmy katastroficzne, zwłaszcza te niezbyt nowe, sprzed kilkunastu, kilkudziesięciu lat, to na pewno dobrze znacie ten bardzo dobrze zgrany schemat.

Jest sobie oto taki samotny naukowiec, czasami ma jakieś towarzystwo, ale najczęściej to jest jakaś dominująca osobowość. Nazwijmy go nerdem. Ten naukowiec odkrywa coś strasznego, czyli to, że wkrótce nastąpi jakiś kataklizm: uderzy w ziemię jakiś potężny kawał skały, albo dajmy na to wybuchnie wulkan, wokół którego mieszkają miliony ludzi, albo w ciągu kilku dni wszystko zamarznie, jak na przykład w naszym ulubionym "Pojutrze", albo też, dajmy na to, wszystkie oposy żyjące w stanie Nowy Jork szaleją i zaatakują ludzi.

Ola: Na przykład.

Piotr: Pierwszy przykład z brzegu.

Ola: Pierwszy z brzegu, bo przecież wiadomo, że to się wszystko musi wydarzyć w Stanach Zjednoczonych, bo tylko tam się dzieją rzeczy ważne i interesujące. Uwaga, sarkazm. Dzięki.

Piotr: A tym powinniśmy mieć specjalny dźwięk na sarkazm. Dziękuję. No, w końcu ten naukowiec idzie do władz.

Ola: Jesteś skażony przez to nauczanie w szkole.

Piotr: To był rok szkolny niedawno. Dostałem pyszną herbatkę na zakończenie i różne inne fajne rzeczy, więc ciąż przeżywam. No w każdym razie wspomniany naukowiec idzie do władz, mówi, że oczywiście trzeba wszystkich ostrzec, że trzeba ewakuować, a władze oczywiście mówią, że ha, ha, ha, że chyba się z chomikiem [? niepewne: nauk] by pozamieniał, i że w ogóle nie ma mowy, że w ogóle zaraz będą wybory, a oni nie są takimi idiotami, żeby wzbudzać panikę i te wybory przegrać. Więc ten naukowiec, wstrząśnięty i zmieszany, robi co może, żeby wszystkich ostrzec. Dociera nawet do mediów, ale oczywiście wiadomo, że [? niepewne: Rubinia Grilla] zawsze wygra z wulkanem, czy tam, nie wiem, nagłym mrozem, czy atakiem oposów.

Ola: No ja bym się nie zakładała, raczej bym stawiała na oposy.

Piotr: Oposy, tak, atak oposów zdecydowanie. No i oczywiście wtedy, jak już jest za późno, ten naukowiec na szczęście zdążył zabrać swoją uroczą rodzinę, wszyscy są tam blond i bardzo piękni, z niebieskimi oczami, i uciekli, ale w końcu rusza go sumienie, więc wraca, rodzina na niego czeka i razem z tymi skruszonymi władzami próbuje ratować sytuację. No i jak już ją uratuje, to dostaje medal od prezydenta USA i w ogóle wszyscy…

Ola: Nadzieję, że od tego prezydenta by coś dostał.

Piotr: To są same, wiesz co, stare filmy katastroficzne.

Ola: Okej.

Piotr: I oczywiście są na końcu łzy wzruszenia, i je wszyscy ocierają, znaczy wszyscy ci, którzy przeżyli, i tak dalej. Więc jeśli te filmy katastroficzne oglądacie, to w historii erupcji wulkanu Mount St. Helens znajdziecie te znajome wątki, ale oczywiście, jak to zwykle bywa, sprawa okaże się być znacznie bardziej skomplikowana i znacznie ciekawsza.

Ola: Właściwie to jest ten moment, kiedy już padła ta nazwa i przyda się pewne wyjaśnienie. W tym odcinku będziemy używali nazwy Mount St. Helens. I wbrew pierwszemu wrażeniu, nie tłumaczy się tego wcale jako Góra Świętej Heleny, co jest często popełnianym błędem.

Oczywiście "mount" znaczy góra, po angielsku, natomiast z tą Heleną sprawa wydaje się nieco bardziej skomplikowana. Przede wszystkim nazwa nie pochodzi bezpośrednio od świętej Heleny. To znaczy sama Helena gdzieś tam sobie istnieje, ale nazwa góry pochodzi od, i tutaj zaskoczenie, brytyjskiego dyplomaty Alana Fitzherberta, który był pierwszym baronem St. Helens. Tu przywołujemy brytyjski tytuł szlachecki.

Piotr: Dokładnie irlandzki, ale przez brytyjskiego króla nadawany, więc właściwie brytyjski.

Ola: Więc właściwie brytyjski. Jak to w Imperium Brytyjskim, nakombinowali, nakomplikowali ostro. W każdym razie można powiedzieć, że baron jest najniższym z tytułów szlacheckich, a to, że jest pierwszy, oznacza, że właśnie ten pan Fitzherbert był pierwszym posiadaczem tego tytułu w swojej linii.

Piotr: Zresztą jedynym.

Ola: Aha, a kluczowe "St. Helens" to forma takiego terytorialnego dodatku do tytułu i wcale nie musi oznaczać, że jest się właścicielem tego miejsca. Żeby było jeszcze trudniej: St. Helens to miasto na wyspie Wight.

Piotr: Tak, i to czasami było dodawane po prostu dla wygody, żeby było łatwiej go odróżnić, i nawet się o nim wtedy często mówiło "St. Helens", dlatego góra nie nazywa się Fitzherbert, tylko St. Helens. Dodajmy, że sam wspomniany Fitzherbert w ogóle w życiu nie widział tego wulkanu na oczy, a zawdzięcza tę nazwę swojemu kumplowi. Znaczy nie wulkan miał kumpla, tylko Fitzherbert miał kumpla. Może wulkan, no dobra. Może miał.

Ola: A będziemy mówili tu o kumplach wielu. Ta krótkometrażówka Pixara o wulkanach.

Piotr: Znamy taką jedną, co się wzrusza do łez zawsze.

Ola: Tak, to jest rzecz, przy której moim zdaniem każdy się popłacze.

Piotr: No dobra, muszę to obejrzeć jeszcze raz. Może damy link gdzieś w opisie, pewnie te shorty Pixara są gdzieś tam na YouTubie, o ile pamiętam, przynajmniej kiedyś były. No dobra, wracając do tematu: wspomnianego Fitzherberta kumpel, czyli kapitan George Vancouver, podpłynął 19 maja roku 1792, jak się nie mylę, nie zanotowałem, na statku HMS Discovery do ujścia rzeki [? niepewne: Kalambia] na zachodnim wybrzeżu USA i zobaczył tę górę. Zobaczył i coś go poniosło, i nadał jej nazwę St. Helens. Ale to było tak, że oni od jakiegoś czasu płynęli wzdłuż wybrzeża i mamy cały ciąg gór, które nazywają się od tych rozmaitych znajomych tego kapitana.

Ola: Przepraszam, muszę to wtrącić, bo właśnie sprawdziłam: ten short Pixara nosi tytuł "Lava". Bardzo piękny. To było emitowane przy okazji filmu "W głowie się nie mieści", tej reanimacji.

Piotr: O, tego pierwszego, tak, dokładnie. No w każdym razie płynęli sobie wzdłuż wybrzeża i mamy cały ciąg tych nazw. Mamy na przykład Mount Baker, od trzeciego oficera statku Josepha Bakera, mamy Mount Hood od admirała Samuela Hooda, no i oczywiście mamy najwyższy z tych szczytów, Mount Rainier, od admirała Petera Rainiera. Zresztą sam Vancouver, jak może zauważyliście, też nie był stratny, bo się załapał i na miasto, i na wyspę, tam na zachodzie Kanady. Więc oni tam sobie wszyscy dobrze porobili tymi nazwami.

Ola: Ja tylko chciałam powiedzieć, że Fitzherbert nie zasłużył na to, żeby jego własnym nazwiskiem coś nazwać, tylko to St. Helens. On jest tu chyba wyjątkiem w tym towarzystwie wszystkich znajomych Vancouvera.

Piotr: No więc tak, to było w ogóle takie towarzystwo pomieszane bardzo mocno i można by mocno dyskutować na temat ich zasług, różnie z tym było. W każdym razie jasne jest, że to nie jest tak, że przed tym kapitanem Vancouverem w ogóle nikt nie zauważył, że tam jakieś wulkany sterczą od dawna.

Ola: I że Europejczycy odkryli Amerykę.

Piotr: Tak, tak, absolutnie. Te góry mają bardzo wiele nazw, które zostały nadane przez rdzennych mieszkańców Ameryki. Zresztą często ci rdzenni mieszkańcy czcili te szczyty, nadal je czczą, wiążą z nimi różne legendy. To jest w ogóle temat bardzo rozległy, bo tych opowieści jest wiele. W każdym razie tu wyjaśniliśmy, skąd w ogóle się wzięło to "St. Helens" i dlaczego to nie jest Góra Świętej Heleny.

0:11:35 Wulkany kaskadowe i Pacyficzny Pierścień Ognia

Ola: Zatem Mount St. Helens, jak już wspomnieliśmy, nie jest pojedynczą górą. Piotrek wymienił tu już kilka innych, a w sumie jest ich, uwaga, ponad 20, i tworzą taką strukturę, zwaną wulkanami kaskadowymi albo łukiem kaskadowym. Ciągnie się ta cała struktura wzdłuż zachodniego wybrzeża Kanady i Stanów Zjednoczonych, od Kolumbii Brytyjskiej aż po północ Kalifornii.

Na tym całym obszarze można znaleźć w sumie ponad 4 tysiące oddzielnych tworów wulkanicznych i całe mnóstwo różnych struktur, które są powiązane z aktywnością geologiczną. Skąd tam tyle tego? To jest efekt tego, że przesuwają się płyty tektoniczne.

W tym obszarze mała płyta, która nosi nazwę Juan de Fuca, wjeżdża pod absolutnie gigantyczną płytę północnoamerykańską, która obejmuje całą Amerykę Północną, Grenlandię, Arktykę i, uwaga, Daleki Wschód Rosji. Z kolei na tę małą płytkę napiera kolejna, już w ogóle przeogromna płyta pacyficzna. Ta rozszerza się na wszystkie strony, bo gdzieś w okolicach jej środka na powierzchnię wypychany jest materiał z głębi planety i to rozpycha całą strukturę na boki.

To zagłębianie się jednej płyty pod drugą, czyli subdukcja, powoduje tarcie, a w związku z tym trzęsienia ziemi, a na styku tych płyt wydostaje się magma z dużych głębokości.

Piotr: Tak, mamy taki bardzo aktywny geologicznie obszar, o czym będzie jeszcze mowa. I ten obszar pięknie wpisuje się w znacznie większy obszar, zwany Pacyficznym Pierścieniem Ognia. To jest taki pas otaczający cały Ocean Spokojny, pas bardzo aktywnych sejsmicznie obszarów, bo to tu się znajduje większość aktywnych wulkanów na Ziemi.

W tym rejonie zdarza się aż 90% wszystkich trzęsień Ziemi, a pas jest długi, ma w sumie około 40 tysięcy km długości, czyli tyle co obwód całej naszej planety. I to jest moment, kiedy muszę dodać pewną dygresję.

Ola: Piotrek pytał mnie, czy powinien tę dygresję wstawić. Ja widziałam, że ma na to ogromną ochotę.

Piotr: A ty nie miałaś, ty jesteś taka poważna.

Ola: Ja jestem taka poważna, podkręciłam wąsa i powiedziałam: dajesz.

Piotr: No dajesz, tak. To są skutki grzebania w Wikipedii, bo tam są takie okropne rzeczy na niebiesko. To są linki.

Ola: Nie idź w stronę światła.

Piotr: Tak, i one, jak się w nie kliknie, to się jest w innym miejscu w Wikipedii, a potem w jeszcze innym, a potem jest trzecia w nocy i dopiero człowiek się orientuje, że no tak…

Ola: Że trafił na Pierścień Ognia.

Piotr: Więc jak już grzebałem w tej geologii Pacyficznego Pierścienia Ognia, to oczywiście trafiłem przy okazji na piosenkę Johnny'ego Casha "Ring of Fire". Pewnie ją kojarzycie, bo dobrze wpada w ucho. No i oczywiście musiałem przeczytać notkę o tej piosence w Wikipedii.

Ola: Musiałeś.

Piotr: No musiałem, po prostu pewne rzeczy człowiek musi zrobić i nie bardzo jest z czym w ogóle dyskutować. W każdym razie jest tam opis, no nie jest to jakiś tekst bardzo, powiedzmy sobie, topowy. Jest mowa o tym, że utwór mówi o miłości, o namiętności, o spalaniu się.

Jest tam też historyjka, mianowicie o tym, że jedna ze współautorek tekstu kilkanaście lat temu postanowiła sprzedać prawo do wykorzystania tego utworu w reklamie, ale nie wiedzieć czemu druga ze współautorek gwałtownie zaprotestowała, bo, uwaga, miała być to reklama środka na hemoroidy. Przypominam tytuł piosenki: "Ring of Fire". Jest też absolutnie cudowny cytat.

Ola: Klasa, na poczucie humoru.

Piotr: Nieco. Jest tam cytat z autobiografii pierwszej żony Casha, niejakiej Vivian, która najpierw podaje w wątpliwość fakt, że ten utwór ma jakiekolwiek współautorki, bo to bardziej chodzi o jakieś kwestie finansowe niż faktyczne współautorstwo. A potem pisze, i tutaj cytat z autobiografii: "prawda jest taka, że Johnny napisał tę piosenkę, będąc pijanym i naćpanym, a piosenka mówi o pewnej intymnej części kobiecego ciała". No to tyle w kwestii romantycznych płomieni miłości.

Ola: Ale płomienie tam są.

Piotr: Tak.

0:16:20 Stratowulkan St. Helens i jego burzliwa historia erupcji

Ola: Wróćmy zatem do naszego wycinka Pierścienia Ognia, czyli do wulkanów kaskadowych. Jak się tak spojrzy na mapę zachodniego wybrzeża Ameryki Północnej, to widać, że co i raz sterczą tam jakieś góry – właśnie te, które tak radośnie po kolei nazywał pan Vancouver.

Jest to ciąg wulkanów, które powstały przez wydobywanie się magmy na uskoku tektonicznym. Pod samym Seattle, wielkim miastem na zachodnim wybrzeżu w stanie Waszyngton, stoi ogromna góra Mount Rainier, która sięga 4390 metrów nad poziomem morza.

Piotr: To jest kawał góry, zwłaszcza że…

Ola: Tak, zwłaszcza że ona naprawdę robi ogromne wrażenie, bo stoi pojedynczo i wystaje ponad otaczający teren o te wspomniane 4 kilometry.

Piotr: Znaczy tak, tłumaczysz, 4 kilometry nad poziomem morza, a czasami to przewyższenie może nie być takie duże, a tu jest naprawdę imponująco.

Ola: Z kolei 80 kilometrów na południe i trochę na zachód od Mount Rainier stoi sporo niższa, ale też mocno imponująca góra, czyli nasza bohaterka, Mount St. Helens. Ona również jest stratowulkanem. I teraz uwaga: stratowulkany to te wulkany, które narysuje każdy niespecjalista, kiedy mu powiecie "weź narysuj wulkan" – stożkowaty, trójkątny kształt, taki trójkącik ze ściętym górnym czubkiem.

Piotr: Takim najbardziej klasycznym stratowulkanem jest oczywiście Fuji. Zresztą Mount St. Helens czasami nazywano amerykańską górą Fuji, bo była bardzo równiutka.

Ola: To wspomnę tu jeszcze o górze, która nazywana jest polską górą Fuji, czyli o Ostrzycy w Krainie Wygasłych Wulkanów na Dolnym Śląsku. To jest wygasły wulkan, choć to jest nieco inna historia.

Piotr: Choć jego kształt nie do końca jest takiego pochodzenia jak tu. No dobra, niech będzie polski Fuji.

Ola: Jest piękny. Wróćmy jeszcze na chwilę do tych stratowulkanów. One tworzą się w ten sposób, że kiedy z tej dziury w ziemi, nazwijmy to tak kolokwialnie, zaczyna wydobywać się lawa i popiół, one się nawarstwiają i obsypują, a dziura, czyli krater, unosi się wraz z tworzeniem się stożka.

Czyli najpierw, jak się wszystko zaczyna, ta dziura jest na powierzchni ziemi, a potem już znajduje się na wysokości 4 kilometrów, otoczona potężnymi skałami i glebą.

Piotr: Tak, to są takie magiczne, unoszące się dziury. Uspokój się, to jest bardzo poważny podcast.

Mount St. Helens to jest w ogóle młody wulkan, bo zaczął rosnąć, no, zależnie od wersji, bo kilka spotkałem, ale około [? niepewne: 307] do 40 tysięcy lat temu. I co ciekawe, ma bardzo dobrze poznaną i naprawdę bogatą historię erupcji, bo bywało tak, że ciągi erupcyjne trwały po kilka tysięcy lat i przedzielane były okresami uśpienia, które trwały czasem kilka, a czasem kilkanaście tysięcy lat. Gdybyśmy mieli dodatkowe sześć godzin, chętnie omówiłbym je wszystkie, bo mają bardzo piękne, poetyckie nazwy.

Ola: Słuchajcie, to mamy pomysł na jeszcze jeden cykl podcastów, gdzie Piotrek będzie opowiadał o wszystkich tych erupcjach.

Piotr: Ale to będą płatne podcasty i wszyscy, którzy będą chcieli słuchać, będą musieli płacić miesięczny abonament w wysokości 200 zł.

Ola: Ale to będą osoby, które cierpią na bezsenność, i dzięki temu będziesz miał spore grono słuchaczy.

Piotr: Tak, taki podcast na dobranoc. Dobra, wracając do tematu, czyli do dziejów nowszych, bo ponieważ to nie jest ta płatna wersja, nie omawiam tych 307 tysięcy lat. Skupmy się na ostatnich dziejach.

Wiemy na pewno, że wulkan był aktywny mocno wcześniej, ale mówię o tych najnowszych: w pierwszej połowie XIX wieku silna erupcja, bardzo silna, miała miejsce najprawdopodobniej w 1800 roku. Na pewno była erupcja, natomiast jej siła jest różnie oceniana, ale była silna.

Takie erupcje, ciąg tych różnych zdarzeń, trwały przez 57 lat, a potem zapanował spokój. O tym spokoju za chwilę, bo jeszcze jest jedna dygresja.

Ola: No właśnie, ta dygresja dotyczy największego buntu niewolników, który wybuchł w roku 1831 w Stanach Zjednoczonych i został zainicjowany przez Nata Turnera. Najprawdopodobniej sygnałem do jego rozpoczęcia były dwa bardzo silne, charakterystyczne zjawiska. Najpierw, 12 lutego 1831 roku, nastąpiło zaćmienie Słońca – zjawisko, które zawsze przerażało ludzi, budziło respekt i strach. A potem, około 13 sierpnia tego samego roku, Mount St. Helens wyrzucił sporą porcję pyłu, co spowodowało, że na sporym obszarze wokół niego Słońce zostało przyćmione i nabrało sino-zielonego odcienia. Nat Turner, który miał mocne akcenty mistyczne w tym, co głosił, uznał to za drugi znak od Boga i rozpoczął powstanie. Czyli były dwa znaki i oba były związane ze Słońcem, a ten drugi bardziej z wulkanem.

Piotr: Tak, nawet w polskiej Wikipedii znalazłem informację, że to drugie zjawisko to też było zaćmienie Słońca, ale sprawdziłem, i więcej zaćmień w tym czasie w tym rejonie nie było, więc muszę później usiąść do Wikipedii i to poprawić. Nie mówię, że to jakaś fundamentalna sprawa, ale zawsze ciekawy wątek. Wracamy do naszej opowieści, teraz jest rok 1980. Przypominam, że ostatnio zakończyliśmy w połowie lat 50. XIX wieku.

Ola: Do trzydziestych?

Piotr: Nie, bo Turner rzeczywiście w trzydziestych latach to powstanie wywołał, natomiast aktywność wulkanu odnotowywano do 1857 roku.

Ola: Aha, to ty do tej pustej wracałeś. Po prostu dygresja w dygresji.

0:23:20 Budzenie się wulkanu wiosną 1980 roku

Piotr: Tak, opowieść szkatułkowa, coś jakoś tak się nazywa. Dobra, jeszcze raz: 1980 rok, dokładnie 20 marca, i nagle trzęsienie Ziemi, dość niespodziewane, magnituda 4,2 w skali Richtera.

Potem pojawiają się następne wstrząsy, i co ważne, zaobserwowano, że źródłem tych wstrząsów jest właśnie okolica St. Helens. Z góry obsypuje się śnieg, obsypuje się lód, schodzą lawiny. Natomiast 27 marca, tydzień później, sprawa staje się już naprawdę poważna, bo następuje silna eksplozja, powstaje obłok pary i popiołu, który wzbija się aż na 6 kilometrów – to nie jakieś tam pitu-pitu, tylko kawał naprawdę już jakiejś erupcji.

To zdarzenie otworzyło krater dość duży, mający 76 metrów, znajdujący się w kraterze centralnym góry, bo tam już było zagłębienie na szczycie, będące efektem wcześniejszych aktywności. Było ono przez te 123 lata nieaktywne. Geolodzy nie mieli wątpliwości: wiedzieli, że wulkan budzi się do kolejnej aktywności.

To nie było tak, że się tego nie spodziewali, bo St. Helens to jednak wulkaniczny młodziak, ma bardzo dobrze udokumentowane, częste okresy aktywności. Jak już wspomniałem, od ostatniego przebudzenia, zakończenia tego cyklu, minęły 123 lata, więc właściwie już w latach 60. XX wieku przebąkiwano, że coś tam może wkrótce się wydarzyć. I co ważne, poza tymi klasycznymi wstrząsami, trwającymi przez jakiś czas, zanotowano coś, co się nazywa drganiami harmonicznymi. Jak się spojrzy na wykres sejsmografu, to te drgania harmoniczne wyglądają jak taka równa, ciągła trzęsawka, jakbyśmy po prostu czymś równo potrząsali.

One oznaczają, że gdzieś pod tym wulkanem trwa przepływ magmy. A to jest bardzo istotny geologicznie znak, mówiący, że nastąpi erupcja. Pytanie: kiedy? Czy to może być w ciągu kilku minut, godzin, dni, tygodni – ale niewątpliwie ta przepływająca magma coś tam wywoła.

Ola: I pojawiły się kolejne zdarzenia, które coraz bardziej utwierdzały specjalistów w przekonaniu, że erupcja jest blisko. Otóż 29 marca, wciąż w tym samym miesiącu, a potem 8 kwietnia, wulkan zaczął wyrzucać parę i popiół. Nazywa się to erupcjami freatycznymi.

Ta nazwa mówi o zjawiskach wywoływanych tym, że wody gruntowe stykają się z rozgrzaną magmą i gwałtownie zamieniają się w parę wodną. A to jest już niezwykle niebezpieczne i wybuchowe zjawisko, bo para wodna ma oczywiście dużo większą objętość niż woda płynna, więc po prostu wybucha, rozsadzając skały. Pierwsza z tych freatycznych erupcji spowodowała utworzenie się drugiego krateru.

Towarzyszył temu zupełnie niesamowity, potężny błękitny płomień. Okazało się, że w ten sposób zapłonął gaz, który wydobywał się już z obu tych dziur, z obu kraterów, które się otworzyły. Do tego jeszcze w chmurze pyłu, która powstała, zaczęły się pojawiać gigantyczne, mające po trzy kilometry długości błyskawice, które pojawiają się wtedy, kiedy następują napięcia elektrostatyczne właśnie podczas erupcji wulkanicznych.

Ta druga erupcja, która nastąpiła 8 kwietnia 1980 roku, zdołała połączyć te oba mniejsze kratery w jeden potężny, który miał już ponad 500 metrów jednej średnicy, a drugiej około 250 metrów. Odkryto również, że północny stok wulkanu przemieścił się, uwaga, o ponad 80 metrów. To już były tak poważne sygnały, że na tym etapie władze podjęły decyzję o ogłoszeniu stanu wyjątkowego. I to jest właśnie ten moment, kiedy rzeczywistość przynajmniej częściowo się rozjeżdża z tym, co się rozgrywa w filmach katastroficznych: oto naukowcy przychodzą do rządzących, a oni nic nie mówią o zamienianiu się na [? niepewne: uby] tak jak Piotrek wspomniał z chomikami, tylko wdrażają potrzebne działania.

Piotr: Prawie.

Ola: No prawie, bo w rzeczywistości było to nieco bardziej skomplikowane, jak zawsze. Bo faktycznie po 20 marca owszem, szybko ewakuowano sporo ludzi, zwłaszcza tych, którzy pracowali między innymi przy wyrębie lasu wokół wulkanu. O tyle, że już tydzień później okazało się, że jak, uwaga, ludzie nie pracują, to pieniądze nie płyną, i drwale znów wrócili do pracy.

Piotr: Tak, było tam ważne spotkanie naukowców i tych, którzy władali tym rejonem. Powrócił w czasie tego spotkania klimat tego filmu katastroficznego, wspomnianego na początku. Mamy oto dwóch specjalistów z US Geological Survey, czyli amerykańskiej służby geologicznej. To są naprawdę wysokiej klasy specjaliści, którzy 20 lat życia poświęcili na badanie Mount St. Helens, i przedstawiają zagrożenie, opierając się właśnie na bogatej wiedzy historycznej o wcześniejszych erupcjach. Powiedzieli, że wulkan budzi się co około 100 lat i że od poprzedniego razu minęło już ponad 100 lat. Na koniec stwierdzili, że najwyraźniej nadchodzi kolejna erupcja. Pytanie: kiedy? Odpowiedź naukowa: być może jeszcze przed końcem tego stulecia.

Ola: No to na sali rozległ się oddech ulgi.

Piotr: Tak, brzmi to trochę inaczej niż "natychmiast". Bo wiadomo, że do końca stulecia to nie wstrzymamy wyrębu lasu i nie zamkniemy całej okolicy. I tu się pojawia, brzmi to jak scenariusz filmowy, choć nie jest, typowy filmowy urzędnik.

Ola: I on w rzeczywistości też się zjawia.

Piotr: Rzeczywiście padło takie pytanie: czyli chcecie nam powiedzieć, że my jako naród możemy wysłać człowieka na Księżyc, a nie możemy przewidzieć, czy wulkan wybuchnie, czy nie? Tak, on naprawdę tak zapytał. W każdym razie ostatecznie nie było tego hasła o zamienianiu się łbami z chomikami. Natomiast władze były bardzo sceptyczne. W końcu pod naciskiem rzeczywistości, można powiedzieć, 9 kwietnia Dixie Lee Ray, gubernatorka stanu, ogłosiła stan wyjątkowy. Zamknięto teren wokół wulkanu, dopilnowano, żeby usunąć z tego terenu wszelkich obserwatorów, gapiów, turystów i różnych innych. Nie było tam entuzjazmu w związku z tym, zwłaszcza wśród właścicieli licznych w tym rejonie domków wypoczynkowych. Sam początek sezonu, wszyscy się szykują, a tu jacyś twardogłowi nie pozwalają usiąść przy grillu i otworzyć cienkiego, paskudnego amerykańskiego piwka.

Generalnie skandal, hańba i oburzenie. Natomiast na tym terenie zostali trwale – ponad 300 osób pracujących dla firmy [? niepewne: Weinerhauser]. Dodajmy, że pani gubernatorka miała bliskie kontakty z szefem tej firmy, co być może w jakimś stopniu wyjaśniało to zjawisko. Zupełny przypadek. W każdym razie ostatecznie wyznaczono strefę czerwoną, z zakazem wstępu poza naukowcami i różnymi służbami specjalnymi, oraz strefę niebieską, gdzie mogli wchodzić ci, którzy uzyskali specjalne zezwolenie.

Ola: A tymczasem wulkan, mało sobie robiąc z rozżalonych ludzi, rozkręcał się coraz bardziej. I tym, co najbardziej niepokoiło geologów i wulkanologów, była bulwa.

Piotr: Tak, to takie specjalistyczne określenie.

Ola: Tak, no dobra, może to nie jest bardzo profesjonalne określenie, ale to wyglądało jak bulwa. Czekaj, jak to jest: jeżeli coś wygląda jak bulwa, pachnie jak bulwa…

Piotr: I bulwi się, to znaczy, że jest bulwą.

Ola: Północna ściana wulkanu zaczęła się wybrzuszać, i robiła to całkiem szybko, bo to wzniesienie rosło o około 1,5 do 2 metrów dziennie.

Piotr: Już na jakimś etapie nawet 2,5 metra znalazłem taką informację.

Ola: W związku z tym już w połowie maja miało 120 metrów i dalej się poszerzało na północ. Dobrze je widać na zdjęciach, które zrobiono pod koniec kwietnia i w maju – na St. Helens zdaje się, jakby wyrosła druga, nieco mniejsza górka, czyli ta bulwa. To była kryptokopuła, czyli bąbel magmy, który wypychał skały i ziemię, ale jeszcze nie wydostawał się na zewnątrz.

Jak można się domyślić, zagrożenie jeszcze bardziej wzrosło. US Geological Survey wnioskowało o rozszerzenie niebieskiej strefy, do której był ograniczony wstęp. Wniosek o to leżał już na biurku gubernatorki stanu. Od 20 marca 1980 roku naukowcy zarejestrowali w sumie około 10 tysięcy trzęsień ziemi, a towarzyszyły im mniejsze i większe erupcje. Było więc gorąco i gęsto.

Piotr: Działo się dużo.

0:34:06 18 maja 1980: erupcja i lawina skalna

Ola: Aż tu nagle, 16 maja, erupcje ustały. I zrobiło się, można powiedzieć, kolokwialnie nudnawo – taki przestój w filmie katastroficznym. Chociaż tam wszyscy wiedzą, że to wszystko zbiera się w złym kierunku. Ludzie, którzy przybywali zewsząd, by obserwować wulkan, zaczęli się rozjeżdżać do domu, bo nic się nie działo, to po co tam stać. Z kolei właściciele domków letniskowych zdołali wymóc na władzach, żeby pozwolono im pozabierać rzeczy z ich posiadłości.

17 maja, to była sobota, około 50 osób wjechało do zamkniętej strefy wokół wulkanu i zabrało te rzeczy. Następna tura miała wjechać kolejnego dnia o godzinie 10. W tym czasie wulkan był stale monitorowany, nie tylko zdalnie, ale też prowadzono pomiary w jego pobliżu. Naukowcy założyli swoje stanowiska obserwacyjne w kilku punktach.

Następnego dnia, czyli 18 maja, około 10 km na północ od wulkanu, dyżur pełnił akurat wulkanolog David A. Johnstone. Około 6 rano dokonał pomiarów. Wszystko było w normie, znaczy w tej nowej, aktywnej formie, ale nie działo się nic tak niepokojącego, żeby wszczynać alarm.

Piotr: Natomiast dokładnie o 8:32 tamtego dnia nastąpiło trzęsienie Ziemi o magnitudzie 5,1 – nie ekstremalnie silne, ale wystarczająco silne, żeby naruszyć ten rozdęty, mocno już, północny stok wulkanu. Bulwę.

Ola: Bulwę, dokładnie.

Piotr: I w ciągu kilkunastu sekund nastąpiło największe kiedykolwiek zarejestrowane osunięcie ziemi. To było ponad 2,5 km sześciennych skał, które pędziły z prędkością sięgającą 250 km na godzinę.

Ola: To absolutnie niszcząca siła.

Piotr: Niszcząca siła. Część tego materiału uderzyła w jezioro Spirit Lake, które znajduje się u podnóża góry, i wyrzuciła jego wodę, tworząc gigantyczną, 180-metrową falę.

Ola: Czyli to właściwie takie tsunami.

Piotr: Takie coś na kształt lokalnego tsunami. Ta fala odbiła się i po chwili wróciła, jednocześnie ścinając tysiące drzew – i to ścinając kilkanaście centymetrów nad ziemią. Z kolei inna część tego osuwiska uderzyła o odległe o 10 km wzniesienie, tam się rozproszyła. W sumie ten pęd rozniósł te skały na odległość ponad 20 km od wulkanu.

Ale to był dopiero początek, dlatego że to uwolnienie od nacisku, to były miliardy ton – jak liczyłem na kolanie, to było pięć, sześć miliardów ton skał. To nagle zniknęło, a pod tym znajdowały się pokłady magmy, gazów, pary wodnej. I to eksplodowało. Podmuch nie skierował się w górę, ale na północ, bo to było na północnym stoku i po prostu tak to poszło.

To jest właśnie ten spływ piroklastyczny, który spowodował najgwałtowniejsze, najbardziej dramatyczne zniszczenia, bo ta fala składała się z gorących gazów o temperaturze około 800 stopni Celsjusza, mieszaniny popiołu, pumeksu i sproszkowanej skały. Ta zabójcza mieszanka poruszała się z prędkością, która momentami przekraczała 1000 km na godzinę. Więc szybko wyprzedziła te osuwające się skały i pędząc, paliła, powalała las, zniszczyła obszar w kształcie wachlarza mający 37 na 31 kilometrów. Dodatkowo występowało jeszcze jedno zjawisko: ta ogromna temperatura wywoływała gwałtowne odparowywanie dosłownie jezior i rzek na swojej trasie, co powodowało kolejne wybuchy, i jeszcze do tego w tej chmurze pyłu, w wyniku tarcia i powstawania napięcia elektrostatycznego, tworzyły się ogromne błyskawice, które przy tym wszystkim jeszcze podpalały las.

0:38:51 Ofiary katastrofy: naukowcy, fotografowie i Harry Truman

Ola: W tym czasie dyżurujący wówczas wulkanolog David A. Johnstone, o którym już wcześniej mówiłam, znajdował się w odległości około 10 km od wulkanu i niestety był dokładnie na linii uderzenia spływu piroklastycznego. Zdążył nadać przez radio komunikat: "Vancouver, Vancouver, to jest to." I tutaj transmisja się urwała, została zablokowana przez pędzącą chmurę.

W pobliżu przebywał radioamator, który odebrał jeszcze koniec tego komunikatu – "Vancouver, czy nadajnik jest włączony" – i to są ostatnie słowa Johnstone'a. Jego ciała nigdy nie odnaleziono, a 8 lat po erupcji znaleziono szczątki jego kampera z tej placówki obserwacyjnej, którą obsługiwał. W tej okolicy, około 2,5 km od stanowiska Johnstone'a, znajdował się niejaki Jerry Martin, również radiooperator amator. On widział miejsce, w którym pracował wulkanolog, i ostatni komunikat nadany przez Martina brzmiał: "Panowie, kamper i samochód, które stoją na południe ode mnie, są przykryte. Mnie też trafi."

W chwili erupcji, 5 km na zachód od stanowiska Johnstone'a, przebywał również fotograf prasowy Ray Blackburn, który do ostatniej chwili robił zdjęcia. Odnaleziono potem jego spalone ciało, ale film, na którym były zdjęcia erupcji, uległ zniszczeniu. Z kolei inny fotograf, Robert Landsberg, stał zaledwie 6 km od wulkanu w chwili erupcji, ale jego stanowisko znajdowało się nieco bardziej na zachód.

Piotr: Tak, więc nie dokładnie na linii tego głównego uderzenia.

Ola: I on zdążył zrobić serię spektakularnych zdjęć. Następnie zwinął film, schował aparat do plecaka i położył się na nim. Zginął, zabity przez pędzący spływ piroklastyczny, ale, uwaga, jego zdjęcia się zachowały i są naprawdę dramatyczne. Na kolejnych klatkach widać, jak nad wulkanem rozrasta się chmura, która później ogarnia cały stożek i stopniowo zbliża się do fotografa – taka nieuchronność śmierci. Ostatnie zdjęcie jest już prawie nieczytelne, bo promienie słońca mieszają się tu ze spadającym pyłem i ogarniającą całe niebo czarną chmurą. Te fotografie później bardzo pomogły w ocenie rozprzestrzeniania się spływu piroklastycznego i w ogóle przebiegu tej erupcji.

Piotr: Tak, jest w ogóle więcej niesamowitych zdjęć tej erupcji. Na jednym z nich widać wspinającą się kobietę, Susan Christensen, na szczycie Mount Adams, już wspomnianego – to sąsiedni wulkan, odległy o ponad 50 kilometrów. Nie wiem, kto zrobił to zdjęcie, ale wygląda niesamowicie, bo na jednej z tych fotografii ona stoi, a w oddali widać St. Helens z pojawiającym się nad szczytem pióropuszem pyłu. Jest kolejne zdjęcie, zrobione chwilę później, i tu Christensen już siedzi, trzymając się za głowę, a St. Helens już nie widać – jest tylko gigantyczna, kłębiąca się chmura.

Ja mam w ogóle takie szczególne wspomnienia z tymi zdjęciami, dlatego że w styczniowym numerze National Geographic z 1981 roku, który był prawie cały poświęcony tej erupcji – mówię "prawie cały", bo pojawia się tam jeszcze artykuł, uwaga, o polskich góralach oraz o karaluchach.

Ola: To są trzy materiały.

Piotr: Jeszcze jest jakiś czwarty, nie pamiętam, ale te trzy na pewno. Wtedy moja ciocia, która mieszkała w Kanadzie, przysyłała mojej babci, czyli swojej mamie, co miesiąc kolejne numery National Geographic. Ja wtedy byłem małym dzieckiem, sześcio-, siedmioletnim. Doskonale pamiętam te numery, bo były niesamowite – jak ktoś żył na świecie na początku lat osiemdziesiątych w Polsce, to wie, że pisma typu National Geographic, jeśli chodzi o jakość wydania, kolory i zdjęcia, to w Polsce raczej takich nie było.

Ola: Takich zdjęć, jakie publikowano w National Geographic, w Polsce nie widywano zbyt często.

Piotr: Doskonale pamiętam, jak przyszedł ten numer. On oczywiście nie przyszedł w styczniu osiemdziesiątego pierwszego, tylko jakoś parę miesięcy później, na pewno przed stanem wojennym, bo potem już nie przychodziły przez jakiś czas. W każdym razie doskonale pamiętam okładkę: jest tam chmura pyłu, która wisi, zbliża się do takiego różowo-fioletowego, kwitnącego krzaka.

Ola: To nie jest magnolia przypadkiem?

Piotr: Nie wiem, co to jest, prawdę mówiąc. Można znaleźć, spojrzeć.

Ola: Akurat to byłby moment kwitnienia magnolii.

Piotr: Możliwe, nie przyglądałem się. W każdym razie w środku, poza kilkoma tekstami na temat erupcji St. Helens, są też te zdjęcia – zdjęcia tego fotografa, który przykrył aparat swoim ciałem, i zdjęcia z Mount Adams. Jest jeszcze sporo różnych innych niesamowitych zdjęć. Powiem szczerze, że totalnie mi to zapadło w pamięć, jedna z takich rzeczy, które wspominałem później przez lata. Teraz, przygotowując się do tego odcinka, znalazłem gdzieś skany tego numeru i przejrzałem – nadal robi ogromne wrażenie, muszę przyznać.

Te erupcje spowodowały jeszcze jedno zjawisko: na St. Helens znajdowało się kilka już całkiem dużych lodowców, a erupcja wszystkie je roztopiła, i to w bardzo krótkim czasie. Pędząca w dół stoku woda mieszała się z pyłem wulkanicznym, tworząc lahary, czyli błotne powodzie. Zaczęły spływać ze stoków już około 20 minut po wybuchu. Początkowo bardzo szybko, bo prędkość sięgała nawet 140 km na godzinę, a stopniowo to zwalniało, gęstniało. Miało konsystencję betonu, i te strumienie rozlały się bardzo daleko, nawet po 40 km od stoków góry, zwłaszcza kiedy płynęły korytami rzek i stopniowo całkowicie twardniały. Wulkan zabetonował całą okolicę.

Słup dymu i popiołu nad wulkanem osiągnął wysokość 19 km. Część tego materiału, ta najcięższa, dość szybko opadła, tworząc kolejne, już mniej gwałtowne spływy piroklastyczne. Natomiast część była niesiona przez wiatr, i to dość szybko, bo w ciągu godziny dotarła na odległość ponad 140 km od St. Helens. Ostatecznie popiół rozproszył się właściwie po całej północnej półkuli i przez około dwa tygodnie utrzymywał się w powietrzu na tyle, że był zauważalny.

Ola: I tutaj jest ten moment, kiedy zastanawiamy się, jak ta cała katastrofa wpłynęła na mieszkańców bezpośredniej okolicy. Bo właściwie taki potężny kataklizm mógł zabić naprawdę sporą liczbę ludzi. Tymczasem w wyniku tego wybuchu bezpośrednio zginęło 57 osób. Nie mówię, że to jest mało, ale rzeczywiście mogło być znacznie więcej. Gdyby to nie była wolna od pracy niedziela, to w dzień powszedni pojawiłoby się tam około 300 drwali pracujących w okolicy. Jak się później okazało, z liczby 57 osób, które zginęły w skutek erupcji, tylko jedna jedyna przebywała tam nielegalnie – chociaż władze próbowały twierdzić później, że nielegalnie przebywających było znacznie więcej.

Piotr: To była większość, tak. Okazało się, że jedna jedyna osoba była nielegalnie, w dodatku była to osoba, o której władze doskonale wiedziały i którą właściwie popierała pani gubernator.

Ola: I był to niejaki Harry Truman. Nie, to nie ten prezydent Stanów Zjednoczonych – był to właściciel małego pensjonatu.

Piotr: Barwna postać.

Ola: Taka barwna postać, taki awanturnik, przemytnik z czasów prohibicji, który po prostu odmówił ewakuacji, bo oznajmił, że nie wierzy w to, żeby wybuch mógł być groźny, a poza tym od Mount St. Helens dzieli go przecież kawał lasu. W rzeczywistości było to zaledwie około pięciu kilometrów od podnóża wulkanu. Truman został niestety pogrzebany wraz ze swoim domem pod bardzo grubą warstwą popiołu.

Piotr: Tak, dodajmy, że dom ten miał na brzegu Spirit Lake, czyli tego jeziora, które zostało wychlustane i potem wróciło. To pokazuje, jakie miał szanse na przeżycie.

Ola: Otóż w rzeczywistości ci ludzie, którzy zginęli, to w większości byli właśnie ci, którzy mieli pozwolenie od władz na to, żeby tam przebywać. Byli to, poza naukowcami, turyści, kilku właścicieli domów i inne osoby, których z całą pewnością nie powinno być w pobliżu.

Piotr: Tak, wyszło na to, że władze, jak to w filmie katastroficznym, zawaliły, bo dodajmy, że tego 18 maja, kiedy to się wszystko zdarzyło, nadal na biurku pani gubernator leżała ta prośba o poszerzenie strefy niebieskiej z zakazem. I sobie tak leżała. Faktem jest, że rozmiary tej katastrofy były zaskoczeniem, i to naprawdę dużym. To znaczy nawet specjaliści się nie spodziewali, że ta erupcja będzie aż tak silna. Wiedzieli, że może nastąpić ten boczny spływ piroklastyczny, bo obserwowali tę wspomnianą kilka razy bulwę, więc liczyli się z tym, że coś takiego może nastąpić, natomiast nie sądzili, że pójdzie to aż tak daleko. Finalnie zniszczeniu uległo 200 domów, 47 mostów.

Ola: Było dużo.

Piotr: Nieźle. 24 kilometry linii kolejowych i prawie 300 kilometrów autostrad.

Ola: To też sporo.

Piotr: Tak jak wiesz, obszar 31 na 37 kilometrów był w ogóle wymieciony. Sama góra, co ciekawe, zmniejszyła się o naprawdę potężny kawałek, o 401 metrów. Obecnie liczy 2549 metrów.

0:50:59 Dziedzictwo wulkanu: obecny stan, aktywność i zagadka przesunięcia

Ola: I to jest aktualny stan?

Piotr: Tak, to jest aktualny stan na teraz. Całe północne zbocze zostało wyrwane. Powstał krater mający od 2 do 3 kilometrów i głębokość 640 metrów. Bardzo polecam spojrzeć na tę górę – można na Google Maps, ale jeszcze lepszy efekt daje spojrzenie na Google Earth, czyli bardziej zaawansowanym systemie mapowym, też od Google'a. Link jest w opisie odcinka, prowadzący prosto do tego. Można sobie tam obejrzeć tę górę z dwóch stron, można też obejrzeć historyczne zdjęcia. Te satelitarne zdjęcia sprzed lat 80. są bardzo bylejakie, nie pokazują dobrze, jak ta góra wyglądała, ale warto się tym pobawić, bo bardzo ładnie pokazuje cały ten obszar. Warto też oddalić się i spojrzeć na sąsiednie góry, zaraz powiem dlaczego.

Ola: A to moje pytanie, które dotyczyło tego, czy w tej chwili Mount St. Helens liczy sobie te ponad 2,5 kilometra wysokości, nie było całkiem przypadkowe, bo ta góra wcale się nie uspokoiła. Wulkan pozostaje wciąż aktywny, i w sumie nie tak dawno, w latach 2004-2008, trwała tam właściwie niemal ciągła erupcja, która polegała na wypychaniu magmy.

Piotr: Znaczy nie wylewaniu się lawy, tylko wypychaniu magmy. To jest ciekawe.

Ola: Wewnątrz krateru, który powstał w 1980 roku, formowały się zupełnie niesamowite kształty, i w styczniu 2005 roku, w ciągu kilku tygodni, urósł na przykład dziwaczny grzbiet, taki jakby od czapy, który wkrótce potem się rozsypał. To było skutkiem naporu magmy spod stożka, która powodowała jeszcze kilkukrotnie wypiętrzanie się skał, a te skały wkrótce potem pękały i się rozpadały. Czyli takie ruchy górotwórcze w pigułce.

Piotr: Takie w tempie turbo. To bardzo niesamowicie wygląda, jest gdzieś taki timelapse tworzenia się tych struktur. To rzeczywiście jest dość niesamowite, bo ta struktura, o której wspomniałaś, to taki grzbiet, można powiedzieć takie ostrze. To trochę działa jak przepychanie palca przez ciasto od spodu – ten palec nie wyłazi na zewnątrz, tylko te warstwy ciasta się wypychają, rozkruszają.

Ola: Takie to trochę surrealistyczne.

Piotr: Dziwacznie strasznie to wygląda, warto sobie pooglądać. Natomiast już wspomniane kilka razy Spirit Lake – tu jeszcze jest fajna rzecz. Ono, jak wspomnieliśmy, wróciło na swoje miejsce, to znaczy ta wychlustana woda częściowo wróciła, no i oczywiście później nadal się napełniało. Jak się patrzy na zdjęcia satelitarne – tu właśnie polecam poprzewijanie tych historycznych zdjęć dostępnych na Google Earth – widać tam coś dziwnego. Część jeziora, zwykle z północnego wschodu, ma taką odnogę, przykrytą czymś brązowym. Ja na początku, jak to przeglądałem, myślałem, że to jakieś artefakty, które czasami pojawiają się na zdjęciach satelitarnych, że tam na sklejeniu dwóch zdjęć coś ma inny kolor. Natomiast jak przeglądałem zdjęcia z różnych momentów, okazało się, że to coś przemieszcza się po tafli jeziora. Jak doczytałem, to jest ogromny dywan utworzony przez ścięte przez podmuch pnie drzew.

Ola: To taka tratwa, można powiedzieć.

Piotr: No, można tak powiedzieć.

Ola: Taka niestała tratwa.

Piotr: Tak, dokładnie. Te pnie drzew od 45 lat pływają po powierzchni tego jeziora, przemieszczają się, zwykle ze względu na wiatry, wszystkie w jednym miejscu, natomiast są takie momenty, że są bardziej rozproszone, przepchnięte na inną stronę. Wygląda to naprawdę niesamowicie.

Ola: I po tym wszystkim, po tych wszystkich obserwacjach, analizach, po wieloletnim śledztwie prowadzonym w sprawie tego, co się stało w okolicach tego wulkanu, jak przebiegały te procesy, Mount St. Helens stał się takim właściwie wulkanem wzorcowym. Duża część tego, co wiemy w ogóle o przebiegu erupcji, o spływach piroklastycznych czy o laharach, to efekt pracy specjalistów, którzy badali tę górę. A przy tej okazji wyjaśnili ciekawą zagadkę. Otóż, uwaga, St. Helens znajduje się nie tam, gdzie powinna. Bo wspomniany już na początku łuk kaskadowy to naprawdę łuk, wzdłuż którego ułożone są kolejne wulkany, czyli Rainier, Adams, Hood, Jefferson, Three Fingered Jack, South Sister i tak dalej.

Piotr: Tymczasem St. Helens wyłamuje się z tego układu, bo znajduje się obok, na wysokości Mount Adams, już tutaj wspomnianego, tyle tylko, że jest przesunięta o mniej więcej 50 km na zachód, w stronę wybrzeża. Czyli niby leży na tym łuku, ale właściwie na nim nie leży. Bardzo wyraźnie widać to też na mapie. Wydawało się to bez sensu, bo w końcu nieprzypadkowo są ułożone w taki łuk – to jest ta strefa subdukcji, gdzie płyty zaczynają zanurzać się jeszcze pod oceanem, i to jest ten rejon, w którym wydobywa się magma z wnętrza Ziemi i tam jest najaktywniejsze. W pewnym momencie podejrzewano nawet, że St. Helens podkrada magmę Mount Adamsowi, że mają jedną komorę magmową i że St. Helens jakoś sobie ją zasysa.

Ola: Sprytny St. Helens.

Piotr: Są badania, chyba z mniej więcej 2019 roku, zrobione nową metodą, nieopartą bezpośrednio na sejsmologii – już nie chcę w to wchodzić. W każdym razie okazało się, że na pewnej głębokości znajduje się potężna buła ze stopionej skały.

Ola: Już nie bulwa.

Piotr: Już nie bulwa, tym razem buła. Ta buła rozdziela strumień magmy płynącej z wnętrza Ziemi, po prostu stanowi taką przeszkodę, i ten strumień się rozdwaja. Część zasila Mount Adams, a część odchyliła się na zachód i powstała komora, która zasila St. Helens. Czyli mamy w ten sposób dwa wulkany, z których jeden porządnie, uczciwie stoi w szeregu, a drugi przesunął się o 50 km na zachód.

Ola: Warto tutaj wspomnieć, że obecnie ten obszar wokół St. Helens jest objęty ochroną i nosi nazwę Mount St. Helens National Volcanic Monument. W pobliżu miejsca, w którym zginął wulkanolog David A. Johnstone, powstało obserwatorium, które nazwano jego imieniem.

Piotr: Tak, to takie geologiczne obserwatorium, również zajmujące się monitorowaniem góry.

Ola: Obecnie niestety nie działa, bo nastąpiły osunięcia ziemi, które pozbawiły je prądu i wody, ale ma zostać ponownie otwarte w 2027 roku.

Piotr: Tak, zresztą ta niestabilność ziemi nie jest przypadkowa, bo ten teren to w dużym stopniu właśnie popiół wulkaniczny, który jest wypłukiwany. Więc nic dziwnego, że tak to wygląda.

0:59:02 Wakacyjna polecajka i słowo na dziś

Piotr: Teraz zostaje nam polecajka. Ponieważ są wakacje, postanowiliśmy zrobić polecajkę nieco luźniejszą, bo właśnie jesteśmy w nią obecnie zaangażowani.

Ola: Tak, bo pojawiła się nowa część tej serii, którą właśnie czytam, a Piotrek skończył i wrócił do pierwszej części serii, a seria nosi tytuł…

Piotr: No właśnie, to są "Igrzyska śmierci". Znacie "Igrzyska śmierci" pewnie jako filmy, natomiast to są bardzo dobre książki. Filmy są świetne, a książki jak zwykle odrobinkę lepsze. Nie ukrywam, że musiał się tu pojawić też "Pierścień ognia", bo drugi tom nosi właśnie ten tytuł. Pozdrawiamy Johnny'ego Casha, nieżyjącego już. A ty wciąż…

Ja wciąż krążę w kółko wokół pierścienia. Tak, dokładnie. Dlaczego wam to polecamy? To nie są naukowe książki, absolutnie, natomiast po prostu jest to naszym zdaniem bardzo dobra lektura wakacyjna, niekoniecznie bardzo wesoła. Ola w tej chwili czyta najnowszy tom, który się ukazał już parę tygodni, może miesięcy temu.

Ola: I nosi on tytuł "Wschód słońca w dniu dożynek". Autorką jest Suzanne Collins.

Piotr: Wydawnictwo Media Rodzina, choć ich podgałąź nazywa się jakoś inaczej, ale to jest Media Rodzina.

Ola: Tak, to jest historia niejakiego Haymitcha, który był mentorem Katniss.

Piotr: Tak, Katniss. Teraz powstaje też film, będzie chyba w przyszłym roku, właśnie go zaczęli kręcić dosłownie wczoraj czy dzisiaj. Obsada jest naprawdę znakomita, można sobie zajrzeć, spojrzeć. Po prostu polecamy to jako naprawdę dobrą lekturę wakacyjną. W dodatku wróciliśmy – Ola teraz, a ja wcześniej – do czytania papierowej książki, bo to jest tak, że papierowe książki czytamy służbowo, natomiast dla przyjemności słuchamy audiobooków.

Ola: Albo czytamy e-booki ewentualnie.

Piotr: Albo czytamy e-booki, bo zwyczajnie nie mamy czasu najczęściej na czytanie. Czytanie zajmuje znacznie bardziej czas niż audiobook, bo na przykład nie da się jednocześnie wieszać prania, ładować zmywarki albo chodzić na spacer z psem i czytać książki.

Ola: No i człowiek, kiedy czyta – nagle sobie przypomniałam wczoraj – kiedy czyta się coś zajmującego, to nagle się orientuje, że jest bliżej trzeciej w nocy, a miał iść spać cztery godziny temu.

Piotr: No więc ja właśnie, jak czytałem ten "Wschód słońca w dniu dożynek", to czytałem do trzeciej.

Ola: Do wschodu słońca doczytałeś.

Piotr: No prawie, prawie. Dobra, no, polecamy. Nie jest to reklama absolutnie, po prostu akurat jesteśmy wkręceni, więc stąd ta polecajka. Jak wiecie, "Pierścień ognia" musiał się tutaj pojawić. Jeżeli nie chcecie, żebyśmy mówili więcej o Pierścieniu Ognia, to postawcie nam kawę na BuyCoffee, bardzo prosimy.

Ola: Tak, i też zachęcamy tych wszystkich, którzy chcieliby nas mocniej wspierać, do naszego serwisu Patronite, bo zapowiadaliśmy już dawno, że będziemy kręcili wideopodcasty.

Piotr: I coraz bardziej się do tego zbliżamy, nie ukrywamy.

Ola: Chcielibyśmy sobie teraz sfinalizować w te wakacje te wizje, i fajnie by było, żebyśmy mogli w jakiś sposób wyposażyć to nasze studio, które nie jest studiem, tylko jest naszym pokojem, salonem na pograniczu kuchni. Wolelibyśmy wam nie prezentować na wideo naszego bałaganu w kuchni, tylko chcielibyśmy, żeby to wyglądało jakoś estetycznie.

Piotr: Tak, wiemy, że możemy posprzątać, dziękujemy za dobrą radę.

Ola: Natomiast łatwiej zawsze jest coś postawić, zasłonić.

Piotr: Dokładnie. Słuchajcie, zostaje nam słowo na dziś. Jest trochę po bandzie, tak trochę arbitralnie je wybrałem. Zgadzasz się na takie słowo?

Ola: Zgadzam się, niech będzie. Związane z lubami. Ty dzisiaj masz ogromny wpływ na przebieg tego podcastu, widzę, że twoje namiętności i różne zajawki zdominowały go.

Piotr: No, przepraszam.

Ola: Twój Pierścień Ognia. Okej, więc nie, słowem na dziś nie będzie "pierścień".

Piotr: Ani "ognia". Słowem na dziś będzie… chomik. No, to cześć.

Ola: Cześć.

Źródła

* https://www.crazynauka.pl/mount-saint-helens-co-wiemy-o-jednej-z-najwiekszych-katastrof-xx-wieku/

* https://www.youtube.com/watch?v=h6B1myUKAS4

* https://en.wikipedia.org/wiki/2004%E2%80%932008_volcanic_activity_of_Mount_St._Helens

* https://pl.wikipedia.org/wiki/Pacyficzny_Pier%C5%9Bcie%C5%84_Ognia

* https://en.wikipedia.org/wiki/Cascade_Volcanoes

* https://en.wikipedia.org/wiki/Mount_Rainier

* https://en.wikipedia.org/wiki/1980_eruption_of_Mount_St._Helens

* https://en.wikipedia.org/wiki/Harmonic_tremor

* https://pl.wikipedia.org/wiki/Erupcja_Mount_St._Helens_(1980

* https://pl.wikipedia.org/wiki/P%C5%82yta_tektoniczna

* https://en.wikipedia.org/wiki/Ring_of_Fire_(song

* https://wulkanyswiata.blogspot.com/2015/08/aktywnosc-sejsmiczna-wulkanow-i-typy.html

* https://www.nature.com/articles/ncomms13242

* https://news.oregonstate.edu/news/new-imagery-solves-mystery-why-mount-st-helens-out-line-other-volcanoes

* https://www.nationalgeographic.com/science/article/mount-st-helens-isnt-where-should-be-scientists-may-finally-know-why

* https://www.americanscientist.org/article/explosive-truths

* https://agupubs.onlinelibrary.wiley.com/doi/10.1029/JB092iB10p10237

* https://earth.google.com/web/search/Mount+St.+Helens,+Waszyngton,+Stany+Zjednoczone/@46.21291013,-122.20208774,1942.93418695a,33236.12566962d,35y,-179.6691909h,55.496562t,0r/data=CiwiJgokCTp1CUerx0JAEXBL7-lO6fo_GWx4R-DluT5AITjTNzG4nljAQgIIAToDCgEwQgIIAEoNCP___________wEQAA

Źródła