Podcast Crazy Nauka · odc. 156

Ołowiane epidemie: od kopalń po krany

03-03-2026 · 87 min · Tematyczny, Katastrofy, Klimat i środowisko

Okładka odcinka

Tu jest treść z serwisu Spotify. Po jej włączeniu Spotify otrzyma Twój adres IP i może zapisać w przeglądarce pliki cookies.

Posłuchaj też na:

Największe katastrofy wywołane przez ołów – od australijskiego Broken Hill, przez Zambię i Nigerię, po amerykańskie Flint. Ostrzeżenia lekarzy i naukowców były ignorowane, a toksyczny metal trafiał do gleby, powietrza i wody pitnej. To historie zatrutych dzieci, społeczności pozostawionych bez ochrony i decyzji podejmowanych w imię zysku lub oszczędności. Historie, których większość wciąż trwa.

Transkrypcja odcinka

Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.

0:00:00 Wstęp

Piotr: Dlaczego znikające kaczki stały się niedostrzeżonym sygnałem katastrofy?

Ola: I w jaki sposób do amerykańskiego wodociągu za jednym zamachem trafił ołów oraz śmiertelnie groźne bakterie Legionella?

Piotr: Cześć, tu Ola Stanisławska i Piotrek Stanisławski, podcast Crazy Nauka. Bardzo dziękujemy, że z nami jesteście. Tyle już z nami wytrwaliście.

Gdzieś za jakiś miesiąc będzie chyba jakaś rocznica, któraś, nie wiem, będę musiał policzyć.

Ola: Trzecia, czwarta?

Piotr: Nigdy nie wiemy, jak to liczyć, bo zrobiliśmy trzy takie odcinki od czapy. To są trzy pierwsze, które były rozrzucone co kilka miesięcy albo i więcej.

Ola: Pierwszy to chyba w 2017 powstał.

Piotr: Nie wiem, czy wtedy jeszcze były podcasty. Znaczy, już były podcasty.

Ola: [? niepewne: Konno dźwięk dowodzili.]

Piotr: Tak, mogło tak być. W każdym razie bardzo dziękujemy. Bardzo dużo komentarzy ostatnio, co nas szalenie cieszy, bo są miłe.

Ja już się tłumaczyłem trochę z tego, że nie wszystkie się ukazują. Przestawiłem ostatnio w Spotify takie, nie wiem, jak to nazwać, moderowanie komentarzy, więc wszystkie powinny wpadać od razu. Jak tego nie zrobią, to już nie wiem, co zrobić.

Może jakiegoś [? niepewne: jejaja] zatrudnię do zatwierdzania tych komentarzy. W każdym razie bardzo nam jest miło, że jesteście, że oceniacie, że komentujecie. Zawsze prosimy o więcej.

Staramy się odpowiadać. Różnie nam wychodzi, ale jest to zawsze bardzo miłe. Jeszcze doceniam z ostatnich kilku tygodni akcję wpisywania na YouTubie, kto pierwszy, kto drugi, kto trzeci zamieścił komentarz.

Ola: Tak, bardzo cieszą nas takie sytuacje, że chcecie komentować i chcecie być z nami. A zanim przejdziemy do głównej części tego podcastu, czyli opowiadania innych historii związanych z zatruciami ołowiem, które zapowiadaliśmy dwa podcasty temu, to tak, była przerwa w naszej miniserii poświęconej ołowiowi.

Piotr: Nieplanowana, ale w międzyczasie zdążyliśmy obejrzeć do końca "Ołowiane dzieci" na Netflixie oraz wysłuchać "Ołowianych dzieci. Historii prawdziwej", czy jak to tam było, nie pamiętam, w Polskim Radiu. Jedno bardziej polecamy, drugie mniej, ale to może na koniec, jak nie zapomnimy.

Ola: Otóż, zanim przejdziemy do tej właściwej historii, to jeszcze polecamy wam dwa kolejne nasze podcasty, które tworzymy we współpracy z Polskim Radiem. Pierwszy z nich to Laboratorium Zbrodni. Tutaj rozwijamy temat różnych śledztw, w których kluczową rolę odgrywa nauka. Akurat w najnowszym odcinku chodzi o DNA niepochodzące od ludzi, ba, nawet nie jest to DNA od zwierząt.

Piotr: A w Sekcji Teorii Spiskowych, czyli też w podcaście robionym z Polskim Radiem, sprawdzamy, czy rzeczywiście Paul McCartney nie żyje i kto go zastąpił ponad 60 lat temu, ale nie tylko to.

Ola: A tak jak już zapowiadałam, ciąg dalszy miniserii o toksyczności ołowiu. Tym razem będzie o katastrofach, no właśnie, wracamy do naszego cyklu katastroficznego. O katastrofach wywołanych przez ołów, który uwalnia się do atmosfery, wody, gleby, i za każdym razem dzieje się to oczywiście z winy człowieka. Tak jak Piotrek już wspomniał, nawiązujemy oczywiście do serialu "Ołowiane dzieci", który jest na Netflixie, nie emitowany, tylko już wrzucony w całości, i on opowiada o masowych zatruciach ołowiem u polskich dzieci w latach siedemdziesiątych.

Zatruciach wywołanych przez wyziewy huty w Szopienicach na Śląsku.

Piotr: Nie jest to odcinek sponsorowany w żadnym wypadku, po prostu zainspirowany. Dzisiaj opowiadamy wam o kilku innych największych na świecie katastrofach zdrowotnych i ekologicznych. Pokażemy przyczyny tych wypadków, kto truł, i przede wszystkim kogo truł, i być może nadal truje, bo to wcale nie jest taka oczywista sprawa.

To, że wiemy, jak jest z ołowiem, nie znaczy, że nie ma nadal tego problemu.

Ola: I przypomnę tylko, że w poprzednim odcinku tej naszej ołowiowej serii, to jest odcinek 154, mówiliśmy o karierze i upadku benzyny ołowiowej oraz o twórcy tejże benzyny, którego bardzo trafnie określono jako pojedynczy organizm, który najbardziej zaszkodził atmosferze Ziemi w ciągu całych jej dziejów.

Piotr: Pewnie znowu będą żale i płacze, że strasznie długo gadamy na początku. Zwykle tak długo nie gadamy, dzisiaj się rozgadaliśmy. 5 minut gadania, więc zanim ruszymy dalej, to jeszcze tylko musimy przypomnieć, że jesteśmy obecni na wszystkich liczących się platformach podcastowych.

Ola: I tych nieliczących się również.

0:05:16 Broken Hill: kopalnia w środku miasta

Piotr: A zaczynamy historię. Zastanawialiśmy się, od czego zacząć, ale zaczynamy właściwie chronologicznie. Zaczynamy od miasta Broken Hill.

To jest daleki zachód Nowej Południowej Walii w Australii. Wiem, że to większości osób niewiele mówi. Powiem tak: jest to bardzo półpustynny rejon. Bardzo sucho, średnie roczne opady to niecałe 250 milimetrów. Dla porównania, w Polsce to jest około 600 milimetrów, oczywiście zależy od rejonu.

Czyli suchy klimat i dużo burz pyłowych. One się tu jeszcze pojawią.

Ola: Które mają w tej historii niebagatelne znaczenie.

Piotr: Dlatego mówię, że się pojawią. Miasto powstało wokół, i to bardzo dosłownie wokół, jednego z największych na świecie złóż rud srebrowo-ołowiowo-cynkowych. Natomiast tu głównie kręciło się wszystko wokół ołowiu.

W 1883 roku odkrył je pasterz owiec, niejaki Charles Rasp. Zauważył, że jest tam taki czarny skalisty grzbiet wzgórza, niezbyt dużego wcale wzgórza. Uznał, że to złoża cyny. Natomiast po badaniu okazało się, że tam jest srebro i ołów. A on razem z sześcioma wspólnikami założył firmę, założyli ją w 1885 roku, która dziś jest jednym z największych koncernów wydobywczych na świecie.

Można powiedzieć, kariera od pasterza do truciciela. Ale o tym zaraz. I rzeczywiście ta kopalnia działa nieprzerwanie od 1884 roku. 142 lata mniej więcej, plus minus, będą już.

To miasto polecam sobie rzucić okiem na mapach Google czy jakichś innych, bo to dosyć dobrze pokazuje. Tylko jakby co, włączcie widok satelitarny, a nie ten wektorowy, bo na satelitarnym widać, co tam się tak naprawdę dzieje. Przez środek miasta, prawie środek, idzie coś, co jest nazywane line of lode, czyli linia żyły, linia złoża. To jest to wzgórze, które zobaczył dawno temu ten pan. To nie jest bardzo duże wzgórze, ale ono się po prostu tak ciągnie i przez nie idzie to główne złoże, które jest eksploatowane od tak dawna. Oczywiście też w głąb. Również w tej chwili jest tam całe mnóstwo hałd odpadów górniczych, które też mają tutaj istotne znaczenie.

Najbliższe domy są w odległości niecałych stu metrów od tej kopalni i od tych hałd, natomiast najdalej leżące w Broken Hill domy to są raptem trzy kilometry stamtąd. Tak mierzyłem, może trzy dwieście, ale w każdym razie coś koło tego.

W 1885 roku rozpoczęto wydobycie. Najpierw metodą odkrywkową, tam jest wyryta taka wielka dziura, ale później poszli głębiej, o tym jeszcze za chwilę. Co jest istotne, w tych początkowych latach ta ruda to był głównie węglan ołowiu. To jest ta forma ołowiu, biel ołowiowa, może to komuś więcej powie, używana chociażby w malarstwie, już teraz mało używana, ale jednak. To jest bardziej biodostępna forma ołowiu, dlatego że kiedy to trafia, zwłaszcza do żołądka, co też będzie ważne, to pod wpływem kwasów przechodzi do takich form, z których łatwiej się wchłania ołów. Sama biel ołowiowa nie jest rozpuszczalna w wodzie, ale jak się ją potraktuje kwasem, no to zachodzą istotne zmiany.

No i jak już powiedziałem, 1885 rok, a już 7 lat później opublikowano pierwsze opisy zatrucia ołowiem w Broken Hill. W 1891 roku rządowy lekarz przedstawił tam Radzie Zdrowia bardzo wstępny jeszcze raport o tym, że są zatrucia ołowiem i że górnictwo w Broken Hill ma niezdrowy charakter. Mówił o tym, że to nie tylko dotyczy ludzi, ale też zwierząt domowych i tak dalej.

W 1893 roku opublikowano oficjalny raport. Mówię o tym dlatego, że to jest miejsce, w którym nie tylko wydobywano, ale też w jakimś stopniu obserwowano, co się dzieje, co nie znaczy, że zapobiegano. Pojawił się raport komisji śledczej, który badał właśnie zatrucia ołowiem w Broken Hill i pokazał, że 75% górników pracujących i pod ziemią, i na powierzchni ma objawy zatrucia ołowiem.

Około 300 osób rocznie trafiało do szpitali, więc to też nie tak, że tylko mieli to zatrucie i nic się nie działo. W 1895 roku 1 na 50 górników miał być dotknięty zatruciem ołowiem. Natomiast tak naprawdę ta liczba była znacznie większa, tylko słabo wtedy to wykrywano. To doprowadziło do uchwalenia jednego z pierwszych w ogóle aktów chroniących pracowników przed zatruciami na świecie. Lead poisoning bill, czyli ustawa o zatruciu ołowiem.

Potem to się trochę zmieniło, dlatego że pod sam koniec, w ostatniej dekadzie XIX wieku, wyeksploatowali tę biel ołowiową z wierzchu i zaczęli ryć głębiej. Tam już były rudy siarczkowe, czyli galena, jak się nie mylę. One są mniej biodostępne, w związku z czym te zatrucia były trochę innego rodzaju. Zmienił się typ zatruć. Te ostre fazy zatruć były mniej widoczne.

Natomiast to, co jest charakterystyczne, dlaczego w ogóle mówimy o tym miejscu, to jest to, że tam przez całe dziesięciolecia narastało kumulujące się zatrucie tym ołowiem. Bo to są i te hałdy odpadów, które po prostu leżą pod otwartym niebem, i tu właśnie pojawia się ten wiatr i te burze pyłowe, które to wszystko wywiewają.

Po drugie, transportowano tę rudę wagonami i ciężarówkami przez ulice miasta. To jest nieuniknione, bo miasto oblega tę kopalnię ze wszystkich stron, prawie ze wszystkich, w związku z czym wożono to i to się sypało. Oczywiście, skoro jest ołów, to są farby ołowiowe i w 80 procentach budynków w Broken Hill, które zostały zbudowane przed 1970 rokiem, te farby ołowiowe są obecne.

Ten pył się wszędzie, wszędzie, wszędzie osadzał. Co charakterystyczne, przez te prawie 100 lat, od 1892 do 1991, nie badano porządnie poziomu ołowiu we krwi dzieci. Po prostu uważano, że ten problem jest problemem zawodowym: górnicy chorują, ludzie na różne rzeczy chorują, akurat górnicy chorują na zatrucie ołowiem, ale reszta nie ma większego problemu. To jest o tyle smutne, tragiczne, że w ogóle Australia przodowała w badaniach nad zatruciami ołowiem i zdaje się, że chyba w latach 30., tutaj nie zanotowałem dokładnie, XX wieku niejaki Lockhart Gibson opublikował mocno przełomowy artykuł, który jako pierwszy w ogóle na świecie powiązał farby ołowiowe w domach z zatruciem u dzieci. Śledził, jak dzieci żrą po prostu ołów. Jest taki wiek u dzieci, około dwóch, trzech lat, kiedy wsadzają wszystko do paszczy, co tylko się da, a odłażąca farba, krusząca się z balustrad, ze ścian, zwłaszcza latem spadała na ziemię, dzieci to wkładały do buzi. A jak już mówiliśmy w poprzednim odcinku, w tym odcinku nie będziemy bardzo dużo mówili o mechanizmach zatrucia ołowiem.

Ola: Natomiast w poprzednim wspominaliśmy i warto o tym przypomnieć, że organizm dziecka wchłania średnio cztery do pięciu razy więcej ołowiu niż organizm dorosłego i to dlatego zatrucia u dzieci w tych skażonych ołowiem miejscach są widoczne najbardziej i dlatego to dzieci najbardziej cierpią.

Piotr: Już sprawdziłem, to był mój błąd: nie lata trzydzieste, tylko 1904 rok. Więc w ogóle, hello, ten artykuł wiążący farby ołowiowe z zatruciem. W każdym razie, kiedy w prawie 100 lat potem, w 1991 roku, po raz pierwszy zabrano się za systematyczne badanie poziomu ołowiu u dzieci w Broken Hill, to okazało się, że 86% dzieci w wieku do czterech lat miało poziom ołowiu powyżej 10 mikrogramów na decylitr. Tu dla tych, co nie słuchali, lepiej niech posłuchają, ale dla tych, co słuchali i nie pamiętają: po pierwsze, nie ma bezpiecznego poziomu ołowiu we krwi. Każdy poziom ołowiu we krwi jest niebezpieczny. Ołów nie jest potrzebny w organizmie, nie pełni żadnej funkcji fizjologicznej, natomiast kumuluje się i tak dalej, i tak dalej, o tym mówiliśmy.

Ola: Jeszcze jeśli chodzi o te poziomy, które są uznawane za alarmujące: WHO, Światowa Organizacja Zdrowia, mówi, że każdy poziom ołowiu jest niezdrowy, ale ten powyżej 5 mikrogramów na decylitr to jest już coś, co wymaga interwencji lekarskiej.

Piotr: Natomiast powyżej 3,5 to już jest poziom alarmujący. Tak. Bo żyjemy w takim środowisku, że nie da się całkiem uniknąć kontaktu z ołowiem, więc nie chodzi o to, żeby za każdym razem wszczynać alarm. Natomiast te 3,5 mikrograma na decylitr to jest granica w miarę w tej chwili uznawana, różnie w różnych miejscach, ale uznawana za już niebezpieczną.

Więc jeszcze raz: 86% dzieci miało poziom powyżej 10 mikrogramów, 38% dzieci bardzo wysokie poziomy, powyżej 20 mikrogramów. Średni poziom we krwi u dzieci to było prawie 17 mikrogramów, więc naprawdę działo się. Problemów było bardzo wiele, między innymi wszechobecność ołowiu na ziemi. A że ta ziemia, no właśnie, dlatego polecam pogrzebanie sobie na mapach Google'a, tam nic nie rośnie, znaczy coś tam rośnie, ale nie ma trawy. To nie są trawniki, to są raczej pylniki przed domami, place zabaw też są raczej mało, że tak powiem, zielone.

Oszacowano, że 10 minut zabawy dziecka na tamtejszym placu zabaw to około 60 miligramów ołowiu na rękach. Oczywiście ten ołów nie cały trafia do organizmu, no ale jednak. I teraz oczywiście te 140 lat zrobiło swoje, bo tego ołowiu tam jest wszędzie mnóstwo, w każdym miejscu, w każdym domu: pył, kurz i tak dalej. Plus wiele domów, zawsze takich z blachy falistej, jest bardzo nieszczelnych. No i te hałdy, o których już mówiliśmy, z których wywiewa się ten toksyczny pył, transport rudy, o tym też mówiliśmy: 125 lat wożono tę rudę przez miasto.

Ola: I tu ja tylko wspomnę, że ten problem wożenia rudy, w jakiejś części urobku kopalnianego, przez miasto dotyczy i kolejnych historii związanych z miastami górniczymi, które zaraz wam opowiemy.

Piotr: Tu jeszcze warto dodać, że w późniejszym okresie, czyli 1991 do 2015, w kolejnych badaniach, o których zaraz powiem, a to jest niezła historia, stwierdzono, że znacznie wyższy poziom stężenia ołowiu we krwi mają dzieci aborygeńskie, bo w tym okresie, kiedy wdrożono już szereg różnych działań, te poziomy są już niższe. Dzieci aborygeńskie miały średnią 7,4 mikrograma na decylitr, a dzieci nieaborygeńskie 6,2. To jest postęp, w ogóle dwukrotnie częściej miały ten poziom istotnie podwyższony.

Dlaczego? To jest kwestia przede wszystkim gorszych warunków mieszkaniowych, czyli gorszych domów, mniej szczelnych i tak dalej. Mieszkają też bliżej kopalni, bawią się częściej na dworze, są bardziej narażone po prostu na kontakt z takim środowiskiem, gdzie ten pył jest wszechobecny.

I teraz, oczywiście, wdrożono tam rozmaite działania. Są badania przesiewowe od 1991 roku, dobrowolne, bezpłatne. Od 1996 roku wszystkie dzieciaki mają robione badanie krwi pępowinowej noworodków, by już na tym etapie to ocenić. Cała społeczność jest edukowana, rodzice i tak dalej.

Są stale prowadzone badania poziomu ołowiu w domach, w okolicy. Naprawiane i uszczelniane są domy, zwłaszcza z tej blachy falistej, takie najsłabsze. Oczyszczany jest teren, wywożona ziemia i nawożona nowa i tak dalej, i tak dalej.

No i rzeczywiście średni poziom ołowiu we krwi dzieci w wyniku tego spadł o dwie trzecie, bo z tych prawie 17 w 1991 roku. Teraz to jest 5 do 6 mikrogramów, znaczy nie teraz, w 2015, bo stąd mamy dane. Natomiast to jest nadal bardzo wysoko, bardzo dużo powyżej tego poziomu alarmowego, jakby niedopuszczalnego.

I ponad połowa dzieci, 52% w Broken Hill, ma powyżej 5 mikrogramów na decylitr. U dzieci aborygeńskich 76%.

Także to jest istotny problem i teraz…

Ola: Właśnie, tu warto powiedzieć, że poziom życia mieszkańców ma też ogromny wpływ na to, ile oni tych toksyn pobierają ze środowiska. To będzie miało znaczenie zarówno w dalszej opowieści o Afryce, jak i o Stanach Zjednoczonych.

Piotr: I jeszcze kończąc trochę tę opowieść o Broken Hill, żeby nie było za miło. Otóż w 2018 roku zlecono przeprowadzenie badania panu Markowi Taylorowi z Macquarie University. Badanie to miało na celu ocenę, w jaki sposób stopień zatrucia ołowiem jest związany z bieżącymi działaniami w kopalni. Chciano ocenić, czy to, co się dzieje w Broken Hill, to jest problem historyczny, czyli kwestia tych hałd i tego, że ten ołów jest wszędzie rozpylony. Czy ma to związek z tym, co się na bieżąco dzieje w kopalni? No i co się okazało?

Co się okazało? To było badanie oparte na analizie izotopowej.

Ola: Nasze psy już się uaktywniają. Wracamy po chwili. Psy postanowiły zaznaczyć swoją obecność, żebyście wiedzieli, że one tu wciąż rządzą.

Piotr: Psy, wiecie, teraz poczuły wiosnę i ponieważ częściej otwieramy wyjście na zewnątrz, na taras, to psy czują ogień i po prostu jazgoczą jak potłuczone. A teraz się, no, nieważne.

Ola: I skumulowało im się z całej zimy, nie dziw się.

Piotr: Muszą to wszystko wyszczekać. Wracając do tematu. Okazało się, dzięki tej analizie izotopowej, że głównym źródłem ołowiu we krwi nie jest historyczne zatrucie, tylko bieżące zatrucie. Ta ruda, która jest aktualnie wydobywana. No i teraz co się stało? Surprise, surprise.

Cztery lata ukrywali ten raport. To znaczy nie ukrywali go w taki sposób, że zakopali gdzieś i zasypali, tylko postanowili go opublikować tak, żeby nikt nie zauważył, bo musieli go opublikować. Więc wiecie, tak go cichutko gdzieś tam wrzucili. Nikogo nie powiadomili. Na podstronę, podstronę. Tak, podstronę. Nawet chyba nie był całkiem dostępny na zewnątrz. Dopiero całą sprawę ujawniła pewna farmerka z [? niepewne: Madżi], która prowadziła kampanię przeciwko zrobieniu nowej kopalni w jej okolicy. Złożyła wniosek o dostęp do informacji publicznej i okazało się, że jest ten raport, jest, hura. Okazało się też, że rekomendacje zawarte w raporcie były, jak to potem określono, nie do zaakceptowania dla firm wydobywczych.

Znaleziono maile z 2023 roku, w których stwierdzono, że raport nie został opublikowany normalnie z powodu, tutaj jest cytat, dyskomfortu firm wydobywczych wobec tego, czego można by od nich oczekiwać, i że firmy jasno dawały znać, że wolałyby, żeby raport nie był publikowany. To są maile. A jeszcze te firmy prosiły, żeby nie wysyłać listów z powiadomieniami o zatruciu ołowiem bezpośrednio do ludzi, do pracowników swoich, tylko żeby wysłać je im, tym firmom, a one już powiedzą tym pracownikom. Tak, tak, tak, my im powiemy.

Więc nie dość, że cała akcja tam trwa, nie dość, że to trucie trwa, nie dość, że te dzieci są na bieżąco zatruwane, to jeszcze te firmy, co nie jest wielkim zaskoczeniem, starają się to ukryć również przed swoimi własnymi pracownikami. Odsyłamy do tych wszystkich odcinków, w których mówiliśmy o draństwach i łajdactwach firm paliwowych, tytoniowych i parę jeszcze innych rzeczy się na ten temat na pewno pojawi i wydarzy.

Ola: I w tym odcinku jeszcze pojawią się różne draństwa firm wydobywczych.

0:24:40 Patronite i pomysł na odcinek o kulisach podcastu

Ola: A my przypominamy, że pozostajemy dla was podcastem, który jest całkowicie bezpłatny i dostępny bez absolutnie żadnych ograniczeń, ale żebyśmy mogli poświęcać odpowiednio dużo czasu, energii i uwagi na tworzenie tych, w końcu wymagających, treści, potrzebujemy niejakiej swobody finansowej.

Piotr: Tak, i tu jest moment, w którym po prostu informujemy, że jeżeli macie ochotę, możecie nas wesprzeć. Będzie nam bardzo miło, jeżeli dorzucicie nam się do skarbonki na Patronite, choćby parę złotych. Oczywiście link jest w opisie odcinka, zresztą podobnie jak inne linki. Bardzo dziękujemy dosłownie za każdą wpłaconą złotówkę.

A tu mi się jeszcze jedna rzecz przypomniała. Ostatnio ktoś, miałem to już wcześniej dwa razy zrobić, ale zapytam teraz, ktoś, przepraszam, nie pamiętam kto, proponował w komentarzu, żebyśmy zrobili jakiś jeden odcinek, krótszy pewnie, o tym, jak powstaje podcast, to znaczy jak my się przygotowujemy, jak to wszystko wygląda.

Nie wiem, czy was to interesuje. Jeżeli chcielibyście, żeby taki odcinek powstał, to dajcie znać. Możecie dać znać w komentarzach, możecie do nas napisać na [? niepewne: podcast albo podcasty małpa crazy nauka kropka pl]. A może ankietę byśmy zrobili? Zrobimy też ankietę, no ale w ankiecie wypowiada się zwykle powiedzmy kilkadziesiąt osób, więc też nie chcemy was zanudzić, bo nie każdego to musi interesować, ale możemy się w jakiś sposób tym podzielić.

Ola: A jeżeli macie pytania konkretnie do jakichś elementów naszych przygotowań czy do tego, co się dzieje tutaj na zapleczu, to dajcie znać.

Piotr: Nawet jak nie macie pytania, bo niekoniecznie wiecie, o co pytać, bo nie musicie, a chcielibyście, żeby był taki odcinek, to po prostu dajcie znać. I przepraszam, rzecz kompletnie niezwiązana z jakąkolwiek częścią tego podcastu, ale muszę to powiedzieć: dziś jest 40. rocznica wydania mojego ulubionego albumu zespołu Metallica, "Master of Puppets". Wspominaliśmy o nim, jak mówiliśmy o Orionie. Nie ma to nic do rzeczy w kwestii, o której mówimy, ale jest to dobra okazja.

Ola: Jest to również jeden z moich ulubionych albumów. I to jest pierwszy album metalowy, którego w swoim życiu słuchałam.

Piotr: A my tu o metalach ciężkich, heavy metal, słuchaj, jest jakiś związek. Udało mi się to powiązać. Dobrze, to w takim razie…

0:27:15 Kabwe w Zambii: Czarna Góra i strefa poświęcenia

Ola: …przechodzimy dalej. Ja, układając sobie w głowie opowieść o kolejnym miejscu koszmarnie skażonym ołowiem, wyobrażałam sobie, że zastosuję taką terapię szokową i pokażę wam miejsce, które wygląda jak z filmów postapo, czyli miejsce tak przerobione przez fabryki, wydobycie, tak przeżute i wymięte, że będzie to absolutnie przerażający widok.

Tymczasem Piotrek już zdążył wyprzedzić tu mój opis. Ja mogę tylko dodać, że mówię o Kabwe. Mam nadzieję, że tak się to czyta w Zambii. Jest to miasto w środkowej Zambii i jest ono jednym z najbardziej skażonych ołowiem miejsc na ziemi. Zresztą mówiliśmy o Kabwe w kontekście ołowiu w odcinku 28 naszego podcastu, pod tytułem "11 najbardziej skażonych miejsc na świecie".

Piotr: Ale gdzieś wytropiła.

Ola: Tak, a w Kabwe dzieje się coś podobnego jak w Australii, mimo że, sprawdziłam w trakcie, jak Piotrek mówił, tam jednak roślinność jest bardziej bujna niż w okolicach tej kopalni australijskiej. Natomiast trzeba wspomnieć, że w tej części Afryki lata są bardzo gorące, jest mało opadów, w związku z czym pył i wiatry rozwiewają bardzo, bardzo toksyczne pyły znad hałd, które pokrywają sporą część miasta. Znajdują się może nie w samym centrum, ale prawie. Te kopalnie są otoczone miastem w dużym stopniu. Okolica dotknięta tym skażeniem ołowiem znajduje się w promieniu do 15 kilometrów od tego miejsca.

I tutaj, co można powiedzieć? Ludzie i zwierzęta chorują i umierają, rośliny marnieją. Hałdy, które zalegają w Kabwe, są czarne, szarawe. Podczas wiatru to wszystko jest nawiewane na domy, place zabaw. Podczas deszczu, w porze deszczowej, płyną przez miasto czarne, ołowiowe rzeki.

Ja też chciałabym się tutaj cofnąć do czasów początków tej kopalni. Akurat ta kopalnia powstała w roku 1906 i to są czasy kolonialne, czasy wielkiej pogardy dla ludzi, którzy żyli na terenach podbitych przez Europejczyków, czasy wyzysku, nieliczenia się z konsekwencjami zdrowotnymi i takiego absolutnie drapieżnego kapitalizmu kosztem życia i zdrowia ludzi.

Mamy w roku 1906 firmę o bardzo ładnie brzmiącej nazwie Anglo American, szacowną, notowaną na londyńskiej czy też szwajcarskiej giełdzie papierów wartościowych. Sprawdziłam, obecnie roczne przychody tej firmy to jakieś 27 miliardów dolarów. Odrobinę spadły, bo z 2023 roku mieli 30 miliardów dolarów, więc biednieją. To jest największy producent platyny na świecie, jeden z największych producentów diamentów, miedzi, niklu, a kiedyś również ołowiu.

A to, w jaki sposób ta firma eksploatowała kopalnię w Kabwe, rozciąga się w czasie między rokiem 1906 a 1994. Istniała tutaj jedna z największych na świecie kopalni ołowiu i, uwaga, nawiązanie do historii poprzedniej, nazwano ją, uwaga, Broken Hill. Właśnie na cześć tej kopalni w Australii, o której Piotrek wam przed chwilą opowiadał, w której wydobywano bardzo podobne rudy.

Piotr: Truciciele z Australii są wzruszeni.

Ola: Tak, tym hołdem złożonym im przez trucicieli z Afryki, a de facto z Europy. Obszar tej kopalni przemianowano w 1964 roku, kiedy Zambia uzyskała niepodległość, na Kabwe. Poziom wydobycia był najwyższy w latach 1925 do 1974, i właśnie do 1974 roku ta szacowna firma Anglo American była właścicielem kopalni.

Źródła mówią, że te działania powodowały niespotykane nigdzie indziej zanieczyszczenie ołowiem. Być może jest to porównywalne z tym, co działo się w Broken Hill w Australii, natomiast ten dramat dzieje się tam w dalszym ciągu. Mimo że ta kopalnia w 1994 roku przestała, teoretycznie przynajmniej, istnieć, problem mieszkańców się nie skończył. Co więcej, co i rusz ożywa na bardzo różne sposoby.

Przez te niemal 90 lat, od kiedy ta kopalnia rozpoczęła działalność, nagromadziło się tam prawie 6,5 miliona ton odpadów górniczych, które mają toksyczność na poziomie katastrofalnym, alarmującym. I są tam zarówno te mieniące się w słońcu maleńkie kryształy siarczku ołowiu, czyli wspomniane już przez Piotrka galeny, ale też drobniejszy pył toksyczny, który oczywiście jest nanoszony wszędzie tam, gdzie tylko może dotrzeć wraz z wiatrem, zwłaszcza podczas pory suchej.

A jak obecnie wygląda to skażenie, poziomy skażenia ołowiem w glebie? Jeśli chodzi o źródła danych, to one liczą w mikrogramach na litr, a nie tak jak w przypadku krwi, w mikrogramach na decylitr. To jest tutaj istotna sprawa. Jeśli chodzi o te powiedzmy bezpieczne poziomy stężenia ołowiu w glebie, to w Kabwe są one przekroczone nawet o tysiące procent.

I tutaj oczywiście znowu ofiarami są głównie dzieci, to one doznają tych nieodwracalnych uszkodzeń neurologicznych, uszkodzeń mózgu, ale też nerek, wątroby. Cierpią na anemię, opóźnienia rozwojowe, problemy behawioralne, a ciężkie zatrucia ołowiem doprowadzają do śmierci wielu dzieci.

Najbardziej dramatycznym miejscem, które po prostu jest jak z filmów postapo, z takiej dark science fiction, jest miejsce nazywane Czarną Górą. To jest gigantyczna hałda, która wciąż jest eksploatowana. Przez wiele lat władze miejscowe w ogóle zabraniały wchodzenia na teren tej Czarnej Góry, jak już się dowiedziały, jak bardzo szkodliwe są substancje, które tam są zdeponowane.

Natomiast ponieważ ludzie z Kabwe są przede wszystkim niezwykle ubodzy i po prostu muszą poszukiwać jakichś źródeł zarobku, żeby móc wyżywić swoje rodziny, to oni gołymi rękami czy też narzędziami ręcznymi grzebią w tej hałdzie, przekopują ją na wszystkie możliwe sposoby i robili to nawet wtedy, kiedy było to zabronione bardzo wyraźnie i kiedy tego pilnowano. I sprzedają to, co wydobędą z takiej hałdy, co jeszcze stanowi jakąś wartość i zawiera ten ołów.

Dodajmy, że obecnie, po pierwsze, nielegalnie odkupują od tych osób grzebiących nielegalnie na hałdach te odpady firmy przede wszystkim chińskie, ale również miejscowe, a po drugie, od 2023 roku znów ożył przemysł wydobywczy. Tym razem firmy chińskie i południowoafrykańskie zmonopolizowały sobie to, co się dzieje na hałdach, i one teraz grzebią i zanieczyszczają miasta. Wzdłuż dróg wożą sobie te rudy ołowiu, rozsiewają toksyczny pył.

Piotr: Proszę, skąd wy to znajdujecie?

Ola: Prawda? Zupełnie niespodziewana sytuacja, po prostu copy-paste z tamtego przypadku. Szacuje się, że jeśli chodzi o to bezpośrednie zagrożenie, bardzo silne zatrucie ołowiem, to jest na nie narażonych około 200 tysięcy osób. Samo Kabwe zamieszkuje 255 tysięcy osób, więc myślę, że kto tam mieszka w tej okolicy, ten jednak ma styczność z tą toksyczną substancją i to w ogóle nie jest zdrowe miejsce.

U 95 procent dzieci żyjących w rejonie Kabwe w 2018 roku zdiagnozowano poziom ołowiu, który bardzo przekraczał 10 mikrogramów na decylitr. Tu znów, ponieważ mówimy o krwi, wracamy do tych jednostek, mikrogram na decylitr. Połowa tych dzieci miała ponad 45 mikrogramów na decylitr. Tu widać, jak ogromne to są ilości. Takie stężenie ołowiu we krwi wymaga natychmiastowej interwencji lekarskiej.

W badaniu z 2015 roku przebadano niespełna 250 dzieci, a u ośmiorga z nich stwierdzono poziom ołowiu powyżej 150 mikrogramów, z czego u jednego ponad 427. To są liczby, które się po prostu w głowach nie mieszczą. Tak abstrakcyjne, że trudno w to uwierzyć, a tam ludzie żyją i, co więcej, nie mają dokąd pójść. O tym zresztą za chwilę powiem, bo to jest absolutnie dramatyczna sytuacja.

W ciągu ostatnich kilkunastu lat rząd Zambii z pomocą Banku Światowego próbował prowadzić takie działania, które miałyby poprawić sytuację mieszkańców i środowiska w Kabwe. Prowadzono testy krwi, odtruwano tysiące dzieci, częściowo usuwano glebę z tych najbardziej toksycznych obszarów, sadzono tam trawę. Ale okazało się, że te wysiłki nie były wystarczające, bo ten poziom skażenia jest monstrualny, i na to wszystko nie wystarczało pieniędzy na tyle, żeby to było naprawdę efektywne i skuteczne.

W roku 2020 przeciwko koncernowi Anglo American został wytoczony pozew zbiorowy przed sądem w Południowej Afryce. Kobiety i dzieci z Kabwe, przede wszystkim one, domagają się odszkodowań, badań medycznych i rekultywacji, która by poprawiła jakość życia około 140 tysięcy osób dotkniętych zatruciem ołowiem z tej kopalni. Przede wszystkim chodzi o lata zaprzeszłe, bo ta firma wydobywała tam ołów do 1974 roku. Właśnie za ten okres domagają się tego te osoby, które wówczas były dziećmi, i po prostu domagają się odszkodowań.

Co robi firma Anglo American? Zaprzecza odpowiedzialności. Twierdzi, że kopalnia działała zgodnie z ówczesnymi standardami. Istnieją bardzo wyraźne dowody na to, że ten koncern od lat 70. wiedział o ryzyku ze strony emisji ołowiu, albo nawet pewnie wcześniej, bo to nie były jakieś tajemne informacje. Sąd pierwszej instancji odrzucił pozew tych osób, które domagały się odszkodowania, ale złożono apelację i mamy marzec 2026 roku. Wciąż nie ma ostatecznego wyroku.

Ale tak jak wspominałam, ta sytuacja w Kabwe jest rozwojowa i od 2023 roku firmy chińskie i południowoafrykańskie posiadają licencje na wydobycie i przetwarzanie tych odpadów ołowianych z dawnej kopalni. W związku z czym to, co być może zaczynało się nieco poprawiać, teraz nie poprawia się wcale. Co więcej, zostało to zmonopolizowane przez firmy, które w ten sposób odbierają ludziom możliwość zarabiania na tych toksycznych hałdach. Człowiek sobie myśli, że może to lepiej, że ludzie ręcznie tam nie grzebią, ale jak ręcznie nie grzebią, to też nie mają za bardzo z czego żyć. Mamy tam do czynienia z absolutnie zamkniętym kręgiem zależności od kopalni: z jednej strony kopalnia daje możliwość zarobku, z drugiej odbiera zdrowie i życie.

To, co tam się dzieje, ONZ nazwało Sacrifice Zone. Kabwe jest taką, można przetłumaczyć, chociaż nie podoba mi się to tłumaczenie, strefą poświęcenia. To jest nazwa nadawana obszarom, w których ekstremalne zanieczyszczenie środowiska jest tak poważne, że ci mieszkańcy, którzy tam żyją, a którzy nie mogą się stamtąd wyprowadzić, bo są ubodzy i nie mają takich możliwości, są de facto skazani na chroniczne narażenie na toksyny, bez możliwości jakiejś realnej poprawy ze strony rządu czy innych instytucji. A mogłyby spróbować robić to, co chociażby w Australii było robione: wymieniać glebę, zmieniać dachy, ściany. Tutaj tych działań było dużo za mało.

0:43:11 Zamfara w Nigerii: rzemieślnicze wydobycie złota

Piotr: Pozostajemy w Afryce, ale Afryka to jest duży kawałek świata. To, o czym teraz będziemy mówili, jest 3,5 tysiąca kilometrów dalej. To jest Zamfara w Nigerii, północno-zachodnia Nigeria.

To jest rejon, który jest w ogóle bogaty w rozmaite minerały. To jest swoją drogą niezwykle ciekawe, dlaczego, ale zostawmy ten wątek geologiczny. Tam problemem jest, uwaga, złoto.

Jest to opowieść, która w przeciwieństwie do tych wcześniejszych nie ciągnie się już dziesiątki lat, duże dziesiątki lat, tylko jest całkiem młoda. Ten problem zaczął się na początku XX wieku, kiedy rozpoczęto wydobywanie złota w tamtym rejonie. Natomiast to, co zmieniło całą sytuację, to gwałtowny wzrost cen złota pod koniec lat dwutysięcznych. Praktycznie dwukrotnie wtedy podrożało i to spowodowało, że zapanowała, można powiedzieć, taka współczesna gorączka złota.

Problem polega na tym, że te złotonośne złoża w Zamfarze zawierają bardzo, bardzo, bardzo dużo ołowiu. To w ogóle chyba najbardziej wymieszane ołowiowo-złotowo miejsce na świecie. Nie wiedziano nawet, że aż tak może być.

I tam jest prowadzone coś, co można nazywać wydobyciem rzemieślniczym. Z racji tego, jakie są te złoża, jak są rozproszone, jak to wszystko wygląda, ludzie robią to całkowicie na własną rękę, czyli ręcznie kopią szyby, co samo w sobie już jest bardzo niebezpieczne, bo oczywiście te szyby się zawalają i tak dalej. Rozbijają te skały młotkami i później je mielą. Mielą za pomocą żaren, takich, które kiedyś były wykorzystywane do mielenia ziarna. Tu jest rozdrabniana ta skała, później płukana pod bieżącą wodą, suszona i przy pomocy rtęci wydobywa się złoto, bo rtęć tworzy amalgamat ze złotem. Da się to złoto później wydobyć.

Ola: Czyli ołów, a do tego rtęć, która jest również niezwykle [? niepewne: toksyczna].

Piotr: Rtęć jest problemem, ale znacznie mniejszym, chociażby z racji tego, że rtęć się tak nie rozprzestrzenia. Tragiczne jest to, że to rzemieślnicze wydobycie oznacza, że górnicy robią to w domach po prostu, to znaczy mielą tę rudę u siebie, każdy na swoim terenie, bo nie ma tu jakiegoś zakładu pracy, czy jak to nazwać. Więc unoszą się chmury tej zmielonej skały z ołowiem, one osiadają wszędzie: podłogi, ściany, ubrania, naczynia, wszystko w domu, meble, cokolwiek tam mają.

Co więcej, po pracy w tych szybach oczywiście nie noszą żadnego sprzętu ochronnego, więc w tych samych ubraniach, w których rąbali, łupali i tak dalej, przychodzą do domu. No i znowu dzieci, czyli, jak wiemy, małe dzieci, zwłaszcza w takich miejscach, gdzie trudno im zapewnić, nie wiem, choćby oddzielne pomieszczenie. One się w tym wszystkim bawią, to znaczy chodzą po podłodze, wkładają ręce do buzi, jedzą tymi rękami i tak dalej.

Właśnie głównie jedzenie tymi brudnymi od pyłu rękami jest według badań głównym źródłem ekspozycji na ołów w tym rejonie. Jak już mówiliśmy, dzieci wchłaniają znacznie więcej ołowiu, który trafia do układu pokarmowego, niż dorośli. W przypadku dorosłych to jest jakieś 10% tego ołowiu, u dzieci nawet 40 do 50%.

I to, o czym też mówiliśmy w przypadku dzieci: problem jest w tym, że to jest nie tylko zatrucie ołowiem, które można w jakimś stopniu, choć niecałkowicie, cofnąć, ale też w rozwijającym się organizmie zachodzą zmiany, które są już później nie do cofnięcia. Tak to wygląda.

Nie było też od początku jasne, co tam się dzieje. W dwóch wioskach w tym rejonie w 2010 roku zaczęły masowo umierać dzieci. Podejrzewano, że to jest malaria, bo objawy były podobne do malarii: drgawki, gorączka. I dopiero w marcu 2010 roku Lekarze bez Granic, którzy prowadzili tam rutynowy program szczepień w północnej Nigerii, stwierdzili, że coś tam jest dziwnego. To znaczy, że tych dzieci umiera w ogóle znacznie więcej, niż powinno. Bo są spodziewane jakieś poziomy śmiertelności dopasowane do danego rejonu. Próbowano te dzieci leczyć właśnie na ciężką malarię i na zapalenie opon mózgowych i one zupełnie na to nie reagowały. Wtedy próbki krwi takich dzieci wysłano do Hamburga, do laboratorium, i tam wykryto ekstremalnie wysoki poziom ołowiu. Zaraz jeszcze o tym powiem.

Dwa miesiące później, w maju 2010 roku, CDC, czyli amerykańskie Centra Kontroli i Prewencji Chorób, oraz WHO wysłały ekipy śledcze i medyczne do Zamfary, żeby sprawdzić, co się dzieje. W czerwcu już potwierdzono, że jest to coś, no, ja nie lubię tej nazwy, nazwane to epidemią, ale epidemia to są choroby zakaźne. W każdym razie masowo chyba choroby zakaźne, będziemy musieli sprawdzić.

W każdym razie ogłoszono, że jest to duży, poważny problem. Pojawiły się tam sygnały ostrzegawcze. Tyle tylko, że niestety nikt na to nie zwrócił uwagi. Okazało się, co mieszkańcy oczywiście zauważyli i nawet rozmawiali o tym, że zniknęły kaczki, które tam żyły wcześniej często gęsto. Po prostu ich nie było, wyginęły, i później ustalono, że najprawdopodobniej zginęły właśnie w wyniku tego, że tam gwałtownie wzrosło w tych latach, w tych miesiącach, tak naprawdę wydobycie tego ołowiu, domowe mielenie i tak dalej. Skażona woda, trawa, na której kaczki się pasły, i tak dalej.

To wszystko spowodowało, że one jako pierwsze zaczęły umierać, a wkrótce potem zaczęły umierać dzieci. Teraz, jak to wygląda w tych jednostkach, o których mówimy, bo one są jakimś punktem odniesienia i dlatego w ogóle do nich nawiązujemy. Średni poziom ołowiu we krwi wynosił tam, uwaga, 119 mikrogramów na decylitr. Przypominam, że te 3,5 to jest już dużo. Natomiast, uwaga, maksymalne odczyty to było od 700 do 900 mikrogramów na decylitr. I to jest chyba rekord z tego, co tutaj z tych wartości, o których mówimy. Nie było do tej pory w literaturze medycznej odnotowanych tak wysokich stężeń. Oczywiście badano również glebę. Tam norma jest przekroczona mniej więcej 250 razy.

Problem polega na tym, że, jak ktoś oglądał wspomniane już "Ołowiane dzieci" albo słuchał podcastu, albo czytał książkę, albo coś, to wie, że tu nie chodzi o to, że te dzieci da się wyleczyć i potem będzie wszystko dobrze. Nawet jeżeli uda się dzieci odtruć, to one potem wracają w to samo miejsce. A tu nawet nie bardzo jest je gdzie zabierać, nie ma najmniejszych szans na to, żeby ludzie się stamtąd wynieśli, wyprowadzili.

Jest to oczywiście problem jak zwykle ekstremalnej biedy. Tam górnicy zarabiali znacznie, znacznie więcej, niż mogli uzyskać wcześniej z rolnictwa, nawet kilkukrotnie czy kilkunastokrotnie więcej, niż uzyskiwali z prac rolniczych. W związku z tym, no cóż powiedzieć, taka jest kalkulacja, no po prostu wiadomo, jak się takich wyborów dokonuje.

Efekt był taki, że jeszcze zanim Lekarze bez Granic zaczęli tam interweniować, zanim to się wszystko rozkręciło, do połowy 2010 roku potwierdzono ponad 400 przypadków śmierci dzieci poniżej piątego roku życia. W sumie do roku 2011, czyli jeszcze trochę dłużej, z powodu zatrucia ołowiem umarło co najmniej 735 dzieci. Tyle przypadków udało się stwierdzić i potwierdzić.

To jest kryzys, który dotyczy dużego rejonu, bo w sumie ponad 30 tysięcy osób, 47 wiosek. Wiadomo, że co najmniej ponad 2,5 tysiąca dzieci miało taki poziom ołowiu we krwi, który już nie jest tylko po prostu niezdrowy czy zatruciem, tylko bezpośrednio zagraża życiu. Wiadomo, że co najmniej 2 tysiące dzieci doznało trwałych, trwałych podkreślam, uszkodzeń neurologicznych.

Rzeczywiście podjęto tam sporą akcję, bo zaangażowani byli wspomniani Lekarze bez Granic, amerykańskie CDC, WHO i UNICEF, ale też trzeba przyznać, że zaangażowały się nigeryjskie władze, i federalne, i stanowe. Zmobilizowano również społeczność, liderzy wiosek i lokalni też byli w to wszystko włączeni. Zaangażowały się i organizacje pozarządowe, i firmy, które pomogły później w oczyszczaniu gleby. Bank Światowy.

No i co zrobiono? Przede wszystkim usunięto ręcznie ponad 27 tysięcy metrów sześciennych skażonej gleby. Tu Oli ulubiona jednostka, przelicznik: to jest ponad 10 basenów olimpijskich.

Ola: Podejrzewam, że to i tak bardzo mało.

Piotr: To nie dość dużo. W sumie zidentyfikowano takie gospodarstwa, które były najbardziej skażone. To było 820 gospodarstw i rzeczywiście je oczyszczono. To znaczy wywieziono ziemię, wyczyszczono, usunięto ten pył i tak dalej. Tę ziemię skażoną zastąpiono czystą ziemią. Tamtą składuje się w takich bezpiecznych miejscach, tak żeby tego nie rozwiewało dalej.

Dzięki temu rzeczywiście spadło stężenie ołowiu w glebie, o 89%. Czyszczono domy. Mnóstwo takich działań zrobiono.

Oczywiście były liczne problemy. Rząd federalny nie przekazał kasy, więc jakieś wioski nie zostały oczyszczone. A z kolei jak się nie oczyści wioski, to leczenie dzieci nie ma właściwie sensu, bo to do niczego nie prowadzi. One zaraz wracają w to samo miejsce. Prowadzono tam szereg różnych działań, bo i terapię chelatacyjną, o tym mówiliśmy, czyli taką, która pozwala na wydalanie ołowiu. Ale te dzieci wracały w to samo miejsce. Nawet jeżeli to wyczyszczono, ten problem nie znikał.

Były konkretne wyniki, dlatego że po czterech latach tego programu oczyszczania średni poziom ołowiu spadł 10-krotnie, ze 150 mikrogramów na decylitr do 15 mikrogramów. Nadal dużo za dużo, ale konkretna zmiana. Bardzo spadła też śmiertelność dzieci. Problem polega przede wszystkim na tym, że nadal to złoto jest tam wydobywane.

To znaczy, mimo że przeszkolono ponad 5 tysięcy osób, które się zajmowały tym wydobyciem, żeby wiedziały, jakie jest zagrożenie, wymyślono rozmaite niskokosztowe metody, które ograniczały to rozpylanie ołowiu. Udało się też w większości miejsc sprawić, że te rudy nie były przetwarzane na miejscu, w domu, tylko po prostu prowadzono te operacje gdzieś poza wioską. W tych wioskach utworzone były komitety bezpieczeństwa. Był to sensownie przygotowany program.

Natomiast w lutym 2022 roku Lekarze bez Granic przekazali ten program władzom stanowym. Sprawa się poprawiła, ale znowu pod koniec 2023 roku zaczęły się tam rozmaite, można powiedzieć, niepokoje społeczne, bardzo wzrósł poziom przestępczości i tak dalej, w związku z czym Lekarze bez Granic musieli ewakuować personel.

Problem wraca. W jakimś stopniu ludzie są bardziej uświadomieni, w jakim stopniu to się wszystko udało ograniczyć. Dzieci przestały przede wszystkim masowo umierać, bo tam była naprawdę tragiczna sytuacja: w ciągu kilku, kilkunastu miesięcy zmarło całe mnóstwo dzieci. Ale ten problem będzie wracał i to już widzimy chociażby, bo w sąsiednim stanie Niger mamy dokładnie ten sam układ: w 2015 roku pojawiła się znowu fala zatruć ołowiem, co najmniej 30 dzieci zmarło, znowu rzemieślnicze wydobycie złota. To jest problem, który tam będzie najprawdopodobniej powracał i cóż można zrobić? Nic. To znaczy, znowu jest to w dużym stopniu efekt postkolonialny, to, co się tam dzieje.

Sprawa jest właściwie niekontrolowalna, to znaczy nie ma tam firmy, którą można wziąć za łeb, a zresztą, jak widać, branie firm za łeb też niewiele daje. Inny typ problemu, rozproszony problem. Trzeba przyznać, że te działania, które tam przeprowadzono, były fajnie wymyślone, sensownie zorganizowane, wieloetapowe, ale nie usunięto, bo też nie jest łatwo usunąć, źródła problemu, czyli tak naprawdę biedy.

Ola: Ja jeszcze tutaj dodam, zanim przejdziemy do następnej opowieści, że w kwestii Kabwe w Zambii nie znalazłam, i nie ma dostępnych otwarcie takich statystyk, które by pokazywały, ile dzieci umarło z powodu ołowicy w ostatnich latach. Były tylko pokazane wskaźniki, ile dzieci ma podwyższony, albo znacznie podwyższony, albo alarmowy, albo daleko powyżej alarmowych poziomów ołowiu we krwi, ale w ogóle nie wspomina się w raportach o liczbie wypadków śmiertelnych. I to dla mnie jest znamienne, bo tutaj widzę problem systemowy, to znaczy, że oni się nie zabrali za to w taki sposób, jak zrobiła to Nigeria.

Piotr: Paradoksalnie to, że w Nigerii jest problem rozproszony, sprzyja pewnej jawności, dlatego że nie ma żadnej dużej, bogatej firmy czy organizacji, której by zależało na tym, żeby bezpośrednio sprawie ukręcić łeb. Oczywiście władze, i lokalne, i federalne, nie zawsze tak współpracują, jak trzeba, i wiadomo, że poziom korupcji jest istotnym problemem i generalnie nie jest to najprostsza sprawa. Natomiast nie ma jednej firmy, która jest w stanie zasypać pieniędzmi jakiś temat, tak więc paradoksalnie dzięki temu, że to jest rozproszone, te informacje są bardziej dostępne, widać właśnie, jakie są statystyki. Nikt tego nie ukrywa w taki bardzo oczywisty sposób.

Ola: To ja jeszcze jedną rzecz dorzucę, a mianowicie miałeś wątpliwości, czy można mówić o epidemii ołowicy. Tak, jak najbardziej.

Piotr: Czyli nie jest to tylko kwestia chorób zakaźnych.

Ola: Tak, nie tylko kwestia chorób zakaźnych, bo mamy przecież epidemię na przykład otyłości, czyli uzależnienia od opioidów albo tytoniu, alkoholu. W związku z czym tutaj rzeczywiście bierze się pod uwagę po prostu zwiększoną liczbę zachorowań w danym czasie, w danym rejonie.

Piotr: Tak, to w takim razie przepraszam za to, co nagadałem. Jakbyście słyszeli łupanie w stół, to jeden z naszych drogich piesków właśnie pupie nam po stole, nie łażąc po nim, tylko wspinając się na niego. Gabi, dajże spokój, dziewczyno, jeszcze nie skończyliśmy.

Jeszcze będziemy mówili o Flint w Michigan. Dziewczyny, posłuchajcie, Michigan to naprawdę jest ciekawa, niezła historia. Posłuchajcie tej historii, coś się potem wydarzy, gdzieś się wybierzemy czy coś. Nie mogę powiedzieć żadnego słowa.

Ola: Nie wybierzemy się do Flint, ani do Zambii.

Piotr: Nie, no to jedziemy.

1:01:01 Flint w Michigan: ołów, bakterie i legionella w kranach

Ola: Ta opowieść już będzie z naszego kręgu kulturowego, bo dotyczy tego, co się działo w Stanach Zjednoczonych.

Piotr: Chciałem nadmienić, że Australia, jakby nie patrzeć, też jest naszym kręgiem kulturowym.

Ola: No to tak, przepraszam, zapomniałam o Australii. W każdym razie mamy tutaj naprawdę jeden z najgłośniejszych skandali w kwestii zdrowia publicznego w Stanach Zjednoczonych w XXI wieku. Ta historia pokazuje, że również kraje globalnej północy potrafią truć swoich własnych obywateli, swoich mieszkańców, i że towarzyszy temu zmowa milczenia ze strony władz lokalnych. Być może motywacje są nieco inne w tej akurat historii. Natomiast ten schemat, o którym tu zaraz opowiem, jest mega podobny do tego, co miało miejsce w naszych polskich Szopienicach w czasach PRL-u, gdzie również jakaś instytucja i jakieś władze nie chciały się przyznać do tego, co się dzieje.

A tutaj mamy Stany Zjednoczone. Rok 2014, kwiecień, i władze miasta Flint postanawiają zaoszczędzić. W ramach cięcia kosztów przełączają dostawy wody pitnej do miasta z systemu wodociągowego Detroit i zaczynają czerpać wodę bezpośrednio z lokalnej rzeki Flint.

Tutaj od razu pojawia się szereg problemów, dlatego że system wodociągowy Detroit dodawał do wody ortofosforany. To są środki, które chronią rury przed rdzą. Wiążą się z metalami i tworzą na wewnętrznych ściankach rur cienką, nierozpuszczalną warstwę mineralną, taki osad ochronny. On więzi toksyczny ołów i zapobiega przenikaniu tego metalu ciężkiego do wody. Ale kiedy miasto zmieniło źródło na rzekę Flint, władze równocześnie zaniechały dodawania tych ortofosforanów do wody. No i cóż, oszczędności, oszczędności.

Owe oszczędności wynosiły aż, tutaj cudzysłów duży, 100 do 150 dolarów dziennie. 150 tysięcy dolarów dziennie, co w skali roku daje około 50 tysięcy dolarów. No powiedzmy sobie szczerze, że w skali miasta amerykańskiego to nie są liczby, o które trzeba walczyć, a zwłaszcza walczyć kosztem zdrowia mieszkańców.

Co było dalej? Żeby móc jakoś kontrolować jakość tej wody i usuwać produkty uboczne dezynfekcji, do wody dodawano chlorek żelaza. To jest sól, która miała pomóc w usuwaniu żelaza z rzeki i ograniczyć szkodliwe substancje, które powstają podczas chlorowania wody. Wodę chlorowano w ten sposób i to miało zabezpieczyć mieszkańców przed różnymi problemami, które mogą się im przydarzyć z takiej nieuzdatnionej wody.

Natomiast to sprawiło, że w wodzie bieżącej znalazło się więcej soli chlorkowych niż siarczanów i to jest o tyle ważne, że to właśnie czyni wodę agresywną dla rur. Woda miała lekko zasadowe pH. Dodajmy, że nie było w niej ortofosforanów, czyli tego środka antykorozyjnego, i w efekcie to, co płynęło przez te rury, zaczęło je niszczyć i rozpuszczać tę otoczkę, ten osad ochronny, i zaczęło wypuszczać ołów do wody, która trafiała do kranów u ludzi.

W pewnym momencie, w ciągu kilkunastu miesięcy od przełączenia wodociągów, poziom tego ołowiu wyniósł nawet 16 razy więcej niż wcześniej, kiedy woda była doprowadzana z bezpiecznego źródła, od Detroit. Problemem dodatkowym było to, że to, co się z tych rur rozpuszczało, w cudzysłowie wytapiało, aż w połowie było w formie łatwo przyswajalnej dla organizmu, szczególnie groźnej dla dzieci, a reszta to był ołów cząsteczkowy, w formie bardzo drobnego pyłu, który po prostu był widoczny na przykład wtedy, kiedy tę wodę się odstawiało na jakiś czas, i w laboratorium wykrywano taki ołów cząsteczkowy.

A jak w praktyce taka woda działała, co ona robiła? Od razu mieszkańcy, którzy dostali z nowego źródła wodę do swoich kranów, zaczęli zgłaszać, że ta woda jest rdzawa, śmierdzi, ma metaliczny posmak, szybko niszczy sprzęty metalowe.

To samo działo się w fabryce General Motors we Flint, gdzie produkowano silniki, i dość szybko po tej zmianie sieci wodociągowej pracownicy zauważyli, że metalowe części silników rdzewieją w rekordowym tempie. Fabryka zareagowała szybko, bo po prostu przestała używać wody z rzeki Flint. Natomiast sami pracownicy zaczęli się zastanawiać, co może im samym robić woda, która niszczy silniki.

Ale wróćmy na chwilę do tego, co się działo w samym mieście. Kiedy ludzie zaczęli pytać, władze miasta zaprzeczały. Zaprzeczały istnieniu jakichkolwiek problemów z jakością wody.

Piotr: Ludzie jak zawsze przesadzają.

Ola: Ludzie oczywiście przesadzają. Chodziło o to, że urzędnicy, którzy zdecydowali się na to posunięcie, żeby korzystać z rzeki Flint, a nie z systemu Detroit, po prostu wprowadzili dość nieprzemyślany, mówiąc delikatnie, i bardzo, no cóż, niewydolny plan oszczędnościowy, który ewidentnie się nie powiódł, bo te oszczędności były właściwie symboliczne. Natomiast koszty, które zaczęto od razu widzieć, środowiskowe i zdrowotne, były kompletnie niewarte tego, co tam się zaoszczędziło. W związku z czym od początku miasto próbowało tuszować to, co się działo.

Kiedy zaczęły być pobierane pierwsze próbki wody, od stycznia do czerwca 2015 roku, kiedy już zaczęło się takie ciśnienie, że powinno być to przebadane, bo chyba coś jest nie w porządku, miasto nabrało wody w usta. Nomen omen. Ale też na przykład kiedy dochodziło do jakichś testów, do pobierania próbek, stosowano między innymi metody pobierania próbek, które zaniżałyby wyniki obecności niepokojących substancji w tej wodzie, bo oczywiście po jakimś czasie było wiadomo, że w wodzie znajduje się duża ilość ołowiu. Ale to nie był jedyny problem. Zaraz do tego wrócę, bo tam znalazły się również inne niepokojące substancje, czynniki, patogeny.

I mimo że miasto udawało, że bada wodę, to tak naprawdę jej nie badało. Głównym motorem tych działań, które miały zmusić miasto do wprowadzenia rzetelnych testów wody i jakichś zmian w tym, co się dzieje, była lokalna pediatra dr Mona Hanna-Attisha. Ona trochę jak nasza doktor Jolanta Wadowska-Król z Szopienic. Była jedną z sygnalistek, która przebadała 1800 dzieci we Flint, porównując wyniki ich krwi sprzed zmiany źródła wody i po niej.

Okazało się, że odsetek dzieci z podwyższonym poziomem ołowiu we krwi uległ podwojeniu, w niektórych dzielnicach nawet potrojeniu. Co więcej, późniejsze badania wykazały, że przez te 18 miesięcy, kiedy woda do miasta Flint była doprowadzana z tej nieszczęsnej rzeki, na zatrucie ołowiem było narażonych blisko 9 tysięcy dzieci.

Doktor Hanna-Attisha nie była jedyną w tej społeczności, która prowadziła takie badania, która na własną rękę starała się udowodnić miastu, że w wodzie jest ołów. Zainteresowali się tym również naukowcy z Virginia Tech, którzy zaczęli badać próbki wody z różnych części miasta. Ważne jest to, że ściśle współpracowali z Leigh Ann Walters. Została ona określona jako Resident Zero albo Ground Zero, ponieważ jej dom we Flint był pierwszym miejscem, w którym naukowcy z Virginia Tech wykryli absolutnie ekstremalnie wysokie poziomy ołowiu.

Okazało się, że rodzina Leigh Ann Walters była od wielu tygodni narażona na kontakt z wodą o podwyższonych poziomach ołowiu i też piła tę wodę po przygotowaniu. Poziomy u czteroletnich dzieci pani Walters przekraczały 6,5 mikrograma na decylitr. Dzieci po każdej kąpieli miały problemy ze skórą, cierpiały na wysypki. Nastoletni syn tej pani wielokrotnie trafiał do szpitala. U niej samej i u jej córki zaobserwowała ona to, że włosy zaczęły im wypadać, nawet rzęsy traciły, a urzędnicy nadal twierdzili, że ta woda jest w pełni bezpieczna.

Dopiero po wielu skargach różnych mieszkańców oraz dr Hanny-Attishy w lutym 2015 roku miasto w końcu przetestowało wodę w domu Leigh Ann Walters. Miasto wreszcie wysłało swoich inspektorów, którzy pobrali próbki, po czym zbadali je w laboratorium. Wynik był taki, że było tam 104 mikrogramy ołowiu na litr. Tu jest znowu inna miara, ponieważ nie dotyczy to krwi. I to jest prawie 7 razy powyżej limitu, który wyznaczyła sobie amerykańska Agencja Ochrony Środowiska. To wreszcie formalnie uruchomiło te federalne procedury alarmowe.

Dodajmy, że aż 4 próbki pobrane z tej wody wodociągowej przekroczyły poziom 5 tysięcy mikrogramów na litr. To jest już norma, która kwalifikuje taką wodę do odpadów toksycznych. A sama pani Leigh Ann Walters samodzielnie zorganizowała testy w 800 domach i dzięki temu udało się udowodnić, że w jednej szóstej tych miejsc poziom ołowiu w wodzie przekraczał jakiekolwiek normy. Jedna z próbek pobrana z jednego z tych domów osiągnęła absolutnie ekstremalny poziom 13 tysięcy 200 mikrogramów na litr w wodzie wodociągowej. To jest zupełnie niepojęte.

Ola: Tak jak wspominałam, to nie tylko ołów tutaj był problemem, bo pojawiły się również inne historie, i to, dodajmy, nie mniej niebezpieczne. Rzeka Flint już na wstępie była zanieczyszczona ściekami rolniczymi, przemysłowymi, miejskimi i po prostu była trudna do uzdatniania, do tego, żeby trafiała do wodociągów i stanowiła źródło wody pitnej. W tej rzece odkryto mnóstwo tych zanieczyszczeń biologicznych i chemicznych. Dodajmy, że później były one obecne również w wodociągu i w tej wodzie, która docierała do mieszkańców. Kilka miesięcy po zmianie źródła wody zaczęło się od tego, że w sieci wodociągowej wykryto bakterie Escherichia coli.

Piotr: I zwane bakteriami kołowymi.

Ola: Bakteriami kołowymi. W związku z tym w ciągu niecałego miesiąca władze lokalne wydały mieszkańcom zalecenia, takie ostrzeżenia, aby nie spożywali wody prosto z kranu, tylko przegotowywali ją przed spożyciem.

Piotr: Co zabezpiecza przed bakteriami, ale nie przed kołowiem.

Ola: Tak. Natomiast co było przyczyną tego, że te bakterie coli znalazły się w tej wodzie wodociągowej? Chodziło o to, że na początkowym etapie, kiedy w procesie oczyszczania wody dostarczany był chlor, w tej starej infrastrukturze ten chlor nie działał w wystarczającym stopniu. I cóż, do tego dołożyły się wysokie temperatury, które sprzyjały namnażaniu bakterii. W związku z tym bakterie dotarły do domów.

Więc co zrobiono? Podwyższono dawkę chloru. To skutecznie zlikwidowało Escherichia coli, czyli bakterie kołowe, ale jednocześnie doprowadziło do kolejnych absolutnie dramatycznych zmian i problemów. W Flint stało się coś, co na pierwszy rzut oka brzmi jak absurd: chloru było jednocześnie za dużo i za mało.

Na początku, kiedy ten chlor był dodawany do wody z tej rzeki, spotykał się z bardzo dużą ilością materii organicznej, z zanieczyszczeń z resztek roślin, zanieczyszczeń miejskich, i chlor wchodził z nimi w reakcję. W skutek tej reakcji powstawały trihalometany, czyli uboczne produkty tej dezynfekcji chlorem. Ich stężenie w pewnym momencie przekraczało normy przyjęte przez amerykańską Agencję do Spraw Ochrony Środowiska nawet dwukrotnie.

Ale później, kiedy ta woda płynęła dalej przez stare rury, które były skorodowane, które miały te liczne warstwy osadów, sytuacja się odwracała i okazywało się, że chlor, który początkowo był dodany w dużej dawce, był stopniowo zużywany, nazwijmy to, po drodze, co znaczy, że reagował z metalami, osadami w rurach, i do kranów docierało go w efekcie za mało, żeby ta woda była skutecznie zdezynfekowana. Zwłaszcza kiedy było lato, kiedy panowały upały, woda stała w rurach na przykład przez jakiś czas, mogły namnażać się w niej różne bakterie. I co zrobiły? Namnożyły się. Mianowicie były to bakterie Legionella.

Piotr: Legionelloza.

Ola: Tak, i doszło do pojawienia się ogniska legionellozy. To jest bardzo groźna choroba, groźniejsza niż ta wywoływana przez Escherichia coli. Na tę chorobę zachorowało około 90 osób i, uwaga, zmarło na nią 12. 12 osób zmarło na legionellozę w skutek tego, co tam się wyczyniało z tą wodą we Flint.

W końcu, w październiku 2015 roku, po ponad roku, czyli po 18 miesiącach od zmiany źródła wody i narażeniu 100 tysięcy mieszkańców na te nie tylko toksyny, ale też bakterie, Flint powróciło do wody pobieranej z Detroit. W styczniu 2016 roku najpierw gubernator stanu Michigan ogłosił stan wyjątkowy, a następnie zrobił to samo prezydent Barack Obama. Ten stan wyjątkowy obowiązywał do 2019 roku i umożliwił uruchomienie federalnych funduszy na pomoc mieszkańcom, czyli rozdano im miliony litrów wody butelkowanej, zainstalowano odpowiednie filtry, sfinansowano wymianę rur. To wszystko zostało zrobione, na co nie miały szansy te kraje uboższe, gdzie te środki nie były wystarczające. W końcu w kwietniu 2019 roku miasto ostatecznie zadeklarowało, że woda ponownie nadaje się do picia.

Co prawda mieszkańcy nadal nie wierzą temu, co u nich leci z kranów, i w dalszym ciągu piją wodę butelkowaną, i starają się bardzo skutecznie unikać kranówki. Natomiast co się stało z tymi ludźmi, którzy zatajali prawdziwe wyniki badań? Zostali ukarani. Generalny prokurator stanu Michigan postawił zarzuty piętnastu urzędnikom stanowym i lokalnym. Wśród tych, którzy bezpośrednio stanęli przed sądem, byli dyrektor stanowego Departamentu Zdrowia, była główna dyrektor medyczna stanu Michigan i między innymi byli menedżerowie kryzysowi, którzy mieli zawiadywać tym kryzysem z ramienia władz miasta Flint. Zostali oskarżeni o nieumyślne spowodowanie śmierci, właśnie tych dwunastu zgonów wskutek legionellozy, trudne słowo, utrudnianie działania wymiaru sprawiedliwości, okłamywanie funkcjonariuszy i nadużycie stanowisk.

Nie jest tak, że oni wszyscy do dzisiaj siedzą w więzieniach, ponieważ znaczna część z nich poszła na ugodę. I cóż, oni nie odsiedzieli swojego, za co mieszkańcy miasta mają nadal ogromne pretensje. Z kolei stan Michigan wypłacił około 600 milionów dolarów odszkodowania, które w 80 procentach zostały przeznaczone dla osób, które w chwili wybuchu tego kryzysu były niepełnoletnie i które były narażone na ołowicę.

Warto podkreślić to, że ci mieszkańcy, którzy byli narażeni we Flint na te problemy z wodociągami, to są mieszkańcy biedniejszej społeczności. W tym mieście przeważają mniejszości rasowe. One też nie mają takiego przebicia w administracji stanowej i centralnej, jakie być może miałyby inne społeczności, w związku z czym byli też niedoreprezentowani na poziomie lokalnych rządów.

To, co się teraz dzieje, to jeszcze nie jest koniec tej historii, bo nadal we Flint są problemy z rurami wodociągowymi. Nadal ludzie narzekają na jej jakość. Tym niemniej jest to mimo wszystko przykład poradzenia sobie z problemem, mimo że z dużymi opóźnieniami zawinionymi ukrywaniem tej sprawy przez władze lokalne. Poradzono sobie z tym problemem tak, jak się powinno z tym poradzić, tak jak powinny sobie z tym poradzić różne miejsca na świecie, i tu akurat jest szansa na to, że we Flint wróci do normalności i te toksyczne zanieczyszczenia po prostu przestaną być szkodliwe dla mieszkańców.

Piotr: To jest w ogóle też ciekawa historia, znaczy słabość infrastruktury amerykańskiej. Myślimy o Ameryce jako kraju nowoczesnym i w ogóle, a tymczasem okazuje się, że jest tam bardzo wiele rzeczy, które były nowoczesne na przykład 60 czy 70 lat temu, mosty na przykład, i z różnych względów organizacyjnych nie są konserwowane i się sypią. Jak kogoś interesuje ten temat szerzej, to bardzo polecamy odcinki podcastu amerykańskiego, tam było to omawiane. To takie tylko trochę zderzenie naszego wyobrażenia z rzeczywistością.

1:24:43 Zakończenie, koszulki i słowo na dziś

Ola: I w tym miejscu chcemy wam przypomnieć, że mamy w swojej ofercie koszulki, o których bardzo dawno wam nie przypominaliśmy.

Piotr: Koszulkowa pogoda. Jak właśnie nagrywamy, termometr nam pokazuje 12,8 stopnia na zewnątrz. Część tego podcastu przygotowywałem, siedząc sobie, tylko troszkę nakryty kocem, na zewnątrz. Psy szybko się wyniosły, ale ja tam siedziałem, więc to jest czas na koszulki, polecamy.

Ola: Można znaleźć link do naszego sklepu w opisie tego odcinka. Również jeżeli chcecie nas regularnie słuchać, to bardzo wam polecamy zasubskrybowanie naszego podcastu na różnych platformach. To jest najlepszy sposób, żeby być na bieżąco z tym, co wypuszczamy do sieci.

Piotr: Tak jest, słuchajcie, tu jedna informacja ważna: za tydzień nie będzie naszego podcastu, przepraszamy, ale mamy taki układ, że wyjeżdżamy służbowo, na statek, znaczy nie na statek, służbowo wyjeżdżamy, więc po prostu stwierdziliśmy, że nie będziemy tego robili byle jak. Przeżyjecie tydzień, nie powiem, że bez nas, bo my jak najbardziej jesteśmy, bo przecież możecie posłuchać podcastów, które powstają we współpracy z Polskim Radiem, czyli zarówno Laboratorium Zbrodni, jak i Sekcji Teorii Spiskowych. Sekcja Teorii Spiskowych będzie w poniedziałek, Laboratorium będzie w piątek, więc jak będziecie powoli słuchali, to wam wystarczy.

Ola: Dodajmy, że Sekcja Teorii Spiskowych jest nie tylko do słuchania, ale też do oglądania, bo to nasz podcast wideo. Zapraszamy na YouTube tych, którzy chcą nasze facjaty oglądać.

Piotr: A tych, którzy nie chcą, zapraszamy na Spotify albo na stronę Polskiego Radia, tam można nas słuchać. Nie trzeba koniecznie na nas patrzeć, nie jest to element obowiązkowy. I co, zostaje nam słowo na dziś.

Ola: Jest nim słowo rury.

Piotr: Rury, no to rury. To psy teraz zaczynają szaleć, a my się z wami dzielimy.

Ola: Cześć.

Źródła

* https://www.sciencedirect.com/science/article/abs/pii/S0013935117316614

* https://childrenofkabwe.com/wp-content/uploads/2020/10/Bose-OReilly-et-al.-2018-published-.pdf

* https://phys.org/news/2020-11-effects-pollution-kabwe.html

* https://www.ohchr.org/sites/default/files/2022-03/SacrificeZones-userfriendlyversion.pdf

* https://eprints.lib.hokudai.ac.jp/dspace/bitstream/2115/58817/1/Chemosphere%20v.119%20p.941-947.pdf

* https://www.aljazeera.com/news/2023/1/20/mining-giant-turned-blind-eye-to-lead-poisoning-in-zambia

* https://en.wikipedia.org/wiki/Kabwe_mine

* https://www.pbs.org/newshour/science/study-confirms-lead-got-flints-water

* https://www.consumernotice.org/environmental/water-contamination/flint-michigan/

* https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/28145123/

* https://pubs.acs.org/doi/10.1021/acs.est.6b04034

* https://pubs.acs.org/doi/pdf/10.1021/acs.est.6b04034?ref=article_openPDF

* https://edition.cnn.com/2025/08/03/us/flint-michigan-clean-water-crisis

* https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/26745642/

* https://www.thelancet.com/journals/lancet/article/PIIS0140-6736(12

* https://en.wikipedia.org/wiki/Zamfara_State_lead_poisoning_outbreak

* https://www.pureearth.org/project/zamfara-nigeria-lead-poisoning/

* https://www.msf.org/nigeria-prevention-key-stop-children-dying-lead-poisoning

* https://www.cdc.gov/one-health/php/stories/lead-poisoning.html

* https://www.who.int/emergencies/disease-outbreak-news/item/2010_07_07-en

* https://en.wikipedia.org/wiki/Broken_Hill

* https://www.sciencedirect.com/science/article/abs/pii/S0013935120302504

* https://www.epa.nsw.gov.au/sites/default/files/2025-09/BH_Pb_State_of_Science_FINAL-19-June-2020-Accessible-V2.0.pdf

* https://www.researchgate.net/publication/23672235_Managing_environmental_lead_in_Broken_Hill_a_public_health_success

* https://theconversation.com/toxic-playgrounds-broken-hill-kids-exposed-to-poisonous-dust-32325

Źródła

Zambia

Flint

Nigeria

Australia