Podcast Crazy Nauka · odc. 173

Bomba jądrowa, która namieszała w magnetosferze Ziemi

04-08-2026 · 70 min · Tematyczny, Fizyka i technika, Kosmos i astronomia

Okładka odcinka

Tu jest treść z serwisu Spotify. Po jej włączeniu Spotify otrzyma Twój adres IP i może zapisać w przeglądarce pliki cookies.

Posłuchaj też na:

Opowieść o tym, jak ludzie są w stanie namieszać w magnetosferze Ziemi za pomocą jednego absurdalnego testu jądrowego. I jak do dziś, po 64 latach, nie potrafią tego naprawić.

Transkrypcja odcinka

Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.

Odcinek: 173

Data publikacji: 2026-08-04

Długość: 1:09:53

0:00:00 Wstęp

Ola: Co złego może zdziałać próba jądrowa przeprowadzona z 400 kilometrów ponad powierzchnią Ziemi?

Piotr: I ile ważyły elektrony, które zniszczyły 1 trzecią satelitów?

Ola: Cześć, tu Ola Stanisławska.

Piotr: I Piotrek Stanisławski. Witamy w podcaście Crazy Nauka.

Ola: A dziś opowiemy Wam o tym, jak to ludzie są w stanie namieszać we wszystkim, nawet we własnej magnetosferze. I to za pomocą jednego, absurdalnego w gruncie rzeczy testu jądrowego. I jak to dziś, po 64 latach od tamtych wydarzeń, nie potrafią tego naprawić.

Piotr: To jest dobry moment, żebyście zasubskrybowali nasz podcast, jeśli jeszcze tego nie czynicie. Bardzo nam to pomaga i Wam pomoże, bo odcinki Wam nie umkną.

Ola: I przypominamy również, że są jeszcze dwa inne podcasty, które robimy, a oba powstają we współpracy z Polskim Radiem.

Piotr: No i są to Laboratorium Zbrodni, gdzie w nowym odcinku opowiadamy o przeprowadzonym w biały dzień zabójstwie słynnej brytyjskiej prezenterki.

Ola: A drugi z nich to Sekcja Teorii Spiskowych, w ramach której w najnowszym odcinku zastanawiamy się, skąd się naprawdę biorą kręgi w zbożu.

Piotr: I tylko Wam zdradzimy, że właśnie rozpoczęliśmy pracę nad zupełnie nowym projektem podcastowym, ale nic więcej na razie nie powiemy, bo nie możemy. Za to możemy powiedzieć, że jesteśmy obecni na wszystkich liczących się platformach podcastowych.

Ola: I tych nieliczących się również.

0:01:46 Szalony Grek i pomysł tarczy z elektronów

Ola: No i to będzie opowieść o jednej z wielu prób jądrowych przeprowadzonych podczas zimnej wojny.

Piotr: Lubicie takie opowieści.

Ola: Ale nie takiej jak wiele, bo była wyjątkowa, a jej skutki okazały się kosmiczne, dosłownie. No i zaczniemy troszeczkę od czapy, bo tę historię chcę otworzyć od nazwiska Christofilosa. Nikolasa Christofilosa, Greka, który urodził się w Bostonie, ale wychowywał się w Atenach. W trakcie niemieckiej okupacji pracował w firmie, która konserwowała windy, a fizyki uczył się sam, równolegle, z podręczników. No i w roku 1949, czyli już po wojnie, wymyślił zasadę tego, w jaki sposób ogniskować wiązki w akceleratorach. Zamiast opublikować to, postanowił to opatentować. Niestety w związku z tym to odkrycie przeszło bez echa, to znaczy nie pociągnęło za sobą nic. Ale trzy lata później do tych samych wniosków co on doszli inni ludzie, niezależnie. Po prostu klasyczni naukowcy, którzy tym razem sprawę bardziej pociągnęli.

Piotr: On się strasznie oburzył, uznał, że mu ukradziono, w ogóle długa historia. W każdym razie efektem było to, że trafił znowu do Stanów Zjednoczonych i rzeczywiście już został takim uznanym fizykiem. W 1957 roku był już na tyle uznany, że różne amerykańskie laboratoria o niego się starały. A w dodatku jego dawny szef zaczął kierować agencją ARPA, która później przekształciła się w DARPA. Jak ktoś kojarzy DARPA.net, to początki internetu, to wszystko się wiąże. W każdym razie ARPA była w takim momencie, że po swoim powstaniu, można powiedzieć, nerwowo się rozglądała. Dlatego że Związek Radziecki wystrzelił swojego sputnika, czyli pierwszego sztucznego satelitę Ziemi. Jak już Wam kiedyś opowiadaliśmy, nie wiem kiedy, ale to było dawno temu. To wzbudziło niezłą panikę w Stanach Zjednoczonych, bo się nagle okazało, że ci straszni Ruscy wystrzelili coś, co lata nad głową i robi pip, i jeszcze nie wiadomo, co może zrobić. I naprawdę to był bardzo, bardzo trudny moment dla Amerykanów.

Ola: Mimo że sputnik robił tylko pip.

Piotr: No robił pip i był metalową kulką robiącą pip.

Ola: Wszyscy się przestraszyli.

Piotr: Ale nie było innych metalowych kulek robiących pip w tym czasie, przynajmniej nie na tej wysokości. No i ARPA się bardzo chętnie przyglądała wszelkim dziwnym pomysłom. I Christofilos miał taki pomysł. Wykombinował, że jeżeli by zdetonować ładunek jądrowy, co już wtedy było codziennością, właściwie każdy jakiś ładunek jądrowy tam detonował, na odpowiedniej wysokości, a dokładniej już nad atmosferą, to uda się stworzyć coś, co będzie tarczą ochronną, która powstanie w wyniku uwięzienia elektronów wokół Ziemi. I że jeżeli Rosjanie, czyli Związek Radziecki, wystrzelą wreszcie te swoje rakiety, bo wtedy wszyscy czekali, aż oni wystrzelą, to będzie taka naturalna tarcza antyrakietowa zrobiona z elektronów. No w ogóle najlepiej. Idealny pomysł. Żadna rakieta się przez to nie przebije.

Ola: No bo wszystkie się usmażą w tym polu.

Piotr: On sobie policzył, to zresztą wynikało z tego jego odkrycia ogniskowania wiązki: jeżeli się te ładunki odpali w odpowiednich miejscach nad Ziemią, to w niektórych punktach będzie większe zagęszczenie, w innych mniejsze zagęszczenie tych elektronów, które powstaną w wyniku takiej eksplozji. I jeżeli dobrze się wymierzy, to to większe zagęszczenie powstanie właśnie tam, gdzie radzieckie rakiety balistyczne będą wchodziły w atmosferę. Policzył sobie, bardziej uznał niż policzył, bo nie bardzo się dało wtedy wyliczyć, że taka rakieta, ponieważ rakieta balistyczna z natury swojej w fazie opadania leci bardzo szybko, przeleciałaby przez takie skupisko elektronów w ciągu 10 sekund. Z kolei tak gwałtowne przelecenie przez nie wywołałoby w niej indukcję potężnego napięcia, które by na pewno uszkodziło całą jej elektronikę, a być może nawet stopiło obudowę, tak sobie szacował. Plan był fantastyczny: spróbujmy zrobić taką naturalną tarczę antyrakietową, naturalną sztuczną, naturalne elektrony, ale wykorzystującą pole magnetyczne Ziemi.

On jeszcze wykombinował coś innego, mianowicie że jeżeli się odpali w innym miejscu, nad Oceanem Indyjskim, to uda się na kilka minut oślepić systemy wykrywania i ostrzegania, które ma Związek Radziecki. W związku z tym to też może być system ofensywny: tuż przed tym momentem, kiedy Ruscy by wykryli amerykańskie rakiety lecące do nich, odpalamy taki ładunek, oni w ogóle nie wiedzą, co się dzieje, zmiatamy ich z powierzchni Ziemi i Ameryka żyje długo i szczęśliwie. Wtedy te pomysły generalnie były bardzo mocno na czasie. W każdym razie potem się okazało, że to w ogóle tak nie działa.

Tu jedną rzecz warto dodać z tymi elektronami, przepraszam wszystkich fizyków, ale w skrócie: taka ilość elektronów nie generuje się w wybuchach, które mają miejsce na Ziemi, tam gdzie jest atmosfera, dlatego że te elektrony są dosyć szybko wyłapywane i właściwie nie wylatują poza tę kulę plazmową, która powstaje na samym początku wybuchu jądrowego.

Ola: Potem jeszcze powiemy, co się stało podczas tego konkretnego wybuchu.

Piotr: Nie tylko to. Warunkiem w ogóle powstania takich wolnych elektronów jest detonacja wysoko nad ziemią. W każdym razie cała ta koncepcja tego w sumie bardzo uroczego rozwiązania z cyklu: hej, wystrzeliwujemy rakietę, detonujemy jeden ładunek i proszę bardzo, mamy tarczę nad całymi Stanami Zjednoczonymi, jeszcze Ruskim dokopiemy. To się szalenie spodobało prezydentowi Eisenhowerowi.

Ola: To jest w sumie zrozumiałe.

Piotr: To jest w sumie zrozumiałe, zwłaszcza że on wiele z tego nie zrozumiał, jak sądzę, a różni mądrzy ludzie mówili, że to ma sens. I w ten sposób nasz bohater, czyli Christofilos, zaprojektował tak naprawdę coś, co odkryto parę miesięcy później, czyli pasy Van Allena. Pasy Van Allena to są te tak zwane pasy radiacyjne, czyli obszar otaczający Ziemię, w którym uwięzione są, w wyniku działania ziemskiego pola magnetycznego, wysokoenergetyczne cząstki, głównie elektrony i protony, które dolatują do nas głównie ze Słońca i są tam wychwytywane i utrzymywane przez dłuższy czas w tym polu. Zresztą jest to jedna z tych opowieści uwielbianych przez ludzi, którzy twierdzą, że w ogóle się nie da w kosmos polecieć, bo jak przelecimy przez pasy Van Allena, to się usmażymy wszyscy i tak dalej. Już nie usmażymy się, bo to bardziej skomplikowane. No w każdym razie jeszcze fun fact: jak odkryto te pasy Van Allena, to zwłaszcza po tych rewelacjach Christofilosa część specjalistów amerykańskich uznała, że one nie mogą być pochodzenia naturalnego, że to nie jest wywołane przez Słońce, tylko że Ruscy już wcześniej wpadli na ten pomysł i oni już robią te eksplozje jądrowe w kosmosie. Że pasy Van Allena to nie są pasy Van Allena, tylko pasy Ruskich i to oni w ogóle zrobili. Potem się okazało oczywiście, że jest to naturalne zjawisko.

Ola: A technika radziecka oczywiście jak zwykle była przeceniana, bo zarówno sputnik nie był tak groźny, jak sobie wyobrażano, jak i to, czego Rosjanie mogą dokonać w kosmosie, co pokazały zresztą kolejne lata.

Piotr: No tak, zdecydowanie. W każdym razie wtedy, kiedy Christofilos wymyślał te opowieści, takie pasy już tam były i one elektroniki nie smażyły tak, jak on by sobie życzył. Niewątpliwie te jego koncepcje były na tyle chwytliwe, że nie tylko trafiły do prezydenta, ale też do prasy, gdzie określono go mianem szalonego Greka. Magazyn Life [? niepewne: Live] nadał tytuł jednemu ze swoich tekstów: „Triumf w kosmosie szalonego Greka”. Był szeroko omawiany, działał na wyobraźnię, ale tak naprawdę ta wyobraźnia to jeszcze mały pikuś, bo to, co się działo dalej, było dopiero ciekawe.

0:11:14 Operacja Argus

Ola: I owszem, bo dalej przeszli od słów do czynów i operacja Argus miała przetestować w ogóle ten pomysł i sprawdzić, jakie daje możliwości. Nastąpiło to w sierpniu i wrześniu 1958 roku. Oczywiście Eisenhower przyklasnął temu po raz kolejny ochoczo i podczas tej operacji nastąpiły trzy wybuchy, od wysokości 200 kilometrów do 540 kilometrów nad południowym Atlantykiem. Te bomby, które zdetonowano, miały nieco powyżej 1,5 kilotony każda. Dla skali, żeby można było to sobie porównać, to mniej więcej 1 dziesiąta mocy tej bomby, która została zrzucona na Hiroszimę. Chodzi o to, że każda z nich miała taką moc. I to już było po tym czasie, kiedy Van Allen ostatecznie z kolegami, bo nie był sam, odkrył te pasy Van Allena i już sobie zdawano sprawę, że takie struktury w kosmosie istnieją. Samą operację przygotowano można powiedzieć dość ekspresowo, bo w niecałe 4 miesiące. Dzisiaj, jakby się tak zastanowić, eksperymenty kosmiczne są przygotowywane całymi latami.

Piotr: Prawda jest taka, że spieszono się nie dlatego, że uważano, że trzeba się spieszyć, tylko dlatego, że były prowadzone rozmowy, które miały prowadzić do embarga na tego typu próby. W związku z czym starano się jak najwięcej tych prób powtykać, zanim te rozmowy zostaną sfinalizowane, a jednocześnie starano się to robić po cichu, żeby nie było widać, że oni tłuką te eksplozje, póki mogą.

Ola: No tak, tłukli jedną za drugą i w proces tych eksperymentów był zaangażowany zespół samego Jamesa Van Allena, który, uwaga, dostał za zadanie wyposażenie w przyrządy pomiarowe satelity Explorer 4, który miał w trakcie eksperymentu Argus prowadzić pomiary promieniowania. Tutaj rzeczywiście mamy sytuację, że Van Allen pracuje nad tym i można powiedzieć, że to nastąpiło z jego błogosławieństwem. Efekt był taki, że te wybuchy w przestrzeni kosmicznej rzeczywiście utworzyły wokół Ziemi cienkie, wykrywalne przez przyrządy pomiarowe powłoki, w których zostały uwięzione elektrony. Czyli to dowiodło, że ten pomysł Christofilosa był trafny, zadziałał, i sam Van Allen opisywał później, że te eksperymenty bez zwątpienia stanowią największy eksperyment geofizyczny, jaki człowiek kiedykolwiek przeprowadził. Brzmiało to dumnie, ale po jakimś czasie, jak obserwowano wyniki eksperymentu, okazało się, że efekty są dosyć słabe i dość krótkotrwałe. Te elektronowe powłoki, czyli te pasy, żyły sobie tam w przestrzeni jakieś 3 do 4 tygodni i po tym czasie zanikały. Te ładunki, każdy mający moc nieco ponad 1,5 kilotony, to były niewielkie ładunki, w związku z czym wszystko się rozeszło po kościach, a naukowcy i wojskowi uznali, że to jest dobry wynik. Aczkolwiek dość mało satysfakcjonujący. No cóż, coś tam uzyskujemy, może nie trwa to wiecznie, ale można liczyć na to, że ten efekt sam zaniknie. I to, co się wydarzyło w tym momencie, to jest to, że twórcy eksperymentu dostali feedback w postaci fałszywego poczucia kontroli, to znaczy, że są w stanie zapanować nad tym, co się w tym kosmosie odgrywa po wybuchu jądrowym. I to niestety zdefiniowało późniejsze konsekwencje, które miały miejsce przy kolejnych testach. Bo oczywiście kolejne testy były.

Piotr: Oczywiście, bez tej samej operacji Argus nie doszlibyśmy do tego. To jest dobry moment, żeby Wam bardzo podziękować za Wasze komentarze, bardzo miłe, jak zawsze. Mamy bardzo miłe komentarze pod podcastem Crazy Nauka, super miłe komentarze pod Laboratorium Zbrodni i straszną jadkę pod Sekcją Teorii Spiskowych. Ostatnio mówimy o kręgach w zbożu, w związku z czym jesteśmy debilami, ignorantami, nic nie wiemy i sami sobie możemy takie kręgi zrobić, jak jesteśmy tacy mądrzy.

Ola: A to i tak są najmilsze z tych określeń, które tam padają, najbardziej kulturalne.

Piotr: To dość zabawne, ale cieszymy się bardzo, że czytacie i słuchacie, czy nie czytacie, tylko słuchacie. A czytajcie komentarze, jeśli chcecie sobie poziom adrenaliny podnieść. No i też bardzo polecamy subskrypcję, subskrypcję, trudne słowo, podcastu, o tym już mówiliśmy.

Ola: Oczywiście bardzo dziękujemy wszystkim tym, którzy są naszymi patronkami i patronami w serwisie Patronite. Ci, którzy nie są jeszcze, zawsze mogą się nimi stać na profilu Patronite Crazy Nauki albo mogą nam postawić kawę w serwisie Buy Coffee Too. Takie wsparcie nas oczywiście bardzo cieszy, a poza tym ułatwia nam życie, bo ostatecznie jest to w jakiś sposób praca, nawet jeśli przyjemna, to jednak praca.

0:17:24 Moratorium, car bomba i seria Fishbowl

Piotr: Tu warto wspomnieć o tym, jak to wyglądało politycznie, dlatego że rzeczywiście podpisano moratorium na próby atmosferyczne, to było istotne, ale ono przetrwało do 1961 roku, bo na jesieni Związek Radziecki zerwał to moratorium i to dość spektakularnie, bo pojechał z ponad 30 próbami. Wśród tych prób odbyła się jedna z najsłynniejszych na pewno, dlatego że to było odpalenie car bomby, tego największego ładunku jądrowego w historii.

Ola: To była ta matka wszystkich testów jądrowych.

Piotr: No to takie tam wpierdzielenie, dlatego że rzeczywiście było mega mocne, to było ponad 50 megaton, mega mocne.

Ola: A przypominam, że przed chwilą mówiliśmy o ładunkach o mocy nieco ponad 1,5 kilotony, w związku z czym to jest różnica znacząca.

Piotr: Zresztą ta car bomba nie miała większego sensu, to była pokazówka, popisówka, bo w ogóle nie dałoby się takiego ładunku przenieść, nie dałoby się go wykorzystać wojskowo, właściwie tylko pokazali, że mogą. No ale whatever, nie o tym opowiadamy tym razem. Oczywiście USA szybko skorzystały i też wykonały swoją serię testów jądrowych, więc to nie było tak, że wszyscy byli zaskoczeni: ojej, to oni zrobili, złamali embargo, to my teraz pomyślimy, co dalej.

Ola: Nie, oni już czekali [? niepewne: czcili] w blokach startowych i byli gotowi ze swoimi testami, więc ruszyli z serią wybuchów wysokościowych o nazwie zbiorczej Fishbowl, czyli akwarium.

Piotr: Tak, i tam właśnie była próba jądrowa, która jest dzisiejszą naszą bohaterką: Starfish, czyli rozgwiazda. Tylko chciałem powiedzieć, że dzisiaj Abi jest niewiarygodnie podekscytowana tym tematem, drepcze po mnie, liże mnie i próbuje mi wskoczyć na kolana, co jest od kilkunastu, albo kilkudziesięciu odcinków zakazane podczas nagrywania.

Ola: Ona się tak ucieszyła, że wróciliśmy z trzydniowej nieobecności w domu, że jest absolutnie zachwycona.

Piotr: Myślę, że ona jest po prostu podekscytowana tymi jej kosmicznymi próbami jądrowymi, prawda, Abi?

Ola: Sztucznymi pasami radiacyjnymi. Ona też uczyła się fizyki z podręczników w windzie, jako samouk.

0:19:47 Przygotowania do Starfish i nieudane starty

Piotr: Było o rozgwieździe i Starfishu. Amerykanie w związku z tą sytuacją, czyli wznowieniem prób jądrowych atmosferycznych, a też ponadatmosferycznych, czyli generalnie chodziło o to, że nie naziemnych, nie podziemnych, nie podwodnych, bali się, że jeżeli Rosjanie odpalą bombę jądrową w kosmosie, to to może kompletnie sparaliżować amerykański system rakiet międzykontynentalnych. Tak naprawdę to były czasy, kiedy nie bardzo było wiadomo, co będzie. Nie istniały komputery, które by w ogóle pozwoliły się jakkolwiek zbliżyć do symulacji tego typu zjawisk. Sama wiedza o próbach jądrowych, wybuchach jądrowych była też wciąż dość ograniczona. Wciąż się zdarzało, że te wybuchy zaskakiwały naukowców, specjalistów. Trzeba było sprawdzić, co taki potencjalny radziecki wybuch by naprawdę mógł zrobić. I zdecydowano, że właśnie ta próba, cała operacja Starfish, będzie porządną, dobrze przygotowaną próbą, która pozwoli to wszystko zweryfikować. Dlatego że te, o których Ola wcześniej wspominała, robione nad Atlantykiem, były niezbyt spektakularne. Co więcej, one również nie były zbyt dobrze mierzone. Z różnych względów praktyczno-organizacyjnych pomiary podczas nich wykonywane pozostawiały bardzo wiele do życzenia.

Ola: Z tym mierzeniem to będzie jeszcze szerzej rozwinięte. W każdym razie oni postawili na mierzalność, na wyposażenie całego otoczenia w przyrządy pomiarowe. W każdym razie ta operacja Starfish nie zaczęła się zbyt fortunnie. 20 czerwca 1962 roku odpalono rakietę, ale jej silnik wyłączył się już po 59 sekundach lotu i w powietrzu rakieta zaczęła się rozpadać. Dodajmy, że miała wówczas uzbrojoną głowicę termojądrową na pokładzie. Można się spodziewać, że ci, którzy nadzorowali ten start rakiety, [? niepewne: zanieczyścili zbroję].

Piotr: Oficer bezpieczeństwa postanowił to zdetonować.

Ola: Ale też weź i zdetonuj coś, co ma uzbrojoną głowicę termojądrową. Była zabezpieczona. Otóż wówczas była na wysokości 10 kilometrów i na szczęście była tak zabezpieczona, że podczas tej detonacji była chroniona przed niekontrolowaną eksplozją jądrową. Ale się rozpadła na kawałki, a jej szczątki, w tym również takie, które były skażone promieniowaniem jonizującym, spadły na atol Johnstona na Pacyfiku. To jest to miejsce, z którego wystrzelono ten ładunek. I jak się spojrzy na globus albo po prostu na mapy Google i wyszuka sobie nazwę atol Johnstona albo wyspa Johnstona, to zobaczy się coś pośrodku gigantycznego oceanu, Pacyfiku. To jest miejsce gdzieś absolutnie pośrodku niczego. Najbliżej są Hawaje, oddalone o 1400 kilometrów.

Piotr: Google podpowiada, jak dotrzeć. 20 godzin i 54 minuty.

Ola: Ale jak ekspresowo, to czasem szybciej niż tutaj na przykład do jakichś bliższych krajów, typu Afryka Północna czy coś takiego. W każdym razie spadły te szczątki w okolicach tego atolu. Pięknego atolu koralowego. I potem przez 2 tygodnie nurkowie amerykańskiej marynarki wojennej wyławiali te szczątki z laguny. Udało się wydobyć około 250 elementów. Część z nich była oczywiście skażona plutonem, który był zawarty w głowicy tej bomby. I tutaj trzeba powiedzieć, że tak naprawdę ta próba to był w ogóle drugi test tej serii. Bo pierwszy był jeszcze bardziej nieudany: już w trakcie samego startu zgubiono rakietę na radarze i trzeba było również zniszczyć ładunek w locie. Więc tak naprawdę porażka za porażką. Inżynierowie doszli już do tego momentu, że do trzech razy sztuka. W związku z czym teraz trzeba zrobić coś, co rzeczywiście zadziała. No i kolejny test nazwali Starfish Prime. To miało znaczyć po prostu tyle, że to będzie ta druga, lepsza, poprawiona próba.

Piotr: To tak jak wysyłanie plików: jak już dla kogoś coś robisz i stwierdzasz, że to już koniecznie wysyłasz plik.

Ola: Gotowe.

Piotr: Final albo gotowe, i potem jest Final 2, Final 17.

Ola: Tak, to jest Prime.

Piotr: Ja tylko chciałem powiedzieć, przepraszam, że się wciąłem, ale króciutko, że wyspa Johnstona składa się z lotniska.

Ola: Tak, dokładnie, ledwo mieści to lotnisko, ponieważ jest tam pas startowy, jakiś hangar i to wszystko.

Piotr: Nie twierdzę, że ma to znaczenie strategiczne, natomiast dokładnie, ta wyspa się składa z lotniska. Dziękuję, to mów dalej.

Ola: Otóż to. No i uwaga, w maju 1962 roku prezydent Kennedy, który został zapytany na konferencji prasowej, bo to już jest kolejny prezydent, już nie ma Eisenhowera, został zapytany o to, czy nie obawia się tego, w jaki sposób te próby jądrowe wpłyną na pasy Van Allena, odkryte całkiem niedawno. No to, jak wiadomo, JFK tryskał żartem, humorem.

Piotr: Przynajmniej oficjalnie.

Ola: Przynajmniej oficjalnie i rzekł na to, że Van Allen mówi, że to nie wpłynie na jego pasy. No i 2 miesiące później okaże się, że Van Allen, uwaga, się mylił.

0:26:18 Wybuch Starfish Prime

Piotr: Tu dżingiel wpadł, dlatego że Abi dostała kolejnego ataku towarzyskości. Abi, bujaj się, rany boskie, co za pasztur. No w każdym razie, wracając do tematu, nastąpił wreszcie dzień, kiedy ten cały wybuch miał mieć miejsce.

Ola: No i tam było lekkie zamieszanie, dlatego że dla części świata to była noc, dla innej części świata to już był dzień, dnia następnego. W związku z czym trzeba to bardzo wyraźnie rozgraniczyć.

Piotr: Zaraz o tym powiemy. W każdym razie jesteśmy na Hawajach, gdzie to nie było tak, że ta próba była tak tajna, że nikt nie wiedział, wręcz odwrotnie, raczej organizowano imprezy. Honolulu Gazeta napisała, że dzisiejszy wybuch atomowy może być olśniewający i że widoki zapowiadają się dobre. W hotelach urządzano na dachach imprezy, żeby z tych dachów móc obserwować te próby. Spodziewano się, bo już wcześniej były podejmowane różne tego typu próby, przy których okazywało się, że na przykład powstawała zorza polarna, co nie jest częste na Hawajach, sztuczna zorza polarna, więc spodziewano się właśnie stąd, tęczowa bomba, bo ona miała tu wywołać te wszystkie kolory i tak dalej.

Ola: Zresztą mówiliśmy w ósmym odcinku podcastu Crazy Nauka o nieprzewidzianych skutkach prób jądrowych i tam w ogóle możecie posłuchać więcej o takich imprezach, które były organizowane w Las Vegas i nie tylko, właśnie na pustyni w Nevadzie, gdzie ludzie z dachu oglądali kolejne i kolejne wybuchy jądrowe.

Piotr: Przemysł imprezowy. Nasze psy dostały rozstroju nerwowego.

Ola: Chyba musimy chwileczkę przerwy zrobić.

Piotr: Ja myślę, że może ja będę gadał, a ty im daj coś smacznego, może ja to w tym czasie wyluzuję.

Ola: Dobrze, uwaga.

Piotr: A ja w takim razie, Ola, mogę wreszcie mówić rzeczy, których… Jezus Maria, przepraszam. Zwykle to jest na koniec, ale dziś nasze psy mają jeden z tych trudnych dni, a potem ten temat wybuchów jądrowych jest szalenie ekscytujący. No więc spodziewano się nie wiadomo jakich widoków, zresztą Christofilos przewidywał, że będą rzeczywiście spektakularne efekty na niebie, natomiast nawet zadbano o ptaki. Nie wiadomo z jakim efektem, ale wiadomo, że kazano odpalać racę, żeby odwrócić uwagę ptaków, żeby one nie patrzyły w stronę tego wybuchu, żeby nie zostały oślepione, no bo ludzie byli przygotowani na to, co się będzie działo, mieli specjalne okulary i tak dalej, natomiast ptaki nie miały. Takie podjęto działania. No i tu, o czym Ola wspomniała, czasu lokalnego, hawajskiego, była to 23 wieczorem, 23 zwykle jest wieczorem, 8 lipca. Według czasu uniwersalnego to była 9 rano 9 lipca. Mówię o tym dlatego, że możecie spotkać czasami różne daty i są jakieś rozbieżności w czasie, jakby kogoś to jeszcze zainteresowało: to była 11 w Polsce 9 lipca.

Ola: Tak, tak, sprawdziłam. W 1962 roku też obowiązywał ten sam czas letni co obecnie, w związku z czym to była 11.

Piotr: No i rakieta Thor [? niepewne: TOR], ta sama rakieta, która wcześniej po 59 sekundach padła, tym razem nie padła, wystartowała ze znanego nam już i lubianego atolu Johnstona, czyli w samym środku Pacyfiku. To jest około 1300 kilometrów od Hawajów, od Honolulu.

Ola: No i ta rakieta wzniosła się na ponad 1100 kilometrów i wybuchła w drodze powrotnej już na poziomie 400 kilometrów ponad Ziemią. Czyli to jest ta sama wysokość, na której dziś lata Międzynarodowa Stacja Kosmiczna. Nie za duża wysokość. Międzynarodową Stację Kosmiczną często podziwiamy, oglądamy. Zresztą w naszym serwisie Crazy Nauka polecaliśmy Wam wielokrotnie podglądanie jej i tu trzeba powiedzieć, że to naprawdę nie jest daleko. Od startu do wybuchu minęło zaledwie 13 minut i 41 sekund, a kiedy ten wybuch nastąpił, miał moc niespełna 1,5 megatony. Czyli, brzydki to sposób porównywania, ale to było 100 razy więcej niż to, co wybuchło nad Hiroszimą. Niestety nie mamy takiego popularnego wskaźnika, tak się przyjęło mówić. Moglibyśmy opisowo wyrazić to tak, żeby wszyscy zrozumieli, jaka była skala tej eksplozji. No i to, co się działo w tych pierwszych sekundach: ten wybuch utworzył kulę gorącej plazmy, czyli zjonizowanego, przewodzącego prąd gazu, a taka plazma nie wpuszcza do środka pola magnetycznego, więc ten rozpychający się bąbel dosłownie wypychał na boki pole magnetyczne Ziemi, tworząc z nim coś na kształt dziury. W ciągu nieco ponad 1 sekundy ten bąbel urósł do gigantycznych rozmiarów i miał wzdłuż linii pola magnetycznego niespełna 2000 kilometrów, czyli ponad 3 długości Polski, a w pionie miał 680 kilometrów. Dodajmy, że nie sięgnął Ziemi, tylko to było w stronę kosmosu.

Piotr: 400 kilometrów ktoś mógł zaliczać, ale nie, to właśnie poszło bardziej w górę.

Ola: No i po zaledwie kilkunastu czy też kilkudziesięciu sekundach ten gigantyczny bąbel plazmy się zapadł, no i wtedy pole magnetyczne Ziemi wróciło na miejsce i zatrzasnęło w sobie to, co ten bąbel tak wysoko wyniósł. To zatrzaśnięcie się będzie bardzo ważne za chwilę. A dane o tym wszystkim, o czym w tej chwili powiedziałam, pochodzą z rakiet pomiarowych, które zostały wystrzelone razem z głowicą. I uwaga, te dane były tajne, bardzo tajne, przez ostatnie 44 lata. A o tym, gdzie leżały przez ten czas i w jaki sposób były przechowywane, chronione, opowiemy jeszcze bliżej końca tego odcinka.

Piotr: Co zobaczono na niebie? Nie było to aż tak spektakularne, jak można się spodziewać. Przede wszystkim z atolu Johnstona, czyli z tego rejonu, z którego wystrzelono rakietę, było na pewno widać biały błysk, ale sekundę później pojawił się tam czerwony, cętkowany dysk na niebie. Są zdjęcia, nie wyglądało to jakoś absolutnie fenomenalnie. Ten dysk się, można powiedzieć, rozmył, rozszedł po około 7 minutach. Z kolei z punktu, który był oddalony o 2600 km na zachód, było już widać zieloną kulę i coś, co opisano jako białe palce, które się wznosiły nad horyzont. To wynikało z jakiegoś rozprowadzenia tych wysokoenergetycznych cząstek. No i czerwona łuna, która ponoć pół nieba objęła. Z kolei nad Nową Zelandią, czyli aż 12 tys. km od wybuchu, kilka sekund po detonacji pojawiły się zorzowe, białe smugi, można powiedzieć. Więc aż po drugiej stronie równika to zjawisko było widoczne. Odnotowano też zaburzenia magnetyczne praktycznie na całej Ziemi w ciągu kilku minut po wybuchu, natomiast nic nie było słychać. Co nie jest może wielkim zaskoczeniem, jeżeli się zastanowimy, bo oczywiście na filmie amerykańskim by strasznie grzmotnęło i załomotało, a tymczasem tu było zupełnie cicho, bo na tych 400 km nie ma powietrza, więc nie wytworzyła się fala ciśnienia, która by dotarła do nas w postaci takiego grzmotu.

Ola: No zaraz, zaraz, a w Star Warsach, jak latają te statki kosmiczne, to tam jest bzium.

Piotr: No bo to jest inny kosmos.

Ola: Jak ten statek Imperium leci.

Piotr: Bzium to jeszcze będzie w dzisiejszym odcinku. Poza oczywiście bzium, który wytwarzają nasze psy.

Ola: Oraz tymi cyknięciami, bo psy mają na sobie obroże i te ich [? niepewne: adresatki] podczas odtrząsania się i drapania tak tłuką o różne inne części uprzęży.

Piotr: O nasze nerwy tłuką. No tak, ale z punktu widzenia wizualnego, ja bym chętnie coś takiego zobaczył, ale bez przesady.

Ola: No ale te zaburzenia magnetyczne zostały zarejestrowane dosłownie na całym świecie i w ciągu 3 minut były już odnotowywane. Boże, psy, co się dzieje? Co jest z wami nie tak? I tutaj warto przytoczyć wypowiedź świadka, który jest fizykiem jądrowym w Lawrence Livermore w Kalifornii. Wtedy jeszcze nie był, wtedy był dzieckiem. Nazywa się Greg Spriggs i oglądał ten wybuch z najwyższego punktu atolu Midway. Przypominam, to jest jedno z tych miejsc, które są we władaniu Stanów Zjednoczonych i gdzie również przeprowadzano różne testy jądrowe i tam są bazy wojskowe i tak dalej. Ojciec Grega Spriggsa zabrał tam całą rodzinę, spodziewając się tego, że coś tam błyśnie, coś się być może pokaże, ale nie będzie to jakoś mocno spektakularne. A tymczasem mały Greg zobaczył, że całe niebo się rozświetliło we wszystkich kierunkach. Wyglądało wszystko jak w południe, a dodajmy, że była to noc.

Piotr: Zależy gdzie.

Ola: Ale właśnie tam była noc.

Piotr: Wyglądało jak w południe w Polsce.

Ola: No i jeszcze warte odnotowania jest to, że przez wiele dni po tym wybuchu o zmierzchu nad atolem Johnstona widać było światło rozpraszane na licie, czyli tym pierwiastku, który pochodził ze szczątków bomby. Ta bomba pozostawiła po sobie świecącą smugę na całe tygodnie.

0:37:01 Sztuczny pas radiacyjny i zniszczone satelity

Piotr: To teraz spójrzmy wreszcie na te magnetyczne efekty tego wszystkiego. Jak już mówiliśmy, są pasy Van Allena, czyli takie naturalne, można powiedzieć, obszary wychwycenia cząstek wysokoenergetycznych przez pole magnetyczne Ziemi. Są dwa takie pasy: wewnętrzny, gdzie głównie krążą protony, i zewnętrzny, gdzie są głównie elektrony. Właśnie James Van Allen w 1958 roku to odkrył.

Ola: W pierwszej połowie roku nawet, a my mówiliśmy o tych [? niepewne: w Małkini]. A te testy późniejsze, o których mówiłam, dotyczące tych trzech próbnych eksplozji, miały miejsce w późniejszych miesiącach 1958 roku.

Piotr: W każdym razie te cząstki tam krążą i rzeczywiście, jeżeli coś przekracza te pasy Van Allena, to jest narażone na dodatkowe promieniowanie, ale nie jest to nic strasznego. To nie jest tak, że człowiek, czyli ludzie lecący na Księżyc, a to jest, tak jak już wspominałem, jeden z koronnych argumentów, że nie da się polecieć na Księżyc, że się nie da przekroczyć pasów Van Allena. Da się, jest to uwzględnione, jest to nieco podwyższona dawka promieniowania, ale nie taka, która by była jakoś szczególnie groźna. Więc te pasy Van Allena, już tak dla porządku, dwa istnieją, są od dawna, nigdzie się nie wybierają, natomiast tu się pojawiło coś dodatkowego.

Ola: No właśnie, bo ta detonacja bomby, można powiedzieć, dorobiła Ziemi kolejny pas, sztuczny tym razem, ale, jak już wspomnieliśmy, z całkiem naturalnych elektronów złożony.

Piotr: Tak, zupełnie identyczne z naturalnymi.

Ola: No tak, identyczne z naturalnymi, bo po rozszczepieniu jądra, podczas wybuchu jądrowego, zostają uwolnione wysokoenergetyczne elektrony wskutek różnych reakcji, które zostają następnie uwięzione albo też złapane przez pole magnetyczne Ziemi. Ten zapadający się bąbel plazmy, o którym również wspominałam, dodatkowo zatrzasnął wewnątrz część tych elektronów na liniach pola magnetycznego, sięgających znacznie dalej niż samo miejsce wybuchu i dlatego w efekcie powstał pas radiacyjny bardzo szeroki, zamiast, jak można by się spodziewać, cienkiej obwódki, która by opasywała Pacyfik i dalej szła wzdłuż linii pola magnetycznego. No i w ciągu kilkudziesięciu minut z tego jednego punktu nad Pacyfikiem powstała kompletna obręcz, która opasywała całą Ziemię. Już pierwszy pomiar tej powłoki mamy z 42 minuty po wybuchu. Ta obserwacja była zrobiona z satelity znajdującego się nad Afryką. I tutaj jeszcze warto powiedzieć o liczbach, które mogą dotyczyć tego, co w tym kosmosie się pojawiło wskutek tego wybuchu. Jak naukowcy obliczyli, wypuścił on, czy też wygenerował w kosmosie około 10²⁹ elektronów. Bardzo, bardzo, bardzo dużo. Naukowcy poszli o krok dalej, przemnożyli to przez masę elektronów i wyszło około 91 gramów. Czyli cały ten ładunek, który, lekki spoiler alert, na lata zmienił otoczenie magnetyczne Ziemi, ważył mniej niż tabliczka czekolady.

Piotr: Dzień dobry, pani Kasiu, pani da 10 deko elektronów. Tu jest ważne rozróżnienie, dlatego że jak się czyta o tym zjawisku, o tym, co tam się działo, to często jest to mylone. Bo bardzo często można przeczytać o impulsie elektromagnetycznym, który narobił niewiarygodnych szkód. No więc to nie tak. Rzeczywiście w wyniku tej eksplozji powstał bardzo krótki, mikrosekundowy impuls elektromagnetyczny. Przede wszystkim on działał, można powiedzieć, w linii wzroku. Czyli dotarł tam, skąd było widać tę eksplozję. Widać ją było z daleka, bo była na dużej wysokości. Tym niemniej nie to, że całą Ziemię otoczył, czy coś takiego. I on rzeczywiście doprowadził do pewnych uszkodzeń instalacji elektrycznych na Ziemi. Na przykład wiadomo, że na Hawajach wywaliło bezpieczniki w około 300 latarniach ulicznych. Wiadomo, że się włączyły jakieś alarmy antywłamaniowe, takie rzeczy. Wiadomo, że padło jedno łącze telefoniczne. No i właściwie tyle. To znaczy nie jest prawdą, że ten impuls wywołał jakieś straszliwe straty. Nie jest prawdą to, co też można miejscami wyczytać, że był pełen blackout na Hawajach i w ogóle nie wiadomo co. Nie było czegoś takiego.

Natomiast wydarzyło się coś, czego się nie spodziewano i nie w tej formie. Mianowicie ten pas radiacyjny, który powstał wokół Ziemi, ten dodatkowy, zaczął niszczyć satelity. I znowu, nie zniszczył satelitów od razu. To nie było tak, że hop, siup i satelity zostały zniszczone. Tylko im się zbierało. To znaczy, kiedy przelatywały przez ten obszar zagęszczenia elektronów, bo, tak jak już wcześniej wspominałem, ten szalony Grek powyliczał, gdzie te elektrony będą bardziej zagęszczone, gdzie mniej, a to wynika z takiego zjawiska, o którym już nie będziemy opowiadać, zwierciadła magnetycznego, które tworzy Ziemia. Więc to zagęszczenie elektronów nie jest równomierne. I te satelity, kiedy przelatywały przez ten obszar, to im się zbierało. Czyli wysokoenergetyczne cząstki stopniowo uszkadzały ich układy. Zaraz o tym jeszcze powiemy. Natomiast nie przewidziano tego. Nie przewidziano tego przede wszystkim dlatego, że dane, które uzyskano z tych wcześniejszych prób, tych robionych nad Atlantykiem, były bardzo kiepskie. A też modele, na których to szacowano w latach 60., były niezwykle prymitywne. Przypominam, że komputery nie bardzo w tym czasie jeszcze. Też jest tak, że jak już wspominaliśmy, ten test był zaprojektowany tak, żeby posłużył dokonaniu wspaniałych pomiarów. No więc ponieważ troszkę niedoszacowano jego siły, te urządzenia pomiarowe, które służyły wykonaniu tych wszystkich badań, wywaliły im skalę, można powiedzieć. To znaczy, impuls był tak silny, że nie udało się go dokładnie zmierzyć, bo był zbyt silny jak na możliwości tamtego sprzętu.

Ola: To lekka ironia, bo przecież miał służyć zmierzeniu ten wybuch, ta próba. No więc zmierzyli. No i teraz wróćmy na chwilę do satelitów. Wówczas na orbicie okołoziemskiej znajdowały się 24 satelity. I to było wszystko. Tłoku nie było. Przez jakiś czas po tym wybuchu wszystko wyglądało całkiem dobrze. Wszystkie satelity miały się świetnie. A potem zaczęły się problemy, kłopoty. W ciągu kolejnych tygodni i miesięcy przestało działać, uwaga, 6 do 7 satelitów. Dlaczego 6 do 7? Dlatego że wśród nich był radziecki satelita. I tam oczywiście wszystko tajne przez poufne, więc nie wiadomo, czy on ostatecznie został zniszczony, czy Rosjanie sami go zniszczyli. Jak nie wiadomo, o co chodzi, to wiadomo, że to u Rosjan. Dodajmy, że to była jedna trzecia wszystkich krążących wokół Ziemi satelitów. Więc to nie przelewki, powiedzmy sobie szczerze, lekka katastrofa, jeśli chodzi o skutki jakiegoś tam sobie testu jądrowego. A jak zmierzono, o ile więcej elektronów się zrobiło na orbicie, to ich stężenie, dawka, jak to można ująć, zwiększyło się jakieś 225 razy względem stanu sprzed wybuchu. Więc powiedzmy sobie szczerze, tak jak wówczas, za pierwszym razem, podczas operacji Argus przeszacowano być może skutki tych prób, to teraz zdecydowanie ich niedoszacowano.

Piotr: I chyba najsłynniejszą ofiarą stał się satelita Telstar. To jest satelita telekomunikacyjny. Pierwszy, można powiedzieć, niewojskowy, pierwszy cywilny satelita telekomunikacyjny. Wystartował dzień po wybuchu. Tak to było zaplanowane już wcześniej. Ten start oczywiście nie dlatego był, że był wybuch, tylko tak planowali. No i nie wiedziano, co tam się dzieje w tym kosmosie.

Ola: Było wszystko tajne przez poufne, mimo że to Stany Zjednoczone, a nie ZSRR.

Piotr: Wiadomo było, że był wybuch, ale nie było wiadomo do końca, co tam się działo. Więc on wleciał wprost w te sztuczne pasy i dobrze mu to nie zrobiło. Ja tylko powiem tak: zobaczcie sobie, jak wygląda Telstar 1, czy jak wyglądał. Ponieważ jeżeli ktoś się sugerował, tworząc Gwiezdne Wojny, wyglądem czegokolwiek, to bez wątpienia był to Telstar 1. Telstar 1 wygląda jak obiekt absolutnie z Gwiezdnych Wojen w 100%. Więc tu pozdrowienia dla Pana, który wymyślał te wszystkie obiekty gwiezdnowojenne.

Ola: I nie zdradzimy Wam, jaki to obiekt jest. Jak spojrzycie, to od razu będziecie wiedzieli. I to nie jeden obiekt z Gwiezdnych Wojen, znaczy ze Star Warsów, był wzorowany właśnie na tym satelicie.

Piotr: Absolutnie, to totalnie widać. W każdym razie był to satelita należący do AT&T. I taka naprawdę wielka duma, dlatego że dokonał pierwszej transmisji telewizyjnej przez Atlantyk. Właśnie to, co jest w tej chwili normą zupełnie. Z ciekawych rzeczy: ponieważ wiedziano o niszczycielskim wpływie promieniowania kosmicznego na układy elektroniczne, na pokładzie miał 7 takich tranzystorów, które były specjalnie tam umieszczone po to, żeby badać wpływ tego promieniowania. I one były umieszczone za osłonami o trzech różnych grubościach. Po to, żeby sprawdzić, jak te osłony są w stanie chronić te tranzystory. No więc poszło z gruzem, dlatego że promieniowanie z tych pasów, znaczy tylko z tego pasa sztucznego, spowodowało zniszczenie tranzystorów w tym module, który odpowiadał za sterowanie z Ziemi. Więc ten satelita działał, w ogóle całkiem sobie sprawnie poczynał, tyle tylko że nie było z nim kontaktu, co przy satelicie telekomunikacyjnym jest niejakim problemem.

Ola: Być może.

Piotr: Także stał się słynną ofiarą. Oni tam wymyślili jakiś sposób na obejście tego i przez jakiś czas udawało się nim sterować, ale finalnie po 7 miesiącach zamilkł ostatecznie, co nie było satysfakcjonujące dla firmy AT&T, która wyłożyła na to naprawdę potworną kupę kasy.

Ola: U pozostałych satelitów ten mechanizm zniszczenia był znacznie prostszy niż u Telstara 1. Otóż po prostu promieniowanie systematycznie degradowało w nich ogniwa słoneczne, aż po prostu finalnie brakło im prądu.

Piotr: Każdy przelot po trochu je uszkadzał.

Ola: Po trochu, po troszeczku, po kawałeczku. Wśród tych straconych satelitów był na przykład brytyjsko-amerykański satelita naukowy. To był pierwszy międzynarodowy satelita w historii. Zresztą duma brytyjskiej nauki, bo Amerykanie już wcześniej mieli swoje satelity naukowe. Ponadto były amerykańskie satelity wojskowe. W związku z czym, chcąc zniszczyć radziecki program Gwiezdnych Wojen, to był pomysł Reagana, a tutaj jeszcze o tym nie było mowy, natomiast chcąc pozbawić Rosjan możliwości wysyłania rakiet międzykontynentalnych, armia Stanów Zjednoczonych sama się pozbawiła satelitów wojskowych, w tym satelity nawigacyjnego dla marynarki wojennej oraz satelitów badawczych. I tutaj jest taka, można powiedzieć, ironia, bo ten satelita nawigacyjny dla marynarki wojennej miał na pokładzie zapasowe źródło zasilania. Ono było radioizotopowe. To była taka awaryjna bateria jądrowa. I ona, jak na złość, padła miesiąc przed tym wybuchem kosmicznym. Ale gdyby działała, ten satelita mógłby z dużym prawdopodobieństwem przeżyć utratę ogniw słonecznych, no bo temu radioizotopowemu źródłu zasilania ten sztuczny pas radiacyjny, ani naturalny, mógłby nagwizdać, nie byłby w stanie nic zrobić.

A co przetrwało? Przetrwał satelita kanadyjski. To był pierwszy satelita zbudowany przez inny kraj niż Stany Zjednoczone i Związek Radziecki. Wspomniałam o udziale brytyjskim, więc tutaj w kooperacji był ten brytyjsko-amerykański, ale to był pierwszy samodzielny satelita z innego kraju. I on był wystrzelony już po wybuchu, we wrześniu 1962 roku. Oczywiście to też nie tak, że ktoś planował go wystrzelić po wybuchu. Po prostu planowano go wystrzelić. W związku z czym Kanada nie była świadoma najprawdopodobniej tego, co tam się dzieje. I ten satelita działał latami w sposób absolutnie zaskakujący. Dlaczego to się udało? Otóż kanadyjscy inżynierowie, wiedząc, że projektują coś, co będzie ich popisem na arenie międzynarodowej, satelitę, który będzie reprezentował ich możliwości techniczne, zaprojektowali jego zasilanie, można powiedzieć, absurdalnie zachowawczo. Dali mu taki zapas mocy, że ten satelita mógł stracić aż 40% wydajności swoich ogniw słonecznych i dalej mógł normalnie pracować. To akurat była wybitna rozrzutność w tym czasie, kiedy każdy gram, każdy wat był na wagę złota i w związku z tym wyniesienie go na orbitę kosztowało zapewne znacznie więcej. Ale ktoś się uparł zapewne, żeby tę rezerwę stworzyć, i się okazało, że ten wszelki wypadek właśnie nastąpił. I dzięki temu ten kanadyjski satelita działał całymi latami później.

0:52:46 Zakaz prób, ochrona elektroniki i taśmy Dyala

Piotr: Po tym eksperymencie podjęto decyzję o częściowym zakazie prób jądrowych w atmosferze, pod wodą i w kosmosie. Oni tam co chwilę podpisywali, potem łamali i tak dalej. W 1963 roku USA, ZSRR i Wielka Brytania podpisały taki zakaz. Przy okazji Amerykanie nauczyli się, co dla nich bardzo cenne, wykrywać cudze detonacje jądrowe w kosmosie, bo dostali tu już całą porcję informacji. Nawet jeżeli im te pomiary nie do końca wychodziły, to oczywiście był też sposób na to, żeby kontrolować, czy ten zakaz prób jądrowych jest przestrzegany.

Ola: A aparatura pomiarowa została też skonstruowana z myślą o tych próbach i sam Van Allen, jak już wspominaliśmy, brał udział w wyposażaniu jednego z satelitów w takie przyrządy pomiarowe, w związku z czym oni mieli gotową maszynę do wykrywania, do kontrolowania przestrzeni kosmicznej.

Piotr: No i też ta śmierć satelitów, powolna śmierć, bo one, tak jak mówiliśmy, degradowały się stopniowo, pchnęła bardzo mocno dziedzinę badań i w ogóle technologii polegającą na zabezpieczaniu elektroniki przed promieniowaniem. To jest tak, że nawet jeżeli nie zrobimy czegoś głupiego w kosmosie i nie odpalimy tam czegoś, to promieniowanie kosmiczne jest na tyle mocne, że jest to poważny problem, w związku z czym projektuje się rozmaite układy tak, żeby były na to odporne. To jest zarówno kwestia zabezpieczania ich, ekranowania odpowiedniego, ale też w jakimś stopniu upraszczania. O tym kiedyś opowiadaliśmy, że wiele z tych obiektów, które lecą w kosmos, jest opartych na elektronice, która wydaje się przestarzała. To znaczy, na przykład nie stosuje się tam procesorów, które są trawione w technologii najnowocześniejszej albo nawet trochę mniej nowoczesnej, dlatego że jeżeli mamy zbyt cienkie te ścieżki, po których ten prąd sobie biega, to one są bardzo podatne na uszkodzenia. W związku z czym to raczej jest case tej Nokii 3210, którą można po prostu rozwalić mur, rzucając, więc to jest jeden z elementów, ale oczywiście to jest znacznie dłuższa i ciekawsza opowieść. Były jeszcze późniejsze testy, ale one już były prowadzone ze znacznie mniejszymi mocami, bo zdawano sobie już sprawę, że takie megatonowe eksplozje powodują efekty, które są nie do opanowania.

Ola: A ja chcę jeszcze wrócić do wątku tych danych na temat pola magnetycznego, które były rejestrowane podczas tego wybuchu i tego, że zniknęły, zostały gdzieś schowane w tajnym miejscu na 44 lata. Za ten fragment historii odpowiada niejaki Palmer Dyal. To był fizyk, który podczas testu Starfish Prime kierował rejestracją tych danych na temat pola magnetycznego. Jego zespół obsługiwał tę aparaturę znajdującą się na rakietach pomiarowych.

Piotr: Żeby nie było, że nic nie zarejestrowali.

Ola: Dużo zarejestrowali. Bardzo dużo zarejestrowali. Właśnie ta głowica była wyposażona w te dodatkowe instrumenty pomiarowe. Można powiedzieć, że mamy do czynienia tutaj z człowiekiem, który osobiście zebrał te najlepsze dane z jednego dobrze zmierzonego wybuchu jądrowego w kosmosie. No i cóż, co się okazało? Co się stało z tymi danymi? Otóż po podpisaniu tych wszystkich traktatów o zaprzestaniu testów jądrowych w 1963 roku program się skończył, a zespoły, które w nim pracowały, zostały rozwiązane. I pan Palmer Dyal został z pudłem kartonowym z taśmami magnetycznymi, które były wypełnione po brzegi danymi z tego wybuchu jądrowego w kosmosie.

Piotr: Widzę to, jak on tak stoi z tym pudłem.

Ola: Być może to było więcej pudeł. W każdym razie ja go sobie tak wyobrażam, że właśnie wtedy zastanawia się, tak stoi, rozgląda się. Tak trochę jak John Travolta z tym płaszczem przewieszonym przez ramię. I decyduje, co z tym zrobić. No i odkłada je do własnego garażu w Kalifornii. Nie to, że poszedł, nie wiem, wykradł tajne dane, zawiązał spisek mający na celu wyciągnięcie tych taśm magnetycznych. Dodajmy, to są czasy epoki analogowej, a nie cyfrowej, więc taśmy. Całe pudło albo pudła, po prostu nikt ich nie chciał, nikt ich nie potrzebował, nikt o nie nie pytał. Przez ponad 40 lat. I dopiero na początku lat dwutysięcznych jedna z rządowych agencji, ta zajmująca się zagrożeniami jądrowymi, zaczęła się interesować tym, co mogło się stać z tymi taśmami. I miała to szczęście, że mogła jeszcze zapytać emerytowanego już Palmera Dyala, czy aby na przykład wciąż ma te taśmy w swoim garażu. Szczęśliwie miał. I czy na przykład nie zechciałby przeanalizować tych nagrań na potrzeby współczesne. No i w roku 2006 zakończył tę analizę, dane z tych wszystkich taśm magnetycznych zostały opublikowane i opisują to zjawisko, które zaszło wówczas w kosmosie, od 0,1 milisekundy po starcie do 16 minut po detonacji. Jest to niezwykle drobiazgowa analiza. Dodajmy, że chyba jak dotąd jedyna w historii.

Piotr: No tak, z takim zapisem.

Ola: Z takim zapisem.

Piotr: Natomiast co ciekawe, już zupełnie współcześnie zespół z Lawrence Livermore w Kalifornii…

Ola: To jest instytut, który od lat był związany z tymi badaniami dotyczącymi pasów radiacyjnych.

Piotr: Tak jest. Oni przygotowali symulację komputerową, no bo w tych czasach komputery dawały radę, która miała za zadanie odtworzyć możliwie dokładnie te wydarzenia nad Pacyfikiem, oczywiście od naukowej strony, sprawdzając, co tam, w którą stronę leciało i dlaczego. Jak już opracowali ten scenariusz, to udało im się go potwierdzić właśnie zestawieniem z tymi danymi z taśm Dyala. Dzięki temu, że znalazły się te taśmy, można było stwierdzić, że to, co oni opracowali, jest rzeczywiście niezwykle dokładne. Pierwsze wyniki się pokazały w 2022 roku, a w 2024 i 2025 były z tego recenzowane publikacje naukowe. I rzeczywiście to, dokładnie to, co wiemy o tej sferze, która wypchnęła, można powiedzieć, promieniowanie ziemskie, później się zamknęła, i ten impuls elektromagnetyczny, to wszystko są rzeczy, które zarówno wiemy z tej symulacji, stąd możemy je teraz dokładnie odtworzyć, jak i zostały potwierdzone danymi z taśm. Oczywiście te obliczenia proste nie były. Superkomputery, tam 10 tysięcy rdzeni i tak dalej. Żeby 2 minuty tego zjawiska odtworzyć, wtedy było potrzeba około 2 do 3 dni prowadzenia obliczeń. Tak się szacuje, że mniej więcej 2 tysiące razy wolniej ten komputer to oblicza, niż to się działo w rzeczywistości. To jest spodziewane, co i tak jest bardzo dobrym wynikiem, bo te ówczesne superkomputery zdecydowanie dają radę. W każdym razie po 60 latach udało się bardzo dobrze przeanalizować to, co zdarzyło się w tym 1962 roku, i jednocześnie to potwierdzić. Zresztą to jest bardzo ciekawy obszar nauki, dlatego że spora część superkomputerów właśnie do tego służy, żeby symulować takie zjawiska, których wcale nie chcemy przeprowadzać w rzeczywistości. Stąd to nie znaczy, że w tej chwili już się nie prowadzi badań nad próbami jądrowymi, eksplozjami jądrowymi, tylko się je prowadzi po prostu w inny sposób. Od czasu do czasu ktoś gdzieś coś odpali. Są ciekawe opowieści o Izraelu, chyba mieliśmy kiedyś o tym, o ile pamiętam. Natomiast większość z tego przejęły superkomputery.

1:01:52 Zagrożenie dla satelitów, czyszczenie pasów i zakończenie

Ola: Nam w spadku pozostał bałagan sprzed ponad 60 lat, który w zasadzie trzeba jakoś posprzątać. Pocieszające jest to, że ten sztuczny pas w najbardziej nasilonej formie utrzymywał się według części pomiarów około dekady. Już na szczęście nie jest aktywny tak mocno. Natomiast trzeba wziąć pod uwagę to, że to, co się wtedy wydarzyło wskutek testu jądrowego, po pierwsze może się powtórzyć wskutek czyjegoś ataku celowego albo wskutek kolejnych jakichś nierozważnych działań, które mogą wywołać takie skutki. Teraz mamy na różnych orbitach wokół Ziemi kilkanaście tysięcy aktywnych satelitów.

Piotr: Przybywa ich bardzo intensywnie.

Ola: Bardzo intensywnie, bardzo dużo. Mamy opartą na danych satelitarnych nawigację, łączność, pogodę, dane wojskowe, wywiadowcze. To wszystko jest uzależnione od tego, co nam krąży po orbicie. Powstał w ubiegłym roku raport z przeznaczeniem dla amerykańskich administracji i według tegoż raportu nawet wybuch rzędu stu kilkudziesięciu kiloton, czyli ułamek tego, co wybuchło w ramach operacji Starfish, mógłby zagrozić nawet jednej piątej tych satelitów, które są obecnie na niskiej orbicie ziemskiej. Dodajmy, ta niska orbita ziemska to jest wciąż ta orbita, na której znajduje się również Międzynarodowa Stacja Kosmiczna i wiele, wiele innych urządzeń. Tutaj oczywiście pojawiają się głosy ze strony wojska. Wojskowi mówią o scenariuszu kosmicznego Pearl Harbor, czyli państwo, które samo w sobie nie wysłało żadnego satelity w kosmos, na orbitę okołoziemską, nie ma nic do stracenia, w związku z czym mogłoby wykonać taki manewr.

Piotr: Jednocześnie ma broń jądrową, jest takie państwo.

Ola: Do niedawna była to właśnie Korea Północna, ale ona też coś swojego wysłała na orbitę, w związku z czym jest szansa, że nie chciałaby tego niszczyć, chociaż trudno czasami nadążyć za różnymi dyktatorami w państwach typu Korea Północna.

Piotr: Pytanie, czy w ogóle da się taki pas radiacyjny jakoś rozbroić? Nie jest to łatwe. W naturalny sposób to są fale radiowe płynące z kosmosu, które wchodzą w rezonans z takimi elektronami i sprawiają, że one tracą energię i trafiają do atmosfery. To jest między innymi jeden ze sposobów, w który to się dzieje. Natomiast to oczywiście dobrze działa przy takich niezbyt rozbudowanych pasach, tak jak te naturalne pasy Van Allena. Przy wybuchu jądrowym, jak wiemy, byłoby to znacznie mocniejsze. Tu kluczową rolę odgrywają fale o bardzo niskiej częstotliwości. One są znane jako whistler waves, czyli od gwizdka. Dlaczego tak się nazywają, to właśnie teraz usłyszycie. To jest oczywiście przełożenie częstotliwości tych fal radiowych na dźwięk. Prowadzone są eksperymenty, które mogłyby w jakimś stopniu zaradzić wytworzeniu takich sztucznych pasów, czyli tworzenie fal o bardzo niskiej częstotliwości czy to z powierzchni Ziemi, czy też wytwarzanie ich na orbicie. Tak czy inaczej, trudno bardzo powiedzieć, czy taki system by coś konkretnie zmienił, dlatego że na pewno nie jest to sposób, który pozwoliłby oczyścić te pasy radiacyjne, zlikwidować je w krótkim czasie. Znaczna część satelitów najprawdopodobniej by poległa, przynajmniej została uszkodzona.

Ola: Tu pojawia się pytanie, ile wynieśliśmy z tej historii jako ludzkość? Trochę pokory, ale też zakaz wykonywania prób jądrowych w kosmosie z 1963 roku obowiązuje do dziś. Bardzo dobrze. Pytanie, co by było, gdyby komuś się zechciało go złamać, czy ktoś by zareagował, jak by to miało wyglądać. Kolejna rzecz to to, o czym Piotrek mówił przed chwilą, czyli uodparnianie elektroniki na promieniowanie kosmiczne. To, co rzeczywiście wielką uwagę skupia zarówno podczas misji satelitarnych, jak i przy misjach załogowych na Międzynarodową Stację Kosmiczną chociażby. No i właśnie ta pokora, która być może powinna tu być na pierwszym miejscu, ta świadomość, że środowisko kosmiczne wokół Ziemi można w jakiś sposób zepsuć.

Piotr: No tak, plus to, ale to już też nam za wiele nie pomogło, że czasami możemy być bardzo pewni, że coś nie jest groźne, a groźne się okazuje. Na przykład były takie już wcześniejsze zdarzenia typu Castle Bravo, o ile pamiętam, mówiliśmy o tym, czyli kolejna eksplozja, która miała być inna, a wyszła inna. Więc stopniowo się nauczyliśmy, że niestety czasami nie bardzo nam wychodzi przewidywanie pewnych zjawisk.

Ola: No i tutaj warto powiedzieć, że po tych 64 latach od tej nieszczęsnej próby w kosmosie wciąż nie wiadomo z całą pewnością, jak by można było ten kosmos oczyścić, te nasze orbity posprzątać po tym bałaganie, który sami moglibyśmy zrobić, i czy to w ogóle byłoby możliwe.

Piotr: Przynajmniej udało nam się zrobić całkiem niezłą symulację komputerową i to chyba jest największe osiągnięcie w tej dziedzinie.

Ola: To prawda, i to dzięki pracy naukowców i wytrwałości pewnego pana, który przez ponad 40 lat zdecydował się nie wyrzucać pewnych kartonów z taśmami magnetycznymi.

Piotr: Mamy za kilka dni sprzątać u nas w garażu, może nie sprzątajmy lepiej, bo tam może być coś, co jest… Syf w naszym garażu przekracza wszelkie możliwości ludzkości, natomiast pomyślałem, że może jest tam coś bezcennego i jak wyrzucimy to, to potem będzie gigantyczna strata dla ludzkości.

Ola: Ja podejrzewam bursztynową komnatę albo złoty pociąg.

Piotr: Albo jedno i drugie.

Ola: To tyle na dziś. Przypominamy oczywiście, że jeśli cenicie to, co robimy, to może zechcielibyście rozważyć dołączenie do grona naszych patronek i patronów. To byłoby dla nas ogromnym wsparciem. Oczywiście dziękujemy wszystkim tym, którzy do grona patronek i patronów już należą.

Piotr: I bardzo polecamy podcasty tworzone we współpracy z Polskim Radiem, czyli Laboratorium Zbrodni i Sekcję Teorii Spiskowych. Te teorie spiskowe można też obejrzeć na YouTubie, a w ogóle to na stronie Polskiego Radia i na Spotify. Bardzo polecamy.

Ola: A słowo na dziś to rozgwiazda.

Piotr: No, to cześć. Trzy się doczekały. Tydzień temu nie było tych dźwięków.

Źródła

https://www.science.org/content/article/us-tests-ways-sweep-space-clean-radiation-after-nuclear-attack

https://www.aps.org/apsnews/2022/11/electromagnetic-pulse

https://www.discovermagazine.com/the-50th-anniversary-of-starfish-prime-the-nuke-that-shook-the-world-238

https://nepp.nasa.gov/files/26652/2015-561-Stassinopoulos-Final-Paper-Web-HEART2015-STARFISH-supplemental-TN26292.pdf

https://www.nationalgeographic.com/premium/article/why-the-us-once-set-off-a-nuclear-bomb-in-space-called-starfish-prime

https://en.wikipedia.org/wiki/Starfish_Prime

https://en.wikipedia.org/wiki/Van_Allen_radiation_belt

https://timesofindia.indiatimes.com/science/the-day-the-us-exploded-a-nuclear-bomb-in-space-and-created-an-artificial-radiation-belt/articleshow/132556453.cms

Źródła