Podcast Crazy Nauka · odc. 32

7 słynnych erupcji wulkanów

01-08-2023 · 111 min · Tematyczny, Katastrofy, Żywioły i geologia

Okładka odcinka

Tu jest treść z serwisu Spotify. Po jej włączeniu Spotify otrzyma Twój adres IP i może zapisać w przeglądarce pliki cookies.

Posłuchaj też na:

Wracamy do naszej ulubionej konwencji katastroficznej. Opowiemy Wam o erupcjach wulkanów – tych największych w spisanej historii, ale też np. najgłośniejszych oraz takich, które wywołały przewroty polityczne w niekiedy odległych zakątkach świata.

Dowiecie się m.in.
🌋 Jaki był najgłośniejszy dźwięk odnotowany w historii?
🌋 W jaki sposób erupcja wulkanu mogła przyczynić się do wybuchu Rewolucji Francuskiej?
🌋 I co ma wspólnego indonezyjski superwulkan z ewolucją Homo sapiens?

Wybraliśmy te erupcje, które były naszym zdaniem znaczące, fascynujące od typowo naukowej strony, ale też takie, które zyskały rozgłos – z różnych powodów.

Uwaga – w tym odcinku nie będzie prawie nic o Wezuwiuszu i Pompejach!

To zestawienie w żadnym wypadku nie wyczerpuje tematu, więc zastrzegamy sobie możliwość nagrania kolejnych "wulkanicznych" odcinków 😁

Dziękujemy szczególnie naszemu patronowi – ManukUnta za wsparcie!

(0:00) Cześć 🙂
(4:38) Krakatau – 1883
(21:19) Laki – 1783
(37:15) Tambora – 1815
(50:39) St. Helens – 1980
(1:16:20) Toba – 74 tys. lat temu
(1:28:38) White Island – 2019
(1:38:22) Pinatubo – 1991

Przygotowując ten odcinek podcastu, korzystaliśmy z badań naukowych oraz naszych artykułów na blogu, które napisaliśmy oczywiście w oparciu o źródła naukowe (i te źródła tam znajdziecie):

agupubs.onlinelibrary.wiley.com/doi/10.1029/2011JB008253
ncei.noaa.gov/news/day-historic-krakatau-eruption-1883
link.springer.com/article/10.1007/s00445-002-0250-1
pl.wikipedia.org/wiki/Krakatau
nhm.ac.uk/discover/the-1883-krakatau-eruption-a-year-of-b…
soe.uoguelph.ca/webfiles/gej/AQ2017/Gruber/index.html
ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC6773710/
en.wikipedia.org/wiki/Anak_Krakatoa
bbc.com/news/science-environment-46707731
discovermagazine.com/environment/the-loudest-sound-ever-h…
crazynauka.pl/wybuch-wulkanu-ktory-wywolal-rewolucje-fran…
crazynauka.pl/tambora-wulkan-ktory-spowodowal-zime-na-ziemi/
en.wikipedia.org/wiki/Year_Without_a_Summer
en.wikipedia.org/wiki/1815_eruption_of_Mount_Tambora
volcano.si.edu/volcano.cfm?vn=264040
archive.org/details/memoiroflifepubl00raff/page/n5/mode/2…
crazynauka.pl/mount-saint-helens-co-wiemy-o-jednej-z-najw…
youtu.be/MBz9hU8P3sA
en.wikipedia.org/wiki/1980_eruption_of_Mount_St._Helens
mountsthelens.com/history-1.html
link.springer.com/article/10.1007/BF02597228
ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC3657767/
sciencedirect.com/science/article/abs/pii/S10406182110058…
web.archive.org/web/20111020172935/http://pubs.giss.nasa.…
web.archive.org/web/20111020172935/http://pubs.giss.nasa.…
ui.adsabs.harvard.edu/abs/2009JGRD..11410107R/abstract
nature.com/news/2007/070702/full/news070702-15.html
sciencedirect.com/science/article/abs/pii/S00310182090042…
smithsonianbooks.com/store/science-nature/when-humans-nea…
tiktok.com/@stephaniecoral96
en.wikipedia.org/wiki/2019_Whakaari_/_White_Island_eruption
britannica.com/event/White-Island-volcanic-eruption-of-2019
crazynauka.pl/gigantyczny-wybuch-wulkanu-pinatubo-ktory-w…
globalnation.inquirer.net/100047/filipinos-pinatubo-photo…

Transkrypcja odcinka

Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.

0:00:00 Wstęp

Ola: Jaki był najgłośniejszy dźwięk odnotowany w historii?

Piotr: W jaki sposób erupcja wulkanu mogła przyczynić się do wybuchu rewolucji francuskiej?

Ola: I co ma wspólnego indonezyjski superwulkan z ewolucją Homo sapiens?

Piotr: Cześć, tu Ola Stanisławska i Piotrek Stanisławski, podcast Crazy Nauka.

Ola: Dziś po dwóch odcinkach wakacyjnej przerwy na tematy lżejsze, no bo to nie była prawdziwa przerwa, tylko po prostu inne tematy, wracamy do naszej dobrze wam znanej konwencji katastroficznej. Tak, tak, katastrofa zawsze na propsie.

Piotr: Nasze nienaukowe badania pokazują, że to lubicie.

Ola: Ale tak swoją drogą to po prostu jest niezwykle ciekawe. Opowiemy wam dlatego o erupcjach wulkanów, tych największych w spisanej historii, ale też na przykład tych najgłośniejszych, czy takich, które wywołały przewroty polityczne w niekiedy odległych zakątkach świata. I uwaga, uwaga, w tym odcinku nie będzie prawie nic o Wezuwiuszu i Pompejach.

Piotr: Bo nie układamy tej naszej listy erupcji wulkanów w kolejności siły wybuchu czy liczby ofiar, które wywołały. Też ten wybór zdarzeń, o których opowiadamy, jest bardzo arbitralny z naszej strony. Staraliśmy się, żeby to były katastrofy w jakiś sposób znaczące, fascynujące też od takiej typowo naukowej strony, ale również takie, które zyskały rozgłos z różnych powodów.

Ola: I to jest właśnie dobry moment, żeby podziękować tym wszystkim, którzy nas obserwują, lajkują nasze posty na temat naszych podcastów.

Piotr: Szczególnie tych, którzy komentują i uczestniczą w naszych mini-ankietach na Spotify. Ja mam straszny ból, ponieważ tam piszecie bardzo fajne, bardzo miłe i bardzo ciekawe rzeczy, a tam się nie da odpowiadać na te komentarze. Ale wszystkie komentarze czytamy, wieloma się bardzo wzruszamy, a też wszystkie puszczamy, bo Spotify pozwala na puszczanie wygodnych, a ukrywanie niewygodnych i tak dalej.

W każdym razie wszystkie, jak leci, tam cokolwiek jest, to puszczamy. Chyba że ktoś będzie strasznie bluzgał albo coś, ale jeszcze się coś takiego nie zdarzyło, więc jeszcze raz zachęcam do tego zaglądania tam, bo tam bardzo fajnie można sobie poczytać różne rzeczy, można napisać, co myślicie o tym, co robimy itd.

Ola: A żebyście wiedzieli, kiedy się ukazuje kolejny odcinek naszego podcastu, podpowiem, co wtorek, co dwa tygodnie, to polecamy wam taką metodę zasubskrybowania.

Piotr: Trudne słowo.

Ola: Tak, ale udało mi się, to wtedy będziecie na bieżąco z nami.

Piotr: Tak, bo jak wiecie, jesteśmy obecni na wszystkich liczących się platformach podcastowych.

Ola: I tych nieliczących się również.

0:03:22 Krakatau (1883) – najgłośniejszy dźwięk w historii

Piotr: Więc zwłaszcza że nie wiem, jak będzie w najbliższych tygodniach, powinniśmy się wyrobić chyba z utrzymaniem tego dwutygodniowego rytmu.

Ola: Tak, zdecydowanie, chociaż w następnym odcinku tutaj zdradzę nasze plany. Zamierzamy zaprosić gościa, wyjątkowo zupełnie, do naszego podcastu, z którym to gościem chcemy przeprowadzić taki długi wywiad.

Piotr: Tak, więc będzie troszkę inaczej, ale też już rozmawialiśmy z tą osobą. Na razie nie zdradzamy, kto to. I bardzo fajnie ta osoba opowiada, więc myślę, że będziecie zadowoleni.

I spróbujemy utrzymać ten rytm, chociaż jak zauważyliśmy, kilku naszych ulubionych podcasterów robi sobie przerwy sierpniowe, a to na przykład Podcast Amerykański, znakomity, czy też Spoiler Master, równie znakomity.

Ola: Ale oni co tydzień się ukazują.

Piotr: Tak, ale oni się ukazują co tydzień, więc mają prawo sobie zrobić.

Ola: Mamy szansę wcześniej nagrać te nasze odcinki i utrzymać ten nasz rytm.

Piotr: No i jeszcze musimy bardzo podziękować naszym patronom, tym, którzy nas wspierają na Patronite. Bardzo zachęcamy. Dzięki wam jest nam znacznie, znacznie łatwiej robić to, co robimy.

I też dzięki wam łatwiej nam utrzymać ten nasz dwutygodniowy rytm. Dobra, to co, zaczynamy?

Ola: Zaczynamy. I na początek erupcja wulkanu, która wygenerowała najgłośniejszy dźwięk odnotowany w historii. Tak, tak, w tej historii człowieka, która została spisana.

Huk towarzyszący tej katastrofie był słyszalny mniej więcej na 10 procentach powierzchni Ziemi.

Piotr: O mój Boże.

Ola: To jest jakieś niebywałe zupełnie.

Piotr: Niesamowicie brzydko.

Ola: I oprócz najgłośniejszego wybuchu pojawiły się tu jeszcze inne zjawiska, naprawdę straszne, dziwne, zaskakujące. I właśnie dlatego o Krakatau, bo o tym tutaj mowa, postanowiłam opowiedzieć wam w pierwszej kolejności.

Krakatau to wyspa leżąca w cieśninie Sundajskiej, pomiędzy innymi wyspami Sumatra i Jawa w Indonezji. I cała ta wyspa była aktywnym wulkanem. Mówię była, bo to się troszeczkę zmieniło.

I właśnie tutaj, 27 sierpnia 1883 roku, doszło do jednej z najtragiczniejszych w skutkach erupcji wulkanicznych w historii. Skala tego wybuchu została określona na 6 w 8-stopniowej skali eksplozywności wulkanicznej.

Piotr: Tak, będziemy się jeszcze odwoływali właśnie do tej skali.

Ola: Ja tutaj krótko powiem, co to jest. To w ogóle nie jest zamknięta skala, bo jeżeli się pojawi jakiś silniejszy wybuch, to on może zyskać stopień dziewiąty. Ale każdy punkt na skali eksplozywności wulkanicznej, to jest Volcanic Explosivity Index, w skrócie VEI, oznacza dziesięciokrotny wzrost eksplozywności wybuchu.

I ta skala opiera się na wartościach objętości wydobywającego się z wulkanu materiału piroklastycznego. Ten materiał piroklastyczny to są pyły, gazy, pumeks, który jest wyrzucany przez wulkan. Opiera się również na wysokości chmury pyłów wyrzuconych do atmosfery oraz opisowych określeniach wybuchu.

I te opisowe określenia wybuchu to na przykład od łagodnego do mega kolosalnego.

Piotr: Właśnie mega kolosalny, czyli ósemka. Z tego co wiemy, to chyba tylko Yellowstone tam się łapie.

Ola: Nie, my dzisiaj mówimy o jednej ósemce. To jest taka ósemka, która nie załapała się do historii spisanej, ale zdecydowanie nasz gatunek doświadczył czegoś takiego.

Piotr: No dobra, niech będzie ósemka, to jedziemy.

Ola: Wracając do Krakatau, nie udało się ustalić pełnej liczby ofiar tego wybuchu, dlatego że to były takie czasy, że w ogóle ludzie byli słabo indeksowani.

Piotr: 1883, tak przypomnijmy.

Ola: Tak, na pewno było tych ofiar więcej niż 36 tysięcy. Dodajmy, że wówczas te wyspy nie były tak gęsto zamieszkane jak obecnie, w związku z czym to naprawdę jest ogromna liczba. Będziemy mieli jeszcze bardziej niszczycielskie wybuchy wulkanów tutaj na tej naszej mini liście, ale to warto podkreślić, że to jest jedna z bardziej tragicznych erupcji.

Jeszcze przez kilka miesięcy po tej katastrofie odnajdywano na morzu ciała ofiar. Erupcja rozpoczęła się dwa dni wcześniej, 26 sierpnia. Słup dymu, popiołu i gazów osiągnął wówczas 27 kilometrów wysokości.

To już jest dużo. Pokłady statków, które przepływały przez cieśninę sundajską, były zasypywane popiołem, pyłem, kawałkami pumeksu o średnicy około 10 centymetrów. Te kawałki pumeksu były także spore.

Towarzyszyło temu tsunami, które uderzyło w wybrzeża odległe o kilkadziesiąt kilometrów. Ale to był dopiero początek, bo chwilę potem nastąpiły następne erupcje, które powodowały kolejne i kolejne tsunami. W takim ostatnim, straszliwym paroksyzmie wulkan wyrzucił nawet do 25 kilometrów sześciennych popiołów i one sięgnęły wysokości aż 80 kilometrów.

To jest po prostu niewiarygodne. Prawie kosmos. Wedle szacunków poziom natężenia dźwięku podczas tego wybuchu, tego konkretnego, ostatniego, wynosił ponad 170 decybeli i to mierzone w odległości aż 160 kilometrów od wulkanu.

To jest tak, że ludzki próg bólu wynosi około 130 decybeli. Jeżeli staniemy obok silnika odrzutowego, tuż obok, w bezpośrednim sąsiedztwie, to usłyszymy dźwięk o natężeniu 150 decybeli, a wzrost o 10 decybeli jest postrzegany przez ludzi jako dźwięk około dwa razy głośniejszy.

Piotr: Tak, to warto pamiętać o tym, że ta skala to nie jest skala liniowa, tylko logarytmiczna, więc to rośnie właśnie tak, że te 10 decybeli to dwa razy głośniej.

Ola: Tak naprawdę ten dźwięk to jest skutek pojawienia się fali uderzeniowej. Dobrze mówię?

Piotr: No tak, to znaczy musi być bardzo gwałtowna zmiana ciśnienia, która się rozprzestrzenia.

Ola: Właśnie tego mi zabrakło w tej chwili, ale już mam to, wróciło do mnie. Te zmiany ciśnienia były mierzone na różnych instrumentach w różnych miejscach globu i na tej podstawie właśnie określono głośność tego wybuchu, bo to nie wzięto z czapki, tylko właśnie z konkretnych pomiarów. I uwaga, ten straszliwy dźwięk erupcji Krakatau był słyszalny nawet, uwaga, 4600 kilometrów dalej, po drugiej stronie Oceanu Indyjskiego, na położonym w pobliżu Madagaskaru Mauritiusie.

Tamtejsi mieszkańcy myśleli, że słyszą wystrzał armatni.

Piotr: To musiało całkiem nieźle jeszcze, skoro o takim się skojarzyło, to musiało całkiem głośne tam być wciąż.

Ola: Absolutnie, to jakiś niesamowity ten dźwięk. I właściwie w tym naszym zestawieniu są bardziej wulkany, które są wyżej w tej skali eksplozywności, natomiast tutaj wygląda na to, że ten dźwięk zdecydowanie przebił wszystko inne. I fala uderzeniowa obiegła Ziemię kilkakrotnie.

Instrumenty pomiarowe odnotowały nagłe skoki ciśnienia w Wielkiej Brytanii i Ameryce, tam to mierzono. I kiedy popioły opadły, okazało się, że dwie trzecie wyspy Krakatau zniknęło. Zapadło się w opróżnionej świeżo komorze magmowej.

Pozostała część została całkiem pozbawiona wszelkich oznak życia, zasypana jakąś gigantyczną warstwą popiołów, ale i tak najbardziej niszczycielską siłą podczas tego wybuchu okazały się fale. Tsunami. Najwyższa z nich przekroczyła wysokość 40 metrów.

Piotr: Ja tylko się wbiję i chcę powiedzieć, że mamy odcinek o tsunami cały, polecamy serdecznie. To było ile? 3 odcinki temu?

Ola: 3 odcinki temu, tak. I te fale, mknąc z prędkością kilkuset kilometrów na godzinę, zniszczyły kilkaset osad i całą roślinność na pobliskich wyspach. I spośród tych 36 tysięcy osób, które naliczono, a które na pewno zginęły wskutek tej eksplozji, aż 34 procent poniosło śmierć właśnie wskutek tsunami.

A fale dotarły aż na Hawaje i do Ameryki Południowej. Przypomnę, my mówimy tutaj o Indonezji, tak? Także to jest kawał drogi.

Piotr: One są dobre w pokonywaniu dużych odległości w szybkim, w miarę, tempie. O tym polecamy odcinek o tsunami.

Ola: Jak najbardziej. Badania z 2011 roku, zresztą tu mamy linki do badań w opisie tego odcinka, dowodzą, że fale najprawdopodobniej zostały wywołane przez spływy piroklastyczne, które przemieszczały się po zboczach wulkanu i wpadały do morza.

Trochę więcej o tych spływach piroklastycznych. Ja już wspominałam, że to jest mieszanka gazów, popiołu, pumeksu, gorącej lawy. I one przemieszczają się z prędkością nawet do 150 km na godzinę, niszcząc wszystko na swojej drodze.

Piotr: One się przemieszczają znacznie prędzej, chciałem powiedzieć.

Ola: Mogą się przemieszczać, ale to z reguły do tych 150 km. Szukałam tych informacji, ja też myślałam, że one są szybsze.

Piotr: Dobra, to jeszcze do tego wrócimy, bo ja mam trochę inne dane.

Ola: Zajrzyj sobie i poszukaj. Może się mylę. Temperatura wewnątrz takiego spływu piroklastycznego waha się od 200 do 700 stopni Celsjusza.

I to jest coś potwornego. Wskutek kontaktu z tym czymś powstają pożary. To powoduje po prostu błyskawiczne zwęglenie, wyparowanie tego, co zawiera wodę.

Właśnie woda błyskawicznie paruje. I uwaga, ślady takich spływów piroklastycznych odnaleziono. I teraz to jest w ogóle jakaś niesamowita historia.

Na dnie morza, w odległości aż 15 km od Krakatau. A znalazłam jeszcze jedną informację, ale niepotwierdzoną, że niektóre z nich sięgały aż 40 km.

Piotr: To ja w międzyczasie trochę grzebię i one znacznie szybciej potrafią się przemieszczać. Potrafią osiągać nawet 700 km na godzinę. Zależy, jak na to patrzysz, dlatego że to zależy od tego, którą część bierzesz pod uwagę.

Bo tak jak sama powiedziałaś, spływ piroklastyczny się kojarzy z czymś płynącym. A tu mamy też te gazy, i te gazy potrafią osiągać 700 km na godzinę albo więcej. To tak w kwestii rozpędzania się i wstrzeliwania mocnego.

Ola: Tak więc one się tak wstrzeliwały i mknęły pod dnem morza. Coś absolutnie kosmicznego. A teraz powiem wam jeszcze coś, co mnie w ogóle zszokowało.

Być może część z was słyszała o czymś takim. Ja po raz pierwszy przeczytałam o tym. Jest to jakaś zadziwiająca hipoteza, która została postawiona przez naukowców niemieckich kilkanaście lat temu.

I oni nie uznali tak sobie, z czapki, tylko robili takie modelowania komputerowe. I wyszło im, że poruszający się z taką dużą prędkością spływ piroklastyczny, kiedy przedostaje się ponad powierzchnię morza w postaci popiołu i gazu o bardzo wysokiej temperaturze, to czasami nie wpada do wody, tylko unosi się ponad nią na warstewce przegrzanej pary wodnej.

Piotr: A to wiesz co mi przypomina? Jako żywo, nagrzej patelnię tak na maksa. Kapnij na nią, nie wiem, łyżeczkę wody.

Mimo że patelnia ma tam już dobre ze 200 stopni albo więcej, to woda wcale w niej nie paruje natychmiast, tylko właśnie unosi się w postaci takich kuleczek, jak żywo rtęć przypominających. Właśnie dlatego, że tworzy się warstewka izolacyjna pary wodnej pomiędzy, a para wodna jest kiepskim przewodnikiem ciepła. I taka kropla przecież na tej patelni może przez kilkadziesiąt sekund sobie skakać.

Ola: A tutaj było tak, że te spływy mknęły sobie ponad wodą, właściwie można powiedzieć po wodzie. I uwaga, prawdopodobnie to one zniszczyły część wybrzeża Sumatry w odległości około 40 kilometrów od wulkanu.

Piotr: No tak, to ma sens, bo zobacz, masz też minimalny opór, dlatego ta kropla wody na patelni się porusza, jakby prawie nie miała tarcia, no bo właśnie nie dotyka niczego, prawda? Powietrza dotyka, ale rzeczywiście to brzmi…

Ola: Brzmi wiarygodnie.

Piotr: Na tak zwany zdrowy, chłopski rozum, który się różnie w nauce sprawdza, brzmi wiarygodnie i sensownie.

Ola: To prawda, natomiast ja wcześniej nie słyszałam, żeby takie rzeczy miały miejsce, jak również nie słyszałam o tym, żeby spływy piroklastyczne tak silnie wstrzeliwały się pod powierzchnię wody i żeby sięgały nawet kilkunastu czy kilkudziesięciu kilometrów. Ale wróćmy do skutków wybuchu Krakatau. Dwutlenek siarki, który został uwolniony do atmosfery podczas erupcji tego wulkanu, przez wiele miesięcy zabarwiał słońce na zielono, a księżyc na niebiesko.

Piotr: To znaczy filtrował światło.

Ola: Filtrował światło, oczywiście, że to nie chodzi o zabarwianie rzeczywiste, natomiast tak było postrzegane. Są też badania dzisiejsze, które pokazują, że wybuch ten mógł mieć energię około 200 megaton trotylu i w sumie wyrzucił – pamiętacie, że największa eksplozja to były 25 kilometrów sześciennych pyłów – a w sumie we wszystkich erupcjach było 46 kilometrów sześciennych pyłów, które opadając pokryły 70% powierzchni naszego globu. Oczywiście nie była to gruba warstwa, tylko warstewka, ale krążyła sobie w naszej atmosferze i skutkiem tego nastąpiło trwające kilka miesięcy ochłodzenie na całej Ziemi, które po uśrednieniu temperatur wyniosło minus 0,6 stopnia Celsjusza [? niepewne: wartość "sześćdziesiątych stopnia" – w nagraniu brzmi to jak "minus sześćdziesiątych", prawdopodobnie chodzi o minus sześć dziesiątych stopnia].

Globalne temperatury o tyle się obniżyły, w niektórych miejscach było to więcej, w innych mniej.

Piotr: Mówiłaś o 200 megatonach, to ja tylko powiem dla porównania, że bomba zrzucona na Hiroszimę miała około 16 kiloton, natomiast najsilniejszy wybuch termojądrowy, czyli radziecka Bomba Cara, miała 50-58 megaton, czyli cztery razy więcej.

Ola: Ale to jeszcze nie koniec, bo ten Krakatau to jest w ogóle jakiś diabelski pomiot. Po erupcji z 1883 roku z tej wyspy Krakatau pozostały trzy skrawki lądu, trzy wyspy, a w roku 1927 wyłoniła się pomiędzy nimi czwarta wyspa, nazwana Anak Krakatau, co oznacza dziecko Krakatau. Która oczywiście stała się od razu aktywnym wulkanem.

To znaczy, ona nie stała się, tylko była od początku górą wulkaniczną. I żeby nie było zbyt spokojnie, wulkan uaktywnił się. Uaktywnił się tak mocno pod koniec XX wieku, że w roku 2018, choć już wcześniej wybuchał, znowu walnął z dużą mocą, z dużą gwałtownością i pozbył się znowu dwóch trzecich swojej objętości.

I ta katastrofa, ta właśnie Anak Krakatau, czyli tego dziecka diabelskiego Krakatau, została uznana za drugą najtragiczniejszą w skutkach erupcję wulkanu w XXI wieku. Zginęło wówczas 437 osób i ponad 14 tysięcy osób zostało rannych. I wskutek tej erupcji stożek Anak Krakatau zapadł się.

Wcześniej miał około 340 metrów, znalazłam też informację, że miał około 400 metrów, ale w różnych źródłach sprawdzałam i to jest najbardziej wiążące. Po wybuchu ta wysokość zmniejszyła się do 110 metrów. I oczywiście erupcja, jako że odbyła się na wyspie, spowodowała powstanie tsunami.

Tym razem miała ona wysokość niemal 5 metrów. Także to jest takie miejsce, które wrze i ono wciąż jest aktywne, jeszcze nie raz da znać o sobie.

0:21:21 Laki (1783) – islandzki wulkan szczelinowy i głód w Europie

Piotr: To teraz będzie o zupełnie, zupełnie innej erupcji. To będzie też przeciwny prawie kraniec Ziemi, bo Islandia i wulkan Laki. Tu ziemia pękła i to bardzo poetycko brzmi, ale też ma głębokie uzasadnienie.

O poranku 8 czerwca 1783 roku, i nie to, że jakiś tam jeden krater – wiecie, jeden krater to dla mięczaków – tu otworzyło się 130 kraterów i zaczęła się z nich wylewać lawa.

I to jest erupcja zupełnie innego rodzaju wulkanu, czyli nie takiego, co nam się kojarzy zwykle z wulkanem, czyli ten stożek, z którego nagle coś tam wywala w niebo, wysoko, eksplozywnie. Słupy lawy, leje się wszystko i tak dalej. Ten wulkan Laki to jest wulkan szczelinowy, czyli 25 kilometrów szczelin, takich pęknięć, można powiedzieć, które są poprzetykane wzgórzami, ale takimi niezbyt wielkimi, utworzonymi z takich lokalnych wylewów lawy.

I różnica polega na tym, że tu nie mamy takiej eksplozji, nie mamy takiego rąbnięcia i dowidzenia, tylko lawa z takich wulkanów może się wylewać długo, a nawet bardzo, bardzo długo, dlatego że współcześnie już się to nie dzieje, ale szacuje się, że w czasach zdecydowanie prehistorycznych takie wylewy potrafiły trwać nawet kilkaset lat, jeżeli dobrze trafiły. Ale tu mamy trochę mniejszą skalę, chociaż skutki, jak się zaraz okaże, bardzo poważne.

Ola: Ja tylko dodam, że to, co się tam dzieje, ma związek z tym w ogóle, dlaczego Islandia istnieje. Islandia powstała nad tak zwaną plamą gorąca, czyli miejscem, w którym magma stapia skorupę ziemską i wywołuje silną aktywność wulkaniczną.

Piotr: A to dlatego, że tam spotykają się dwie płyty tektoniczne. Jak się w dobrym miejscu stanie na Islandii i splunie w jedną stronę, to się trafia na płytę bardziej amerykańską, a w drugą stronę na tą bardziej europejską i nieprzypadkowo właśnie tamtędy cały czas sączy się gorąco ze środka Ziemi. I tu to sączące się gorąco, czyli magma, trafiło na wodę.

I to spowodowało powstanie bardzo dużych ilości pary wodnej i dlatego w ogóle rozpoczęła się ta erupcja. To pęknięcie początkowo wyrzucało materiał na wysokość nawet kilometra, a ta stopiona skała, już lawa, rozlała się na odległość aż 80 kilometrów od tych kraterów. Oczywiście równocześnie do atmosfery trafiała mieszanka gazów i tego całego materiału piroklastycznego, wystrzeliwanego na dużą wysokość.

Tu ważna uwaga – czasami, zwłaszcza w filmach katastroficznych, widać jak ludzie uciekają przed pędzącą lawą albo jeszcze lepiej przed spływem piroklastycznym. Otóż nie. To znaczy czasami lawa potrafi ciurkać bardzo powoli, owszem, jak najbardziej, natomiast tam zawsze uciekają i zawsze im się udaje, a tu często jest tak, że nawet taka płynąca już po powierzchni lawa potrafi płynąć z prędkością, przed którą się nie da uciec, i to niekoniecznie nawet spływając z samego stoku wulkanu.

Ola: To ze spływem piroklastycznym z dużym prawdopodobieństwem się nie uda.

Piotr: No ze spływem piroklastycznym to raczej samolotem się nie ucieknie, już nie mówię o samochodach i na piechotę, i konno.

Ola: Tylko że ten spływ podąża z prędkością 80 km na godzinę, co też się zdarza.

Piotr: Co też się zdarza, jak najbardziej. Okej, no w każdym razie przed tymi rzekami płynącej lawy tu uciekać się nie dało, zwłaszcza że to były czasy, że można było uciekać głównie na piechotę. Charakterystyczne też było to, że te pędzące strumienie lawy, jak napotykały skalne przeszkody, to wystrzeliwały, można powiedzieć, w powietrzu.

One tak nie opływały elegancko, tylko się wybijały i rozrzucały wszędzie wokół placki takiej płonącej lawy, zapalając wszystko, co tylko się jeszcze dało zapalić w okolicy. I tam było właśnie takie bardzo słynne, legendarne już właściwie, nabożeństwo, odprawiane przez pastora Jóna Steingrímssona. Oni się tam modlili i tak dalej.

Jak wyszli z kościoła, to się okazało, że kilka metrów przed kościołem zatrzymał się ten strumień lawy. I to oczywiście uznano za cud i efekt modlitw. Wygląda na to, że to był efekt tego, że dwie pobliskie rzeki zmieniły bieg właśnie w wyniku tego, że częściowo ich koryta zostały zalane przez tą płynącą lawę i po prostu schłodziły tą lawę tak, że ona zatrzymała się tak uprzejmie.

Nie wątpię, było to bardzo efektowne.

Ola: Ty to zawsze taki sceptyczny jesteś.

Piotr: Dobrze, więc był to cud. Ale to były tak naprawdę lokalne zdarzenia, a to, co miało znaczenie zasadnicze, to skala tego zjawiska w znacznie większym rozmiarze. Przede wszystkim na całą Islandię rozpostarła się chmura tego popiołu i gazu.

Ludzie dusili się, ginęły zwierzęta, ginęły rośliny. I to między innymi było wywołane uwolnieniem bardzo dużej ilości – około 8 milionów, to są oczywiście szacunki, bo to było dawno temu, więc szacuje się na podstawie śladów i doniesień – ta erupcja uwolniła około 8 milionów ton fluorowodoru, który doprowadził do bardzo ciężkiego zatrucia właśnie fluorem, fluorozy. To spowodowało śmierć 80% owiec, 50% krów i koni w tym rejonie. Problem polega na tym, że to zatrucie powoduje niszczenie szkieletu, można powiedzieć utratę jego sztywności, stabilności.

Z pamiętników tego pastora, który zatrzymał cudownie lawę, możemy wyczytać, że szkielety jeszcze żywych zwierząt były dosłownie takie, że ustępowały pod naciskiem ręki. Także dość to dramatyczne. Szacuje się, że ten głód, wywołany katastrofą, zmianami w atmosferze i zatruciem fluorem, zabił około 20-25% mieszkańców Islandii.

Ale to nie wszystko. Idziemy dalej, dlatego że zazwyczaj o tej porze roku nad Islandią wieją wiatry, które zwiałyby to wszystko nad Arktykę, co byłoby dla ludzi korzystne. Natomiast tego lata trochę inaczej to wszystko wyglądało i układ ciśnień sprawiał, że wiatry wiały w kierunku Europy i Ameryki.

Po dwóch dniach ten pył dotarł do Danii. Ponoć zabarwił na czarno żagle statków. Praga, Berlin, kilka dni później Paryż.

O tym, jak rozchodziły się te pyły wulkaniczne i zanieczyszczenia w atmosferze, wiem stąd, że był to czas, kiedy panowała moda na pisanie wszelakich pamiętników, w związku z czym ludzie byli uprzejmi notować datę i na przykład pisać, że w danym mieście coś się tam wydarzyło, słońce jest czerwone i w ogóle wszystko wygląda dziwnie.

Ola: Albo zielone.

Piotr: Albo zielone. To były zjawiska, których nie dało się raczej przeoczyć. Tam, gdzie docierała ta chmura, pojawiała się mgła tak gęsta, że słońce stawało się krwistoczerwone.

Można było na nie patrzeć bez zmrużenia oczu. Takie rzeczy obserwujemy na przykład całkiem niedawno – nad Nowym Jorkiem tak było, kiedy dotarły tam dymy z pożarów, które w Kanadzie trawiły lasy, i rzeczywiście taki efekt był.

Natomiast tu obejmowało to znacznie większy obszar, potężny kawał Europy. Z braku widoczności statki w ogóle nie wychodziły z portów. Panowało przerażenie, wywołane również tym, że ludzie zaczęli masowo umierać.

Dotyczyło to zwłaszcza tych, którzy spędzali bardzo dużo czasu pracując na zewnątrz. To jest tak, że w tych rolniczych społeczeństwach śmiertelność w lecie zazwyczaj była najniższa, a tu wiemy z rozmaitych kronik, że w roku 1783 w Anglii umarło dwa razy więcej ludzi niż zwykle, a we Francji zmarło ponoć aż 5% populacji. I to jest efekt tego, że dwutlenek siarki, który tam, gdzie docierała ta chmura, trafiał do płuc – a płuca są wewnątrz stale wilgotne, żeby zachodziła wymiana gazowa – kiedy się rozpuszcza w wodzie, w takich płynach, tworzy kwas siarkawy, i ten kwas siarkawy jest bardzo, bardzo drażniący.

To nie jest bardzo żrący kwas, ale kiedy dostaje się do płuc, to wywołuje zapalenie płuc, zapalenie oskrzeli i może wywołać uduszenie.

Ola: I podobne efekty, zdaje się, były podczas Wielkiego Smogu Londyńskiego.

Piotr: Tam było jeszcze trochę inaczej, bo tam nie kwas siarkawy, tylko prawdziwy kwas siarkowy się tworzył, o tym mamy tekst, to jest dość skomplikowany proces.

Ola: Myśmy o tym nawet mówili w podcaście.

Piotr: Tak, a właśnie, mieliśmy to w podcaście, ale tam zaszło parę dziwnych zjawisk, które tak naprawdę dopiero kilka lat temu udało się zrekonstruować i stwierdzić, dlaczego było aż tak dziwnie, że zamiast kwasu siarkawego tworzył się kwas siarkowy. Okej, co jeszcze? Wracamy do Laki.

Te gazy i pyły, które dostały się do atmosfery, zmieniły pogodę praktycznie na całym świecie. Monsuny w tym roku były znacznie słabsze, co z kolei spowodowało suszę na wielkich obszarach, brak opadów.

Nil otrzymał o połowę mniej wody niż zazwyczaj, a ta susza, która wywołała też brak wylewów Nilu, zabiła około 1/6 całej populacji Egiptu. Za to lato 1783 było niezwykle suche i gorące. Było mnóstwo burz, było mnóstwo wichur.

Ponoć to zanieczyszczenie, takie widoczne, odczuwalne bezpośrednio, zniknęło dopiero jesienią, ale już z kolei zima była bardzo mroźna i bardzo śnieżna. Ponoć w Ameryce kry lodu płynęły rzeką Missisipi aż do Zatoki Meksykańskiej. W Europie przez kilkadziesiąt dni bez przerwy były bardzo mocne mrozy.

Fatalna była też wiosna, której po tej gwałtownej zimie towarzyszyły bardzo intensywne powodzie. Erupcja samego wulkanu ustała dopiero w lutym 1784 roku. Szacuje się, że wulkan wyrzucił około 14 km sześciennych lawy.

To jest mniej więcej tyle, że gdyby – przepraszam Grudziądz, ale to nam pasowało rozmiarem miasta – gdyby tak Grudziądz zalać taką ilością lawy, to na jakieś 250 metrów by sięgała.

Ola: A tak Grudziądz może się poczuć urażony.

Piotr: Dlatego przepraszam Grudziądz. Nic osobistego.

Okej, no i teraz co się stało? Kolejne lato było bardzo nieurodzajne. Ludzie byli wycieńczeni tym wszystkim, co się działo.

Byli schorowani. To zresztą sytuacja się nie poprawiała, bo jeszcze przez kilkanaście lat pogoda była niestabilna. Były gorętsze lata, mroźniejsze zimy, wilgoć, burze.

Bardzo duże, katastrofalne często opady deszczu. W tym czasie też w Japonii zapanował – jaki kawał drogi – największy w historii głód. Ponad milion osób zmarło.

Był to w ogóle trudny czas dla świata, bo też mieliśmy bardzo intensywne El Niño pod koniec XVIII wieku – zjawisko wywołane zmianą wiatrów nad Oceanem Spokojnym i nagrzewaniem się wody, które generalnie powoduje czasowe ogrzewanie klimatu Ziemi.

Była jeszcze jedna erupcja islandzkiego wulkanu. Wszystko to razem spowodowało bardzo duże zmiany społeczne w Europie, nie tylko w Europie.

Ola: Wiadomo, kiedy jest nieurodzaj, susze, mrozy, to pojawia się głód. Jak się pojawia głód, to się pojawiają zamieszki, a jak się pojawiają zamieszki, to wiadomo, że pojawia się walka klas, jakby to niektórzy wielcy myśliciele z ubiegłego wieku powiedzieli, a skoro pojawia się walka klas, to jest to rewolucja.

Piotr: Tak jest, i właśnie mamy 1789 rok, rewolucja francuska. Szacuje się, ocenia się, że ta erupcja islandzkiego wulkanu szczelinowego była jedną z istotnych przyczyn, które doprowadziły do tej rewolucji, właśnie poprzez głód, rosnącą biedę. Oczywiście najbardziej ucierpieli ci najbiedniejsi, jak zawsze. Podsumowując, erupcja Laki zabiła pośrednio na całym świecie około 6 milionów ludzi i jednocześnie przyczyniła się do takiego wydarzenia, które naprawdę zmieniło obraz świata, bo rewolucja francuska, jakby nie patrzeć, była czymś, co między innymi przyczyniło się później do powstania Stanów Zjednoczonych i tak dalej.

To już dłuższa historia i zupełnie inna opowieść.

Ola: A przy okazji to jest dobry moment, żeby przypomnieć wam, że jeżeli będziecie mieli okazję, spotkacie kogoś, kto jest zainteresowany takimi opowieściami naukowymi, to opowiedzcie mu o naszym podcaście. Przekażcie tę informację dalej.

Piotr: Tak, możecie też zajrzeć w opisie do naszego sklepu koszulkowego. Tam mamy bardzo fajne wzory, polecamy, zachęcamy. A jeżeli chcecie się więcej dowiedzieć o historii Stanów Zjednoczonych, to serdecznie polecamy Podcast Amerykański, którego maniakalnie i kompulsywnie słuchamy.

Oboje, tak. Oboje, tam jest bardzo dużo interesujących rzeczy, więc pozdrawiamy twórców i polecamy ten podcast.

0:37:15 Tambora (1815) – rok bez lata

Ola: I kolejny wybuch, tym razem najpotężniejszy wybuch wulkanu w historii nowożytnej. A mowa o erupcji wulkanu Gunung Tambora. Gunung to po indonezyjsku góra.

Jak wiadomo, ten wulkan znajduje się w Indonezji, na wyspie Sumbawa. W 1815 roku nastąpiła jego erupcja tak silna, że została oceniona przez naukowców na siódmy stopień w ośmiostopniowej skali eksplozywności wulkanicznej. Przypomnę, że Krakatau uzyskał stopień szósty w tej skali.

Ta erupcja wulkanu Tambora, mimo że była potężniejsza niż erupcja Krakatau, wygenerowała dźwięk nieco cichszy. Z różnych przyczyn po prostu ten wulkan nie wybuchł tak spektakularnie, żeby taki dźwięk wygenerować. Ale była słyszalna z odległości do 2600 kilometrów.

Ale uwolniła, dodajmy, ta erupcja znacznie więcej energii niż wulkan Krakatau. O tym należy pamiętać. I o tym, jakie przyniósł skutki, mówią najlepiej liczby.

Również te liczby nie są bardzo mocno sprawdzone, bo rok 1815…

Piotr: Raczej szacunki.

Ola: No właśnie, tutaj trzeba mówić raczej o szacunkach. Według niektórych źródeł mogło wówczas zginąć ponad 70 tysięcy ludzi, według innych ponad 100 tysięcy ludzi. Wśród tych ofiar znalazło się około 10 tysięcy przedstawicieli ludu Tambora, który wskutek tej katastrofy został całkiem unicestwiony.

Główna osada tego ludu Tambora była położona na wyspie Sumbawa. I podzieliła los Pompejów – czyli po prostu została zasypana grubą warstwą gorących popiołów i po prostu zniknęła.

A sama erupcja wywołała zimę wulkaniczną na całym globie i przyczyniła się między innymi do powstania Frankensteina. O tym za chwilę. Zanim doszło do tej erupcji, wulkan Tambora mógł mierzyć nawet 4300 metrów nad poziomem morza.

I to był najwyższy szczyt Indonezji. Po erupcji jego wysokość na krawędzi krateru zmniejszyła się do 2851 metrów. To naprawdę jest potężny ubytek.

Na krótko przed erupcją Gunung Tambora, w 1811 roku, pobliska wyspa Jawa znalazła się pod kontrolą Wielkiej Brytanii. Namiestnikiem tej wyspy został sir Thomas Stamford Raffles. I on jest znany przede wszystkim jako założyciel Singapuru.

Piotr: Pamiętasz, chyba byliśmy w hotelu Raffles w Singapurze.

Ola: Pamiętam absolutnie, to sobie przypomniałam. Nawet sprawdziłam, czy to chodzi o tego samego człowieka. I to z jego wspomnień, z jego zapisków wynika to, o czym za chwilę wam tutaj opowiem.

Gunung Tambora przed feralną erupcją w 1815 roku uchodził za wulkan wygasły. Być może nawet nie był uznawany przez ówczesnych mieszkańców Sumbawy za wulkan.

Piotr: Tu potrzymaj mi wulkan.

Ola: I pierwszymi oznakami jego przebudzenia były głośne dudnienia, niewielkie emisje popiołu. I to się wszystko rozpoczęło w 1812 roku. My dziś wiemy, że te czynniki wskazują na to, że magma przemieszcza się ku powierzchni.

Ale lokalne posterunki brytyjskie w tamtym okresie tego nie wiedziały i sądziły, że te odgłosy oznaczają ataki wrogich wojsk, wskutek czego wysyłano żołnierzy na zwiady.

Wysyłano łodzie patrolowe, żeby sprawdziły, co też za wystrzały, z jakich statków pochodzą, czy ktoś nas atakuje z morza. Już w roku 1815, 5 kwietnia, stało się jasne, że to nie są ataki wrogich wojsk.

Coś znacznie gorszego. Erupcja, która rozpoczęła się w tym właśnie dniu, trwała zaledwie 2 godziny. I wyrzuciła chmurę popiołów na wysokość 33 kilometrów.

I gdyby to na tym się skończyło, to byłoby jeszcze w miarę dobrze. Ale 5 dni później wulkan znowu się przebudził. I tym razem kolumna erupcyjna sięgnęła około 43 kilometrów.

I tak, spływy piroklastyczne, czyli to, o czym mówiliśmy, te potworności, które spływają po stokach wulkanu w postaci gazów i popiołów gorących bardzo, zrównały z ziemią pobliską wioskę. A w ciągu kolejnych 3-4 dni te spływy pumeksu tym razem zniszczyły jeszcze 2 inne okoliczne wioski.

Załoga statku przepływającego w pobliżu donosiła, że widziała podnóże wulkanu otoczone przez płomienie, a z jego wierzchołka wydobywały się ciemne chmury, przez które przebijały się ogniste kolumny. Taki piękny, poetycki…

Piotr: Brzmi jak opis ryciny.

Ola: Tak, to jeszcze tylko dodam, że w pyłach wulkanicznych unoszących się ponad taką erupcją często mają miejsce wyładowania elektryczne.

Piotr: O tym jeszcze będziemy mówili dzisiaj.

Ola: No właśnie. A to, co tam się działo, to ten popiół, który najpierw wznosił się ku górze, potem opadał, przygniatał dachy, niszczył uprawy. Na wybrzeżu Jawy w pobliżu, ale nie w bezpośrednim pobliżu, grubość warstwy popiołu sięgnęła 23 cm.

W mieście Bima, które znajduje się na tej samej wyspie, na której znajduje się ten wulkan Tambora, zapadły ciemności i one trwały od momentu erupcji do 12 kwietnia, a kiepska widoczność utrzymywała się do 15 kwietnia. I dodajmy, że eksplozje, które targały tym wulkanem, należą do najgłośniejszych dźwięków słyszanych w czasach historycznych.

Piotr: No, poza Krakatau.

Ola: Tak, Krakatau przebił wszystko, absolutnie. I tutaj znów będzie o spływach piroklastycznych, które z wulkanu dotarły do morza. I oczywiście wzbudziły fale tsunami, które miały wysokość kilku metrów i uderzyły w pobliskie wyspy.

I wskutek tego mogło zginąć kilka tysięcy osób. Nie wiemy ile dokładnie, bo to są takie czasy, że nie liczono ich bardzo dokładnie.

I tutaj co jeszcze warto wspomnieć – relacje donoszą o tym, że po morzu przy wybrzeżu tej wyspy Sumbawa pływały pumeksowe tratwy. Pumeks to jest ten materiał wyrzucany przez wulkan.

Piotr: Nadmuchany gazami wulkanicznymi.

Ola: Tak, pumeksowe tratwy o średnicy, uwaga, dochodzącej do 5 kilometrów. Roiło się od pni połamanych drzew i one znacznie utrudniały żeglugę i po prostu dotarcie do tego miejsca. A aktywność wulkanu utrzymywała się jeszcze do sierpnia 1819 roku, czyli 4 lata.

Piotr: Tego wygasłego niby.

Ola: Tego niby wygasłego. To była klęska nad klęskami. Erupcja spowodowała zapadnięcie się tego wulkanu. Powstała okazała kaldera, takie zagłębienie o szerokości 6 kilometrów i głębokości 1 kilometra.

Czyli stamtąd został wyrzucony ten materiał i trafił do atmosfery, do morza oraz na pobliskie lądy. Pomiędzy rokiem 1847 a 1913 w tej kalderze uformowała się nowa kopuła lawowa, nazywa się ona Doro Api Toi, co oznacza, że zachodzące tam procesy wulkaniczne wkrótce znów mogą dać znać o sobie. I skutki erupcji wulkanu Tambora były absolutnie straszliwe dla lokalnej populacji.

Co do liczby ofiar śmiertelnych, te dane, tak jak wspominałam, nie są wiarygodne. Mówi się o tym, że bezpośrednio wskutek wybuchu mogło ponieść śmierć około 10 tysięcy ludzi. Kolejne 48 tysięcy zmarło z głodu i chorób na Sumbawie i okolicznych wyspach.

Te dane są tak rozbieżne, że tutaj trudno cokolwiek wiążącego powiedzieć.

Piotr: Skąd te dane właściwie? Bo to takie czasy, że nikt nie wie, ile tam wtedy osób mieszkało. Nie wiadomo.

Brakuje takiego sposobu na zebranie danych z wielu punktów. Więc to chyba wszystko musi być naprawdę bardzo palcem na wodzie pisane.

Ola: No, trochę tak. Natomiast tutaj może powiem, jakie jeszcze były dalekosiężne skutki tego wybuchu. Otóż następny rok po erupcji Gunung Tambora, czyli rok 1816, został nazwany Rokiem Bez Lata.

I na całym świecie pojawiały się ulewne deszcze. Temperatury były niższe niż zazwyczaj. Opady śniegu następowały latem, czyli to, o czym Piotr mówił przed chwilą właśnie przy okazji erupcji Laki.

I to akurat widać po niewielkim przyroście słojów drzew, między innymi. Takie rzeczy się dosyć dobrze odtwarza.

Piotr: Na takiej podstawie też dobrze się ogląda. Osady denne w jeziorach i rdzenie lodowe ładnie pokazują takie rzeczy. To dla tych, którzy twierdzą, że nie mamy danych dotyczących zmian klimatu.

Ola: Tak, są jeszcze dane z rdzeni lodowych, tak?

Piotr: Tak, tak, powiedziałaś, tak.

Ola: Latem 1815 roku, kiedy tych pyłów było w atmosferze bardzo dużo, mieszkańcy Europy widywali takie wyjątkowe pomarańczowo-czerwone zachody słońca. A jak wiecie, to jest epoka romantyczna, i te zachody słońca nie pozostały bez wpływu na sztukę tamtego okresu, i zainspirowały wielu malarzy pejzażystów, między innymi Turnera czy Friedricha, którzy właśnie te zachody słońca namiętnie malowali. W 1816 roku w północno-wschodnich Stanach Zjednoczonych pojawiła się tak zwana sucha mgła, która właśnie zaczerwieniała i przyciemniała słońce, czyli dokładnie to zjawisko, o którym wcześniej mówiłeś. I oczywiście co? Zamieszki.

Głód, plony słabe, 1816 rok, plony słabe, zaczyna się szerzyć głód, wybuchają zamieszki, niepokoje społeczne. Francja, Irlandia, Anglia, Szkocja, Walia, Niemcy, jeszcze więcej krajów w Europie. To jest moment niepokoju, zawirowań.

Ja tylko jeszcze dodam, że do tego oczywiście dokładają się epidemie. W latach 1816-1819 szaleje tyfus i czerwonka. To jest Europa, a w Bengalu, czyli tu mówimy o Indiach, szaleje epidemia cholery.

I tutaj wrócę na chwilę do Mary Shelley i Frankensteina.

Piotr: Właśnie obiecanego.

Ola: Pod wpływem surowości lata 1816 roku brytyjski poeta lord Byron, prywatnie ojciec matematyczki i pierwszej programistki Ady Lovelace, napisał słynny poemat "Ciemność". Został przełożony na polski przez Adama Mickiewicza. A mokre lato i nieustający deszcz skłoniły przebywającą w okolicach Genewy Mary Shelley, towarzyszkę lorda Byrona, do wymyślenia powieści gotyckiej "Frankenstein".

To był właśnie ten moment, kiedy całe towarzystwo skupione wokół lorda Byrona siedziało sobie w jakiejś willi, bez przerwy padał deszcz, było ponuro i wymyślili sobie straszne historie, które miały być powieściami z dreszczykiem, a największą sławę zdobył właśnie "Frankenstein" Mary Shelley.

Piotr: To nieźle te dwie ostatnie opowieści pokazują właśnie, jak w sumie zjawiska naturalne o takiej znacznej skali, ale w nieoczywisty sposób, wpływają na kulturę tak naprawdę. Kulturę, politykę. Fajny wątek.

Mówiłaś o zjawisku, które nie było najlepiej dokumentowane, i to z kilku powodów – bo przede wszystkim czasy były takie, że nie mieliśmy tak precyzyjnych zapisów jak teraz, chociaż było ich sporo, ale też miejsce, w którym to się zdarzyło, nie było miejscem będącym w centrum zainteresowania Europy. Niewiele wiedzieliśmy o ludziach, którzy tam mieszkali, nie wiemy ilu ich było, nie mamy stamtąd precyzyjnych zapisków, w związku z czym w dużym stopniu są to jakieś szacunki. Teraz wykonujemy skok w czasie i przestrzeni, bo wykonujemy skok do 1980 roku i do absolutnie, można powiedzieć, chyba najlepiej dokumentowanego w dziejach wydarzenia wulkanicznego, mianowicie erupcji wulkanu St. Helens.

0:51:43 St. Helens (1980) – najlepiej udokumentowana erupcja

Ola: To ja jeszcze powiem, ja mam erupcję z 1991 roku, więc śmiem twierdzić, że ta moja erupcja, o której będę mówiła, jest nieco lepiej dokumentowana. Na Filipinach.

Piotr: No dobra, to zobaczymy, to się będziemy teraz targowali. Okej, to ja od razu jedną rzecz wyjaśnię: St. Helens to nie jest od Świętej Heleny, tylko góra, która została nazwana od brytyjskiego dyplomaty Alleyne'a FitzHerberta, który był pierwszym baronem St Helens. St Helens to jest miejsce w Wielkiej Brytanii, i góra St. Helens nazywa się od tego pana, a nie od Świętej Heleny bezpośrednio.

Okej, ten wulkan leży na zachodnim wybrzeżu USA, pomiędzy Portland a Seattle, trochę bliżej Portland. Warto pamiętać, że w ogóle spora część tych miejsc, o których mówimy, to jest część Pacyficznego Pierścienia Ognia, czyli tego całego systemu wulkaniczno-sejsmicznego, który okala Pacyfik. Tam są styki płyt tektonicznych, to jest cały ogromny obszar, właściwie większość tych wulkanów, o których tutaj mówimy, do tego należy.

Ola: Ale też wulkany japońskie, na przykład wulkany kamczackie.

Piotr: Tak jest, ale też nowozelandzkie, jakże mało znane, a będzie o jednym nowozelandzkim co nieco.

Ola: Pacyficzny Pierścień Ognia, warto to zapamiętać.

Piotr: Dokładnie, więc to jest w ogóle ciekawe i dość zaskakujące, bo Stany Zjednoczone nam się umiarkowanie kojarzą z wulkanami, ale jak byłem w Seattle dawno temu, to bardzo wyraźnie widać Mount Rainier, która jest wulkanem, a jakże, naprawdę blisko Seattle, a St. Helens jest blisko Mount Rainier, zresztą to jest jeden ciąg tak naprawdę. I ta góra miała sobie 2950 metrów. Wiemy dokładnie ile, nie musimy tutaj szacować, bo czas jak najbardziej historyczny.

Całe wydarzenie, o którym mówimy, to główne, wydarzyło się dzień po moich urodzinach, czyli 18 maja 1980 rok.

Ola: To były moje imieniny.

Piotr: To były twoje imieniny właśnie. Imieniny już nie obchodzimy od jakiegoś czasu, ale niech będzie.

Ola: Ale wtedy obchodziłam.

Piotr: Wtedy obchodziłaś, no widzisz.

Ola: Niezbyt świadomie, bo miałam 5 lat.

Piotr: Dobra, niech będzie. Ale to oczywiście, jak zwykle, tego typu zjawiska były poprzedzone całym szeregiem rozmaitych sygnałów. To aż dwa miesiące trwały trzęsienia Ziemi, rozmaite zjawiska wulkaniczne.

Ten wulkan, zdawano sobie sprawę z tego, że jest aktywny, ale przez 123 lata nic specjalnie ciekawego się tam nie działo. Były niby jakieś doniesienia, że tam gdzieś jakaś para, ale one właściwie nie są potwierdzone, więc do końca nie wiemy. Tak czy inaczej, już w marcu, a później w kwietniu i maju 80 roku, pojawiało się tam coraz więcej wstrząsów, coraz więcej takich zjawisk, o których już wtedy dobrze wiedziano, że sygnalizują coś poważnego.

27 marca nastąpiła taka pierwsza, bardzo efektowna eksplozja, spowodowana najprawdopodobniej zagotowaniem się wód podziemnych. To znaczy magma, która się tam kotłowała pod spodem, trafiła najwyraźniej na jakiś zbiornik i wywaliła cały stary krater góry wulkanu, wyrzucając pył na 2 kilometry w górę i powodując popękanie okolic całego szczytu. Tam pojawiły się takie długie szczeliny.

Dwa dni po tej pierwszej, efektownej, mocnej eksplozji nastąpił zapłon gazu wydobywającego się z wnętrza wulkanu, a z kolei po stoku wulkanu zeszła taka chmura pyłu, w której, o czym już Ola wspominała, dzięki zjawiskom elektrostatycznym pojawiły się błyskawice i te błyskawice sięgały ponoć 3 kilometrów. Były gigantyczne, bardzo spektakularne efekty. 1 kwietnia pojawiło się już takie całkowite potwierdzenie tego, że pod ziemią przemieszcza się magma.

To były takie wstrząsy harmoniczne, które właśnie są oznaką tego przemieszczania się. I na szczęście, wbrew takim opowieściom z filmów katastroficznych, tu władze zareagowały sensownie, bo już 3 kwietnia ogłoszono stan wyjątkowy w tym regionie i zareagowano w sposób odpowiedzialny. Śledzono to wszystko, amerykańska służba geologiczna porozstawiała tam wszelkie możliwe czujniki, wskaźniki, monitorowano sytuację. 30 kwietnia, w ramach tego stanu wyjątkowego, wydano zakaz zbliżania się do góry bez specjalnych przepustek. Groziły za to dość potężne kary – pół roku więzienia i wysokie kary pieniężne. Oczywiście nastąpił straszny opór, dlatego że to był rejon mocno turystyczny i też wypoczynkowy.

Ola: Letniskowy.

Piotr: Letniskowy, tak, domki letniskowe, i właściciele tych domków letniskowych zostali odcięci od tych domków. Amerykanie bardzo nerwowo reagują na tego typu zakazy, w związku z czym tam było oburzenie, poruszenie i w ogóle wiele protestów, że jak to nie możemy do swoich domków pojechać. No nie mogli, w ogóle turystyka tam została bardzo ograniczona.

Tam było takie piękne jezioro, Spirit się nazywało, ponoć bardzo bajkowo śliczne, i mnóstwo ludzi tam zazwyczaj się udawało, no ale w tym czasie się nie udawali. I to, co wyglądało naprawdę niesamowicie, co zaczęło się dziać pod koniec kwietnia, to, że góra zaczęła puchnąć. No dosłownie tak to wyglądało.

Dodajmy, że St. Helens była takim bardzo pięknym, wzorcowym wulkanem. Jak kogoś poprosimy o narysowanie wulkanu, to narysuje taką górę jak Fudżi albo właśnie starą St. Helens, czyli taki trójkącik. To jest bardzo typowy kształt stratowulkanu.

Ola: O ściętym stożku.

Piotr: Tak, trójkącik właśnie. I on generalnie składa się na przemian z warstw lawy i popiołów. No tak się formuje, obsypuje, ładnie się układa.

Właśnie taka była ta góra, naprawdę przyśliczna i przyurocza. I nagle z jednej strony zaczęła puchnąć. To bardzo konkretnie, dlatego że w pewnym momencie to opuchnięcie miało już 82 metry i przyrastało o metr 50, metr 80 dziennie.

Co więcej, ten bąbel przemieszczał się na północ. Przesuwał się po tym stoku góry. Tam, skąd już ustępował, zapadała się ziemia, zapadała się ta góra.

No wyglądało to przedziwnie.

Ola: Ale zobaczcie, jakie to muszą być siły gigantyczne, które prowadzą do czegoś takiego.

Piotr: Absolutnie, to jest niesamowite, naprawdę.

Ola: Żeby ziemię tak z całej siły wybrzuszać.

Piotr: Ja tu polecam pozaglądanie sobie do zdjęć. Trochę będzie w opisie odcinka. Zresztą w ogóle źródła jak zawsze znajdziecie w opisie odcinka.

Natomiast warto sobie pooglądać te zdjęcia właśnie z kwietnia i maja 80 roku, bo widać, jak ta góra się zmienia, jak niesamowicie to wyglądało. Finalnie, aż przed samą erupcją, ta objętość wulkanu zwiększyła się o 130 milionów metrów sześciennych.

To jest ta objętość magmy, która została wpompowana od spodu i która powodowała właśnie wybrzuszenie góry, a także pod wpływem gazów, które się tam zbierały.

Ola: I trzęsienia ziemi.

Piotr: Oczywiście, trzęsienia ziemi jak najbardziej. W sumie w ciągu tych dwóch miesięcy było około 10 tysięcy trzęsień ziemi. Oczywiście było to szalenie interesujące.

I mimo że obszar w bliskości tego wulkanu został zamknięty, to było to miejsce, gdzie zjeżdżali się ludzie obserwować, robić zdjęcia. Wielkie zainteresowanie mediów, turyści, obserwatorzy. 16 maja wszystko się uspokoiło.

Ludzie zaczęli wyjeżdżać, ci, co przyjechali obejrzeć, bo już nie dymiło, bo się nie trzęsło. W ogóle nuda generalnie. Oczywiście wulkanolodzy, geolodzy zdawali sobie sprawę z tego, że to nie koniec.

Ola: To jest cisza przed burzą.

Piotr: No, że cisza przed burzą, nie zdawali sobie sprawy, bo nie sądzono, że tam zaraz walnie. Natomiast wiedzieli, że to nie jest koniec. Zresztą o tym, że nie wiedziano, że coś gwałtownego się będzie działo, wskazuje to, że 17 maja tych właścicieli domków letniskowych wreszcie wpuszczono, żeby pozabierali swoje rzeczy.

To było też pod ścisłą kontrolą. Oni tam mieli wjechać, wyjechać jak najszybciej. Rzeczywiście tak zrobili.

Pozabierali tam sporo tych rzeczy. Następna tura tych właścicieli miała wjechać kolejnego dnia, 18 maja, o 10 rano było umówione, że pozabierają ze swoich domków resztę rzeczy.

18 maja na szczęście to była niedziela. Mówię na szczęście, dlatego że w okolice St. Helens nie wjechało 300 drwali, którzy tam normalnie pracowali. Bo była niedziela, mieli wolne.

To był już moment, kiedy to wybrzuszenie na stoku osiągnęło 150 metrów. Naprawdę było ogromne. Znowu polecam zdjęcia.

Ale nic się specjalnego nie działo. O 6 rano dyżurny wulkanolog Amerykańskiej Służby Geologicznej, David Johnston, wykonał serię pomiarów. On tam był na posterunku, dyżurował.

Wszystko było w normie. Wiadomo, że coś się działo, ale nie odbiegało to specjalnie od tego, co się działo w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Narastało, ale nic takiego.

Natomiast o 8:32 nastąpiło trzęsienie Ziemi o magnitudzie 5,1, które spowodowało osunięcie się całej północnej części zbocza.

Ola: Czyli tej, na której narastało to wybrzuszenie.

Piotr: Tak, dokładnie. Ta cała część była już zupełnie spenetrowana przez magmę. Przypominam, że tam wcześniej nastąpiły pęknięcia i tak dalej.

I to wszystko po prostu zjechało. O tym jeszcze za chwileczkę powiem. To zupełnie niesamowita rzecz.

To osuwisko poruszało się z prędkością sięgającą 250 km na godzinę. Część tej masy skalnej trafiła na wzgórze odległe o 10 km od wulkanu i znowu wystrzeliła w powietrze. Opłynęła to wzgórze częściowo, ale w dużej części przelała się górą.

Odchyliło to nieco kierunek całego zjawiska. To nie był jeszcze spływ tego osuwiska. Spowodowało to, że pobliska dolina rzeki została zasypana warstwą skały sięgającą 180 metrów grubości.

W sumie to osunięcie spowodowało zasypanie 62 km kwadratowych.

Ola: Jakieś niesamowite zupełnie.

Piotr: Niesamowite, i również niesamowite jest to, że mamy, tak jak mówię, znakomitą dokumentację tego, co się działo. Zawdzięczamy ją między innymi fotografom, którzy tam byli w pobliżu. Ta sekwencja, dzięki której możemy ocenić zarówno tempo, jak i kierunek, jak i kolejność tego całego osunięcia, to jest seria fotografii…

Ja już nie pamiętam, czy on to co sekundę robił, czy szybciej. W każdym razie akurat, jak tylko coś się tam zaczęło dziać, zdołał wykonać serię fotografii. To był Gary Rosenquist.

On obozował 18 km od wulkanu, czyli za blisko, żeby przeżyć, ale przeżył. Przeżył dlatego, że ukształtowanie terenu było takie, że odchyliło ten pędzący materiał wulkaniczny. Jest też jego słynne zdjęcie pokazujące taką chmurę, która zatrzymała się, rozeszła się przed nim i przed jego towarzyszami.

To wygląda niesamowicie. Tu polecam, znowu jest w opisie odcinka, taki film. Ten film jest trochę dziwny, jak mu się przyjrzeć, dlatego że powstał z zestawienia tej sekwencji zdjęć i morfingu zdjęć pomiędzy.

Widać, że to się trochę nienaturalnie porusza, dlatego że pomiędzy zdjęciami są odtworzone, można powiedzieć zrekonstruowane, klatki. Nie jest to zrobione jakoś mistrzowsko, ale pokazuje, jak niesamowicie szybko praktycznie zjeżdża cały kawał góry. To nie jest tak, że możemy sobie wyobrazić, że tam coś po trochu się osuwa, tu pęka, tu zaczyna zjeżdżać.

Po prostu ta góra wzięła i odjechała nagle. Stąd też gigantyczna energia, która tu nastąpiła. Praktycznie cały ten brzeg zjechał i w dużej części wjechał do jeziora Spirit, o którym mówiłem, tworząc właściwie falę tsunami, która miała 180 metrów wysokości.

Po prostu wychlapnął to jezioro. Wychlapnął, i ono za chwileczkę zaczęło spływać z powrotem. Ta woda, przepływająca w obie strony, wycięła ogromne połacie lasu.

Ola: Rozumiem, że to jezioro już nie było potem takie piękne?

Piotr: Już takie nie było, chociaż w dużym stopniu wróciło na swoje miejsce. Co ciekawe, na powierzchni tego jeziora, przez ponad 40 lat, unosiły się pnie drzew, tworząc takie pływające całe wyspy. Był czas, że to jezioro było całe pokryte równo.

Praktycznie nie było widać wody. Było pokryte pniami drzew. Część tych drzew pod własnym ciężarem się pozapadała i teraz właśnie kamienieje w dnie tego jeziora.

Za jakiś czas będą tam takie piękne skamieniałe pnie. Natomiast spora część wciąż unosi się na powierzchni. Gnije stopniowo, ale bardzo powoli, więc to przestało być absolutnie takie piękne.

Natomiast tu mamy ten spływ piroklastyczny, dlatego się tak obruszyłem na te prędkości. Tam się nawet nie szacuje, mamy całkiem dokładne dane.

Ten spływ piroklastyczny, zwłaszcza ten gazowy wyrzut, miał dość nietypowy przebieg. Był bocznie odchylony przez podmuch i osiągnął ponad 1000 km na godzinę. Chyba 1070, na moment przekraczając nawet prędkość dźwięku.

To było to, co oczywiście było najbardziej niszczące i najszybciej się rozchodziło. To były gazy o ogromnej temperaturze. To zniszczyło obszar 37 na 31 km.

Tu polecam spojrzeć sobie na Google Mapsach. Można znaleźć takie zdjęcia historyczne. One niestety zaczynają się w 1984 roku, więc nie mamy sprzed erupcji, ale doskonale widać obszar zniszczenia i jak ten obszar potem powolutku zarasta.

Powolutku między innymi dlatego, że w tych miejscach, gdzie ten spływ piroklastyczny szedł przy ziemi, on nie tylko wycinał rośliny, ale zdzierał potężną warstwę ziemi. W związku z czym tam przez bardzo długi czas nie odtwarzała się roślinność, bo nie miała na czym rosnąć. W innych miejscach szedł wyżej i tam bardzo wyraźnie widać, że są obszary, gdzie te rośliny odrastały szybciej, bo pościnało drzewa, ale ziemia została, a w części nie. Odparowała też sporą część wody z tego jeziora Spirit, a jeszcze ta rzeka, która została zasypana – rzeka Toutle się nazywała – to były kolejne wybuchy, dlatego że tak wysoka temperatura powodowała błyskawiczną zamianę wody w parę, i to były kolejne eksplozje, które tam ponoć były momentami równie głośne jak ta główna erupcja. Jakie to spowodowało straty? Gigantyczne, jeśli chodzi o przyrodę, duże gospodarcze, choć to nie był rejon jakoś bardzo gospodarczo wykorzystywany.

Zginęło tylko 57 osób. To jest bardzo mało jak na takie zjawisko. Co do czterech z tych osób nie mamy pewności, czy zginęły, bo tam ktoś się niby znalazł, ale nie wiadomo, czy to ta osoba.

W każdym razie około 57 osób. Większość tych osób została po prostu uduszona tymi gazami, część spalona, niektórzy zostali pogrzebani nawet pod liczącą kilkadziesiąt metrów warstwą tego materiału wulkanicznego. Zginął ten wulkanolog, David Johnston, który dyżurował 10 kilometrów od wulkanu.

Zdążył złożyć meldunek, że tam się coś dzieje, ale niestety nie przeżył tego. Widział jego śmierć – nie bezpośrednio, ale był w pewnej odległości radioamator Jerry Martin, który relacjonował zbliżanie się tej chmury, aż zginął.

Jest tam jego ostatni komunikat, kiedy mówi, że to na pewno do niego dojdzie, że widzi, jak ta chmura pochłania tę stację, gdzie ten Johnston urzędował. Zginął fotograf Red Blackburn [? niepewne: pisownia nazwiska – w niektórych źródłach spotyka się formę "Reid"]. Pracował dla National Geographic.

Zginął w samochodzie, prawdopodobnie próbował uciekać. Robił zdjęcia, prawdopodobnie do ostatniej chwili, ale jego aparat i film, który był w aparacie, zostały tak zniszczone przez temperaturę, że nie dało się odzyskać niczego. Natomiast bardzo słynne były zdjęcia Roberta Landsburga.

On również nie przeżył i chyba zdał sobie sprawę, że nie przeżyje. Robił zdjęcia praktycznie do ostatniej chwili zbliżającej się chmury tego spływu piroklastycznego. Zdążył zwinąć film w aparacie, bo to jeszcze były czasy analogowych zdjęć, w związku z czym, jak się film już zrobiło, to można było korbką albo silniczkiem zwinąć go do kasety z powrotem.

Zdążył więc zwinąć ten film do kasety w aparacie, zdążył aparat schować do plecaka i położył się na tym plecaku. I tak go znaleziono 17 dni po erupcji. Ten aparat był oczywiście zniszczony, ale film udało się wywołać.

Są niesamowite zdjęcia, kiedy ta chmura się zbliża. Wygląda to przerażająco. Zresztą te zdjęcia pozwoliły uzyskać bardzo cenne dane dotyczące tempa rozprzestrzeniania się tej chmury i tego, jak to wszystko wyglądało.

I teraz cała ta kolumna pyłu tego wyrzutu z wulkanu osiągnęła wysokość – tutaj znalazłem dwie informacje – albo 19, albo 24 kilometry. Nie jest to tak dużo jak te erupcje, o których mówiłaś wcześniej, ale wciąż bardzo dużo. Szacuje się, że siła tej erupcji, czyli energia wyzwolona podczas niej, to było około 24 megaton.

Czyli bardzo dużo, chociaż mniej niż przy tych największych erupcjach. Natomiast tak to się mniej więcej ocenia. Ta kolumna pyłu również zaczęła się zapadać w którymś momencie.

Zresztą to jest dość charakterystyczne. Zawsze się tak dzieje, że ten najcięższy materiał wyrzucony w górę zaczyna opadać, nadal jest bardzo gorący, i to powodowało takie wtórne spływy piroklastyczne. Podpalało lasy na dużym obszarze, więc to nie tak, że raz walnęło i już, tylko trwało to przez dłuższy czas.

Temu wszystkiemu oczywiście towarzyszyły, o czym jeszcze nie mówiliśmy, lahary, czyli te spływy błotne, bo zwłaszcza na tych górach, gdzie leży śnieg, czy tak jak na St. Helens, były lodowce. Te lodowce zostały w okamgnieniu stopione i zamieniły się w wodę, która razem z błotem runęła z tych zboczy. To była kolejna bardzo niszcząca siła.

Jakby się komuś wydawało, że ta góra tak sobie popłynie i już, to w 90 minut po erupcji ta fala dotarła 43 km wzdłuż biegu rzeki i tam zameldowano ścianę błota, wody o wysokości 4 m. To 90 minut po erupcji, czyli to naprawdę długo i daleko płynęło. Ta góra zmniejszyła się o 400 m.

Teraz ma 2549 m, czyli już nie jest taka ładna, kształtna. Jest gigantyczny krater, taka wyrwa od tej północnej strony, tam, gdzie to wszystko się osunęło i wystrzeliło spod spodu. W tej skali eksplozywności wulkanicznej to osiągnęło zaledwie 5, więc nie tak jakoś super spektakularnie.

Natomiast, jak mówię, to było bardzo dobrze udokumentowane zdarzenie. Ja mam jeszcze takie, może w jakimś stopniu osobiste wspomnienie, dlatego że moja babcia prenumerowała National Geographic. To znaczy tak naprawdę to prenumerowała moja ciocia, mieszkająca wtedy w Kanadzie.

Gdyby jakimś cudem mnie słuchała, to ją bardzo serdecznie pozdrawiam. I ta ciocia przesyłała swojej mamie, czyli mojej babci, kolejny numer National Geographic. Moja babcia prawda angielskiego nie znała, ale zdjęcia w National Geographic wiadomo, niesamowite.

I ja pamiętam, jak przyszedł numer styczniowy z 1981 roku, czyli pół roku po tej erupcji. To był numer właśnie poświęcony wybuchowi St. Helens. Miał niesamowitą okładkę.

Polecam sobie gdzieś tam zgooglać, jak mówię, styczeń 1981 roku. Jest taka chmura pyłu, która nadlatuje nad różowe drzewo. Niesamowicie to wygląda.

I tam też w środku, pamiętam, były właśnie zdjęcia tego fotografa, który zginął. Wygląda jak porysowana klisza. To chyba nie jest porysowane, nie wiem, co to jest, ale łatwo te zdjęcia znaleźć gdziekolwiek w Google.

One są wstrząsające, zwłaszcza jak wiemy, jak zostały zrobione, w jakich okolicznościach. To jest zdarzenie, które w skali świata nie jest jakieś fundamentalne. Natomiast dzięki temu, że było monitorowane, dzięki tym zdjęciom, dzięki temu, że wydarzyło się w sercu Stanów Zjednoczonych, rzeczywiście pozostawiło taki ślad w kulturze, w pamięci, bardzo mocny.

1:16:19 Toba – supererupcja sprzed 74 tysięcy lat

Ola: A teraz przenosimy się i w czasie, i w przestrzeni. Wracam do Indonezji, bo to jest dzisiaj mój temat główny, ale w czasie cofam się o 74 tysiące lat. Wulkan Toba, o którym dowiedziałam się w roku 2009.

Pamiętam, jak przeczytałam o tym, że naukowcy ze Stanford University doszli do wniosku, że wybuch właśnie tego wulkanu Toba sprzed 74 tysięcy lat postawił nasz gatunek na skraju wyginięcia i pozostawił ślad w naszych genach. To mnie niesamowicie zainspirowało. To jest rzecz, która wciąż jest dyskutowana i są kontrbadania, które mówią, że to nie do końca tak było.

Piotr: A czy wybuch był tylko?

Ola: Rozumiem, że chodzi o to wąskie gardło. To wąskie gardło, o którym zaraz opowiem, może niekoniecznie było tak, jak wtedy sądzono. Ale jeśli chodzi o wybuch wulkanu Toba sprzed 74 tysięcy lat, to była jego druga najpotężniejsza erupcja w ciągu ostatnich 450 milionów lat.

Wulkan Toba znajduje się na wyspie Sumatra w dzisiejszej Indonezji. Wiemy o tej erupcji tyle, ile udało się ustalić na podstawie warstwy popiołów, odnajdywanej w różnych częściach świata, w warstwach geologicznych. Mimo że to wydarzenie jest bardzo odległe w czasie, jest to jedna z najdokładniej zbadanych supererupcji.

Właśnie supererupcji, dlatego że Toba to nie taki sobie zwykły wulkan, ale superwulkan.

Piotr: Myśmy nie mówili praktycznie o superwulkanach, tylko na początku wspomniałem o Yellowstone, ale szybko mnie pogoniłaś. Myślę, że o tym kiedyś zrobimy oddzielny odcinek.

Ola: Absolutnie. Chcę się tu odnieść do Yellowstone, bo jeśli chodzi o superwulkan, to jest taki wulkan, który nie wygląda jak wulkan. To jest w istocie taki ogromny zbiornik magmy, zalegający nawet kilka kilometrów pod powierzchnią Ziemi.

Mówiąc ogromny, mam na myśli coś naprawdę ogromnego. To może mieć kilkadziesiąt kilometrów średnicy, może nawet więcej. Przykładem jest superwulkan Yellowstone, który znajduje się pod Parkiem Narodowym Yellowstone w Stanach Zjednoczonych.

Tam są te gejzery, czyli gorące źródła.

Piotr: Ziemia się tam unosi i opada.

Ola: Pięknie poprzewarstwiana jest woda w tamtejszych jeziorkach, właśnie z powodu tego, że wydzielają się liczne minerały wulkaniczne. Ale ten superwulkan ma rozmiary około 55 na 80 kilometrów. To jest coś naprawdę potężnego.

Może od razu wspomnę, że zapowiadałam, iż jedna z naszych erupcji uzyskała ósmy, najwyższy stopień, dotychczas uzyskany w skali eksplozywności wulkanicznej. To jest właśnie ta erupcja superwulkanu Toba sprzed 74 tysięcy lat.

Piotr: Takie trochę oszukiwanie. Superwulkan powinien mieć oddzielną kategorię.

Ola: Trochę tak, ale stwierdziłam, że to jest na tyle ciekawe, żeby zróżnicować te nasze erupcje. Erupcja superwulkanu Toba uzyskała ósmy, najwyższy stopień w skali eksplozywności wulkanicznej. Według niektórych szacunków była ponad 1000 razy potężniejsza niż erupcja Krakatau z 1883 roku.

Piotr: Ale też zupełnie inny typ erupcji, więc nawet trudno to tak porównywać.

Ola: To prawda, ale była to erupcja wyjątkowo intensywna, choć krótka. Zakończyła się w ciągu zaledwie 9 do 14 dni. Masa wyrzucona przez wulkan, prawie 3 tysiące kilometrów sześciennych magmy, była nawet 100 czy kilkaset razy większa niż ta wyrzucona wskutek największej erupcji wulkanu w historii najnowszej, czyli wybuchu Tambory z 1815 roku.

Tu znów mówię, że to są szacunki. Różne dane można znaleźć. Staram się opowiadać tak, żeby to było w miarę obrazowe.

Popioły uwolnione z wulkanu Toba najpierw sięgnęły ponad 40 kilometrów w górę.

Piotr: Znowu szacunki.

Ola: Prawdopodobnie mogło być to nawet więcej. A potem krążyły nad ziemią przez wiele miesięcy, a warstwa popiołów w bezpośrednim sąsiedztwie wulkanu sięgnęła 600 metrów grubości. W Malezji, po drugiej stronie cieśniny Malakka, ziemia została pokryta warstwą 3 metrów popiołów.

To się w tej chwili z warstw geologicznych widać. W wykopaliskach na terenie niemal całej Azji Południowej, łącznie z subkontynentem indyjskim, warstwa wyrzucona przez wulkan Toba ma grubość około 15 centymetrów. Co oznacza, że cały ten teren został zasypany 15 centymetrami popiołu.

Piotr: 15 centymetrów nie brzmi źle, ale jak sobie zdamy sprawę, jaki to był obszar, to jest naprawdę niesamowita ilość materiału.

Ola: To oznacza, że w dużej mierze roślinność wymarła. A jak roślinność wymarła, to wymarły również zwierzęta, które nie miały co jeść. Odłamki szkła z erupcji tego wulkanu zostały odkryte również w Afryce Wschodniej.

To jest zupełnie kosmiczne. Do atmosfery trafiła gigantyczna ilość dwutlenku siarki.

Piotr: Naszego ulubionego.

Ola: Tutaj znowu szacunki: ponad 2 miliardy ton. Jesteśmy w stanie oszacować to na podstawie rdzeni lodowych z wierceń w Grenlandii.

Związek dwutlenku siarki, wedle najnowszych badań, utrzymywał się w atmosferze przez 5 do 10 lat. Ograniczał w tym czasie dopływ światła słonecznego do powierzchni Ziemi. Przyczynił się do różnych innych zmian, o których Piotrek już wcześniej mówił.

Spowodował też czasowe ochłodzenie. Wynosiło ono średnio od 3,5 do 4 stopni Celsjusza, globalnie.

Temperatury w niektórych regionach świata, w średnich szerokościach geograficznych, mogły spaść nawet o 12 stopni Celsjusza w ciągu pierwszego roku po katastrofie. To jest ekstremalne. To był naprawdę kataklizm.

Wracam do tego, o czym czytałam w 2009 roku, kiedy naukowcy byli przekonani, że te zmiany w atmosferze, poczynione przez erupcję Toba, przyczyniły się, wywołały trwającą około 1000 lat zimę wulkaniczną. To był okres drastycznego obniżenia temperatur na całym globie, porównywalny z epoką lodowcową. Czasowe zlodowacenie i wyginięcie wielu gatunków wskutek tej erupcji.

Jeżeli mówimy o 1000 lat, to rzeczywiście byłoby bardzo znaczące. Natomiast ten właśnie scenariusz katastroficzny, który chyba nie jest prawdziwy, dał początek hipotezie mówiącej o tym, że wskutek tych wydarzeń przedstawiciele naszego gatunku otarli się o wyginięcie. Wówczas przy życiu pozostało od 3 do 10 tysięcy osobników z gatunku Homo sapiens.

Sądzi się, że dlatego dzisiejszych ludzi cechuje małe zróżnicowanie genetyczne, ponieważ my wszyscy pochodzimy od bardzo niewielkiej populacji, liczącej od 1000 do 10 tysięcy par rodziców, którzy żyli około 70 tysięcy lat temu. Do tego momentu się zgadza. Naukowcy nazwali to genetycznym wąskim gardłem i niektórzy z nich powiązali to z wybuchem wulkanu Toba.

To by się zgadzało, natomiast ten 1000-letni okres zgrzyta. Najnowsze analizy wskazują bowiem, że najprawdopodobniej nie doszło do tego 1000-letniego ochłodzenia, ale wciąż jednak nie można wykluczyć, że nawet 10-letnia zima wulkaniczna wywołała takie spustoszenia, susze, niedobory żywności, głód. Świadczą o tym dowody pochodzące z analizy pyłków roślin, które pokazują, że na terenie Azji Południowej w tym okresie panowało bardzo długie wylesianie, czyli lasy umierały.

Piotr: 10 lat to jest naprawdę dużo. Oczywiście w skali geologicznej to jest nic, ale w skali gatunku Homo sapiens wyobraźmy sobie 10-letni okres potężnego ochłodzenia, też kwaśne deszcze, bo przecież kwaśny deszcz to jest nic innego jak dwutlenek siarki rozpuszczony w wodzie. To naprawdę może spowodować bardzo daleko idące zmiany nawet w ciągu tych 10 lat.

Ola: I tutaj rzeczywiście można mówić, że to wąskie gardło genetyczne mogło zaistnieć nawet z powodu tych 10 lat. Natomiast inne badania podają w wątpliwość związek między wybuchem Toba a tym wąskim gardłem genetycznym. I tu na przykład starożytne kamienne narzędzia, znajdywane w południowych Indiach, były zlokalizowane zarówno powyżej, jak i poniżej grubej warstwy popiołu z wybuchu Toba, i były bardzo podobne w obu tych warstwach, i naukowcy sądzą na tej podstawie, że ten wybuch nie wyniszczył lokalnej populacji, że przetrwała ona w niezmienionym stanie, czyli nie osłabła jej zdolność wykonywania narzędzi.

Piotr: Swoją drogą to jest bardzo fajne, jak nauka się kształtuje, jak to się zmienia. To jest to, jak pewne dane, właśnie chociażby takie archeologiczne, pozwalają wyciągać wnioski na podstawie tego, gdzie znalezione zostały jakie narzędzia. To też dlatego tak istotne jest zachowanie odkryć archeologicznych czy paleontologicznych w nienaruszonym stanie, bo przecież to, co robiono jeszcze kilkadziesiąt lat temu, gdzie rozszarpywano niektóre z takich stanowisk…

Ola: Zalewano betonem.

Piotr: Mi chodziło o taką dość rabunkową ich eksplorację, że nie dokumentowano tego należycie, a to kompletnie by nie pozwalało na odtworzenie tego typu danych.

Ola: Jest tu jeszcze jeden wątek, bardzo ciekawy. Są naukowcy, którzy uważają, że ta erupcja wulkanu Toba mogła spowodować utrwalenie się w tej części populacji Homo sapiens, która pozostała przy życiu, takich nowych strategii adaptacyjnych, które mogły pozwolić im na zdobycie przewag wobec innych gatunków człowieka – neandertalczyków i innych archaicznych ludzi. Następnie pozwoliło im to wyprzeć tych przedstawicieli innych gatunków z zajmowanych przez nich terenów.

Wskutek tego Homo sapiens jak najbardziej chodzi po świecie, a neandertalczycy…

Piotr: Nie nagrywają podcastów.

Ola: Nie żartuj w ten sposób.

Piotr: No tak, dobrze. Piotrek tutaj powiał od razu.

Ola: Ja się oburzyłam.

Piotr: Ginące gatunki, neandertalczycy. Wyginięte. Powoli zbliżamy się do końca.

Jeszcze teraz, dla tych, którzy już mają całkowicie dosyć, chociaż mówiliście w naszych mini-ankietkach, że lubicie długie podcasty – wzięliśmy to sobie do serca – teraz będzie o czymś, co właściwie w całych tych opowieściach jest niewielkie.

1:28:45 White Island (2019) – tragedia turystów

Piotr: Od razu zacznę od indeksu eksplozywności wulkanicznej. To jest zaledwie dwójka, czyli właściwie tyle, co nie sprawia.

Ola: Co to tutaj robi?

Piotr: To robi to, że jest to bardzo niedawne zdarzenie. To jest 2019 rok. Zdarzenie, które paradoksalnie, przy swoim małym zasięgu, spowodowało stosunkowo dużo ofiar.

Ale już mówię, o co chodzi. To jest White Island. To jest Nowa Zelandia.

Wyspa wulkaniczna, która formuje się od mniej więcej 150 tysięcy lat. Czyli tak naprawdę taki wulkan wystający nad wodę. 70% tej wyspy znajduje się pod wodą.

Zresztą odkrył tę wyspę i nazwał ją sam James Cook, więc można sobie tak pomyśleć, że to taka… może za dużo miał tych nazywań. Ale najważniejsze jest to, że to było miejsce turystyczne.

Między innymi dlatego, że wyspa jest prywatną własnością. Właściciele tego terenu organizowali tam wycieczki. I to nie jest spokojne miejsce, bo tam się zdarzało całkiem dużo erupcji.

W 2000 roku była taka naprawdę solidna erupcja, a potem mniejsze w 2012, 2013, 2016 roku. I mimo tego, a może właśnie dzięki temu, to było miejsce bardzo atrakcyjne turystycznie. Było stale monitorowane przez służby geologiczne Nowej Zelandii, głównie ze względu na tę aktywność turystyczną.

Bo gdyby ono sobie tam się kotłowało po prostu, to nikt by się raczej nie spodziewał jakiejś supergwałtownej erupcji, która miałaby wielkie znaczenie dla wszystkiego. Ale ze względu na to, że pojawiali się tam turyści, ten monitoring był stały. 27 listopada 2019 roku było tam charakterystyczne, dość silne trzęsienie ziemi, więc podniesiono poziom zagrożenia do tak zwanego drugiego poziomu.

To się nazywa "średni do podwyższonego". I mimo że to już był sygnał ostrzegawczy, firma White Island Tours nadal organizowała te wycieczki i zamieściła jakieś takie ogólnikowe ostrzeżenie na swojej stronie. Informowali głównie turystów o tym, że płyną tam na własną odpowiedzialność.

Ola: Bezpieczne.

Piotr: Tak, zawsze można powiedzieć, że właściwie płyną na własną odpowiedzialność – nikt się do tego nie zmusza. 9 grudnia 2019 roku, o godzinie 14:11, nastąpił wybuch. To nie do końca była taka klasyczna erupcja. To była tak zwana erupcja freatyczna, czyli spowodowana kontaktem wody z magmą, powstaniem pary wodnej, wywaleniem jej pod ciśnieniem w powietrze. Nie było to jakieś gigantyczne zdarzenie, natomiast pech chciał, że w tym czasie na wyspie znajdowało się 47 osób, z czego 38 pochodziło ze statku wycieczkowego, który sobie pływał po okolicach Nowej Zelandii i akurat zacumował w pobliżu jednej z atrakcji.

To był duży statek wycieczkowy, nie jakaś tam łódeczka, tylko jeden z tych potężnych wycieczkowców. I akurat zacumowała tam spora część tych ludzi, którzy pochodzili z tego statku. To byli w większości Australijczycy.

Było tam 9 Amerykanów, Niemcy, Chińczycy, Brytyjczycy, jeden Malezyjczyk. Ta eksplozja spowodowała przede wszystkim bardzo gwałtowny wyrzut bardzo gorącego materiału. Nie było tam jakiegoś superklasycznego spływu piroklastycznego, jakichś bardzo efektownych zjawisk.

Jest dużo nagrań z tego, dlatego że i z tego statku wycieczkowego, i z innych łodzi ludzie filmowali. Jak coś tam zaczęło się dziać, to złapali za telefony. Łatwo znaleźć sobie te filmy, jeżeli wpiszemy "White Island eruption" na YouTubie, jest ich całe mnóstwo.

Ci ludzie, znajdujący się na tej wyspie, zostali bardzo pokiereszowani. Zginęły 22 osoby. 25 zostało rannych.

Wiele z nich było bardzo poważnie poparzonych. Tam oczywiście natychmiast ruszyła akcja ratunkowa, początkowo zaimprowizowana – łodzie kręcące się w pobliżu ratowały ludzi, zwoziły ich. W pobliżu stacjonowały komercyjne helikoptery, które po prostu woziły turystów.

Piloci tych trzech helikopterów, jak zobaczyli, co się dzieje, ruszyli na ratunek. Zresztą potem próbowano ich ciągać po sądach, bo latali bez zgody, teren był zamknięty. W efekcie uratowali 12 osób z tej wyspy.

Ola: Rzeczywiście trzeba było ich ciągać za to uratowanie.

Piotr: Tak, to było kompletnie idiotyczne, zresztą zdaje się, że wycofano się z tych oskarżeń. Duża część zmarłych osób była bardzo trudna do identyfikacji. Po prostu ludzie byli spaleni.

Tam cała akcja antropologii sądowej, bo to, tak jak mieliśmy w jednym z odcinków, tu już nie wchodzi, tam rozpoznawano ludzi po dokumentacji dentystycznej. Zresztą chyba dwóch osób w ogóle nie odnaleziono. Natomiast tak jak mówię, 25 osób było bardzo poważnie rannych.

To byli ludzie o ogromnych poparzeniach. Tu słynna jest Stephanie Corral-Bloyd [? niepewne: w nagraniu podano sprzeczne informacje o jej wieku – "20-letnia" i "chyba 5-letnia wówczas", prawdopodobnie chodzi o "25-letnia" źle rozpoznane przez transkrypcję]. Pojechała na wycieczkę na tę wyspę ze swoim ojcem i swoją młodszą siostrą. Ojciec i siostra zginęli.

Ona miała 70% ciała poparzone oparzeniami trzeciego stopnia, więc bardzo poważnie. Na TikToku jest jej konto. Relacjonuje cały czas swój powrót do zdrowia.

To jest może dyskusyjne, może dziwne, ale powiem szczerze, to też jest bardzo ciekawe, dlatego że ona bardzo normalnie i po ludzku opisuje to, co się działo, opisuje swój stan. Myślę, że warto to pooglądać. Jeżeli ktoś korzysta z TikToka, znajdziecie link w opisie.

Po prostu to jest ciekawe. Jeżeli ktoś by chciał zapytać, dlaczego mówię o tym zdarzeniu, to znowu dlatego, że zostało udokumentowane, dlatego że zginęło właściwie w głupiej sytuacji dużo ludzi, bo to jest 22 osoby. Przypominam, że przy St. Helens to jest kilka osób.

Tam była nieporównywalnie większa siła tego zjawiska. Tu tak naprawdę problemem było to, że turyści nigdy nie powinni się tam znaleźć. Na pewno nie w tym czasie, kiedy ten wulkan znowu był aktywny.

Uspokoił się na jakiś czas. Teraz, dosłownie w lipcu 2023 roku, rozpoczął się proces trzech szefów firmy, która te wycieczki organizowała i która była właścicielem tej wyspy, dawała do niej dostęp. Oni są oskarżeni o zaniedbania, o zlekceważenie zasad bezpieczeństwa.

Jakieś konsekwencje tego prawdopodobnie poniosą, zobaczymy. Jak bardzo nieodpowiedzialne były te wycieczki, możemy zobaczyć chociażby na zdjęciach, bo tam służby geologiczne umieszczały kamery obserwujące to wszystko.

Jest zapis z takiej kamery internetowej, dosłownie na minutę przed tą erupcją, i widać krater. Widać w tym kraterze łażących ludzi, turystów. Wewnątrz tego krateru.

To nie jest taki krater z buzującą lawą, tylko taki zaparowany. Widać, jak unosi się para wodna z jakichś szczelin. Widać takie zadymienie i chodzą pomiędzy tym dosłownie ludzie, na minutę przed tą erupcją.

1:38:21 Pinatubo (1991) – wielka ewakuacja na Filipinach

Ola: No to jeszcze na koniec Pinatubo. Wulkan filipiński. Jego erupcję część z nas, tych starszych, może pamiętać z mediów – działo się to w 1991 roku i było to jedno z najpotężniejszych tego typu zdarzeń w XX wieku.

I w tej ośmiostopniowej skali eksplozywności wulkanicznej wybuch Pinatubo zyskał stopień szósty. Naprawdę potężna erupcja. Ten wulkan Pinatubo znajduje się na filipińskiej wyspie Luzon.

Sprawdziłam sobie, że to jest dokładnie ta sama wyspa, na której w roku 2019 odkryto kolejny nowy gatunek człowieka.

Piotr: Właśnie, coś kojarzę. Homo luzonensis.

Ola: Tak samo niewielkiego, jak tak zwany hobbit z Flores. Również gatunek wyspiarski. Także to jest taka ciekawostka.

Piotr: Gatunki wyspiarskie zwykle są niewielkie.

Ola: To prawda. Pinatubo ma obecnie wysokość 1485 metrów. I zanim doszło do jego przebudzenia w 1991 roku, nie wyróżniał się specjalnie na tle innych filipińskich wulkanów.

A tych tam nie brakuje. Był to wulkan porośnięty gęstym lasem deszczowym, niepozorny i niezbyt zwracający na siebie uwagę – ale do czasu. Pierwszym zwiastunem nadchodzącego przebudzenia tego wulkanu było trzęsienie ziemi o magnitudzie 7,8, którego epicentrum znajdowało się około 100 kilometrów na północny wschód od Pinatubo.

To trzęsienie ziemi miało miejsce w połowie marca 1991 roku i prawdopodobnie przyczyniło się do tej erupcji, choć wciąż nie można tego bezsprzecznie potwierdzić. Dwa tygodnie po trzęsieniu ziemi lokalni mieszkańcy meldowali o obłokach pary emitowanych przez wulkan.

Jednak naukowcy, którzy zostali wezwani na to miejsce, stwierdzili, że nie grozi to jakąkolwiek aktywnością erupcyjną. Ale od początku kwietnia 1991 roku wulkanem zaczynają targać niewielkie erupcje. Sejsmografy rejestrują setki niewielkich trzęsień ziemi.

W maju pojawiają się tam badacze z USGS, czyli Amerykańskiej Służby Geologicznej, i rejestrują wzrost emisji dwutlenku siarki.

Piotr: Znaczy powracający dwutlenek siarki.

Ola: Co wskazuje na przemieszczanie się magmy pod wulkanem. 5 czerwca emisja dwutlenku siarki maleje, co może wskazywać na zablokowanie się procesu odgazowania. Bo wcześniej ten gaz się wydobywał, potem się to zablokowało.

Co z kolei, jak można sobie wyobrazić, prowadzi do wzrostu ciśnienia w komorze magmowej i oznacza duże prawdopodobieństwo erupcji eksplozywnej, czyli takiej, która kończy się spektakularnym wybuchem. I faktycznie, 7 czerwca Pinatubo zdecydowanie się ożywia i generuje obłok erupcyjny, obłok pyłów o wysokości 8 km.

Wulkan zostaje objęty czwartym stopniem alarmu. Piotrek mówił o tym wulkanie nowozelandzkim, że był tam drugi stopień alarmu.

Piotr: To może być inna skala.

Ola: To może być pięciostopniowa skala.

Piotr: Nie jestem pewny. Musiałbym to sprawdzić. Może być lokalna, jakieś inne ustalenie.

To nie musi być uniwersalna skala.

Ola: Ale ten czwarty stopień alarmu wskazuje, że do znaczącej erupcji może dojść lada moment. Krótko po tej pierwszej eksplozji wulkanolodzy zauważają nową kopułę lawową, formującą się w odległości 1 km od głównego krateru. To oznacza, że kopuła ta formuje się z kleistej lawy, która blokuje znajdującą się pod nią, bogatą w gaz magmę.

Jeśli chodzi o język wulkanologiczny, to znaczy, że za moment stanie się coś bardzo złego.

Piotr: Lawa to jest to, co na powierzchni, a magma to jest to, co pod powierzchnią.

Ola: 9 czerwca spod tej nowej kopuły uwalniają się pierwsze spływy piroklastyczne, a towarzyszą temu erupcje popiołu. Lokalne władze dość szybko zarządzają ewakuację. Rozpoczyna się już 7 kwietnia, czyli jeszcze przed tymi zasadniczymi wydarzeniami.

13 czerwca Pinatubo zostaje objęty piątym, najwyższym stopniem alarmu i ewakuowanych zostaje ponad 70 tysięcy ludzi. To jest naprawdę gruba akcja.

Tymczasem 12 czerwca dochodzi do pierwszej serii potężnych erupcji wulkanu Pinatubo, pojawia się słup popiołów, wznoszący się do stratosfery, gdzie rozprzestrzenia się poziomo. Ten słup sięga 19 km wysokości, a po zboczu wulkanu płyną spływy piroklastyczne, przemieszczające się we wszystkie strony.

14 godzin później Pinatubo wyrzuca popiół już na wysokość 24 km. Potężne wybuchy powtarzają się w kolejnych dniach, czyli 13 i 14 czerwca 1991 roku. Okazuje się jednak, że to nie koniec i wulkan nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

15 czerwca Pinatubo wybucha po raz kolejny, a w dodatku jest to erupcja najpotężniejsza ze wszystkich dotychczasowych. Trwa przez 9 godzin, wytwarzając 5 km sześciennych magmy. Popioły wznoszą się na wysokość 34 km i tam się rozszerzają, rozprzestrzeniając się wokół całego globu, a potężne spływy piroklastyczne docierają na odległość 16 km.

Wskutek opadania popiołów nad wyspą Luzon zapadają ciemności. Popioły opadają na część Morza Południowochińskiego, na niektóre tereny Wietnamu, Kambodży, Malezji, a wierzchołek wulkanu zapada się, formując kalderę – to zagłębienie o średnicy 2,5 km, w którym pojawia się następnie jezioro kraterowe. Pinatubo miał początkowo szczyt na wysokości 1745 m n.p.m., a obecnie ma 1485 m. Ten ubytek to właśnie skutek tamtej erupcji.

Jakby jeszcze było mało nieszczęść, pojawia się jeszcze jeden element. Piotrek wspominał wcześniej o laharach.

Ja o nich powiem, bo to było straszne nieszczęście dla ludzi, którzy mieszkali w pobliżu Pinatubo. W tym samym czasie, w odległości 100 km na północny wschód od tego wulkanu, nadciąga tajfun Yunya. Ulewne opady deszczu przyczyniają się do powstania właśnie laharów, czyli potoków błota, które przemieszczają się z prędkością 30 km na godzinę dolinami wulkanu, niszcząc wszystko na swojej drodze.

Jeżeli mówimy o czynnikach najbardziej niszczących, to mówiliśmy o tsunami, o spływach piroklastycznych, ale lahary są nie mniej niszczycielskie.

Piotr: Tak, bo to jest błoto, które dopóki płynie, jest błotem, a jak się zatrzymuje, zamienia się niemal w beton, bardzo twardnieje i właściwie pokrywa wszystko w taki sposób, że nie da się wydostać.

Ola: Tutaj właściwie można mówić o sukcesie tej akcji prewencyjnej, ewakuacji, która objęła 70 tysięcy ludzi, i dzięki temu zginęło tylko 847 osób w tej potężnej erupcji. I to w dużej mierze z powodu zawalania się na ich głowy dachów domów, zasypanych mokrym popiołem.

Popiół był potem moczony przez deszcze i robił się zbyt ciężki, i ludzie ginęli pod ciężarem tych dachów, które im na głowę spadały. Opad popiołu oczywiście niszczy uprawy ryżu, niszczy projekty związane z zalesianiem, bo tam są problemy z tym, że wycina się lasy deszczowe pod uprawy. Umiera 800 tysięcy zwierząt hodowlanych i drobiu.

Straszne. Kompletnemu zniszczeniu ulega 8 tysięcy domów, uszkodzonych jest 73 tysiące gospodarstw. I w okresie między czerwcem a grudniem 1991 roku ze zboczy Pinatubo schodzi jeszcze ponad 200 dużych laharów, które nadal sieją zniszczenie, uszkadzają kolejne domostwa, mosty, drogi i fermy.

Ta erupcja wyemitowała 20 mln ton tlenku siarki i szacunkowo 11 km sześciennych pyłów. I oczywiście pyły i aerozol siarkowy, pochodzący z chmury erupcyjnej, trafiają do stratosfery, czego rezultatem był spadek średnich globalnych temperatur w 1992 roku o blisko 0,5 stopnia Celsjusza.

Piotr: To wbrew pozorom dużo.

Ola: To były globalne średnie temperatury dla całego świata. Było to spowodowane głównie pochłanianiem promieni słonecznych przez aerozol siarkowy. Co jest oczywiste, ale co jest ogromną stratą – niegdyś płynne lasy, szerokie doliny u stóp Pinatubo zostały pokryte warstwą popiołu i pumeksu o grubości od 50 do 200 metrów.

Także tam życie zniknęło. No i tyle o tych erupcjach wulkanicznych, które wydały nam się nie dość, że ciekawe, to jeszcze takie, które warte są tego, żeby o nich wiedzieć, i żeby wiedzieć, jakie procesy są związane z erupcją wulkanu, bo to nie jest tylko wypływ lawy czy gorących gazów i popiołów, ale również te towarzyszące zjawiska, które potrafią być nie mniej niszczycielskie, a nawet w niektórych sytuacjach bardziej.

Piotr: Tu czuję, że szykuje nam się odcinek o superwulkanach, bo to też jest ciekawe, dlatego że superwulkany z jednej strony rzeczywiście są super, a z drugiej strony nieustająco straszą nimi w mediach. To też jest tak, że co i raz się okazuje, że gdzieś tu jest superwulkan, a w Europie właściwie są dwa i właściwie nie wiadomo, czy we wtorek, czy we czwartek już wybuchnie.

Ola: I co ciekawe, jeden z superwulkanów znajduje się pod terenem Niemiec.

Piotr: Tak, całkiem niedaleko, więc temat z jednej strony bardzo ciekawy, z drugiej strony też myślę, że uda się trochę porozwiewać różnych mitów i troszeczkę stonować niektóre medialne straszenia. A my kończymy. Słuchajcie, gdybyście mieli jakieś uwagi, spostrzeżenia, to piszcie na podcasty@crazynauka.pl. Pozdrawiam serdecznie tych, którzy piszą. Dziękujemy.

Ola: Jeżeli chcecie na bieżąco dowiadywać się o odcinkach, które właśnie wpadają do sieci i można ich już posłuchać, to najlepiej, żebyście je zasubskrybowali, ponieważ nie będziecie musieli czuwać nad tym, że co drugi wtorek te odcinki się ukazują.

Piotr: A kto słucha na Spotify, niech komentuje i głosuje w naszych ankietkach. Słuchajcie, bardzo dziękujemy. Cześć i do następnego razu.

Źródła

Brak listy źródeł w kolumnie "źródła (z opisu)" indeksu: opis odcinka w RSS nie zawiera wypunktowanych linków (Ola i Piotr kilkukrotnie odsyłają do "opisu odcinka" i "linków do badań w opisie", ale sam tekst opisu w indeksie ich nie zawiera).