Podcast Crazy Nauka · odc. 56

Nauka na czasie – dlaczego nie mamy ogonów, ale mamy nowe leki

05-03-2024 · 39 min · Nauka na czasie, Ciało i zdrowie, Zwierzęta i przyroda

Okładka odcinka

Tu jest treść z serwisu Spotify. Po jej włączeniu Spotify otrzyma Twój adres IP i może zapisać w przeglądarce pliki cookies.

Posłuchaj też na:

Co sprawiło, że nasi przodkowie utracili ogony? I jak stare leki znajdują nowe, zaskakujące zastosowanie, np. w leczeniu odmrożeń?
Odpowiadamy na te pytania – oczywiście z pomocą badań, których wyniki zostały niedawno opublikowane – w najnowszym odcinku Podcastu Crazy Nauki.

To odcinek z cyklu “Nauka na czasie”, czyli lżejsza wersja naszego podcastu, w której omawiamy dwa-trzy wybrane naukowe newsy. Cykl ten publikujemy co drugi tydzień, na przemian z dłuższymi odcinkami.

Transkrypcja odcinka

Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.

0:00:00 Wstęp

Ola: Gdzie się podziały nasze ogony?

Piotr: Jak nie stracić palców i nosa?

Ola: Cześć, tu Ola Stanisławska.

Piotr: I Piotrek Stanisławski, podcast Crazy Nauka.

Ola: A dziś opowiemy wam o tym, dlaczego ludzie, czyli my, nie mamy ogonów.

Piotr: Co nie ma, tym nie ma.

Ola: O, no dobra, nie wiem, co powiedzieć.

Piotr: Nic, mów dalej.

Ola: Oraz opowiemy o nowych, niesamowitych zastosowaniach znanych leków. Jednego na odmrożenia, drugiego na alergie pokarmowe. Tak, nas to też zadziwia, ale przyjrzeliśmy się temu bliżej.

Piotr: Odcinek z tego cyklu Nauka na czasie, czyli taka lżejsza, mieliśmy mówić krótsza, ale ostatnio była nawet krótsza wersja naszego podcastu. W tej wersji omawiamy dwa wybrane przez nas zupełnie arbitralnie naukowe newsy. Dziś w sumie będą trzy, ale właściwie dwa tematy. Ten cykl publikujemy co drugi tydzień, na przemian z tymi dłuższymi odcinkami. I tym razem już chyba jesteśmy w dobrym terminie. Przepraszamy, ostatnie dwa odcinki mieliśmy [? niepewne: obsuwę], życie, zdrowie i takie inne rzeczy. Ale wracamy do takiego rytmu wtorkowego.

Ola: Ale zanim przejdziemy do tej właściwej opowieści, to chcielibyśmy podziękować tym wszystkim spośród was, którzy nas wspierają. Wspierają w komentarzach, na różnych platformach, ale też wspierają finansowo. To dla nas bardzo ważne. Im więcej was będzie nas wspierać, tym bardziej będziemy w stanie rozwijać ten nasz podcast, co jest dla nas bardzo istotne. A jeżeli mielibyście ochotę dołączyć do grona tych, którzy nas wspierają, to zapraszamy albo do naszego konta w serwisie Patronite, albo do BuyCoffee, gdzie możecie nam postawić kawę. Linki do obydwu miejsc znajdziecie w opisie odcinka.

Piotr: Albo herbatę, bo właśnie jak Ola to mówi, to sączę herbatę, a herbata jest taka, że jestem bezpieczny, bo nikt jej nie lubi w domu poza mną, ponieważ herbata jest z lukrecją, a to jest w ogóle cudowne. Z cynamonem i lukrecją cudownie rozgrzewa i bardzo dobrze robi na głos w trakcie podcastu, więc możecie się dorzucić też do herbaty, ale też przez BuyCoffee.

Ola: To ja nie będę tutaj namawiać do dorzucania się do wody, bo ja piję kranówkę, co prawda przefiltrowaną dodatkowo, bo po prostu ta nasza w naszej okolicy nie jest zbyt smaczna.

Piotr: Nasza gryzie.

Ola: Ale tak, kawę lubimy i herbatę lubimy. Nie wszyscy lubią herbatę z lukrecją, no tym niemniej.

Piotr: Wybaczam tym, którzy nie lubią. No i oczywiście możecie zasubskrybować nasz podcast, dzięki temu was nie ominie żaden odcinek, ale też dzięki temu kopniecie centralnie między oczy algorytmy systemów wszelakich, które dzięki temu pokażą ten podcast w większej liczbie osób, i będziemy wam wtedy bardzo wdzięczni.

Ola: Bardzo, bardzo. No i pamiętajcie oczywiście, jesteśmy obecni na wszystkich liczących się platformach podcastowych.

Piotr: I tych nieliczących się zresztą, jak wiecie, też do roboty.

0:03:16 Dlaczego nie mamy ogonów

Ola: No i gdzie jest ten mój ogon? Ja nie mówię o twoim ogonie, teraz się skupiamy na moim.

Piotr: I teraz zamachałem kitką.

Ola: Mamy przed sobą badania, które opisał doktor Bo Xia, genetyk z New York University i Broad Institute, instytutu tworzonego przez MIT i Harvard, czyli bardzo szacowne instytucje naukowe. A pismo, które opublikowało te badania, jest również szacowne, bo to jest Nature, i link do tych badań znajdziecie w opisie odcinka.

Piotr: Do wszystkich innych też oczywiście.

Ola: No i właśnie, te wszystkie szacowne instytucje, osoby i tytuły pochyliły się nad tym, dlaczego my wszyscy nie mamy ogonów. Wydaje się to dosyć zabawne, ale jak tak człowiek chwilę pomyśli, no to właściwie dlaczego? Dlaczego większość małp posiada ogony, ale my, jako właściwie potomkowie małp człekokształtnych, jako…

Piotr: Gatunek małp, jakbym to nie powiedział.

Ola: A do małp człekokształtnych żyjących współcześnie należą też szympansy, goryle, orangutany i gibony oraz my, ludzie, i nasi wymarli przodkowie oraz krewniacy, w tym neandertalczycy. Tak naprawdę za utratę ogonów odpowiedzialna jest zmiana genetyczna, która zaszła u przodków małp człekokształtnych około 25 milionów lat temu. Dosyć dawna, tak?

Piotr: No tak.

Ola: No i co to za zmiana genetyczna? Czy to była pojedyncza zmiana, czy jakiś kompleks różnych zmian? Ale to jest o tyle istotne, że wielu naukowców uważa, że utrata tego ogona mogła w znacznym stopniu przyczynić się do tego, że nasi przodkowie mogli zacząć chodzić w pozycji wyprostowanej i spędzać mniej czasu na drzewach. Tu akurat jest sporo rozbieżności, bo skamieniałości w dużej mierze dowodzą, że to zejście z drzew nastąpiło wiele milionów lat później, ponieważ wczesne małpy człekokształtne również poruszały się na czterech nogach, mimo że ogonów nie miały, i zachowywały się podobnie jak małpy, które żyły na drzewach, a dwunożność to jest właśnie spadek ostatnich kilku milionów lat.

Piotr: Czyli nie jest to kwestia przydeptywania sobie ogona, szkoda, bo tak już mieli wizję.

Ola: Tak, takie proste rozwiązania są, jak wiadomo, najlepsze. Ale ten doktor Xia, o którym już wspomniałam na początku, to jest w ogóle ciekawa postać, bo on się zainteresował problemem braku ogona już w dzieciństwie. W ogóle dużo się zastanawiał, dlaczego jesteśmy tacy, jacy jesteśmy. Właśnie z tej ciekawości rodzi się naukowe podejście do rzeczywistości. A jak był już w wieku dorosłym, to uwaga, doznał kontuzji kości ogonowej. Szukałam bliższych szczegółów na ten temat, ale doznał jej podczas jazdy taksówką. Nie wiem, co tam się wydarzyło w tej taksówce, może był jakiś wypadek, nie mam pojęcia. Natomiast to było na tyle poważne, że ta rekonwalescencja zajęła mu aż rok.

Piotr: No wiesz, jakby nie patrzeć, ogon jest przedłużeniem kręgosłupa, kość ogonowa jest końcówką kręgosłupa. Więc nic dziwnego, że jest to, jakby nie patrzeć, jakiś uraz kręgosłupa, tak?

Ola: Ja jedną rzecz tutaj przytoczę, jeden mój przypadek, dowód anegdotyczny, że to jest istotne. Jak byłam osobą jeszcze niepełnoletnią, właściwie nie, byłam świeżo osobą pełnoletnią, poszłam w Tatry zimą. Na szczęście to były takie obszary Tatr, które były w miarę łagodne. A wiek wczesnodorosły ma to do siebie, że człowiek nie jest jeszcze zbyt mądry, w związku z czym ze szczytu w Tatrach Zachodnich, niezbyt wysokiego, który nazywa się Grześ i na który jest łatwo wejść i latem, i zimą, postanowiłam zejść szybciej niż nogi pozwalały, czyli po prostu razem z moim kolegą Tomkiem usiedliśmy na tyłkach i zjechaliśmy po śniegu. To nie był najlepszy pomysł, mimo że kilka razy wcześniej już to robiłam i nawet nieźle wychodziło, ale tutaj po drodze był kamień, na który najechałam kością ogonową. I muszę przyznać, że do dziś mam wątpliwości, co ja sobie z tą kością zrobiłam. Naprawdę mnie obłędnie bolało. Ledwo zlazłam z tego Grzesia, a potem przez kilka tygodni miałam ten ból, ale to było dla mnie tak wstydliwe, że właściwie nikomu się do tego nie przyznałam, tylko cierpiałam w milczeniu.

Piotr: Tego też nie polecam.

Ola: Stwierdzenie czy powiedzenie otwarcie komuś, że doznałam urazu, zjeżdżając na tyłku w Tatrach ze szczytu.

Piotr: Mogłaś powiedzieć, że jechałaś taksówką.

Ola: Zawsze mogłam tak powiedzieć. Może doktorowi Xia właśnie to się przydarzyło.

Piotr: Zjeżdżał z Grzesia.

Ola: No, w każdym razie tak, to jest bardzo bolesne. Nie polecam, nie róbcie tego ani w domu, ani w Tatrach, ani nigdzie. Wracając do tematu: naukowcy, którzy się zajmują tym zagadnieniem, zidentyfikowali 140 genów zaangażowanych w rozwój ogonów u małp. Właściwie rozpoznali tysiące zmian genetycznych, charakterystycznych dla małp człekokształtnych, które mogły również odgrywać rolę w utracie ogonów. No i jak zidentyfikować te najważniejsze? A może ten jeden gen, który odegrał decydującą rolę? I tutaj wspomniany wielokrotnie doktor Xia wpadł na swojej drodze naukowej na takie badania, które w 1927 roku prowadziła ukraińska naukowczyni Nadia Dobrowolska-Zawadzka. Opisała ona gatunek myszy laboratoryjnej, które miały krótkie ogony, i postawiła tezę, że u tych myszy występuje mutacja w genie o nazwie T, który jest odpowiednikiem ludzkiego genu TBXT. To jest gen, który właśnie z tym ogonem ma wiele wspólnego. I dziś wiadomo, że ludzie i inne małpy człekokształtne mają ten gen bardzo charakterystyczny, dlatego że jest on, można powiedzieć w cudzysłowie, genetycy wybaczcie, poprzecinany takimi specyficznymi fragmentami DNA. Nazywają się one sekwencje ALU i nie występują u innych naczelnych ogoniastych, takich jak małpy, a u ludzi i innych małp człekokształtnych bezogonowych jak najbardziej.

Piotr: Czyli pocięcie tego genu sprawia, że on nie działa?

Ola: No właśnie, ci naukowcy pod kierownictwem doktora Xia postanowili to sprawdzić: czy pocięcie tego genu będzie miało jakikolwiek wpływ na istnienie bądź nieistnienie ogona. Jeszcze dodam, że te sekwencje ALU należą do takich dziwnych konstrukcji w ludzkim genomie, to tak zwane wędrujące geny, które mogą się przemieszczać na inną pozycję w genomie tej samej komórki. Tu oczywiście spłycam bardzo mocno ten temat.

Piotr: Genetycy płaczą, jak słuchają.

Ola: Tak, ale tu jeszcze dodam, że te sekwencje ALU istnieją w genomie człowieka w postaci ponad miliona kopii. Tym samym stanowią około 10% całego naszego DNA. I tu jest bardzo ważna informacja: te sekwencje ALU to są jedne z transpozonów, i jest taka hipoteza, że to mogą być dawne wirusy, w szczególności retrowirusy, które utraciły geny odpowiedzialne za zjadliwość i po prostu wbudowały się w nasz genom.

Piotr: No wiadomo, że w naszym genomie jest całe mnóstwo tego typu wrzutek wirusowych.

Ola: Jak najbardziej. I tutaj te sekwencje ALU niejako paskują, żeby można było sobie lepiej wyobrazić tę sytuację, jaka ma miejsce w przypadku genu TBXT, odpowiedzialnego za brak ogona u ludzi. Co dalej zrobili naukowcy, żeby dowieść, że ten gen odpowiada za bezogonowość: postanowili wyedytować odpowiednik genu TBXT, który istnieje u myszy laboratoryjnych, na wzór ludzki, dokładając mu te sekwencje ALU, których u myszy nie było, i sprawdzić, czy to może doprowadzić do utraty ogonów przez myszy. I można to skwitować jednym zdaniem: tak, rzeczywiście zmodyfikowane genetycznie myszy rodziły się bez ogona albo z deformacjami ogona, przede wszystkim bardzo krótkiego. To byłoby jednak mocne skrócenie tego tematu, ponieważ badania nad kolejnymi pokoleniami myszy zajęły naukowcom wiele lat, co najmniej trzy lata czekała sama publikacja w Nature, złożona i pokazana najpierw w formie preprintu, a trzy lata trwało sprawdzanie testów, które zostały tam przedstawione. Dopiero po takim czasie udało się doprowadzić do tego, że taka modyfikacja genu sprawiła, że te myszy zaczęły się rodzić bez ogonów.

Piotr: Zaczęły chodzić na dwóch łapach, rozwinęły się intelektualnie, przejęły kontrolę nad laboratorium.

Ola: Tak sobie też wyobrażam ten jakiś scenariusz kolejnego filmu science fiction.

Piotr: Bo my nie wiemy, dlaczego chodzimy na dwóch nogach, nie wiemy do końca, co spowodowało, że ta mutacja się rozprzestrzeniła. Jest na ten temat bardzo ciekawa książka, zresztą kilka jest książek, jak nie zapomnę, to dam link w opisie, bo oczywiście tytułu nie pamiętam, dlaczego miałbym pamiętać, ale to jest w ogóle niezwykle ciekawy wątek, bo ani nie wiemy, dlaczego zaczęliśmy, ani do końca nie wiemy, jakie są z tego korzyści. Wiemy, jakie to ma konsekwencje, między innymi dla rozwoju mózgu i tak dalej, ale dlaczego to się zaczęło, do tej pory nie bardzo wiadomo.

Ola: Ja tutaj jeszcze wrócę do sytuacji gmerania myszom w genach. Ta zmiana genetyczna, którą naukowcy uzyskali u myszy, okazało się, że skutkuje u niektórych osobników tym, że rozwijały się u nich wady cewy nerwowej. Cewa nerwowa to jest taki zawiązek układu nerwowego, z którego normalnie wykształcają się rdzeń kręgowy i mózgowie. Wady cewy nerwowej u ludzi z kolei dotykają jednego na tysiąc noworodków, tak mniej więcej.

Piotr: Czyli jest to bardzo częsta wada.

Ola: Jest to częsta wada, oczywiście bardzo ciężka wada rozwojowa. Można powiedzieć, że to jest nasz ewolucyjny koszt utraty ogonów.

Piotr: Czyli ten gen, który powoduje utratę ogona, również zwiększa ryzyko wystąpienia wad cewy nerwowej. W ogóle cewa nerwowa to jest bardzo ciekawy wątek, bo to jest domykanie się, kształtowanie nad zawiązkiem struny grzbietowej. Bardzo to jest fajne w embriologii, jeden z takich bardziej emocjonujących kawałków, o ile embriologia jest emocjonująca.

Ola: Dodajmy, że ta utrata ogonów na przestrzeni zmian ewolucyjnych nastąpiła niejednokrotnie, bo na przykład ogonów nie mają również mandryle, niektóre makaki i małpiatki lori, takie wielkookie, śliczne małpki z podrzędu lemurowych. To sugeruje, że ta cecha ewoluowała wielokrotnie, w różnych sytuacjach, więc my znamy właściwie jeden scenariusz. Nie wiemy do końca, dlaczego to się tak upowszechniło, czy u zwierząt żyjących na drzewach brak ogona wydaje się jednak prowadzić do jakiegoś dyskomfortu, bo ten ogon u wielu gatunków małp po prostu pomaga im przemieszczać się po drzewach. I rozumiem, że w związku z tym te gorzej wyposażone, ogoniaste małpy były zmuszone zejść z drzew, ale dlaczego dało im to przewagę?

Piotr: Gibony nie bardzo zeszły z drzew, chciałem powiedzieć, niektóre zdecydowały się zostać. Więc tak, to jest oczywiście pytanie, jaką przewagę daje kompensacja tego braku ogona, bardzo ciekawy wątek.

Ola: Tak, że akurat poszło w mózg, to bardzo fajnie, że się tak złożyło. Tych hipotez jest tak wiele i to jest tak interesujący temat, że rzeczywiście warto w ogóle poczytać. Ja zaraz, jak Piotrek zacznie mówić o swoich newsach, postaram się wyszukać i podrzucić wam tytuł tej książki o dwunożności, bo tylko tytuł mi umknął.

Piotr: Myśmy ją u nas opisywali na Crazy Nauce.

Ola: Wrzucimy link do opisu odcinka.

Piotr: Ona jest zresztą dziwna, bo jest taka trochę dokumentalna, ale fajnie zrobiona.

0:18:08 Lek na odmrożenia: iloprost

Piotr: Dobrze, to skoro już jesteśmy tak daleko, to w takim razie idziemy jeszcze dalej. I teraz mój kawałek, czyli leki. Ola już zapowiedziała, że będzie o dwóch lekach. Obie te wiadomości dotyczą zatwierdzenia tych leków przez Amerykańską Agencję Żywności i Leków, czyli FDA, tam to się często zaczyna. Zacznę od takiego, który szczególnie mnie jakoś zainteresował: to jest lek przeznaczony do leczenia odmrożeń. Wedle mojej wiedzy, ale mogę się mylić, nie było do tej pory na rynku leku stricte do tego przeznaczonego. Oczywiście wykorzystuje się różne leki przy takich sytuacjach, ale to jest właśnie lek do tego. Przy czym on już był na rynku, zaraz o tym powiem. Natomiast warto się przyjrzeć samym odmrożeniom, bo tak naprawdę odmrożenie to jest reakcja obronna organizmu, który w ten sposób chroni się przed zimnem. Choć może brzmi to paradoksalnie, ale chodzi o to, żeby ograniczyć, a w ekstremalnych przypadkach praktycznie odciąć dopływ krwi do tych części ciała, które się szczególnie łatwo wychładzają, bo to powoduje schładzanie krwi. To znaczy, gdybyśmy wtedy, kiedy jest nam zdecydowanie zbyt zimno, dostarczali tę krew bez ograniczeń do rejonów, gdzie najszybciej następuje wymiana ciepła, to krew by się schładzała i w całym organizmie ta temperatura by spadała, co dla stałocieplnych jest śmiertelnie niebezpieczne.

Ola: No i praca serca byłaby przez to utrudniona.

Piotr: Obciążenie serca, wszystko właściwie. W związku z czym organizm działa tak, że ogranicza dostęp krwi do tych obszarów, a gromadzi ją tam, gdzie jest niezbędna do przeżycia, czyli mózg, organy wewnętrzne w tułowiu i tak dalej. Najbardziej w związku z tym narażone na odmrożenie są tak zwane dystalne części ciała, czyli po ludzku rzecz ujmując: palce nóg i rąk, policzki, nos i uszy. One najczęściej właśnie ulegają odmrożeniom. Po angielsku to jest frostbite, czyli mrozowe ugryzienie, bardzo lubię tę nazwę, znacznie ładniejsza niż polska, ale co kto lubi. W każdym razie mamy te objawy i biorą się one przede wszystkim ze zwężenia naczyń krwionośnych, co prowadzi do niedokrwienia. W bardziej ekstremalnych przypadkach brak ogrzewania może powodować wręcz tworzenie się kryształów lodu w tkankach, co dla tkanek jest fatalne, bo woda zwiększa swoją objętość, zamarzając, w związku z czym tworzące się kryształy lodu rozpychają wszystko i rozwalają komórki. Jak w komórce zamarza woda, to zazwyczaj rozwala błonę komórkową, organelle i tak dalej. Wszystko to przestaje działać. To już bardziej ekstremalny przykład. Są cztery stopnie odmrożeń, trochę jak z oparzeniami.

Ola: Wyglądają podobnie tak naprawdę, odmrożenia i oparzenia.

Piotr: Tak, bo też tworzą się pęcherze, bodaj przy drugim stopniu. Czwarty stopień to już głęboka martwica tkanek, trochę inaczej to działa niż przy oparzeniach, bo są inne podstawy fizjologiczne tego, natomiast najczęściej czwarty stopień kończy się amputacją albo samoamputacją. Trzeba odciąć te odmrożone fragmenty, żeby nie wdała się gangrena, zakażenie i sepsa. Ale organizm ma też mechanizmy takie, że jeżeli to są na przykład palce u nóg, to po prostu odpadają po jakimś czasie. Zachodzą wtedy zmiany w kościach i to czasem może się źle skończyć, bo zakażenie nadal może mieć miejsce, ale bywa, że palec po prostu odpada i tak.

Ola: Brzmi to strasznie, ale to są mechanizmy służące przetrwaniu mimo wszystko.

Piotr: Dokładnie. Leczy się to przede wszystkim, ogrzewając łagodnie.

Ola: Ale naprawdę łagodnie, bo nie można wrzucić kogoś, kto jest ekstremalnie wychłodzony, do gorącej wody, bo on po prostu umrze.

Piotr: Tak, jeszcze potem pod koniec o tym powiem. W każdym razie duże ryzyko niesie w ogóle przywracanie krążenia do obszarów, które przez długi czas były nieukrwione albo bardzo słabo ukrwione, powoduje to coś, co nazywa się zespołem poreperfuzyjnym. To znaczy: jeżeli krew dociera tam, gdzie jej przez dłuższy czas nie było i zaczęły zachodzić jakieś zmiany, niekoniecznie już martwicze, ale pewne uszkodzenia i odkładanie się różnych substancji, to zaczynają się dziać niebezpieczne rzeczy. Naczynia krwionośne stają się zbyt silnie przepuszczalne, co powoduje obrzęki. Jeżeli takim zespołem jest objęta cała kończyna, dzieją się rzeczy dość straszne, bo mięśnie puchną na tyle, że przestają się mieścić w skórze, w związku z czym ciśnienie wewnątrz jest tak wysokie, że ta opuchlizna wtórnie zamyka naczynia krwionośne, co prowadzi do obumarcia kończyny. Leczy się to nacinaniem skóry, nie polecam, jak ktoś ma wrażliwy żołądek, szukania tego w internecie, ale ogólnie nacina się skórę, bo jest ona zdecydowanie za krótka na spuchniętą kończynę, a później, jak ten obrzęk mija, wszystko się zszywa i zwykle dobrze kończy. Zdarza się to przy różnych rzeczach, chociażby przy niektórych złamaniach, ale to już za daleko odeszliśmy od tematu. Wracając: mamy tę zbyt silną przepuszczalność naczyń krwionośnych, pojawia się kwasica metaboliczna i bardzo mocne zaburzenia ilości jonów wapnia. O ile w przypadku palców, nosa czy ucha nie jest to groźne dla reszty organizmu, o tyle zespół poreperfuzyjny w dużej skali może być bardzo niebezpieczny, bo te zaburzenia jonów wapnia mogą rozregulować działanie serca. Generalnie tworzą się zakrzepy w naczyniach krwionośnych, więc przy silnych odmrożeniach bardzo trudno jest tak naprawdę przywrócić działanie takiego fragmentu ciała. Ważnym czynnikiem jest tam też stres oksydacyjny. Warto pamiętać, że tlen to silna trucizna, a to, że radzimy sobie z 20% zawartością tlenu w powietrzu, to szereg bardzo złożonych przystosowań, które w dużym stopniu polegają na tym, że organizm cały czas musi intensywnie pracować nad tym, żeby zapanować nad tym tlenem, wystarczy wziąć zardzewiały gwóźdź, żeby zobaczyć, co robi tlen, jeśli nad nim nie panujemy. Podobnie niszczy tkanki, gdy do uszkodzonego obszaru dotrze krew z tlenem: niegotowe tkanki są przez ten tlen uszkadzane i zaczynają się poważne problemy. I właśnie tu wreszcie wkracza ten lek. Nie jest on nowy, choć w pewnym sensie jest. Nazywa się iloprost, czyli to nie jest nazwa handlowa, tylko nazwa aktywnego składnika. Podaje się go w zastrzykach przez kilka dni po wystąpieniu odmrożenia i okazało się, że w badaniu klinicznym miał bardzo wysoką skuteczność. Grupa badana była niewielka, bo to ten typ badań klinicznych, które trudno przeprowadzić w dużej skali, ale w tej badanej grupie, gdzie iloprost był podawany, wystąpiło zero amputacji.

Ola: A przepraszam, jakie były stopnie odmrożenia w tej grupie?

Piotr: Nie jestem pewien, czy to był trzeci i czwarty, czy tylko trzeci, ale w każdym razie już bardzo poważne odmrożenia. Co ten lek robi? Rozszerza naczynia krwionośne, i to bardzo mocno, więc zapobiega temu mechanizmowi utraty przepływu krwi, ale też zapobiega powstawaniu zakrzepów, co jest bardzo ważne. I co jest tutaj kluczowe: są leki rozszerzające naczynia krwionośne i inne leki zapobiegające powstawaniu zakrzepów, ale ten lek dodatkowo chroni przed wystąpieniem stresu oksydacyjnego, więc cały ten zestaw powoduje, że podawanie go ratuje tkanki. Ten lek jest znany już od dawna, w Polsce, jak patrzyłem, zarejestrowany był od 1992 roku, w Stanach chyba trochę później. Stosuje się go przede wszystkim w tętniczym nadciśnieniu płucnym, czyli w zupełnie innym zastosowaniu, choć też chodzi o rozszerzenie naczyń krwionośnych. Natomiast to, co jest ważne, to to, że jeżeli mamy lek znany od bardzo dawna na rynku, to dobrze znamy wszystkie jego działania niepożądane, jego profil bezpieczeństwa i tak dalej. To nie jest nowy lek, tylko nowe zastosowanie istniejącego leku, co jest prostsze, bo nie trzeba badać już bezpieczeństwa, tylko właściwie skuteczność. To ma też konkretne przełożenie na koszty i czas wprowadzenia tego leku.

Ola: Jak rozumiem, ten lek nie jest drogi?

Piotr: Nie, nie jest drogi.

Ola: Skoro jest stosowany w nadciśnieniu płucnym i dosyć powszechnie też w Polsce, to pewnie jest już udowany?

Piotr: Tego nie sprawdzałem. Zresztą, żeby było jasne: to nie jest tak, że weźmiemy ten lek stosowany w nadciśnieniu płucnym i sobie nim nogi posypiemy, bo tam jest przede wszystkim stosowany w inhalacji, a tu jest stosowany w zastrzykach. Więc oczywiste ostrzeżenie: niech nikt nie próbuje tego zastępować domowymi metodami. W każdym razie istotne jest to, że stworzenie nowego leku i wprowadzenie go na rynek to koszt miliardów dolarów, jednego, dwóch, więcej, natomiast wprowadzenie takiego leku o nowym zastosowaniu to koszty rzędu 40-80 milionów dolarów.

Ola: To ja jeszcze dodam, że czas jest o tyle krótszy, że badania nad nowym lekiem potrafią trwać nawet ponad 20 lat, jeśli chodzi o testy kliniczne, a tutaj ta sytuacja ulega skróceniu, choć oczywiście te testy nadal muszą być prowadzone.

Piotr: Tak, ale mają inny profil, bo mniej się bada bezpieczeństwa, w związku z czym nie trzeba prowadzić tylu etapów tych testów, badamy skuteczność dla nowego zastosowania, to jest ta istotna różnica. A tak jak Ola mówiła: z odmrożeniami ostrożnie, domowe i harcerskie metody niekoniecznie się sprawdzają, nie rozcieramy odmrożeń, nie wkładamy do gorącej wody, nie poimy alkoholem. Jeżeli mamy odmrożone palce, to przede wszystkim woda o temperaturze najpierw 30 stopni, potem powoli zwiększamy do 36, ale nie cieplej, i ogrzewamy całe ciało, musi być człowiekowi ciepło. Podajemy ciepłe, nie gorące napoje. Jeżeli to są poważniejsze odmrożenia, to niewątpliwie idziemy z tym do lekarza. Przy odmrożeniach policzków czy uszu z kolei też jest łagodne ogrzewanie całego ciała, a jeżeli pojawiają się pęcherze, to trzeba to sterylnie zabezpieczyć, żeby się nie wdało zakażenie. To są znane metody postępowania.

0:31:42 Lek na alergię pokarmową i inne przykłady repozycjonowania leków

Piotr: Drugi lek, też taki lek z odzysku, to przeciwciało monoklonalne o nazwie, i tu na pewno się pomylę, omalizumab, omalizumab, omalizumab. Udało mi się. Jest ono stosowane w leczeniu astmy oskrzelowej i przewlekłej pokrzywki idiopatycznej, znowu na rynku jest od dawna, od ponad 20 lat, i to, co udało się tu odkryć, to to, że bardzo dobrze działa, zmniejszając reakcje alergiczne przy gwałtownych alergiach pokarmowych, ze szczególnym wskazaniem na orzeszki ziemne. Wiem, że dla osób, które nie mają takiego problemu, może to brzmieć nieco zabawnie, ale trzeba pamiętać, że alergeny w orzeszkach ziemnych są niezwykle agresywne. Naprawdę znikome ilości tego alergenu w innej żywności mogą działać dosłownie zabójczo. Na siedem przypadków zgonu w wyniku alergii pokarmowych aż cztery to właśnie orzeszki ziemne. Ten lek jest również podawany w zastrzykach i działa, można powiedzieć, odczulająco w jakimś stopniu.

Ola: To jeszcze powiem, że alergia na tego typu produkty, jak orzeszki ziemne, wywołuje reakcje typu wysypka, pokrzywka, bóle brzucha, wymioty, ale występuje również swędzenie i opuchlizna ust oraz przełyku, i to już zaczyna być niebezpieczne. Ale to nie wszystko, bo są jeszcze reakcje anafilaktyczne i wstrząs alergiczny, czyli trudności z oddychaniem, spadek ciśnienia, zawroty głowy, i taki wstrząs anafilaktyczny może prowadzić do śmierci.

Piotr: Do śmierci, tak. Są bardzo różne stopnie alergii na te orzeszki, ale u osób, u których jest tendencja do takiego wstrząsu, co zresztą można określić na podstawie testów, absolutnie bezwzględnym zaleceniem jest noszenie strzykawki z adrenaliną, która przy tego typu uczuleniach jest właściwie jedynym ratunkiem, szybką reakcją. Więc to rzeczywiście jest istotna zmiana, bo tu badano dzieci i okazało się, że dwie trzecie dzieci, którym podawano ten nowy stary lek, zaczęło tolerować niewielkie ilości białka orzechów bez występowania objawów. To były dzieci z poważnymi objawami, w związku z czym rzeczywiście jest to istotna poprawa bezpieczeństwa dla takich osób. I znowu jest to lek, który był już na rynku, w związku z czym dobrze wiemy, jak działa, jest dobrze zbadany i bezpieczny, a po prostu wprowadzono nowe jego zastosowanie. Dwie takie ciekawe, istotne zmiany.

Ola: A w ogóle chciałam dodać, że poszukiwanie nowych zastosowań już istniejących leków to w tej chwili bardzo szeroka gałąź farmacji i to nie są jedyne przykłady, bo takich powiązanych, rozmaitych zastosowań jest sporo. Mówiliśmy o nich też w poprzednich podcastach, na przykład o tym, że lek przeciw HIV został wykorzystany przy leczeniu COVID-u. Mamy o tym odcinek, który dotyczył… którego numer zaraz powinnam podać, skoro już o tym mówię.

Piotr: Którego numer zaraz powinnaś podać, skoro już o tym poruszasz.

Ola: Tak, powinnam podać, ale właśnie dopiero teraz mi to przyszło do głowy. Piotrek szuka. Linki do tych badań i opracowań, z których korzystaliśmy, znajdziecie w opisie odcinka. Już masz?

Piotr: Nie, nie, jeszcze musisz gadać.

Ola: Ja mam książkę o dwunożności, o której pisaliśmy u nas na blogu, to są „Pierwsze kroki” Jeremy'ego DeSilvy.

Piotr: Tak, tak, tak.

Ola: To jest autor.

Piotr: A odcinek 307 o tym, jak Polacy pomogli stworzyć lek na COVID. Bardzo ciekawe tam wątki.

Ola: Tak. I słowo na dziś?

0:34:46 Ciekawostka: klub Sour Toe w kanadyjskim Dawson

Piotr: Nie, jeszcze nie. Jeszcze mam opowieść z niespodzianką, specjalnie dla ciebie, nie, nie specjalnie. Słuchaj, mianowicie musimy jeszcze nawiązać do wątku odmrożeniowego.

Ola: Ja starałam się już uniknąć tych tematów, bo ja sobie to wszystko wyobraziłam i trudno o tym nie myśleć.

Piotr: I to jest ten moment, w którym już mieliśmy coś takiego, że ty mnie uciszasz i mówisz, żebym nie mówił o obrzydliwych rzeczach.

Ola: A ty drążysz, że wszystkim się to podoba i wszyscy mówią, żeby więcej, a tylko kilka osób jest oburzonych, jak ja.

Piotr: Ci, którzy nie lubią obrzydliwości, przewijają następne może ze dwie minuty plus okrzyki oburzenia Oli, a ja szybciutko mówię, o co chodzi. Znalazłem to, żeby nie było, że sam to wymyśliłem, jak omawiał ten temat odmrożeń w serwisie Science Alert niejaki Stephen Hall, Kanadyjczyk, który podrzucił bardzo interesujący wątek. Mianowicie jest takie miasto Dawson w Kanadzie. Znajduje się przy samej granicy z Alaską, jakieś 75 kilometrów od tej granicy, ale jak na kanadyjskie i alaskańskie obszary to jest tuż obok. To jest terytorium Jukon, tam zresztą Jack London mieszkał przez jakiś czas. Taki koniec trochę świata, ale odwiedzany licznie przez turystów, nie pamiętam już dokładnie ile, ale mieszka tam normalnie chyba 1300 osób, a 60 tysięcy turystów przybywa rocznie. Mają tam coś, co nazywa się Sour Toe Cocktail Club, który liczy, wyobraź sobie, już 100 tysięcy członków. Sour to kwaśny, a toe to palec u nogi, paluch, kompletny. I nie jest trudno dołączyć do tego klubu, bo trzeba wypić drinka ze zmumifikowanym, odmrożonym palcem u nogi.

Ola: A ile oni mają dostępnych tych palców?

Piotr: Zaraz do tego dojdę. Trzeba złożyć przysięgę, palca się nie wypija, to była właśnie obawa. Ale obowiązek jest taki, że jak pijesz drinka, to palec musi dotykać twoich ust w trakcie picia. Więc nie że gdzieś go sobie tam odsuniesz.

Ola: No nie, na mnie nie licz.

Piotr: No ale 100 tysięcy osób jakby sięgnęło. Historia sięga lat dwudziestych, tych późnych.

Ola: I to jest jeden palec poddawany recyklingowi?

Piotr: Nie, słuchaj, mają 25 palców. Pozyskali je w drodze darowizny, jak zapewniają, odmrożonych, zmumifikowanych, wysuszonych palców.

Ola: Takich czarnych, domyślam się.

Piotr: Tak, tak, tak. Link znajdziecie w opisie odcinka, jest tam też zdjęcie tego drinka z palcem. Można sobie wybrać, jaki to ma być drink, musi zawierać co najmniej chyba uncję alkoholu, czyli tam trzydzieści parę gramów, ale oni polecają jakiś taki, co najbardziej pasuje. Możesz jakiś inny zamówić.

Ola: Ale po co do tego palec? Czy on jakąś nutę smakową wprowadza?

Piotr: Już ci mówię, wzięło się to stąd, że w czasach prohibicji z Kanady transportowano intensywnie wszelaką wódkę do Stanów Zjednoczonych, w ogóle polecamy nasz odcinek o prohibicji, chyba nawet dwa odcinki w wydaniu amerykańskim znakomicie o tym opowiadają. I było dwóch takich przemytników rumu, nazywali się Louis i Otto Lincoln. Przewozili jakąś kolejną porcję rumu przez granicę kanadyjsko-amerykańską psim zaprzęgiem. I żeby pomóc temu psiemu zaprzęgowi, chyba Otto zlazł z sań, gdzieś tam przepychał, popychał, i noga zapadła mu się w takie lodowate rozlewisko. Zmoczyło mu to stopę, ale nie bardzo dało się coś z tym zrobić, więc jechali dalej. Oczywiście odmroził sobie tę stopę, odmroził sobie palec, zaczęło mu się tam to wszystko paprać. Brat właściwie uratował mu życie, bo w jakiejś chacie gdzieś na tym pustkowiu odrąbał mu ten palec siekierą, ten palec był już na takim etapie, że to raczej mu pomogło, niż jakkolwiek zaszkodziło. Oni ten palec wrzucili trochę na pamiątkę do słoika z jakimś spirytusem, czy właśnie rumem, nawet nie wiem, z czym.

Ola: Tym przemycanym właśnie do Stanów.

Piotr: Tak, tak. I ten słoik został ponoć w tej chacie, i wiele lat później go tam znaleziono. Znalazł go jakiś pan i tu nie wiemy do końca, ale spodziewam się, że być może spróbował tego alkoholu. W każdym razie razem z kumplami uchwalili, że zakładają taki klub, i od tego czasu jest tradycja picia drinków z palcem. Także gdyby ktoś chciał, to Sour Toe Cocktail Club, w Dawson City. Taki smaczek na koniec.

Ola: Smaczek na koniec, a słowo na dziś to ogon.

Piotr: No to dzięki, cześć.

Ola: Cześć.

Źródła

Kolumna „źródła (z opisu)” w indeksie jest pusta dla tego odcinka, a „opis oficjalny” z RSS zawiera tylko linki do Patronite, BuyCoffee i sklepu z koszulkami, nie do materiałów źródłowych. W odcinku pada wiele zapowiedzi linków „w opisie” (m.in. do badania dr. Bo Xii w Nature, do artykułu o iloproście, do materiałów o omalizumabie, do książki „Pierwsze kroki” Jeremy'ego DeSilvy, do tekstu Stephena Halla w Science Alert o Sour Toe Cocktail Club oraz do odcinka o leku na COVID), ale same adresy URL nie są wymieniane w transkrypcji ani nie figurują w indeksie, więc nie można ich tu podać bez zgadywania.

Źródła

Ogony

Leki