Podcast Crazy Nauka · odc. 132
Polszczyzna, czyli wiele małych języków
Posłuchaj też na:
Transkrypcja odcinka
Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.
* Numer odcinka: 132
* Data publikacji: 2025-09-16
* Długość: 1:02:14
* Podcast: Crazy Nauka. Prowadzą: Ola Stanisławska i Piotr Stanisławski. Gościni: Olga Woźniak
0:00:00 Wstęp
Czy wiecie, że „ubrać buty” to wcale nie jest błąd językowy, tylko regionalizm, który próbowano nazywać błędem?
Oraz czy żeby mieć swój język, to trzeba też mieć armię? Cześć, tu Ola Stanisławska i Piotrek Stanisławski, podcast Crazy Nauka. I po pierwsze należy wam się wyjaśnienie, bo mieliśmy dziurę podcastową, czyli tydzień temu nie było odcinka. Wcześniej troszkę to zapowiadaliśmy, więc nie czujemy się strasznie winni. Ta dziura jest efektem pracy nad jeszcze jednym podcastowym projektem. I jeśli wszystko dobrze pójdzie, to już za tydzień będziemy mogli wam bardzo dokładnie powiedzieć, co to za projekt. Fajny, fajny.
Oczywiście dodatkowy, oprócz tych, które już ciągniemy, czyli tego naszego podcastu i drugiej serii, która nosi tytuł Laboratorium Zbrodni. To jest nasza seria true crime'owa z silnymi akcentami popularnonaukowymi i robimy ją we współpracy z Polskim Radiem. Jakbyście chcieli posłuchać takiego podcastu, to można to zrobić na dowolnej platformie podcastowej, na przykład na Spotify.
Tak, to się nazywa Laboratorium Zbrodni, jakby ktoś zapomniał. Natomiast w tym odcinku staramy się odpowiedzieć na pytanie, czy pierwsze zdanie zapisane w języku polskim było faktycznie wypowiedziane po polsku. I dlaczego język kaszubski jest uznany za odrębny, a śląski nie jest. I co jeszcze mają Mazowszanie wspólnego z Mazurami, bo jakoś tak podobnie się to nazywa. Czyli odczarowujemy język polski jako jednolity, homogeniczny i bardzo uporządkowany.
I jeszcze bardzo ważna informacja, już prawie zapomnieliśmy: naszego podcastu, którego teraz słuchacie, można posłuchać na wszystkich liczących się platformach podcastowych.
I tych nieliczących się również.
0:02:15 Języki lepsze i gorsze, spór o „ubierać buty”
Dziś będzie jeden z tych dość nietypowych odcinków, które nam się zdarzają, ale nie tak często.
Dawno nam się nie zdarzył żaden.
Dawno nam się nie zdarzył. Rozmawiamy z gościem, właściwie z gościnią: Olgą Woźniak, językoznawczynią, dziennikarką naukową, autorką podcastu „Łapacz Słów”, który opowiada o różnych małych językach, ale nie tylko. W ogóle jest to podcast językoznawczy, mogę tak powiedzieć, Olgu?
Możesz tak powiedzieć. Dzień dobry wszystkim. Ja czasem sama się zastanawiam, o czym to jest podcast. To jest podcast w szeroko rozumianym języku i o jego społecznym, kulturowym i socjologicznym obliczu. O wszystkim, co mnie w samym języku interesuje.
Olgę interesują fajne rzeczy, więc my teraz o te fajne rzeczy będziemy pytać.
Tak, sprawdziliśmy ją, dobrze ją znam, wiem, że ciekawie mówi. Będzie o tym, jak się dzieli języki, o tym, że od zawsze były języki lepsze i gorsze i że są takie pary języków, gdzie łatwo wskazać ten lepszy i gorszy. Na przykład kastylijski i baskijski albo czeski i słowacki. I mimo że one współistnieją, to Olga robi miny, że z czeskim i słowackim się pewnie nie zgadzasz, no ale było trochę tak, nie?
W Czechosłowacji ten czeski był jednak dominujący. Dlatego, że ten kraj był zdominowany przez Czechów. Poza tym język słowacki rzeczywiście dość późno się uformalnił, bo jego literatura nie jest długa. Słowacy byli bardziej góralami, którzy nie mieli potrzeby posiadania literatury wysokiej, i ten język był uważany za gorszą odmianę, trochę prostacką, chłopską, a ten wybitny literacki to był czeski.
Tak, to jest dokładnie ten temat, którego chcemy dzisiaj dotknąć. Podobnie było na przykład z ukraińskim czy białoruskim w konfrontacji z rosyjskim.
W konfrontacji z rosyjskim to każdy leżał na deskach. I to, że te języki przetrwały w takiej czy innej formie, jest dowodem na to, jak bardzo mniejszości etniczne i ludy podbite opierają swoją tożsamość i odrębność na pielęgnowaniu własnych języków. Podobnie było z Polakami pod zaborami, podobnie z Żydami aszkenazyjskimi, którzy wykształcili własny język jidysz i będąc rozproszeni po Europie Środkowo-Wschodniej, byli w stanie się porozumieć.
A tymczasem wiemy doskonale, że te języki małe, czyli mniejszościowe, zanikają. Znikają w strasznym tempie. Jak pokazują, zdaje się, obliczenia UNESCO, co dwa tygodnie ginie jeden język. Przewidywania są takie, że do końca XXI wieku zaniknie 90% albo więcej z około 6 tysięcy języków, które obecnie funkcjonują na świecie i są dziś używane.
To ja chcę jeszcze wskoczyć na takiego konika, na którym już nieco jeździłem. Bo będzie, jak się pewnie zorientowaliście, o regionalizmach i różnych językach i języczkach. Chodzi o taki aspekt regionalizmów, o który jesteśmy gotowi sobie wydrapywać oczy, nie tylko internetowo. Chodzi o sformułowania, które przez lata były uważane za, delikatnie rzecz ujmując, niepoprawne, a czasami skandaliczne i świadczące o braku znajomości języka. Były bardzo wojowniczo zwalczane. To jest w jakimś stopniu efekt PRL-owskiej walki o jeden język, ale nie tylko.
I właśnie: „ubierać buty” albo „ubierać płaszcz” to jest coś, co było okropnie niepoprawne. Aż mi się gęsia skórka robi od tej niepoprawności. W słownikach języka polskiego funkcjonowało to przez lata jako skandaliczny błąd. Jak jest z tym obecnie? Bo to chyba jednak jest regionalizm.
No więc pytanie, co to znaczy „niepoprawne” w języku. Co to znaczy błąd języka? A kto mówi, że tak nie wolno?
Rada Języka Polskiego i językoznawcy tak mówią.
Na szczęście język rozwija się cudownie i bez językoznawców, oni do niczego nie są potrzebni. Powinni się zajmować przede wszystkim opisywaniem stanu języka, a nie mówieniem, jak język powinien się rozwijać. To trochę tak, jakby mówić dziecku albo roślinie, jak powinny rosnąć. To takie mocarstwowe podejście do języka.
Ale przecież Rada Języka Polskiego rozstrzyga, czy ktoś powiedział coś poprawnie, czy niepoprawnie. Bez tego mielibyśmy bałagan w języku. Czy powiedział systemowo?
Oczywiście to jest pokłosie tego, o czym Piotrek już wspomniał, czyli podejścia do jednego, czystego języka, które tak naprawdę pokutuje u nas w historii ponad 100 lat, czyli od zaborów. Kiedy nas rozebrano na trzy części, jedyną ostoją naszej tożsamości był język. W zaborze rosyjskim czy pruskim nie pozwalano używać języka polskiego, więc używanie go i dbanie o jego czystość było rodzajem oporu, wyrazem patriotyzmu i próbą zachowania tożsamości.
Rozbiory miały jednak paradoksalnie dwojaki wpływ na nasz język. Z jednej strony okopaliśmy się z tym polskim, „jeszcze Polska nie zginęła, póki mamy ten język”. Z drugiej strony do dziś słychać zabory w naszym języku, bo chcąc nie chcąc pojawiło się bardzo wiele zapożyczeń i naleciałości. W odmianie wielkopolskiej, na przykład w okolicach Poznania, jest dużo germanizmów, są też rusycyzmy z zaboru rosyjskiego. Czyli z jednej strony walczyliśmy o czystość języka, a z drugiej strony zabory skutecznie go nam zmieniały. Język jest żywy.
Język jest żywy. Czerpie z tego, co się dzieje.
Potem pojawił się, powiedziałabym, nacjonalizm językowy, kiedy odzyskaliśmy niepodległość w 1918 roku i zaczęło się budować wolne państwo. Silnie objawił się taki puryzm językowy: państwo wreszcie jest, ma swój język i on musi być czysty. To jest niestety zawsze zjawisko w języku, który trochę uważa się za oblężoną twierdzę, więc jest to pilnowanie czystości. Potem, po drugiej wojnie światowej, kiedy komuniści przejęli władzę, stosunek do języka polskiego stał się wyrazem pewnej ideologii. Chodziło o to, żeby zapomnieć o wszystkich odmianach języka polskiego, o gwarowych i dialektalnych różnorodnościach, ponieważ uważano to za zaprzaństwo i wyraz dawnych czasów, o których należy zapomnieć.
Teraz wszyscy są równi, a te języki wiejskie wyrażają nierówność klasową, bo byli ci, którzy mówili w gorszym języku. Teraz wszyscy muszą mówić piękną, literacką polszczyzną, i język ma być równy, tak jak naród ma być równy. Bardzo tępiono te wszystkie odmiany językowe. Chodziło też o to, żeby stworzyć nową odmianę polszczyzny, i mnóstwo rzeczy z niej wyrugowano. Pomysł, że „ubierać buty” jest regionalizmem, pochodzi właśnie z tamtych czasów. Tak samo jak walka z feminatywami, których nigdy nie było w języku. To również zaszłość z czasów komunistycznych, którzy w źle pojętej równości postanowili wszystko zrównać. Nie będzie dyrektora i dyrektorki, doktora i doktorki, pilota i pilotki, tylko wszystko ma być… Sprzątaczka, pielęgniarka, nauczycielka.
Inne nieważne zawody. Tam się te feminatywy przechowały, ale ich pozbyli się komuniści w trosce o wyrównanie języka. Więc mówienie dzisiaj, że „ubierać buty” jest błędem, chociaż mnie też boli…
Mnie boli ubieranie butów. Oczywiście, ja jestem pokłosiem tego komunistycznego wychowania, miałam jeszcze przecież [? niepewne: podstawcę] rosyjskim, więc mnie to boli, ale trzeba się z tym pogodzić.
Muszę wam powiedzieć, że prowadzenie mojego podcastu nauczyło mnie wielkiej pokory wobec języka. Przestałam być zajadła, przestałam być gramatycznym nazistą i ortoterrorystką. Doceniam rozmaite odmiany, wersje i regionalizmy i bardzo mnie cieszą. To jest tak, jakby mieć ogródek, w którym rośnie bardzo wiele polnych kwiatów, albo pole rzepaku.
Czyli monokulturę albo bioróżnorodność.
I mnie cieszy, że od czasu do czasu w tym rzepaku znajdujemy jakieś polne kwiatki. To jak jest z tym ubieraniem butów? Bo to chyba bardzo ładnie się daje nanieść na mapę Polski, prawda?
To się bardzo dobrze dzieli. My tutaj wkładamy buty w okolicach Warszawy. Ale Warszawa akurat jest bardzo niemiarodajna, bo jest konglomeratem ludzi przyjezdnych z całej Polski. Warszawa [? niepewne: sczyszcza] wszystkie w zasadzie odmiany regionalnego języka, bo są tu ludzie zewsząd i chcąc nie chcąc zaczynają mówić standardowym językiem, żeby się nie wyróżniać, żeby nie było słychać, że są skądś. Więc ten ładny, literacki polski jest w Warszawie chyba najbardziej obecny. Natomiast z mapy widać, że „ubierać buty” zalewa nas z każdej strony, a Mazowsze broni się ostatkiem sił. „Ubierać buty” jest małopolskie, pochodzi z Krakowa. Tak jak „wychodzić na pole”, tak jak [? niepewne: 333 i Czeba], które też były wyśmiewane, już może mniej teraz, ale to przecież było strasznie kolejne.
Z tym wychodzeniem na pole to raczej nikt chyba nie był prześladowany, to było raczej żartem. Ale [? niepewne: 333] raczej świadczyło o tym, że jesteś wieśniakiem, przynajmniej w naszym rejonie. Nie wiem dlaczego, ale tak było.
To się nazywa lingwicyzm, to się nazywa prześladowanie. To jest pewien rodzaj takiej nietolerancji jak ageizm czy seksizm, nietolerancji ze względu na coś. Można mieć taką nietolerancję ze względu na to, jaką odmianą języka ktoś mówi. Doskonale to widać w internecie, jak toczą się boje. Toczy się jakaś merytoryczna dyskusja, i nie daj Boże, ktoś popełni błąd językowy, to jest rozszarpywany przez rozmaitych ludzi, puryści, którzy umieją kupić sobie słownik: co ty masz do powiedzenia, skoro nie umiesz mówić po polsku. Natychmiast dyskusja przetacza się w tę stronę.
Ale jest takie hasło, że to jest zanieczyszczanie języka, że mamy język, trzeba go szanować.
Okej, a kiedy język był czysty? Kiedy był?
Ten najczystszy. Jak byłem młody, jak mnie uczono w szkole, to wtedy był czysty.
Aha.
A potem zaczęli mówić różne rzeczy i jeszcze ten internet to wszystko zrobił.
0:15:38 Pierwsze zdanie po polsku i spór o język śląski
Ja tu dorzucę do tego grudeczka. Kiedy język polski był czysty? Sięgnijmy do najstarszego zabytku języka polskiego, czyli pierwszego zdania, które przetrwało do naszych czasów zapisane ponoć w języku polskim. Tak jak dowiedzieliśmy się z jednego z twoich podcastów, odnaleziono w Księdze Henrykowskiej takie sformułowanie: „Daj, [? niepewne: a ci] ja pobruszę, a ty poczywaj”.
Chociaż właściwie brzmiało to trochę inaczej, bo było „ty ja pobrusa, a ty pozywaj” i tak dalej.
Nie wiemy, jak to brzmiało.
Nie wiemy, ale to już w transliteracji się prowadzi.
Tak, ponieważ zapisywał to ktoś, kto posługiwał się językiem niemieckim i łaciną, a musiał zapisać dźwięki z dziwacznego języka, którym chłopi mówili tutaj w okolicy, gdzie on mieszkał, czyli na Śląsku.
To wtedy był czysty polski.
I to wtedy był ten najczystszy, bo to jest najstarsze zdanie języka polskiego, więc to jest to najczystsze zdanie języka polskiego.
Do tego się odnosimy.
No więc język polski w tamtym czasie był używany w zasadzie przez chłopstwo na wsi. Jak mówimy sobie „mówisz po wieśniacku”, no to właśnie.
Czyli po polsku.
Czyli po polsku. A poza tym wychodzi na to, że to zdanie było dość dalekie od polszczyzny. W ogóle nie było wtedy takiego pomysłu, że istnieje język polski. Ten koncept języków narodowych jest XIX-wieczny, kiedy zaczynają powstawać państwa narodowe. Wtedy zaczynamy mieć hymn, herb, flagę i musimy mieć jeden język. Więc koniec XIX wieku. Wcześniej mówiło się po tutejszemu, po swojemu, w lokalnej odmianie. Jakby tak zapytać kogoś, czy jest Polakiem, Ślązakiem, Niemcem czy kimkolwiek, to „tutejsze jesteśmy”. I tak samo mówimy. To zdanie prawdopodobnie było w odmianie języka śląskiego, bo z tamtych regionów pochodziło. Więc wychodzi na to, uwaga, tutaj rozpocznie się na pewno jakaś burza, że pierwsze zdanie po polsku było pierwszym zdaniem po śląsku. A Śląsk, jak wiadomo, był tyglem, w którym mieszały się wpływy czeskie, niemieckie i polskie.
I teraz zastanówmy się, w którą stronę poszła [? niepewne: śląsko-gotka]. [? niepewne: Śląsko-gotka] to jest osobne zjawisko, czyli nie ma nic wspólnego z tym pierwszym zdaniem z Księgi Henrykowskiej. Niektóre słowa, na przykład „bruszyć”, występują w języku śląskim do dziś.
No i Ślązacy bardzo chcą, żeby ich język został uznany za język regionalny, ale podchodzą do tego trochę gorzej niż Kaszubi. Powiedziałabym: PR-owo gorzej i marketingowo gorzej, bo są tacy niepokorni i tacy zajadli. A Kaszubi byli mili i powiedzieli: my tutaj chcemy mieć język kaszubski, on się tak dobrze wpisuje w krajobraz różnorodności, trochę będziemy taką cepelią. Jak będziecie chcieli, to mamy takie piękne hafty kaszubskie i w ogóle. Ale tak poza tym to nic nie chcemy.
A Ślązacy?
Właśnie: jesteśmy narodowości śląskiej. Wszyscy pozostali wokół Śląska to [? niepewne: go role] są, jak wiadomo. I w ogóle mamy teraz konflikt o CPK. Jest interes śląski a interes polski. Jak się to stawia w takim kontraście, to wychodzi na to, że Śląsk to jednak nie Polska. Stąd ten opór. I jeszcze nasz już były prezydent Duda nie chciał podpisać ustawy o języku regionalnym śląskim, która już poszła do podpisu do prezydenta. Argumentował to tym, że jesteśmy aktualnie w stanie wojny hybrydowej z Rosją i musimy dbać o jedność narodu polskiego, a języki rozbijają tę jedność. Że nie możemy kultywować takiej różnorodności, bo naród polski musi być jednością. Więc nie podpisał z ideologicznych powodów.
Czyli w krótkości: o tym, czy coś jest językiem, czy nie jest, decyduje obecnie prezydent.
Oczywiście, jak zawsze, decyduje władza. Władza, która posiada wojsko albo flotę. Jest nawet takie powiedzenie, że czym się różni język od dialektu? Otóż język to jest dialekt, za którym stoi wojsko. Więc ci, którzy zdobywają władzę, to ich język staje się językiem dominującym.
Jak to było z tym śląskim? Bo do pewnego momentu miał chyba sporo wspólnego z tym, co uznajemy dziś za polski.
Potem te drogi się rozeszły. Jakbyście posłuchali śląskiego, do czego zachęcam, bo jest mnóstwo bardzo fajnych audiobooków na YouTubie, można sobie posłuchać tłumaczonych, to bardzo dobrze się da zrozumieć. Jest to jednak odmiana języka polskiego. Jakbyśmy popatrzyli na jego gramatykę i słownictwo, to oczywiście są tam germanizmy, bo przed II wojną światową Śląsk był podzielony i część była w administracji polskiej, a część w niemieckiej, więc te wpływy językowe były silne. Oczywiście jeszcze wpływy czeskie.
0:21:11 Wilamowski, łemkowski i odrodzenie małych języków
Czyli w polskim głównym nie ma germanizmów?
Polski główny jest mieszaniną bardzo wielu języków. Gdybyśmy popatrzyli na zapożyczenia, których już w ogóle nie odczuwamy jako zapożyczeń, bo się spolszczyły, to nie wiem, czy jest jakieś słowo czysto polskie.
Chleb może.
Spójrz na inne języki słowiańskie. Na przykład w chorwackim, mnie to rozbawia, chleb to jest [? niepewne: kruch]. I jak tak sobie pomyślisz, skąd się wziął „kruch”, to mamy w języku polskim słowo „okruch”.
A chleb, czy jest czerstwy, to zależy od tego, skąd się wziął.
Jak popatrzymy na pochodzenia prasłowiańskie, to mamy spory [? niepewne: trząd] prasłowiańskich słów, ale mamy też mnóstwo zapożyczeń. A jeśli jeszcze chodzi o ten śląski, to moim najukochańszym przykładem języka ducha, tak bym go nazwała, jest język ze Śląska, który się nazywa wilamowski.
Język duch.
Język duch, ponieważ umarł i zmartwychwstał. To jest język związany z miejscowością położoną niedaleko Bielska-Białej, czyli w śląsko-polskim bardziej. Miejscowość nazywa się Wilamowice i stąd nazwa tego języka. W średniowieczu w tych regionach osiedlili się Flamandowie, sprowadzeni przez króla, ponieważ świetnie stawiali wiatraki i umieli w rolnictwo lepiej niż my. On sprowadził takich osadników, żeby rozwijać gospodarkę. Było trochę Flamandów, trochę osadników niemieckich. To był tygiel, bo blisko były Czechy, blisko były też języki słowiańskie i niemieckie. Z czasem ten flamandzko-niemiecki trochę się zesłowiańszczył, [? niepewne: szczeszczył], zbohemizował i wytworzył własną, bardzo lokalną odmianę, do której byli niesłychanie przywiązani. Do tego stopnia, że jak ktoś chciał się wżenić w wilamowicką rodzinę, to musiał przejąć język i nauczyć się go. Tym językiem operowano w domu. I wszystko było super, bo ten język uchodził w tamtych okolicach za prestiżowy, dlatego że to byli zamożni gospodarze. Im się dobrze powodziło, a często o tym, czy jakiś język jest lepszy czy gorszy, decyduje też ekonomia. Tu był taki przykład.
I to wszystko było super do II wojny światowej, kiedy Niemcy zajęli Śląsk i zajęli Polskę, uznali, że wilamowianie są bardziej Niemcami niż Polakami, i kazali im podpisywać Volkslistę i wcielali ich do Wehrmachtu. Mimo że oni tego nie chcieli robić, grożono im, że rodziny powywożą do obozów koncentracyjnych albo po prostu ich wystrzelają, więc to robili. Zresztą wielu Polaków zawdzięcza tym wilamowianom przeżycie, bo zatrudniali ich w swoich gospodarstwach, przez to, że mieli obywatelstwo niemieckie, przechowywali ich i ukrywali. Ale dzieci wilamowian musiały chodzić do niemieckich szkół i mówić po niemiecku. Kiedy skończyła się wojna i weszli Rosjanie, uznano, że wilamowianie są zdrajcami, są Niemcami. Wyłapywano ich, większość starszych, mężczyzn i starszych ludzi, wywieziono do obozów jenieckich i deportowano, więc zaczęli się ukrywać ze swoim językiem. Mówienie po wilamowsku było źle widziane, a Polacy, którzy chcieli przejąć majątki, często donosili na nich. Więc naprawdę starali się w tym języku w zasadzie nie mówić. I ten język kompletnie wymarł.
Jak się podniósł?
Okazuje się, że czasem wystarczy jedna osoba, żeby język zmartwychwstał. Znajomość jakichś resztek wilamowskiego była tylko w najstarszym pokoleniu, wśród babć, które w czasie wojny były jeszcze małymi dziećmi. I był taki jeden chłopak, nazywał się Tymoteusz Król. Jego babcia była wilamowianką, wychowywał się u tej babci i zauważył, że babcia ze swoimi koleżankami czasem mówi w takim dziwacznym języku. Ten język tak mu się spodobał, że jako małe dziecko prosił babcię, żeby opowiadała mu bajki w tym języku, żeby w ogóle do niego mówiła. A potem, im był większy i stał się nastolatkiem, tym bardziej namawiał różnych swoich znajomych, żeby nagrywali ten język. Zrobił takie archiwum wilamowskiego, ale naprawdę to była grupa nastolatków, która miała takie hobby. Do tego stopnia, że wiedział, że są słowa, do których nie ma dostępu, na przykład przekleństwa w tym języku, więc prowokował babcię, żeby kłóciła się ze swoją siostrą i żeby usłyszeć parę niewybrednych słów. A babcia mówiła: „o, motyla noga”. Tak mówiła. On to wszystko ponagrywał, słuchajcie, i w ten sposób przechował ten język. Teraz jest dorosłym człowiekiem, doktorem językoznawstwa, badaczem języka wilamowskiego. A wszyscy jego znajomi są działaczami, którzy reaktywowali ten język. Nauczyli się go jako młodzi ludzie i zaczęli nim operować. Jest festiwal wilamowicki, jest Dom Kultury i ten język naprawdę wraca do żywych.
Ile osób mówi w tym języku?
Nie wiem, prawdę mówiąc. Myślę, że wciąż niewiele, bo to jest malutki język, związany z jedną miejscowością, więc nie jest go wiele. Ale na przykład naukowcy go badają, nagrywają i przechowują.
Według Wikipedii 10 osób w 2021 roku.
10 osób? Mówiących, ale z bierną znajomością pewnie jest więcej, prawda?
Czyli da się, rozumiem, znaleźć gdzieś pewnie w internecie, jak on brzmi, tak?
Oczywiście, na YouTubie można posłuchać. Ale zdaje się, że język śląski, od którego wyszliśmy, też przeżywa obecnie swój renesans. Więcej osób mówi, mniej się ukrywa z tym językiem.
To prawda.
To jest podobna sytuacja jak z wilamowskim. W ogóle jest w tej chwili tendencja do różnych coming outów małych języków. Ludzie chętniej odkrywają swoją lokalną tożsamość, związaną z małymi ojczyznami, z lokalnym patriotyzmem, poszukiwaniem swoich korzeni. I to nie dotyczy tylko wielkiego śląskiego, ale też mazurskiego, języka skociewia, odmian języków góralskich. To jest głębszy trend i myślę, że wpływ na niego ma też polityka Unii Europejskiej, w którą jest wpisana różnorodność i próba zachowania jej, także językowej. Są programy unijne, które mają przeciwdziałać temu, że te języki giną. Jest na przykład fantastyczny festiwal w Udine we Włoszech, na granicy włosko-[? niepewne: słowańskiej], festiwal małych języków z całej Europy. To jest festiwal rockowy, współczesnej muzyki, ale warunkiem jest, że się śpiewa w jakimś dziwacznym, małym języku.
Słuchaj, a takie języki, które były tępione, może nie tylko ze względu na sam język, bo tak jak w przypadku wilamowskiego, jak mówisz, był pewien układ geopolityczny… Ale na przykład taki język jak łemkowski, czy on się po prostu rozproszył? Co tam się wydarzyło?
Język łemkowski trochę się rozproszył, ale miał też wielu aktywistów, którzy go przechowali. W stosunku do Łemków było o tyle łatwiej, że wykształciła się tam inteligencja, czyli ludzie wykształceni, którzy umieli pisać. Bo najłatwiej jest przepaść językom, które mają tylko formę mówioną i nie są zapisywane. One po prostu zanikają wraz z osobami, które przestają ich używać. Taki los spotkał sąsiadów Łemków, czyli Bojków, którzy mieszkali na terenach dzisiejszych Bieszczadów. Bojkowie w ogóle już nie istnieją, ani ich język. Można jeszcze posłuchać jakichś nagrań w muzeum w Bieszczadach, ale to już jest koniec.
Łemkowski ma się stosunkowo nieźle jak na to, co mu próbowano zrobić, bo to jest język rusiński. I Bojkowie, i Łemkowie, i Huculi, którzy mieszkali w Karpatach na granicy polsko-słowacko-ukraińskiej, to grupa rusińska. Ten język jest bliższy ukraińskiemu niż polskiemu. Zresztą zawsze trwały dyskusje, czy to jest odmiana języka ukraińskiego. W związku z powojenną polityką i stosunkiem do Ukraińców i walką z tak zwanymi bandami UPA Łemków, Bojków i Hucułów przesiedlono, żeby rozbić ukraiński nacjonalizm, choć oni nigdy nie uważali się za Ukraińców. Były takie sytuacje w ramach akcji Wisła, że dawano im godzinę. Wchodzono do wsi, mówiono: macie godzinę, macie spakować wszystkie swoje rzeczy i was stąd wywozimy. Najczęściej przesiedlano ich na tak zwane ziemie odzyskane, czyli na Pomorze Zachodnie. I jeszcze w taki sposób, żeby ich wymieszać i żeby nie mieszkali wszyscy w jednej wsi, żeby nie mieli okazji ze sobą mówić. Na Pomorzu Zachodnim wytworzył się przez to tygiel, bo tam przesiedlano też ludzi z Wileńszczyzny, z terenów, które po wojnie przypadły Związkowi Radzieckiemu. Byli trochę miejscowi i ludzie z różnych części Polski i powstały tak zwane gwary mieszane. [? niepewne: Wybałtały] się te języki ze sobą i powstała zupełnie nowa odmiana języka polskiego.
Czyli da się teraz z niej wyodrębnić łemkowski?
Łemkowie byli bardzo przywiązani do swojego języka i jak oblężona twierdza bardzo się starali, żeby nie zginął. Mieli też język pisany, zapisywali swój język. W dwudziestoleciu międzywojennym wychodziła nawet gazeta łemkowska. I jak mówię, mieli inteligencję, czyli wykształconych, świadomych ludzi, którzy starali się przechować ten język w rodzinie, mówiąc do swoich dzieci, i kolejne pokolenia uczyły się tego języka. Dzisiaj mówi nim może z 3 tysiące osób.
Właśnie, z łemkowskiego można zdawać maturę?
Można. Pytanie brzmi, kto miałby do niej przygotowywać, ponieważ w Polsce na żadnej uczelni nie ma lektoratu łemkowskiego, czyli nie przygotowuje się nauczycieli tego języka.
Czyli jak się nauczyłaś w domu, to możesz zdawać? Tylko kto to ma sprawdzić?
Właśnie, to jest ten kłopot. W zeszłym roku zdawała się jedna osoba, która uczyła się samodzielnie języka łemkowskiego. Jeszcze nawiążę do sytuacji małych języków, jaka dotyczy łemkowskiego. One nawet w samej swojej nazwie bywają jakoś piętnowane, bo „łemkowski” to jest przezwisko.
To jest przezwisko, prawda?
Tak, chociaż nie wiem, czy wartościujące. Takich języków jest oczywiście więcej. Z Bojkami powiedziałabym, że „bojkowski” jest bardziej wartościujący, bo „boj” to było określenie wołu i to byli tacy prości ludzie wykonujący proste roboty, to byli ci Bojkowie.
Kto ich tak nazwał?
Sąsiedzi.
A Łemkowie?
Nazwa Łemkowie pochodzi od słowa „łem”, którego często używali, a które znaczyło „ale”, „są”, „więc”. To po prostu było słowo, które często się powtarzało, jak rozmawiali ze sobą. Ci, którzy nie znali tego języka, ale słyszeli z boku, mieli poczucie, że oni tak „łemkają”, i ci, co łemkali, byli Łemkami.
Ale więcej jest takich języków, na przykład polska odmiana litewskiego, którą posługują się Litwini mieszkający w okolicach Puńska. Tam jest największa mniejszość litewska. Sam Puńsk to jest prawie 80% Litwinów, więc to jest mniejszość, która w jakimś miejscu stanowi większość.
A gdzie jest Puńsk?
Puńsk jest na Podlasiu. Sejny, Puńsk, tamta okolica. Oni mówią w takiej odmianie litewskiego, która się nazywa dzukowska. Dzukowska dlatego, że po litewsku mówi się „c”, jest takie dźwięk „c”, a oni zamiast „c” mówią „dz”. Trochę się to usłowiańszczyło. Sąsiedzi mówią: ci, co mówią „dz”, tak „dzukają”, więc dzukowski język w ten sposób powstał. Ale to nie jest wartościujące, tylko raczej opisujące, tak bym ich określiła.
0:35:49 Mazurski i kaszubski
Dobra, teraz mówimy o językach, przy których trzeba się trochę przyzwyczaić albo osłuchać. I śląski, i łemkowski, i chyba większość tych okolic.
Łemkowski jest dużo mniej zrozumiały niż śląski, bo to jest język rusiński, nie odmiana języka polskiego. Śląski, kaszubski, mazurski będziemy rozumieć, tylko trzeba się osłuchać.
Jak to jest z tym mazurskim? W ogóle co to jest mazurski i czy się różni? Bo to, co się głównie kojarzy z mazurskim, to, przepraszam wszystkich, ale mówię o skojarzeniach, jakieś takie faflunienie się trochę.
Mazurzenie, czyli [? niepewne: jest czapka], „salik” zamiast „szalik”.
I teraz to brzmi śmiesznie, dziecinnie na nasze ucho.
Jakby ktoś seplenił trochę. Ale to tak jakbyśmy słuchali Czechów i nam się też wydaje, że to jest strasznie śmieszne, chociaż jak oni słuchają Polaków, jest dokładnie tak samo.
Polecamy, chciałem powiedzieć, nie, to nie jest reklama, czeski trailer do „Wednesday 2”. Wyszukajcie sobie.
Genialny, tak.
Tak. Ale nie, chodzi mi o to…
Ja chciałam do tego mazurzenia nawiązać. Czy mazurzenie dotyczy mazurskości i języka mazurskiego? Nie tylko. Mazurzenie to jest cecha fonetyczna, charakterystyczna nie tylko dla języka mazurskiego, ale też na przykład dla podhalańskiej odmiany języka polskiego, górale też tak mówią. Zamiast „czy” mówią „cy”, zamiast „szy” mówią „sy”, po prostu inaczej wymawia się pewne dźwięki. Dlaczego mazurzenie? Otóż nazwa „mazurzy” ma dużo wspólnego z Mazowszem. Byli to ludzie z Mazowsza, którzy zaczęli być osadnikami na terenach zajętych w średniowieczu przez zakon krzyżacki. A zakon krzyżacki, przypominam, został tam sprowadzony przez księcia Konrada Mazowieckiego, żeby pozbyć się pogan, którzy mu się tam plenili, czyli Prusów, plemion pruskich i jaćwieskich.
I jak mówimy sobie o Prusach, to a propos skojarzeń natychmiast przychodzi nam do głowy, że oni pewnie po niemiecku mówili. No nie, bo to Prusy Wschodnie, potem Prusy w ogóle, że to tacy Niemcy. Prusacy.
Tak, że to tacy Niemcy. Otóż ani Prusowie, ani Jaćwingowie nie mieli związku z językiem niemieckim, bo to były języki bałtyckie. Prusowie mówili tak, żeby się raczej zrozumieć z Litwinami i Łotyszami, to był język z tej grupy. Jaćwieski też. Natomiast byli niestety poganami. Jak w średniowieczu Polska przyjęła chrześcijaństwo, Prusowie długo się opierali. Litwini też, ale interesy sprawiły, że bardziej im się opłacało przyjąć chrześcijaństwo, a Prusom się niespecjalnie opłacało i usiłowali się okopać i przetrwać na tych ziemiach. Robili najazdy na ziemie polskie i Konrad Mazowiecki trochę tego nie zniósł. A że byli do wynajęcia tacy fantastyczni Krzyżacy, którzy się reklamowali, że świetnie sobie radzą z poganami, to ich tu ściągnął.
Tak, pozbywanie się Prusaków, taka reklama.
Tak, pozbywali się Prusaków, ale sami się zalęgli. Pozbywanie się Prusaków w rozbudowanej wersji, czyli również pozbywanie się części Polski przy okazji.
Oczywiście bardzo dobrze sobie poradzili z wytępieniem tych narodowości. Tylko że jak już to zrobili, zorientowali się, że ktoś musi im tę ziemię uprawiać, a przecież rycerze nie będą uprawiać ziemi, prawda? Potrzebowali chłopów, bo tamtych już nie było. Postanowili więc ściągnąć osadników z Mazowsza, oferując im różne wolnizny od podatków i różne atrakcje, nadania ziemi. Oni tam pojechali i mówiono na nich Mazurzy, bo byli z Mazowsza. To byli Mazowszanie, tylko że ich język wymieszał się następnie z językiem niemieckim, takim hochdeutschem, którym posługiwali się rycerze krzyżaccy. Było tam dużo naleciałości i trochę pozostałości pruskich, czyli bałtyckiego języka, i powstała taka odmiana języka mazurskiego, właśnie mazowieckiego, tylko trochę wymieszana z różnymi dodatkami. Co było charakterystyczne dla Mazurów, którzy się na przykład bardzo starali odróżniać od Warmiaków, bo się mówi jednym tchem „Warmia i Mazury”, a to w ogóle…
Nadal się odróżniają.
Warmiacy są oburzeni, że się ich myli. Oczywiście, że tak. Poza tym Warmia była księstwem zarządzanym przez Kościół, przez biskupa warmińskiego. Miała bardzo dużą suwerenność. Natomiast Mazury były zarządzane przez zakon krzyżacki i to widać do tej pory, ponieważ Warmia to są katolicy, a Mazury to są luteranie. Widać to też w języku: język warmiński ma mniej tych germanizmów. Mazurzy, ze względu na te zaszłości, chętnie wyjeżdżali do Niemiec do pracy. Bardzo dużo emigrowało. I ich się tam właśnie z Niemcami kojarzy.
A mówi ktoś tym mazurskim w ogóle?
Pojedyncze słowa. W tej chwili próbuje się odbudowywać ten język przez różne festiwale i konkursy. Jest konkurs języka mazurskiego, który raczej polega na recytacjach. Dla dzieci to jest konkurs szkolny: wygrzebuje się im jakieś stare teksty mazurskie, piosenki czy wiersze i one mają je recytować.
Ale to nie jest rozumienie tego języka? Już się fonetycznie można zrobić język…
No wiesz, jak posłuchacie. Są bardzo piękne opowieści po mazursku na YouTubie w wykonaniu doktora Piotra [? niepewne: Szatkowskiego], który zajmuje się językiem mazurskim i pruskim też. Cudnie opowiada. To chyba jedyna znana mi osoba, która mówi po mazursku. Pochodzi stamtąd i sam opowiadał, że jako dziecko w ogóle go to nie dziwiło. Ale potem jak wyjechał z tamtych okolic, okazało się, że słowa, których używał na takie rzeczy jak grabie, drabina czy inne rzeczy z gospodarstwa domowego, w Polsce są zupełnie inne niż u niego w domu. I wtedy okazało się, że mówił po mazursku.
Ale to jest jego rodzinny język.
To jest jego rodzinny język, choć on już się w nim nie wychowywał, mówili nim jego dziadkowie. A jak potoczyły się losy tego mazurskiego w momencie, kiedy osoby, które mówiły w tym języku, znalazły się w granicach Polski? One chyba nie były traktowane jako Polacy, tylko bardziej jako Niemcy, prawda?
To jest pytanie: kiedy. Bo były takie tendencje jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym i w czasie drugiej wojny światowej. Niektórzy w spisach powszechnych określali się jako Niemcy albo jako narodowość mazurska. I to jest znowu pytanie o ekonomię: zależy, na czym ludziom zależało. Jeżeli chcieli lepszego życia po drugiej wojnie światowej, wielu z nich powoływało się na pochodzenie niemieckie, żeby móc wyemigrować do Niemiec. I nie mówili w tym języku, nie mówili po polsku, starali się nie mówić po polsku. Natomiast jeżeli ktoś czuł się Polakiem, to starał się mówić po polsku i zostając w Polsce, poddawał się akcji polonizacyjnej naszego rządu komunistycznego. Szczególnie te wszystkie germanizmy były bardzo tępione po drugiej wojnie, więc ludzie przestali mówić w tym języku.
To jeszcze nawiążę do wspomnianego już wcześniej języka kaszubskiego. On też był bardzo intensywnie tępiony. Kiedy się pojedzie tam i pójdzie na przykład do muzeum, można zobaczyć, jak precyzyjna i sukcesywna to była akcja. Jak to się stało, że mimo takiego traktowania ten język wciąż jest żywy? Mam dane, które mówią, że na co dzień posługuje się nim 88 tysięcy osób, a tożsamość kaszubską deklaruje aż 177 tysięcy. I ten język jest na tyle różny od polskiego, że jeszcze w XX wieku na przykład w placówkach medycznych, w szpitalach zatrudniano tłumaczy kaszubskiego, żeby personel medyczny mógł się porozumieć z pacjentami.
Jak to się stało, że ten język tak dobrze przetrwał, a mazurski czy inne odmiany, czy języki regionalne, gorzej sobie poradziły? To jest znowu kwestia piśmienności: czy język był zapisywany. A kaszubski był. Kaszubski miał opracowany własny alfabet, różny od standardowego, bo ma inną fonetykę, więc ma znaczki na swoje dźwięki. I była literatura w tym języku. Choćby z tego powodu przetrwał. To jest taki sam kazus jak w przypadku śląskiego. Jeżeli ludzie mają poczucie tożsamości, jeżeli mają poczucie, że ktoś nastaje na ich niezależność i tożsamość, to w języku widzą sposób na jej przechowanie. Te języki przechowywały się w rodzinach. To były języki domowe. Jak się wychodziło do szkoły czy do pracy, mówiło się w standardowym polskim, ale w domu mówiło się w lokalnej odmianie języka. Tak przechował się język śląski i tak przechował się język kaszubski. Ludzie po prostu mieli silne poczucie odrębności i tożsamości kulturowej.
I czy ten język kaszubski można zaliczyć do jakichś odmian zbliżonych do języka polskiego? Czy tam są jakieś inne korzenie?
To jest odmiana języka polskiego. Prawdę mówiąc, jak się znowu osłuchacie z kaszubskim, to nie jest trudno go zrozumieć. Aczkolwiek ma naleciałości, oczywiście pomorskich różnych plemion. To widać też w nazwach miejscowości: mamy Nowogard, Starogard, a nie Nowogród i Starogród. To jest pozostałość tych języków pomorskich. Natomiast jest to odmiana języka polskiego, znowu z polskim systemem gramatycznym, słownikowym, fleksyjnym. Odróżnia się w niewielkim stopniu. A poza tym przez to, że został uznany za język regionalny, jest taki zapis w prawie, że mają prawo do własnej edukacji, że to jest język urzędowy, że mają dwujęzyczne napisy. Jak powiedziałem, w okolicy Władysławowa i Helu zobaczymy napisy nazw ulic czy miejscowości i po polsku, i po kaszubsku. Jest nauczany w szkole, więc ten język trzyma się nieźle. Jest teraz nawet współczesna literatura kaszubska, zresztą podobnie jak literatura śląska.
[~0:47:48] Polski język migowy
Ale to jest taki sam kazus, choć oczywiście może troszkę czym innym ograniczony, jak polski język migowy. Polski język migowy to jest język głuchych w Polsce. Ma dwojaką funkcję. Z jednej strony pełni funkcję komunikacyjną dla ludzi, którzy nie mają zmysłu słuchu albo mają go ograniczony. Z drugiej strony pełni funkcję tożsamościową. głusi, którzy chcą o sobie myśleć jako o mniejszości kulturowej i językowej, piszą o sobie „Głusi”, z dużej litery, jak narodowość. Podobnie jest z Kaszubami, podobnie ze Ślązakami. Niedawno był protest głuchych w Warszawie. Trudno jest zrobić protest, jak się jest osobą głuchą, bo to taki cichy protest. Domagali się, żeby polski język migowy był bardziej obecny w przestrzeni publicznej, w urzędach, bo on jest tylko deklaratywnie w różnych miejscach, a tak naprawdę go nie ma. Przez długie lata przechodził też przez proces lingwicyzmu, czyli takiego językobójstwa, jeśli chodzi o stosunek słyszącej większości do tego języka. I to nie tylko polskiego migowego dotyczyło, to dotyczyło w zasadzie europejskich języków migowych, ponieważ są różne języki migowe. Każdy w zasadzie jest odmianą związaną z brytyjskim językiem migowym, francuskim językiem migowym, nicaraguańskim językiem migowym. To nie jest tak, że jest jeden migowy. Wiele osób myśli, że jest jeden migowy na całym świecie i to jest uniwersalny sposób porozumiewania się głuchych. Tak nie jest. Język migowy jest naturalnym językiem. Rozwija się zawsze tam, gdzie pojawia się społeczność, która musi się nim posługiwać.
Są takie miejsca na świecie, gdzie z przyczyn genetycznych, bo jest taki gen, który powoduje, że głuchota jest przekazywana, ludzie żyją w izolowanych społecznościach i rodzi się tam większy procent głuchych. Na przykład na Bali jest wioska, która się nazywa [? niepewne: Katakolog], czyli „głucha wioska”, i tam większość jest głucha. W związku z tym wszyscy znają balijską odmianę języka migowego. To jest język, którym wszyscy się posługują. Ale w Polsce polski język migowy zaczął powstawać pod koniec XVIII i w XIX wieku, kiedy zaczęto edukować głuchych, kiedy w ogóle powstał pomysł zrobienia instytucji dla ludzi głuchych i zgrupowania głuchych dzieci, żeby nie były rozproszone po rodzinach, tylko żeby je zebrać w jakimś internacie, żeby miały szkołę i tak dalej. To był Instytut Głuchoniemych na Placu Trzech Krzyży w Warszawie. Ale w roku 1880 była konferencja w Mediolanie, która miała zgromadzić wszystkich nauczycieli, edukatorów osób głuchych, żeby dzielili się doświadczeniami. Traf chciał, że na tę konferencję nie dojechali Amerykanie, na szczęście, ale dojechali wszyscy w zasadzie z Europy. I powstał pomysł, że głusi nie mogą używać swoich języków migowych, bo nie wiadomo, po co im takie dziwne języki, które ich izolują, i muszą mówić w narodowych językach fonicznych. To był ten moment językobójstwa języków migowych, kiedy głuche dzieci karano za używanie języka migowego, wiązano im ręce, zamykano je w komórkach, żeby nie migały. Prześladowano ich generalnie. W Polsce powstał pomysł, żeby uczyć ich języka polskiego, bo polski język migowy nie jest podobny do języka polskiego. Ma składnię bardziej podobną do angielskiego, bo to jest język pozycyjny, a nie fleksyjny. W każdym razie powstał pomysł, że będziemy ich uczyć fonicznego polskiego, wymyślimy znaki, które będą odpowiadały polskim słowom, szyk wyrazów będzie taki jak w polskim, będziemy odmieniać te słowa i wymyślimy znaki na polskie końcówki.
I to właśnie był ten pan, który migał w telewizji w PRL-u?
Tak, to się nazywało system językowo-migowy. To był taki polski migany. Czyli jakbyśmy chcieli kogoś uczyć angielskiego na zasadzie dosłownego tłumaczenia i mówienia „thank you from the mountain”.
No właśnie, tak uczono tego polskiego. Na szczęście nauczyciele słyszący, bo taka była koncepcja, że głuche dzieci mają uczyć słyszący nauczyciele, migali w tym systemie językowo-migowym, czyli po polsku, ale głuche dzieci migały między sobą w polskim języku migowym. W związku z tym dzieci rozumiały swoich nauczycieli, ale nauczyciele nie za bardzo rozumieli, co one migają między sobą.
Początek XXI wieku to był moment nabrania przez głuchych poczucia tożsamości, odrębności i przywiązania do tego języka. Dziś uważają się za mniejszość językową i kulturową. Bardzo temu sprzyjało to, o czym powiedziałam, że Amerykanie na ten kongres nie dojechali, na szczęście, ponieważ u nich nigdy ten tak zwany oralizm się nie pojawił, ten pomysł, żeby głuchych uczyć na siłę języka fonicznego. Jest tam jedyny na świecie uniwersytet, Uniwersytet Gallaudeta, na którym [? niepewne: wykładowym] jest amerykański język migowy. Jest głuchy rektor, głuchy dziekan. W latach 70. były tam protesty głuchych, żeby władze tego uniwersytetu były głuche. To jest kulturowe centrum głuchych na świecie. I to się zaczęło bardzo intensywnie rozwijać, a w dobie rozwoju mediów takich jak internet wiedza o tym, że tak może być, się rozprzestrzeniła i głusi bardzo zaczęli działać na rzecz swojego języka i swojej tożsamości.
A te osoby, które migają na przykład w telewizji i się je pokazuje, one migają w polskim języku migowym?
Nie migają po polsku, migają w PJM-ie, czyli w polskim języku migowym, w ich języku. Edukacja głuchych w ciągu ostatnich 20 lat w Polsce w szczególności przeszła reformę i uczy się dzieci już polskiego języka migowego. Czasem bywa tak, że w niesłyszącej rodzinie rodzi się dziecko słyszące i ono dostaje jako pierwszy język migowy, bo jego rodzice migają, a nie mówią. Takie dziecko naprawdę ma poczucie tożsamości, czuje się głuchym.
Ja mówię o tym, że te wszystkie małe języki przechowały się w domu. Język migowy na szczęście też przechował się w domu.
A jeśli chodzi o migowy: mówisz, że polski ma składnię, w ogóle jest funkcjonalnie bliższy, powiedzmy, angielskiemu. Czy te języki w obrębie Europy różnią się tak, jak różnią się języki wokalne, znaczy głosowe?
Tak, tak się różnią. I co więcej, na przykład amerykański język migowy i brytyjski język migowy w ogóle nie są ze sobą tak spokrewnione jak angielski i amerykański foniczny, dlatego że brytyjskiemu językowi migowemu bliżej do francuskiego. Drzewo językowe jest zupełnie inne. Zresztą polski język migowy też pochodzi z tej gałęzi francuskiej, ponieważ edukatorzy głuchych jeszcze przed kongresem mediolańskim kształcili się we Francji, przywieźli tu francuski język migowy i na bazie tego francuskiego języka migowego zaczął powstawać polski język migowy. Tak samo było w Wielkiej Brytanii. Więc Brytyjczyk z Amerykaninem migający nie będą się tak dobrze rozumieć jak na przykład Brytyjczyk z Francuzem.
Ale czy to jest tak, że rzeczywiście są tak podobne jak, weźmy klasykę, polski i słowacki, że się dogadamy? Nie mówię, że polski migowy i słowacki migowy, ale na przykład polski migowy i francuski, nie.
Polski z francuskim mogą być tak zrozumiałe jak polski z czeskim na przykład. Ale francuski migowy z nicaraguańskim migowym to kompletnie języki, które nie będą dla siebie zrozumiałe.
[~0:56:40] Małe języki i sztuczna inteligencja
Czy w związku z tym, o czym dzisiaj opowiedzieliśmy sobie, właściwie ty nam opowiedziałaś, możemy uznać, że początek XXI wieku to moment, kiedy te małe języki się odradzają, przynajmniej w Europie?
Tak, nie tylko w Europie. Odradzają się na całym świecie. Jest tendencja do powracania do żywych również niektórych języków, które uważano za zaginione. Oczywiście patrzy się teraz na sztuczną inteligencję i na to, jaki wpływ będzie miała sztuczna inteligencja, rozwój internetu i cała globalna wioska na te języki. Ty powiedziałaś na początku, że do końca XXI wieku 90% tych języków zginie. Ja chcę być optymistką i myślę, że to może pójść w dwie strony. Z jednej strony rzeczywiście język może się zhomogenizować i w pewnym momencie wszyscy będziemy mówić jakąś odmianą angielskiego, dialektem angielskiego, uproszczonym, ponglishem albo chinglishem albo takim uproszczonym angielskim. Może tak być, ponieważ sztuczna inteligencja karmi się korpusami językowymi i im więcej jakiegoś języka dostanie, tym jest lepsza w tym języku. Oczywiście jest w związku z tym najlepsza w angielskim, bo ma najwięcej źródeł, na których mogła się nauczyć tego języka. A jak jest jakiś malutki język, który nie ma wielu nagrań, nie ma literatury, to sztuczna inteligencja nie będzie go znała, więc jak on zniknie z infosfery, to w ogóle zniknie.
To jest jeden scenariusz. Drugi scenariusz, o którym lubię myśleć, bo już się pojawia po trochu: słyszałam, że można mieć teraz słuchawki, chyba Apple'a, które mają wbudowanego tłumacza, taki, że ktoś do mnie mówi w swoim języku narodowym, a on mi to tłumaczy na żywo.
Działa, jak działa, ale będzie szło w tę stronę być może. Kwestia miesięcy lub lat, żeby działało.
Mam taką wizję, moją ulubioną, która pochodzi z serialu „Star Trek”, gdzie…
Właśnie chciałam powiedzieć, że takie tłumacze to już są w filmach science fiction i w literaturze. Każdy miał tam wbudowanego tłumacza i w gruncie rzeczy wszyscy mówili w swoim języku, a ten język był na żywo tłumaczony, tak?
Tak. Więc rozwój sztucznej inteligencji może doprowadzić do tego, że każdy z nas będzie mówił w swoim własnym języku, w związku z tym języki się przechowają, a on będzie tłumaczył na te wszystkie narodowe języki. I być może w ogóle nie będziemy musieli uczyć się innych języków, nie będziemy musieli uczyć się angielskiego, francuskiego, niemieckiego, żeby się porozumieć. Będziemy wszyscy mogli mówić w swoim domowym języku i będziemy na żywo tłumaczeni na inny domowy język, i w ten sposób ta różnorodność jednak przetrwa.
Ja lubię o tym tak myśleć. Systemy będą sobie musiały poradzić z tymi wszystkimi nazwami na kapcie, łapcie, papucie i inne rzeczy.
I dają radę. Będą musiały wiedzieć, czy „ubierać buty”, czy „wkładać buty”.
No nie, rozumiem wszystko.
0:59:39 Podziękowania i słowo na dziś
Słuchajcie, bardzo was zachęcamy do słuchania podcastu Olgi, czyli „Łapacza Słów”. Znajdziecie go we wszystkich miejscach podcastowych, gdzie chcecie i gdzie nie chcecie też.
A za rozmowę dziękujemy bardzo, bardzo Oldze Woźniak, która jest językoznawczynią i, można powiedzieć, robi się już specjalistką od małych języków. Mamy nadzieję, że jeszcze wrócimy do tego tematu.
Dzięki. Słuchajcie, bardzo dziękujemy, że jesteście z nami, że słuchacie, że komentujecie, że oceniacie, że polecacie, że nas czasami gdzieś zaczepicie. Bardzo to jest miłe, muszę przyznać.
Jeśli chcielibyście nas wesprzeć bardziej, to zapraszamy oczywiście na Patronite i BuyCoffee.to. Na Patronite można nas wesprzeć stałą kwotą miesięczną, natomiast na BuyCoffee.to można nam postawić kawę. Jak wiecie, kawę bardzo lubimy pić i jakbyście mieli ochotę w ten sposób wyrazić swoje uznanie dla naszej pracy, to zapraszamy. Linki są w opisie odcinka.
No i musimy jeszcze szczególnie podziękować osobom, które ostatnio kilkukrotnie wspierają nasze bardzo chude i blade pieski specjalnymi wrzutkami BuyCoffee.to na nasze szczególnie chude i blade pieski, nasze kuleczki. Bardzo dziękujemy, bardzo pozdrawiamy.
Pieski bardzo pozdrawiają i bardzo doceniają.
Tak, tym razem pieski były dosyć cicho. Ale musimy powiedzieć, że pod sam koniec, jak przestaliśmy rozmawiać z gościnią, piesek starszy, Falisia, był tak uprzejmy, że leżał przez cały odcinek na jednym z krzeseł przy stole, bo było bardzo niewygodnie. I obok leżała torba Olgi, i pieskowi udało się pod sam koniec zrzucić tę torbę na podłogę. Była bardzo z siebie Falisia dumna.
Tak, ma jakieś kocie odruchy. Słuchajcie, chcieliśmy też was poprosić, żebyście, jeżeli wam się podoba to, co robimy, komuś podrzucili pomysł, żeby posłuchał naszego podcastu, gdzieś go u siebie zareklamowali, zajawili. Jak na przykład zajawicie nas gdzieś na Instagramie, to zawsze staramy się to wyłapać i udostępnić takie wspomnienia o nas, więc bardzo nam będzie miło z tego powodu. Wszelkie wsparcie mile widziane.
Zostało nam jeszcze słowo na dziś i jest nim…
Ubierać. O, to dzięki.
Dzięki.
Cześć.
Źródła
* https://pl.wikipedia.org/wiki/J%C4%99zyk_kaszubski
* https://www.national-geographic.pl/historia/jezyk-kaszubski-jest-jedynym-w-polsce-jezykiem-regionalnym/
* https://wyborcza.pl/7,175991,30855458,choc-milosc-slazakow-do-slaskiego-jest-wielka-to-bez-wsparcia.html
* http://www.poradnikjezykowy.uw.edu.pl/wydania/poradnik_jezykowy.786.2021.07.3-H.Duc-Fajfer.pdf
* https://radaslonskigojynzyka.org/
* https://protlumaczenia.pl/jezyk-lemkowski-czyli-jeden-z-najczesciej-uzywanych-w-polsce/
* https://wyborcza.pl/7,175991,31252702,zitaj-w-zondzborku-czy-da-sie-przywrocic-do-zycia-jezyk-mazurski.html
* https://opus.us.edu.pl/docstore/download/USLe0aaaf66d0404f1d8fa3465fc4f0a807/Mysliwiec_Slonsko_godka_przasny_folklor_czy_jezyk_regionalny.pdf
* https://svoja.org/
* https://www.stowarzyszenielemkow.pl/web/lemkowski-alfabet/
Źródła
- pl.wikipedia.org/wiki/J%C4%99zyk_kaszubski
- national-geographic.pl/historia/jezyk-kaszubski-jest-jedynym-w-polsc…
- wyborcza.pl/7,175991,30855458,choc-milosc-slazakow-do-sla…
- poradnikjezykowy.uw.edu.pl/wydania/poradnik_jezykowy.786.2021.07.3-H.Duc…
- radaslonskigojynzyka.org
- protlumaczenia.pl/jezyk-lemkowski-czyli-jeden-z-najczesciej-uzy…
- wyborcza.pl/7,175991,31252702,zitaj-w-zondzborku-czy-da-s…
- opus.us.edu.pl/docstore/download/USLe0aaaf66d0404f1d8fa3465f…
- svoja.org
- stowarzyszenielemkow.pl/web/lemkowski-alfabet-%D0%BB%D0%B5m%D0%BA%D1%…
