Podcast Crazy Nauka · odc. 65

Nauka na czasie: dziwne ślady na Marsie i co mają wiewiórki do dawnych epidemii

07-05-2024 · 53 min · Nauka na czasie, Ciało i zdrowie, Kosmos i astronomia

Okładka odcinka

Tu jest treść z serwisu Spotify. Po jej włączeniu Spotify otrzyma Twój adres IP i może zapisać w przeglądarce pliki cookies.

Posłuchaj też na:

Opowiadamy o bakteriach, wychodząc od oczerniania wiewiórek i wybielania szczurów w kontekście przyczyn dawnych epidemii, a kończąc na domniemanych mikroorganizmach żyjących niegdyś na Marsie, co przybliża nas do bodaj największego kosmicznego odkrycia, jakie może nas czekać w ciągu kolejnych lat.
To odcinek z cyklu “Nauka na czasie”, czyli lżejsza wersja naszego podcastu, w której omawiamy dwa wybrane naukowe newsy. Cykl ten publikujemy co drugi tydzień, na przemian z dłuższymi odcinkami.

Transkrypcja odcinka

Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.

0:00:00 Wstęp

Ola: Co mają wiewiórki do ludzkich epidemii?

Piotr: I co ciekawego można wygrzebać z mającego ponad 3 miliardy lat piachu?

Ola: Cześć, tu Ola Stanisławska.

Piotr: I Piotrek Stanisławski, podcast Crazy Nauka.

Ola: Dziś będziemy sporo opowiadać o bakteriach. Choć na pierwszy rzut oka ten rozrzut tematyczny wydaje się niezwykle szeroki, bo uwaga, wychodzimy oczywiście od oczerniania wiewiórek oraz wybielania szczurów.

Piotr: Oczywiście, to przecież jest wiadomo.

Ola: A kończymy na domniemanych mikroorganizmach odległych od nas o ponad 3 miliardy lat i 292 miliony kilometrów.

Piotr: To w tej chwili, czyli kiedy nagrywamy, czyli 7 maja, bo za dwa dni ta druga, ta pierwsza liczba będzie w miarę jeszcze wciąż aktualna, ale ta druga już zupełnie nie.

Ola: No tak, na razie jest. Jesteśmy w takiej odległości od tego świata, o którym chcemy wam opowiedzieć. A opowiemy tak naprawdę o nowych odkryciach dotyczących bardzo starych albo po prostu starych epidemii i o kolejnych przybliżeniach do bodaj największego odkrycia, jakie nas może czekać w ciągu najbliższych kilkunastu lat.

Piotr: Tak, to jest oczywiście odcinek z naszego cyklu Nauka na czasie, czyli krótsza wersja naszego podcastu. Ostatnio rzeczywiście krótsza.

Ola: Teraz zobaczymy, bo ja dałam czadu. Spojrzałam na newsa, którego miałam omówić, i stwierdziłam, że go obuduję. I go tak obudowałam, że on gdzieś tam zniknął w czeluściach tego wszystkiego.

Piotr: Wiesz co, ja bym się zdrzemnął za godzinkę, jakbym już kończyła swój fragment.

Ola: Bardzo ładnie rekomendujesz.

Piotr: Nie, to bardzo ciekawe, potem sobie odsłucham. No dobrze, w każdym razie to już powiedzieliśmy, do czego służy ten cykl. One na przemian, te krótsze odcinki z tymi dłuższymi, chyba że Ola zrobi tak długi, że nie da się tego obronić, że jest krótszy. Więc dziękujemy, że jesteście.

Ola: Tak, i tradycyjnie dziękujemy wam za komentarze, za uwagi, za maile. Jeżeli tam jesteście, nas słuchacie, to odzywajcie się do nas. Wiecie, to zawsze jest fajnie usłyszeć, że ktoś żywy po tej drugiej stronie cię słyszy, słucha, że cię może troszkę lubi.

Piotr: Albo chcecie rozjechać, ale przynajmniej jest z czym dyskutować.

Ola: Tak, dawajcie znać. Dziękujemy tym spośród was, którzy nas wspierają na Patronite i BuyCoffee. Ja od razu mówię, że to jest taka nieoceniona pomoc, dlatego że my naprawdę dużo czasu poświęcamy na robienie tych podcastów i rzeczywiście jest łatwiej, jeżeli sobie zdejmujemy, albo wy nam zdejmujecie tak naprawdę z głowy kwestie finansowe związane z tym, żeby zarobić na chleb.

No i dzięki temu możemy poświęcać więcej czasu na przygotowywanie się do podcastu. Jeżeli macie ochotę nas wesprzeć, to zapraszamy na nasze konta w serwisie Patronite. Jeżeli macie ochotę jednorazowo postawić nam kawę, to zapraszamy do BuyCoffee. Linki znajdziecie w opisie odcinka.

Piotr: Tak właśnie, i też do subskrybowania, trudne słowo, oceniania naszego podcastu. Zachęcamy, zapraszamy, tam gdzie go słuchacie, na przykład na Spotify szczególnie. Bardzo dziękujemy za te oceny, które nam do tej pory wystawiliście, bo są bardzo wysokie. Jest to super fajne.

Ola: No bardzo nas to cieszy, ogromnie naprawdę. No i jeżeli nas poszukujecie, to jak być może już wiecie, jesteśmy obecni na wszystkich liczących się platformach podcastowych.

Piotr: Tych nieliczących się również.

Ola: I w związku z tym zaczynamy.

Piotr: Tadam!

Ola: Teraz Ola, gotujcie się.

Piotr: Monolog, godzina, dwie, trzy.

Ola: Jasne, zniechęcaj.

Piotr: Zachęcam do słuchania.

Ola: Możesz się włączać ze swoją wiedzą, którą posiadasz na ten temat.

Piotr: Czym?

0:04:08 Zoonozy: gdy choroby przeskakują ze zwierząt na ludzi

Ola: Człowiek czy zwierzęta? Kto był winien roznoszeniu się dżumy i trądu? Tak trochę może to wygląda, jakbym tematy wybrała od czapy.

Piotr: Trochę jak maturalny temat.

Ola: O tak, dzisiaj matury z polskiego.

Piotr: Pozdrawiamy wszystkich maturzystów.

Ola: Tak, gorąco ich wspieramy.

Piotr: Matura to nie koniec świata.

Ola: No tak, ale wracając do tematu epidemii, których absolutnie nie należy tutaj wiązać tematycznie z maturami, to nie jest tak, jak wam się wydaje. Właściwie od tego można by zacząć tę opowieść o ludziach i o zwierzętach błędnie posądzanych o roznoszenie niektórych epidemii.

Chodzi mi oczywiście głównie o przyczyny rozprzestrzeniania się dżumy i trądu, jak już wspomniałam, i to na przestrzeni minionych wieków. Ale ta opowieść mi wyszła, jak już zdradziłam, znacznie dłuższa i znacznie bardziej uniwersalna, niż mi się na początku wydawało.

No a teraz takie zastrzeżenie: jeżeli wydaje się wam, że dżuma i trąd to są choroby już dawno zapomniane i że łatwo się je leczy i że w ogóle to już jest przeszłość i dawno nieprawda, to śpieszę donieść, że Światowa Organizacja Zdrowia odnotowuje co roku ponad 200 tysięcy nowych przypadków trądu, a stabilnych przypadków, takich wieloletnich, jest około 150 tysięcy.

Natomiast jeśli chodzi o dżumę, to co roku trafia się od tysiąca do 3000 przypadków tej choroby na świecie. Obecnie obie choroby można leczyć za pomocą antybiotyków, no ale niestety w krajach ubogich, zwłaszcza w rejonach tropikalnych, gdzie te choroby się szerzą, dostęp do leków bywa utrudniony i dlatego niektórzy rozpoczynają leczenie za późno i popadają w niepełnosprawność. To są choroby, które mogą bardzo wiele złego zdziałać.

No i jeszcze takie zastrzeżenie, które dotyczy tego, że większość chorób, z którymi się obecnie borykamy, bo aż 60 do 70 procent, to są choroby zoonotyczne, czyli odzwierzęce, powodowane przez patogeny, które przeskoczyły na nas z innych zwierząt, a potem sobie wesoło zmutowały i nauczyły się przenosić bezpośrednio między nami.

Piotr: Co w dużym stopniu jest winą tego, że jesteśmy społeczeństwem rolniczym, wyłączającym się z rolnictwa, społeczeństwem hodowców.

Ola: Rolnictwo i hodowla szły ręka w rękę.

Piotr: Chociaż tu akurat będą przypadki niekoniecznie związane z rolnictwem, ale zdaje się, że i ospa, i grypa, to na pewno ospa jest od generalnie szeroko rozumianego bydła, grypa jest od ptaków najpewniej.

Ola: Ptaków, ale również świnie chorują na grypę. Zaraz będzie więcej na ten temat. Ja nie będę dokładnie każdej choroby omawiała, choć być może z objętości materiału, który przygotowałam, to może wynikać.

Ale chcę kilka takich charakterystycznych motywów omówić. Również niebezpieczeństwo dla nas kryje się w takiej tendencji do chwytania i hodowania albo zjadania dzikich zwierząt. Oraz z tego, że ludzie zabierają zwierzętom przestrzeń do ich życia. Wycinają obszary, które są ich habitatami.

Piotr: No tak, czyli po prostu kontakt ze zwierzętami, tymi dzikimi, staje się coraz bliższy, ten niepożądany kontakt.

Ola: Tak, absolutnie. No i na pewno pamiętacie te doniesienia dotyczące COVID-u, że w pierwszych tygodniach obwiniano o przeniesienie COVID-u na ludzi nietoperze, że jakby te nietoperze to były, że ta zaraza zaczęła się od nietoperzy. Potem podejrzenia padły na łuskowce, czyli pangoliny, którymi handluje się w Azji Południowo-Wschodniej, bo w tak zwanej tradycyjnej medycynie chińskiej pangoliny to oczywiście są jakieś bardzo cenne surowce.

Piotr: A wcale nie jest tradycyjna i nie ma w niej wiele sensu.

Ola: Nie ma w niej wiele sensu, przynajmniej w odniesieniu do zagrożonych gatunków.

Piotr: W wielu innych kwestiach to też jest coś, o czym może kiedyś zrobimy odcinek, bo tak zwana tradycyjna medycyna chińska nie jest wcale tradycyjna i nie wynika wcale z tysiącletniej czy jakiejś jeszcze dłuższej mądrości ludów. To też ciekawy wątek.

Ola: W każdym razie chodzi mi o to, że duży odsetek ginących gatunków w Azji Południowo-Wschodniej to jest właśnie ofiara tradycyjnej medycyny chińskiej i ogólnie dalekowschodniej, no bo niektóre gatunki są wyjątkowo cenione z takiego magicznego punktu widzenia i właśnie niestety te łuskowce, pangoliny, padły ofiarą takiego postępowania. Te pangoliny miały być żywicielami pośrednimi wirusa. Być może były tymi żywicielami pośrednimi niewielkie ssaki, na przykład cywety, ale jednak pierwotnym źródłem zakażenia prawdopodobnie były nietoperze.

Mówię prawdopodobnie, bo to wszystko wciąż jest na etapie dochodzenia i badań. Bardzo trudno jest dociec, od czego się zaczęło. Wciąż są podnoszone głosy, że pandemia zaczęła się w chińskim laboratorium.

Piotr: No tak, uwaga na te doniesienia, dlatego że wiem, że niedawno, no nie tak niedawno, parę miesięcy już pewnie temu, pokazały się kolejne doniesienia o tym, jakoby amerykański wywiad w ogóle już stwierdził, że to na pewno i tak dalej. To są niestety działania clickbaitowe prasy czy innych serwisów internetowych, które próbują ściągać ludzi. Warto przeczytać coś więcej niż tylko nagłówek i warto spojrzeć gdzieś dalej niż do tekstu, którego celem jest ściągnięcie nas po to, żebyśmy oglądali reklamy, bo naprawdę to, co się dzieje przy tej okazji, to żal ściska różne części ciała.

Ola: Ale warto też przy tym pamiętać, że i chińskie laboratoria mogą nie być bez winy, bo robiły różne podejrzane rzeczy, na przykład na jakiś czas przed rozpoczęciem się pandemii miały już bardzo dobrze przebadanego koronawirusa.

Piotr: Tak, co nie znaczy, że tam powstał, tylko znaczy raczej, że jak zwykle w Chinach, jak to w większości albo wszystkich państwach zarządzanych w ten sposób, jest milion tajemnic polegających na tym, że lepiej różnych rzeczy nie mówić, lepiej różnych rzeczy nie ujawniać, lepiej coś badać, ale nie mówić o tym nikomu, nawet jeżeli konsekwencje tego będą bardzo poważne, o czym mówiliśmy w wielu odcinkach, zaraz podrzucę jakieś.

Ola: Tak, ty szukaj odcinków, a ja jeszcze dorzucę, że jeśli chodzi o Chiny, to oczywiście druga strona medalu jest również bardzo istotna, a mianowicie chodzi o ten handel zwierzętami, bo na targowiskach w mieście Wuhan, w którym się pojawiły pierwsze przypadki COVID-u, w ciągu dwóch i pół roku przed wybuchem pandemii COVID-19 sprzedano ponad 47 tysięcy dzikich zwierząt.

I to jest bardzo możliwe źródło zakażeń, bo handlowano tam między innymi cywetami, tymi wspomnianymi, które mogą przenosić SARS-CoV-2, oraz norkami, borsukami, jenotami, które również mogą tego wirusa przenosić. Natomiast autorzy badań, którzy opublikowali te informacje, nie stwierdzili na tych targowiskach handlu nietoperzami ani łuskowcami. To jest bardzo istotna informacja.

Piotr: To ja się teraz wtrącę, szczególnie polecam na przykład odcinek 25, chyba najpopularniejszy z naszych odcinków, "Katastrofy przemysłowe gorsze niż ta w Czarnobylu". Tam jest bardzo dużo właśnie o ukrywaniu, ściemnianiu i tak dalej, i również odcinek 28, "11 najbardziej skażonych miejsc na świecie". To są odcinki, w których bardzo dużo na ten temat mówimy.

Wspominamy też nieco odcinek 9, "Najbardziej zadziwiające wypadki w laboratoriach". One wszystkie właściwie o tym samym mówią i dość dobrze obrazują to, co się dzieje z ludźmi, którzy nie chcą czegoś powiedzieć, bo wiedzą, że to dla nich zbyt duże ryzyko, albo z ludźmi, którzy zaczynają lekceważyć procedury, bo im się nie chce, albo lekceważą procedury, bo im źle płacą, a firmy, które przykładają do tego rękę, w perfidny sposób to tuszują, co niestety.

Ola: Albo ludzie, którzy lekceważą procedury, bo boją się krzyczących nad sobą nadzorców, którzy chcą mieć szybko wyniki badań, w związku z czym wszystko idzie nie tak, jak trzeba. Ale wracając do sytuacji bieżącej, mamy teraz znowuż zamieszanie od dłuższego czasu z ptasią grypą, H5N1.

Piotr: No to jest duży temat.

Ola: Duży, bardzo duży temat, ja go tylko tutaj napomknę. Ona się przenosi, jak wiadomo, przez kontakt z zakażonymi odchodami ptaków i z innymi ich wydzielinami. Teoretycznie można się ptasią grypą zakazić na skutek połknięcia zanieczyszczonej wody lub dostania się tej wody do nosa lub spojówek.

Ale trzeba też zaznaczyć, że takie przeniesienie się wirusa z ptactwa na człowieka jest zjawiskiem stosunkowo rzadkim. Natomiast problemem jest to, że właściwie większość ptaków, które nas otaczają, jest mocno podatna na ptasią grypę. I to są zarówno gatunki ptaków domowych, czyli gatunki drobiu, jak i dzikich ptaków utrzymywanych w niewoli, jak i ptaków wolno żyjących.

Do najbardziej podatnych i najbardziej wrażliwych na zakażenie należą kury, indyki, kaczki, gęsi, perliczki, przepiórki, bażanty, kuropatwy i strusie.

Piotr: Okej.

Ola: No to jeszcze jeden przypadek choroby roznoszonej przez zwierzęta. Chodzi o wirus Nipah, który należy do tej samej grupy co wirusy odry lub świnki.

Piotr: To pewnie bardzo zakaźne.

Ola: No i jest potwornie zakaźny. Występuje w Azji Południowo-Wschodniej oraz w Indiach. W minionych latach, właśnie w Indiach, kilkakrotnie wirus ten sprawiał ogromne problemy, ponieważ wywoływał epidemię w stanie Kerala na południu Indii. Ostatnią wywołał w ubiegłym roku, tych epidemii było kilka. A wirus przenosi się głównie poprzez bezpośredni kontakt z zakażonymi nietoperzami lub świniami, ich wydzielinami. Na przykład poprzez zjedzenie owoców z drzewa, które jest zamieszkiwane przez nietoperze, bo jakieś odchody mogą się znaleźć na tych owocach i to jest już zagrożenie.

Ten wirus jest niezwykle groźny, powoduje zapalenie mózgu i doprowadza do zakażenia ogólnego organizmu, a współczynnik śmiertelności, uwaga, wynosi od 45 do 75 procent. Jest okropnie zjadliwy.

Co do źródeł tej epidemii, to dochodzenie przeprowadzone przez agencję Reuters pokazało, że właśnie w tej części stanu Kerala ma miejsce rozległe wylesianie, wycinanie drzew, urbanizacja, które zbliżają ludzi do dzikich zwierząt, i generalnie polega to na tym, że nietoperzom zajmuje się kolejne siedliska, w związku z czym te nietoperze zaczynają żyć coraz bliżej ludzi i roznoszą tę chorobę.

0:17:22 Dżuma: to nie szczury, tylko ludzie

Ola: No ale wróćmy do tematu przewodniego, dżumę. O dżumie wszyscy wiemy, że roznosiły ją szczury. Na lekcjach historii nas tego uczono, no ale to nie do końca jest prawda, bo w zasadzie chodziło o pchły, które na tych szczurach żerowały. Chodziło o szczury śniade, czyli te szczury domowe, które z Azji rozniosły się na cały świat i go skolonizowały. I poszło im to całkiem nieźle, bo są niezwykle mądre i sprytne.

Piotr: I ładne.

Ola: Tak, i ładne, i bardzo dobrze się przystosowują do trudnych warunków. W zasadzie miało być tak, że te pchły miały kąsać ludzi i przenosić na tych ludzi pałeczkę dżumy, czyli Yersinia pestis, a ludzie chorowali na czarną śmierć, czyli jedną z najstraszliwszych zaraz w dziejach naszej części świata.

Piotr: Czyli mówisz, że to nie było tak, bo mówisz w takim trybie, że tak nam się myślało.

Ola: Myśleliśmy, a tak wcale nie było. Tam jeszcze trwały dyskusje, czy czarna śmierć to dżuma. W końcu chyba naukowcy doszli do porozumienia, że tak, to była dżuma.

Piotr: Tak, bo problem w tym, że te zarazy, które są opisywane szeroko w różnych miejscach, trudno jest jednoznacznie zidentyfikować, bo jakoś nikt sobie nie zadał trudu, żeby na tyle precyzyjnie opisać objawy, żeby to było łatwe do zidentyfikowania.

Ola: W każdym razie dane statystyczne, bardzo niepełne, z czasów średniowiecza są takie, że w samym tylko XIV wieku epidemie czarnej śmierci zabiły od 30 do 60 procent ludności Europy. A wcześniej, w VI i VII wieku, ta sama zaraza uśmierciła około 40 procent mieszkańców Konstantynopola, a w XIX wieku spustoszyła Indie i Chiny. Także to wracało, bo z Europy nie zniknęło. Do XVIII wieku trwały epidemie dżumy w miastach europejskich. Tak naprawdę dżuma to jest nie tylko temat medyczny, to jest też temat społeczny. Jak upadały różne instytucje, upadał Kościół, jego znaczenie, jak arystokracja traciła wpływy.

Piotr: Ty też szeroko obudowałaś ten temat.

Ola: Tak, bardzo szeroko poczytałam. Ale epidemie dżumy przyczyniły się też do nasilenia prześladowań różnych mniejszości społecznych. No oczywiście, jak zawsze prześladowano bardziej Żydów i pogromy w tamtym okresie się bardzo nasiliły. Nasiliły się też prześladowania trędowatych, o nich opowiem za chwilę, a ja jeszcze na moment wrócę do szczurów.

Badania prowadzone przed kilkoma laty, opublikowane w piśmie Proceedings of the National Academy of Sciences, czyli PNAS w skrócie, autorstwa włoskich i norweskich naukowców, opublikowały w 2018 roku wyniki, które pokazują, że to nie szczurze pchły były głównymi roznosicielami bakterii dżumy, tylko, uwaga, uwaga, wszy i pchły pasożytujące na ludziach.

Piotr: O, czyli…

Ola: No i to jest bardzo ciekawe.

Piotr: To dosyć radykalna zmiana.

Ola: Dosyć. Naukowcy przeprowadzili bardzo dużo symulacji, które miały obrazować rozprzestrzenianie się zarazy dżumy w kilku miastach, w których faktycznie do tego doszło i był znany przebieg tych epidemii, i zostało to dobrze udokumentowane. Wzięli pod uwagę różne drogi przenoszenia się bakterii, jak i różne wektory, różne sposoby ich rozprzestrzeniania się i wehikuły. A trzeba tutaj zaznaczyć, że dżumą, w zależności od postaci tej choroby, można się zarazić poprzez kontakt bezpośredni z chorym, albo drogą kropelkową, lub też, co jest rzadsze u ludzi, przez picie zakażonej wody i jedzenie zakażonych pokarmów.

W tych symulacjach przeprowadzonych przez badaczy norweskich i włoskich były zarówno scenariusze oparte na przenoszeniu się dżumy za pośrednictwem pcheł żerujących na szczurach, jak i na ludziach. Był też scenariusz, który uwzględnił rozprzestrzenianie się dżumy drogą kropelkową. I tutaj, ku zaskoczeniu naukowców, okazało się, że najbardziej trafiony okazał się model ludzki.

Najbardziej trafiony, czyli taki, który był zgodny z udokumentowanym tempem rozprzestrzeniania się epidemii w danym mieście. I ten model ludzki najbardziej pasował do wydarzeń, jakie miały miejsce w siedmiu z dziewięciu miast, jakie analizowano. Zdaniem badaczy niemożliwe było, żeby dżuma rozprzestrzeniała się w tak szybkim tempie, gdyby roznosiły ją pchły szczurze. Raczej to były pchły i wszy, które żerowały między ludźmi. I to jest bardzo ciekawa sprawa, bo tutaj mamy też taką sytuację, że pchły i wszy, które żerowały na ludziach, mogły też czasowo żerować na szczurach. To jest taka ciekawa obserwacja, której też dotyczyły dalsze badania.

A tych dalszych badań było sporo, bo tę tezę, którą wysunęli wcześniej badacze włoscy i norwescy, potwierdziły kolejne badania tej samej grupy badaczy i jeszcze inne, niezależne. W 2023 roku znów na łamach PNAS ukazał się artykuł, w którym tym razem Szkoci dowodzili, że to nie szczury roznosiły dżumę, i tutaj mają bardzo bogate uzasadnienie. Chodzi o to, że warunki środowiskowe w Europie uniemożliwiały pałeczkom dżumy przetrwanie w rezerwuarach zwierzęcych na tyle długo, żeby choroba rozprzestrzeniała się tak szybko.

Owszem, szczury mogły odegrać jakąś rolę w rozprzestrzenianiu się dżumy, ale nie była to rola kluczowa. Rolą kluczową było natomiast to, co się działo między ludźmi. I tutaj takie zastrzeżenie, że szczury i inne gryzonie posądzane o roznoszenie dżumy po prostu poruszają się znacznie wolniej niż tempo przenoszenia się choroby na całym kontynencie. A rozprzestrzenianiu się bakterii Yersinia pestis nie sprzyjała biochemia gleby w Europie, zaraz wyjaśnię, o co tu chodzi, i relatywnie mała różnorodność gryzoni. Większa jest znacznie w Azji Południowo-Wschodniej i w Stanach Zjednoczonych, a w Europie nie było takiej wielkiej różnorodności.

Teraz wymienię te czynniki, które sprzyjają rozprzestrzenianiu się bakterii dżumy, a których w Europie brak. Otóż jest to wysokie stężenie pierwiastków takich jak miedź, żelazo, magnez i wapń w glebie oraz bardzo wysokie albo bardzo niskie pH gleby, chłodniejszy klimat i mniejsze opady deszczu. Takie warunki występują idealnie w krajach Azji Środkowej, ale nie w Europie.

I tutaj również badacze doszli do wniosku, że najważniejszą rolę w rozprzestrzenianiu się dżumy mógł odegrać człowiek oraz pchły ludzkie, notabene również często pasożytujące na szczurach domowych. W organizmie pchły bakterie Yersinia pestis mogą przeżyć do jednego miesiąca, dlatego możliwe jest roznoszenie zarazka mimo nieobecności żywicieli tychże pcheł.

Jeszcze cofnę się o jeden rok: w roku 2022 jeszcze jeden zespół badawczy, Norwegowie we współpracy z Chińczykami i naukowcami brytyjskimi, potwierdzili tę tezę mówiącą, że nie istniały w Europie odpowiednie warunki dla żywicieli pcheł, które mogłyby tak skutecznie roznosić dżumę, aby stać się jej głównymi przyczynami. I jeszcze jedno, badania demograficzne nad zarazami XVII wieku potwierdzają tę tezę, bo wstępne szacunki wskazują, że około 3 do 4 infekcji dżumą miało miejsce wyłącznie między ludźmi, bez udziału szczurów i pcheł.

Piotr: Czyli opowieść o szczurach właściwie znika, to znaczy te szczury mogły tam sobie być obecne, ale z całą pewnością to nie one były główną przyczyną.

Ola: Czyli tam gdzie byli ludzie, tam była dżuma, po prostu. I zawsze ludzie starają się poszukiwać kozłów ofiarnych, ale tutaj akurat nie było to dobrze trafione.

Piotr: Ciekawe, jak szybko ta wiedza dotrze do świadomości, jak szybko na przykład w szkołach przestaną uczyć o tym. To jest bardzo ciekawe.

0:26:14 Trąd i demoniczne wiewiórki

Ola: A z kolei mamy drugi, zupełnie odwrotny przypadek, dotyczący trądu. To są te najnowsze badania, o których chcę powiedzieć, wreszcie do nich doszłam, po 27 minutach.

Te badania wskazują na to, że tutaj również w przypadku trądu mieliśmy złe wyobrażenie na temat tego, w jaki sposób rozprzestrzeniała się ta choroba. Przypominam, że w XIV wieku, czyli w epoce czarnej śmierci, nasiliły się prześladowania trędowatych w Europie. Zaczęto ich mocniej izolować, bo chodziło o to, żeby nie mieć z nimi żadnej styczności. Byli skazani na życie w leprozoriach, czyli tak naprawdę można powiedzieć zamkniętych szpitalach, albo bardziej więzieniach.

Piotr: Trąd jest podwójnie stygmatyzujący, bo nie dość, że doprowadza do deformacji, zniekształceń i uszkodzeń, to jest też mocno zakaźny i przez to ludzie się go bardzo bali.

Ola: Najnowsze badania pokazują, że wcale aż tak bardzo zakaźny nie jest. Ludzi, których zamykano w tych szpitalach bądź więzieniach albo gettach, dzisiaj można by leczyć, natomiast to, że bano się jakiegokolwiek kontaktu z nimi, sądząc, że może to poskutkować zakażeniem, to jest z kolei nadinterpretacja, bo się okazuje, że tym trądem wcale nie tak bardzo łatwo się zarazić.

Piotr: Poczekam na rozwinięcie myśli.

Ola: Naukowcy ze Szwajcarii, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych i Austrii wysunęli ciekawą hipotezę na temat tego, kto tak naprawdę roznosił trąd, a przynajmniej podczas średniowiecznych epidemii trądu na Wyspach Brytyjskich. Może to się wydawać dziwne, ale tutaj uwaga, główną winowajczynią okazała się wiewiórka ruda.

Piotr: Okej, demoniczne wiewiórki.

Ola: Demoniczne wiewiórki, to zacznijmy od początku, skąd te wiewiórki. Wiewiórki ceniono w średniowieczu za futra. Czasami je łapano i trzymano jako zwierzęta domowe. Nawet jest taka ilustracja z jakiegoś średniowiecznego annału, która zdobi księgę, na której widać do budki podobnej do ptasiej doczepiony łańcuszek, a na tym łańcuszku jest trzymana wiewiórka jako zwierzątko domowe. Generalnie wiewiórki i ludzie na Wyspach Brytyjskich w czasach średniowiecza mieli ze sobą dużo wspólnego. Obecnie tylko chcę wspomnieć, że wiewiórki rude zostały niemalże całkowicie wyparte z Wysp Brytyjskich przez wiewiórki szare.

Piotr: Amerykańskie chyba, tak?

Ola: Tak, tak, a u nas to jeszcze nie nastąpiło. Ale wróćmy chwilę jeszcze do samego trądu. To nie jest przyjemna choroba, jest wywoływana przez prątki trądu, czyli bakterie z rodzaju Mycobacterium. To są dwa gatunki: Mycobacterium leprae i Mycobacterium lepromatosis. Ta choroba rozwija się bardzo powoli i bezobjawowo przebiega przez pierwsze od 5 do aż 20 lat. Czyli tak naprawdę, patrząc wstecz, jesteś w stanie wyświetlić…

Piotr: Stwierdzić właśnie, gdzie było zakażenie.

Ola: W jaki sposób się zakaziłeś. Trąd stygmatyzuje w ten sposób, że wywołuje dramatyczne uszkodzenia skóry, uszkodzenia ciała, nerwów, kończyn, zaburzenia widzenia, osłabienie siły mięśniowej, i prowadzi, nieleczony, do poważnych deformacji, znacznej niepełnosprawności. Można się nim zarazić poprzez bezpośredni kontakt z chorym oraz w niektórych postaciach drogą kropelkową.

Ale właśnie te nowe badania pokazują, że ważnym rezerwuarem trądu na Wyspach Brytyjskich w średniowieczu były wiewiórki. Badania przeprowadzono w miasteczku Winchester na południu Anglii, gdzie w średniowieczu znajdowała się nie tylko leprozoria, ale również odbywał się tam bardzo intensywny handel futrami wiewiórek. Badacze pozyskali do badań próbki archeologiczne, pochodzące z dwóch stanowisk w Winchester, datowanych między XI a XV wiekiem. Przebadano 25 próbek ludzkich, 12 próbek wiewiórczych, i zidentyfikowano, zsekwencjonowano i zrekonstruowano genomy czterech typów Mycobacterium leprae, w tym jednego genomu wiewiórki.

Przyglądając się bliżej genomom bakteryjnym pozyskanym od ludzi i od wiewiórek, naukowcy odkryli, że średniowieczny szczep trądu u wiewiórek wykazuje większe podobieństwo do średniowiecznych odmian trądu ludzkiego niż do trądu, który dziś występuje u współczesnych wiewiórek. Innymi słowy, ludzie i wiewiórki w średniowieczu mieli tę samą odmianę trądu. Dzięki analizie genetycznej naukowcy wskazali wiewiórkę rudą jako pierwszego, najstarszego znanego zwierzęcego żywiciela pałeczek trądu.

Piotr: Skutki polowania na wiewiórki po prostu.

Ola: Tak, skutki polowania na wiewiórki. Uważajcie z wiewiórkami, nie zadzierajcie z nimi, bo one rzeczywiście mogą być nie takie niewinne, jakby się wydawało.

Piotr: Teraz się im zdarza wścieklizna, na szczęście chyba niezbyt często wciąż.

Ola: Nie demonizujmy, jak człowiek trzyma się z dala od dzikich zwierząt i nie robi im krzywdy, to nie wchodzi w takie interakcje.

Piotr: Wiem, że wiewiórki u nas tutaj za oknem ze dwie mieszkają, ale żadna z nas jeszcze nie zaatakowała do tej pory. Nie pchamy się też do nich z łapami. Co najwyżej zaobserwowałem, nie wiem, czy zauważyłaś, że ponieważ nie zbieraliśmy orzechów tej jesieni, celowo, to zastanawiam się, co z tego wyniknie. Czy te orzechy wszystkie będą otwarte, czy co się będzie działo. I rzeczywiście jest tak, że teraz, jak śniegi stopniały, to jak się przejdziemy po okolicy, to mamy całe mnóstwo rozłupanych orzechów. Nie wiem, prawdopodobnie jest to nie tylko wiewiórcza, ale i ptasia robota. Ale ogromnie dużo, zwróć uwagę, że praktycznie nie ma takich orzechów, które by przetrwały nierozłupane.

Ola: No to ja ci jeszcze jedną rzecz powiem, bo kiedy sprzątaliśmy jesienią, to zebrałam te orzechy, które były już stare u nas i leżały trochę, i nie chcieliśmy ich już wykorzystywać. Zebrałam je w dwa pojemniki, wystawiłam pod zadaszeniem dla ptaków i dla wiewiórek, i tam rzeczywiście widziałam krukowate rozmaite, jak sobie wskakują pod to zadaszenie, zabierają orzechy, rozłupują sobie. To jest fantastyczne tak je obserwować, bo specjalnie właśnie dla nich zostawiłam te torby otwarte. Choć może byłoby fajnie przechować je dla siebie, ale myślę, że dla zwierzaka mają więcej pożytku z tego niż my.

Piotr: Tak, dokładnie. W każdym razie wszystkie są pootwierane, te, które leżały na ziemi, i z toreb też jest dużo wyniesionych. Pozdrawiamy całe nasze towarzystwo. Jak ktoś ma ochotę, to może zajrzeć do nas, nie wiem, na YouTube'a, Instagram albo Facebooka, gdzie zrobiliśmy taki króciusieńki filmik o szpakach, które strasznie drą dzioba.

Ola: Tak, bo mamy szpaki i okazało się, że jeszcze w sąsiedniej budce, to jest niezłe, bo kupiliśmy dwie budki, jedna była przeznaczona konkretnie dla szpaków, a druga dla sikorek.

Piotr: Tak, po rozmiarze i kształcie i otworze.

Ola: I rzeczywiście budka dla sikorek jest zasiedlona przez modraszki, a w budce dla szpaków mieszkają szpaki, więc wszystko się zgadza.

Piotr: Tak, to dzięki napisom nad wejściem.

Ola: Pytanie, gdzie mieszkają wiewiórki, ale na pewno nie trzymamy ich na łańcuchu.

Piotr: Nie, nie, one sobie w ogóle, nie wiem, na którym drzewie, ale co najmniej dwie albo trzy szaleją.

0:34:53 Mars: ślady tlenu sprzed 3,5 miliarda lat

Piotr: Dobrze, słuchajcie, no to teraz przenosimy się o te zapowiedziane przez Olę wcześniej 292 miliony kilometrów od nas, albo jak kto woli, 16 minut i 14 sekund świetlnych. Albo różne inne przeliczniki, nie ma sensu wszystkich przytaczać, czyli krótko rzecz ujmując, na Marsa.

Ola: Czy ja mogę tego suchara rzucić?

Piotr: O Jezu, no dobra, dawaj.

Ola: No więc Mars to jedyna znana planeta zamieszkana przez roboty.

Piotr: Czekaj, nie mam tu takiego przycisku z aplauzem, może potem dorzucę.

Ola: Bardzo proszę, jak się skończy.

Piotr: Dorzucam naturalny aplauz. Tak, szczęśliwie rzecz biorąc, to są dwa roboty obecnie.

Ola: Ale jest też tam troszkę…

Piotr: Jest też trochę robocich pozostałości, zwłok można ująć. W tej chwili mamy Curiosity, który tam podróżuje od sierpnia 2012 roku, i Perseverance, który jest tam od lutego 2021 roku. Zacząłem tropić, ale już nie będę w to za bardzo wchodził, skąd te nazwy, bo to dzieci je nadają. Wszystkie te nazwy łazików są nadawane przez dzieci, są różne konkursy, one tam piszą i tak dalej. Rzeczywiście są to konkretne dzieci z imienia i nazwiska, można sobie zobaczyć.

Ola: Fajnie mieć swój łazik.

Piotr: Prawda? Nieźle. Dobra, więc jedziemy dalej. Ponieważ najwięcej opowieści było o Perseverance i jego już niestety nieczynnym Ingenuity, czyli tym małym droniku, który się trochę popsuł, ale latał nadspodziewanie długo i skutecznie, my zajmiemy się tym razem Curiosity, czyli tym pierwszym łazikiem. Bo czasami jest trochę tak, że jak coś jest starsze, to się myśli, że jest już mniej aktualne, bo przecież poleciało dużo wcześniej, były już te urządzenia i tak dalej, i przestarzałe, i tak dalej. Tymczasem okazuje się, że tu wciąż jest bardzo, bardzo dużo odkryć.

Co ciekawe, to, o czym teraz będę mówił, co jest naprawdę absolutnie nowym odkryciem, pochodzi z badania wykonanego w 17 roku, czyli już naprawdę dawno. Analiza tych danych i opracowanie zawsze trochę zajmują, więc to jest też ciekawe, bo tak jak mamy nieczynne już na przykład teleskopy kosmiczne, a wciąż jeszcze analizujemy dane z nich.

Ola: Dobra, to znaczy nie my, tylko naukowcy.

Piotr: My jako ludzkość. Tak, nie, Ola nie analizowała w tym tygodniu.

Ola: Przepraszam.

Piotr: Wiesz co, tu mamy taki wyłącznik do mikrofonów, to może ten, tak dla bezpieczeństwa. Dobrze, to co jest istotne, to jest to, gdzie ten Curiosity wtedy wylądował. To był bardzo ciekawy proces wybierania tego miejsca, bo najpierw wybrali 30 miejsc, później 50 miejsc, później zawęzili, później lądowali. Whatever, w każdym razie wylądował w kraterze Gale.

Ola: W kraterze.

Piotr: W kraterze Gale. Na środku tego krateru znajduje się wysoka góra, Aeolis Mons się nazywa. Rzeczywiście jest to kawał góry, ma ponad, znaczy ma około 5,5 tysiąca metrów.

Ola: A to wygląda jak formacja w kraterze uderzeniowym, takim klasycznym?

Piotr: Dokładnie tak nie wygląda… okej, ten krater jest duży, ma 154 kilometry średnicy, ale nawet w tak wielkim kraterze nie powstają na środku takie górzyska. Oczywiście zależy od rodzaju tego krateru uderzeniowego, ale w takim klasycznym kraterze rzeczywiście na środku jest takie wzniesienie i faktycznie najprawdopodobniej ta góra, ten Aeolis Mons, powstał na bazie tego środkowego wzniesienia. Zresztą z nazewnictwem tego jest nieźle, bo tak się oficjalnie ta góra nazywa, natomiast NASA wciąż nazywa ją Mount Sharp, bo nazwali ją od amerykańskiego geologa, pana Roberta Sharpa, i trochę ignorują tę oficjalną nazwę, ale nic im nie będzie.

W każdym razie nieprzypadkowo tam właśnie, do tego Gale'a, skierowali Curiosity, dlatego że uznano, że to jest najprawdopodobniej, wtedy tak uznawano, jezioro. To znaczy, że był napełniony wodą i że ta góra jest znakomitym obiektem badań, bo powstała, jak się rzekło, poprzez wzrastanie tego środkowego stożka w kraterze uderzeniowym, wzrastanie poprzez odkładanie się na nim osadów z tego jeziora.

Ola: A nie było tam działalności wulkanicznej?

Piotr: Nie, do cholery, to nie to miejsce. Znaczy, tam oczywiście działalność wulkaniczna na Marsie była i stąd wcale nie najwyższa w Układzie Słonecznym góra, jak do niedawna sądziliśmy, ponieważ…

Ola: Olympus Mons nie jest najwyższą?

Piotr: Nie, ha, ha, ha.

Ola: Ale jak to?

Piotr: Proszę cię bardzo, najwyższa jest mianowicie Rheasilvia na asteroidzie Westa.

Ola: Ile ma kilometrów?

Piotr: Ma 22 kilometry, jest wyższa mniej więcej o, zaraz ci powiem…

Ola: Przecież Olympus Mons ma 25.

Piotr: Nie, Olympus Mons ma 21, to zależy, od którego miejsca liczysz.

Ola: Ja liczę od tego lepszego.

Piotr: Od tego lepszego, no problem polega na tym, że na Marsie…

Ola: Nie ma powierzchni morza, nie można liczyć od powierzchni morza.

Piotr: Dokładnie, więc tu nie można tego dodać, tylko nad powierzchnią morza liczy się od wzniesienia, więc tak jak powiedziałem, ta góra ma, z jednej strony ma 5,5, z drugiej strony 4,5 kilometra, zależy jak na to popatrzymy, bo też to dno krateru nie jest takie równe.

Ola: Czyli mówimy o Aeolis Mons albo Mount Sharp.

Piotr: Tak, dokładnie, dokładnie. Interesująca jest, bo tam odkładały się warstwy osadowe, co, jak dobrze wiemy, jest bardzo wdzięcznym obiektem badań, jeśli chodzi o geologię i historię, zwłaszcza że to nie Ziemia, więc tam, jak już coś się odkłada, to zwykle jest odłożone. Znaczy, jak najbardziej występuje tam erozja, również ta wywołana wiatrem, choć oczywiście jest znacznie słabsza niż u nas, bo atmosfera rzadsza i wiatru mniej. Nie ma erozji wodnej, więc to, co tam widać, to są osady, które zbierały się przez jakieś 2 miliardy lat, także nie w kij dmuchał, można powiedzieć.

Rzeczywiście udało się potwierdzić, w 2017 roku ogłoszono, że na pewno już wiemy, że ten krater był wypełniony wodą. Wiemy, że to jezioro miało zróżnicowaną strukturę, miało głębiny, płycizny, czyli to jest takie środowisko, które sprzyja ewentualnemu życiu. To było jakieś 3,5 miliarda lat temu, nie że jakoś przed chwilą. Tam jest iglina i siarczanowe minerały, generalnie takie, które mogą zachować ślady ewentualnego życia z przeszłości. To jest też jeden z powodów, dla którego to miejsce sobie wybrano.

Curiosity dzielnie sobie tam jeździł po tym kraterze, podjechał w kierunku tej góry i bada ją. Grzebie sobie w piachu i tym razem wygrzebał coś bardzo ciekawego. Co ważne, wygrzebał to w dość grubym piachu, mianowicie wygrzebał zaskakująco dużo tlenku manganu. To jest minerał, który jest powszechnie dość spotykany na Ziemi, ale w bardzo szczególnych miejscach. Znalazł go w gruboziarnistych skałach osadowych, a to z kolei świadczy o tym, że takie skały powstają najprawdopodobniej w miejscach ujść rzeki, delty rzeki szczególnie, albo w pobliżu linii brzegowej jeziora. Ten obszar, który tam bada, to jest najprawdopodobniej taka linia brzegowa jeziora, i tego manganu jest tam naprawdę dużo więcej, bo jest go 45 razy więcej niż w innych skałach w okolicy, więc coś spowodowało jego gromadzenie się tam.

I tu właśnie cała zabawa polega na analizie tego, skąd on się tam mógł wziąć. Powstała bardzo fajna praca, która omawia rozmaite mechanizmy, które znamy zarówno z Ziemi, jak i które możemy w jakimś stopniu przenieść na Marsa. Link do tej pracy, jak i do wszystkiego innego, też macie w opisie odcinka. Praca nosi tytuł "Manganese-rich sandstones as an indicator of ancient oxic lake water conditions in Gale crater, Mars". Jest świeżutka, bo z 1 maja, czyli z tego roku, w czasopiśmie Advancing Earth and Space Sciences. Autorzy analizują, który z tych scenariuszy odkładania się manganu jest tam najbardziej prawdopodobny. Wiem, że to nie brzmi nadmiernie ekscytująco, ale tylko do momentu, kiedy zdamy sobie sprawę, że wychodzi im z tej analizy, że najbardziej prawdopodobny jest ten mechanizm, który znamy z Ziemi, gdzie tlenek manganu sugeruje obecność tlenu.

Ten tlen w tlenku manganu może mieć różne pochodzenie, natomiast z tej analizy wynika, że najprawdopodobniej pochodził z atmosfery marsjańskiej. Przypominam, w atmosferze marsjańskiej tlenu nie uświadczysz.

Ola: Uciekł.

Piotr: Co się z nim stało? Najprawdopodobniej został wywiany, to jest oddzielny temat. Pytanie raczej, skąd się tam wziął? Przypominam uprzejmie, że na Ziemi to, że mamy obecnie już od dłuższego czasu tlenową atmosferę, to jest robota sinic i organizmów fotosyntetyzujących, które wytruły inne organizmy.

Ola: Tlen jest silnie toksyczny.

Piotr: Tlen jest bardzo toksyczny. Mamy go na tyle dużo w atmosferze, że ci wszyscy, którzy sobie z tym nie radzili, musieli się albo bardzo schować, albo wyginąć, w większości wyginąć.

Ola: A beztlenowce się pochowały.

Piotr: Chyba że nie zdążyły. Natomiast na Marsie nie wiemy. I teraz oczywiście nasuwają się różne mechanizmy i pomysły. Jednym z nich jest to, że tlen został przyniesiony przez asteroidy, to jest kwestia, która będzie mocno badana w najbliższym czasie. Ale jak zawsze pozostaje pytanie, czy przypadkiem nie został, tak jak na Ziemi, wytworzony przez mikroorganizmy, które tam żyły. Bo wszystko wskazuje na to, że warunki miały naprawdę całkiem niezłe.

I teraz jeszcze jeden ciekawy wątek, dotyczący tego manganu. Otóż na Ziemi w takich warunkach, o jakich mówimy, czyli ujście rzeki, płycizna, linia brzegowa jeziora, odkłada się tlenek manganu w wyniku działania mikroorganizmów. Te mikroorganizmy mogą katalizować ten proces powstawania tlenku manganu i odkładania się, ale co również ciekawe, potrafią go wykorzystywać do swojego metabolizmu, bo przy tym może powstawać energia, którą można wykorzystać. I to powoduje jeszcze większe odkładanie się tego tlenku manganu. W związku z tym takie skupiska, takie miejsca, gdzie tego manganu jest znacznie więcej, mogą być w ogóle bioindykatorami, czyli wskaźnikami, że tu było życie.

Ola: Czyli to było 3,5 miliarda lat temu?

Piotr: To było jakieś 3,5 miliarda lat temu, 3,3, 3,8, to jest bardzo szacunkowe. I prawda jest taka, że większość tych informacji to są takie poszlaki. To jest trochę jak w procesach poszlakowych. Wiecie, że co prawda nikt nie złapał za rękę mordercy, nie ma jakichś super dowodów, ale absolutnie wszystko na niego wskazuje, był w odpowiednim miejscu, miał motyw, miał dostęp i tak dalej. Mamy coraz więcej tych poszlak i podobnie jest z tym Marsem.

To znaczy, nikt nie będzie miał odwagi ogłosić, poza oczywiście niezawodnymi portalami internetowymi, które ogłaszają co chcą, kiedy chcą, ale nikt na poważnie nie ogłosi odkrycia życia na Marsie bez super twardych dowodów. Nie mówię o istniejącym życiu, nawet śladów dawnego, ale mamy naprawdę coraz więcej tych poszlak, i prawda jest taka, że większość tych misji, które latają na Marsa, przynajmniej w dużym stopniu bada właśnie te elementy, które mogą wskazywać na istnienie tam życia kiedyś.

Ola: Co więcej, to życie, albo wskaźniki, które pokazują, że to życie może istnieć, jest w Układzie Słonecznym bardziej powszechne, niż by się nam jeszcze kilka lat temu wydawało. Całkiem niedawno robiliśmy odcinek o lodach badających różne księżyce, mówiliśmy o Europie, czyli księżycu Jowisza, i Enceladusie, księżycu Saturna, gdzie na jednym i na drugim mogą istnieć, pod grubą warstwą lodu, w ciekłej wodzie, kominy hydrotermalne, które zarówno na Ziemi, jak i tam, mogą być takimi rozsadnikami życia.

Piotr: Dokładnie, rozsadnikami, miejscami, gdzie to życie może powstać. To jest odcinek 55 i 57 o lodach kosmicznych, a poprzedni, czyli 64, to były właśnie te kominy hydrotermalne. Więc to jest strasznie ciekawie się obserwuje, bo trudno oczywiście będzie jednoznacznie stwierdzić, bez zwłaszcza obecności człowieka na Marsie, że to życie tam istnieje. Mówię bez obecności człowieka, bo fajnie byłoby móc po prostu wziąć łopatę albo małą koparkę, wykopać dziurę, z tej dziury pobrać próbki, te próbki zanieść gdzieś do laboratorium i je porządnie obejrzeć. Bo jednak, jak w ogóle Curiosity znalazł ten mangan, ma taki fajny patent, że ma laser, strzela tym laserem w skałę, tę skałę zamienia w plazmę, innymi słowy odparowuje, i obserwuje spektrometrem, co tam w tej plazmie się dzieje, jakie pasma widać, i na tej podstawie jest w stanie określić skład chemiczny. To bardzo sprytne narzędzie geologiczne, więc to jest takie badanie, które daje możliwość przeanalizowania składu chemicznego danej skały, ale bardzo przydałby się ktoś, kto mógłby tam grzebnąć. To nawet nie musi być człowiek, fajnie byłoby, jakby to były roboty. Postępy robotyki i takich robotów, które są w stanie dość dobrze manipulować różnymi obiektami, dają nadzieję, że zanim ludzie tam polecą, to polecą tam jakieś urządzenia, które zrobią za nas roboty i rzeczywiście wykopią to życie.

Ola: No i zrobią to taniej, bezpieczniej i prawdopodobnie będą lepsze wyniki badań niż te, które mogliby zapewnić ludzie, bo jak już wiemy z historii kosmonautyki czy astronautyki, loty załogowe są wysoce ryzykowne.

Piotr: O czym też mamy wiele odcinków, już nie będziemy ich wygrzebywali, słuchajcie. Na koniec jeszcze ciekawostka.

0:50:23 Bliźniacy Curiosity i słowo na dziś

Ola: To w nawiązaniu do nieciekawych ciekawostek z podcastu amerykańskiego.

Piotr: Tak, nasze są zawsze ciekawe i co do tego się więcej zgadzamy oboje. Otóż Curiosity ma dwóch braci bliźniaków, przy czym jeden z nich jest kompletnym debilem.

Ola: To się nie zdarza przecież.

Piotr: To jest tak, że są jego klony. Jeden nazywa się MAGGIE, co jest oczywiście jak zwykle amerykańskim skrótem, bardzo pięknym: Mars Automated Giant Gizmo for Integrated Engineering, czyli takie coś, że tak powiem. To jest klon Curiosity, który ma na pokładzie taki komputer jak ma Curiosity, jest właściwie identyczny. Jest jeszcze drugi, który nosi zwycięską nazwę Scarecrow, który z kolei nie ma tego układu elektronicznego, tego komputera. Oba mieszkają sobie w JPL-u i służą do tego, że jeżeli coś się dzieje nie tak, gdzie jest Curiosity, sprawdzają to właśnie na tych dwóch jego bliźniakach.

Ola: A jak ten Scarecrow bez mózgu sobie radzi?

Piotr: Po prostu jest sterowany z zewnątrz, nie musi mieć zintegrowanego tego urządzenia, poza tym służy bardziej do takich mechanicznych działań niż bezpośrednio. To jest powszechna praktyka, że robi się klony tego typu urządzeń po to, żeby móc na miejscu sprawdzić, a nie zastanawiać się, co tam gdzieś zaszło w tej odległej odległości.

Ola: No i tym sposobem dotarliśmy do końca naszego jakże krótkiego podcastu, który wyniósł ponad 50 minut. Bardzo dziękujemy tym wszystkim spośród was, którzy dotarli do tego momentu, i na pożegnanie słowo na dziś.

Piotr: Tak jest, i słowem na dziś jest cyweta.

Ola: Cześć.

Źródła

Brak listy URL-i w kolumnie "źródła (z opisu)" w indeksie (pole puste). W trakcie odcinka wspomniano tytuł pracy naukowej: "Manganese-rich sandstones as an indicator of ancient oxic lake water conditions in Gale crater, Mars" (czasopismo Advancing Earth and Space Sciences), link do niej Piotr deklaruje jako umieszczony w opisie odcinka, ale w indeksie kolumna źródeł jest pusta.

Źródła

Linki do badań, omówień i dodatków

Mars