Podcast Crazy Nauka · odc. 44

Afryka i safari – to nie tak, jak myślisz

19-12-2023 · 106 min · Tematyczny, Klimat i środowisko, Zwierzęta i przyroda

Okładka odcinka

Tu jest treść z serwisu Spotify. Po jej włączeniu Spotify otrzyma Twój adres IP i może zapisać w przeglądarce pliki cookies.

Posłuchaj też na:

Afryka i safari – to nie tak, jak myślisz. Rozmawiamy z przewodniczką Anną Olej-Kobus
> Odcinek sponsorowany <
Tym razem przy mikrofonach zamiast nas dwojga jest nas w studiu aż troje! Przewodniczka i podróżniczka Anna Olej-Kobus (AfrykAnką) o Afryce i jej przyrodzie umie opowiadać jak nikt inny: o miłosnych uniesieniach słoni, zaskakującym ogromie Afryki, o tym, co można wyczytać z kupy hieny i dlaczego żyrafy zjadają… kości.

Posłuchajcie tych barwnych historii i przenieście się na gorącą sawannę, np. robiąc pierogi na wigilię albo podczas przedświątecznego sprzątania. No chyba, że słuchacie tego w innym czasie, to po prostu dobrze się bawcie 🙂

Ania właśnie wydała bardzo fajną książkę “Zwierzęta Afryki. Przewodnik na safari”, dlatego wypytamy ją też o to, czym jest współczesne safari, czy pozbyło się rysów kolonializmu, jak dzisiejsza przyroda Afryki znosi rosnący strumień turystów z szeroko pojętego Zachodu i w jaki sposób patrzeć na zwierzęta, żeby zobaczyć w nich coś więcej niż zoologiczne eksponaty.

> Ten odcinek ma sponsora, którym są twórcy kampanii społeczno-edukacyjnej „Myśl po polsku” – kampanii skupiającej się na zachęcaniu młodych Polaków i Ukraińców do realizacji innowacyjnych pomysłów związanych z nowymi technologiami – zwłaszcza tych, które mogą mieć pozytywny wpływ na środowisko i to, co nas otacza. Młodych słuchaczy zachęcamy do wzięcia udziału w konkursie – informacje pod linkiem: myslpopolsku.pl/mysl-po-polsku-sezon-2/

Link do książki Anny Olej-Kobus “Zwierzęta Afryki. Przewodnik na safari”: namib.pl/pl/p/Ksiazka-ZWIERZETA-AFRYKI-Przewodnik-na-safa…

Tu porównasz prawdziwą wielkość krajów i kontynentów:
thetruesize.com/

Transkrypcja odcinka

Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.

0:00:00 Wstęp

Ola: Jak czulą się do siebie w wodzie słonie?

Piotr: Ile Chin zmieści się w jednej Afryce?

Ola: Dlaczego gówniane safari może być fascynujące?

Piotr: Cześć, tu Ola Stanisławska i Piotrek Stanisławski, podcast Crazy Nauka.

Ola: W dzisiejszym odcinku naszego podcastu będzie trochę nietypowo, bo zaprosiliśmy do rozmowy trzecią osobę, która oto siedzi z nami przy stole. Anna Olej-Kobus, podróżniczka, przewodniczka, autorka przewodników i książek przyrodniczych. Cześć Aniu.

Anna Olej-Kobus: Witajcie. Cieszę się, że mogłam do was dotrzeć.

Piotr: My się bardzo cieszymy, zwłaszcza, że taki kontakt bezpośredni, mam nadzieję, że zaowocuje mnóstwem bardzo fajnych interakcji.

Piotr: Siedzimy paszcza w paszczę, to jest u nas nowość, bo w ogóle już taki odcinek w tym formacie, jak teraz planujemy, to już był jeden.

Ola: I teraz Piotrek sprawdza, który to był numer odcinka. Ja mówię, że to była rozmowa z neurochirurgiem.

Piotr: Tak, tak, to wait for it, bo ja mówię, że przecież to nie takie łatwe.

Ola: A tymczasem opowiem, o co wypytamy Anię Olej-Kobus. Będziemy zadawać jej pytania o to, czym jest współczesne safari, a czym nie jest. Szczęśliwie.

Czy może pozbyło się rysów kolonializmu, czy też nie do końca. Jak dzisiejsza przyroda Afryki znosi ten coraz szerszy strumień turystów płynących z szeroko pojętego zachodu. No i w jaki sposób patrzeć na zwierzęta, podglądać je, żeby zobaczyć w nich coś więcej niż tylko takie zoologiczne eksponaty.

Piotr: Już jestem gotowy, mogę powiedzieć, że to był odcinek 303. Rozmowa z neurochirurgiem o grzebaniu w mózgach. Tak, tak, ponumerowane mamy odcinki.

Ola: I nie trzeba co pół roku przypominać.

Piotr: Bla, bla, bla. Jeszcze coś miałem zrobić, co zapomniałem, ale też dorobię jeszcze. I nie przypominaj co pół roku.

OK, no Ania wydała bardzo fajną książkę całkiem niedawno. Zwierzęta Afryki. Przewodnik na safari i w dodatku znakomicie opowiada nie tylko o Afryce.

W ogóle ma gadane, co zaraz zobaczycie. I no właśnie dlatego uznaliśmy, że to jest dobry moment na takie barwne opowieści. Wiecie, tu można robić jakieś pierogi, albo tam kuti, albo cokolwiek.

Co innego robi. Albo sprzątać. Właśnie, przy sprzątaniu się dobrze.

Ola: Robiliśmy ankiety, czy dopiero zamierzamy zrobić?

Piotr: W tym odcinku będzie ankieta, przy czym słuchacie podcastu.

Ola: Ale wiesz, że to nie będzie reprezentatywne? Dlatego, że przed świętami to większość osób będzie gotowała albo sprzątała.

Piotr: No dobrze, to świetnie.

Ola: To już zdradziliśmy, jesteśmy przed gwiazdką dla tych, którzy będą nas słuchali. Później jest tydzień przedgwiazdkowy.

Piotr: No właśnie, a propos, że jest tydzień, to ponieważ zmieniliśmy format troszkę, znaczy tryb publikowania.

Ola: Tak, ale zrobiliśmy to zachęceni nagrodą Podcast Roku, którą niedawno otrzymaliśmy w kategorii Nauka, Edukacja, Technika. Bardzo się z nimi cały czas cieszymy. I usłyszeliśmy postaw, tak?

Teraz uwaga, Piotrek idzie po nagrodę i teraz będzie takie… Bo to ciężka nagroda jest, od ciężkiego kalibru. Jeszcze raz stawię, to jest jedna nagroda, dwa razy postawiona.

No i otrzymaliśmy mnóstwo wyrazów wsparcia, uznania i tak nas to zachęciło do tego, żeby robić podcasty częściej, że postanowiliśmy pójść za ciosem i zaczęliśmy je nagrywać co tydzień. No ale nie tak, że tak samo długi odcinek co tydzień, bo po prostu nie dalibyśmy rady.

Piotr: No bo tak, to nie jest nasze jedyne zajęcie, taka sytuacja.

Ola: Natomiast będziemy przeplatać raz dłuższy taki jak dzisiejszy odcinek. Dzisiaj mam nadzieję pogadać z półtorej godziny z Anią, a raz krótszy z nowego naszego cyklu Nauka na czasie i w ramach tego cyklu omawiamy dwa naukowe doniesienia takie, o których właśnie możemy trochę pogadać, a nie takie tylko newsowe, że trzeba wymienić nazwiska i terminy trudne i to wszystko.

Piotr: Nie tylko trudne. No więc pierwszy odcinek przyjęliście znakomicie. Jeszcze nigdy nie było tylu komentarzy na Spotify, bo tam się najłatwiej komentuje i bardzo wam za nie dziękujemy.

Wszystkie przeczytane, wszystkie opublikowane i w ogóle jakoś to się dobrze przyjęło, więc też zachęcamy. Jak się wam podoba to się dzielcie ze znajomymi, komentujcie i w ogóle bardzo nam to pomaga.

Ola: I przypominamy, że jesteśmy obecni na wszystkich liczących się platformach podcastowych.

Piotr: I tych nieliczących się też.

Ola: Tutaj mrugnięcie okiem do naszych stałych słuchaczy.

Piotr: Najstarszy słucharz świata.

0:05:00 Sponsor odcinka: kampania społeczna "Myśl po polsku"

Ola: No tak, mamy sponsora tego odcinka. Z tym sponsorem są twórcy kampanii społeczno-edukacyjnej Myśl po polsku. I ta kampania skupia się na zachęcaniu młodych Polaków i Ukraińców do realizacji innych innowacyjnych pomysłów.

Takich, które są związane z nowymi technologiami. Zwłaszcza tych, które mogą mieć pozytywny wpływ na środowisko i na to co nas otacza.

Piotr: Więc jeżeli wymyśliłaś albo wymyśliłeś jakieś rozwiązanie, które może np. usprawnić pozyskiwanie odnawialnej energii albo wykorzystywanie surowców z recyclingu albo pomóc, nie wiem, jakoś chronić przyrodę, uzdatniać jakieś odpady, coś takiego. Tego typu rzeczy.

To zdecydowanie polecam, żebyście się zainteresowali konkursem. Wzięli udział w konkursie Myśl po polsku. Można do tego też namówić znajomego, nie wiem, ucznia, studenta, jakiegoś młodego dorosłego, który ma innowacyjny pomysł czy projekt za nadrzu.

Warto o tym mówić, bo czasami się okazuje, że my sami co prawda nic nie mamy, ale przecież znajome albo znajomy znajomego albo cokolwiek. Właśnie dlatego o tym mówimy.

Ola: Aby wziąć udział w tym konkursie to powiem krótko, trzeba się zgłosić poprzez formularz Google oraz opisać ten swój innowacyjny pomysł, który miałby pozytywny wpływ na środowisko, otoczenie czy świat w ogóle. No i wszystkie potrzebne informacje na ten temat znajdziecie na stronie myślpopolsku.pl pod hasłem sezon drugi. A linki znajdziecie w opisie odcinka, więc po prostu tam zajrzyjcie.

Piotr: Tak jest, tak że jak Ola powiedział odcinek sponsorowany, ale fajnie mieć takiego fajnego sponsora. A teraz ruszamy na jakieś nieodległe miejsce, może do Afryki na przykład. Na przykład.

0:06:56 Droga Anny Olej-Kobus do zawodu przewodniczki safari

Ola: Aniu, jak to się stało, że warszawianka z Okęcia.

Piotr: Okęcianka.

Ola: Okęcianka. Stała się przewodniczką safarii w afrykańskich parkach narodowych.

Anna Olej-Kobus: Historia zaczyna się właściwie bardzo, bardzo dawno temu, kiedy mam siedem lat. Jestem w Nigerii i mój tata jest tam na kontrakcie. Ale właściwie to zaczyna się jeszcze wcześniej, bo ja zawsze marzyłam o podróżach.

Potem była ta Afryka, ona się przydarzyła, niewiele z tego pamiętam. Natomiast wiem, że kiedy nauczyłam się czytać, dosyć szybko jakoś mi się to już przydarzyło, już w drugiej klasie czytałam naprawdę płynnie, to ja stałam się pożeraczką książek i oczywiście Tomek Wimowski był moim najlepszym kumplem, z którym przeżywałam różne przygody. Ja też czytałam o Tomku, a ty Piotrek chyba nie.

Piotr: Ja w tym czasie czytałem trylogię Tolkiena, przepraszam. Naprawdę oryginalny na siłę. Nie, bo miałem przynajmniej przeczytanie miesiąc.

Anna Olej-Kobus: To ja w trylogię Tolkiena nie weszłam, za to weszłam w Jacka Londona i to po prostu absolutnie mnie zafascynowało, zachwyciło. Ja wiedziałam jedno, że ja chcę wyruszyć w świat i wyruszyłam w ten świat, chociaż zaczęłam jak wiele osób od Azji. Dopiero gdzieś tak w 96., chyba, albo 97. roku dotarłam do Etiopii i ta Etiopia stała się moją pierwszą wielką afrykańską miłością, bo Etiopia jest krajem niesamowicie ciekawym, niesamowicie różnorodnym, niesamowicie bogatym w historię, zabytki i kulturę.

Ale taka dalsza Afryka to była Namibia, rok 2008, rodzinna podróż z dwójką małych dzieci. I to odważnie. Czy ja wiem, czy tak naprawdę odważnie.

Mi się wydawało, że ten świat po prostu na nas czeka. Ostatecznie tam też na krańcach świata mieszkają dzieci. Młodszy synek miał dwa latka, starsze trzy i pół.

Przeszli jakieś podstawowe przeszkolenie, które kiedy ja o tym mówię, to brzmi dosyć przerażająco i przyznaję, kiedy patrzę na małe przeszkolaki, to one mi się wydają naprawdę małe. Ale kiedy ja jechałam z moimi synami, oni mi się wydawali już tacy kumaci, tacy gramotni, wszystko potrafią powiedzieć, ogarnięci, więc dzieci wiedziały, że kiedy zobaczą skorpiona, to trzeba powiedzieć, mamie, dacie, nie bawić się, nie brać do ręki, nie wkładać rąk pod kamienie, bo tam mogą być węże i skorpiony. I to jest część takiego normalnego wychowania, które każde afrykańskie dziecko po prostu odbiera i wie, jak należy się zachować.

Nasi synkowie też wiedzieli, doskonale zdali egzamin na pustyni Kalahari, gdzie akurat jak raz zdarzyło się, że za cztery skorpiony przyszły do ogniska, przy czwartym straciłam zimną krew i powiedziałam dzieciom, że pora do łóżka, idziecie do namiotu, idziemy spać. Ale wcześniej no po prostu tak, te skorpiony wzięło się na łopatę i wywaliło po prostu poza nasz obóz. I ja przez wiele, wiele lat pracowałam jako niezależna dziennikarka i fotografka.

Moim marzeniem były podróże, zrobiłam wszystko, żeby pracować, zajmując się tym, co kocham, czyli żeby podróżować, opisywałam świat. Problem polegał na tym, że ja to zaczęłam robić od roku 2000 i obserwowałam, jak to powoli zaczyna się rozpadać, niczym domek z kart. To znaczy kończyła się już taka pewna epoka, że można było z tego się utrzymać.

W ogóle, jeżeli ktoś z was oglądał film tak wzruszający, piękny, co się zdarzyło w Madison County, Clint Eastwood jako fotograf słynny, wysłany, żeby zrobić zdjęcia.

Ola: I Meryl Streep jako jego partnerka.

Anna Olej-Kobus: Jako mieszkanka gdzieś z zapyziałego miasteczka. To właściwie coś takiego już, kiedy zaczęłam pracę, nie istniało, już nie wysyłało się specjalnie dziennikarzy, żeby zrobili specjalny, unikalny, wyjątkowy materiał. Jeszcze jakieś takie ostatnie niedobitki wtedy były, ale i to się wkrótce skończyło.

Dziś wszystko bierze się właściwie z gotowych materiałów, zdjęcia z mikrostoków. A teksty za chwilę pewnie przestaną być potrzebne, bo czat GPT napisze za nas absolutnie wszystko, co tylko potrzebujemy. Więc w 2016 roku zaczęłam pracę jako pilotka wypraw.

Zaczęłam jeździć właśnie do mojej już ukochanej wtedy Afryki, którą właściwie jedynym krajem, dla którego jestem w stanie Afrykę zdradzić, to jest Birman, piękny, cudowny kraj w Azji, do którego mam ogromny sentyment. I kiedy tak pilotowałam te grupy, opowiadałam ludziom o tych zwierzętach, to trochę widziałam, że wszyscy jadą z jakimś pewnym nastawieniem. I zwłaszcza jeżeli chodzi o wyjazd na safari.

To jest takie jedno dyżurne marzenie. Wielka piątka, czyli lew, lamparn, bawu, słoń i nosorożec. Chociaż żelafa jest bardzo wielka, to się do piątki nie załapała.

Chociaż hipopotam jest bardzo ciężki, też się nie załapał. Bo ten ekskluzywny klub to tworzą zwierzęta, których marzeniem było, znaczy tworzą zwierzęta, o których ludzie marzyli, żeby je upolować.

Piotr: Cudownie.

Anna Olej-Kobus: Tak to kiedyś drzewiej bywało. W każdym razie, ja starałam się ludziom pokazać więcej. Starałam się, żeby oni się zachwycili tą przyrodą, żeby oni zobaczyli, że tak naprawdę wszystko jest ciekawe, że te safari czasem dzieje się u naszych stóp.

W sensie dosłownym, bo na przykład ostatnio obserwowałam sawanika, taki mały brązowy ptaszek z dzioba podobny do nikogo, gdzie stał sobie taki mały ćwierkun przy drodze i tak robił takie właśnie ćwir, ćwir, ćwir. Im szerzej otwierał dziób, tym bardziej ojciec go, albo mama, w sumie trudno po dziobie rozpoznać, ale na pewno rodzic go ignorował. I widać było po prostu po minie tego ptaka, że jest niepomiernie zdumiony, bo do tej pory to zawsze działało, tak?

Darłem dziób, robek wpadał, a tu coś się zepsuło. Absolutnie.

Ola: I to była odznaka dorosłości.

Anna Olej-Kobus: No tak, on miał jeszcze taki bardzo jasno żółty dziób, co oznaczało, że właśnie wcale tak specjalnie dorosły nie jest.

Ola: Ale już rodzice uznali, że jest dorosły.

Anna Olej-Kobus: Rozmiaru dorosłego ptaka, więc to naprawdę w ciągu kilku dni się zmieni. I to działo się na ścieżce na Lejce, obok której po prostu dziesiątki osób przechodziły i nie zwracał uwagi, no bo takie tam małe w trawie sobie tam poćwierkuje. A ja po prostu obserwowałam coś, co dzieje się na moich oczach, jakąś właśnie scenę i za to chyba najbardziej kocham safari, za pewną nieprzewidywalność i za to, że zawsze coś dzieje się w świecie zwierząt.

Piotr: No dobra, to brzmi tak bardzo pozytywnie, ta nieprzewidywalność, a nieprzewidywalność w drugą stronę, którą taką mniej radosną.

Anna Olej-Kobus: Nieprzewidywalność w drugą stronę jest taka, że czasem jak ja to mówię, jedziemy, jedziemy, emocje jak na grzybach, nie dzieje się nic, po prostu z lewej strony bursz, z prawej strony bursz.

Piotr: To nie tak, że tam za każdym drzewem stoi.

Anna Olej-Kobus: A nie, nawet czasem może stoi za każdym, tylko my tego w ogóle nie widzimy.

Piotr: To jest najgorsze.

Anna Olej-Kobus: Najgorsze dla osoby, która prowadzi safari jest taki moment, kiedy strasznie chciałabym tych ludzi zainspirować, chciałabym im coś powiedzieć, coś pokazać, ale po prostu nie ma co, trzeba coś wymyślać wtedy o tym, co by tu mogło być, gdyby było, albo dlaczego te drzewa są tak objedzone.

Ola: I wtedy taki sawannik bardzo się przydaje.

Anna Olej-Kobus: Bardzo, to w ogóle jest cudowne, jeżeli się trafi, a najczęściej jak już jest taki totalny pech, to nawet ptaków nie ma. Ja zawsze, jak zdarzają się osoby, które wybierają się na safari, mówię, słuchajcie, zwracajcie uwagę na ptaki, uczcie się ptaków, bo one mogą wam uratować safari. Miałam zresztą kiedyś taki wyjazd, gdzie byłam razem z grupą w prywatnym parku zwierząt, skądinąd przepiękny krajobrazowo.

Niestety jak raz po prostu w ogóle wszystkie zwierzęta sobie gdzieś poszły. No i w tym momencie były kolejne ptaki i kolejne ptaki, ja tylko tak po prostu rzucałam te nazwy i opowiadałam, że ten ma takie zwyczaje, ten inne. Razem z nami w tej dużej ciężarówce, którą objeżdżaliśmy, siedziało kilkoro Brytyjczyków i oni na sam koniec powiedzieli, wy jesteście wycieczką ornitologiczną.

Ola: Ja mówię, nie, tylko naprawdę nie było nic innego, więc o czym, że miałam opowiadać. Ale świetnie, że się nad tym wszystkim znasz. Do tego jeszcze wrócimy, ale powiedz w jakich krajach, w których krajach afrykańskich bywasz najczęściej, no i jak długo trzeba do tej Afryki jeździć, żeby stać się przewodniczką?

0:15:03 Powstawanie książki "Zwierzęta Afryki": konsultanci, zdjęcia i sprzęt fotograficzny

Anna Olej-Kobus: No, żeby stać się w ogóle przewodnikiem, przewodniczką, to wypadałoby w ogóle ukończyć, to są takie specjalne kursy i szkolenia w buszu, to jeszcze przede mną. Nie wiem, szczerze mówiąc, chyba to jest zajęcie na całe życie, bo to ja i tak oczywiście wiem, że nigdy, przenigdy nie dogonię moich kolegów i koleżanek, z którymi pracuję na miejscu, osób, które się tam urodziły, które od dzieciństwa znają te wszystkie dźwięki i tropy, które poświęciły tysiące godzin na poznawanie tego świata w buszu, ja do tego świata wpadam, wypadam. Natomiast mogę powiedzieć, ile pracowałam nad, no od 2016 roku, ja cały czas się po prostu uczę i szkolę, a nad książką pracowałam ostatnie trzy lata, bo pomyślałam sobie w tym momencie, to czego mi brakowało, to taki przewodnik po zwierzętach, gdzieby ktoś powiedział mi coś więcej, że nie tylko ile waży, ile mierzy konkretny gatunek stworzenia, ale jakieś ciekawostki, jakieś fakty.

Piotr: Żeby to nie było dla dzieci.

Anna Olej-Kobus: I żeby to nie było dla dzieci wyklejanki, bo książek zwierzęta Afryki dla dzieci jest naprawdę bardzo dużo, dla dorosłych są albo takie encyklopedie typu Zwierzęta Świata, no ale tam będą też i stworzenia z Ameryki Południowej i z Australii i cała masa różnych.

Ola: Zatem taką encyklopedię trochę trudno jest zabrać ze sobą do buszu.

Anna Olej-Kobus: I w ogóle trudno tam potem coś odnaleźć w momencie, kiedy tego potrzebujemy. I cały czas gdzieś właśnie miałam w tyle głowy taką myśl, że ja bym chciała, żeby ludzie zachwycali się wszystkimi zwierzętami. Okej, ja wiem, że to jest strasznie trudne zachwycić się pająkiem, jak nam wejdzie np.

do pokoju, zwłaszcza jak się boimy pająków, albo wężem, którego znajdziemy w samochodzie, bo i taką sytuację kiedyś miałam, ale jak się trochę więcej wie o tych stworzeniach, to naprawdę myślę, że wy akurat o tym wiecie, pracując tutaj w dziale nauka, że to są fantastyczne stworzenia Matki Natury. Ja ostatnio oglądałam zdjęcie konika polnego, czyli fachowo o szarańczaka w powiększeniu na cały wielki ekran kinowy, bo przygotowywałam pokaz i myślałam sobie my god, to jest takie niesamowite, on jest w każdym detalu tak fenomenalnie dopracowany, taka mała, absolutnie idealna maszynka.

Ola: I te ciekawostki powyciągałaś i od specjalistów, i z różnych encyklopedii, i z internetu.

Anna Olej-Kobus: I był taki moment, uwierzcie mi, że oglądając filmy przyrodnicze ja po prostu sobie notowałam, notowałam, notowałam, potem to weryfikowałam w różnych źródłach, potem się czasem okazywało, że jedni zaprzeczają drugim, że dostaję zupełnie sprzeczne jakieś informacje, więc trzeba było coś wybrać i też zdać się na wsparcie osób, które zawodowo zajmują się zwierzętami, czyli poprosiłam kilka osób, żeby zostały konsultantami tej książki, każdy rozdział miał swojego opiekuna, bądź opiekunkę, po to, żeby uniknąć jakichś błędów. Zresztą zaczynając list, wiele z tych osób nie znałam wcześniej, zwykle zaczynałam go tak, to będą dorasły jak kulisy pracy.

Cześć, szanowny panie, szanowna pani, nazywam się Anka, piszę właśnie książkę o zwierzętach, które bardzo, bardzo kocham, ale niestety nie posiadam fachowej wiedzy. I czy zechciałby pan, pani tak pomóc mi zostać tutaj konsultantem tejże książki. No i cudowne w ogóle było to, że ci ludzie, którzy naprawdę mają ogromną, gigantyczną wiedzę, po pierwsze przyjęli mój punkt widzenia.

Dla mnie było bardzo istotne, żeby o tych zwierzętach nie mówić językiem naukowym, bo ja nawet na samym początku próbowałam w to uciec, tak, żeby to tak się, tak obwarować, że tu piszemy, że zwierzę, że żerują, że osobniki, a potem pomyślałam sobie, że to w ogóle nie jest moje, że ja tak naprawdę chcę, żeby ludzie pokochali te zwierzęta, a nikt nie będzie kochał jakichś tam osobników żerujących, które jeszcze na dokładkę mają pyski i jakaś tam regurgitacja nie daj Boże następuje, nie wiadomo co to. W związku z czym powywalałam takie wszystkie terminy i starałam się pisać tak jak ja to widzę, tak jak ja to czuję.

Zresztą [? niepewne: Jacek Kaczewski] świetnie kiedyś powiedział, że mając do wyboru mowę zwierzyskości słoniowej, a bambinizację, to on już woli bambinizację, bo to przynajmniej trafia do ludzi, bo my nie będziemy chronić tego, czego nie kochamy, a nie będziemy kochać tego, co jest w zwierzyskości słoniowej i z czym nie czujemy żadnej łączności. Mega mądre słowa, które mi przy tej książce towarzyszyła, [? niepewne: Jacek Kaczewski] konsultował ptaki i to było tak, że kiedy kolejne rozdziały wracały z konsultacji, to ja tak patrzyłam, patrzyłam, czytałam i myślałam sobie tak oh my god, jak dobrze, że ja lubię tego człowieka, jak dobrze, że ten człowiek mnie lubi, bo w zasadzie dostałam informację zwrotną, że tego nie wiesz, to źle napisałaś, to nie jest właściwe, zgodnie z najnowszymi badaniami, teraz jest jednak zupełnie inaczej. Innymi słowy, gdyby to nie były życzliwe osoby, to można by było się załamać i wpaść w rozpacz i ta książka nigdy by nie powstała, a przez to, że naprawdę czułam ogromną życzliwość ze strony tych osób, które fachowo oceniały pewne rzeczy, które napisałam, to powstała po pierwsze pozycja naprawdę dobra merytorycznie, to istotne, a po drugie taka, jak ja chciałam tak naprawdę.

Piotr: I korzystasz z niej, nie z samej pozycji, ale z tej wiedzy, rozumiem, że sobie zaktualizowałaś wiedzę wyprawową też, tak?

Anna Olej-Kobus: To jest trochę tak, że ja ją cały czas i nieustojąco aktualizuję, ale teraz mam ten komfort, że kiedy jestem na przykład na safari i pokazuję ludziom jakieś zwierzę albo jakimś stworzeniu opowiadamy, to ja mogę otworzyć tą książkę i powiedzieć, o, on tak wygląda, tak? O, to jestem ptak na zbliżeniu, bo na przykład siedzi gdzieś tam daleko na gałęzie, albo ten żuczek, który właśnie nam ucieknie, zdążyliśmy go sfotografować, to wygląda tak, bo też kryterium doboru bohaterów do tej książki przyjęłam takie, że te stworzenia, te istoty, które w sumie najczęściej na safari spotykamy, bo miałam też taką świadomość, że to jest ogrom, absolutnie, no samych ptaków, mówimy o kilkuset gatunkach, to nie było takiej możliwości, żeby to wszystko, wszystko zawrzeć w jednej książce. W sumie to nie napisałaś encyklopedii, tylko książkę.

Nie, nie chciałam, poza tym, tak, chciałam wybrać to, do czego, powiedzmy, są największe szanse, żeby osoby jadące na safari spotkały te zwierzęta, aczkolwiek zaprezentowałam kilku takich bohaterów, których pewnie nikt nie zobaczy zbyt łatwo, dodajmy, zostawiając odrobinę nadziei, no bo spotkanie takiego łuskowca albo mrównika jest potwornie ciężkie.

Piotr: Spotkałaś?

Anna Olej-Kobus: Tak, ale łuskowce w ośrodku, które chronią łuskowcę, takiego łuskowca wędrującego sobie na wolności ciągle mi się nie udało, a mrównik gdzieś raz za majaczą na Kalahari, ale tak naprawdę może jednak był to jakiś pies. Pewności nie mam.

Ola: Wierzmy w to, że to był mrównik. Zdjęcia, bo wspomniałaś o tym, że jesteś fotografką i w tej książce jest mnóstwo niesamowitych zdjęć i z tego, co udało mi się wyczytać, to ponad połowa to są zdjęcia twojego autorstwa, prawda?

Anna Olej-Kobus: Tak, zdjęć jest ponad 600, z czego 400 jest moich, 200 z agencji i jeszcze tam około 40 od innych osób i to było dosyć schizofreniczne. To też, słuchajcie, kulisy pracy nad książką, bo mamy tak, Ankę wydawczynię, która chce wydać książkę, Ankę autorkę tekstu, która pisze tutaj wszystko pracowicie. Mamy Ankę fotografkę, której oczywiście ambicja jest, żeby pokazać to wszystko na moich własnych zdjęciach.

Ankę fotoedytorkę, która chłodnym okiem patrzy i mówi z całym szacunkiem, no dobra, no 30 zdjęć od oceanów, ale wszystkie kijowe bierzemy z agencji. Wtedy Anka fotografka mówi, ale jak to przecież naprawdę, to nie jest takie złe zdjęcie, możemy je użyć, Anka fotoedytorka. Nie no, błagam cię, ty widzisz to zdjęcie, przecież ono jest w ogóle nieostre.

Ola: Wiesz, co mi się przypomina? Był taki film z Bronisławem Pawlikiem, milion lat temu go widziałam w telewizji, gdzie on był jednocześnie kierownikiem i zawiadowcą stacji. Przesiadał się z jednej strony biurka na drugą, zmieniał czapkę i wydawał sobie polecenia albo je przyjmował, to ty.

Anna Olej-Kobus: Tak, tylko nie przesiadałem się przy biurku i nie musiałem mieć żadnej czapki. Gdzieś tam siedziała Anka wydawczynia i była dziewczyna z całym szacunkiem. To ma być dobra książka, kogo obchodzi, czyje będzie zdjęcie, bierzemy najlepsze.

I naprawdę w wielu przypadkach było tak, że Anka fotografka strzelała focha i mówiła, że nie to, nie łaski, besej, tak wiem, że moje zdjęcie jest najlepsze. Anka fotoedytorka mówiła, dobra, no to ściągamy to zdjęcie z agencji, bo ono jest najlepsze, a Anka wydawczyni wysyłała to wszystko do graficzki. Mówiła, Justyna, bierzemy to zdjęcie, bo to będzie dobrze tutaj siedzieć.

Piotr: A to przynajmniej Justyna, bo tak pomyślałem, że może się.

Anna Olej-Kobus: Tak, Justyna była graficzką, a cudowna, kochana dziewczyna, która złożyła to wszystko w całość, bo w ogóle miałam taki cudowny dream team, miałam jeszcze cudowną redaktorkę oraz cudowną korektorkę. I to jest tak, że wiecie, wy biorąc książkę do ręki, macie już jakby gotowy produkt. I nikt nie zdaje sobie, nie zdaje sobie nawet, ile pracy wymaga.

Na przykład takie ogarnięcie całego tekstu, bo ja wam piszę niektóre rzeczy na emocjach. No i powstają jakieś skróty myślowe, albo jakieś niezręczności, albo ja mam tendencję do szyku przystawnego w pisaniu.

Piotr: Uwielbiam szyk przystawy.

Ola: Tak, tak, Piotrek się w tym specjalizuje. A redaktor naszej książki, Maciej Makselon, pozdrawiam serdecznie, nam to wszystko prostował, wytykał.

Piotr: Nie, ale nie zepsuł wszystkiego.

Ola: Nie, nie, nie zepsuł, zrobił, że to jest znacznie lepsze. No tak, tak, tak.

Anna Olej-Kobus: Niektórzy mówią, że praca z redaktorem to jest syndrom sztokholmski, czyli kochasz i nienawidzisz.

Ola: Tak, nienawidziliśmy się wtedy wzajemnie, chociaż udawaliśmy, że się lubimy, ale teraz się lubimy dopiero.

Piotr: Tak, tak, tak, ale zadziałało.

Anna Olej-Kobus: To jest trudne, ale wiecie co, bywały takie momenty, że myśmy się już tak zapętlały w siódmej czy ósmej wersji zdania i ja wtedy zwykle mówiłam tak… Wróćmy do pierwszej. Nie, nie, mówiłam tak, pamiętasz Amazonkę w lesie bulońskim?

Po drugiej stronie było, mhm. I ja mówiłam, dobra, no to teraz zróbmy z tego po prostu dobre zdanie, ponieważ dla tych z państwa, którzy jeszcze nie czytali, możemy. Alberta, Kamil, tam pojawia się właśnie postać niespełnionego pisarza, który na 50 stronach cyzyluje jedno, jedyne pierwsze zdanie swojej książki i nie udaje mu się wyjść poza to, że w piękny majowy poranek Amazonka jechała konno w lasku bulońskim i wszystkie możliwe wariacje tego jednego zdania.

Ola: A powiedziałaś, że miałaś super dream team, wszystko było super, a jak ze sprzętem fotograficznym, czy to musi być jakiś super, ekstra, niesamowity sprzęt, żeby te zwierzęta sfotografować i tak w takich zbliżeniach, jak to widać na stronach twojej książki?

Anna Olej-Kobus: Od razu mogę powiedzieć, że niektóre zbliżenia są zrobione nie przeze mnie, tylko przez ludzi, którzy mieli taki super sprzęt. Ja w którymś momencie zdałam sobie sprawę, że gdybym chciała oprzeć całą tą książkę na moich zdjęciach, to potrzebowałabym jeszcze ze dwa lata jakieś 150 tysięcy złotych. W tym musiałabym kupić jeden taki obiektyw, który za mną chodzi za jakieś 10 tysięcy i potem sobie pomyślałam, że w tej cenie to ja mogę mieć bilet lotniczy i podróż do Afryki, więc może nie potrzebuję tego obiektywu i na tym się skończyło.

Czy trzeba mieć super sprzęt? To na pewno oczywiście pomaga. Nie musi być bardzo, bardzo super.

Ja mam teleobiektyw 350, nie mam pełnej klatki, więc to pewnie jest 450 milimetrów, natomiast oczywiście do niektórych sytuacji bardzo by mi się przydało, gdyby to był obiektyw na przykład 600. No ale znowu, to jest duży, to jest ciężki, ja i tak czasami mam kłopot z chodzeniem ze względem moją pomamaną w młodości kostkę, więc uznałam, może pewne rzeczy można odpuścić. Może niektórymi rzeczami mogę się platonicznie zachwycić, obserwując je przez lornetkę, a jak będę potrzebowała zdjęcia, naprawdę jest taka masa utalentowanych osób, które poświęciły miesiące i lata, żeby zrobić super zdjęcia, że mogę po prostu wziąć ich zdjęcia.

Ola: Na okładce twojej książki widnieją nazwy krajów, ja je wyczytam, Kenya, Tanzania, Uganda, RPA, Botswana, Namibia i teraz powiedz, czy to są te kraje, do których ty najczęściej jeździsz, czy masz jeszcze jakieś inne kraje afrykańskie, w których się specjalizujesz?

Anna Olej-Kobus: Ja myślę, że jeżeli mówimy w ogóle o jeżdżeniu na safari, to tych krajów jest trochę więcej. Natomiast na okładkę trzeba było wybrać te, które są najpopularniejsze, wychodząc z prostego marketingowego założenia, że jak ktoś będzie jechał do konkretnego kraju, to będzie szukał przewodnika po tym konkretnym kraju. Najwięcej osób jeździ do Kenii, do Tanzanii, właśnie myślę, że sporo do Namibii, Botswany, pewnie bardzo dużo do RPA, stąd właśnie te się znalazły.

Ale ja na przykład uwielbiam też Zambię, do której nie tak często jeździłam, ale gdzieś mam wrażenie, że Park Południowa Luangwa to jest jakieś dla mnie absolutnie zjawiskowe miejsce i tyle cudownych jakichś historii ze zwierzętami mi się tam przydarzyło, że gdybym jutro miała się spakować i pojechać tam na pół roku, to bym się nawet nie zastanawiała. Ciekawym krajem też jest na przykład Rwanda, tam jeździ się na spotkania z gorylami górskimi. Cały czas jeszcze nieodkryty przeze mnie jest Mozambik, a też tam sporo różnych historii tych krajów, gdzie warto by było pojechać, to by się jeszcze znalazło.

0:28:10 Jak wielka jest Afryka i mit jednej "Afryki"

Piotr: A jak duża jest Afryka, jak się po niej jedzie? Bo na tej najbardziej typowej mapie z tym takim odwzorowaniem Mercatora, to ona jest mała.

Ola: Odwzorowanie walcowe równokątne również się tak ładnie nazywa.

Piotr: Ona jest mniejsze od Grenlandii i to wszystkim bardzo psuje efekt.

Anna Olej-Kobus: Jest taka mapa Afryki, gdzie utalentowany kartograf nałożył inne wielkie kraje na kontynent afrykański, gdzie nagle się okazuje, że w ten kontynent afrykański to się mieści USA i Rosja.

Piotr: Jest taka strona, damy ją w opisie, gdzie można sobie wziąć dowolny kraj i nałożyć na dowolny inny kraj i się bardzo zdziwi, czy się okazuje tak.

Anna Olej-Kobus: I wtedy widać, bo kiedy ja mówię ludziom o Afryce, to czasem odwołuję się do jakichś porównań typu, że Namibia jest dwa i pół razy większa od Polski, czy Botswana jest dwa razy większa od Polski po to, żeby uzmysłowić skalę. I też kiedy jeździmy i czasem ktoś mówi, że to dosyć dużo jest tego jeżdżenia samochodem, ja mówię, wiesz co, bo to jest tak jakby zrobił taki program, że z Przemyśla jedziemy do Białegostoku, stamtąd podjeżdżamy do Gdańska, potem do Szczecina, potem do Warszawy, potem do Wrocławia, a potem jeszcze raz do Białegostoku.

Piotr: O mam, to się nazywa The True Size Of i jak się wejdzie na stronę zbiegu, to jest właśnie na środku Afryka i na tą Afrykę są nałożone Stany Zjednoczone Chiny, Indie i zostaje jeszcze mnóstwo wolnego miejsca. No właśnie. Wiesz co, bo ja tak pytam dlatego, że ja pamiętam jak 18-letnim pacholęciem będąc, pojechałem do Kanady i tam mnie rodzina, którą pozdrawiam, gdyby przypadkiem słuchała, zabrała no tak bardziej na północ, no to jeszcze wciąż było Ontario.

Anna Olej-Kobus: I jechaliście, jechaliście, pola słoneczników, jechaliście.

Piotr: Nie, nawet lepiej, jechaliśmy w las i jechaliśmy cały dzień 120 i nic się nie zmieniło. Znaczy był nadal ten sam las i ta sama droga i tak samo prowadziła i to było, nie wiem, po ilu godzinach jazdy. Las.

Tak, w końcu odjechaliśmy gdzieś tam w bok i tam było napisane, żeby…

Anna Olej-Kobus: I stwierdziłeś, że ta Kanada to tylko las.

Piotr: Tak i jeszcze w międzyczasie wysłuchaliśmy, że tam niedawno znaleźli plecak tego pana, co go wcześniej zgubiono i ten plecak był zjedzony przez niedźwiedzia, a tam, gdzie akurat nocowaliśmy, to wszędzie były te kosze takie antyniedźwiedziowe, ale to jakby inna sprawa. I takim właśnie wstrząsem to to, że okej, no w Polsce jak dobrze pójdzie, to przez 20 minut nie zobaczysz niczego, jak przejeżdżasz przez jakiś duży las.

Ola: Znaczy niczego żywego.

Piotr: No niczego ludzkiego, poza drogą, którą jedziesz. Natomiast…

Anna Olej-Kobus: Nie ma możliwości, żebyśmy jechali cały dzień przez las.

Piotr: No więc właśnie, tak, a tam możesz… Zakładam, że jakby tak dobrze by jechać, to pewnie można by dużo tych dni przez ten las jechać.

Ola: Mamy na przykład Jądro Ciemności, gdzie Józefa Konrada, gdzie…

Piotr: Ale to nie w Kanadzie.

Ola: Ale nie w Kanadzie, ale w Afryce. I to chyba dobrze oddaje atmosferę i odległości.

Anna Olej-Kobus: Tak, ja chyba coś takiego czułam, kiedy jechaliśmy do parku Dzanga-Sangha w Republice Środkowo-Afrykańskiej. Jechaliśmy od wybrzeża Kamerunu i w pewnym momencie faktycznie było tak, że przez trzy dni, naprawdę od rana do wieczora, trzy dni jechaliśmy przez las. No właśnie, tak jak mówisz.

To był wielki, piękny, ogromny, majestatyczny las. Niestety wycinany masowo i na potęgę, ale cały czas las. Trzy dni w jedną stronę, las.

I na końcu jeszcze za 3-4 godziny rzeką się płynęło. I miałam takie doświadczenie na Saharze, gdzie jechaliśmy w czadzie do Ennedi. Takie przepiękne formacje skalne.

I tam tak naprawdę też się jechało trzy dni w jedną stronę. Więc to potrafią być… Myśmy jechali przez tą Saharę, nie mitrężąc czasu specjalnie, zatrzymując się gdzieś tam na jakiś krótki odpoczynek, rozprostowanie nóg, toaletę.

Ale tak naprawdę wstawaliśmy rano, zwijaliśmy obóz, jechaliśmy, jechaliśmy, jechaliśmy. Krótki postój, jechaliśmy, jechaliśmy. Dookoła pustynia, pustynia, pustynia.

O, jakiś krzaczek, pustynia, pustynia. A przejeżdżamy przez wyschniętą rzekę, jedziemy, jedziemy, obiad, jedziemy, jedziemy. Trzy dni w jedną stronę.

To jest po prostu kontynent. To jest ogromny kontynent, gigantyczny i w niektórych miejscach bardzo monotonny. Ale za to, jak już się dociera do tego celu, to i krajobrazowo, i jeśli chodzi o spotkania z ludźmi, i przyrodniczo, to jest absolutnie kosmos sam dla siebie.

Ola: No właśnie, Afryka ciągnęła Europejczyków od dawna. Przyciągała…

Piotr: Nie zawsze zdrowo.

Ola: No nie zawsze zdrowo. Odstawmy na bok… Odstawmy lepiej, zdecydowanie.

Pogoń za bogactwem, za różne te praktyki kolonialno-niewolnicze, o których nie chcemy dzisiaj mówić, chociaż będziemy trochę o nich musieli wspominać. Natomiast co w Afryce ludzi najbardziej przyciąga?

Anna Olej-Kobus: Myślę, że dzisiaj spotkań z innymi ludźmi, spotkania z ich tradycjami, wierzeniami, muzyką, kulturą. To jest magnes na przykład przyciągający do Afryki Zachodniej. To są fantastyczne kraje z niezwykle ciekawymi ludami, z bogatą historią.

Począwszy, nie wiem, Gambia, Senegal, Gwinea Bissau, Ghana, Togo, Benin, Nigeria. Całą masę Burkina Faso, Mali. Znajdziemy całą masę fantastycznych po prostu tam miejsc.

I spektakularna przyroda oraz zwierzęta. Myślę, że to będzie Afryka Wschodnia, Afryka Południowa, gdzie oczywiście też spotkamy niezwykle ciekawe ludy. Więc tu w ogóle nie chciałabym jakoś tam generalizować, bo każdy generalizowanie będzie ogromnym uproszczeniem.

Ale pamiętam, jak w pewnym momencie spotkałam jakiegoś Amerykanina na tarasie lodży popijącego kawę. I tam oczywiście wdaliśmy się z niezobowiązującą pogawędkę. Ja jestem bardzo często ubrana w takie afrykańskie tkaniny kitenge, więc wyglądam po prostu jakbym była tak trochę stąd, trochę z Europy, trochę nie wiadomo w ogóle jak.

I od słowa do słowa on właśnie mówi, że Afryka jest jego największą miłością, bo co prawda Stany Zjednoczone siedzą spektakularne kraje bez razy, zwłaszcza skały to w ogóle absolutnie the best. No ale tam nie będzie tylu zwierząt, nie będzie tak różnorodnych zwierząt. Dla niego ta możliwość obserwowania tych zwierząt w naturze jest czymś absolutnie fenomenalnym.

I to bardzo wiele osób na safari mi powtarza, że przyjechało, żeby wejść w środek filmu przyrodniczego na żywo. I to jest chyba tym magnesem. Czytała Krystyna Czubówna.

Tak, dokładnie.

Piotr: Bo tak trochę się złapałem na tym, że mówimy, znaczy my dwoje zwłaszcza, bo ty to nie, że Afryka i Afryka, ale nikt nie mówi, że może Amerykanie czasem, że Europa albo, że Ameryka Południowa. Generalnie się mówi krajami, bo one się różnią bardzo. A w Afrykę się wrzuca w europejskim, nie mówię o tobie, ale wrzuca się do wora Afryka.

Anna Olej-Kobus: To jest związane z tym, że też trochę same kraje Afryki też bardzo często bazują na marketingowym pojęciu Afryka. Ona ma ładny kształt, który jest bardzo wyrazisty. Dobrze się sprzedają kolczuki i t-shirty.

Jest taki pewien wspólny pierwiastek gdzieś, tak nazwijmy to umownie, afrykańskości, tej egzotyki.

Piotr: Na środku mapy też.

Anna Olej-Kobus: Tak, w związku z czym, jak będę oglądać foldery, które będą wydane, nie wiem, czy w RPA, czy właśnie w Zambii, czy w Botsłanie, czy w Namibii, czy w Kenii, Tanzanii, gdziekolwiek, to bardzo często tam będzie po prostu motyw całego kontynentu się przewijać. Bardzo często będą użyte przymiotniki afrykański, afrykańskie, rozgwieżdżone niebo, nie będą pisali, że to u nas w Tanzanii na Serengeti zobaczysz najpiękniejsze gwiazdy. Nie, siedząc pod niebem Afryki zobaczysz najpiękniejsze gwiazdy.

Piotr: Pojęcie handlowe Afryka.

Anna Olej-Kobus: Trochę tak, taki produkt turystyczny. Bardzo nie lubię tego sformułowania, ale coś w tym jest po prostu.

Ola: Ale Afryka to jest niesamowita różnorodność. Już odkrójmy tę Afrykę północną, która jest Afryką arabską.

Anna Olej-Kobus: Zostajemy w subsaharyjskiej, czyli to wszystko co na południe od Sahary się rozciąga przez Równik, Zwrotnik, Koziorożca. Tak, to będzie to, co my rozumiemy pod pojęciem czarna Afryka. Taka Afryka, jak człowiek myśli i se wyobraża, oglądał film Pożegnanie z Afryką.

No właśnie, Pożegnanie z Afryką, nie Pożegnanie z Kenią.

Piotr: To jeden z moich ulubionych filmów. Warto pamiętać przecież, bo też my tak znowu w tym rzucaniu do wora czarna Afryka i tam są czarni ludzie, a jakby tak spojrzeć genetycznie, to Afryka jest wielokrotnie bardziej różnorodna genetycznie niż cała reszta świata razem wzięta. To o tym warto pamiętać swoją drogą.

Ola: Jako kolebka ludzkości.

Piotr: Tak, bo to trochę nam może zepsuje nasze takie dobre samopoczucie pod niektórymi względami. Myślę, że to zdrowo sobie tak tupnąć i spojrzeć na to.

Ola: Chociaż my mamy większą domieszkę genów neandertalskich zdecydowanie.

Piotr: No tak, to też wynika w sumie z rozkładu geograficznego.

0:37:54 Czy Afryka jest niebezpieczna? Choroby, przestępczość i stereotypy

Ola: A jeśli już mówimy o konstruktach umysłowych Afryka, często myśli się Afryka to niebezpiecznie. Jak ty odbierasz ten aspekt?

Piotr: No właśnie, bo te dzieci na początku twoje takie to trochę było…

Anna Olej-Kobus: Przerażające.

Piotr: Może nie aż tak bardzo. A ja sobie pomyślałem nie o skorpionach, bo tam pies ganiał skorpiony, ale na przykład o chorobach. Bo nauczysz dziecko, żeby może nie wzięło skorpiona.

Pewnie, żeby nie piło wody z pierwszej lepszej kałuży.

Anna Olej-Kobus: Z kranu. Pierwszego lepszego kranu.

Piotr: Pierwszego lepszego kranu też nie, ale są pewne obszary bezpieczeństwa, którymi nie zapanujesz.

Anna Olej-Kobus: Oczywiście. Zacznijmy od tego, że myśmy wybrali jako cel naszej rodzinnej podróży z małymi dziećmi, podkreślam, Namibię. Namibie kraj w większości pustynny, tym samym wolny od większości chorób tropikalnych.

A to oznacza, że na samym wstępie nie mieliśmy jakoś specjalnie dylematów. No bo większość krajów wolna absolutnie od malarii, od wszelkiego typu różnych chorób, których się obawiamy i słusznie. Natomiast ja myślę sobie tak, o Afryce są takie dwie narracje.

Narracja idylliczna, czyli słonie wychodzącego słońca majestatycznie wędrujące przez Sawannę. I narracja nazwijmy to taka przerażająco dramatyczna. Umieranie, nieszczęścia, ratujmy Afrykę, band-aid, wojny, głód.

I wszystko to jest prawdą. Tylko i jednocześnie jest też nieprawdą. Bo pamiętam taki wykład pisarki nigeryjskiej pani Chimamandy, która opowiada, że kiedy właśnie przedstawia się, że ona jest z Afryki, z Nigerii konkretnie, to oczywiście padają jakieś tam oczekiwania.

I kiedy ona mówi, nie no, ja urodziłam się w takiej rodzinie, tata był urzędnikiem, tak dobrze zarabiali, mieszkałam w normalnym, murowanym domu, nie jestem bozonogą, wieśniaczką wychowaną na klepisku. To było takie rozczarowanie. To ty nie jesteś taką prawdziwą Afrykanką, bo prawdziwa Afrykanka to powinna.

I tu następuje katalog naszych różnych stereotypów, które my sobie nakładamy. A więc czy Afryka jest niebezpieczna? Powiem tak, no tak jak wszędzie, jeśli chodzi o kontakty międzyludzkie.

W dużych miastach zdarzają się kradzieże, nawet napady, regularnie kieszonkowcy. Niedalek kilka miesięcy temu pożegnała mnie bez żalu w Matatu, czyli zatłoczonym busiku lokalnym w Mombasie mój telefon, który pojechał sobie dalej beze mnie. To się zdarza.

W Polsce też wielokrotnie byłam okradziona w środkach masowego transportu. Ze cztery razy się zdarzyło. Więc na razie Polska jest bardziej dla mnie niebezpieczna niż ta cała ogromna Afryka.

Choroby tropikalne oczywiście, że się zdarzają. Malarii możemy trochę zapobiegać stosując repelenty, stosując chemioprofilaktykę. Można zapobiegać różnym chorobom żołądkowym pijąc wodę z butelki.

A niedługo będzie szczepionka na malarię. Z tym niedługo, to ja powiem tak, że swego czasu uczestniczyłam w kongresach medycznych i to było ponad 15 lat temu, gdzie przedstawiałam, jak wygląda podróżowanie po egzotycznych krajach z punktu widzenia właśnie zwykłego człowieka. No i ja już wtedy słyszałam, że to już ino, ino, zaraz ta szczepionka będzie.

Piotr: Ale na południe się przesuwa linia występowania malarii i ja myślę, że wreszcie szanowny Zachód…

Anna Olej-Kobus: Na północ.

Piotr: Przepraszam, na północ. Wreszcie szanowny Zachód poczuje ogień przy dupie i się zmobilizuje.

Anna Olej-Kobus: Chciałam przypomnieć, że myśmy kiedyś czuli ten ogień, gdyż malaria występowała też w Polsce.

Ola: Po 1945 roku, po wojnie, było kilka epidemii malarii, zwłaszcza na Żuławach.

Piotr: Ale chodzi mi o to, że generalnie im bardziej te choroby wychodzą poza ten obszar, który nas nie obchodzi, tym bardziej pieniądze idą na te uszczepionki.

Anna Olej-Kobus: Więc reasumując naszą rozmowę, ja myślę, że Afryka jest trochę taka, jakiej oczekujemy. Bo naprawdę czytam różne relacje i widzę, że czasem koleżeństwo podróżnicze pręży muskuły, żeby pokazać, jakie to były dzielne misie i w ogóle przez jakichś niebezpiecznych opresji wychodzili i to człowiek czyta to i myśli sobie nie, ja to bym tam nie pojechał, bo to po prostu zabiją panie albo co gorszego. Albo czytać takie po prostu absolutnie idylliczne opisy i myślimy sobie, mojejku, jak tam jest ślicznie i słodko, to może jeszcze ten Robert Redford przyleci tą awionetką i w ogóle będzie pięknie.

A na sam koniec Afryka jest sobą, jeżeli mogę tak powiedzieć. Czyli w każdym kraju jest trochę inna, spotykamy różnych ludzi. To, co na pewno jest wspólne dla większości kontynentu, to jest pewna otwartość.

Czyli, że ja spotykam kogoś kompletnie mi obcego, nie wiem, panią kasierkę w sklepie i my zaczynamy taki cudowny, wesoły small talk. Że ja wychodzę ze sklepu i tam stoi pan ochroniarz i on do mnie rzuca żarcik, ja do niego rzucam żarcik i po prostu po chwili już sobie gawędzimy. W Polsce kompletnie mi to nie wychodzi, bo kiedy z takim promiennym, radosnym uśmiechem na przykład komplementuję zupełnie obcą mi osobę, to widzę takie lekkie przerażenie w oczach pod tytułem albo świr, albo zaraz będzie mi próbowała coś sprzedać, więc lepiej weźmy gardę i zachowajmy desna.

A tam tego nie ma i ja za to bardzo lubię bycie w Afryce.

0:43:35 Współczesne safari: od polowań do fotografii i finansowania ochrony przyrody

Ola: To może przenieśmy się na safari. Czym stało się safari w obecnych czasach?

Piotr: O czym było, to wiemy i niekoniecznie może chcemy…

Ola: Ale czy ma coś jeszcze wspólnego z tym, co było dawniej, czyli z krwawymi polowaniami, jakie biali sobie urządzenia przez całe dziesięć lat?

Anna Olej-Kobus: Wywołana do tablicy zostaje w tym momencie pani historia, więc słowo safari w ogóle wywodzi się z języka słachili, oznacza podróż i to jest… Ja często tak uczestniczkom, uczestnikom wyjazdów mówię, wiecie, taki bror bliksen brał kumpli, brał dubeltówki, krzymkę dobrego wina, no i jechali w podróż, jechali na polowanie. I kiedy ktoś przyjeżdżał do rezydencji Mbogani House, ktoś się pytał, gdzie jest Bwana Kubwa, czyli wielki pan, bo tak nazywano właściciela rezydencji, do służby odpowiada, że Bwana jest na safari, Bwana jest w podróży.

I to słowo safari skleiło się z wyjeżdżaniem na wtedy polowania, teraz obserwacje dzikich zwierząt. Cały czas polowania mają miejsce, to jest ogromny biznes, za to płaci się ogromne, naprawdę ciężkie pieniądze, ale wielokrotnie więcej osób jeździ po to, żeby strzelać zdjęcia i to już są te bezkrwawe łowy, które nie wywierają negatywnego wpływu na środowisko, co więcej. Wjazd do każdego parku narodowego to są pieniądze, które tam zostawiamy, to są jakieś opłaty i oczywiście różnie to wychodzi, ale przynajmniej część tych środków jest, jak to ładniej się mówi, redystrybuowana, czyli przekazywana potem na różne projekty wspierające lokalną społeczność.

Innymi słowy, we współczesnej ochronie przyrody wiemy, że nie da uratować się niczego bez wsparcia ludzi, którzy tam mieszkają, którzy graniczą z tym parkiem narodowym czy z tym rezerwatem. Jeżeli oni poczują, że mają z tego jakąś korzyść, jeżeli dla nich to będzie wymierna wartość, że te goryle hasają po lesie deszczowym, to oni będą po prostu je chronić, oni będą starali się wspierać działania patroli antygłosowniczych i tylko wtedy mamy szansę, żeby te zwierzęta naprawdę uratować. I niektóre opłaty są bardzo drogie, niektóre są wręcz kosmicznie drogie, bo np.

w Rwandzie za pozwolenie na godzinną obserwację goryli płaci się 1,5 tysiąca dolarów, a chodzą pogłoski, że za chwilę to będą 3 tysiące dolarów.

Piotr: Od grupy? Od osoby.

Anna Olej-Kobus: Jeżeli by nam się zdawało, że to jest bardzo, bardzo drogo, to przypominam, że to właśnie w Rwandzie Dian Fossey prowadziła badania nad gorylami górskimi, tam zginęła i tam jest pochowana, w związku z czym tam jest cała ta legenda. I osobiście spotkałam grupę Amerykanów, którzy powiedzieli mi, że no właśnie dzisiaj trzeci dzień wychodzimy na trekking do goryli. Trzeci dzień, czyli 4,5 tysiąca dolarów.

Piotr: Ale widzi się te goryle?

Anna Olej-Kobus: Tak, oczywiście, tylko oni uważali, że nie zrobili wystarczająco dobrych zdjęć. Chwała im za to, że mają pieniądze i mogą zapłacić sobie, żeby trzy razy wejść.

Piotr: Te pieniądze są potem naprawdę sensownie wykorzystywane, bo wiesz…

Anna Olej-Kobus: Różnie to jest, ja nie mam możliwości, żeby to zweryfikować, ale w Ugandzie rangerzy, z którymi rozmawiałam, mówili mi, że część tych pieniędzy na przykład trafia też do parków, które są dużo mniej odwiedzane przez turystów. Czyli na przykład park Mburo, park Kidepo, tam dużo mniej turystów dociera, więc z opłat parkowych nie byliby w stanie utrzymać tam odpowiedniej ilości patroli. I wtedy te bogate parki przekazują tym biedniejszym.

Oczywiście też są robione projekty, tam sama widziałam jakieś studnie, które były kopane, jakieś szkoły, które były budowane. Podobno właśnie z tych pieniędzy za odwiedziny w Goryli.

Piotr: A jak się wjeżdża do parku, to co to jest? Płot i brama wjazdu do parku i jest budka, w której sprzedają bilety?

Anna Olej-Kobus: Często tak, jest jakaś ładna brama, głównie ta ładność bram jest wymuszona, żeby turyści mieli na jakimś lesie sfotografować. Wjeżdżamy do Serengeti, to musi być jakaś oprawa. Ale bardzo często te parki oczywiście nie mają żadnych płotów.

Mówimy o ogromnych, ogromnych przestrzeniach, ale prowadzenie tego nie miałoby większego sensu.

Ola: Park na przykład taki jak Polski? Może się tak zdarzyć?

Anna Olej-Kobus: Nie wiem, czy aż tak wielki, ale powiedzmy, że wielkości całego naszego województwa to już na pewno. Czyli mazowieckie, na pewno wiem, że park Etosza jest wielkości województwa dolnośląskiego, bo to są 22 tysiące kilometrów kwadratowych. Serengeti jest większe, 24 tysiące.

Jeżeli dodamy do tego Otulinę, czyli te różne prywatne Game Reserve, które tam są, to będzie to jeszcze większa przestrzeń. Nie stawia się płotów, ponieważ te zwierzęta muszą wędrować. One muszą migrować i to też jest problem, bo były takie miejsca, gdzie płoty były postawione i to dramatycznie zaburzyło wędrówki zwierząt i potem te płoty trzeba było rozbierać.

Ola: A skoro byliśmy przed chwilą przy gorylach, to nie mogę nie zapytać o to. Goryle są jednymi z najbardziej, najbardziej krytycznie zagrożonych gatunków, podobnie jak nosorożce. Czyli czy np.

zamiast pobierać niebezpieczne opłaty od oglądania ich, nie należałoby ich po prostu zostawić w spokoju?

Anna Olej-Kobus: Zacznijmy od tego, że tak, nie wszystkie bardzo krytycznie zagrożone zwierzęta ludzie chcą oglądać tak samo. Np. likaony, czyli takie psy w ciapki, wild dogs, również są bardzo krytycznie zagrożone.

Mówi się, że dorosłych przedstawicieli jest około 1400, a większość osób, jeżeli już w ogóle zdarzy się kimś cudem, że spotkamy likaony na safari, to w ogóle nie reaguje na nie. Ja tam po prostu jestem cała w niebo wzięta i cała przeszczęśliwa i mówię, słuchajcie, to jest jak wygrać szóstkę w totkanie. Nie, no dobra, dobra, no już widzieliśmy, pobiegały, pobiegały, takie brzydkie jak hieny trochę wyglądają, a nie mogliśmy do lwa pojechać.

Innymi słowy, są zwierzęta charyzmatyczne. Charyzmatyczne, czyli takie, które chcemy zobaczyć. I teraz goryla na pewno należą do zwierząt charyzmatycznych, takich, o których spotkaniu się marzy, jest się w stanie wydać duże pieniądze, żeby tam pojechać.

I możemy oczywiście zamknąć lasby w Indii, nie wpuszczać tam turystów. Co goryle z tego będą miały? Teoretycznie ich życie się nie zmieni, dlatego że tam jest ileś grup goryli, które są przyzwyczajone do tego, że przez godzinę, raz dziennie, przychodzą tam ludzie i je oglądają.

Czy ci ludzie przyjdą, czy nie przyjdą? Myślę, że gorylom jest to kompletnie wszystko jedno. Natomiast nie ma wtedy tych pieniędzy, które są wpłacane do parku, więc zaczyna dramatycznie wtedy brakować funduszy, żeby opłacić rangerów, czyli strażników tych parków, którzy na przykład przeciwdziałają kłusownikom.

Lokalna społeczność nie ma żadnych w tym momencie dodatkowych dochodów, więc jeżeli by się trafił kłusownik, który by chciał zapłacić za zabitego goryla, to pokusa jest znacznie większa. A zatem ci ludzie w momencie, kiedy mogą zarobić na tych szympansach, czy gorylach, czy innych zwierzętach, widzą sens ich ochrony i widzą sens wpuszczania tam turystów. Tak samo zresztą dzieje się z nosorożcami.

Powstają całe ośrodki chroniące nosorożce, takie jak [? niepewne: Camarino Sanctuary] na przykład w Botswanie, czy Ziwa Rhino w Ugandzie, albo Ol Pejeta w Kenii. I znowu, dzięki pieniądzom, które turyści zostawiają, żeby zobaczyć nosorożce, udaje się chronić te zwierzęta, udaje się coś robić też dla lokalnej społeczności, żeby oni też widzieli sens ochrony tych zwierząt. No i na przykład w Namibii zrobiono w ogóle cały taki projekt dumy z tego, że mamy nosorożce.

Jest nawet taka piosenka Powinniśmy stanąć razem, we shall stand together, gdzie najsłynniejsi muzycy śpiewają razem. To jest trochę tak jak te wszystkie nasze pomocowe różne projekty, że się zbiera ekipa artystów i śpiewa. I bardzo przejmująca pieśń, gdzie oni śpiewają co powiemy naszym dzieciom, jeśli pozwolimy, żeby te nosorożce wyginęły.

I tylko dzięki takim działaniom faktycznie te zwierzęta możemy jakoś ratować.

0:51:48 Kłusownictwo, handel kością słoniową i strażnicy parków narodowych

Piotr: A ten problem zwierząt brzydkich i nieatrakcyjnych, bo Wielka Piątka, wszyscy się podniecają, ale do tego dorzucimy tam kolejne jeszcze kilka takich zwierząt.

Anna Olej-Kobus: Charyzmatycznych, lubię ten termin.

Piotr: Ten problem co z pandami. Pandy właściwie są, można powiedzieć, uratowane aż za bardzo, bo są ładne i wszyscy się podniecają. Co prawda jak się pandzie, bardzo lubię te takie photoshopowe wersje, jak się pandzie te czarne wokół oczu zlikwiduje.

Anna Olej-Kobus: Przestałeś szakować?

Piotr: Tak, to wygląda jak taki mały zapity misiek, taki lekko, tak powiem, zdegenerowany alkoholowo misiek.

Anna Olej-Kobus: Nie idźmy w tą stronę.

Piotr: Nie, nie, nie, nie likwidujmy tego pandom. Ale problem polega na tym, że jest bardzo dużo zwierząt. No w ogóle oczywiście jest problem z wartościowaniem zwierząt.

Anna Olej-Kobus: To może zróbmy tak. Jeżeli mamy Park Narodowy, obszar chroniony, to na tym obszarze chroni się wszystkie zwierzęta.

Piotr: Czyli to nie jest tak, że jakoś te pieniądze idą na nosorożca i na żyraka.

Anna Olej-Kobus: [? niepewne: Anelika, ona już nie.] Znaczy ja zdaję, że jeżeli jest projekt chroniący nosorożce, to w pierwszym jakby kierunku tworzymy przestrzeń dla nosorożców. Ale jeżeli na tym terenie zamieszkają, nie wiem, strzelam teraz tak, dik-diki, sokoły wędrowne, jakieś, taka malutka antylopa.

Więcej niż myszojeleń, ale nadal się zatrudnia.

Ola: O, myszojeleń, mamy punkt odniesienia.

Anna Olej-Kobus: Tak, właśnie. Zamieszkają tam jakieś żuki, termity, postawią swoją termitierę i górscy zaczną tam ryć. To oczywiście nikt nie będzie przepędzać.

To wszystko będzie mogło sobie tam dalej się rozwijać. Myśmy tu poruszyli temat rangerów. Właśnie, tych strażników, którzy pod bronią, no, ochronią te zwierzęta.

Tak, nie wiem, czy zdajecie sobie z tego sprawę, ale jest to jeden z najbardziej niebezpiecznych zawodów. W niektórych krajach mówi się, że co czwarty strażnik przyrody zostanie zastrzelony przez głosowników w wojnie o ochronę zwierząt. To naprawdę jest wojna.

Jest taki film Wirunga pokazujący, właśnie, jak w Demokratycznej Republice Konga. Z naprawdę największym oddaniem ci strażnicy, bardzo źle opłacani zresztą, bo tam nikt nie ma na nich specjalnie pieniędzy, z największym oddaniem bronią tych zwierząt. I za każdym razem mam jakąś grupę, gdzie mi ktoś się odpali, że ci Afrykanie to tacy leniwi w ogóle i tacy owacy.

Już zaczyna, tak, byłem tydzień w Afryce, więc wiem, jak wszystko powinno funkcjonować. Za każdym razem opowiadam o strażnikach właśnie z Wirungi. Tak bardzo przejmująco w tym filmie jeden z nich mówi, że tak, bardzo możliwe, że ja zginę, ale jeżeli my nie będziemy bronić tych zwierząt, to nikt tego nie będzie robić.

Są kobiece grupy ręczarek, które bronią zwierząt przed głosownikami. Chyba taka najbardziej znana jest Akashinga z Zimbabwe, szkolona przez byłego komandosa z Australii, który, kiedy zrobi pierwszy kurs na takich właśnie strażników ochrony przyrody, to bodajże ze 100 mężczyzn zostało mu dwóch po takim dwudniowym, no takim naprawdę ostrym szkoleniu. I ktoś mu wtedy powiedział, słuchaj, a spróbuj z kobietami, więc on mówi, nie no, z całym szacunkiem, próbowałem z facetami, wymięknię, ty mi tu proponujesz słabą płeć, a on mówi, tutejsze kobiety są twarde, spróbuj z nimi.

I na szkolenie pierwsze zgłosiło się 30 kobiet i może 3 odpadły. I kiedy on ma koniec, mówi im, słuchajcie, jakbyście to przetrwały, ja wam zrobiłem tu prawdziwe pikło na ziemi. Jedna z nich wzięła się pod boki, popatrzyła mu w oczy i powiedziała, chłopie, piekło to my tu mamy od urodzenia.

My teraz chcemy same stanowić o sobie, chcemy być ważne i chcemy robić coś, co będzie ważne. Chcemy być z siebie dumne. Więc te naprawdę kobiety afrykańskie potrafią być niesamowite.

Jest kilka takich właśnie kobiecych oddziałów w całej Afryce, które bronią zwierząt. I myślę, że oczywiście, oni wszyscy potrzebują, tak, nieustająco i pieniędzy i uwagi świata, żeby zwracać uwagę, żeby uchwalać różne przepisy, które będą na przykład zakazywały handlu kością słoniową.

Ola: No tak, to od tego trzeba by zacząć właściwie.

Piotr: Właśnie, bo to, jak już Ola ci przerwała, to ja przerwę Oli. Skąd się biorą kłusownicy?

Anna Olej-Kobus: Oni są ostatnim tak naprawdę ogniwem albo pierwszym ogniwem, ale można powiedzieć najgorzej opłacanym. Oni dostają, nie wiem, może kilkaset dolarów za coś, co potem jest sprzedawane za kilka tysięcy albo kilkadziesiąt nawet tysięcy.

Piotr: A to są kolekcjonerzy, czy to są te nieszczęsne pseudo-medyczne cudaki?

Anna Olej-Kobus: To znaczy, jeśli chodzi o medycynę, tak zwaną tradycyjną medycynę, to był potężny cudzysłów, bo no niestety w Azji wierzy się, że sproszkowany róg nosorożca absolutnie leczy wszystko. Wymyślcie sobie dowolną chorobę, na pewno na to sproszkowany róg pomoże. Oraz łuski z łuskowca.

To jest jedyny ssak, który jest pokryty łuskami. On też znalazł się właśnie w mojej książce, bo pomyślałam sobie, że naprawdę niewielka szansa, żeby ktoś zobaczył łuskowca na żywo. A to są tak cudowne, wspaniałe stworzenia.

Tyle, że przemyca się, są szacunki mówiące, że z Afryki przemyca się milion łuskowców rocznie. Bardzo często one są wysyłane już tylko i wyłącznie w formie łusek, które są nadawane jako pocięty plastik i dopiero kiedy się rozetnie kargo, myślę, że w środku są po prostu łuski łuskowców. Jak mówi Maria [? niepewne: Dickman] z ośrodka, które ratuje łuskowce, możliwe, że one wyginą, zanim nawet zdążymy je poznać.

Są cztery gatunki łuskowców w Afryce, cztery w Azji. Te w Azji są już wszystkie krytycznie zagrożone. Te w Afryce w zasadzie nie wiadomo, bo tak naprawdę nie wiemy, ile ich jest.

Więc to jest przyczyną, dla której cały czas masowo giną zwierzęta. No a z kości słoniowej, ciosów słoni robi się piękne ozdoby.

Piotr: Jeszcze wciąż.

Anna Olej-Kobus: To nie zostało zabronione? Tak, niestety cały czas handel kością słoniową, nawet jeśli jest zabroniony w niektórych krajach Afryki, to w krajach docelowych, takich jak na przykład Chinę czy Filipinę, tam wręcz z dumą się pokazuje, że jesteśmy dobrze sytuowanymi ludźmi, możemy stać nas na ekskluzywne przedmioty. Mamy coś tak wyjątkowego, jak wielka rzeźba w kości słoniowej zrobiona.

O skali procederu świadczą liczby. Kiedy Kenia odzyskała niepodległość, to po jakimś czasie pojawił się problem, co zrobić ze skonfiskowaną kością słoniową i postanowiono ją spalić. Bo był taki pomysł, że może włączymy ją do obiegu, sprzedamy i z tych pieniędzy będziemy mogli finansować dalszą ochronę przyrody, ale uznano, że nie, na śmierć zwierząt nie będziemy zarabiać, żeby przyrodę chronić.

Spalono wtedy bodajże 16 ton kości słoniowej. I to wydaje się ogromną liczbą, ale na początku XX wieku, bodajże w 2016 roku, na początku XXI wieku, spalono ponad 100 ton kości słoniowej. Więc to pokazuje, że cały czas te zwierzęta, z powodu tego, jak wyglądają, z powodu tego, jakie właściwości przypisujemy częściom ich ciała, one cały czas niestety są zabijane.

Ola: I rzeczywiście jest tak, że w każdym parku narodowym w Afryce muszą istnieć strażnicy, którzy aktywnie bronią zwierząt, które tam żyją?

Anna Olej-Kobus: Myślę, że tak. Co więcej, są takie parki w krajach bardzo często niestabilnych politycznie, trudnych, które są zarządzane przez taką organizację African Parks. I to jest organizacja, która naprawdę, myślę, że to są najodważniejsi z odważnych, którzy dla niej pracują, gdzie naprawdę prowadzą akcje wojskowe, wręcz przeciwdziałając głosownikom.

Czy ta wojna jest do wygrania? Miejmy nadzieję.

Piotr: Zresztą to była kwestia przede wszystkim edukacji albo jakichś innych sposobów w tych końcowych miejscach. Bo to się tak trochę wygodnie myśli o tym, że tam dzicy zabijają zwierzęta. Bo to jest takie trochę podejście.

Wini się tych, którzy strzelają, a oni są tak naprawdę najmniej winni w tym wszystkim.

Anna Olej-Kobus: Trochę tak. W pewnym momencie widziałam szkolenie przeprowadzane przez przedstawicieli naszej Straży Granicznej dla dzieci, gdzie były na tablicy różnorodne zwierzęta i dzieci się wcielały. Ktoś właśnie był myśliwym, ktoś był sklepikarzem, a ktoś był turystą.

Jeżeli ten turysta kupuje rzeczy z części ciał zwierząt, no to te zwierzęta trzeba po prostu zastrzelić. I rozumiem oczywiście, że czasem są hodowle zwierząt specjalnie po to, żeby pozyskiwać skóry czy kości. Natomiast trzeba mieć świadomość, że jeżeli kupujemy coś z kolcami jeżozwierza, to małe prawdopodobieństwo, że te kolce zostały znalezione w buszu.

Prawdopodobnie ktoś zabił tego jeżozwierza. Jeżeli kupujemy torebkę ze skóry zebry, zebry górskiej na przykład, która jest gatunkiem absolutnie chronionym, ma piękne, drobne paseczki, no to w takim razie tej zebry górskiej gdzieś w przyrodzie nam ubyło. I tak dalej, i tak dalej.

W związku z czym ja zawsze przestrzegam ludzi, żeby po prostu nie kupowali pamiątek robionych z części ciał zwierząt. Tak jest i lepiej, i etyczniej.

Piotr: I na granicy nie złapią.

Anna Olej-Kobus: To już nawet nie o to chodzi, czy złapią, czy nie złapią.

Piotr: Ale mówię, że dla niektórych ludzi to przemawia w jakimś stopniu, że to jest zwyczajnie karalny przywóz takich materiałów.

1:01:28 Dlaczego ludzie jeżdżą na safari: nieprzewidywalne spotkania ze zwierzętami

Ola: Mówimy o etycznych zachowaniach turystów. To może zastanówmy się, po co ludzie, którzy się wybierają na safari, jeżdżą tam. Wspomniałaś, że żeby zobaczyć wielką piątkę.

A ewentualnie jeszcze do tego żyrafę dołożyć i odhaczyć i pojechać do domu?

Anna Olej-Kobus: Bardzo różnie. Ja bym powiedziała, że ile osób tyle motywacji, jak to kiedyś powiedziała mi uczestniczka wyjazdu. Kiedy ona sobie zobaczy te zwierzęta, to serce w niej śpiewa i ona ma energię i siłę do życia na kolejne roki.

To było takie piękne i takie prawdziwe. I ja sama pamiętam to wzruszenie, które mi towarzyszyło, kiedy pierwszy raz zobaczyłam słonia wędrującego na wolności, który tam obrywał te gałęzie i zajadał. Ja się czułam po prostu, jakbym dostąpiła jakiegoś największego misterium przyrody.

Ludzie bardzo różnie jeżdżą. Jedni jadą tylko po to, żeby zrobić zdjęcia, inni po to, żeby się zachwycać. Są tacy, którzy naprawdę wczuwają się, że tak, jesteśmy teraz w filmie przyrodniczym.

Nie dalej, jak raptem tydzień temu byłam w Parku Narodowym Krugera i tam nawet był pan, który już myślał, że możesz wrócić do lodży, bo tam część ekipy wracała. Ja mówię, słuchaj, zostań. Nie mogę ci nic obiecać, ale może będzie coś ciekawego.

I obserwowaliśmy polowanie zimorodka. I zimorodki to są, słuchajcie, takie małe, nieduże ptaki. To był akurat zimorodek z Rokaty, taki biało-czarny.

On leci nad wodą, zawisa tak jak koliber i potem spada jak strzała. I on kilka razy to powtarzał. I to było coś tak fenomenalnego, że można właśnie coś takiego zobaczyć, że to dzieje się tuż obok nas, na naszych oczach.

A potem jeszcze nasze ukochane słonie pojawiły się i wędrowały. Miałam grupę w Zambii też w tym roku, miesiąc temu, gdzie było plus 41 stopni. Było potwornie gorąco.

I ta grupa była tak strasznie zdeterminowana, żeby zobaczyć likaony, co mnie tak ogromnie cieszyło, bo tak rzadko ktoś chce je zobaczyć. Myśmy specjalnie pojechali gdzieś w jakiś koniec parku, gdzie dostaliśmy informację, że ktoś gdzieś widział podobną chyba, może są. Jeździliśmy, jeździliśmy, było potwornie gorąco.

Czułam po prostu, jakby mi ta skóra to się tam roztapiała od tego upału i od tego gorącego wiatru. A ten moment, kiedy zobaczyliśmy likaony, to było takie czyste szczęście. Zostaliśmy do samego końca.

Już mój kierowca mówił, Ania, my już musimy jechać, żeby dojechać do tej bramy o czasie, który jest nam wyznaczony. Odjechaliśmy jako jedni z ostatnich, ale likaony nagrodziły nas tym, że wyruszały na polowanie. I one mają całą wtedy taką ceremonię ćwierkania, podbiegania do siebie, ustalają hierarchię, pozycję, budują więzi.

Coś, czego nic nie jest w stanie zastąpić. Najpiękniejszy film przyrodniczy nie zastąpi nam zobaczenia tego na żywo, a jednocześnie trzeba naprawdę mieć świadomość, że te filmy przyrodnicze to powstają dwa, trzy, cztery lata. To jest ogromna praca, niebotyczna.

Zresztą naprawdę filmy przyrodnicze współcześnie są robione absolutnie fenomenalnie. Do dyspozycji są nieprawdopodobne środki i drony, i kamery na podczerwień. Cała masa technologii, o której w ogóle nawet 30 lat temu się nikomu nie śniło.

Tylko to są godziny, miesiące, lata wręcz spędzone w terenie, żeby zrobić z tego potem kilka ujęć i pokazać jakąś historię. My bardzo rzadko mamy szansę na safari zobaczyć jakąś historię. My widzimy tylko jakieś malutkie fragmenty, bo najczęściej musimy jechać dalej, bo jesteśmy tu tylko godzinę, dwie, trzy w tym miejscu.

Może jeden dzień, może czasami dwa, trzy. Ale nie ma takiej możliwości, żeby to wszystko zaobserwować. Więc owszem, czasem też jest rozczarowanie, bo ludziom, zwłaszcza którzy pierwszy raz jadą na safari, wydaje się, że tych zwierząt to będzie taka cała masa i one w ogóle tutaj wszędzie będą chodziły dookoła.

No a to tak nie jest.

Piotr: Ile razy byłaś w Afryce?

Anna Olej-Kobus: Nie wiem.

Piotr: 20?

Anna Olej-Kobus: Nie, [? niepewne: dwadzieścia lat] ja byłam w samej Namibii, więc nie, nie, byłam wiele razy więcej. Natomiast ja kompletnie ani nie mam głowy do statystyki, ani chyba mnie to w ogóle nie interesuje.

Piotr: Nie, to jest pytanie wstępne. Z tezy? Nie, bo chciałem zapytać, czy Cię przyroda tam zaskakuje?

I to naprawdę, bo z jednej strony to jest bardzo bezpiecznie, jeżeli jest się przewodniczką, no to trzeba zapewnić ludziom atrakcję. No nie oszukujmy się. Jeżeli pojedziecie tam i nic nikt nie zobaczy, to raczej słabo.

Anna Olej-Kobus: To będzie rozczarowanie.

Piotr: I nie za to ludzie płacą i nie po to jadą i nie tak jak mają nadzieję. Więc z jednej strony to jest bardzo bezpiecznie pojechać w te miejsca, w których wiadomo, że coś będzie.

Anna Olej-Kobus: Ale to jest nieprzewidywalne gdzie będzie.

Piotr: No właśnie, i na ile to jest przewidywalne, to jest nieprzewidywalne. I jak często Ci się zdarza, że widzisz coś takiego, że masz takie… Tak, właśnie, pip.

Czyli takie naprawdę zaskoczenie, takie coś, co Cię zupełnie dziwi.

Anna Olej-Kobus: To teraz będzie taka opowieść, może zacznę od ostatniej części pytania z Tezą. Park Południowa Luangwa, ja mówiłam, że Zambia i Park Południowa Luangwa to jest dla mnie miejsce jakoś absolutnie magiczne. Dużo pięknych rzeczy mi się tam zdarzyło.

Co jest problemem? Że ludzie na safari komentują. Komentują w głos, często psując filmy innym i często nic to specjalnie nie wnosi.

Że zebra strzeże uszami, że Gnusie podrapało, coś tam wędruje albo jej coś właśnie stanęło, albo robi kupy, albo ścikła, albo cokolwiek. No i ja już zwykle ludziom mówię, słuchajcie, jak ktoś będzie kręcił filmik, żeby nie mieć komentarzy, to po prostu mówicie kamera, akcja i potem mówicie skończyłem filmowanie, dziękuję i wtedy ma tylko to odgłosy natury. Musiałam to powiedzieć tytułem wstępu.

Bo mamy słonie, one sobie idą, wychodzą z rzeki, podchodzą do takiej kałuży, tam się trochę kąpią, trochę oblewają tą wodą. To jest taka scenka, których już po prostu wiele na safari widziało. Za każdym razem mnie zachwyca, za każdym razem je fotografuje i za każdym razem zwracam ludziom na coś ciekawego uwagę, co w tym momencie widać.

Ale mój kierowca mówi, Ania, może podjedziemy do rzeki. Ja mówię, słuchaj, świetny pomysł, bo tam jeszcze są jakieś słonie chyba w tej rzece, to sobie spojrzymy z góry, będzie inne ujęcie. Podjeżdżamy i teraz wyobraźcie sobie, w tle muzykę puśćcie sobie.

Ola: Jak z Pożegnania z Afryką.

Anna Olej-Kobus: Nie, nie, nie. Serge Gainsbourg i Jane Birkin, Je t'aime… moi non plus, taka pościelówa z lat 70. I mamy na dole jego i ją, pan słon i pani słonica.

I po tym, kiedy on wykonał tych kilka śmiesznych ruchów, trochę było mu wygodniej, bo w wodzie, więc nie musiał się tak wyśleć, żeby się wspiąć, ona po prostu przewraca się na plecy. Potem ona mizia go trąbą, on ją mizia trąbą, zaplątują się tymi trąbami. Obok mnie siedzi osiem osób.

Nikt nawet nie powiedział jednego słowa. Dwie osoby trzęsły się ze śmiechu, ale nawet nie kwiknęły. Wszystkie filmy mamy perfekcyjnie nagrane.

I to było coś, co po raz pierwszy widziałam. Seks słoni w wodzie i na dokładkę z taką ilością czułości wzajemnej. To nie było, że on po prostu wpadł, szybka randka, przekazanie genu, gdzie jest następna dziewczyna.

Nie, ewidentnie widać było, że jest im bardzo dobrze ze sobą i to był bardzo dobry czas dla nich obojga. I widzi się coś takiego i nie wiem, co może to przebić. Może za chwilę pojadę i będzie coś jeszcze zupełnie innego, co sprawi, że moje serce będzie śpiewać z radości i cieszyć się, że tam jestem.

Bo taka jest prawda, że ja to się wszystkim potrafię zachwycić. Ostatnio to nawet z jakimiś ćmami biegałam i robiłam im kolejne zdjęcia, bo każda jedna ćmata jest absolutnie perfekcyjne dzieło sztuki.

1:09:19 Etyka obserwowania zwierząt: tłok samochodów, dokarmianie i fałszywe atrakcje

Ola: Tak, w tej książce zwierzęta Afryki zachwytów jest całe mnóstwo i od najmniejszego żuczka do właśnie likaonów czy innych charyzmatycznych zwierząt. A ja jeszcze w takim razie troszeczkę dziegciu tutaj dorzucę. No tak, obserwujecie te słonie, podjeżdżacie bliżej ona i on.

No ale jak jest tak dużo tych samochodów i dużo turystów, którzy chcą zobaczyć blisko te słonie, te lwy, podjechać i jeszcze lepsze zdjęcie zrobić. Wszyscy wystawią swoje komórki i będą filmować albo robić te zdjęcia masowo.

Anna Olej-Kobus: To jest taki moment, w którym czasem ludzie przeżywają potworne rozczarowanie safarii i ja pamiętam, że pierwszy raz na safarii byłam właśnie chyba w 96 roku w Kenii w parku Samburu i to wyglądało tak, że po boczem szła lwica i obok jechało chyba za 30 aut. Ja sobie pomyślałam, że jeżeli tak wygląda safari, to ja nie chcę w tym uczestniczyć. To nie jest obserwowanie zwierząt, jakie ja sobie wyobrażałam.

To jest nastawanie na te zwierzęta, zabieranie im oddechu, przestrzeni. Prawda jest taka, zwłaszcza w Afryce Wschodniej, gdzie jest bardzo rozwinięta ta turystyka, że są takie miejsca, popularne parki, takie jak na przykład Amboseli, Masai Mara czy Serengeti. Tych samochodów jest bardzo dużo i jeżeli ktoś zobaczy ciekawe zwierzę, to obecność tego zwierzęcia rozpoznajemy po ogromnej ilości samochodów.

Jest zakaz jeżdżenia off-road, czyli nie mogą samochody jeździć tak, jak chcą, tylko powinny trzymać się dróg, ale nie zawsze jest to przestrzegane, zwłaszcza jeżeli kierowcy… Wiem, że to jest duży problem na przykład w parku Masai Mara. Jeżeli kierowca jest Masajem, tam cała obsługa ręczerzy są Masajami, w związku z czym ci Masajowie czasem podjeżdżają w niedozwolone miejsca, podjeżdżają blisko tych zwierząt, inni kierowcy się wściekają, oni nie mogą, bo są z innego ludu, nie wiem, Luoki, Kujowie.

Oni na pewno dostaną mandat, jak tam podjadą, ale jeżeli jeden samochód podjedzie, drugi podjedzie, 10. podjedzie, naprawdę czasem jest tak, że te zwierzęta są po prostu osaczone przez samochody. I jest też tak, że ludzie często zabierają komórki, więc nie są w stanie zrobić dobrego zdjęcia z odległości, więc wymuszają na tych kierowcach, żeby podjeżdżali bliżej, czego nie mają świadomości, no, różnych strat w naturze, które mogą zrobić niepowetowanych, takich jak na przykład, kiedy widzą geparda, no to oczywiście są emocje, bo gepardy bardzo rzadko się spotyka, mam wrażenie, że nawet rzadziej niż lampardy, więc oczywiście emocje buzują, bo to takie piękne, też charyzmatyczne zwierzę, najszybsze, lądowe, wszyscy chcą zrobić dobre zdjęcie. Jeżeli ci kierowcy będą jechać za tym gepardem, nie wiedzą, czy to jest samiec, czy samica, może być, że to jest samica, która idzie na polowanie. W wysokich trawach nikt nie zobaczy małych gepardziątek, które się doskonale maskują w sensie, że samochody z turystami rozjeżdżały po prostu te maluchy i nikt nawet nie miał świadomości, że właśnie zabiliśmy cały miot gepardów.

A gepardy mają szalenie pod górę i są gepardzice, którym przez całe życie nie udaje się odchować ani jednego miotu do dorosłości. To jest przerażające. Tak, więc ja naprawdę obiema rękoma podpisuję się pod tym, żeby trzymać się tych dróg i po to są te zasady, żeby ich przestrzegać i trudno masz komórkę, nie zrobisz super świetnego zdjęcia, możesz do komórki przytknąć lornetkę i wtedy to działa jak teleobiektyw, możesz kupić specjalną nasadkę albo po prostu zachwyć się tym, co widzisz.

Nie wszystko musimy przekładać na obrazki.

Ola: Czego jeszcze unikać podczas safari, w ogóle podczas oglądania zwierząt w Afryce?

Anna Olej-Kobus: Przywabianie zwierząt jedzeniem. To już jest w ogóle absolutnie niedopuszczalne. Zawsze powtarzamy ludziom, żeby całe jedzenie było schowane, najlepiej w szczelne pojemniki, żeby nie można było go wyczuć.

Wszelkie dokarmianie małp albo prowokowanie ich jedzeniem, to jest proszenie się o kłopoty. W wielu miejscach małpy się już oswoiły z tym, że człowiek równa się jedzenie i one potrafią to wręcz wymuszać, one potrafią atakować. Potem to doprowadza do sytuacji, w których na przykład w lodżach strzela się z paintballa albo z procy do tych małp.

Sama widziałam, to akurat było w Mombasie, w hotelu, że po prostu pani rozkosznie wychodziła z całym naręczem bananów, bo tam są takie słodkie małpki. Ja mówię, proszę pani, ale za chwilę te słodkie małpki będą buszować na pani talerzy i pani nie będzie wtedy zadowolona. Obraziła się na mnie, że tu tak psuje jej wizerunek bycia dobrą panią i dokarmiania takich słodkich małpek.

Ale taka prawda, ja znam ten hotel, ja wiem, co tam się dzieje. Cała ochrona po prostu chodzi i tylko strzela w te małpy, no to jest poważny kłopot po prostu, ale to tylko i wyłącznie głupota ludzi do tego doprowadziła.

Ola: A takie miejsca, gdzie można sfotografować się z jakimś dzikim zwierzęciem, które, no bardzo blisko można do niego podejść?

Anna Olej-Kobus: Generalnie za każdym razem trzeba sobie zadać pytanie, czy tu w ogóle chodzi o jakiś dobrostan tych zwierząt, tak? Są miejsca, słyszałam o takich, nie byłam w takich, które po prostu mają te zwierzęta oswojone z ludźmi i nawet do słoni można tam wtedy podejść, bo te słonie znają tych opiekunów, znają tych strażników, więc można zrobić sobie takie zdjęcie, że stoimy obok takiego pięknego słonia i jest to bezpieczne. Ale najpopularniejsze zdjęcia, które trafiają z różnych krajów Afryki, no to są z lwami, czyli słynne spacery z lwami, które są tylko i wyłącznie maszynką do robienia pieniędzy.

W ogóle skąd wzięły się spacery z lwami? Bo ja to kiedyś prześledziłam. Dawno, dawno temu słynna historia lwicy Elzy.

To była historia słynna dlatego, że Elza była pierwszą lwicą wychowywaną przez ludzi, którą udało się przywrócić naturze, a udało się dzięki temu, że George Adamson całymi dniami wędrował przez Sawannę z Elzą, jakby tak trochę ją się opiekował, trochę ją nadzorował, ona się trochę uczyła tego buszu, potem została zaadoptowana, czy też przygarnięta przez sado dzikich lwów, dołączyła do niego, no i szczęśliwie już została tak wolną lwicą. No nakręcono film Born Free, powstała książka, u nas przetłumaczona właśnie jako Elza lwica z buszu i gdzieś tam pobrzmiewało, że tak ten George Adamson chodził z tą lwicą. I wymyślono coś, co nazywa się spacer z lwami.

Polega to na tym, że płaci się pieniądze całkiem spore. Wiem, że na południu Afryki to było 150 dolarów. Idzie sześć osób z dwoma lwami, lwicami.

To jest fotografowane, to jest filmowane, dostajemy potem piękną pamiątkę. To jest tak ustawiane, żebyśmy mieli poczucie na tych zdjęciach, że to jesteśmy tylko my i dzika natura i ten lech, który właśnie się z nami zaprzyjaźnił instant po prostu tak 30 sekund temu. No wrzucamy to na social media, wszyscy mówią, że Boże, jak ty wyglądasz jak James Bushu, w ogóle marzenia też tak chcę.

No i jadą. Ja kiedyś policzyłam, że jeden taki ośrodek w Zimbabwe w ciągu tylko jednego dnia dawał 4,5 tysiąca dolarów dochodu. No odejmijmy łapówki, jakieś tam podatki, jakieś pensje.

Nadal to było bardzo zyskowne przedsięwzięcie.

Piotr: Nie jest to przywracanie lwów naturze.

Anna Olej-Kobus: Chociaż tam było napisane, że te lwy są na etapie pierwszym, potem na etapie drugim, one już nie chodzą z ludźmi, tylko się oswajają z natury i na etapie trzecim je wypuszczają. A jak jest naprawdę?

Piotr: Widział ktoś etap drugi?

Anna Olej-Kobus: Właśnie etap drugi polega na tym, że się te lwy sprzedaje na canned hunting, czyli na polowanie z puszki, jak to się popularnie tłumaczy. Czyli przyjeżdża myśliwy, kontraktuje, że chce upolować lwa, lew kosztuje tyle, lwica kosztuje tyle, a lew z wielką grzywą to kosztuje więcej. Wystawia się tego lwa w takim miejscu, żeby ten myśliwy na pewno go upolował i inkasuje się za to potężne pieniądze, kolejne tysiące, tysiące dolarów.

No i to by było tyle jeśli chodzi o dobrostan lwów. Ja się spytałam w tym ośrodku, w którym byłam, ile macie lwów na etapie trzecim, z czym nie można mieć lwów na etapie trzecim, jeśli one są codziennie przyzwyczajone do chodzenia z ludźmi. Taki lew jest najnormalniej w świecie zagrożeniem po prostu.

No więc powiedzieli mi, że oni nie mają, ale wysyłają to do innego ośrodka. Akurat była ze mną dziewczyna, która była w tym innym ośrodku, powiedziała, że no, a w tamtym ośrodku powiedzieli, że do was wysyłają, no summa summarum, przez 15 lat nie udało im się uwolnić ani jednego lwa. Także miejmy świadomość, że w ogóle wszystkie atrakcje, gdzie wykorzystuje się zwierzęta, czy to małpki na sznurku, czy to węże w koszyku, naprawdę one z dobrem tych zwierząt nie mają w ogóle nic wspólnego.

1:18:23 "Brzydka piątka" i inne niedoceniane zwierzęta Afryki

Piotr: To teraz moje ukochane, nieatrakcyjne zwierzęta hieny. Uwielbiam hieny. One są przepiękne i cudowne i w ogóle i zdaje się, że ty też do hien coś czujesz.

Anna Olej-Kobus: Tak, absolutnie. Hieny są absolutnie niesamowicie pięknymi, pięknymi, mądrymi i nierozumianymi zwierzętami. W jednym z wywiadów z dr.

Anną Bagniewską, która zresztą była moją konsultantką w rozdziale o hienach, ona mówiła o tym, że… Na wegany.

Ola: Pozdrawiamy.

Anna Olej-Kobus: Oczywiście. Mówiła, że w pewnym momencie przyrodnicy chcieli nawet pozwać Disneya za film Król Lew i za to, w jaki sposób hieny zostały tam przedstawiane, utrwalając oczywiście stereotypowy wizerunek zwierząt głupich, tchórzliwych i nikczemnych. Tymczasem hieny mają materialne klany.

Już za samo to można je lubić, że nawet najniżej stojąca w hierarchii hiena i tak stoi wyżej niż najwyżej stojący w hierarchii hien, czyli chłopak. Na pewno, myślę, że książka [? niepewne: Zevka Lahari] opisująca życie hien brunatnych mogła trochę poprawić ich wizerunek, ale faktycznie jest tak, że ja staram się w tej mojej książce o każdym zwierzęciu napisać coś dobrego, coś miłego, coś pozytywnego. Więc akurat w rozdziale o hienach bohaterką została Braveheart, czyli taka hiena, którą znowu w tym parku Południowa Luangwa spotkałam i ona wyglądała jak kubka nieszczęścia, jak trzy ćwierci do śmieci, bez ucha, kulejąca, taka wyleniała.

I pamiętam, że tak sobie pomyślałam z współczuciem, że pewnie nie dożyję wieczora. Okazało się, że nie tylko dożyła tego wieczoru, ale jeszcze wielu, wielu następnych i potem przysłano mi filmik, gdzie obroniła się przed stadem likaonów. Likaony to są naprawdę waleczne stworzenia.

Ok, hienie trochę pomógł słoń, która tam był w podbliżu, no nie wiem, jednak wyszła z opresji cało i stała się dla mnie takim wzorem nieustępliwej woli życia. A więc ja staram się na tych safarii pokazać ludziom piękno we wszystkich tych zwierzętach, nawet w sępach, nawet w marabutach, bo sępy na przykład mogłyby być przykładem współpracy. One kiedy kołują nad padliną to jest to jednocześnie jakby zaproszenie na imprezę dla wszystkich sępów w okolicy.

Wpadajcie, mamy coś do jedzenia, dzisiaj my się podzielimy, jutro wy się podzielicie. I gdyby nie było sępów, to byśmy mieli na sawanie permanentne epidemie, dżungli, dżumy, wąglika, różnych chorób. Sępy mają tak silne soki trawienne, że te wszystkie patogeny neutralizują w żołądkach.

Więc jak mawia znowu Maria [? niepewne: Dickman], która pracuje nad tym, żeby zmienić wizerunek sępów. Jeśli kochasz przyrodę, musisz kochać sępy.

Ola: Sępy są jednym z elementów, czy też elementów, można powiedzieć, tak zwanej brzydkiej piątki.

Anna Olej-Kobus: Jeden z przedstawicieli. Brzydka piątka, tam jest sęp o urodzie oryginalnej, marabut, też w sumie uroda nienachalna, hiena, gnu, no i guziec. Guziec, który ma wielu oddanych wyznawców, ale umówmy się, że…

Ola: Znowuż po królu lwie.

Anna Olej-Kobus: Tak, nazywany pumba, co znaczy głuptas, aczkolwiek głuźce wcale głupie nie są. Natomiast istotnie chyba mają bardzo krótką pamięć. To znaczy, to wygląda tak, jak one rzucają się do ucieczki, potem wstają i tak jakby się rozglądały i zastanawiają się…

Coś uciekaliśmy, a to chyba już nie ma tego. I one, kiedy uciekają, to podnoszą ogonek do góry, taka antenka, w związku z czym miejscowie przewodnicy mówią o nich Africa Express albo Africa Wi-Fi. No i takie Wi-Fi ucieka, ucieka, a przy czym uciekamy?

A nie wiadomo. O, tu jest fajna trawka. Okej, to zjedzmy sobie.

Tak, no ale trafiły do brzydkiej piątki, bo mają też taką urodę oryginalną. A nazwa guziec pochodzi od takich guzów, wypustek, które mają koło oczu. Jedna z teorii mówi, że jak guźce się biją między sobą, to to ma je właśnie ochronić przed zranieniem.

Jak jest naprawdę? Nie wiem, czy udało się to komuś już udowodnić. No nie wiem, a guźce są urocze i w zasadzie za każdym razem, kiedy je spotykamy, to ludzie się cieszą, że można guźce zobaczyć.

A jest też skryta piątka, zdaje się. Tak, bo to jest nawiązanie do tej wielkiej piątki. Tak, jest nieśmiała piątka i ptasia piątka i piątka drzew.

To wszystko zaczęto i mała piątka, to wszystko zaczęto wymyślać po to, że my ludzie, to już pewnie sami wiecie najlepiej, że nasz umysł lubi klasyfikować, lubi zaliczać, lubi jak coś jest, jest ujęte w punktach i ustematyzowane jakoś. Więc po to, żeby zwrócić uwagę ludzi właśnie na to, że ta przyroda jest dużo bardziej bogata i ciekawa, niż tylko charyzmatyczne zwierzęta. Nie odejmujemy im absolutnie tego, że są piękne i wspaniałe i ciekawe.

Ale skoro już jesteście na safari, to zobaczcie, że tu mamy jakieś, nie wiem, ryjowskoczki, elephant shrew i one właśnie trafiły, ponieważ mają tego słonia w nazwie, do tej małej piątki i zobaczcie, jakie one są fantastycznie niesamowite.

Piotr: To teraz Anki piątka z uzasadnieniem.

Anna Olej-Kobus: No trudno, a może być pięćdziesiątka? Pięćsetka. Znaczy wiecie co, bo to jest tak, że w mojej, znaczy dobrze, jak to kiedyś ładnie powiedziałam, że moje życie byłoby na pewno bardziej puste bez słonia, ale tak poza tym, to o ile jakaś ćma się nie topi w mojej szklance, to ja ją po prostu kocham.

O ile jakiś pająk nie włazi mi do łóżka, to też go w zasadzie kocham. I skorpiony mnie zachwycają i nawet jak coś mnie trochę mniej zachwyca, typu węże, to jestem w stanie docenić, że to są naprawdę fantastyczne istoty. I ja bym mogła tak siedzieć na tym safari i patrzeć.

I wspomniana już Karen Blixen zaczęła swoją książkę od słynnego zdania Miałam farmę w Afryce, u stóp wzgórz Ngong. No właśnie, nie w Kenii, w Afryce, w tej mitycznej, takiej tam gdzieś tam, Sawannalwy i tak dalej. No więc ja kiedyś zacznę książkę, która będzie się zaczynała od zdania Miałam namiot w buszu, skąd nocą dochodziło porykiwanie lwów, ponieważ moim największym marzeniem, które kiedyś spełnię, jest zamieszkać w buszu w namiocie.

I nie pytajcie mnie, czy się nie boję, chyba mam po prostu małą wyobraźnię. A poza tym, może myślę sobie, że jak się mieszka w buszu, to już ten busz wcale nie jest taki straszny, bo jest trochę oswojony.

Piotr: I nikt cię tam nie zje?

Anna Olej-Kobus: Zobaczymy, powiem wam za kilka lat. Ale zakładam, że nie. Bo kilka osób przede mną już robiło takie rzeczy.

Piotr: Czyli to nie jest tak, że tobie tylko odbiło?

Anna Olej-Kobus: Myślę, że świrów jest więcej.

1:24:54 Praktyczne porady na safari: gdy nic się nie dzieje, pora deszczowa i choroby tropikalne

Piotr: A o czym opowiadasz swoim podróżnikom, jak kompletnie nic się nie dzieje?

Anna Olej-Kobus: Zawsze jest coś, o czym można opowiedzieć. A więc można coś opowiedzieć o drzewach, które mijamy. Można powiedzieć, skąd wzięły się nazwy różnych zwierząt, których co prawda nie widzieliśmy, ale widzimy na przykład ślady.

Można o, słuchajcie, generalnie piesze safarie nazywane bywają shitty safarie, czyli takie trochę gówniane safarie, bo tam się bardzo dużo odchodów pokazuje. O odchodach jest cała masa historii. Na przykład odchody hieny są białe, bo hiena ma jeden z najsilniejszych szczęk na świecie i zjada różne kości.

I dlatego jej odchody są białe. A teraz uwaga, uwaga, rozsypujące się stare kości, czasem się uda znaleźć jakąś kostkę, więc wtedy można pokazać. Takie rozsypujące się stare kości są wysoko w cenie.

Użyraf, które robią coś, co się ładnie nazywa osteofagia, czyli zjadają po prostu zwietrzałe kości i robią sobie w ten sposób minerały. A tu, o proszę bardzo, mamy na papirusach takie coś rozciapane, to właśnie kupa hipopotama, bo hipopotam, kiedy robi kupę, to robi takiego młynka ogonkiem. I tu mamy do tego piękną legendę, jak to się stało.

I wiecie, przy odrobinie szczęścia, talentu, umiejętności opowiadania i wsparciu miejscowych przewodników naprawdę to może być bardzo, bardzo ciekawe safari. Ostatnio prowadziłam takie safari w Zambii. Wędrowaliśmy wokół jeziora.

To było w parku Kasanka, którego największą atrakcją są migrujące nietoperze. Ale to ogląda się wieczorem, po zachodzie słońca. Tak, bo one, jak tylko słońce zrobi touchdown, ta czerwona kula dotknie horyzontu, to po prostu z niewielkiego lasu, wyobraźcie sobie las, który ma raptem 1,5 km na 300 m, kilka milionów nietoperzy wylatuje, żeby najeść się owoców.

To jest największa migracja ssaków. One przylatują, no właśnie, tak do końca nie wiadomo, są teorie mówiące, że może nawet z Maroka, na pewno z Konga, na pewno z niedalekiego Mozambików. W każdym razie miliony tych nietoperzy przylatują i przed wschodem słońca też można je oglądać, kiedy lecą na tle tego nieba różewiejącego powoli.

No więc to jest cudowny widok. No dobrze, a w ciągu dnia też coś trzeba było zrobić, no więc był pomysł, to robimy piesze safari. I umówmy się, że tam wokół tego jeziora, tam niedaleko jest lodża, to w zasadzie z większych zwierząt to były pawiany, pawian chudy, akurat unikalny gatunek, ale też bardzo puchliwy, więc za dużo nie widzieliśmy, ale nagle na jednym liściu piękna żabka i to była żaba typu nogolotka siwa, która potrafi zmieniać kolory, a na jakimś tam listku bardzo ciekawy chrząszcz, a na innym jeszcze seks szarańczaków, też takie ładne było do zobaczenia, potem był seks ważek, jakoś tak bardzo seksualnie wtedy, a tu gdzieś zobaczyliśmy gniazdo os, między termitami chodziliśmy, a właściwie termitierami, które tak wyglądały jak zęby smoka wystające z ziemi. Jakieś dwa kolorowe motyle nam się też przytrafiły i oczywiście też były odchody, tu są odchody Guźca, tu są odchody koma moczarowego i na sam koniec jeden z uczestników powiedział, że to był jeden z najciekawszych safari, w jakich brał udział, więc nie przekreślajmy też takich wypraw, na których nie zobaczymy żadnego wielkiego stworzenia, bo to bywa piękne.

Ola: Ale też możemy dostrzec kupę wielkiego, pięknego stworzenia i ona też jest fascynująca.

Anna Olej-Kobus: Tak, ale kupy małych stworzeń, zaręczam wam, też mogą być ciekawe. Trochę zanieżeliśmy poziom w opowieściach, a nie wszystko jest ciekawe.

Piotr: No i w książce są jakieś kupy?

Anna Olej-Kobus: Zdjęć chyba specjalnie nie ma, nie, nie, bo są takie specjalne w ogóle książki, to się nazywają właśnie tam ślady i wskazówki i tam właśnie są takie, jakie zwierzę zostawia, jakie ślady, jakie kupy, jakie coś tam, no i tak, to z tym już postanowiłam nie konkurować, bo to tylko książka na 456 stron, wszystkiego się nie dało zmieścić.

Piotr: No tak, to rzeczywiście konkurencja strony kup to byłaby silna.

Anna Olej-Kobus: Znaczy nie skupiajmy się na tym, dobrze?

Piotr: Tak, tak, tak, tak.

Ola: Jakbyś miała dać radę komuś, kto po raz pierwszy w życiu wybiera się na safari w twoje regiony, w twoje rejony Afryki?

Anna Olej-Kobus: Znaczy rozumiem, że mówimy safari albo do Afryki Wschodniej, albo do Afryki Południowej, safari, żeby oglądać zwierzęta. Żeby oglądać zwierzęta.

Ola: Taką radę, której nie ma w większości przewodników, którą na próżno szukać w takich oficjalnych miejscach. Co byś powiedziała takiej osobie?

Anna Olej-Kobus: Żeby nie bać się pory deszczowej. Co prawda ja wiem, że pora deszczowa to jest taki moment, gdzie trudniej obserwuje się zwierzęta, bo jest bardzo dużo zielonej trawy, są liście, gdzie te zwierzęta mogą być bardziej rozproszone. Ale są wtedy też dramatyczne wschody i zachody słońca, bo są piękne chmury.

Bo deszczowa pogoda jest dobra na koty. Paradoksalnie, jak jest taki mglisty, czasem trochę dżysty dzień, to są największe szanse na spotkanie wielkich kotów. I w porze deszczowej jest bardzo, bardzo dużo owadów.

Okej, to może być pewnym utrudnieniem, bo one będą nam latać wszędzie, bzyczeć. I gryźć, znaczy kąsać. Tak, żądlić, co nam im się udaje.

Niemniej jednak to też oznacza, że będzie dużo więcej ptaków. Będzie ciekawiej. Paradoksalnie w porze suchej, kiedy można zobaczyć bardzo łatwo te zwierzęta, niekiedy to jest smutny widok.

Tak jak byłam właśnie w parku Amboseli we wrześniu. Nie spadły deszcze, a było bardzo dużo martwych zwierząt. Te, które były, były szalenie wychudzone.

Różnie to bywa. Tak, jeżeli spadnie wcześniej deszcz, to ten wrześniu też może być piękny. Ale nie bójmy się pory deszczowej.

To jest taka nieoczywista pora. Ma zaletę tą, że w ogóle jest taniej. Ja w ogóle bardzo lubię jeździć w porę deszczową.

Bo co prawda czasem namioty przemokną, czasem my przemokniemy, czasem samochód przemoknie. Różnie się zdarza. Ale co, to się wysuszymy.

Tego też mnie mieszkańcy Afryki nauczyli. Moja bata ma wiałanie. Jesteś z cukru, nie rozpuścisz się.

Dokładnie.

Piotr: A jak jest z chorobami? Bo już o dzieciach było. O grzebaniu pod kamieniami.

O tym, że na pustyni to się nie zachoruje za bardzo. Bo nie bardzo jest na co. Znaczy, zawsze człowiek da radę.

Anna Olej-Kobus: Oczywiście, na pewno w porę deszczową ryzyko zachorowania na malarię wzrasta. To nie ma co ukrywać. Ale też naprawdę nie demonizowałabym tych chorób tropikalnych.

Ja zachorowałam na malarię po 30 latach jeżdżenia w różne tropikalne rejony. Więc to nie jest tak, że każdy komar tylko czyha, żeby tak tutaj nas urządzić i wpuścić nam w zarońce malarii. Właściwie komarzyca.

Sorry dziewczyny. Natomiast możemy stosować długie rękawy, repelenty, stosować tą chemioprofilaktykę. Są możliwości, żeby trochę się bronić.

No ale prawda jest taka, że jak wyjedziemy na dłużej, jest gorąco, to i tak będziemy nosili krótkie rękawy i tak zatrzemy z siebie ten repelent. Trochę szczęścia trzeba mieć, myślę.

Piotr: A inne choroby?

Anna Olej-Kobus: Bilharcjoza na przykład. Bilharcjoza jest w stojącej wodzie. No to po prostu się nie chodzi, nie kąpie się w stojącej wodzie.

Zresztą w ogóle niewiele jest miejsc, gdzie są rzeki albo jeziora, w których można się kąpać, bo albo tam są hipopotamy, albo krokodyle, albo jedno i drugie. Jest żółta gorączka. Żółta febra.

Też przenoszona przez komary, zdaje się.

Piotr: Ale mówisz, że to nie są istotne problemy.

Anna Olej-Kobus: Z moich doświadczeń podróżnicy…

Piotr: Nie mówię o mieszkańcach.

Anna Olej-Kobus: Mówię o turystach. Turyści, którzy przyjeżdżają. Dwa podstawowe problemy.

Pierwsze to są kłopoty żołądkowe. Przestawienie się na inną dietę.

Piotr: W Egipcie to samo.

Anna Olej-Kobus: A czasem ja też to nazywam nieumiarkowanie w jedzeniu i tyciu, jest tam pięćdziesiąt różnych dani. My tak wszystkiego po trochu napakujemy. To jest z całym szacunkiem rewolucja żołądkowa gotowa.

A drugie to przeziębienia. Paradoksalnie najczęstszym problemem jest to, że jest gorąco, rozkręcamy klimatyzację, siadamy w przewiewie i bolące gardło.

Piotr: Ale jeździ się samochodami zamkniętymi, czy odkrytymi?

Anna Olej-Kobus: Zasadniczo już na samym safari albo dach jest podniesiony, albo okna są otwarte, albo w ogóle są to samochody, które nie mają niczego z boku. Więc jedzie się takim odkrytym samochodem. Ale jeżeli przemieszcza się między dużymi jakimiś tam odległościami, to dach jest zamknięty, żeby nie wiało, okna są zamknięte, nawiew bądź klimatyzacja jest włączona.

No i wtedy różnie to może być, bo jeżeli to za dobrze będzie działać, no to może nas po prostu zawiać. Ja sama kiedyś mieszkałam w takim pokoju, gdzie była klimatyzacja o ksywce killer i potem musiałam następnego dnia prowadzić grupę z 39 stopniami gorączki. No ale co, ninja nie może być miętka, jak mawia mój instruktor nurkowania.

Trzeba wtedy wziąć odpowiednie leki. Padłeś, powstań i przetrwaj do wieczora. A potem już tnikłeś się przy klimatyzacji killer, jeśli się udaje.

Piotr: Tam się nurkuje w Afryce, w tych rejonach, gdziekolwiek?

Anna Olej-Kobus: Tak, okolice Zanzibaru, RPA, Mozambik. To są miejsca Malawi, jezioro Malawi. Skąd zresztą pochodzi większość rybek akwariowych.

To właśnie jest podobno takie jedno wielkie akwarium. Ale w Malawi jeszcze nie byłam. Mam nadzieję, że taki plan na 2024 rok, żeby tam dać nura.

To trzymamy za ciebie kciuki.

1:34:35 Ile kosztuje wyjazd na safari: od wycieczek objazdowych po ekskluzywne lodże

Ola: I właściwie zaczynam, ja zaczynam poważnie myśleć o Afryce.

Anna Olej-Kobus: Kto mnie pyta, jak pojechać na safari, zwykle mówię, zacznij od tego, żeby w domu podłożyć świnie. Najlepiej świnie skarbonkę i zacząć zbierać pieniądze, ponieważ to są drogie wyjazdy.

Piotr: Ciekawe, ile trzeba uzbierać pieniędzy na cały wyjazd? To znaczy od momentu, nie liczę sprzętu, foto, butów i tak dalej, ale od momentu, kiedy wychodzę z domu do momentu, kiedy wrócę do domu, ile ja muszę wydać pieniędzy? Na podróż, na przelot?

Anna Olej-Kobus: Na jedną osobę. Zaczęłabym od jakichś 7-8 tysięcy. To są wyjazdy tygodniowe oferowane przez dużych toroperatorów, gdzie już naprawdę można całkiem sporo zobaczyć.

Takie wyjazdy też pilotowałam.

Piotr: To nie są takie przemysły straszne, gdzie masz Polaków rzygających, gdzie popadnie i całą resztę?

Anna Olej-Kobus: Może rozwijmy pewien mit. Ludzie, którzy jeżdżą na objazdowe safari, z tego, co zdążyłam się zorientować po przepilotowaniu iluś tam i rozmowach z moimi znajomymi kolegami i koleżankami pilotami, to jest zupełnie inny gatunek człowieka niż człowiek, który leży, jak to mówią, all excuse me z drinkiem z palemką i domaga się, żeby podać mu schabowego, bo to lubi najbardziej. Teraz trochę oczywiście ironizuję, sama z moimi małymi synkami wyjeżdżałam do takich ośrodków i było bardzo przyjemnie i doskonale.

Piotr: Ja nie jestem Polakofobem, ale myśmy dokładnie jechali na safari nurkowy, gdzie kolega był łaska wyrzygać po prostu już w autobusie z lotniska, bo kupił tyle wody, że musiał się napruć.

Anna Olej-Kobus: Ale nie, osoby, które jeżdżą na safari, ja właściwie nie miałam problemu, żeby ktokolwiek w ogóle nadużywał sporadycznie, bo wiadomo, że rano trzeba będzie wstać, bardzo rano, często przed wsadem słońca, że jak się jeździ oglądać te zwierzęta, to nie po to, żeby tak być skacowanym i się męczyć. I naprawdę moje doświadczenia z tych safari objazdowych, chociaż był to tak wielki tur operator, to w ogóle mogę powiedzieć nie. Pilotowałam dla Rainbow i naprawdę pozdrawiam tu uczestników tych wypraw, cudownie, fantastyczni ludzie, więc to są chyba najtańsze wyjazdy, bo oni mają od razu chartery, to jest wszystko spakowane.

Piotr: Czyli mają sens.

Anna Olej-Kobus: Tak, może pozostać niedosyt, możemy być na pewno w miejscach, gdzie będzie tłum samochodów, nie pojedziemy na koniec świata, ale na sam początek będzie bardzo ok. Potem apetyt rośnie w miarę jedzenia, odkrywamy uroki butikowych biur podróży. Jest sporo takich, które robią bardzo dobre, bardzo fajne programy.

Ja czasem pilotuję dla tory, ale są też Horyzonty, Adventure Life, ileś tego typu różnych biur podróży. I z nimi możemy pojechać i możemy już mieć takie poczucie nawet, że jesteśmy odkrywcami, że przed nami kogo nie było, jesteśmy jedynym samochodem, czy też jedynymi dwoma, czy trzema samochodami, które obserwują jakąś scenkę ze zwierzakami. To jest po prostu już taki moment, kiedy możemy się w to wszystko bardziej wgryzać.

Piotr: I wtedy płacimy?

Anna Olej-Kobus: Myślę, że trzeba by było liczyć około 15 tysięcy, ale to już są dwa do trzech tygodni. Jeżeli z biletami jeszcze lotniczymi wszystko dodamy, to teraz w zależności od pory roku, sezonu, to może być nawet do 20 tysięcy, bo pamiętajmy, że bilety lotnicze na przykład teraz w porze sylwestrowej kosztują nawet po 6-7 tysięcy, te same bilety, które kiedy indziej będziemy mogli kupić za 4.

Piotr: No tak, ale to wiadomo, to jest tak.

Anna Olej-Kobus: A na sam koniec, jak już w ogóle nie wiemy, co robić z pieniędzmi, dostaliśmy sowitą odprawę z zakładu pracy i zamierzamy to przehulać, bo trumny nie mają kieszeni i nie mamy zamiaru zostawić niczego spadkobiercą, no to są prywatne safari, gdzie lecimy do jakichś tak prywatnych concession, czy są takie miejsca, na przykład w Botswanie, że taki teren, który jest zarządzany prywatnie przez jakąś konkretną lodżę i tu szczerze mówiąc, naprawdę…

Piotr: Sky is the limit, to nie wątpię.

Anna Olej-Kobus: Tak, był taki moment, kiedy ja właśnie znalazłam takie miejsce, to się nazywało w ogóle camp, [? niepewne: ebu camp], jack's camp, kilka takich miejsc, a myśmy, a to takie ładne miejsce, to tam najwyżej zepnę trochę pasa, pewnie będzie trochę drożej, ale może dam radę. Jakie już było moje zdumienie, gdy okazało się, że noc w namiocie, ok, bardzo pięknym, noc w namiocie w niskim sezonie od osoby, kosztuje 2 tysiące dolarów. I wtedy sobie pomyślałam, że właściwie to nie jest wcale taki fajny camping, na pewno jest inny.

Piotr: Inne też są bardzo fajne.

Anna Olej-Kobus: Tak, inne namioty też są takie fajne, a w ogóle to mój namiot jest najfajniejszy, a w ogóle najfajniejszy jest mój hamak biwakowy, no i wcale nie muszę jechać do tego campu.

Piotr: Ale to nie jest tak źle, muszę ci powiedzieć, bo bałem się, że zaczniemy… Tak, że zaczniemy od 40 tysięcy, a potem można iść w górę. Nie, ja nie wątpię, dowolnie można.

Anna Olej-Kobus: Niedawno kolega z takiego właśnie biura podróży Flow Africa, które robi właśnie raczej takie bardziej ekskluzywne wyjazdy, opowiada mi, że no właśnie złożył wyjazd na Serengeti, dwa tygodnie w parku Serengeti, z nocowaniem w lodżach, w przepięknych miejscach, loty avioniką i tak dalej. W lodżach, czyli to nie ma polskiego… Tylko skończę i zaraz wrócimy do lodży.

Nawet nie tak drogo wyszło 40 tysięcy.

Piotr: Ale przepraszam, to co tam się dzieje?

Anna Olej-Kobus: I teraz dochodzimy do lodży. To nie ma polskiego odpowiednika. Moi redaktorzy i korektorzy próbowali zamienić na hotel, pensjonat, ale błagam, to w ogóle nie oddaje klimatu.

Lodża to jest takie miejsce, które może składać się z namiotów, namiotów typu safari, które są… Przede wszystkim jest pięknie położone, z jakimś pięknym widokiem, często niedaleko jest oczko wodne. Wychodzimy sobie z doskonałą kawką, z naszego ogromnego namiotu i patrzymy, a przed nami jest oczko wodne.

Jak Karen Blixen trochę.

Piotr: Kolonialne takie na maksa.

Anna Olej-Kobus: Możemy to nazwać kolonialne, ale na pewno jest to piękne, bo widzimy sobie tak, że tutaj mamy stado słoni, które się kąpią, a tutaj wędrują nosorożce, a tu jakieś strusie, a tu coś tam jeszcze się dzieje. Słonie na prawo, goryle na lewo. Mniej więcej takie życie dookoła.

To jest najczęściej też w niedostępnych miejscach. Do niektórych można dolecieć tylko awionetką. W związku z tym też całe jedzenie na przykład trzeba dowozić awionetką.

Często zatrudniani są tam absolutnie najlepsi kucharze. Jedzenie jest przepyszne i fantastycznie serwowane i całe otoczenie… Ale myślę, że też to, że tam wszystko działa.

Ja ostatnio miałam taką sytuację, że byliśmy właśnie na kempingu i nawet zrobiliśmy tam upgrade, bo noc kosztował, nie pamiętam, chyba 250 dolarów od osoby i myśmy zrobili upgrade na 350 dolarów od osoby. Czyli za namiot płaciliśmy 700 dolarów. To były namioty z klimatyzacją.

Ale było bardzo gorąco i to miało sens. Tylko że na 7 namiotów tylko w jednym działała klimatyzacja. Pozostałe niestety nie działały, ale cena była niezmienna.

I w tym momencie jeden z kolegów, który dosyć dobrze zna Afrykę mówi, no tak, bo żeby to działało, to to by musiało kosztować 2000 dolarów. Czyli to jest ten element luksusu po prostu. Nie, ale tak naprawdę już bez ironizowania, to są bardzo piękne miejsca.

Takie ośrodki, ekskluzywne ośrodki wypoczynkowe. Właśnie ośrodek wypoczynkowy w ogóle nie brzmi. Słowo Lodge chyba jest takie najlepsze i najbardziej oddające to, jak to wygląda.

Natomiast to nie ma po prostu odpowiednika w języku polskim. Ale są na pewno przepięknymi miejscami, w przepięknych miejscach, z fantastyczną obsługą, z doskonałym jedzeniem i z fenomenalnymi krajobrazami dookoła.

1:42:39 Pożegnanie i promocja książki

Ola: No to teraz mamy o czym pomarzyć.

Piotr: Tak, ja nie wątpię, że zawsze można znaleźć najdroższe miejsca.

Anna Olej-Kobus: Znaczy zacznijcie zbierać na razie na, wiecie, taki zwykły, normalny namiot rozstawiany na ziemi jako luksus. Mogą być łóżka kanadyjki albo materac.

Ola: To namiot już mamy. Własny i karimaty. No to już jesteśmy do przodu o 500 złotych z wyjazdem do Afryki.

Aniu, bardzo ci dziękujemy za tę rozmowę. Z tobą można by rozmawiać kolejne dwie godziny, bo mam wrażenie, że właśnie przekroczyliśmy.

Piotr: Nie, nie, moja droga, mamy godzinę czterdzieści mniej więcej. Zobaczymy jak po montażu wyjdzie.

Ola: To dziękujemy jeszcze raz. Anka Afrykanka, czyli Anna Olej-Kobus, autorka świetnej książki, Zwierzęta Afryki, przewodnik na safari. Kupujcie, jeszcze zdążycie na gwiazdkę kupić, a jeżeli nie na gwiazdkę, to po gwiazdce.

Anna Olej-Kobus: Ta książka będzie jak idea Lenina, wiecznie żywa. Jak po prostu będziecie jechać do Afryki oglądać zwierzęta, to na pewno dzięki tej książce zobaczycie więcej.

Piotr: Jak będziecie jechać do Półtuska, też można czytać.

Anna Olej-Kobus: W pociągu świetnie się czyta.

Piotr: Absolutnie, świetna książka naprawdę i obrazki, ale przede wszystkim to jest książka z tekstem. To jest bardzo ważne dla tej książki.

Ola: Piszcie do nas na adres podcasty małpa.crazyneuka.pl Jeżeli macie coś nam do przekazania, do powiedzenia, do zapytania, bardzo chętnie czytamy wszelkie informacje, wszelkie wiadomości od Was.

Piotr: Subskrybujcie Trudne Słowo. Dziękuję, znaczy nie Trudne Słowo, subskrybujcie tylko nasz podcast. Subskrybujcie, cholera, wyłożyłem się tym razem.

Na Spotify komentujcie, bo tam najwięcej tych komentarzy, na YouTubie też komentujcie, bardzo jestem ciekaw, bo YouTube ostatnio nie pokochał tego krótkiego odcinka, to bardzo ciekawe zjawisko. Może pokocha ten długi odcinek.

Ola: I jak będziecie subskrybować Takie Trudne Słowo, to jest to najskuteczniejszy sposób na to, żeby dostawiać powiadomienia i żeby być na bieżąco z naszymi nowymi odcinkami.

Piotr: Nasz pies wyczuł, że kończy mi się aktywował, więc ja zrobię znowu to, co zrobiłem w ostatnim odcinku i co rewelacyjnie zagrało. To jest najprawdopodobniej, bo ostatnio prosiłem dosłownie w ostatnich sekundach, żeby napisać w komentarzu takie jedno słowo i się udało. To tym razem, jakbyście dosłuchali do tego miejsca, to napiszcie w komentarzu hiena.

Dzięki, kończymy.

Ola: Ale jeszcze włączmy naszego psa do tego podcastu.

Piotr: Ale że co, ma zacząć szczekać?

Ola: Fala.

Piotr: Fala? Ale co to za prowokacja jakaś?

Anna Olej-Kobus: O, i tego też nie robimy na safari. Nie mówimy do lwa kicikici.

Ola: Właśnie i to był przykład tego, czego nie robimy na safari, jak również nie należy denerwować psów w domu. Także ja bardzo przepraszam naszego psa, ale stwierdziłam, że ona też ma swój udział, więc ma prawo zaistnieć.

Anna Olej-Kobus: Dzięki.

Ola: Cześć.

Źródła

Brak URL-i źródeł w opisie odcinka (kolumna "źródła (z opisu)" w indeksie jest pusta dla tego odcinka; opis zawiera linki promocyjne sponsora i do książki, ale nie są one wymienione w kolumnie źródeł).