Podcast Crazy Nauka · odc. 38

Wypadki jądrowe – groźne, choć mniej znane. Część 1

10-10-2023 · 75 min · Tematyczny, Fizyka i technika, Katastrofy

Okładka odcinka

Tu jest treść z serwisu Spotify. Po jej włączeniu Spotify otrzyma Twój adres IP i może zapisać w przeglądarce pliki cookies.

Posłuchaj też na:

Opowiadamy o mniej znanych wypadkach jądrowych – tych poza katastrofami w Czarnobylu i Fukushimie, które szeroko opisano już w wielu miejscach. To będzie historia błędów ludzkich i spowodowanych przez nie zdarzeń, z których część skończyła się tragicznie.

Wyjaśnimy też, skąd wzięły się uprzedzenia i niechęć do pokojowego wykorzystania technologii jądrowych, w tym do energetyki jądrowej – mimo że jest ona obecnie jednym z najczystszych i najbezpieczniejszych rodzajów energii, jakimi dysponuje ludzkość.

Wybraliśmy najważniejsze i najciekawsze naszym zdaniem wydarzenia związane z wypadkami jądrowymi. Temat okazał się tak interesujący, że postanowiliśmy nagrać o nich dwa odcinki.

To część pierwsza, której opowiemy o:
– Awarii elektrowni Three Mile Island;
– Skażeniu w brazylijskiej Goiânii;
– Tragicznych dziejach “rdzenia demona”.

Dziękujemy szczególnie naszemu patronowi – ManukUnta za wsparcie!

Rozdziały
(0:00) Cześć 🙂
(7:43) Three Mile Island – 1979
(34:31) Goiânia – 1987
(58:40) Rdzeń demona – 1945/46

Transkrypcja odcinka

Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.

0:00:00 Wstęp

Ola: Dlaczego śrubokręt nie nadaje się do obsługi plutonowego rdzenia?

Piotr: Ani do manipulacji przy magicznym niebieskim proszku.

Ola: Oraz w jaki sposób Jane Fonda przyczyniła się do rozbudzenia antyatomowej paniki? Cześć, tu Ola Stanisławska.

Piotr: I Piotrek Stanisławski, podcast oczywiście Crazy Nauka.

Ola: A dziś wracamy do tematu katastrof.

Piotr: Naszego ulubionego i jak wiemy, waszego chyba w sumie też.

Ola: Opowiemy wam o mniej znanych wypadkach jądrowych, tych poza katastrofami w Czarnobylu i Fukushimie, które już zostały bardzo szeroko opisane w wielu miejscach. Nasza dzisiejsza opowieść to będzie historia ludzkich błędów i spowodowanych przez nie wypadków, a część z nich zakończyła się niestety tragicznie.

Piotr: Będziemy mówili też o tym, skąd się wzięły uprzedzenia i niechęć do pokojowego wykorzystania technologii jądrowych, w tym do energetyki jądrowej, mimo że to jest obecnie jeden z najczystszych i najbezpieczniejszych rodzajów energii, jakimi w ogóle ludzkość dysponuje. To też najlepsza w tej chwili dostępna droga do ochrony klimatu, powietrza i zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego, zwłaszcza dla takich krajów jak Polska.

Ola: Wybraliśmy najważniejsze i najciekawsze naszym zdaniem wydarzenia związane z wypadkami jądrowymi. Okazało się, że gdybyśmy chcieli o nich opowiedzieć jednym ciągiem, to byłby to najdłuższy z odcinków naszego podcastu, wyszłoby chyba 2,5 godziny albo nawet więcej.

Piotr: Ja wiem, że wy lubicie takie odcinki. Pytanie, czy my byśmy to przeżyli.

Ola: To mogłoby się do nas źle skończyć, dlatego postanowiliśmy podzielić ten materiał na dwie części. Dzisiaj będzie część pierwsza, której tematem będzie awaria elektrowni Three Mile Island w Stanach Zjednoczonych, skażenie w brazylijskiej Goiânii oraz fascynująca i tragiczna historia rdzenia demona, również ze Stanów Zjednoczonych.

Piotr: Te tematy są być może znane, ale staraliśmy się znaleźć też informacje, które może nie są oczywiste, może powiązać parę rzeczy. Sami zobaczycie. Ale zanim przejdziemy do tej opowieści, chcemy wam oczywiście podziękować, że tu jesteście, że nas słuchacie, że komentujecie nasze podcasty, sugerujecie nam różne rzeczy, wytykacie jakieś błędy i pomyłki, że subskrybujecie, że pytacie o różne rzeczy, i że wspieracie nas w serwisie Patronite. Bardzo dziękujemy tym wszystkim, którzy tam są z nami, szczególnie osobom, które ostatnio dołączyły albo przedłużyły swoje patronaty, czyli Łukaszowi, Karolinie, Danielowi, Bogusławowi i Hannie.

Ola: Przy tej okazji chcielibyśmy nieśmiało poprosić was o jeszcze jedną formę wsparcia. Tym razem o zagłosowanie na nas w konkursie Podcast Roku im. Janusza Majki. Zyskaliśmy w tym konkursie nominację w kategorii Nauka, Edukacja i Technologie. W tym przypadku o tym, czy wygramy, czy nie, zadecyduje jury konkursowe. Mamy troje konkurentów z naszej kategorii, znakomitych, ale…

Piotr: Wy też możecie zagłosować w specjalnej kategorii, czyli podcast publiczności. Można to zrobić na stronie podcastroku.pl. Jeżeli wam się podoba to, co robimy, jeżeli macie ochotę, zagłosujcie na nas. Będzie nam bardzo miło, nie jest to specjalnie kłopotliwe, nie trzeba wysyłać SMS-ów za miliard złotych. Polecamy też wszystkie kategorie, przyjrzyjcie się, zobaczcie, dużo tam ciekawych rzeczy i też dużo takich wskazówek, czego naprawdę warto słuchać.

Ola: Naprawdę jesteśmy szalenie dumni z tego, że spośród ponad 370 zgłoszonych podcastów znaleźliśmy się wśród 24 nominowanych w 6 kategoriach tematycznych. Konkurencja była ogromna i bardzo się cieszymy, że nasz podcast się podoba i zaszedł tak wysoko. Dzięki wam może jeszcze uda nam się zdobyć nagrodę publiczności. Ale zacznijmy teraz naszą opowieść o wypadkach jądrowych, które dzisiaj chcemy wam opisać.

Piotr: Jak dotąd tylko dwa wydarzenia w historii zostały sklasyfikowane jako tak zwany poziom siódmy, czyli wielka awaria w Międzynarodowej Skali Zdarzeń Jądrowych i Radiologicznych, czyli International Nuclear and Radiological Event Scale, w skrócie INES. Te dwie największe siódemki to oczywiście Czarnobyl i awaria elektrowni Fukushima.

Ola: A przykładem poziomu szóstego, określonego jako poważna awaria, jest katastrofa kysztymska, która wydarzyła się w 1957 roku w radzieckich zakładach Majak w pobliżu Czelabińska, w okolicy gór Ural. Wskutek eksplozji uwolniły się tam wówczas ogromne ilości odpadów promieniotwórczych, które skaziły gigantyczny obszar, prawie 40 tysięcy kilometrów kwadratowych. To katastrofa o ogromnej skali, i bezpośrednio wskutek tego wypadku mogło umrzeć ponad 200 osób.

Piotr: Mogło, bo nie mamy danych.

Ola: Nie mamy danych, bo to były czasy ZSRR, więc wszystko było tajne. 470 tysięcy osób zostało narażonych na działanie promieniowania jonizującego. O tej katastrofie już opowiadaliśmy.

Piotr: Tak, bo ona teoretycznie powinna się znaleźć w tej opowieści.

Ola: Opowiadaliśmy o niej w innym odcinku naszego podcastu, który nosi tytuł "Katastrofy gorsze niż Czarnobyl".

Piotr: Chodzi o katastrofy przemysłowe.

Ola: Tam jest troszeczkę inaczej zebrane to zestawienie niż dzisiaj, więc można sobie posłuchać o katastrofie w zakładach Majak. To naprawdę mrożąca krew w żyłach opowieść.

Piotr: Musimy w końcu zacząć numerować te nasze podcasty, żeby można było powiedzieć, że w odcinku którymś tam, tak jak robią różne dobre podcasty, na przykład podcast amerykański albo Radio Naukowe, mają więcej odcinków, więc u nich trudniej coś znaleźć.

Ola: My już teraz możemy zacząć z dumą te nasze odcinki numerować.

Piotr: To może ponumerujemy, zobaczymy. Na razie jesteśmy, gdzie jesteśmy. To było o poziomie siódmym, a teraz szósty.

Ola: Najpierw wspomnieliśmy o siódmym, teraz szósty. Poziom piąty, określany jako awaria z rozległymi skutkami, to dwa wydarzenia, które chcemy opisać: Three Mile Island i Goiânia.

Piotr: Był 28 marca 1979 roku. Miejsce akcji to elektrownia jądrowa w Three Mile Island, położona na niewielkiej sztucznej wyspie w stanie Pensylwania w Stanach Zjednoczonych. Dokładnie o 4 rano nawaliła główna pompa kontrolująca system wymiany ciepła w jednym z reaktorów. Właściwie awaria jak awaria, na taką ewentualność system był jak najbardziej przygotowany.

Ola: Te systemy są tak tworzone, żeby było wiele poziomów zabezpieczeń, zdublowanych jeszcze więcej razy. W każdym razie słowo o systemach obiegu chłodzącego we współczesnych elektrowniach.

Piotr: Tak, dlatego o tym mówimy. Generalnie każda współczesna elektrownia jądrowa ma jeden obieg chłodziwa, zazwyczaj wody, który ma kontakt z wnętrzem reaktora, więc jest, można powiedzieć, skażony. Zwykle ma bardzo wysoką temperaturę, powyżej 300 stopni, żeby nie wrzał, jest utrzymywany pod wysokim ciśnieniem. Ale ta woda nie nadaje się do dalszego obiegu, dlatego po drodze jest wymiennik, gdzie nie styka się fizycznie z drugim obiegiem wody, tylko przekazuje mu ciepło. Można to z grubsza porównać do kaloryfera. Jest jeszcze często dodatkowy, trzeci obieg, chociażby ta para wodna, która unosi się z niektórych elektrowni, co tak wszyscy się boją, że jakiś straszny dym leci, albo na przykład obieg wykorzystujący rzekę czy morze. Ale to już są dalsze szczegóły, w każdym razie podstawą są dwa nieprzenikające się, ale wymieniające ciepło obiegi: obieg pierwotny i obieg wtórny.

Ola: I tutaj mamy taką sytuację w Three Mile Island, że ponieważ nawaliła główna pompa tego obiegu głównego, obieg wody w systemie wymiany ciepła w reaktorze został zatrzymany, i generator pary, to jest kluczowe, nie mógł oddawać ciepła z obiegu pierwotnego do wtórnego.

Piotr: To ten kaloryfer w wannie.

Ola: Ten kaloryfer, dziękuję, Piotrusiu. A z powodu braku pary automatycznie wyłączyła się turbina, która zamienia energię cieplną w mechaniczną, napędzając obracający się wał.

Piotr: Trochę jak maszyna parowa.

Ola: Tak, trochę tak. To nieodbierane ciepło natychmiast podgrzało chłodziwo reaktora do temperatury przekraczającej punkt wrzenia, a wydzielająca się para wodna zwiększyła ciśnienie w układzie reaktora. Wtedy, zgodnie z procedurami, otworzył się zawór bezpieczeństwa chroniący przed nadmiernym wzrostem ciśnienia. Reaktor automatycznie się wyłączył, ale nadal generował ciepło. Do tego momentu, mimo awarii, właściwie wszystko jeszcze było pod kontrolą.

Piotr: Bo to są rzeczy przewidywalne i zdarzające się rzadko, więc łatwe do zaplanowania.

Ola: Potem niestety zaczęły się schody, bo prawie nic nie poszło tak, jak trzeba. Kiedy ciśnienie wróciło do dopuszczalnego poziomu, czujniki pokazały operatorom, że zawór bezpieczeństwa się zamknął. Tylko że oni tego nie wiedzieli, a to się nie wydarzyło, zawór nadal był otwarty. W związku z tym ciśnienie w wodnym systemie chłodzenia reaktora nadal spadało. Po 11 minutach od awarii tej głównej pompy, od której wszystko się zaczęło, uruchomił się alarm sygnalizujący wrzenie radioaktywnego chłodziwa w obiegu głównym. Jego pary wydostawały się przez wciąż otwarty zawór bezpieczeństwa, co nadal pozostawało niezauważone, a następnie skraplały się do specjalnego zbiornika. Zbiornik jest na to przygotowany, ale niestety go przepełniły, bo to trwało zbyt długo i pozostawało niezauważone.

Piotr: No tak, bo to powinno ujść trochę dla wyrównania ciśnienia i wrócić do normy.

Ola: I właśnie kiedy te radioaktywne skropliny wydostały się na zewnątrz i zalały studzienki ściekowe w budynku reaktora, odezwał się alarm. Odezwał się i został zignorowany przez już totalnie zdezorientowanych operatorów. Mocno skracam tę historię i bardzo przepraszam wszystkich specjalistów energetyki jądrowej, że to jest tak w skrócie opowiedziane, ale na każdy z tych wypadków można by poświęcić 12 godzin omawiania. Tutaj chodzi o to, żeby zarysować sytuację. Co się potem stało? O 4:15 pękła osłona zbiornika, który zbierał radioaktywne skropliny, i te skropliny zalały wnętrze budynku. O 5:20, wciąż tego samego feralnego dnia rano, operatorzy, już całkowicie oszołomieni, opierając się na nieprawidłowych wskazaniach przyrządów, wyłączyli pompę zapewniającą obieg wody w systemie głównym chłodzenia reaktora. Skutek był taki, że pozostała woda zaczęła gwałtownie parować i około 6:00 rano odsłoniła górną część rdzenia reaktora. To już jest bardzo niebezpieczny moment, bo jak rdzeń jest odsłonięty, to coraz…

Piotr: Przestaje działać chłodzenie.

Ola: Tak, przestaje działać chłodzenie i następuje ryzyko stopienia rdzenia. O tym za chwilę. Ten rdzeń wskutek odsłonięcia rozgrzał się do temperatury 2760 stopni Celsjusza i rzeczywiście zaczął się topić. Wysoka temperatura w reaktorze spowodowała też, co będzie miało później znaczenie, rozkład pary wodnej na tlen i wodór. O 6:00 rano nastąpiła zmiana robocza w elektrowni, przyszli nowi operatorzy, ze świeżymi umysłami, niezmęczeni, i oni wreszcie zauważyli, że temperatura jest za wysoka. Dopiero wtedy ta ekipa zamknęła zawór bezpieczeństwa, który do tej pory wypuszczał pary chłodziwa na zewnątrz.

Piotr: Były dwie godziny, tak?

Ola: Ponad. Niestety już wówczas do budynku reaktora zdążyło się przedostać około 950 metrów sześciennych radioaktywnego chłodziwa. Naprawdę nie było tam wesoło.

Piotr: Przed 7:00 rano czujniki promieniowania wykryły wreszcie znaczne podwyższenie poziomu radioaktywności. Poziom promieniowania wody w układzie reaktora przekroczył 350 razy dopuszczalny limit, a cały budynek reaktora był już poważnie skażony, w tym momencie ponad połowa rdzenia reaktora była już odsłonięta. O 7:00 ogłoszono lokalny alarm w elektrowni, a o 7:24 stan zagrożenia. Załoga w końcu dodała wody do obiegu głównego reaktora, a zawór bezpieczeństwa znowu się otworzył, obniżając ciśnienie gazów w tym obiegu. Po 9 godzinach od początku awarii wodór zgromadzony w osłonie budynku uległ samozapłonowi, ale załoga niemal tego nie zauważyła, tłumacząc sobie ten huk eksplozji, który usłyszała, czymś innym. Gdyby ktoś pytał, skąd ten wodór, to przypominamy, że to jest ten rozkład wody. Woda w bardzo wysokiej temperaturze, w dodatku w obecności metalu, chętnie ulega rozpadowi na tlen i wodór, a tlen i wodór, jak wiadomo, tworzą bardzo fajną mieszankę wybuchową.

Ola: Zwróćcie uwagę, że operatorzy byli już zdezorientowani na maksa. Nawet ta druga ekipa, która przyszła świeża do pracy, miała już mętlik w głowie totalny. Po około 16 godzinach od pierwszej awarii pompa obiegu głównego chłodziwa podjęła w końcu pracę, a temperatura rdzenia zaczęła się obniżać. Można powiedzieć, że wszystko zaczęło wracać do normy, tylko że nie do końca, bo okazało się, że aż jedna trzecia rdzenia reaktora uległa stopieniu, a całe pomieszczenie reaktora zostało bardzo silnie skażone radiacyjnie. Na zewnątrz przedostała się duża ilość radioaktywnych wyziewów. Na szczęście obudowa reaktora nie rozszczelniła się, a stopione paliwo w całości pozostało wewnątrz reaktora. To istotna sprawa, bo taki reaktor jest tak zbudowany, że ma potężną betonową wylewkę, która nie przepuszcza paliwa jądrowego do gruntu nawet w momencie wycieku. To zabezpieczenie, dla którego, i tu już trochę się wygadam, ani razu nie zdarzyło się, żeby taka wylewka, takie fundamenty, zawiodły.

Piotr: Wskutek tej awarii mieszkający w promieniu 16 km od elektrowni otrzymali średnią dawkę promieniowania na poziomie 8 milirentgenów. Tyle, ile podczas prześwietlenia rentgenowskiego, w pojedynczych przypadkach 100 milirentgenów, czyli odpowiednik jednej trzeciej rocznej dawki naturalnego promieniowania podłoża.

Ola: To jest mało.

Piotr: Zdecydowanie mało. Nie można poważnie zakłócić tej wartości nawet lecąc samolotem na wysokości 10 km, wtedy dopiero zaczynamy dostawać istotnie zmieniające te wartości dawki. Nikt nie zginął w tym wypadku. Co więcej, różne rzetelnie prowadzone badania epidemiologiczne w ciągu wielu kolejnych lat wykazały, że wypadek nie miał żadnych zauważalnych wpływów zdrowotnych. Było też kilka badań, którym udowodniono nieprawidłową metodologię, a które wskazywały na znaczne zwiększenie liczby nowotworów wśród osób mieszkających w pobliżu elektrowni. Zgadnijcie, które z tych badań były najchętniej przywoływane przez lokalnych aktywistów i oczywiście, niestety, niezawodne w takiej sytuacji media.

Ola: Niedługo po wykryciu awarii lokalne władze zaleciły ewakuację kobiet w ciąży i dzieci przedszkolnych w promieniu 30 km od Three Mile Island. W ciągu kilku dni ewakuowano 140 tysięcy osób, a ponieważ zaraz po awarii w mediach krążyły wyolbrzymione i często nieprawdziwe informacje, ludzie z własnej inicjatywy zaczęli uciekać z domów znajdujących się w pobliżu elektrowni. Dane, które przytoczył Piotrek, świadczą o tym, że ta panika była niepotrzebna, również ta ewakuacja 140 tysięcy osób była jakby nadmiernie asekuracyjna, natomiast rozumiem obawy władz przed niewykonaniem czegoś takiego.

Piotr: To jest kwestia pewnych oczekiwań społecznych, w jakimś stopniu.

Ola: Awaria była poważna na poziomie technologicznym w obrębie samej elektrowni. Skutki tej awarii usuwano aż do lat 90. Między innymi najważniejszym zadaniem ekipy usuwającej skażenie było wypompowanie prawie 100 ton radioaktywnego paliwa ze zniszczonego reaktora. Niestety skażone chłodziwo pozostało w obrębie budynku, ponieważ przesączyło się do betonowej podstawy konstrukcji, ale przez nią nie przeniknęło. To ważna informacja. Mimo że ta awaria była stosunkowo mało groźna, to jednak mnóstwo czynników, elementów wyposażenia elektrowni i procedur, pogłębiło kryzys wewnątrz elektrowni. Wadliwe czujniki wskazywały nieprawdziwe informacje, o tym powiedzieliśmy.

Piotr: Rzekomo zamknięty zawór bezpieczeństwa.

Ola: Absolutnie. Operatorzy reaktora, i to ważna informacja, byli zalewani mnóstwem danych, nie mogli sobie z tym poradzić. Odczyty z instrumentów pomiarowych były utrudnione, bo na przykład jeden instrument zasłaniał ekran drugiego i nie można było wygodnie porównać tego, co się dzieje w różnych obszarach reaktora.

Piotr: Dodajmy, że złośliwie była to godzina, w której, wedle wszelkich badań, ludzie działają najgorzej, czyli okolice czwartej, piątej rano. To czas, kiedy człowiek działający w normalnym trybie dobowym najwolniej reaguje, najsłabiej kojarzy, ma obniżoną temperaturę ciała i tak dalej.

Ola: Na przykład na okienku, które miało pokazywać kluczowe informacje o tym, co się dzieje w reaktorze, wtedy jeszcze na analogowych wskaźnikach, były zamontowane jakieś tabliczki, jakieś kartki. Trudno było się przedostać i uzyskać rzetelne dane, które były podstawą prawidłowych reakcji. A do tego jeszcze te niewłaściwe wskazania czujników. Wskutek tego natłoku informacji, wskutek ogromnego stresu, jakiemu podlegali operatorzy reaktora z Three Mile Island, podjęli oni szereg niewłaściwych decyzji, które w końcu doprowadziły do stopienia rdzenia reaktora, czyli do spełnienia się tej obawy, której boją się wszyscy, którzy pracują w elektrowniach jądrowych. Po tych doświadczeniach w elektrowniach jądrowych tego typu i nie tylko, znacznie ulepszono systemy awaryjne, usprawniono system bezpieczeństwa i stworzono bardziej przyjazne instrumenty do odczytywania informacji przez operatorów. Między innymi zmniejszono liczbę tych instrumentów dających odczyty, żeby ograniczyć je tylko do niezbędnych, dających kluczowe informacje, żeby to było bardziej przejrzyste. Można by pomyśleć, że taka awaria reaktora jądrowego, wskutek której nikt nie zginął i po której poziom bezpieczeństwa w elektrowniach jądrowych znacznie się poprawił, nie wstrząśnie zasadniczo opinią publiczną. W sumie wyszło na to, że wyszli z tego obronną ręką, że zapanowano nad kryzysem, że te elektrownie staną się bezpieczne. Niestety stało się na odwrót, bo opinia publiczna uległa czemuś na kształt psychozy antyatomowej, która wynikła z niezwykłego, czasowego zbiegu okoliczności.

Piotr: Bo chodzi o pewne szczególne wydarzenia medialne. Awaria Three Mile Island nastąpiła 12 dni po premierze słynnego filmu katastroficznego "Chiński syndrom". Kto nie widział, myślę, że powinien zobaczyć, choć ostrożnie, jeśli chodzi o wiarygodność przedstawionych tam informacji.

Ola: Ale film jest trzymający w napięciu, dobrze zrobiony, świetni aktorzy.

Piotr: Jane Fonda, już wspomniana.

Ola: Jack Lemmon, Michael Douglas, to są naprawdę gwiazdorzy i zagrali świetnie, swoją drogą.

Piotr: Dokładnie, i dodajmy, że to nie było tak, że katastrofa była elementem marketingowym filmu, choć trochę tak to wyszło. Jane Fonda gra tam dziennikarkę, która nagrywa materiał w elektrowni jądrowej, w której dochodzi do awarii. I uwaga, co jest przyczyną tej awarii? Oczywiście błąd operatorów, którzy mylnie zinterpretowali ilość wody chłodzącej rdzeń reaktora.

Ola: Przypadek, nie sądzę.

Piotr: Można by pomyśleć. W filmie sytuacja zostaje w końcu, spoiler, opanowana, kiedy Fonda i towarzyszący jej operator, czyli Michael Douglas, pokazują zewnętrznemu ekspertowi nagrane wideo z wypadku. Ten stwierdza, że awaria, czyli stopienie rdzenia, mogłaby spowodować ewakuację rejonu wielkości stanu Pensylwania.

Ola: I to w stanie Pensylwania znajduje się Three Mile Island. Znowuż przypadkiem.

Piotr: I to stopienie rdzenia mogłoby również, wedle tego filmu, spowodować wtopienie się rdzenia w ziemię, zagłębienie w jej wnętrzu, a nawet, i tutaj już odjeżdżamy, przejście przez środek ziemi aż do znajdujących się po przeciwnej stronie Ameryki Chin. To jest ten chiński syndrom: rdzeń cały czas się grzeje, przetapia się przez wszystko i tak strasznie się nagrzewa, że wtapia się do środka. To oczywiście fizycznie niemożliwe, przede wszystkim te całe kilometry, które musiałby pokonać topiący się rdzeń, no bujda, nie da rady. A nawet gdyby ktoś to jakoś przeprowadził, rdzeń po prostu zatrzymałby się w jądrze ziemi, bo nie miałby powodu, żeby wbrew grawitacji zacząć się wydostawać na drugą stronę. Bzdura oczywiście, wszystko to razem, jakikolwiek tunel za takim paliwem zostałby zamknięty, wszystko było wymyślone i sensacyjne, ale totalnie działało na wyobraźnię.

Ola: I tutaj przypomnę, że jak dotąd nigdy nie doszło do roztopienia betonowego fundamentu reaktora, więc to dodatkowy czynnik pokazujący, jak bardzo abstrakcyjny był ten pomysł.

Piotr: No tak, ale zbieg czasowy zrobił swoje.

Ola: Ludzki strach i bujna wyobraźnia pogalopowały natychmiast własnym tempem i we własnych kierunkach. I to jest ważne: Jane Fonda wkrótce po wypadku w Three Mile Island rozpoczęła kampanię przeciwko elektrowniom jądrowym. Jane Fonda, zwłaszcza w tym okresie, była niezwykle popularną aktorką, niezwykle wpływową aktywistką. Dodajmy, że do dzisiaj aktywnie działa na rzecz różnych inicjatyw dotyczących ochrony klimatu czy środowiska. Natomiast wtedy ewidentnie dała się ponieść tej histerii antyatomowej, która poprowadziła ją w niezbyt fortunną stronę, bo swoimi działaniami Fonda uczyniła wiele złego dla programu rozwoju energetyki jądrowej na świecie.

Piotr: To jest problem, jak się ktoś zabiera za…

Ola: Sprawy, na których się bardzo nie zna.

Piotr: Tak, a ma dużo zapału i w dodatku jest znany, niestety.

Ola: Tak, i wpływowy. I tutaj włącza się druga wpływowa osoba, Edward Teller, współtwórca pierwszej bomby atomowej, nazywany również ojcem bomby wodorowej, który później stał się wielkim zwolennikiem pokojowego wykorzystania energii jądrowej. Ten wybitny fizyk sprzeciwiał się temu, co prowadziła Fonda, i bardzo aktywnie występował na rzecz kontynuacji programu elektrowni jądrowych w Stanach Zjednoczonych, żeby nie poddawać się takim mylnym przekazom, fake newsom, jak powiedzielibyśmy dzisiaj.

Piotr: Które do dzisiaj świetnie funkcjonują.

Ola: Otóż to, niestety. Ponieważ mniej więcej w tym okresie Edward Teller miał atak serca, zwykł potem mówić w wywiadach, pół żartem, pół serio, że był jedyną osobą, która wskutek awarii Three Mile Island doznała uszczerbku na zdrowiu, bo tak się zaangażował w tę działalność, że to doprowadziło go do ataku serca. Wskutek tej zmasowanej kampanii antyatomowej, w tym absolutnie wyolbrzymionych informacji podawanych przez media, poparcie Amerykanów dla energetyki jądrowej zmniejszyło się. Sprawę ostatecznie pogrzebała katastrofa w Czarnobylu w 1986 roku, po której już na dobre zagościła w społeczeństwie amerykańskim, ale nie tylko, psychoza antyatomowa. Utrzymywała się przez blisko 30 lat. Dopiero od kilku lat obserwujemy przywracanie energetyce jądrowej właściwego miejsca w mentalności ludzi zajmujących się polityką.

Piotr: Nawet te wszystkie organizacje działające na rzecz klimatu czy środowiska, które przez wiele lat zwalczały energetykę jądrową, stopniowo wracają do rozsądku. Niestety pozostaje jeszcze kilka wpływowych, w tym jedna, która robi to z bardzo praktycznych względów, natomiast powiedzmy szczerze, nikt poważny nie jest już przeciwko energii jądrowej w obecnej sytuacji klimatycznej i energetycznej.

Ola: Można powiedzieć, że to bardzo dobrze, że po awarii w Three Mile Island zwiększyły się wymogi dotyczące poziomu bezpieczeństwa w elektrowniach jądrowych. Niestety wraz z poprawą bezpieczeństwa wzrosły też, i to znacznie, koszty budowy elektrowni. A ponieważ wzrósł też opór lokalnych społeczności, energetyka jądrowa znalazła się w odwrocie. Stało się to bardzo drogie, bardzo trudne do przeprowadzenia i ze wszech stron rzucano kłody pod nogi tym, którzy chcieli rozpocząć budowę kolejnej elektrowni. W związku z tym anulowano budowę kilkudziesięciu planowanych elektrowni i aż do 2012 roku w Stanach Zjednoczonych nie wydano żadnej nowej zgody na budowę elektrowni jądrowej. To ważne, bo elektrownie, których budowę rozpoczęto przed 1979 rokiem, zostały ukończone, oddawano je do użytku, ale żadnej nowej nie zaplanowano ani nie zaczęto budować.

Piotr: Warto spojrzeć na to w ten sposób, że tak naprawdę problemem i przyczyną tego nie było samo zdarzenie, sam wypadek w Three Mile Island, tylko właśnie ta antyatomowa kampania, przy okazji też psychoza wywołana tym filmem, który zresztą, jak widać, z nauką niekoniecznie ma wiele wspólnego, ale w filmach katastroficznych tego nie oczekujemy, więc warto pamiętać, co tak naprawdę powodowało te problemy. To już zupełnie osobny wątek, ale Czarnobyl to też w znacznie większym stopniu, jak to kiedyś nazwałem w swoim tekście, katastrofa umysłu niż katastrofa jądrowa, bo faktyczne straty i uszczerbek na zdrowiu wywołany samym wydarzeniem są znacznie mniejsze niż straty, które ponieśliśmy w wyniku towarzyszącego temu strachu.

Ola: Chcielibyśmy wam teraz przypomnieć, ponieważ jeszcze tego nie zrobiliśmy, a wiemy, że niektórzy z was to uwielbiają, a niektórzy nie znoszą, więc teraz ci, którzy nie znoszą, niech na chwilę, na 5 sekund, zatkają uszy: jesteśmy obecni na wszystkich liczących się platformach podcastowych.

Piotr: I tych mniej liczących się też. I żebyście powiedzieli o naszym podcaście wszystkim, jeżeli oczywiście go lubicie, a jeśli go nie lubicie i dosłuchaliście do tego miejsca, to nie wiem, co się stało.

Ola: Ale zachęcamy was, żebyście nas polubili.

Piotr: No właśnie, więc jeśli wam się podoba, opowiedzcie o nas innym, bo to bardzo dobry sposób na to, żeby więcej osób nas słuchało, i będzie nam miło.

Ola: I żebyśmy w tym konkursie podcastowym mieli więcej głosów.

Piotr: Nie bijemy się o głosy. Mamy inne, znakomite pomysły jeszcze. Dobrze, ruszamy dalej.

0:34:23 Skażenie w Goiânii

Piotr: Teraz rok 1987. Tamten wypadek, o którym przed chwilą mówiliśmy, zdarzył się w zamkniętym zakładzie przemysłowym, bo tym jest w końcu elektrownia. Wiele tych wypadków dzieje się też w jakichś zamkniętych ośrodkach badawczych. Natomiast zdarzenie, o którym teraz będziemy mówili, miało miejsce z dala od elektrowni, fabryk czy ośrodków wojskowych, i właściwie to sprawia, że jest jeszcze bardziej przerażające. Zaczęło się w Goiânii, mieście w środkowej Brazylii. Niemałe miasto, bo wtedy liczyło 1,2 miliona mieszkańców, a było to 13 września 1987 roku, rok po Czarnobylu.

Ola: Rok po Czarnobylu. Mniej więcej kilometr od administracyjnego centrum Goiânii, do połowy lat 80., znajdowała się prywatna klinika zajmująca się radioterapią.

Piotr: I tak naprawdę, jeśli chodzi o tę radioterapię, chodzi głównie o leczenie nowotworów metodą polegającą na ściśle kontrolowanym działaniu chorych tkanek wiązką promieniowania jonizującego. To sposób, który pozwala na precyzyjne zniszczenie na przykład guza nowotworowego. W takich miejscach, związanych z medycyną, wszystko odbywa się w dokładnie, ściśle kontrolowany sposób: jest starannie chronione miejsce, jest określony czas naświetlania, ściśle określona dawka. Do tego wszystkiego jest oczywiście źródło promieniowania, takie, które z jednej strony da silną wiązkę pozwalającą na zniszczenie danej struktury w ciele, ale z drugiej pozostanie bezpieczne dla pacjenta, dla specjalisty prowadzącego zabieg i dla innych osób znajdujących się w pobliżu, na przykład w budynku.

Ola: Ta klinika w Goiânii dwa lata przed wypadkiem, w 1985 roku, przeprowadziła się do nowej siedziby. Natomiast stary budynek stał się obiektem sporu prawnego pomiędzy właścicielem kliniki a właścicielem nieruchomości. Wynikało z tego wiele różnych rzeczy, ale najważniejsza jest ta, że klinika nie zdołała zabrać z budynku części sprzętu, w tym dość już starego urządzenia do radioterapii, które zawierało źródło promieniowania. Zresztą jej właściciele dobrze wiedzieli, że to problem, zgłaszali to w kilku miejscach, przede wszystkim kilkukrotnie pisali do Brazylijskiej Narodowej Komisji Energii Jądrowej, ale nic z tym nie zrobiono. To źródło było dobrze zabezpieczone, tam było w sumie 93 gramy radioaktywnego chlorku cezu.

Piotr: Wysoce radioaktywnego, prawda?

Ola: Wysoce radioaktywnego, dodajmy. Tak to miało działać: to wszystko było zamknięte w potężnym pojemniku zrobionym ze stali i ołowiu. Dopiero w tym pojemniku była niewielka kapsuła, która poza licznymi warstwami ochronnymi miała wewnątrz tulejkę z cezem. Kapsuła była zrobiona tak, żeby się obracała wewnątrz pojemnika, i miała dwie pozycje: pozycję spoczynkową, kiedy była schowana w głębi pojemnika, z dala od otworu wylotowego, oraz pozycję aktywną, kiedy znajdowała się na wprost niego, a sam otwór, z kolimatorem, miał za zadanie skierować wiązkę tak, żeby można było precyzyjnie operować przy zabiegu.

Piotr: To wszystko zostało w środku, w tej klinice. Niby była chroniona, ale nie do końca. Przez kilka lat wchodziło tam całe mnóstwo osób, jacyś włamywacze, czasami ludzie, którzy nie mieli gdzie spać, tam nocowali. Generalnie była okazja, żeby dobrze przejrzeć wszystko, co się tam znajdowało. Tego feralnego 13 września strażnik, który miał pilnować terenu, po prostu nie przyszedł do pracy, i najwyraźniej na tę okazję czekało dwóch mężczyzn, Roberto dos Santos Alves i Wagner Mota Pereira [? niepewne: dokładna forma imion i nazwisk]. Musieli wiedzieć, po co idą, bo zabrali ze sobą taczkę i narzędzia, nieprzypadkowo.

Ola: Wiedzieli, po co idą, ale może nie do końca zdawali sobie sprawę, czym to grozi.

Piotr: Wiedzieli, że idą po złom, i że będzie co wynosić. Wewnątrz rozmontowali urządzenie do radioterapii i zabrali to, co dla nich było ważącym kilkadziesiąt kilogramów pojemnikiem, czyli główną, ochronną, stalowo-ołowianą bryłę, w której kryło się cezowe źródło. Ten stalowy, jak sądzili początkowo, a potem się okazało, że również ołowiany blok, zamierzali sprzedać na złom. Załadowali go na taczkę i wywieźli z terenu kliniki. Pojemnik trafił do domu jednego z nich, Alvesa, gdzie zabrali się za rozmontowywanie całości. Jeszcze tego samego dnia u obu zaczęły się wymioty, co uznali za jakieś zatrucie pokarmowe, byli przecież razem, coś razem zjedli. Następnego dnia Pereira miał silną biegunkę i zawroty głowy, w dodatku jego lewa ręka zaczęła puchnąć, więc nie zajmował się dalej demontażem kapsuły. Kolejnego dnia poszedł do lekarza, zdiagnozowano u niego alergię pokarmową, zalecono odpoczynek. To dość zrozumiały zestaw objawów, nudności, wymioty, biegunka i puchnięcie, rzeczywiście brzmi jak jakaś alergia pokarmowa. Pod nieobecność kolegi Alves dalej starał się rozmontować pojemnik i ostatecznie udało mu się wydobyć ze środka tę niewielką kapsułę ze źródłem. Kolejnego dnia wyłamał śrubokrętem osłonę tej kapsuły.

Ola: Ach, te śrubokręty.

Piotr: Właśnie, to jest ten powracający śrubokręt, który jeszcze się tu pojawi. Efekt był zaskakujący, niezwykły, robił ogromne wrażenie, bo wewnątrz widać było coś, co świeciło na ciemnoniebiesko. Był proszek, i ten proszek nie był po prostu niebieski, on ewidentnie świecił, zwłaszcza było to widać po ciemku. Mężczyzna postanowił wydobyć trochę tego niebieskiego proszku, sądząc, że może to jest coś wartościowego, ale nie udało mu się. Rozmontował, obejrzał, ale miał na tym zarobić, więc postanowił to wszystko sprzedać. Poszedł na złomowisko, gdzie cały ten zestaw kupił właściciel złomowiska, Devair Alves Ferreira [? niepewne: dokładna forma nazwiska]. Wieczorem, jak zobaczył to granatowe światło wydobywające się z kapsuły, zabrał wszystko do domu, uznając, że to może być coś cennego, może jakiś klejnot, a potem pojawiły się nawet opinie, że coś nadprzyrodzonego, magicznego, w każdym razie coś bardzo atrakcyjnego. Razem z żoną oglądali ten proszek, zastanawiali się, czy da się to jakoś spieniężyć. Była to niewątpliwie lokalna atrakcja, i przez trzy kolejne dni pokazywał ją rodzinie, znajomym, sporo osób przychodziło to oglądać. Jego brat wziął z tej kapsuły nieco świecącego materiału, niewiele, ale zaniósł to do siebie, żeby pokazać rodzinie, i część proszku rozsypał na stole. Przy tym stole siedziała jego sześcioletnia córka, Leide [? niepewne: dokładna forma imienia]. Dziecko bawiło się tą substancją, tak atrakcyjnym, świecącym niebieskim proszkiem, smarowała sobie skórę, robiła sobie jakieś kolorowe wzory, a z tego, co wiemy, zjadła w czasie zabawy przy tym stole kanapkę. W międzyczasie to źródło zostało sprzedane na kolejne, jeszcze jedno złomowisko, więc w sumie odwiedziło aż trzy miejsca.

Ola: Stopniowo u wielu osób, które miały styczność z tym dziwnym materiałem, rozwijały się podobne objawy: wymioty, osłabienie, biegunki. Najczęstsze rozpoznanie lekarzy wskazywało na alergię lub zatrucie pokarmowe, co zrozumiałe. Wagner Mota Pereira, jeden z dwóch mężczyzn, którzy wynieśli źródło z opuszczonej kliniki, ze względu na nasilające się zmiany skórne został przeniesiony do Szpitala Chorób Tropikalnych. Te wysoce podejrzane objawy skojarzyła również chorująca żona Devaira Alvesa Ferreiry, Maria Gabriela. Tu jest wiele różnych imion i nazwisk, ta rodzina po prostu tak się rozbudowanie nazywa.

Piotr: Ferreira to rodzina, która była właścicielem tego pierwszego złomowiska, na które trafiło źródło, więc oglądali je najdłużej.

Ola: Maria Gabriela zaczęła coś podejrzewać, i ponad dwa tygodnie od kradzieży źródła, 28 września, wraz z pracownikiem swojego męża dotarła na złomowisko, gdzie znajdowało się wtedy źródło i to, co zostało z kapsuły. Zabrali je ze sobą, wrzucili elementy do plastikowej torby i pojechali z nimi autobusem do szpitala. Tam Maria Gabriela Ferreira położyła torbę na biurku jednego z lekarzy, oznajmiając, że to coś zabija jej rodzinę. Jeszcze tego samego dnia zaniepokojony lekarz wyniósł torbę na zamknięty teren szpitala, przy krześle. Miał dobry instynkt, ale zostało to bez kontroli.

Piotr: Bez kontroli w tym sensie, że nie wiedział, co to jest, po prostu wyniósł na zamknięty teren szpitala. Ta dwójka, która przywiozła torbę, również ze względu na objawy została skierowana do szpitala chorób tropikalnych. Najpierw podejrzewano, że może to rozprzestrzeniać się jakaś choroba zakaźna, ale najwyraźniej jeden z lekarzy wpadł na to, że może chodzić o efekty napromieniowania. To jest moment, w którym sprawa przyspieszyła, ponad dwa tygodnie od kradzieży źródła: rano, kolejnego dnia, 29 września, do szpitala skierowano fizyka, żeby się tym zajął. Miał zbadać zawartość torby. Pożyczył czujnik wykorzystywany do badań geologicznych, bo nie miał przy sobie własnego sprzętu, był tam akurat przypadkowo, w podróży. Zbliżając się do budynków szpitala, włączył ten czujnik i uznał, że urządzenie jest chyba po prostu uszkodzone, bo przekroczyło skalę. Dopiero przy szpitalu zorientował się, że to jednak nie był błąd odczytu.

Ola: Bo drugi czujnik wskazał dokładnie to samo, też wywalił mu skalę.

Piotr: I tu dość dramatyczny moment, dlatego że w międzyczasie lekarz, który zaniepokojony wyniósł tę torbę na krzesło, nie wiedział, że fizyk ma się pojawić, i zaczął się niepokoić, że najlepszym sposobem będzie zabranie torby i wrzucenie jej do rzeki, żeby w ogóle pozbyć się problemu. Fizyk, jako świadomy specjalista, zdążył w ostatniej chwili, zanim to zabrano. Szpital ewakuowano, torbę zabezpieczono i przeprowadzono rozmowę z lekarzem, który w ogóle zgłosił całe zagadnienie. Ten z kolei wskazał, kto mu to przyniósł. I właśnie krok po kroku, cofając się w tej historii, dotarto na pierwsze ze złomowisk, tam, gdzie pojawił się ten fatalny pojemnik. Okazało się, że teren jest bardzo poważnie skażony. To wszystko zaczęło się około 8:00 rano, kiedy fizyk dotarł do szpitala. Około 13:00, bo trzeba było odtworzyć tę trasę, powiadomiono władze o zagrożeniu. Od 16:00 zaczęły się mniej lub bardziej skoordynowane działania: zaalarmowano służby ratunkowe, powiadomiono szpital chorób tropikalnych, że to nie jest choroba zakaźna, tylko popromienna, i zaczęto na stadionie miejskim organizować miejsce, gdzie zbierano skażone lub potencjalnie skażone osoby.

Ola: Bo one też były źródłem promieniowania, tak?

Piotr: Tak, dokładnie, zwłaszcza że nie wiedziano jeszcze dokładnie, co się dzieje, ani jaka jest skala problemu. Ostatecznie przebadano ponad 112 tysięcy osób i zidentyfikowano istotne skażenie u 249 z nich, przy czym 20 osób miało objawy choroby popromiennej i wymagało leczenia. Z tej grupy zmarły 4 osoby, a pierwszą była Maria Gabriela Ferreira, żona właściciela pierwszego złomowiska.

Ola: Ona w sumie jest bohaterką, można powiedzieć.

Piotr: Można powiedzieć, bo gdyby nie jej decyzja o poinformowaniu szpitala i dostarczeniu źródła skażenia, to skażenie mogłoby się jeszcze rozszerzać i nic nie musiałoby tego nagle przerwać. Kobieta zmarła około miesiąc po ekspozycji na promieniowanie, w wyniku posocznicy, czyli sepsy, będącej skutkiem zniszczenia jej układu odpornościowego. Drugą osobą była sześcioletnia Leide das Neves Ferreira [? niepewne: dokładna forma nazwiska], która przyjęła największą z tych zmarłych osób dawkę promieniowania, prawdopodobnie w dużym stopniu w wyniku zjedzonej przy stole kanapki, która wprowadziła do jej organizmu radioaktywny chlorek cezu, bo kanapka była nim po prostu wypaprana, podobnie jej ręce. Nietrudno się domyślić, że ten świecący proszek dopadł ją w podobnym stopniu, jak jej ciotkę, Marię Gabrielę. Obie zresztą pochowano tego samego dnia, ich ciała umieszczono w trumnach z włókna szklanego, wyłożonych od wewnątrz warstwą ołowiu grubości mniej więcej pół centymetra. Trumny ważyły po kilkaset kilogramów, a same groby zostały zalane betonem. Mimo tych środków bezpieczeństwa odbywały się tam bardzo gwałtowne protesty, ludzie nie chcieli, żeby te osoby zostały pochowane na tym cmentarzu, bali się skażenia ziemi. Są z tego nagrania, to nie było tak, że ktoś stał z transparentem, tam ludzie się szarpali, ledwo udało się te trumny przenieść, było to bardzo gwałtowne. Zmarło też dwóch pracowników właściciela złomowiska, 18-letni Admilson Alves de Sousa i 22-letni Israel Batista dos Santos. Obaj pracowali przy tym pojemniku i źródle, mieli za zadanie je rozbroić, pociąć, rozłożyć metalowe części. Sam właściciel, Devair Ferreira, który otrzymał największą dawkę ze wszystkich, przeżył, prawdopodobnie dlatego, że ta dawka była podawana w kilku etapach, bo wychodził do pracy, znikał, a jego organizm miał czas na regenerację. Dlatego najprawdopodobniej przeżył, w przeciwieństwie do żony, która w tym domu przebywała przez większość czasu i przyjmowała dawkę promieniowania w sposób ciągły. Przeżyli również mężczyźni, którzy wynieśli źródło z kliniki, jednemu z nich amputowano przedramię, drugiemu kilka palców, w efekcie oparzeń popromiennych doznanych na pierwszym etapie, kiedy próbowali rozmontować urządzenie. Ślady na ręce jednego z nich bardzo wyraźnie odpowiadały temu wylotowi w pojemniku ochronnym, przez który w trakcie terapii prowadzono wiązkę promieniowania, więc dostał tą ręką bardzo dużą dawkę.

Ola: Trzeba też powiedzieć, że bardzo trudnym i rozbudowanym procesem było czyszczenie terenu po skażeniu. Polegało to na tym, że skoro źródło zostało otwarte, a sam chlorek cezu jest rozpuszczalny w wodzie, istotne skażenie wykryto aż w 85 domach, 41 z nich, budynki i całą ich zawartość, powoli badano, i wszystko, co dało się oczyścić, odkażano. W innej sytuacji usunięto by zapewne całą zawartość tych budynków, ale tu brano pod uwagę aspekt psychologiczny i społeczny, więc przedmioty czyszczono specjalnymi, bardzo skutecznymi odkurzaczami.

Piotr: Ze specjalnym filtrowaniem, bo głównie chodziło o zatrzymanie tego pyłu.

Ola: Tak, zdzierano też farby ze ścian, podłogi traktowano kwasem zmieszanym z błękitem pruskim, przycinano rośliny w ogrodach. Chodziło o to, żeby ta część, która wchłonęła promieniowanie i nie dawała się do końca odkazić, została usunięta. Takie elementy burzono, gruz wywożono i zabezpieczano na składowisku, naprawdę zabezpieczano, a nie po prostu wyrzucano.

Piotr: To było bardzo poważnie potraktowane, wydarzenie o ogromnym zasięgu, również naukowym, i bardzo starannie do tego podchodzono, nie było żadnych zaniedbań na tym etapie. Tak było w domu tej zmarłej dziewczynki, gdzie część chlorku cezu na tyle wżarła się w jednym punkcie ściany, że są nawet z tego zdjęcia. Podjechano buldożerem, wyrwano kawał ściany i ten kawał oddzielnie zabezpieczono jako szczególny hotspot, czyli szczególnie radioaktywny, najbardziej niebezpieczny fragment.

Ola: Zobaczcie, jaki to ogromny zakres prac, które trzeba było wykonać, a to jeszcze nie koniec, bo w wielu miejscach trzeba było usunąć warstwę gleby i nawieźć nową.

Piotr: Tak, usuwano fragmentami, badano, czy jest jeszcze radioaktywność, usuwano, robiono takie profilowanie skażenia, substancje trzeba było przetransportować, zabezpieczyć i bezpiecznie przechowywać.

Ola: I to zostało zrobione.

Piotr: Dokładnie. Podsumowując, wiadomo, że to początkowe źródło miało aktywność prawie 51 TBq. Już bez wchodzenia w jednostki, chodzi o same wartości: po akcji odkażania odzyskano 87% tego, czyli 44 TBq. Reszta rozproszyła się i rozniosła po okolicy tak, że odzyskać się jej nie dało, ale uznano, po naprawdę bardzo rozległych badaniach, że nie stanowi to istotnego zagrożenia. Mówię o tym dlatego, że wszystko jest bardzo dokładnie opisane w niezwykle ciekawym raporcie wydanym przez Międzynarodową Agencję Energii Atomowej, link do niego macie w opisie odcinka, to spory PDF. Do innych źródeł też oczywiście jest link. Jeżeli kogoś ten temat interesuje, polecam przejrzenie tego raportu, pokazuje zarówno przebieg zdarzeń, choć to dość stary raport, więc osoby są zanonimizowane, ale nietrudno odgadnąć, kto jest kim, bo podane są inicjały. Przedstawiona jest też cała procedura badania, oczyszczania, odkażania, jakie wdrożono środki zapobiegawcze, jest sporo zdjęć. Powiem szczerze, że to jest naprawdę przerażające, ale też bardzo, bardzo ciekawe.

0:58:42 Rdzeń demona: wypadek Harry'ego Daghliana

Ola: Przenosimy się teraz w miejscu i czasie o ponad 40 lat wcześniej, do Stanów Zjednoczonych. Naukowcy zazwyczaj nie są przesądni, także ci amerykańscy, słynni, ale tej szczególnej kuli plutonu, o której będziemy wam opowiadali, nadali nazwę rdzeń demona. Nic dziwnego, bo dwa dramatyczne wypadki, w których brała udział, no, chciałam powiedzieć "które spowodowała", ale to nie byłoby właściwe określenie, to było jednak trochę za dużo. Jesteśmy w momencie, kiedy minęły nieco ponad dwa tygodnie od zrzucenia bomby na Hiroszimę, a w Los Alamos, czyli w ośrodku, w którym trwały prace nad budową pierwszej bomby atomowej w ramach Projektu Manhattan, nadal trwały nerwowe prace nad bronią atomową. Początkowo planowany był trzeci atak na Japonię, na 19 sierpnia, ale Japonia skapitulowała, i sprawiło to, że ta trzecia bomba, podobna do tej zrzuconej na Nagasaki, nigdy nie została ukończona ani zdetonowana. Pozostał jednak pluton, który miał stanowić jej rdzeń. Uformowano z niego kulę o średnicy 89 mm, która ważyła 6,2 kg, czyli ciężka jak diabli. Taka ilość stanowiła masę podkrytyczną, to ważne, bo była to zbyt mała masa, by samoistnie zainicjowała się w niej reakcja łańcuchowa. Właśnie to słowo, "samoistnie", jest tu absolutnie kluczowe.

Piotr: Ta plutonowa kula nosiła nazwę kodową Charlie, z amerykańskiego alfabetu kodowego, wcześniejsze nazywały się Able i Baker. Charlie, ta kula, została skierowana do dalszych badań w Los Alamos, bo wtedy posiadano bardzo mało plutonu. Kto oglądał "Oppenheimera", ten pamięta, jak starają się tam ten pluton zgromadzić.

Ola: Dosypywali kulki do akwarium, żeby to zobrazować.

Piotr: Dokładnie. 21 sierpnia 1945 roku, czyli właściwie zaraz po zakończeniu wojny, postanowiono zbadać, czy faktycznie ten rdzeń ma masę bliską krytycznej. Przypominam, to był etap, kiedy dopiero naprawdę dowiadywano się wszystkiego, jeden z pierwszych momentów w dziejach, kiedy taka ilość plutonu naraz wymagała badań.

Ola: I nie było procedur, tak?

Piotr: To bardzo ważne, dokładnie tak. To był jeszcze wciąż Projekt Manhattan, wojskowy projekt, pracowali tam naukowcy, ale było to bardzo pionierskie pod każdym względem. Żeby zbadać, czy masa jest bliska krytycznej, potrzebny był reflektor neutronów, czyli materiał, który odbije z powrotem do wnętrza rdzenia neutrony wyrzucane na zewnątrz kuli. Takie właściwości ma między innymi węglik wolframu. Tego dnia pracował w laboratorium fizyk Harry Daghlian, któremu towarzyszył tylko jeden strażnik. Daghlian układał wokół plutonowego rdzenia węglikowe bloczki, ustawiając je tak, żeby jak najskuteczniej odbijały z powrotem do środka neutrony.

Ola: Nie wiem, dlaczego to mi przypomina budowanie domku z kart.

Piotr: To raczej było budowanie muru z klocków wokół czegoś, tak to z grubsza wyglądało, można powiedzieć, że okładał tę kulę tymi klockami. Cała procedura była kontrolowana przy pomocy licznika neutronów, bo im lepiej układał te bloczki, choć wciąż nie do końca wiedział, jak to właściwie powinno wyglądać, tym skuteczniejszy był reflektor i tym bliższy reakcji łańcuchowej był pluton, a więc tym silniejsze było promieniowanie. Daghlian kończył już swoją układankę, ustawiał ostatni z bloczków, gdy licznik zaalarmował go, że to spowoduje inicjację reakcji. Fizyk gwałtownie zatrzymał rękę, żeby nie stawiać tego bloczka, ale bloczek wypadł mu z ręki i spadł na rdzeń. Daghlian zareagował błyskawicznie, próbując zrzucić na podłogę upuszczony węglik, czego nie zdołał zrobić, więc rozrzucił wcześniej ustawioną konstrukcję, ten reflektor odbijający neutrony, co spowodowało przerwanie rozpoczynającej się, narastającej reakcji. Te kilka sekund wystarczyło jednak, żeby otrzymał naprawdę ogromną dawkę promieniowania, ocenianą na 300 do 500 remów. Nie znamy bezpośredniej reakcji jego organizmu tuż po napromieniowaniu, ale wkrótce po umieszczeniu w szpitalu fizyk zapadł w śpiączkę i 25 dni później zmarł na skutek choroby popromiennej.

Ola: Dodajmy, że znajdujący się zaledwie 3-4 metry od Daghliana strażnik otrzymał znacznie niższą dawkę i zmarł dopiero 33 lata po wypadku, prawdopodobnie bez związku z napromieniowaniem.

Piotr: To zdarzenie doprowadziło oczywiście do licznych zmian w przepisach. Ustalono między innymi, że podobnych badań nie może prowadzić tylko jeden eksperymentator, że trzeba mieć kogoś, kto patrzy na ręce i kontroluje. Rozpoczęto też prace nad systemem pozwalającym na zdalne operowanie takimi materiałami rozszczepialnymi. Niestety taki system nie powstał na tyle szybko, żeby zapobiec drugiemu wypadkowi z udziałem tego pechowego rdzenia Charlie.

1:04:07 Rdzeń demona: wypadek Louisa Slotina

Ola: Nastąpił on właściwie już wkrótce, bo od tragicznego zdarzenia zakończonego śmiercią Harry'ego Daghliana minęło dokładnie 9 miesięcy. Był 21 maja 1946 roku. Wojna skończyła się przed rokiem i presja na naukowców z Los Alamos znacznie spadła. Niektórzy poczuli się tam już całkiem pewnie i komfortowo, zaczęli wpadać nawet w pewną rutynę. Tą właśnie rutyną zwykle tłumaczy się to, co spotkało kolegę Daghliana, Louisa Slotina. Był to 35-letni fizyk, który skończył właśnie swoją pracę dla armii i zamierzał wrócić na uczelnię, a trwały przygotowania do serii prób jądrowych oznaczonych kryptonimem Operation Crossroads. Plutonowy rdzeń, o którym mówimy, miał zostać wykorzystany do słynnych testów prowadzonych na atolu Bikini, bo doprowadziły one też tam do kryzysu skażeniowego, o czym opowiadamy w naszym odcinku podcastu, dość wczesnym, zatytułowanym "Nieprzewidziane skutki prób jądrowych".

Piotr: Zachęcamy was do posłuchania, to był początek lipca 2022 roku, ale informacje nadal aktualne.

Ola: Wracając do naszej historii: Slotin przeprowadzał doświadczenie w obecności swojego następcy, bo przypominamy, kończył pracę dla armii i przekazywał tę robotę.

Piotr: Kończył pracę dla armii, przekazywał robotę.

Ola: Ten następca nazywał się Alvin C. Graves, i znowu badali, jak szybko w rdzeniu plutonowym może rozpocząć się reakcja łańcuchowa. Jakby tamta sytuacja nauczyła ich, że trzeba bardzo uważać. Jednak tym razem korzystano z innego typu reflektora neutronów: kulę plutonu, składającą się z dwóch połówek, otaczały dwie powłoki wykonane z berylu. Górna miała specjalne zagłębienie pozwalające wygodnie trzymać ją w dłoni. Jak można się domyślić, zetknięcie obu połówek oznaczałoby zamknięcie całego układu i doprowadziło do rozpoczęcia reakcji, dlatego stosowano odpowiednie podkładki mające zapobiec takiemu zdarzeniu. Louis Slotin, choć był z pochodzenia Kanadyjczykiem, miał naprawdę kowbojską fantazję, kowbojską naturę. Nosił się swobodnie, jego znakiem firmowym były niebieskie dżinsy, kowbojki, i w takim stroju pracował w laboratorium, taki prawdziwy, nuklearny kowboj. Zapewne ta szarganie zasad i rutyna sprawiły, że zrezygnował z bezpiecznych podkładek, które miały zabezpieczać połówki rdzenia przed zetknięciem, a zamiast tego wtykał pomiędzy połówki powłoki śrubokręt.

Piotr: Tak, powraca śrubokręt. Zresztą ta nieoficjalna i niezgodna z zasadami procedura była krytykowana przez samego Enrico Fermiego, który kiedyś powiedział Slotinowi i jego współpracownikom, że w ciągu roku będą martwi, jeśli nie zaprzestaną takich głupich działań.

Ola: 21 maja Slotin trzymał lewą ręką osłonę, a w prawej dzierżył swój ulubiony "śrubokręt bezpieczeństwa", w cudzysłowie, bo tak go nazywał, choć czy on faktycznie był śrubokrętem bezpieczeństwa?

Piotr: No nie był.

Ola: Tuż za prowadzącym doświadczenie fizykiem, czyli Slotinem, stał Alvin C. Graves, a poza nim w pokoju było jeszcze sześć innych osób. O 15:20, jak można się domyślać, śrubokręt w końcu się omsknął i połówki berylowej osłony zamknęły się. Wokół kuli powietrze zaczęło jarzyć się błękitnym światłem, takim, o którym wiemy, że nie zwiastuje niczego dobrego, będącym efektem jonizacji powietrza. Obecnych w pokoju ludzi uderzyła fala gorąca. Slotin natychmiast poczuł w ustach kwaśny smak i gwałtownym ruchem zerwał górną połówkę osłony, rzucając ją na podłogę. Reakcja łańcuchowa szczęśliwie ustała, ale dla eksperymentatora nie było już ratunku. Koledzy wyprowadzili Slotina z laboratorium, gwałtownie wymiotował, co jest typową reakcją na silne napromieniowanie.

Piotr: Tak, w wypadku z tym źródłem brazylijskim też, zwróćcie uwagę, były wymioty. To charakterystyczne.

Ola: Fizyk został czym prędzej odwieziony do szpitala, gdzie przeszedł szereg transfuzji krwi. Na koszt armii Stanów Zjednoczonych sprowadzono do niego rodzinę, zjawiła się po czterech dniach od wypadku, a piątego dnia stan Slotina zaczął się gwałtownie pogarszać. Pojawiła się intensywna biegunka, opuchlizny, zatrzymanie pracy nerek i jelit, ogromne pęcherze na ciele, gangrena wywołana tymi uszkodzeniami. Po tygodniu pojawiły się kolejne objawy, tym razem ze strony ośrodkowego układu nerwowego, które doprowadziły do śpiączki, i Slotin zmarł 30 maja o 11:30 w wyniku gwałtownej choroby popromiennej.

Piotr: To, co tu opisujemy, to wydarzenia obserwowane w szpitalu, tylko dodam, że część osób napromieniowanych w wypadku w Brazylii miała bardzo podobne objawy, tylko że nie zostały one rozpoznane jako choroba popromienna, częściowo dlatego, że ci ludzie nie zgłaszali się do szpitala, dopóki sytuacja nie była krytyczna, bo nic im nie wskazywało, że coś takiego może się dziać. Co działo się z pozostałymi osobami, które przebywały w tym samym pomieszczeniu co Slotin? Najpierw stojący za nim Graves: został osłonięty przed znaczną częścią promieniowania właśnie przez Slotina, jednak otrzymana dawka sprawiła, że miał przez resztę życia poważne problemy neurologiczne i uszkodzony wzrok. Zmarł 19 lat po wypadku, na zawał serca, choć nie da się jednoznacznie określić przyczyn, być może nie miało to związku z napromieniowaniem, to nigdy nie jest jednoznaczne. Z kolei ustawienie osób w laboratorium sprawiło, że pozostali obecni tam otrzymali znacznie mniejsze dawki promieniowania. Największą dostał szeregowy Patrick Joseph Cleary, który zginął 4 lata później podczas wojny w Korei.

Ola: Po tym drugim wypadku Charlie zyskał ponurą nazwę rdzenia demona. Zrezygnowano z wykorzystania tej kuli plutonu w testach na atolu Bikini, bo obawiano się, że dwukrotne już wejście w reakcję łańcuchową mogło zmienić strukturę chemiczną rdzenia, co być może doprowadziłoby do trudnego do przewidzenia przebiegu reakcji podczas wybuchu na atolu. Ostatecznie rdzeń demona został przetopiony i wykorzystany w rdzeniach kolejnych bomb testowanych przez Stany Zjednoczone.

Piotr: Po tych dramatycznych wypadkach naprawdę zasadniczo zmieniono przepisy dotyczące eksperymentów z materiałami rozszczepialnymi. Wprowadzono między innymi słynny system zdalnego, bezpiecznego operowania takimi materiałami, i najwyraźniej skutecznie, bo już nigdy więcej podobne wypadki się nie zdarzyły, choć było sporo innych.

Ola: Ale na pewno nie było takich, które zostały sprowokowane przez użycie śrubokrętu do celów, do których nie powinien służyć.

1:13:18 Zapowiedź drugiej części i pożegnanie

Piotr: Chociaż powiem tak, to najwyraźniej jest dopiero pierwsza część naszej opowieści, bo zostało nam jeszcze całkiem dużo. W tej drugiej będą też opowieści o różnych, można powiedzieć, bardzo głupich wypadkach. Jeszcze chciałem powiedzieć, że jeżeli ktoś byłby tą historią zainteresowany, to znajduje się ona również w postaci filmu, więc jeśli ktoś ma ochotę obejrzeć, jest i taka wersja, bardziej wideo.

Ola: Tak, mamy też o tym artykuł.

Piotr: Do wyboru, do koloru.

Ola: A za dwa tygodnie, we wtorek, również zapraszamy was na drugą część opowieści o wypadkach jądrowych. Tym razem przeniesiemy się do Wielkiej Brytanii, do Japonii i na radziecki okręt podwodny z czasów zimnej wojny.

Piotr: A w międzyczasie, jeżeli chcecie, piszcie do nas na podcasty małpka crazynauka.pl. Subskrybujcie nasz podcast na wszelakich platformach, to dobry sposób, żeby dostawać powiadomienia o nowych odcinkach. Zajrzyjcie też do naszego sklepu koszulkowego.

Ola: I oczywiście słuchajcie naszych starszych podcastów, gorąco was do tego zachęcamy.

Piotr: Do dwóch się odwołaliśmy.

Ola: I zapraszamy za dwa tygodnie na kolejny, nowy odcinek, drugą część tego, o czym dzisiaj opowiadaliśmy.

Piotr: Dzięki, cześć.

Ola: Cześć.

Źródła

Brak listy URL-i w kolumnie "źródła (z opisu)" indeksu. W odcinku prowadzący wspominają ustnie o linku do raportu Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej o wypadku w Goiânii oraz o linkach do innych źródeł i artykułu, ale same adresy URL nie są dostępne ani w transkrypcji, ani w opisie RSS z indeksu.

Źródła

Three Mile Island

Goiânia

Rdzeń demona