Podcast Crazy Nauka · odc. 9

Najbardziej zadziwiające wypadki w laboratoriach

31-07-2022 · 61 min · Tematyczny, Chemia i materiały, Ciało i zdrowie

Okładka odcinka

Tu jest treść z serwisu Spotify. Po jej włączeniu Spotify otrzyma Twój adres IP i może zapisać w przeglądarce pliki cookies.

Posłuchaj też na:

Transkrypcja odcinka

Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.

0:00:00 Wstęp

Piotr: Cześć, tu Ola Stanisławska i Piotrek Stanisławski, podcast Crazy Nauka.

Ola: Dziś opowiemy wam o najbardziej zaskakujących, nieoczywistych wypadkach w laboratoriach naukowych, jakie zostały udokumentowane. Chodzi o takie zdarzenia, a nie na przykład o to, że ktoś się pochylił nad zbiornikiem z kwasem, wpadł, poślizgnął się i go rozpuściło, bo w tym nic zaskakującego nie ma. Są za to różne dziwne zdarzenia, które mają podwójne dno, są nieoczywiste, i właśnie o takich wypadkach w laboratoriach chcemy wam dzisiaj opowiedzieć.

Piotr: Czasem nawet będzie wątek lekko, no może prawie kryminalny, bo tak naprawdę czasami nie wiadomo, co się zdarzyło, i dopiero po jakimś czasie udało się do tego dojść. Stąd nasz wybór, bo, tak jak Ola powiedziała, niektóre wypadki są oczywiste, a najbardziej typowym wypadkiem laboratoryjnym jest wybuch. Jest sobie taka strona, która odnotowuje wszelkie tego typu zdarzenia, i co roku jest kilka wybuchów, i co roku ktoś tam ginie w jakimś wybuchu w jakimś laboratorium. Ale my wybraliśmy inne zdarzenia. Zanim jednak do tego przejdziemy, chcemy was bardzo poprosić i zachęcić do subskrybowania naszego podcastu.

Jak już wytropiliśmy, na razie większość z was słucha nas na Spotify, tam łatwo jest sobie zasubskrybować, więc Spotify wam potem podsunie informację o tym, że jest nowy odcinek.

Ola: Ale jesteśmy obecni również na innych znaczących, liczących się platformach podcastowych.

Piotr: Właściwie wszędzie, gdzie chcecie. Polecamy zresztą aplikację, bo bardzo dobrze się z różnych aplikacji tego słucha, a w razie czego na naszej stronie crazynauka.pl też jest działka podcastowa, nawet bezpośrednio ze strony można tych podcastów słuchać.

Ola: I zachęcamy was też do tego, żebyście zajrzeli na naszą stronę ze sklepem z koszulkami. Ten sklep znajduje się pod adresem Kreatorium.pl, Kreatorium, i tam znajdziecie nasze koszulki. Wymyślamy te wzory na bieżąco, dopiero zaczęliśmy tam działalność, będzie ich więcej. Ale do rzeczy.

0:02:02 Cecil Kelley i wybuch krytyczności w Los Alamos

Ola: W takim naszym nieformalnym, może nie rankingu, zbiorze dziwnych, wyjaśnionych, ale nieoczywistych wypadków naukowych, pierwsze miejsce przyznaliśmy niejakiemu Cecilowi Kelleyowi, który wywołał niekontrolowane uwolnienie energii jądrowej w laboratorium znanym wam pewnie z Projektu Manhattan, laboratorium Los Alamos w stanie Nowy Meksyk w Stanach Zjednoczonych. Wypadek miał miejsce w 1958 roku, kiedy to wspomniany Cecil Kelley włączył mieszanie w ogromnym, 1000-litrowym zbiorniku ze stali nierdzewnej, który zawierał zlewki i resztki pozostałe po różnych innych eksperymentach z plutonem-239.

Piotr: Słowo o tym, po co zbierać te resztki i zlewki. Pluton-239 jest bardzo szczególną substancją, przede wszystkim dlatego, że wykorzystywany był i jest przy produkcji bomb, a poza tym jest bardzo rzadki: właściwie prawie cały pluton-239, jaki istnieje na Ziemi, jest wyprodukowany przez człowieka, a produkuje się go w reaktorach jądrowych, które mogą być teoretycznie wykorzystywane do celów cywilnych, ale przy okazji powstaje w nich ten pluton. Takim reaktorem był na przykład reaktor w Czarnobylu; to, że doszło tam do wypadku, do skażenia i tego wszystkiego, było bezpośrednią konsekwencją konstrukcji tego reaktora, który, zamiast być porządnie zamkniętą całością, miał pokrywkę jak garnek. Ta pokrywka służyła do tego, żeby od czasu do czasu móc w nim pogrzebać i wydłubać z niego właśnie pluton-239, który tam powstawał, a wydłubywano go oczywiście do celów wojskowych. Dlatego właśnie wszelkie plutonowe zlewki i resztki, w których były jakiekolwiek ślady plutonu, trafiały do tego zbiornika, po to, żeby można było ten pluton stamtąd odzyskiwać.

Ola: A żeby go odzyskać, trzeba było go zanurzyć w różnych rozpuszczalnikach, kwasach i innych substancjach żrących, które właśnie umożliwiały to odzyskanie. W tym wielkim zbiorniku Cecil Kelley miał za zadanie od czasu do czasu zamieszać. Oczywiście nie stawał z kijem obok pojemnika, tylko włączał mieszadło, które wykonywało za niego ruch mieszający.

W dniu, kiedy doszło do wypadku, zbiornik miał zawierać niewielkie ilości plutonu, około mniej niż jednej dziesiątej grama na litr roztworu, a poza tym był tam żrący kwas azotowy i inne żrące substancje. Dość nieprzyjemna była ta zawartość. Niestety, jak się później okazało, stężenie plutonu, o czym Cecil Kelley w tym dniu nie wiedział, było prawie 200 razy wyższe, niż wynikało z dokumentacji.

Piotr: Czegoś tam nie odnotowano, czegoś nie zapisano.

Ola: Ktoś coś dolał i nie odnotował, po cichu coś się stało. Co się jeszcze wydarzyło: zanim zostało włączone mieszadło, ten pluton się dziwnie rozmieścił. Właściwie nie było w tym nic dziwnego, ale było to decydujące o tym, co się potem stało. Był nierównomiernie rozłożony, górna warstwa zawierała szczególnie wysokie stężenia tego plutonu, łącznie ponad, uwaga, trzy kilogramy tej substancji. To była ilość niebezpiecznie bliska osiągnięcia masy krytycznej.

I kiedy Kelley włączył mieszadło, zaczął się tworzyć wir. Wraz z wirem powstały te warstwy, zaczęły się przenikać, i pluton, który wcześniej znajdował się w tej górnej warstwie, zaczął się zanurzać i stworzył kształt, który przypominał, no właśnie, obustronnie wybrzuszony kapelusz albo węża, który połknął słonia. Pamiętacie może ten rysunek z Małego Księcia, tylko że tu ten wąż też byłby obustronnie wybrzuszony. Coś takiego powstało. I to wybrzuszenie zaczęło niebezpiecznie przypominać kształt kuli.

A kule są szczególnie niebezpieczne w przypadku materiałów takich jak pluton, ponieważ, i tutaj do głosu dochodzi Piotr Stanisławski z Crazy Nauki, który o kulach plutonu wie bardzo dużo.

Piotr: Może nie aż tak bardzo dużo, ale kule plutonu, o nich jeszcze wspomnimy, miały już niesławną historię w dziejach wypadków laboratoryjnych. Dlaczego kule i dlaczego wokół tych kul się kręcimy? Otóż kula jest bryłą dość wyjątkową.

Ola: Idealną.

Piotr: Tak jest, i taki kształt należy osiągać. Pracujemy nad tym. Chipsy tu robią swoje, zwłaszcza te kukurydziane.

Ola: Widzisz, i aż cię zatchnęło.

Piotr: Aż mnie zatchnęło. Ale my nie o tym, tylko o kulach plutonowych i innych tego typu. Chodzi o to, że kula jest bryłą, która ma najmniejszą powierzchnię w stosunku do swojej objętości. Innymi słowy, materiał w kuli jest najbardziej skupiony, a to jest ściśle związane z osiąganiem tak zwanej masy krytycznej, a potem masy nadkrytycznej. Na pewno się z tym określeniem spotkaliście.

Generalnie chodzi o to, że substancje, które ulegają samoistnemu rozpadowi, mają pewną masę, zależną od danej substancji i również od kształtu, jaki przyjmuje. Masę, przy której pojedynczy rozpad atomu będzie wywoływał dokładnie jeden rozpad kolejnego atomu. To jest masa krytyczna. Natomiast to, co nas interesuje, czyli masa krytyczna, to dość teoretyczne określenie, bo najczęściej chodzi o masę nadkrytyczną, czyli nieco większą niż krytyczna, kiedy następuje już reakcja lawinowa. To znaczy, jeden rozpad wywołuje więcej niż jeden kolejny rozpad, więc reakcja staje się coraz bardziej intensywna, a kula jest właśnie kształtem, który temu najbardziej sprzyja.

Dlatego jeżeli chcemy jak najszybciej osiągnąć masę nadkrytyczną, formujemy taką substancję w kształt kuli. Jeżeli nie chcemy jej osiągnąć, tak jak przy przechowywaniu plutonu, formujemy ją na przykład w kształt pierścienia, trochę jak z Władcy Pierścieni.

Ola: A będąc już przy kulach, wspomnę o Rdzeniu Demona, o ulubionej kuli Piotrka, o której nakręcił zresztą film. Dostępny jest on na naszym kanale na YouTubie, Crazy Nauka.

Piotr: Tak jest, zachęcamy.

Ola: W ogóle ten film jest bardzo popularny, najpopularniejszy z naszych filmów na kanale. Chcę tylko powiedzieć, że był sobie taki Rdzeń Demona, kula demona, która spowodowała aż dwa śmiertelne wypadki, i to również działo się w Los Alamos. Obejrzyjcie, posłuchajcie, to bardzo interesująca historia.

Ale wracając do Cecila Kelleya: włączając mieszanie, wywołał on reakcję łańcuchową, która wydarzyła się w ciągu zaledwie 200 milisekund, sekundę od uruchomienia mieszadła. Co się wtedy wydarzyło? Nastąpił ogromny wybuch neutronów i promieniowania, emisja promieniowania gamma. Dla samego Kelleya, który stał na drabinie w pobliżu tego pojemnika, nagle nastąpił rozbłysk niebieskiego, błękitnego światła, po którym nastąpił dźwięk uderzenia. Tak relacjonowali obecni wtedy w laboratorium pracownicy. Sam Kelley już tego nie pamiętał, bo spadł z drabiny. Zdążył jeszcze o własnych siłach wybiec z laboratorium, paść na śnieg przed budynkiem i krzyczał "płonę, płonę", po czym stracił przytomność.

Piotr: To był objaw ewidentnie potężnej dawki promieniowania, jaką otrzymał, która wywołuje oparzenia, ale też szereg innych, dość radykalnych zmian. Dodam tylko, że zdążył wyłączyć mieszadło, co jest dość kluczowym elementem tego wszystkiego, ale o tym jeszcze za chwilę.

Ola: Tak, wyłączył mieszadło, więc reakcja została przerwana. Początkowo, gdy przybyła ekipa, która miała ustalić przyczyny wypadku, uznano, że to nie mogła być emisja promieniowania gamma towarzysząca stanowi nadkrytycznemu i reakcji łańcuchowej zachodzącej w plutonie, materiale rozszczepialnym, tylko inny rodzaj wypadku, być może promieniowanie alfa, wywołane obecnością tego plutonu. Tymczasem okazało się, że w czasie tego wydarzenia Kelley otrzymał ponad siedmiokrotną dawkę śmiertelną dla dorosłego człowieka, czyli innymi słowy siedmiokrotnie niższe promieniowanie by go zabiło.

To, co stało się potem, było przerażające: po prostu zniknęły mu limfocyty w szpiku kostnym, zaczęły też zanikać czerwone krwinki, i po 35 godzinach zmarł na niewydolność serca. To był efekt uboczny, miał ewidentnie piorunującą białaczkę.

Piotr: Charakterystyczną dla choroby popromiennej. Tu w ogóle wszystko zaszło bardzo szybko, bo często ludzie umierają w wyniku śmiertelnej choroby popromiennej przez kilka, kilkanaście dni. Tu rzeczywiście poszło błyskawicznie.

0:13:36 Harold McCluskey, „Atomowy Człowiek”

Piotr: Kolejne zdarzenie, o którym chcemy opowiedzieć, to zdarzenie z 76 roku, 30 sierpnia. Bohaterem jest tu pan Harold McCluskey, który został nazwany, można powiedzieć, „atomowym człowiekiem”, Atomic Man, w wyniku tych zdarzeń.

Był technikiem, chemikiem, który pracował w Hanford Plutonium Finishing Plant w stanie Waszyngton. Znowu pojawia się nam pluton. Pracował na rozmaitych substancjach radioaktywnych. Tego akurat feralnego, może nie aż tak do końca feralnego, dnia pracował w czymś, co się nazywa komorą rękawicową. Na pewno znacie to z rozmaitych filmów. Chodzi o to, że mamy takie zamknięte, przeszklone pudło, do którego prowadzą dwa otwory, czasem więcej, ale generalnie chodzi o te dwa. Te otwory są rękawicami, które wchodzą do środka pudła, można powiedzieć, że mamy takie ogromne rękawice, w których mieszczą się całe ręce, nie tylko dłonie, ale aż po ramiona. Siedzimy przed tą komorą, wkładamy ręce w rękawice i możemy w środku robić różne rzeczy. Jednocześnie wnętrze jest całkowicie odizolowane od zewnątrz. To nie tak, jak przy pracy pod wyciągiem chemicznym, gdzie jakieś opary są odsysane, ale przepływ powietrza jest w obie strony, tu wszystko było zamknięte, zabezpieczone i tak dalej. I nic dziwnego, bo pracował tam z kolejnym izotopem radioaktywnym o wyjątkowo pięknej nazwie: z amerykiem-241.

Ola: To produkt uboczny powstający przy produkcji plutonu. Ten ameryk również jest niezwykle trudno dostępną, rzadką substancją. Pan McCluskey tego feralnego dnia dodawał kwas azotowy do ameryku i różnych innych substancji chemicznych, które towarzyszyły temu pierwiastkowi.

Piotr: Generalnie wszystko nagle wzięło i wybuchło. Były to między innymi szkło, plastik, elementy żywicy jonowymiennej, w której to wszystko przeprowadzał, no i właśnie ameryk. Oczywiście taka komora rękawicowa ma swoją odporność, a rękawice są zrobione z materiału, który jest elastyczny, w związku z czym nie jest hiperodporny, i zostały porozrywane. Można powiedzieć, że przebiło się przez te rękawice w komorze. McCluskey został polany kwasem azotowym, potłuczonym szkłem, wszystkim tym razem wymieszanym z amerykiem.

Ola: I dostał dawkę aż 500-krotnie przekraczającą normy zawodowe dla ameryku-241.

Piotr: Co się działo dalej? Na szczęście zachował przytomność. To nie był wypadek podobny do poprzedniego, bo tam było bezpośrednio promieniowanie, bardzo intensywne promieniowanie gamma. Tu mamy materiał radioaktywny, który został rozrzucony. Wyszedł z pokoju, rozebrał się, przeprowadzono standardową procedurę dekontaminacyjną, zawsze się na tym słowie wykładam, polegającą na tym, że ktokolwiek pracował w laboratorium, wie, że tam wszędzie są prysznice. Jak ja kiedyś pracowałem w laboratorium, pamiętam, że przy każdych drzwiach, co dość idiotycznie wygląda, jeśli się nie wie, o co chodzi, nad drzwiami jest po prostu prysznic, taki, że pociągamy i leje się woda na głowę. Nie służy to do robienia żartów, tylko do ratowania się w trudnych sytuacjach, czyli kiedy zostaniemy czymś polani, skażeni czy cokolwiek, taki prysznic może natychmiast uratować życie. Tutaj przeprowadzono właśnie taką procedurę: najpierw go spłukano, umyto, a potem został przeniesiony do specjalistycznego punktu zakładu, gdzie przeprowadzono kolejne procedury dekontaminacji.

Ola: To ja się tutaj wtrącę: to nie było tak, że został przeniesiony i szybko wykonano na nim jakieś procedury. Wykonywano je przez pięć miesięcy. Siedział w izolatce, w specjalnym ośrodku służącym dekontaminacji.

Piotr: O, brawo.

Ola: Zwróćcie uwagę, że powiedziałam to w taki sposób, żeby upokorzyć Piotrka. Siedział w tej izolatce aż do 1977 roku, czyli już rok później. To stężenie promieniowania w jego organizmie zostało zmniejszone o około 80 procent.

Piotr: Problem polega na tym, że oczywiście wszyscy wiedzieli o jego wypadku, wszyscy wiedzieli o tym skażeniu, więc po tym, jak już uznano go za bezpiecznego dla otoczenia i wypuszczono, ludzie go unikali.

Ola: Bali się promieniowania.

Piotr: Tak, bali się promieniowania: krewni, znajomi i tak dalej. Unikali go między innymi członkowie kościoła, do którego należał. I dopiero stara, sprawdzona metoda pomogła: pastor tego kościoła poinformował wszystkich oficjalnie, że można z panem McCluskeyem się kontaktować i że jest to bezpieczne. Wtedy sytuacja została jako tako opanowana.

Ola: Najbardziej zaskakujące z tych informacji jest chyba to, że nie dość, że przeżył, to jeszcze zmarł na coś zupełnie innego.

Piotr: Tak, zmarł na chorobę wieńcową, i tu ważna uwaga: cierpiał na nią już przed wypadkiem. Bo oczywiście można by podejrzewać, że czasem choroba wieńcowa może być następstwem skażenia tego typu, ale tu wiemy, że chorował na to wcześniej. Co więcej, po jego śmierci w 1987 roku, czyli 11 lat po wypadku, zresztą miał już do tego prawo, bo dożył 75 lat, przeprowadzono sekcję zwłok i stwierdzono, że nie było w jego ciele żadnych nowotworów. To skażenie nie spowodowało tego, czego przy takim skażeniu najbardziej można się obawiać, czyli choroby nowotworowej. Przetrwał bardzo poważne skażenie, oczywiście poddany był całej terapii oczyszczającej organizm i tak dalej, ale to rzeczywiście pewien fenomen: człowiek, który przeżył coś, czego teoretycznie rzecz biorąc nie powinien był przeżyć.

0:21:11 Anatolij Bugorski i wiązka protonów w głowie

Ola: Kolejne wydarzenie, o którym wam chcemy opowiedzieć, nie jest już związane z promieniowaniem radioaktywnym. Przeniesiemy się do Rosji, właściwie do Związku Radzieckiego, bo to był rok 1978.

Piotr: Kręcimy się w tym okresie mocno.

Ola: Anatolij Bugorski był pracownikiem Instytutu Fizyki Wysokich Energii. Przepraszam, on nadal żyje.

Piotr: Właśnie, to jest najlepsze, że on żyje.

Ola: Pewnie już nie pracuje w tym instytucie.

Piotr: Nigdzie nie znalazłem, a szukałem, informacji o jego śmierci, więc podejrzewam, że żyje. Urodzony w 1942 roku.

Ola: Na stronie rosyjskiej Wikipedii jest informacja, że nadal żyje, więc można zakładać, że ten człowiek istnieje. Uległ on wypadkowi w akceleratorze cząstek właśnie w 1978 roku. Akcelerator cząstek to urządzenie, które rozpędza cząstki do bardzo dużych prędkości i energii. Ten wypadek pojawił się w momencie, kiedy Bugorski coś majstrował przy elemencie, z którego wychodziła wiązka protonów emitowana przez to urządzenie.

Piotr: Oczywiście akcelerator był wyłączony. Wiadomo, jak się serwisuje coś, to sprzęt musi być wyłączony.

Ola: Musi być wyłączony. W Rosji Radzieckiej nic nie jest oczywiste, więc jakieś zabezpieczenia nie zadziałały. On nie popełnił błędu, to potem zbadano. Ale w momencie, kiedy zbliżył się do tego elementu, właśnie wtedy została wyemitowana ta wiązka protonów, i on zobaczył błysk jaśniejszy niż tysiąc słońc.

Piotr: Jak sam to określił.

Ola: I to go trafiło w głowę. Co się tam wydarzyło? Coś, co spowodowało w sumie stosunkowo niewielkie obrażenia, bo ta wiązka była cienka. Natomiast następstwa wypadku z wiązką o tak dużej energii były bardzo ciężkie. Od razu opuchła twarz Bugorskiemu, zaczęły mu odchodzić tkanki. Nie wyglądało to najpiękniej. Leczono go w tym samym szpitalu, do którego trafiły również osoby napromieniowane wskutek katastrofy w Czarnobylu.

Piotr: To było później, o osiem lat, tak?

Ola: Tak, Czarnobyl to oczywiście osiem lat później. Mimo obrażeń, które dotknęły głowy, Bugorski przeżył i właściwie mógł potem w miarę normalnie, w miarę dobrze funkcjonować. Ukończył doktorat. Nie doszło u niego do osłabienia zdolności intelektualnych.

Piotr: Dodajmy, żeby było jasne: ta wiązka przeszła również przez tkankę mózgową, kości i tkanki twarzy. Rzeczywiście mogło się tam zdarzyć coś znacznie gorszego. Stracił słuch w lewym uchu i słyszał tam ciągły szum. Doznał też paraliżu lewej strony twarzy, przez którą przeszła ta wiązka, co jest zrozumiałe w wyniku uszkodzenia nerwów.

Ola: Próbował się leczyć. Miewał od czasu do czasu napady drgawek. I uwaga: ponieważ w Rosji Radzieckiej wszystko było tajne, nikt nie przyznał mu statusu osoby niepełnosprawnej, mimo że z biegiem czasu te napady drgawek po prostu psuły mu zdrowie i życie. Nie udało mu się nawet w 1996 roku uzyskać tego statusu, z którym wiązałyby się jakieś dodatkowe pieniądze.

Piotr: Jak to Rosja. Najpierw sprawa była tak tajna, że w ogóle nie można było o niczym mówić. Cały ten ośrodek, Instytut Fizyki Wysokich Energii, znajdował się około 100 kilometrów od Moskwy. Jak zwykle był to superściśle tajny punkt, i wszystko było najtajniejsze na świecie. Pracownicy również robili tam tajne rzeczy, więc wypadek formalnie nie istniał.

Ola: Są informacje, że ponoć próbował wyemigrować na zachód, żeby chociażby leczyć te napady drgawek. Okazało się, że nie ma na to wystarczających pieniędzy, funduszy, i w związku z tym nie wyjechał z Rosji. Taka historia, słodko-gorzka. Zakończenia nie było nieszczęśliwego, tym niemniej…

Piotr: Przeżył. To były na razie te dwie historie, w których ludzie przeżyli, chociaż, powiem szczerze, dość to grube. McCluskey w ogóle wyszedł obronną ręką, tu aż tak różowo nie było, ale to jedyny znany przypadek, kiedy człowiek został trafiony taką wiązką z akceleratora. Po prostu miał wyjątkowo dużo szczęścia, trudno to inaczej nazwać, bo normalnie mógł zostać dosłownie przepalony na wylot.

Dobra, doszliśmy do momentu, w którym kończymy na razie temat wypadków związanych z promieniowaniem, wiązkami protonów i innymi takimi zjawiskami, i przeskakujemy na temat, który właściwie najbardziej powinien się kojarzyć z wypadkami laboratoryjnymi, bo chodzi o choroby.

0:27:19 Ostatnia ofiara ospy prawdziwej

Ola: Przypominają się od razu liczne filmy katastroficzne albo sensacyjne związane z wypadkami w laboratoriach, kiedy to wyprodukowano gdzieś broń biologiczną, a ta broń wymknęła się spod kontroli. Historie, o których wam chcemy powiedzieć, przynajmniej częściowo mogą mieć z tym coś wspólnego. Pierwsza dotyczy ospy prawdziwej i jej ostatniej ofiary śmiertelnej, do której doszło w 1978 roku. I teraz uwaga: nie w dalekich Indiach, nie gdzieś w Afryce, ale w Birmingham, w Wielkiej Brytanii. W Birmingham Medical School prowadzono wówczas badania nad wirusem ospy prawdziwej. Od razu chcę zaznaczyć, że nie mówimy o ospie wietrznej, tej, która wywołuje swędzące krosty i jest często traktowana jako zwykła, niegroźna choroba wieku dziecięcego, choć z nią też różnie bywa.

Piotr: Mówimy o prawdziwie śmiertelnej ospie prawdziwej, której już formalnie nie ma, czyli nie występuje, została eradykowana.

Ola: W 1980 roku WHO uznała ją za chorobę, której już nie ma na świecie.

Piotr: To jedyna choroba, którą udało się po prostu zlikwidować, tak żeby nie występowała. Pierwsza, i miejmy nadzieję, że nie ostatnia taka.

Ola: Mamy więc rok 1978, Wielka Brytania, laboratorium badające wirusa ospy. Przenosimy się na piętro powyżej tego laboratorium, gdzie w pomieszczeniach pracuje 40-letnia fotografka medyczna, Janet Parker. W sierpniu 1978 roku nagle zaczyna chorować, a miesiąc później, we wrześniu, umiera. Lekarze dochodzą do wniosku, że umiera na ospę. Jak to się właściwie stało? Od razu podejrzenia padły na laboratorium piętro niżej.

Piotr: Nie bez powodu, dodajmy.

Ola: Tak, ale teraz uwaga, wszystkich tutaj zawiodę: to nie zostało do końca wyjaśnione, w jaki sposób ta ospa się przedostała. Najbardziej prawdopodobne podejrzenia dotyczą szybu wentylacyjnego pomiędzy piętrami, pomiędzy różnymi pomieszczeniami, i tej wersji też się będziemy trzymać: nieszczelna wentylacja i po prostu złe zabezpieczenia w laboratorium. To najkrótsze, dość ogólne wyjaśnienie tej sytuacji. Co się wówczas jeszcze stało: na ospę prawdziwą zachorowała również matka Janet Parker, która na szczęście przeszła chorobę lekko. Z kolei 5 września, tuż przed śmiercią Janet Parker, zdarzyło się jeszcze jedno nieszczęście, bo zmarł jej ojciec.

Piotr: Ale już nie na ospę.

Ola: Nie, doszło u niego do ataku serca wskutek stresu wywołanego chorobą córki. Ciąg tych nieszczęść zamyka samobójstwo Henry'ego Bedsona. Był kierownikiem Wydziału Mikrobiologii w Birmingham Medical School, odpowiedzialnym za te badania nad ospą prawdziwą, i po prostu czuł się winny tej całej sytuacji, i nie wytrzymał nerwowo tego obciążenia.

Piotr: To w sumie trzy ostatnie ofiary ospy, choć tylko jedna z nich zmarła rzeczywiście na ospę.

Ola: Jeszcze dodam, że po tym zdarzeniu większość laboratoriów na świecie zniszczyła przechowywane u siebie próbki ospy prawdziwej. Przynajmniej oficjalnie tak się stało. Wciąż przechowują je oficjalnie dwa laboratoria: w Stanach Zjednoczonych i w Rosji. Natomiast na ile to się zgadza z rzeczywistością, obyśmy się nigdy nie musieli przekonywać. W 2014 roku w dawno nieużywanym magazynie w Stanach Zjednoczonych, należącym do amerykańskiej Agencji Żywności i Leków, FDA, znaleziono pudełko z sześcioma fiolkami ospy prawdziwej.

Piotr: No tak, został nawet…

Ola: Pisaliśmy o tym u nas, w Crazy Nauce.

Piotr: Dokładnie. I prawda jest taka, że skoro te laboratoria, jeżeli gdzieś nadal te zarazki są przechowywane, a są, to zawsze jest możliwość, że one się wydostaną. Niestety, choć jak widać, nawet nie potrzebujemy ospy prawdziwej, żebyśmy sobie narobili problemów. Jak pisaliśmy, to Ola pisała chyba tekst na temat tego zdarzenia, to był właśnie środek pandemii koronawirusa, która zresztą jeszcze się nie skończyła, i widać, że sami sobie ściągamy na głowę problemy przez swoje rozmaite podejście do świata. Ale to jest temat na dłuższą rozmowę.

0:32:43 Zakażenie prionami we francuskim laboratorium

Ola: Mamy historię nowszą również.

Piotr: Właśnie, to historia całkiem świeża, bo do tej pory opowiadaliśmy o historiach z lat 50., 60., 70. Można by pomyśleć, że to były inne standardy, i rzeczywiście były, bo bardzo wiele z tych zdarzeń, o których mówimy, spowodowało w ogóle zmianę reguł prowadzenia badań czy doświadczeń. Ale to, o czym teraz chcemy wspomnieć, to zdarzenie z 2010 roku, z Francji. Nie znamy tożsamości tej osoby, bo nie została podana oficjalnie, ale wiemy mniej więcej, co się zdarzyło. Młoda technik laboratoryjna pracowała nad prionami, czyli badała priony. Priony to białka odpowiadające za cały szereg rozmaitych chorób neurodegeneracyjnych. Najbardziej znana jest choroba szalonych krów, jak to się pięknie mówiło, czyli choroba Creutzfeldta-Jakoba.

Piotr: Dokładnie, to jest gąbczasta encefalopatia. Gąbczasta, paskudnie, bo powoduje powstawanie dziur w mózgu, dosłownie. To w ogóle bardzo interesujący wątek, myślę, że kiedyś możemy opowiedzieć więcej o prionach, bo mają one bardzo paskudne właściwości. Są to takie białka, które można powiedzieć, że zarażają inne białka, ale nie tak jak bakterie czy wirusy, tylko dotykając ich, zmieniają ich konfigurację przestrzenną, powodując, że te białka przestają działać. Jeżeli ktokolwiek pamięta chociaż odrobinę biochemii, to wie, że to, że w ogóle działamy, opiera się na tym, że białka w naszym organizmie mają określone kształty, przyjmują w przestrzeni określone konformacje. Jeżeli się to zepsuje, białko przestaje działać, jeżeli nagle nabiera innego kształtu, i właśnie to robią priony: tymi swoimi dziwnymi kształtami zarażają inne białka, trochę jak w zabawie w berka, tylko takiej, w której nie da się już tego berka „odberkować”. I właśnie to tu nastąpiło: ta technik badała myszy, pracowała z próbkami tkanki mózgowej myszy.

Ola: Ale zamrożonymi, uwaga, tak by się wydawało, że to w sumie bezpieczne.

Piotr: Powiem tak: priony mają to do siebie, że nawet po ugotowaniu nadal są aktywne, nadal działają, więc nie przeszkadza im ani mrożenie, ani gotowanie. I niestety w trakcie tych działań udało jej się przebić przez dwie warstwy rękawiczek.

Ola: Niosła szczypcami tę próbkę, szczypce jej się obsunęły i przebiły dwie warstwy, bo miała podwójne rękawice. Mimo że ukłuła się tylko w kciuk, to mniej więcej po siedmiu i pół roku zaczęła odczuwać ból po prawej stronie szyi i ramienia. Pojawiły się u niej zaburzenia pamięci, halucynacje, sztywność mięśni. 19 miesięcy później, czyli około dziewięciu lat po wypadku, zmarła. Śledztwo medyczne, opublikowane w New England Journal of Medicine, powiązało tę śmierć właśnie z wypadkiem w laboratorium, do którego doszło w 2010 roku, kiedy to zdarzyło się to ukłucie w palec.

Piotr: Pojawiło się podejrzenie, że teoretycznie mogła się wcześniej zarazić tą chorobą, bo urodziła się w okresie, kiedy trwała cała afera wokół choroby szalonych krów.

Ola: Była epidemia, zwłaszcza na Wyspach Brytyjskich.

Piotr: Gdzie zabito ogromne ilości tego nieszczęsnego bydła. Ale autorzy tego raportu twierdzą, że znikome są szanse, żeby to było źródło zakażenia, i że niemal na pewno to właśnie wkłucie, zranienie, bo to oczywiście było nie tylko przebicie rękawic, ale i skóry, może niewyraźnie to powiedzieliśmy, dostanie się tych prionów do krwi spowodowało te objawy. Warto zwrócić uwagę na ten odstęp czasu, bo to w jakimś stopniu wstrząsające: siedem lat od wypadku pojawiły się pierwsze objawy, dziewięć lat od wypadku kobieta zmarła. Widać więc też, jak wolno ta choroba się rozwija.

Ola: Jeszcze dodam, że przeprowadzono autopsję, która potwierdziła, że ta osoba zmarła z powodu choroby Creutzfeldta-Jakoba.

Piotr: Objawy jeszcze za życia, a także te charakterystyczne, gąbczaste zwyrodnienia w mózgu są tu nie do pomylenia z niczym innym. To rzeczywiście dość wstrząsający wypadek, powiem szczerze, dla mnie też mocno, ale będą jeszcze dwa. Teraz taki dziwny, który, jak o nim czytałem, ktoś porównywał do podejścia znanego z Parku Jurajskiego, bo tam było takie hasło, nie wiem, czy pamiętacie, że dinozaury zostały tak zabezpieczone, żeby się same nie mogły rozmnażać, wszystkie miały być samicami, i dzięki temu można było kontrolować ich populację, a ktoś w pewnym momencie stwierdza, że natura zawsze znajdzie jakieś obejście tego typu zabezpieczeń. I to jest właśnie taki przypadek, bo tu natura znalazła obejście zabezpieczenia genetycznego wymyślonego przez naukowców.

0:39:24 Dżuma, ukryta choroba i śmierć badacza

Piotr: Chodziło o zabezpieczenie pałeczek dżumy, czyli bakterii wywołujących dżumę, kolejną chorobę, która swego czasu wywoływała ogromne epidemie, zabijające dziesiątki tysięcy ludzi. Dżuma nie jest chorobą eradykowaną tak jak ospa prawdziwa, wciąż pojawia się w wielu miejscach na świecie, prowadzone są nad nią rozmaite badania, między innymi po to, żeby było bezpiecznie. Zmodyfikowano bakterie dżumy tak, żeby nie były w stanie pobierać żelaza od swojego nosiciela, od osoby czy organizmu, który zakażają.

Ola: A ponieważ ich organizmy potrzebują tego żelaza i nie mogą bez niego istnieć, w związku z tym dżuma nie może się rozwijać.

Piotr: Te bakterie mogą żyć tylko na specjalnych odżywkach, w których jest bardzo wysoka zawartość żelaza, tak żeby mogły funkcjonować, ale okazało się, że to nie wystarczy. Co się dzieje: mamy znowu laboratorium, i znowu to nie są jakieś szalenie zamierzchłe czasy, bo to zdarzenie z 2009 roku, czyli podobny moment. Mikrobiolog Malcolm Kasadaban [? niepewne: pisownia nazwiska] badał te bakterie na Uniwersytecie Chicago i czuł się tam bezpiecznie, oczywiście wykorzystywano wszystkie rozsądne zabezpieczenia, obowiązkowe przy badaniu tego typu zarazków.

Ola: Stosowano wszystkie, ale Kasadabanowi zdarzało się czuć tak bezpiecznie z tymi pałeczkami dżumy, że od czasu do czasu nie zakładał rękawiczek ochronnych. I co się okazało? Kompletnie nie wiedział o jednym, bardzo istotnym fakcie, który zmieniał wszystko: że cierpi na chorobę zwaną hemochromatozą pierwotną.

Piotr: Genetyczna choroba, dodajmy, która czasami daje objawy, a czasami nie. U niego nie dawała wyraźnych, więc nie wiedział.

Ola: Ta choroba wywołuje nadmierne przyswajanie i gromadzenie się żelaza w tkankach. Innymi słowy, w momencie, kiedy wniknęły tam pałeczki dżumy, a miały okazję wniknąć, bo badacz nie używał rękawiczek, trafiły na coś w rodzaju pola wypasu z żelazem, karmnika, w którym mogły swobodnie funkcjonować, mimo że teoretycznie były zmodyfikowane tak, żeby się nie rozwijały w ludzkim organizmie. Akurat w tym organizmie mogły to robić.

Piotr: Hemochromatoza pierwotna ma to do siebie, że żelazo odkłada się praktycznie we wszystkich tkankach ciała, w niektórych bardziej, jak w wątrobie, ale właściwie wszędzie jest go za dużo, co może się wiązać z rozmaitymi zmianami zapalnymi, zwyrodnieniowymi i tak dalej, ale może się też nie wiązać. Tu akurat nasz bohater miał tyle szczęścia, że nic nie wiedział o tej swojej chorobie, nie dawała żadnych objawów, i dopiero kiedy te bakterie tam trafiły, okazało się, że doskonale mogą rozwijać się w jego organizmie. Było to kompletne zaskoczenie, nikt właściwie nie wiedział, co się stało, dopiero badanie sprawiło, że zorientowano się, że tego żelaza jest w nim na tyle dużo, że to w zupełności wystarczyło tym bakteriom.

Ola: Dodam, że w dzisiejszych czasach dżumę można leczyć, nie jest ona chorobą śmiertelną, to znaczy, może się taka okazać nieleczona, ale istnieją antybiotyki, którymi można ją leczyć, więc ten wypadek nie musiał się okazać fatalny.

Piotr: Jeszcze tylko dodajmy: zmarł w wyniku tego zakażenia. Ta choroba bardzo szybko się u niego rozwinęła, to dosłownie było kilka dni, i zakończył życie.

0:43:13 Zakażona małpa i śmiertelny wirus herpes B

Ola: Jeszcze jeden wypadek, który miał miejsce w laboratorium, gdzie również prowadzono badania nad chorobami zwierzęcymi. Miało to miejsce w 1997 roku, kiedy Elisabeth Griffin [? niepewne: pisownia nazwiska], młoda badaczka z Centrum Badań nad Naczelnymi w Atlancie, przenosiła klatkę z makakiem zakażonym herpeswirusem B. To choroba, która rzadko jest przenoszona na ludzi, ale jeżeli człowiekowi zdarzy się ją podłapać, to niestety jest w 70 procentach śmiertelna.

Elisabeth Griffin przenosiła małpę zamkniętą w klatce, miała na sobie rękawiczki i fartuch ochronny, nie miała bezpośredniego kontaktu ze zwierzęciem. Nagle coś mokrego uderzyło ją w oko. Są podejrzenia, że albo małpa na nią plunęła, albo rzuciła swoimi odchodami. Co się stało? Badaczka zbagatelizowała ten incydent, nawet go nie zgłosiła nikomu. Po dwóch tygodniach trafiła do lekarza z zapaleniem spojówek i silnym bólem głowy, potem dołączyły do tego objawy neurologiczne, a po czterech tygodniach od wypadku zmarła. Mamy tu wyjątkowego pecha, bo nie miała na sobie, uwaga, okularów ochronnych. Po tym wypadku wprowadzono powszechny obowiązek używania również okularów ochronnych w takich sytuacjach, kiedy pracuje się ze zwierzętami.

0:45:05 Karen Wetterhahn i trucizna, która przenika rękawiczki

Piotr: Teraz jeszcze przypadek, który wyjątkowo zrobił nam wrażenie, może dlatego, że tym razem przestrzegano absolutnie wszystkich zasad. Badaczka, o której mówimy, Karen Wetterhahn, była wyjątkowo skrupulatna, wszystko przeprowadziła tak jak trzeba, zgodnie z obowiązującą wiedzą, ale to nie wystarczyło. To z kolei zdarzenie z 96 roku, czyli znowu nie jakaś totalna prehistoria, zależy jak dla kogo, ale nie.

Wetterhahn była toksykolożką, która skupiała się na badaniu oddziaływania metali ciężkich na organizm, i prowadziła badania, w których wykorzystywano wówczas dość podstawową dla laboratoriów substancję, czyli dimetylortęć. To związek rtęci, już nieistotne, jak powstaje, dość, można powiedzieć, słynny związek, wiele się o nim od tego czasu mówiło. Teraz wiemy, że dimetylortęć jest wyjątkowo niebezpieczną trucizną, wtedy wiedziano, że jest trucizną, ale zaraz powiem, skąd ta zmiana.

Całe zdarzenie polegało na tym, a są tu dwie wersje, że albo z pipety kapnęła jej odrobina dimetylortęci, albo rozbiła się jakaś malutka fiolka z tą substancją, ale naprawdę malutka, było jej bardzo niewiele. Na całe szczęście, tak się wydawało, badaczka miała rękawiczki, które przed tym zabezpieczały: lateksowe, normalne, laboratoryjne, porządne rękawiczki. Wiedziała, że to trująca substancja, ale ponieważ nie nastąpiło żadne rozszczelnienie zabezpieczeń, zdjęła rękawiczki, odpowiednio je zutylizowała, posprzątała teren, wszystko odkaziła i tak dalej. Przeprowadziła wszystkie zalecane procedury, wszystko zgodnie z laboratoryjnymi zasadami.

Kłopot polega na tym, że później okazało się, że dimetylortęć znakomicie przenika przez lateks, wystarczy dosłownie kilkanaście sekund, żeby ta substancja przedostała się przez rękawiczkę. Co więcej, nie polega to na tym, że wyżera w niej dziurę, co by się dało zauważyć. Przenika w sposób niezauważalny, nie pozostawiając śladu na rękawiczce, i co gorsze, doskonale wchłania się przez skórę. Naprawdę wystarczy tych kilkanaście sekund, żeby dimetylortęć przedostała się przez rękawiczkę i przez skórę, i trafiła do krwioobiegu.

Ola: I to jest taki cichy zabójca, absolutnie cichy i absolutnie zabójczy.

Piotr: Dokładnie tak, dlatego że na pewno słyszeliście, że rtęć jest substancją bardzo niebezpieczną. To prawda, rtęć ma bardzo groźne działanie na układ nerwowy. Zresztą jest tak, że w przypadku skażenia rtęcią, czy dostania się jej do organizmu, w organizmie powstaje właśnie dimetylortęć, która tam sieje spustoszenie.

Tu ta substancja dostała się bezpośrednio, i to w dawce, która jak na organizm ludzki była całkiem duża. Stopniowo coś zaczęło się dziać w organizmie, to znowu charakterystyczne dla dimetylortęci, że zmiany nie następują tak szybko, jak przy wielu zatruciach. Minęły mniej więcej trzy miesiące od wypadku do momentu, kiedy Wetterhahn miała pierwsze objawy: bóle brzucha, utratę wagi, a dopiero później, po niemal roku, pół roku, pojawiły się bardziej charakterystyczne objawy ze strony układu nerwowego. Ponieważ była toksykolożką, zorientowała się, że to musi być zatrucie rtęcią, ale początkowo nie skojarzyła tego z tamtym wypadkiem, bo wedle ówczesnych standardów nic się nie stało, co byłoby jednoznacznie niebezpieczne.

Przeprowadzono jednak badania jej włosów, próbek z organizmu, i stwierdzono, że normy zawartości rtęci zostały przekroczone od 80 do nawet ponad 100 razy. To już jest dawka, która właściwie nie daje żadnych nadziei. Zmiany neurologiczne dość szybko zaczęły postępować. Starano się przeprowadzić terapię normalnie stosowaną w takich wypadkach, pozwalającą przynajmniej częściowo oczyścić organizm z rtęci. Problem polega też na tym, że dimetylortęć nie jest z organizmu usuwana, nie podlega procesom metabolicznym. Bardzo powoli wiąże się w organizmie, bardzo powoli przenika do mózgu, ale kiedy już przeniknie, zakłóca tam przekazywanie sygnałów nerwowych, i właściwie nie ma ratunku.

Niestety skończyło się to tragicznie. Stopniowo jej stan się pogarszał, w pewnym momencie zapadła w stan, który właściwie nie rokował żadnych nadziei, podłączono ją do aparatury podtrzymującej życie, i finalnie zmarła 8 czerwca 97 roku, czyli osiem miesięcy po wypadku. To zdarzenie w jakimś stopniu wstrząsnęło światem specjalistów, toksykologów, bo nie zdawano sobie sprawy z tego, że ten związek nie tylko jest niezwykle toksyczny, o tym już wiedziano, ale że tak łatwo przenika przez zabezpieczenia uznawane za standardowo bezpieczne. Wprowadzono na całym świecie nowe przepisy dotyczące pracy z dimetylortęcią, bardzo ograniczono jej obecność w laboratoriach, co było trudne, bo w pewnych zastosowaniach jest praktycznie niezastąpiona, ale udało się to jakoś obejść. Nakazano też stosowanie specjalnych rękawic z bardzo gęstego laminatu plastikowego, tak zwanego silver shield, trochę to wyglądało jak hutnicze rękawice, takie srebrzyste. To warstwa, przez którą dimetylortęć nie jest w stanie przeniknąć.

Było to jednak wstrząsające, bo człowiek czuł się całkowicie bezpiecznie, zrobił wszystko dobrze, nie dało się niczego zarzucić tej procedurze, a mimo to okazało się, że to nie wystarczy.

0:52:33 Jim LeBlanc i człowiek, który przeżył próżnię

Ola: Na koniec coś optymistycznego. Po tych wszystkich strasznych historiach, którymi was dziś uraczyliśmy, chcemy opowiedzieć wam o jedynym znanym przypadku człowieka, który przeżył ekspozycję na niemal całkowitą próżnię. Stało się to w 1966 roku, w ramach programu przygotowującego amerykański przemysł kosmiczny do podróży na Księżyc. Jim LeBlanc testował wtedy w komorze próżniowej jeden z prototypów skafandra księżycowego. Ta komora była specjalnie zabezpieczona, miała troje drzwi, i dość szybko obniżało się w niej ciśnienie powietrza. LeBlanc został zamknięty w tej komorze, był w skafandrze, miał podłączony wąż doprowadzający powietrze, ale niestety ten wąż się odłączył, i wkrótce po rozpoczęciu doświadczenia to się okazało.

W ciągu zaledwie dziesięciu sekund ciśnienie w jego skafandrze spadło do siedmiotysięcznej atmosfery, co oznacza, że właściwie zapanowała tam próżnia. Jedyne, co odnotował LeBlanc, to że ślina na jego języku zaczęła się pienić.

Piotr: Zagotowała się po prostu.

Ola: Piotrek zaraz więcej na ten temat powie. LeBlanc stracił przytomność po około piętnastu sekundach. Udało się go uratować dzięki temu, że po 25 sekundach do komory wpadł jego kolega, który był w sąsiednim pomieszczeniu o częściowo obniżonym ciśnieniu, i błyskawicznie podniósł ciśnienie w komorze, w której przebywał LeBlanc. Zazwyczaj trwało to 30 minut, mamy tu komorę kompresyjną, czyli odwrotność komory dekompresyjnej dla nurków, w której powinno się powoli zwiększać ciśnienie. Tym razem w trybie awaryjnym zrobiono to w ciągu 87 sekund. Poskutkowało to na szczęście tylko tym, że LeBlanc czuł ból ucha, to typowo nurkowy uraz, polegający na bólu ucha, uszkodzeniu błony bębenkowej. Odzyskał przytomność dość szybko i tak naprawdę wyszedł z tego obronną ręką.

A jak to się ma do tych wizji z filmów science fiction czy różnych filmów katastroficznych, gdzie ludziom wypadają oczy, gotują się mózgi, eksplodują ciała?

Piotr: To może Piotrek coś powie. Jeszcze dodajmy, że perełką jest film z tego całego wydarzenia. Podłączamy go w opisie odcinka, możecie sobie zobaczyć, bo jak wszystkie tego typu badania, to wszystko było filmowane. Widać ten moment, kiedy on traci przytomność, kiedy wpada jego kolega, widać, jak odzyskuje przytomność. Nie jest to może najlepszej jakości obraz, ale warto go zobaczyć, zwłaszcza kiedy wiemy, co się dzieje, bo to jedyny przypadek, kiedy człowiek przeżył ekspozycję na niemal całkowitą próżnię, rzeczywiście tam było to ciśnienie znikome.

A jeśli chodzi o to gotowanie, zacznijmy od gotowania się śliny. Rzeczywiście ślina na jego języku się zagotowała. Jakkolwiek by to makabrycznie brzmiało, to nic strasznego, dlatego że im niższe ciśnienie, tym niższa temperatura wrzenia. W związku z czym w zupełności wystarczyła ta temperatura na jego języku, panujące tam trzydzieści parę stopni, żeby ślina się zagotowała. Nie chodzi więc o to, że temperatura się jakoś podniosła, po prostu pojawiły się bąbelki.

Co jeszcze się dzieje, a co się nie dzieje? Przede wszystkim ta utrata przytomności może być zastanawiająca, że była tak szybka. To z kolei efekt tego, że w próżni nasze płuca działają w odwrotną stronę. Normalnie mamy wymianę gazową: tlen trafia do krwi, dwutlenek węgla jest wypompowywany. Tu natomiast płuca zaczynają działać jak pompa odsysająca gazy z krwi. Serce cały czas bije, cały czas trwa ta wymiana gazowa, tyle tylko, że żaden gaz nie dociera do płuc, wszystko jest wyciągane z krwi przez płuca. W związku z czym płuca bardzo szybko odtleniają krew, co powoduje bardzo szybką utratę przytomności.

Nie ma tu żadnego wybuchu, to znaczy, wiem, że w filmach, tak jak Ola wspomniała, ciała w próżni wybuchają, ale nie mają powodu wybuchać.

Ola: Oczy wybuchają tak spektakularnie.

Piotr: Oczy to już zwłaszcza, to już jest kompletną bzdurą.

Ola: W „Pamięci absolutnej”?

Piotr: W „Pamięci absolutnej” one tak cudownie spuchły, tam chyba w samym momencie wybuchły niemal, takie wywalone gały. Prawda jest taka, że ciecze, a z tego głównie składają się nasze oczy, mają bardzo kiepską rozszerzalność, więc nawet przy bardzo małym ciśnieniu niewiele zwiększają swoją objętość. Co zwiększy objętość, to gaz w płucach, i rzeczywiście, gdyby ktoś się zaciął i próbował zatrzymać powietrze w płucach, to w próżni efekt byłby taki, że prawdopodobnie rozerwałoby mu te płuca.

To znowu nie byłby żaden wybuch, po prostu by popękały. Jeżeli natomiast wylot jest otwarty, że tak powiem, to powietrze uchodzi z płuc i nic spektakularnego się nie dzieje. Krew również się nie gotuje, bo temperatura jest trochę za niska. Gdyby nasze ciała miały temperaturę około 46 stopni, to krew by się zagotowała, ale nasze 37 na szczęście nie wystarcza. Nie ma też żadnego zamarzania, to osobna opowieść termodynamiczna, ale wbrew temu, co się często pokazuje, próżnia sama z siebie nie jest zimna. W ogóle nie jest żadna, bo w próżni z definicji nie ma atomów, więc nie ma nawet pojęcia, czy coś jest zimne, czy ciepłe. Oczywiście tam też następuje utrata ciepła przez wypromieniowanie, ale to już zupełnie inna historia. Zresztą próżnia sama z siebie jest znakomitym izolatorem termicznym, jeżeli ktoś pamięta dawne termosy, które się tłukły, to właśnie pomiędzy tymi szklanymi ściankami nie było próżni, ale było bardzo obniżone ciśnienie. Zresztą w dobrych, porządnych, współczesnych termosach też to tak działa, nie mówię o termosach wypełnionych jakimiś piankami czy styropianem, tylko o takich naprawdę na wypasie, które też mają między ściankami niemal próżnię.

To są te rzeczy, które się nie dzieją w wyniku takiej ekspozycji, czego doskonałym przykładem jest właśnie nasz bohater, Jim LeBlanc, który nie wybuchł, nie ugotował się, przeżył, znakomicie się miał, nic mu się tak naprawdę nie stało. Historia dość niezwykła, ale z absolutnie szczęśliwym zakończeniem.

0:59:56 Zakończenie

Ola: Bardzo wam dziękujemy, że dotrwaliście z nami do końca. Dziękujemy za wysłuchanie podcastu Crazy Nauka. Zapraszamy was, zachęcamy do tego, żebyście słuchali również innych naszych odcinków, gdzie mówiliśmy między innymi o nieprzewidzianych skutkach prób jądrowych czy o kłamstwach branży paliwowej, które doprowadziły do powstania i rozpowszechnienia się mitów związanych ze zmianą klimatu.

Piotr: Zachęcamy też do zajrzenia do naszego sklepu z koszulkami. Znajdziecie go pod adresem Kreatorium. Kreatorium, tam jest sklep, gdzie w tej chwili są dostępne dwa wzory. Mówię o drugiej połowie lipca 2022 roku, będzie tego więcej.

Ola: Będą również kubki, podkładki, będzie więcej różnych fajnych naukowych haseł. Szykujemy dla was różne atrakcje.

Piotr: Kreatorium.com.

Ola: Powiedzcie o tym innym, powiedzcie innym również o naszym podcaście. Jeżeli macie jakiekolwiek pytania, prośby, chęci, piszcie do nas pod adres podcasty@crazynauka.pl. I subskrybujcie nasz podcast. Jesteśmy obecni na wszystkich liczących się platformach podcastowych.

Piotr: Nieliczących się też.

Ola: Nieliczących się też. Jesteśmy wszędzie. Cicha ekspansja.

Piotr: W lodówce.

Ola: Tak, nie otwierajcie tej lodówki za szybko. Dziękujemy wam bardzo, słyszymy się następnym razem. Cześć.

Piotr: Cześć.

Źródła

* https://en.wikipedia.org/wiki/Cecil_Kelley_criticality_accident

* https://www.crazynauka.pl/rdzen-demona-kula-plutonu-ktora-zabila-dwoch-naukowcow/

* https://en.wikipedia.org/wiki/Harold_McCluskey

* https://en.wikipedia.org/wiki/Anatoli_Bugorski

* https://www.labsafety.org/fail-proof-fail-the-microbiologist-killed-by-his-own-experiment

* https://en.wikipedia.org/wiki/Karen_Wetterhahn

* https://www.livescience.com/mad-cow-disease-lab-accident-vCJD.html

* https://sitn.hms.harvard.edu/flash/2013/space-human-body

* https://www.crazynauka.pl/ospa-prawdziwa-setki-milionow-jej-ofiar-i-ostatnia-z-nich-janet-parker-mija-40-lat-od-eradykacji-choroby/

* https://www.crazynauka.pl/czlowiek-ktory-przezyl-w-prozni-jak-to-naprawde-wyglada/

* https://www.labsafety.org/memorial-wall