Podcast Crazy Nauka · odc. 13

Wielkie smrody w wielkich miastach – historia od Kryzysu Końskiego Łajna po Zabójczą Mgłę

24-09-2022 · 73 min · Tematyczny, Historia nauki i odkryć, Katastrofy

Okładka odcinka

Tu jest treść z serwisu Spotify. Po jej włączeniu Spotify otrzyma Twój adres IP i może zapisać w przeglądarce pliki cookies.

Posłuchaj też na:

Miasto, które trzeba było podnieść, dom po domu, o 2 metry. Rzeka, która odsłoniła niewiarygodnie śmierdzące pokłady wszelkich możliwych brudów. Wielki Kryzys Końskiego Łajna w Londynie i Manhattan, w którym pokłady odchodów miały sięgnąć drugiego piętra. Zebraliśmy niesamowite opowieści o cuchnących problemach wielkich miast od połowy XIX do połowy XX wieku.

Rozdziały:
(00:00) Cześć 🙂

(01:40) Wielki Smród

(18:07) Hej, podnieśmy miasto!

(48:19) Kryzys Końskiego Łajna

(01:01:50) Zabójcza mgła

Zapowiadana pasta:
wykop.pl/wpis/19588545/my-urodzeni-w-przeszlosci-z-nostal…

Transkrypcja odcinka

Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.

0:00:00 Wstęp

Ola: Dziś opowiemy o katastrofie ze ściekami w Tamizie, wskutek której zmarło 30 tysięcy ludzi, ale kronikarze i tak lubią podkreślać, że smród był tak wielki, iż uniemożliwił królowej Wiktorii rejs po rzece.

Piotr: I o kompletnie szalonym projekcie podniesienia całego miasta o dwa metry – ale bez spoilerów, jak się zakończył.

Ola: O przewidywaniach włodarzy Nowego Jorku, że do 1930 roku koński nawóz zalegający na ulicach sięgnie drugiego piętra domów na Manhattanie.

Piotr: I o pięciu dniach grozy w Londynie, kiedy ludzie dosłownie musieli oddychać kwasem siarkowym. I tu jeszcze mały spoiler: tym razem trzy czwarte naszych historii będzie się kręciło wokół kupy.

Ola: Cześć, tu Ola Stanisławska.

Piotr: I Piotrek Stanisławski, podcast Crazy Nauka.

Ola: Dziś opowiemy o cuchnących problemach wielkich miast w przeszłości.

Piotr: I to właśnie jest temat podcastu. My was zdecydowanie zachęcamy, żebyście subskrybowali nasz podcast wszędzie tam, gdzie go słuchacie – przede wszystkim dlatego, że będziecie dostawali informacje o nowych odcinkach. Poza tym my widzimy, że ktoś nas słucha i coś się dzieje. Zdecydowanie warto to robić.

Ola: A jesteśmy obecni na wszystkich liczących się platformach podcastowych.

Piotr: I na nieliczących się też.

0:01:40 Wielki Smród

Ola: Tak więc możecie nas znaleźć absolutnie wszędzie, zachęcamy was gorąco. Przechodzimy do sedna sprawy, czyli do pierwszego tematu, który sobie przygotowałam. To jest wielki smród w Londynie.

Piotr: W ogóle będzie o smrodach.

Ola: O smrodach będzie dzisiaj bardzo dużo. Będzie trochę nieapetycznie, ale zaręczam – bardzo ciekawie. Wielki Smród jest pisany z wielkiej litery w różnych źródłach historycznych. To wydarzenie miało miejsce w połowie XIX wieku, w Londynie. Londyn był wówczas największym miastem na świecie – mieszkało tam 2,5 miliona ludzi, co jest ogromną liczbą jak na połowę XIX wieku. Ta liczba rosła też gwałtownie, bo na początku XIX wieku było tam około miliona mieszkańców, czyli wzrosła dwukrotnie. I jeszcze tylko powiem, że w 2022 roku Londyn ma około 9 milionów mieszkańców i już od dawna nie jest największym miastem świata – konkretnie od 1914 roku.

Piotr: Serio? Wtedy też był większy od [? niepewne: nowokazjatyckich] miast?

Ola: Nie były tak rozwinięte, absolutnie nie. Potem, zdaje się, miasta amerykańskie zaczęły połykać Londyn – ale o tym za chwilę, bo o miastach amerykańskich jeszcze będzie. Tymczasem mamy rok 1858 i miasto nie ma kanalizacji. Uwaga: wielkie, dwuipółmilionowe miasto nie ma kanalizacji. Ja tylko mogę sobie wyobrażać, jaki to był koszmar żyć w takim mieście.

Piotr: Zastanawiam się, jak ludzie funkcjonowali – czy mieli jakoś inaczej skalibrowane zmysły węchu?

Ola: Wyobraź sobie, że stale żyjesz w smrodzie. Nie ulega wątpliwości, że tam stale panował fetor, więc już się do niego przyzwyczajasz – staje się on taką wartością bazową. Natomiast pojawia się coś, co zostało nazwane z wielkiej litery Wielkim Smrodem. Wyobraź sobie, w jakiej skali to musiało być. Uwaga, mały spoiler: smród było czuć na odległość kilkudziesięciu kilometrów od Londynu.

Piotr: Zachęcająca wizytówka miasta.

Ola: Absolutnie. Sprawa była taka, że Tamiza płynie przez Londyn leniwie, jest powolna. Dodatkowo pływy morskie spowalniają wypływ rzeki do morza, czyli powodują coś w rodzaju spowolnień. To sprawia, że większość nieczystości spływających z Londynu osiadała na dnie Tamizy w pobliżu miasta. A co tam spływało? Różne straszne rzeczy – ludzkie i zwierzęce nieczystości. W Londynie żyło w tym czasie kilkadziesiąt tysięcy koni, które obsługiwały większość ruchu miejskiego, o czym powiemy za chwilę dokładniej. Do tego dochodziły ścieki z licznych zakładów przemysłowych – z papierni, garbarni, warzelni, farbiarni. I uwaga: Londyn w tym czasie zaczynał się wyposażać w toalety. Panowała wręcz taka moda, żeby bogatsze rody montowały sobie toalety spłukiwane w domach, i wydawałoby się, że to poprawi sytuację. Ale uwaga: toaleta była zamontowana w domu, lecz nie podłączona do kanalizacji.

Piotr: Czyli leciała piętro niżej kupa, że tak powiem, dosłownie.

Ola: Leciała takim kanałem.

Piotr: Czyli po prostu wypływała na zewnątrz, a dalej to już spływała – gówno kogo obchodzi.

Ola: Takie były rzeki kupy, które płynęły w stronę Tamizy.

Piotr: Dopływy Tamizy.

Ola: Dopływy Tamizy. My się dzisiaj śmiejemy, natomiast ja sobie wyobrażam, jak makabryczna to była sytuacja, bo problem polegał na tym, że naprawdę znaleźli się w klinczu. Miasto postanowiło przepłukać te istniejące kanały – takie otwarte kanały, które po prostu niewiarygodnie cuchnęły. Zrobiono taką akcję płukania i w 1849 roku wypłukano z Londynu ponad 60 tysięcy metrów sześciennych nieczystości. Wszystko do Tamizy.

Piotr: A ta Tamiza się nie spieszyła wcale, jak rozumiem, z zabieraniem tego?

Ola: Absolutnie się nie spieszyła. Co więcej, uwaga: z Tamizy i połączonych z nią zbiorników ludzie brali wodę pitną. Ci bogatsi pewnie sobie ją skądś sprowadzali, ale większość miasta korzystała właśnie z tej wody. I tu pojawia się problem: wtedy jeszcze nie do końca łączono kropki, czyli nie wiedziano, że picie ścieków wywołuje różne choroby. A tych chorób była ogromna masa – najważniejsze z nich to czerwonka, dur brzuszny i cholera.

Piotr: Skąd ja to znam? Zapamiętajcie sobie tę wspaniałą trójcę, bo potem będę do niej nawiązywał.

Ola: Otóż w pierwszej połowie XIX wieku, takiej rozszerzonej, jak się zaraz przekonacie, Londyn nawiedziły trzy wielkie epidemie cholery. W 1831-1832 zmarło 6 tysięcy londyńczyków, w kolejnej epidemii – 14 tysięcy ofiar, a w epidemii 1853-1854 – 10 tysięcy ofiar.

Piotr: Poczekaj – 10 tysięcy, a wtedy miasto liczyło 2,5 miliona? Powiem ci, że to niezły procent.

Ola: Ale poczekaj, jeszcze nie doszliśmy do tej głównej epidemii, o której zaraz powiem. Dopiero w 1854 roku, w tej kolejnej epidemii cholery – taka dygresja – londyński lekarz o wdzięcznym nazwisku John Snow. Jeżeli ktoś czytał albo oglądał Igrzyska Śmierci…

Piotr: A nie, to Igrzyska Śmierci. Ale tam też był jakiś Snow, w Grze o Tron.

Ola: W Grze o Tron jest Jon Snow, tak, nieślubny syn Neda Starka. Ojej, chyba to był spoiler dla tych, którzy nie oglądali. Natomiast w Igrzyskach Śmierci jest prezydent Snow – nie pamiętam, czy miał na imię John, nieważne. W każdym razie nasz londyński John Snow prowadził badania nad ofiarami epidemii i dowiódł właśnie w 1854 roku, że epidemie cholery były spowodowane przez zanieczyszczoną wodę. To ogromny postęp medycyny – ludzie skojarzyli jedno z drugim. Wcześniej myślano, że to efekt miazmatów.

Piotr: Tak, miazmaty w ogóle.

Ola: Jak to się mówi?

Piotr: Wydaje mi się, że miazmaty. Ale generalnie miazmaty to takie snujące się, toksyczno-szkodliwe opary, które miały wywoływać wszystko – w czasach przeddrobnoustrojowych.

Ola: Jest w tym trochę prawdy, choć niecała, i nie dociera się tu do sedna sprawy. Ale wróćmy do wielkiego smrodu w Londynie. Mamy rok 1858, czyli 4 lata po odkryciu przez Johna Snowa przyczyny chorób. Zostało to zlekceważone – ludzie się z tego śmiali, że powiązał brudną wodę z chorobami i epidemiami szalejącymi w mieście. Przez wiele lat w ogóle nie chciano spojrzeć na to od tej strony. Częste podejście, to nie jest jedynie problem naszych czasów. W czerwcu 1858 roku pojawiła się w Londynie fala upałów. Znacie to skądś, prawda? Temperatury w cieniu sięgają 35 stopni Celsjusza, zaczyna panować susza. Tamiza obniża swój poziom i zaczyna odsłaniać to, co zalega na jej dnie. A zalegało tam coś przepotwornego – w niektórych miejscach odsłoniła zwały brudów gromadzących się przez całe dziesięciolecia, niekiedy dwumetrowej grubości.

Piotr: Czyli te brudy to nie były same odchody, pewnie jakieś…

Ola: Ścieki fabryczne.

Piotr: Kości, co tam zatonęło.

Ola: Wszystko, absolutnie wszystko. I uwaga: te upały trwają i trwają, i to wszystko zaczyna fermentować, czyli się rozkładać. Rzeka zamienia się w niewyobrażalnie cuchnące bajoro, i to właśnie ten smród był odczuwalny z odległości kilkudziesięciu kilometrów od Londynu. Dziś trudno sobie coś takiego wyobrazić, jak bardzo dużym koszmarem to musiało być. Wiemy, że niektóre rzeki azjatyckie są dziś straszliwie zanieczyszczone, ale podejrzewam, że ten problem w Londynie był znacznie większy, bo teraz jakieś systemy kanalizacyjne w miastach, choćby najbardziej zanieczyszczonych, jednak istnieją, a wtedy w Londynie ich nie było. I co się dzieje? Ludzie zaczynają uciekać z Londynu, bo smród przekroczył wszelkie wartości akceptowalne dla mieszkańców, którzy podejrzewam byli i tak bardzo mocno uodpornieni na wszelkie smrody. Parlament zawiesza działalność – dodajmy, że właśnie świeżo przeprowadził się do Pałacu Westminsterskiego.

Piotr: Czekaj, czy on był nad samą Tamizą?

Ola: No właśnie o tym mówimy, nad samą Tamizą.

Piotr: Niezły czad – no, to nie do końca właściwe słowo.

Ola: Budynki parlamentu, wszelkie biblioteki, bo tam było dużo urzędów i budynków użyteczności publicznej, z widokiem na rzekę – tam panowały potworne warunki. Ludzie ratowali się tym, że wieszali zasłony nasączone chlorkiem bielącym, substancją służącą do dezynfekcji i bielenia.

Piotr: Czyli waliło dodatkowo chlorem? Ja rozumiem, że to miało jakoś pomagać, ale poza smrodem fermentujących, gnijących odchodów, trupów i wszystkiego, nakładał się na to jeszcze smród chloru.

Ola: Tak, i do tego jeszcze – jak i tak rzeka była w stanie rozpaczliwym, to dobito jej bioróżnorodność, bo ładowano tam wapno.

Piotr: Bioróżnorodność w tym wypadku to dość wątpliwa rzecz.

Ola: Na pewno było tam bardzo różnorodnie, tylko to chyba nie była ta bioróżnorodność, której wszyscy by oczekiwali. Do Tamizy wsypano w tym okresie kilkaset ton wapna.

Piotr: To ma pewien sens, bo to wapno mogło mieć w jakimś stopniu działanie dezynfekcyjne, choć podejrzewam, że mało skuteczne – może niegaszone wapno mogło jakoś teoretycznie trochę pomóc.

Ola: Podejrzewam, że po coś to robili i może przyniosło to jakieś skutki, ale tak naprawdę skutki przyniosły dopiero ulewne deszcze, które pojawiły się po trzech miesiącach od pierwszej fali upałów. Dopiero w sierpniu zakończyła się ta straszna klęska ekologiczna. I teraz – o najważniejszym jeszcze nie powiedziałam. Pojawiły się epidemie duru brzusznego, czerwonki i cholery, i tym razem zmarło z ich powodu 30 tysięcy osób. Dodam, że wcześniej mówiłam tylko o cholerze, bo takie dane znalazłam, natomiast tu mamy łączną liczbę ofiar wielkiego smrodu – 30 tysięcy. Ale to wszystko schodzi w cień, bo to, co podają różne źródła w postaci artykułów czy książek na temat wielkiego smrodu, jest mniej ważne niż to, że swój rejs po Tamizie w tamtym okresie musiała odwołać królowa Wiktoria i książę Albert. Wyobraź sobie.

Piotr: Nie byli w stanie się między wyspami głównej trupów przebić swoim wspaniałym okrętem flagowym.

Ola: Właśnie się zastanawiam, dlaczego odwołali?

Piotr: Dlaczego odwołali?

Ola: Przesada, uważam. Co im przyszło do głowy?

Piotr: Ale już mam tę wizję, jak brną w tym śmierdzącym szlamie, a wioślarze zanurzając wiosła za każdym razem podnoszą z tego takie brązowe smugi.

Ola: Ale rozumiesz, że osoby, które opisują ten temat, czują się w obowiązku poinformować, że gdzieś się pojawia w ostatnim akapicie 30 tysięcy ofiar, ale że królowa musiała odwołać rejs po Tamizie – dramat.

Piotr: Mogłaś od tego zacząć.

Ola: Właśnie bardzo mnie to kusiło, ale wiedziałam, że w którymś momencie to powiem i podkreślę to bardzo mocno.

Piotr: Absolutnie, to jest wstrząs.

Ola: To ja jeszcze tylko na zakończenie powiem, że jest pozytywna strona tej historii.

Piotr: Królowa potem zdała radę popłynąć – niech zgadnę.

Ola: Prawdopodobnie nie raz. Natomiast ten incydent skłonił rząd brytyjski do budowy systemu kanalizacji w Londynie.

Piotr: Czekaj, niech zgadnę – duży wpływ na to miał fakt, że parlament był nad rzeką?

Ola: Myślę, że to był główny argument za tym, żeby zbudować system kanalizacji, i zbudowano go na tyle skutecznie, że rzeczywiście wyeliminowano większość dużych epidemii chorób typu dur brzuszny, cholera czy czerwonka. Skuteczności tego systemu dowodzi na przykład to, że epidemia, która wybuchła w Notting Hill kilka czy kilkanaście lat później, nie przeniosła się do reszty miasta – tam, gdzie nie było jeszcze kanalizacji, wciąż wybuchały epidemie, bo wiadomo, że całego miasta od razu nie skanalizowano. Natomiast to, co zrobiono – budowano ceglane kanały, murowano je porządnie – było ogromną inwestycją. Wiemy z różnych ciekawych źródeł, między innymi opisują to różni brytyjscy powieściopisarze, że w tych kanałach też różne rzeczy się działy, ale to nie były już takie klęski ekologiczne jak ta z 1858 roku, nazwana wielkim smrodem londyńskim.

0:18:07 Hej, podnieśmy miasto!

Piotr: To teraz przenosimy się za ocean.

Ola: Ale zanim się przeniesiemy, pamiętajcie, żeby subskrybować nasz podcast na różnych platformach podcastowych – ważnych i nieważnych. Zachęcamy was też, żebyście zajrzeli do naszego sklepu koszulkowego, bo mamy różne fajne koszulki według naszych projektów.

Piotr: Absolutnie.

Ola: Link znajdziecie w opisie podcastu.

Piotr: I co więcej, w opisie podcastu znajdziecie też linki do źródeł, bo tam jest trochę badań i to wszystko tam będzie do znalezienia. I jako się rzekło – przenosimy się za ocean atlantycki. Przenosimy się głównie w przestrzeni, mniej w czasie, bo to zbliżony okres. Ale przewrotnie zacznę historię, cofając się o jakieś 2,5 miliona lat. Spokojnie, nie będę opowiadał dzień po dniu.

Ola: Nie opowiesz dzień po dniu?

Piotr: Tym razem nie. Na początek niech wystarczy informacja, że właśnie wtedy, 2,5 miliona lat temu, zaczęło się najnowsze z ziemskich zlodowaceń, które zazwyczaj nazywamy ostatnią epoką lodowcową – czyli najnowszą, nie ostatnią w dziejach Ziemi, bo pewnie ich jeszcze mnóstwo będzie, choć pewnie bez naszego udziału. Przez setki tysięcy lat lodowce pokrywały naprawdę sporą część półkuli północnej, a szczególnie Ameryki – sięgały tam dalej niż na kontynencie euroazjatyckim. Te obszary były raz większe, raz mniejsze, bo lodowce cofały się i rozszerzały. Takie lodowce potrafiły mieć w najgrubszym miejscu 3-4 kilometry lodu. Można sobie wyobrazić, jakie to jest ciśnienie i co tam się pod spodem działo.

Ola: One działały chyba jak takie duże żelazka, wszystko prasowały pod sobą.

Piotr: Tak, nawet lepiej – żelazka z buldożerami. Jakby ktoś sobie nie chciał tego wyobrazić, a mieszka na Mazowszu, to ma ułatwione zadanie, może podejść do okna i wyjrzeć. Nasze lodowce w tym rejonie miały około kilometra grubości – widać, jak wyprasowały na gładko całą centralną Polskę. Podobne prasowanie odbywało się w Ameryce Północnej, może nawet bardziej, bo te lodowce jeździły w tę i z powrotem: gniotły, miażdżyły, zasypywały, rozsypywały, ich zasięg się zwiększał i zmniejszał. Efekt jest taki, że obszary centralno-wschodnie Stanów Zjednoczonych to niewiarygodna patelnia. Słynie z tego dziś stan Illinois – nie przypadkiem, bo tam będziemy się zaraz udawali. To najnudniejszy krajobraz świata, byłem tam lat temu kilkanaście, ale od tego czasu niewiele się zmieniło, jeśli chodzi o geologię. Jest bardzo, bardzo płasko, potem jest horyzont, za którym też jest płasko – choć nie do końca ten horyzont widać, bo wszędzie rośnie kukurydza. To też ma związek z lodowcami, bo naniosły tam bardzo dużo materiału, mającego potężną grubość – nawet do kilkuset metrów. I na tym dobrze rośnie kukurydza; nie sądzę, żeby po to nanosiły, ale tak się złożyło. Potem lodowce zaczęły się topić – jakieś 10 tysięcy lat temu ustąpiły z tych terenów. Nie wyparowały, tylko zostały w postaci wody. Część została na miejscu, reszta wróciła do oceanów i podniosła potężnie ich poziom. Ale sporo wody zostało w dziurach.

Ola: W wielkich jeziorach.

Piotr: To dziury pochodzenia tektonicznego, które teraz tak ładnie nazywamy Wielkimi Jeziorami. Jak spojrzycie na mapę Ameryki Północnej, w jej środkowo-wschodniej części są naprawdę wielkie – jest ich pięć, pisanych wielkimi literami.

Ola: Tak, wielki smród, a nie.

Piotr: Nie, jeszcze lepiej – one są naprawdę wielkie, bo mają w sumie taką powierzchnię wodną, ile mniej więcej cała Wielka Brytania. Robiłem taki eksperyment, próbowałem je przykryć Polską – jest taka strona, dam link do niej w opisie, która pozwala porównywać wielkości krajów, przesuwając jeden na drugi. Dobrze to robi, bo mamy zniekształcenia mapy wynikające z różnych siatek – jak się komuś wydaje, że Grenlandia jest taka jak Afryka, niech sobie użyje tej strony i przesunie Grenlandię na Afrykę, to się może zdziwić. W każdym razie, żeby przykryć Polskami te Wielkie Jeziora razem z całym pojezierzem, trzeba wziąć ponad dwie Polski.

Ola: A czekaj, co z tym Chicago?

Piotr: No właśnie, płyniemy do Chicago teraz.

Ola: Że w Chicago szaleją niesamowite wiatry właśnie z powodu tego, że jest umieszczone na równinie.

Piotr: No tak, mają się gdzie rozpędzić, wjeżdżając znad jeziora Michigan – to jezioro najdalej wysunięte na południowy zachód, i tam leży sobie Chicago. Pewnie większość z was o nim kiedyś słyszała. W drugiej połowie XVIII wieku nikt o nim nie słyszał, bo go nie było – tam sobie szczęśliwie mieszkała tubylcza ludność. Potem były różne zamieszania, jak zwykle – był na przykład Traktat z Greenville, kiedy te tereny zostały, można powiedzieć, odkupione, uzyskane oficjalnie przez Stany Zjednoczone. Po różnych innych perturbacjach historycznych, w końcu w 1803 roku powstało to miasto, Chicago. Na początku było raczej miasteczkiem, bo nie rozwijało się w zawrotnym tempie – 30 lat po założeniu miało, uwaga, 350 mieszkańców.

Ola: Wow.

Piotr: Szał. Ale potem ruszyło z kopyta – w 1840 miało już 4000 mieszkańców, i okazało się, że to w ogóle super miejsce na miasto, bo leżało na samym koniuszku południowym Wielkich Jezior, więc było świetnym punktem do handlu z całym południem Stanów Zjednoczonych, które wtedy gwałtownie się rozwijało. Tu było przejście z drogi lądowej na jeziorną, a potem morską. Stosunkowo niedaleko płynie Missisipi – rzeka, która z racji swoich rozmiarów miała ogromne znaczenie gospodarcze. Świetnie się tam ustawili. Tyle tylko, że to cudowne położenie handlowo-gospodarcze miało fatalne położenie geologiczne – ten okropnie płaski stan Illinois z Chicago właściwie zupełnie gładko przechodzi w jezioro Michigan, i to tak gładko, że prawie nie było różnicy poziomów między taflą jeziora a brzegiem, na którym stały domy. Nie było takich fal jak morskie, ale jak dobrze powiało, potrafiły się dość głęboko wlewać w miasto, bo miasto było po prostu takim przedłużeniem tafli jeziora. To powodowało dużo problemów – przede wszystkim teren był maksymalnie podmokły, takie bagniste niziny. A im więcej ludzi tam mieszkało, tym więcej z siebie wydalali, i wywalali to tam, gdzie mieszkali, bo oczywiście żadnego systemu kanalizacji nie mieli.

Ola: Jak nie miał systemu kanalizacji 2,5-milionowy Londyn, to czego oczekujesz od półtoratysięcznego Chicago?

Piotr: Jak ktoś był kiedyś w Londynie, to ta rzeka płynie tam trochę niżej niż reszta miasta, więc ten cały syf mógł spływać. To znaczy, jak powiedziałaś, oni zrobili to wielkie płukanie, które polegało na tym, że polewali wodą, a ta woda gdzieś spływała. Tutaj polewasz wodą, a ta woda zostaje w tym miejscu, w którym polałaś, bo nie ma spadku terenu. Kompletna porażka pod tym względem.

Ola: Czyli tak naprawdę trochę żyliśmy w jeziorze – było nas jedenaścioro, żyliśmy w jeziorze.

Piotr: Tak jest, dokładnie ta pasta. I ten problem narastał – błoto mieszało się z kupą, sikami i śmieciami, i ewentualnie jeszcze jakimiś trupami.

Ola: No, jak w Londynie.

Piotr: Oczywiście trupów tam nie wyrzucano, gdzie popadnie, ale jak coś padło, to taka sytuacja – zwłaszcza zwierzęta. A po tym wszystkim jeszcze, znamiennie odnotowywane w wielu miejscach, hasały świnie, które właściwie robiły dobrą robotę, bo zżerały odpadki, które mogły zżerać. Ale jak do świni z jednej strony coś wchodzi, to z drugiej zwykle wychodzi, i to, co wychodzi, zostawało tam, gdzie akurat była świnia.

Ola: I nie pachnie.

Piotr: I teraz wyobraź sobie mieszkanie w takim mieście.

Ola: A tam jeszcze jak trochę popadało, to chyba naprawdę nie było najlepiej.

Piotr: Było hardkorowo. A dodatkowo w Chicago był rozwinięty przemysł mięsny, a rzeźnie to nie są zakłady neutralne środowiskowo – i też nie pachną. I żeby w ogóle po tym mieście dało się chodzić, kładziono deski – to było w ogóle miasto desek. Zamiast chodników czy czegokolwiek, na tym błocie kładziono deski, i biada tym, którzy z tych desek zeszli, albo pod którymi one pękły.

Ola: Ja gdzieś wyczytałam, że w którymś momencie w Chicago zatonął koń w błocie.

Piotr: Tak, absolutnie. To był jeden z takich momentów już trochę późniejszych, ale słynny – na pewno nie jeden koń zatonął. Krążył podobno taki popularny żart – znalazłem nawet rysunkową wersję.

Ola: Czy to ostrzeżenie przed żartem z wąsem?

Piotr: Nie, to jest co innego, powiedziałbym, że to taki gówniany dowcip. Idzie sobie facet po ulicy, patrzy – głowa mężczyzny wystaje z błota. Uprzejmie pyta, czy jakoś może pomóc. A tamten mówi: nie, dzięki, mam pod sobą znakomitego konia.

Ola: Ojej, to nawet śmieszne i gorzkie.

Piotr: To był Chicago's dowcip z połowy XIX wieku. Smród, syf, wilgoć – w takich warunkach po prostu cholery można było dostać, mieszkając tam, i faktycznie dostawali tej cholery, jeszcze czerwonki i duru brzusznego, i paru innych rzeczy – ta sama trójca, o której mówiłaś wcześniej i prosiłem, żeby zapamiętać. I teraz chciałem powiedzieć: te twoje epidemie, proszę cię – 30 tysięcy osób, śmiech na sali. W Chicago nie było 30 tysięcy osób, ale jak sobie przeliczyłem procentowo na karteczce, to twoja pierwsza epidemia, którą się chwaliłaś, zabiła 0,4 procent ludności.

Ola: Poczekaj, liczyłeś od miliona?

Piotr: Nie, wtedy mówiłaś 2,5 miliona.

Ola: Ale ja mówiłam o różnych epidemiach na przestrzeni 50 lat, więc musisz to odnieść do liczby ludności w danym okresie.

Piotr: To niech nawet pomnożę razy trzy, niech ci będzie – masz wtedy 1,2 procent, a ta twoja największa epidemia zabiła około 3 procent ludności Londynu. Spoko.

Ola: No, niespoko.

Piotr: No niespoko, bo w Chicago była seria epidemii – co roku, w połowie XIX wieku sześć lat z rzędu mieli epidemię, co roku epidemia. A ta największa, z 1854 roku, zabiła sześć procent ludności.

Ola: Ile tam zmarło i żyło w tym czasie?

Piotr: Żyło około 23 tysięcy osób w Chicago w tym czasie.

Ola: I zmarło około 1500 osób?

Piotr: Ale to była tylko cholera, bo w tym czasie towarzyszyły temu czerwonka i dur, dla których nie mieli aż tak precyzyjnych wyliczeń, ale po kilkaset osób jeszcze zmarło. Więc w sumie trzeba liczyć, że podejrzewam, że ze dwa, dwa i pół tysiąca osób zmarło.

Ola: To prawie dziesięć procent ludności. Jaka była motywacja, żeby mieszkać w Chicago?

Piotr: Handlowa, finansowa – kasa się tam rzeczywiście zgadzała. Ale wiedzieli, że trzeba coś z tym zrobić. Wcześniej powstała już taka bardzo formalna organizacja, która się tym zajmowała. I oczywiście wiedzieli, że kanalizacja to najlepsze rozwiązanie, tylko nie dało się jej zrobić, bo nie było spadku terenu – bardziej oczywistej rzeczy, która wszędzie indziej jest, w Chicago nie było. To nie miało jak spływać. Problem nierozwiązywalny, więc wzięto superinżyniera. Nazywał się Ellis Chesbrough i miał już niezłe doświadczenie – na przykład w Bostonie zaprojektował akwedukty, takie jak rzymskie, do doprowadzania wody. Facet miał rozmach – w ogóle był, zdaje się, niewykształcony, bo gdzieś tam chyba przerwał szkołę podstawową, bo mu warunki ekonomiczne nie pozwoliły na dalszą naukę, ale dał radę i rzeczywiście stał się bardzo słynny. Jak zobaczył, co się dzieje w tym zafajdanym Chicago, stwierdził, że od ręki nic tu nie zrobi, i wyjechał. W sumie bardzo rozsądnie – zaczął jeździć po Europie, prawie rok zwiedzał tamtejsze rozwiązania, bo Europa miała już sporą tradycję i smrodu, i likwidowania tego smrodu. W 1856 wrócił i wygenerował jeden z najbardziej odjechanych pomysłów w dziejach inżynierii światowej – postanowił podnieść miasto. Bo jak nie ma spadku, to trzeba zrobić ten spadek. Nie wykopie się go, nie obniży jeziora, więc najprościej będzie podnieść miasto.

Ola: A jak to miasto wtedy wyglądało? Bo to mnie bardzo interesuje – czy tam były po prostu drewniane baraki, które można było podnieść na dźwigarach, czy coś innego?

Piotr: To było dość bogate miasto, więc naprawdę dawali radę. Najwięcej było, oczywiście, budynków drewnianych, ale on skupił się przede wszystkim na podniesieniu centrum, tam gdzie były największe problemy – a to były budynki w dużym stopniu murowane, czyli ceglane, kamienne. Wspomnę jeszcze o jednym, o szczególnej konstrukcji, bo warto będzie o nim powiedzieć, ale to za chwilę. Postanowił po prostu to wszystko podnieść ponad ten błotnisty syf, ponad tonące konie, świńskie odchody i to wszystko, i pod tym zbudować kanalizację.

Ola: Rzeczywiście szalony pomysł.

Piotr: To brzmi szalenie, przypominam, to jest połowa XIX wieku – ale on miał podstawy, bo jak był jeszcze niezbyt dużym, choć już całkiem sporym, ale jeszcze nie w pełni dorosłym człowiekiem, pracował przy budowie kolei i tam patrzył, jak całkiem nieźle podnoszą lokomotywy i wagony.

Ola: No, taka lokomotywa to nie jest jakaś drobinka, trochę swoje waży.

Piotr: I nie było takich dźwigów jak dziś, gdzie podjeżdża samochód z dźwigiem – podnosili je na czymś, co się nazywa podnośnik śrubowy. Brzmi groźnie, ale generalnie każdy, kto ma samochód, kojarzy ten sprzęt, a raczej każdy, kto musiał kiedyś zmieniać koło – to dokładnie ten lewarek.

Ola: Czy w samochodach to na śrubach działa? Chyba trochę inaczej.

Piotr: Na większości samochodów tak – nie mówię o podnośnikach warsztatowych, hydraulicznych, ale ten działa dokładnie w ten sposób, że masz korbkę, kręcisz śrubą, a ta śruba powoduje zmianę konfiguracji takiego romboidalnego układu, czyli podnoszenie.

Ola: Ja nie chcę się czepiać, ale widziałam podnośniki, gdzie się tak troszkę jakby pompką pompuje.

Piotr: Są różne – w niektórych samochodach są nawet hydrauliczne, ale u nas w samochodzie na pewno jest śrubowy, bo ostatnio tam grzebałem, i w większości tam, gdzie się kręci korbką, to są te śrubowe.

Ola: Okej, no to już mamy to.

Piotr: I to jest w ogóle bardzo popularne rozwiązanie, bo świetnie przekłada ten ruch obrotowy – czasem to jest korba, czasem się w kółko kręci – na pionowe podnoszenie czegoś ciężkiego. Bardzo efektywne i od dawna stosowane.

Ola: No dobrze, ale przepraszam, jak się odcina dom od jego fundamentów?

Piotr: Oni je podnosili ze wszystkim, to znaczy podkopywali się.

Ola: Trzeba gdzieś zrobić jakieś szalunki.

Piotr: Właśnie – przede wszystkim jedna rzecz, którą robili: to nie jest tak, że stawiali jeden podnośnik, stawiali podnośniki.

Ola: Ile na jakiś dom przeznaczano takich podnośników?

Piotr: Na przykład 200 albo więcej.

Ola: I 200 osób nimi kręciło naraz?

Piotr: Nie, jedna osoba obsługiwała od 8 do 10 podnośników – nie w tej samej sekundzie, oczywiście. Zacznijmy od pierwszego domu, jaki w ogóle podniesiono, bo trzeba było od czegoś zacząć. Był to czteropiętrowy budynek, stojący na rogu ulic Randolph i Dearborn, i ważył 680 ton. Miał 21 metrów długości, konstrukcję mniej więcej ceglaną, bo pytałaś. I tu było jeszcze lekko, bo to nie był duży dom – tylko 200 podnośników. Umieszczano je bardzo gęsto, tak żeby, podkopując się, zastępowały to, na czym dom do tej pory stał. Podsypywano w trakcie unoszenia ziemię pod spód i budowano nowe fundamenty w trakcie.

Ola: To brzmi jakoś abstrakcyjnie.

Piotr: I podnieśli ten budynek o ponad 1,80 metra, prawie 1,90 – 1,88 metra jest zapisane.

Ola: I ile to trwało?

Piotr: Zazwyczaj kilka dni – 3, 4, zależy od rozmiaru budynku. Akurat nie znalazłem, ile podnoszono ten pierwszy, ale wiem, że przy kolejnym, dużym, to było chyba 5 albo 6 dni, bo był ogromny. Chesbrough biegał między tymi wszystkimi ludźmi i decydował, gdzie w danym momencie czym kręcić – zarządzał procedurą podnoszenia, bo ludzie robili to stopniowo. I to było niesamowite, bo podnieśli ten budynek i nie było nawet jednego pęknięcia na żadnej ścianie. Podsypali go, podnieśli, i nagle stał metr osiemdziesiąt wyżej.

Ola: Niesamowite. A ci ludzie, którzy tam mieszkali, w ogóle to zauważyli?

Piotr: Różnie. Nie tak, że ich to zaskoczyło – spali sobie.

Ola: Wyszli, a tu nie ma schodów.

Piotr: Przy tych pierwszych budynkach prawdopodobnie ludzi z nich wywalali, bo nie wiadomo było.

Ola: Ewakuowali, tak się ładnie mówi.

Piotr: Można powiedzieć, że wypraszali. Ale później było coś absolutnie cudownego – cały proces trwał kilka ładnych lat i stał się niezłą atrakcją turystyczną. Zaraz o tym powiem. Bo nie tak, że wszystko podnieśli raz-dwa: w 1860 roku mieli prawie stumetrowy, 98-metrowy ciąg biur i sklepów. Były tam budynki trzy-, czteropiętrowe, chyba jeden nawet pięciopiętrowy – w sumie 4000 metrów kwadratowych. I podnieśli to wszystko naraz. Ważyło 31 tysięcy ton.

Ola: Ile podnośników?

Piotr: 6000 podnośników, 600 osób. Nie zamknęli tych budynków – normalnie działały, ludzie wchodzili, wychodzili, biura funkcjonowały.

Ola: A co ze schodami?

Piotr: Podnosili je razem. Podejrzewam, że jakieś dechy kładli, żeby dało się wchodzić. Generalnie obracali te śruby po ćwierć obrotu, taki był standard – specjaliści chodzili od podnośnika do podnośnika, ćwierć obrotu, ćwierć obrotu, i tak podnieśli o metr, o metr czterdzieści. Była wielka atrakcja na koniec: mnóstwo ludzi się zebrało, bo to było wielkie, i ostatniego dnia pozwolili ludziom wejść pod ten budynek, pod te podnośniki, w kontrolowany sposób. Było tam metr czterdzieści dwa, więc nie biegało się za bardzo, ale można było wejść pod 4000 metrów kwadratowych biur i sklepów. Niezły widok. I to w ogóle była atrakcja turystyczna – ludzie zjeżdżali się z różnych miejsc Stanów Zjednoczonych, żeby to zobaczyć, całą tę procedurę podnoszenia. Mówiło się o tym, że schody uciekają i tak dalej. Jeszcze powiem o jednym podróżniku, to też jest niezła historia. W 1861 roku, hotel Tremont House – w ogóle były cztery takie hotele, bo się paliły, ale ten był chyba najpotężniejszy, sześciopiętrowy, znowu 4000 metrów kwadratowych – podnoszono, i tu w ogóle nie przerwali pracy ani nie informowali gości, że coś się robi.

Ola: Okej, spoko – idę spać, budzę się i jestem wyżej półtora metra.

Piotr: Słynny był jeden z gości, który oddając klucze, powiedział, że coś mu się nie zgadza, bo nie bardzo wie, o co chodzi – ma wrażenie, że te schody robią się coraz bardziej strome, a w ogóle miał trochę inny widok za oknem: jak się wprowadzał, a jak wyprowadzał, to już inny. I rzeczywiście, podnieśli ten budynek o 1,80 metra, w ogóle nie przerywając pracy. Totalny hardcore. Oczywiście, żeby nie było za różowo, zdarzały się porażki – ale bardziej na początku, w 1858 roku.

Ola: Coś im się zawaliło?

Piotr: Tak, murowana kamienica zawaliła się w momencie, kiedy usuwali podpory – coś nie wyważyli, podejrzewam, że to podsypywanie i fundamenty, które robili pod spodem, nie były wystarczająco równomiernie rozłożone. Nikt tam nie ucierpiał na szczęście, bo wyprowadzili wszystkich, tylko kamienica przestała istnieć. A pytałaś jeszcze o konstrukcję – była taka, zwana Robbins Building, budynek o bardzo nowoczesnej wtedy konstrukcji, na stalowej ramie, i ta rama była też widoczna na zewnątrz, stanowiąc element ozdoby budynku. Był w cholerę ciężki – 24 tysiące ton.

Ola: Tak mi to nic nie mówi. Ale cięższy niż standardowe budynki?

Piotr: Ten pierwszy, o którym mówiłem, miał 680 ton, a ten – 24 tysiące ton. No to już coś mówi. Dodajmy, że ten cały stumetrowy ciąg miał 31 tysięcy ton, a tu jeden budynek był tak cholernie ciężki. I podnieśli go jeszcze razem z chodnikami wokół. Z fajnych wątków, które się tam wydarzyły, zbliżając się już do końca tej historii – modne stało się coś, co było elementem tego procesu: oni nie tylko podnosili budynki, czasem musieli je też przesuwać, na przykład żeby zrobić miejsce na jakieś instalacje. Zaczęli więc przetaczać budynki na rolkach, co jest logicznym rozwiązaniem. I stało się to na tyle wygodne i powszechne, że niektórzy właściciele przenosili budynki w inne miejsce w ogóle – na przykład ktoś miał drewniany, już niezbyt nowoczesny budynek gdzieś w centrum miasta, i uznawał, że w tym miejscu zbuduje coś innego. Przecież nie będzie burzył tamtego, skoro jest całkiem dobry – więc brali ten budynek i wywozili na przedmieścia, a w tym miejscu budowali co innego. Budynek wywożony na przedmieścia, dajmy na to jakaś karczma, nie przestawał przy tym działać – po prostu go przetaczali. Trzeba było tylko wiedzieć, że jak idziesz chlać o dziewiątej, a wychodzisz o drugiej nad ranem, to możesz być już kawałek dalej.

Ola: Może trzeba będzie taksówką, dorożką wrócić.

Piotr: Absolutnie. Szkocki podróżnik, pastor David McCree, opowiadał, że któregoś dnia, podróżując przez Chicago, mijał dziewięć takich budynków, i dwa razy musieli się zatrzymywać, bo akurat przejeżdżały budynki, i musieli czekać, aż przejadą.

Ola: Można by powiedzieć, sygnalizacja świetlna dla budynków. Powiem tylko jeszcze, że takie rzeczy były możliwe, dosyć łatwo, w czasach, kiedy nie było mediów – te domy nie były do niczego podłączone.

Piotr: Nie były podłączone. Potem je właśnie podłączono.

Ola: Ani do prądu, ani do wody, ani do gazu.

Piotr: Potem robiono kanalizację, że to było dużo łatwiej – teraz trzeba by odciąć i wciąć gdzie indziej, ale fakt, że to dość hardkorowe. I udało się – podnieśli Chicago, zrobili kanalizację, i ścieki radośnie ruszyły do jeziora Michigan.

Ola: Ale właśnie, do jeziora Michigan – a czy oni przypadkiem nie mieli tam ujęcia wody pitnej? Niech zgadnę, tak jak londyńczycy w Tamizie.

Piotr: Tamiza niespiesznie płynęła, ale płynęła. Jezioro Michigan, imagine, nie płynęło. Więc było słabo – cały syf spłynął do jeziora i spływał przez kolejne lata.

Ola: Mieliście gorsze epidemie, niech zgadnę.

Piotr: Nie, już wtedy było zdecydowanie lepiej z tymi późniejszymi epidemiami. Zresztą było tam coś na kształt wielkiego oczyszczania, bo w 1871 roku wybuchł gigantyczny pożar, jedna z największych katastrof w dziejach Stanów Zjednoczonych – strawił ogromną część Chicago. Nie wiadomo, od czego się zaczął. To w ogóle świetna historia, bo krążyła opowieść, że zaczął się od tego, że krowa pani O'Leary kopnęła lampę naftową, ta lampa zapaliła budynek i tak dalej – co było cudowną opowieścią, bo państwo O'Leary byli Irlandczykami i katolikami, czyli najgorzej. Wtedy było tam dużo Irlandczyków i katolików, wszyscy ich nienawidzili, więc pani O'Leary miała być głównym obiektem ataków. Potem się okazało, że to nieprawda, pojawiły się różne inne podejrzenia, nawet że to meteoryty zapaliły Chicago, bo tego dnia w wielu miejscach w okolicy wybuchły pożary – ale było tam po prostu cholernie sucho i cholernie gorąco. Kończąc już tę historię, bo to temat na inną opowieść: wpadli na taki genialny pomysł, żeby nie pić tej kupy, którą wlewali do jeziora, i przekopali pod dnem jeziora kanały, liczące nawet chyba 200 metrów, żeby czerpać wodę bardziej ze środka. Pobudowano takie budyneczki-ujęcia wody, było ich chyba z osiem, do dziś działają podobno jeszcze dwa – służyły do tego, żeby wyciągać wodę nie z bliska, tylko z daleka od brzegu, co przez jakiś czas działało, ale nie do końca. A potem wpadli na jeszcze jeden genialny pomysł: zawrócili jedną z rzek, które tam mieli – odwrócili jej bieg i przekopali kanał do Missisipi. To był kawał drogi, ten kanał miał też znaczenie handlowe, ale tak naprawdę tym kanałem popłynęło gówno do Missisipi.

Ola: A ci, którzy byli w dolnym biegu rzeki, byli niezwykle szczęśliwi.

Piotr: Były jakieś protesty.

Ola: Chyba Saint Louis jest poniżej.

Piotr: Dokładnie. Missisipi zresztą jest potężną rzeką, więc była w stanie sporo tego wchłonąć. Natomiast jeszcze później, aż do lat 60. XX wieku, ten kanał prowadzący w stronę Missisipi był takim okropnym syfem, że co rano wypływały barki, żeby zbierać z niego różne świństwa i go czyścić.

Ola: Jak się zrobiło znowu apetycznie.

Piotr: Zrobiło się apetycznie. Powiem szczerze, że o tym można jeszcze długo opowiadać, ale wiem, że już czas skończyć.

Ola: Nie czas skończyć, bo teraz ja czekam z niecierpliwością na moją opowieść.

Piotr: No dobrze, czas kończyć moją opowieść. W każdym razie projekt był absolutnie niesamowity, gigantyczny sukces inżynieryjny. Nic nikomu nie ujmując, trochę mi się, jak o tym czytałem, śmiać chciało ze słynnego, mega wielkiego przesunięcia Pałacu Lubomirskich w Warszawie, który w 1970 roku obrócono…

Ola: Ale w 1970?

Piotr: W 1970 obrócono o 74 stopnie, żeby, jak się nie mylę, zrobić miejsce na trasę W-Z. To była po prostu wielka akcja. Fantastyczne, tutaj wiecie, PRL i tak dalej.

Ola: A po Chicago przejeżdżały budynki.

Piotr: Jest taka scena w jakimś filmie Monty Pythona, w którym budynek przejeżdża, nie pamiętam w którym.

Ola: Tak, tak, ja pamiętam – jeżdżący po mieście budynek był elementem jednego z filmów.

Piotr: Kiedyś sobie przypomnę. Ale w każdym razie ten klimat – więc znowu, nic nie ujmując inżynierom przesuwającym Pałac Lubomirskich, 120 lat przed nimi już to ktoś robił. Chociaż nie z Pałacem Lubomirskim.

0:48:19 Kryzys Końskiego Łajna

Ola: To w takim razie ja wracam na stary kontynent. Mam tutaj swoją opowieść, ale jeszcze zahaczę też o Amerykę. Chodzi o Londyn. Już w 1900 roku w Londynie mieszkało 5 milionów ludzi – tam już była kanalizacja, owszem. Ale wielkie miasta w XIX wieku… tak sobie myślę, że to było straszne miejsce do życia. Nawet jeżeli miasto było już super nowoczesne, wyposażone w kanalizację, to wciąż miało takie problemy, jak choćby dziesiątki, a wręcz setki tysięcy koni, które obsługiwały cały transport miejski.

Piotr: Spalin nie generowały.

Ola: Nie generowały spalin, ale generowały duże ilości łajna. I tutaj dochodzę do kolejnego problemu Londynu: otóż w roku 1894 miasto dotknęła kolejna katastrofa, nazwana Wielkim Kryzysem Końskiego Łajna.

Piotr: Czy wszystko wielkimi literami?

Ola: Wszystko wielkimi literami. I znowu, brzmi to humorystycznie, ale to była absolutna katastrofa. Szacuje się, że w tych czasach na ulicach miasta pracowało przy transporcie ludzi i towarów około 50 tysięcy koni. To mi się trochę nie zgadza, bo w mniejszym Nowym Jorku w tym samym okresie pracowało około 100 tysięcy koni – takie dane znalazłam w innej książce, więc podejrzewam, że w Londynie ta liczba jest zaniżona, ale mniejsza o to.

Piotr: Dużo.

Ola: Było ich bardzo dużo. Co więcej, załatwiały swoje potrzeby bezpośrednio na ulicę, i nie było obowiązku sprzątania po nich. Innymi słowy, a nawet jeżeli by był, to pewnie i tak wszyscy by go olewali, albo gorzej. I stąd powstał gigantyczny problem. Przemnóżmy to sobie: jeden koń wytwarza od 10 do 12 kilogramów nawozu dziennie.

Piotr: Zawsze mnie to zastanawiało, ile koń wytwarza.

Ola: Powiedzmy, że 50 tysięcy koni było w tym Londynie, już zaniżmy tę liczbę – to mamy 500 do 600 ton łajna każdego dnia. Tyle nawozu. I spróbuj to sobie wyobrazić – już nawet abstrahując od zapachu, ulice po prostu robiły się nieprzejezdne.

Piotr: Musieli podnosić poziom ulic dosyć szybko.

Ola: Tak, poziom ulic się podnosił. I była sytuacja taka, że w Londynie wykształcił się nawet zawód takiego zamiatacza – crossing sweepers. Dorabiali, biegając z miotłami i szuflami, odgarniając odchody, gdy ktoś bogaty, kto chciał zapłacić, chciał przejść przez ulicę. Taki był zawód.

Piotr: Czyli trochę taka szufla do odgarniania śniegu – po prostu idziesz i przed kimś robisz taki tunel w kupie.

Ola: Tunel w kupie, po czym za moment się zapada, zasypuje, bo ktoś przejeżdża i koń znowu robi kupę. W Ameryce magistraty zatrudniały takich ludzi, więc to nie było tak, że to było oderwane od rzeczywistości. Dodajmy, że to nie był jedynie problem Londynu czy Ameryki – w Paryżu, w każdym wielkim mieście, to był gigantyczny problem. Jak bardzo gigantyczny? Londyński Times – to jest chyba miejska legenda, ale powiem szczerze, poczułam ogromną potrzebę przytoczenia tego, bo to jest naprawdę wdzięczne, tu znowu kronikarze bardzo często to powtarzają, jak te historie o królowej Wiktorii i księciu Albercie, którzy nie mogli odbyć rejsu po kupie na Tamizie – miała się w nim ukazać taka prognoza, że w ciągu 50 lat każda większa ulica w Londynie zostanie przykryta trzema metrami końskiego łajna.

Piotr: Czekaj, czekaj, można by podnieść budynki.

Ola: Szkoda, że nie mieli tego samego inżyniera co w Chicago. Na zdrowy chłopski rozum też robili posiedzenia, zastanawiali się, co z tym zrobić, ale zawsze im wychodziło, że jeżeli wypuszczą na ulicę ekipy sprzątające, to będą potrzebne konie, które będą musiały wywozić to łajno – a co będą robiły konie? Produkowały kolejne łajno.

Piotr: Nikt nie wpadł na to, żeby tym koniom pod ogony zainstalować jakieś worki?

Ola: Taki katalizator spalin, trochę. Jeżeli masz konia, który pracuje przez cały dzień, to musiałbyś opróżniać gdzieś te worki. To był ogromny problem. Nie chcę się tu szeroko rozwodzić, ale konie w wielkich miastach w tych czasach były strasznie, straszliwie wyzyskiwanymi zwierzętami – żyły krótko, żyły boleśnie, były niedożywione, bardzo źle traktowane, szybko umierały, i bardzo często kończyły dokładnie w tym miejscu, gdzie padły.

Piotr: Zostawiano je.

Ola: Można znaleźć zdjęcia z epoki pokazujące, zdaje się, że na Manhattanie dzieci bawiące się przy takich lekko już wzdętych zwłokach konia. To jest ten moment, którego nie chcieliśmy znać, ale niestety tak było, i to samo dotyczyło Manhattanu, Nowego Jorku. Rok 1880, mam tu dane z tego czasu z książki „The Horse in the City. Living Machines in the Nineteenth Century" Joela Tarra i Clay McShane'a – podają, że każdego dnia na ulicach Manhattanu umierało ponad 40 koni.

Piotr: Co dnia?

Ola: 15 tysięcy rocznie.

Piotr: Ale musieli jednak jakoś je wywozić – podejrzewam, że nie wszystkie i nie od razu.

Ola: I mogły tam nawet kilka dni poleżeć. W roku 1890 Nowy Jork miał około 3 milionów mieszkańców, Londyn 5 milionów, to już pamiętamy. Nowy Jork miał, przypomnę, 100 tysięcy koni – to mi się te liczby trochę nie zgadzały – i każdego dnia wydalały od 1000 do 1200 ton łajna. Każdego dnia. I w Nowym Jorku przewidywano, tak jak w tym londyńskim Timesie, że już w 1930 roku nawóz sięgnie drugiego piętra domów na Manhattanie. Piękne.

Piotr: Futurologia.

Ola: Spójrzmy sobie, uwaga, na szczegóły, a to są naprawdę nieprzyjemne szczegóły – w tej książce, której tytuł już wymieniłam, można znaleźć dokładne opisy tego, co się tam działo. Podczas deszczu gigantyczne stosy łajna, spychane przez magistraty z ulic, ale zalegające gdzieś na rogach ulic czy tworzące wały przy chodnikach, rozpływały się. Podczas upału i wietrznej pogody – a lato w Nowym Jorku bywa upalne i wietrzne – to się suszy.

Piotr: A końskie łajno jest takie, że to nie jest jak ludzkie, nie jest przewarstwione?

Ola: Właśnie, Piotrek jeździł kiedyś konno w Nowym Jorku.

Piotr: Nie tyle jeździłem, to zupełna dygresja, ale jak dobrze pamiętam, przerzuciłem kiedyś tonę łajna w stajni, bo w ten sposób jakby zapracowywaliśmy na jeżdżenie w tej stajni. To miało jedną zaletę: z przyjacielem wracaliśmy potem pociągiem WKD do domu w Warszawie i w ogóle nie było wokół nas tłoku. Wszędzie indziej był, a koło nas nie było – taka lekka woń.

Ola: Czyli mówisz, że to się inaczej unosi, jak się suszy?

Piotr: Tak, bo suszy się do postaci takiej… konie żrą dużo produktów zbożowych, których niecałkiem trawią, to trafia do tej kupy, i ta kupa jest taką mieszaniną – sporo jest w niej takiego suchego produktu. Jak to wyschnie, nie zamienia się po prostu w coś, co jest suche, rozpadające się i zostaje na miejscu, tylko to jest trochę jak sieczka z siana, która się będzie nieźle unosiła.

Ola: To się wszystko zgadza, bo dalszy opis w tej książce mówi o tym, że podczas upału i wietrznej pogody to łajno, ten nawóz, unosił się w postaci cuchnących drobinek nad miastem, przywierając do wszystkiego po drodze. Wyobraźmy sobie elegantkę na Manhattanie oblepioną końskim łajnem. Ale Paryż przecież też miał podobny problem, wszystkie miasta – Piotr Curie, który zginął pod powozem, też na pewno zmagał się z tego typu problemami. Dygresja naukowa. Ale słuchajcie, jak było łajno, to były i muchy, a jak były muchy, to roznosiły tyfus, czerwonkę i cholerę.

Piotr: O, nasza trójca.

Ola: Tak. W 1908 roku lekarz nowojorski Harold Bowles pisał, że tylko z tego powodu, z powodu tych chorób, rocznie umiera około 20 tysięcy nowojorczyków. I jak próbowano sobie poradzić z tym problemem? Nijak, naprawdę. Obradowali, myśleli, zachodzili w głowę, nic im z tego nie wyszło.

Piotr: Część naszych władz się wzoruje na tamtych schematach rozwiązywania problemów. Pomyślałem sobie teraz o odrze, czy coś.

Ola: Tak, aż mnie samo.

Piotr: Podobną metodę zastosowano obecnie.

Ola: Więc uwaga, problem koński sam zniknął, bo konie zostały zastąpione przez samochody. Dane są takie: w 1915 roku po Nowym Jorku poruszało się już więcej samochodów niż koni, a pod koniec lat 20. XX wieku konie praktycznie zniknęły z ulic Nowego Jorku i większości wielkich miast Europy Zachodniej. Czyli mamy postęp technologiczny, który uratował te miasta przed zatonięciem w końskiej kupie.

Piotr: Takim rzutem na taśmę trochę.

Ola: Teraz przeczytam entuzjastyczny opis z połowy lat 20. XX wieku, który opublikowało czasopismo popularnonaukowe Scientific American: „Ulice są czyste, muchy prawie zniknęły, podobnie jak roznoszone przez nie choroby. Transport towarów stał się szybszy i tańszy, a dzięki samochodom ludzie mogą się wynieść z zatłoczonego do granic wytrzymałości Manhattanu." Czy się wynieśli, to odrębna sprawa. Ale uwaga, jak każdy masowy ruch, ruch samochodowy również wygenerował kolejny problem – zaledwie parę lat później ten sam magazyn poinformował o pojawieniu się w śródmieściu Nowego Jorku, Chicago i Los Angeles pierwszego smogu, którego źródłem były spaliny samochodowe. I tak historia zatoczyła koło – od smrodu do smrodu. Wydaje się, że smog jest mniej szkodliwy niż końska kupa, co jest właściwie chyba nieprawdą.

Piotr: To skomplikowane.

Ola: Bo smog też może spowodować całkiem dużo ofiar, co zresztą w Polsce się dzieje – tych nadmiarowych zgonów z powodu smogu w Polsce mamy około 50 tysięcy. To nie są jakoś bardzo mocno potwierdzone [? niepewne: przyczyny zanieczyszczeń powietrza] – ale ty zdaje się miałeś opowiadać o smogu.

Piotr: Tak, ja o smogu, chociaż nie do końca samochodowym. Jeszcze zanim przejdę do tej ostatniej już dzisiaj historii, mam taką refleksję, że to jest trochę ukłon, a raczej pomachanie w stronę tych, którzy twierdzą, że kiedyś to było lepiej, kiedyś to były czasy, a teraz to już nie ma czasów.

Ola: Było nas jedenaścioro, żyliśmy w jeziorze.

Piotr: Widzę, że tak weszłaś w tę pastę, że jest cudowna, dobra, damy do niej link.

Ola: Jaka pasta?

Piotr: No, pasta tak się nazywa – kopiowany tekst, to jest jedna z najlepszych. Zresztą tym razem jest znany autor, to Łukasz Najder. To jest właśnie taka pasta, a propos tego…

Ola: Tekst kopiowany.

Piotr: Pasta, a propos tego…

Ola: Pasta to makaron.

Piotr: Sam jesteś makaron. Pasta a propos tego, jak ludzie twierdzą, że kiedyś było lepiej – polecam, podlinkujemy ją u nas. To też jest przyczynek do tego, jak ludzie mówią, że kiedyś to było czysto i lepiej, a potem te złe samochody wjechały i w ogóle wszystko zepsuły. Więc tylko taka refleksja poboczna. Ale teraz wynosimy się z XIX wieku, a wiem, że ty już wyhamowałaś w XX. Jedziemy gwałtownie aż do 1952 roku, ale zostajemy w Londynie. Londyn nam dzisiaj wszedł mocno.

Ola: Bo Londyn ze względu na swoje rozmiary jako pierwszy stykał się z różnymi problemami, które potem nie były powtarzane w innych miastach, bo te inne miasta często uczyły się na bolesnych doświadczeniach Londynu.

1:01:50 Zabójcza mgła

Piotr: No dobra. I to jest coś, co brzmi naprawdę trochę jak scenariusz horroru – bo wiecie, był chyba taki horror o mgle… a może chodziło o coś innego, o morderczych ryjówkach – nie, nie, chodziło o mgłę. Ale mniejsza o to. Była tu rzeczywiście mordercza mgła. Kto oglądał serial „The Crown", to chyba czwarty odcinek pierwszego sezonu – w każdym razie da się to zlokalizować, gdzieś tu miałem zapisane. Chodzi o mgłę – o to, że od 5 do 9 grudnia 1952 roku w Londynie zdarzyło się coś, co zdarzyło się tylko raz, ani nigdy wcześniej, ani nigdy później w tej postaci. Bo to, że w Londynie są mgły, nie trzeba nikomu specjalnie tłumaczyć, ludzie są do tego przyzwyczajeni i się tym nie przejmują. Wtedy też się nie przejmowali, i to był właśnie problem, bo ta mgła była inna – nie tylko niezwykle gęsta, ograniczała widoczność do zaledwie metra, ale miała też dziwny kolor, dziwny zapach i bardzo dramatyczne efekty. Zazwyczaj te mgły znikały po jakimś czasie, było ciemniej, wilgotniej i tak dalej, ale tym razem było inaczej – kłopot polegał na tym, że ludzie zaczęli chorować i umierać. Zaczęli dramatycznie kasłać, kasłać krwią, tracić przytomność. Co więcej, o czym się wtedy, a potem coraz mniej mówiło – umarło mnóstwo zwierząt. Nikt tego nie liczył, ale ginęły masowo. Praktycznie zatrzymano miasto – wstrzymano ruch na te kilka dni, chociażby dlatego, że nic nie było widać, więc było niebezpiecznie na ulicach, ale też dlatego, że apelowano, żeby ludzie pozostawali w domach. Nie wiadomo było, co się dzieje. Potem dopiero pojawiły się analizy, a tak naprawdę dopiero kilka lat temu pojawiło się badanie, które wyjaśniło dokładnie, co się stało – podlinkujemy je. Ale do rzeczy. Najpierw pojawiła się po prostu zwyczajna mgła, związana z obniżeniem temperatury – a jak zwykle, jak robi się zimno, przypominam, że to był grudzień, ludzie zaczęli intensywnie palić w piecach, ogrzewać domy. Palono węgiel, a to był jeszcze moment powojenny, wtedy nie było dobrze w Londynie, jeśli chodzi o finanse. Ten węgiel był beznadziejnej jakości, bardzo mocno zanieczyszczony związkami siarki, i w tę mgłę ruszył dym. Przypominam, smog to jest od smoke i fog, czyli mieszanka dymu i mgły. Tu jeszcze problem polegał na tym, że nad Londynem stanął w tym czasie wyż, który spowodował inwersję temperatury. To zjawisko, które od czasu do czasu zdarza się wszędzie, i jest bardzo niebezpieczne również w Polsce – wyobraźmy sobie środek zimy, ciemno, chmury i tak dalej, a tu nagle piękna pogoda, sympatyczny mrozek, niezbyt duży, i wszyscy ruszają na spacery. To jest właśnie ten moment, kiedy jest najgorszy smog, bo następuje dokładnie to samo – takie zablokowanie, kiedy nieruchome, zimne powietrze jest uwięzione pod cieplejszą warstwą powietrza na górze. Ta zimniejsza jest na dole, nie ma żadnego wiatru, żadnego przewiewu, warstwy się nie mieszają, i ta dolna zostaje praktycznie zablokowana na dłuższy czas. Właśnie to wydarzyło się w Londynie – dolna warstwa została zablokowana, a ta mgła wymieszała się z żółtym dymem z tego beznadziejnego węgla.

Ola: Co nas czeka tej zimy i jesieni?

Piotr: Nas to aż tak nie czeka, bo aż tak złego węgla chyba nawet w Polsce już nie ma, chociaż powiem szczerze, cholera wie, co nas czeka – znaczy, oby nie cholera.

Ola: Jakieś ekogroszki zaraz pójdą w ruch, albo jeszcze… pamiętaj, że podobno wszystkim oprócz opon można będzie palić.

Piotr: Pominę taktownie ten fragment wypowiedzi naszych władz i idźmy historycznie dalej. Nastąpiło coś dziwnego, mianowicie zaszła w tej mgle reakcja chemiczna, która do tej pory zazwyczaj nie następowała.

Ola: To mnie zastanawia – dlaczego w mieście, w którym od lat palono kiepskiej jakości paliwem, w którym zawsze są mgły i to bardzo gęste, dlaczego tylko jeden raz coś takiego zaistniało?

Piotr: To było zestawienie kilku rzeczy. Rzeczywiście wyjątkowo zła partia węgla – siarczany z tego węgla odegrały kluczową rolę. Wyjątkowo długa blokada, te pięć dni, kiedy to się wszystko tam kisiło. Dlaczego wcześniej i później tak nie było, można się tylko domyślać – później wprowadzono rozmaite zmiany, które bardzo gwałtownie zmieniły sytuację w Londynie, o czym jeszcze na koniec powiem. Może po prostu wcześniej mieli szczęście – myślę, że mieli lepszy węgiel i akurat nie zbiegło się wiele czynników naraz. To trochę jak z katastrofami lotniczymi – musi się zejść kilka rzeczy naraz, żeby walnęło. Ale przejdźmy do tego, co się tam tak naprawdę wydarzyło. Mamy taki smog, w którym jest bardzo dużo dwutlenku siarki. Ten dwutlenek siarki rozpuszcza się w mgle, tworząc zazwyczaj roztwór kwasu siarkawego – to taka lajtowa wersja kwasu siarkowego, mają swoje stare nazwy: kwas siarkowy szósty, kwas siarkowy czwarty, ale zostawmy to na razie, nie wchodźmy w to. Zostańmy przy tym, że kwas siarkowy jest mocny i wredny, to wszyscy wiedzą, a kwas siarkawy jest znacznie łagodniejszy, i zazwyczaj takie rozpuszczanie się w kroplach mgły powoduje powstawanie właśnie kwasu siarkawego.

Ola: A tym razem powstał siarkowy?

Piotr: A teraz zaczął powstawać siarkowy.

Ola: To ludzie oddychali kwasem siarkowym?

Piotr: Właśnie, dokładnie.

Ola: Ludzie i zwierzęta.

Piotr: Kluczową rolę, jak się okazało, odegrał dwutlenek azotu, który był również efektem spalania tego węgla i prawdopodobnie działał trochę jak katalizator – jest o tym spore badanie, podlinkuję je. Efekt był taki, że nie dość, że powstał kwas siarkowy, co jest naprawdę wyjątkowe, to jeszcze przez to, że ta mgła długo wisiała, kropelki mgły odparowywały.

Ola: Czyli zwiększały stężenie?

Piotr: Najpierw miałaś duże krople, w których było jakieś akceptowalne stężenie, a potem one odparowywały i to się po prostu zagęszczało. W efekcie, po kilku dniach, ludzie wdychali malusieńkie kropelki kwasu siarkowego, już dość mocno zagęszczonego, stężonego.

Ola: Czyli rozumiem – poparzone drogi oddechowe, poparzone płuca.

Piotr: Dokładnie, przede wszystkim płuca – to się na tyle mocno wdychało, że normalnie wyżerało płuca. Płuca są naprawdę delikatne pod tym względem. Stąd kaszel, stąd plucie krwią, stąd śmierć. Potem podliczono, jak to wszystko razem wyglądało – w czasie tych pięciu dni zabójczej mgły londyńskiej na miejscu zmarło 4 tysiące osób, 150 tysięcy trafiło do szpitali z objawami ciężkiej niewydolności oddechowej. A potem zsumowano tak zwane nadmiarowe śmierci, spojrzano szerzej, i okazało się, że w sumie przez te pięć dni grozy zmarło 12 tysięcy osób.

Ola: No i niezliczona liczba zwierząt.

Piotr: I niezliczona liczba zwierząt, tego nikt nie liczył. Przeszło to do historii jako wielki smog londyński, i przez wiele lat nie wiadomo było, co się tam właściwie stało. Dopiero, nie chcę skłamać, w 2016 roku wyszło badanie zrobione przez zespół naukowców z Wielkiej Brytanii, USA i Chin – jest takim porównaniem smogu chińskiego z tym smogiem londyńskim. Zastanawiali się, dlaczego coś takiego nie działo się w miastach Azji, gdzie przecież ogromne skażenie powietrza też występuje, ale nie generowało takiego efektu. Okazało się, że to kwestia tego, że tam nie powstawały te mikrokropelki kwasu siarkowego, bo były neutralizowane przez duże stężenie amoniaku, pochodzącego między innymi ze spalin, których jest tam znacznie więcej – spaliny są większym składnikiem tego azjatyckiego smogu.

Ola: Smog azjatycki, przede wszystkim pekiński, który jest największym smogiem na świecie.

Piotr: I powstają tam krople, nadal szkodliwe, ale o bardziej zasadowym odczynie, które nie rozwalają aż tak bardzo płuc. I to się w Londynie nie powtórzyło, bo w 1956 roku wprowadzono mega ostre przepisy, ograniczające emisję tych gazów – dotyczyły tego, czym w ogóle można było palić. Starano się wyeliminować takie rozwiązania, podobnie jak u nas obecnie, w Krakowie, eliminacja kopciuchów. Oczywiście były to czasy, kiedy nie dało się tego wyeliminować całkowicie, ale bardzo o to zadbano, i już nigdy więcej nic tak dramatycznego się tam nie wydarzyło.

Ola: No ale to jest kosmos zupełny, że ludzie oddychali kwasem siarkowym.

Piotr: Dokładnie. I nic dziwnego, że naprawdę 12 tysięcy zgonów – no, czad.

Ola: Absolutnie. Jeżeli podobają wam się te historie, albo was zaciekawiły – nie że podobają się w takim sensie, że są ładne, bo nie są ładne, są dramatyczne i niesmaczne, ale od strony naukowej mega interesujące – to koniecznie powiedzcie o nas innym i koniecznie subskrybujcie nas na wszystkich praktycznie platformach podcastowych.

Piotr: Najwięcej osób wciąż nas słucha na Spotify. Pozdrawiamy Spotify. Tam łatwo można nas znaleźć, ale gdzie indziej też jesteśmy. Jeżeli cokolwiek wam się nie podoba, albo się podoba, ale krytyczne uwagi są bardzo mile widziane, macie jakieś pomysły, albo po prostu chcecie nam powiedzieć, że było fajnie, albo że było niefajnie – piszcie do nas na podcasty@crazynauka.pl. Staramy się odpowiadać, odbieramy, czytamy i tak dalej.

Ola: To już wszystko na dziś. O koszulkach mówiłaś? A, koszulki – już wspominałam na początku, ale koniecznie znajdziecie link do naszego sklepu koszulkowego w opisie odcinka. Koszulki wkrótce będą miały więcej wzorów, już pracujemy nad kolejnymi. Bądźcie na bieżąco, bardzo wam je polecamy. I koniecznie słuchajcie nas następnym razem – postaramy się jak najszybciej wypuścić nowy odcinek podcastu.

Piotr: Dzięki, dzięki. Cześć.

Ola: Do usłyszenia.

Źródła

* https://pl.wikipedia.org/wiki/Wielki_Smr%C3%B3d

* https://en.wikipedia.org/wiki/Great_Stink

* https://portalkomunalny.pl/wielki-smrod-londyn-1858-great-stink-362103/

* https://en.wikipedia.org/wiki/Raising_of_Chicago

* https://wyborcza.pl/alehistoria/7,121681,21665406,w-xix-w-chicago-tonelo-w-blocie-i-smieciach-mieszkancow.html

* http://nike-of-samothrace.net/csc.html#y1865_m10_d31

* https://en.wikipedia.org/wiki/Ellis_S._Chesbrough

* https://isgs.illinois.edu/outreach/geology-resources/quaternary-glaciations-illinois

* https://www.chicago.gov/content/dam/city/depts/cdot/ShorelineHistory.pdf

* „The Horse in the City: Living Machines in the Nineteenth Century”, Joel Tarr i Clay McShane

* https://en.wikipedia.org/wiki/Great_horse_manure_crisis_of_1894

* http://maysweb.tamu.edu/wp-content/uploads/sites/16/2017/11/The-Great-Horse-Manure-Crisis-of-1894.pdf

* https://www.polityka.pl/niezbednik/1652022,1,od-powozow-do-samochodow-przyszlosci.read

* https://przekroj.pl/spoleczenstwo/historia-pewnej-apokalipsy-tomasz-majeran

* https://www.crazynauka.pl/rozwiazano-tajemnice-zabojczej-londynskiej-mgly-z-1952-roku/

* https://www.pnas.org/doi/full/10.1073/pnas.1616540113#sec-7

* https://pl.wikipedia.org/wiki/Wielki_smog_londy%C5%84ski

* https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC1241576/

Źródła

Wielki Smród w Londynie

Podnoszenie Chicago

?The Horse in the City: Living Machines in the Nineteenth Century”, Joel Tarr i Clay McShane

Zabójcza mgła