Podcast Crazy Nauka · odc. 19
Jak geny przodków pozwoliły złapać seryjnego mordercę
Posłuchaj też na:
Właściwie nie było szans na to, żeby złapać Golden State Killera. Był zbyt dobry w tym, co robił. A robił rzeczy absolutnie straszne. Ale nie mógł przewidzieć tego, że jak rozwinie się nauka. I to właśnie rozwój nauki i oraz sprytne wykorzystanie jej osiągnięć pozwoliło na odnalezienie i skazanie przestępcy, który lubował się w budzeniu grozy u swoich ofiar.
Posłuchajcie o genealogii genetycznej, markerach DNA, wytrwałości śledczych i dowodach, które nabrały znaczenia po 37 latach
Transkrypcja odcinka
Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.
0:00:00 Wstęp
Piotr: Dlaczego [? niepewne: z uchwały] morderca i włamywacz, który spędzał w domach ofiar wiele godzin, przez 45 lat był bezkarny?
Ola: W jaki sposób powiązano sprawy rzekomo niemających ze sobą nic wspólnego morderstw popełnianych w Kalifornii w latach siedemdziesiątych?
Piotr: Jak przez przodka z początku XIX wieku udało się złapać mordercę? Cześć, tu Ola Stanisławska i Piotrek Stanisławski, podcast Crazy Nauka.
Ola: Dziś opowiemy wam o wykorzystywaniu genealogicznych testów DNA do identyfikowania sprawców zbrodni, a w szczególności jednego, którego nazywano między innymi Golden State Killerem.
Piotr: I tu na początku ostrzeżenie, bo w tym odcinku będziemy mówili o prawdziwych zbrodniach. Naszym celem nie jest to, żeby jakoś epatować przemocą, ale pojawią się tutaj odwołania do napaści, do gwałtów i do zabójstw. Więc jeżeli wolicie nie słuchać o takich sprawach, co jest oczywiście zrozumiałe, to polecamy te odcinki dotyczące innych ciekawych tematów.
Ola: I prosimy was, subskrybujcie nasz kanał, to zawsze pomaga w śledzeniu na bieżąco tego, co robimy i co wypuszczamy, który odcinek się akurat ukazuje.
Piotr: Bo jesteśmy obecni na wszystkich liczących się i tych nieliczących również platformach podcastowych, więc łatwo nas tam znaleźć.
0:01:38 Włamania w Visalii: początek serii Golden State Killera
Ola: Są sprawy kryminalne, które zwyczajnie nie rokują. Zdarzenie miało miejsce nawet kilkadziesiąt lat temu, zrobiono wszystko, co było wówczas możliwe. Często przez wiele lat starano się rozwiązać sprawę, wracając do niej wraz z rozwojem technik kryminalistycznych.
No i co? I nic. Sprawca pozostaje nieznany, ofiara niezidentyfikowana.
Impas. Często też ludzie, którzy byli zaangażowani w taką sprawę, są już po prostu zbyt starzy wiekiem, żeby dalej ją ciągnąć. A rozwiązania brak, nie ma też większej nadziei na jakąkolwiek zmianę.
Piotr: I takie przypadki po prostu trafiają do policyjnych archiwów i do niedawna po prostu na tym się kończyło. Ale to jest też taki znakomity przykład tego, żeby nigdy nie tracić nadziei, nie zakładać, że już się nic nie zmieni, bo po prostu nie mamy pojęcia, jak za tych kilka czy czasem kilkanaście, nawet kilkadziesiąt lat, rozwinie się i wiedza, i nauka.
Ola: Ale do rzeczy. Dziś będzie o jednej z najbardziej niespodziewanych, najciekawszych i właściwie trochę też przerażających metod, stosowanych od niedawna w kryminalistyce. Oczywiście metodzie ściśle naukowej, bo w końcu zajmujemy się tutaj właśnie nauką.
Piotr: I zacznijmy od sprawy, która tę metodę najbardziej rozsławiła, czyli od seryjnego mordercy, któremu nadano pseudonim Golden State Killer. Tu małe wyjaśnienie, bo zanim zaczęliśmy nagrywać, zastanawialiśmy się, skąd ten Golden State. Golden State to jest przydomek, czy jak to nazwać, nazwa Kalifornii.
Ola: No i oczywiście pierwsze moje skojarzenie było takie, że chodzi tutaj o ten słoneczny stan, który jest taki złotawy poprzez to słońce wiecznie nawiedzające Kalifornię. Ale uwaga, nie o to chodziło, kiedy nazywano tak ten stan.
Piotr: Tak, oryginalnie nazwa została mu nadana w 1849 roku podczas gorączki złota, tamtego złota było naprawdę dużo. Ale złoto się skończyło, a nazwa pozostała i rzeczywiście raczej się w tej chwili uważa, że to jest nazwa dotycząca właśnie tych złotych wzgórz itd.
Ola: A właśnie, z tym pseudonimem to ciekawa sprawa, bo przez to, że swoje przestępstwa popełniał w różnych miejscach, w różnym czasie i w kilku seriach, dorobił się tych przydomków całkiem wielu.
Piotr: No więc mamy tak: Visalia Ransacker, East Area Rapist, Night Stalker, potem Original Night Stalker, o tym jeszcze będzie mowa, ale to w nawiązaniu do Richarda Ramireza. No i jeszcze taki skrót, czyli EAR/ONS, czyli skrót od East Area Rapist i Original Night Stalker, też potem się wyjaśni, skąd takie połączenie. No i wreszcie ten Golden State Killer – on został wymyślony dziewięć lat temu przez pisarkę, specjalistkę od true crime'owych historii, Michelle McNamarę.
Ola: To zaraz przechodzimy do rzeczy, o co chodzi w całej tej sprawie. Natomiast przypominamy wam i prosimy, żebyście opowiedzieli innym o naszym podcaście, to dzięki temu szerzej się rozejdzie ta historia.
Piotr: I zachęcamy do odwiedzenia naszego sklepu, link w opisie odcinka, tam są bardzo fajne koszulki i pojawiają się nowe wzory. Więc zajrzyjcie, na pewno coś sobie znajdziecie. Okej, ale wracamy do głównego wątku.
Ola: Ta historia zaczyna się, o ile nam wiadomo, w maju 1973 roku w kalifornijskim mieście Visalia. Zaczyna się mało spektakularnie, choć w sposób, który warto zapamiętać, od dziwnych, w sumie mało spektakularnych włamań. I właśnie włamania stały się początkiem, a później też znakiem rozpoznawczym Golden State Killera.
Włamania niezbyt efektowne i niewymagające specjalnych umiejętności, bo przestępca dostawał się do domów na przykład przez niedomknięte okna czy niezabezpieczone tylne drzwi. I kradł, co charakterystyczne, często zdarzało się, że nawet aż dwanaście razy w ciągu jednego dnia. No ale kradł też dziwnie, bo najczęściej zabierał dużą liczbę niewiele wartych przedmiotów.
Na przykład monety, znaczki programu lojalnościowego Blue Chip, jakieś kolczyki, spinki albo jakąś inną drobnicę. I co ciekawe, ignorował przedmioty o dużej wartości, nawet te, które leżały na wierzchu. Raz ukradł pistolet, ale zdarzało się, że okradzeni dopiero po bardzo długim czasie odkrywali, że w rodzinnym albumie brakuje jednego zdjęcia.
I zawsze było to zdjęcie kobiety lub dziewczynki. To nie były łupy, to były, uwaga, trofea. Najwyraźniej ważniejszy od wartości materialnej przedmiotów był sam proces przeglądania tego, co ludzie mieli w domach.
Właściciele zastawali porozrzucane rzeczy, zwłaszcza damską bieliznę. Często część tego, co znalazł włamywacz, niszczył, a inne rzeczy starannie układał. Wszystko to wyglądało dziwnie, ale w sumie niezbyt groźnie, przynajmniej początkowo.
Piotr: Te kilkadziesiąt włamań w Visalii w 1973, 1974 i 1975 roku to był dopiero początek. 5 lutego 1975 roku, około godziny 22, profesor dziennikarstwa Claude Snelling przegonił spod swojego domu człowieka, który wyraźnie kręcił się pod oknem jego 16-letniej córki. W sierpniu tego samego roku ta dziewczyna siedziała razem ze swoim chłopakiem, oglądali razem telewizję.
Zaczęli rozmawiać o tym, co się działo w lutym, o tym przegonieniu kogoś. Nagle jedno z nich powiedziało, że byłoby dziwnie, gdyby teraz ich obserwował. Jej chłopak wstał, gwałtownie odsunął zasłony i okazało się, że dokładnie za oknem stoi facet podglądający ich, który natychmiast uciekł.
Ola: To creepy jest naprawdę.
Piotr: Tak, teraz dokładniej w domu zasłaniamy okna, tak jakoś nas naszło. W każdym razie, co działo się dalej? Miesiąc później, 11 września tego samego roku, około drugiej w nocy Claude Snelling obudził się.
Jakiś hałas, jakieś szuranie, coś się działo. Wybiegł przez tylne drzwi domu i natknął się na mężczyznę w kominiarce, masce, który właśnie wywlekał z domu jego córkę, grożąc jej bronią.
W tym momencie, kiedy mężczyzna ciągnął córkę, jej ojciec skoczył w tamtą stronę, a napastnik dwa razy do niego strzelił. Córkę rzucił na ziemię, kopnął ją kilka razy i uciekł. Postrzelony mężczyzna zdołał dotrzeć do domu, skąd zabrało go pogotowie, ale wkrótce potem zmarł w szpitalu.
I jak się okazało, zastrzelono go z tego skradzionego, nie tak dawno wcześniej, pistoletu.
Ola: Tego już się nie dało zignorować i policja rozpoczęła intensywne poszukiwania. Jednak jedynym śladem był znaleziony w pobliżu skradziony rower. Wyznaczono nagrodę, rozpoczęto patrolowanie okolicy, obstawiono domy, do których wcześniej ktoś się tak dziwnie włamywał.
Ta ostatnia decyzja najwyraźniej była podyktowana obserwacją, że napastnik wrócił, i to po długim czasie, do miejsca, które już wcześniej odwiedził. Przypominamy: w lutym podglądał po raz pierwszy, został przegoniony, potem wrócił latem i jeszcze raz jesienią.
W jednym z wytypowanych domów policja zaleciła właścicielce wyrównanie, czy też może zagrabienie ziemi pod oknem jej córki i sprawdzanie, czy nie pojawiły się tam czyjeś ślady. I uwaga, pojawiły się odciski butów oraz dziwne kółka odbite w podłożu. Potem zidentyfikowano je jako odciski doniczki, ustawionej dnem do góry.
Mężczyzna stawał na niej, by móc zajrzeć przez okno, był po prostu za niski, żeby tam spojrzeć.
Piotr: Ten trop okazał się dobry. Dom zaczął obserwować policjant, który chował się w garażu, tak żeby mieć wszystko na oku.
Trzy miesiące po zabójstwie Snellinga, 12 grudnia wieczorem, policjant dostrzegł znowu zamaskowanego mężczyznę w kominiarce, który pojawił się na podwórzu tego domu. Wezwał intruza do zatrzymania się. Ponieważ nie było reakcji, oddał ostrzegawczy strzał.
W tym momencie mężczyzna zatrzymał się, podniósł ręce, udawał, że się poddaje. Policjant zaczął się zbliżać, ale w tym momencie napastnik rzucił się do ucieczki. Przeskoczył przez płot, wyciągnął broń i strzelił pół na oślep do policjanta.
Na szczęście go nie trafił. Trafił latarkę, którą policjant trzymał w ręku. I facet kompletnie bez śladu zniknął.
Ola: Nie wiadomo, ilu włamań dokonał przestępca w Visalii. Na pewno było ich kilkadziesiąt, jednak mogło być nawet kilkaset, bo wiele z nich prawdopodobnie nie zostało nigdy zgłoszonych. Zwłaszcza że zuchwałość włamywacza rosła, więc wcześniejsze przypadki mogły nie robić na okradanych większego wrażenia.
W tym czasie w tych okolicach ludzie nie mieli zwyczaju zamykać swoich domów. Często pozostawiano też otwarte okna. Ale ta niewinność Kalifornii, niestety, właśnie się skończyła.
0:12:10 Napaści w Sacramento i zabójstwa w Santa Barbara
Piotr: Podczas gdy policja wciąż polowała na tego człowieka, któremu w międzyczasie nadano przydomek Visalia Ransacker, czyli łupieżca z Visalii, już w odległym o 300 kilometrów Sacramento zaczęła się seria napaści i gwałtów na kobietach. Mężczyzna atakował je wtedy, kiedy były w domu same. To było czasami kuriozalnie straszne, bo w jednym z przypadków kobiecie towarzyszył trzyletni syn.
Napastnik postanowił go po prostu zignorować. Dziecko było w tym czasie w pokoju, kiedy mężczyzna znęcał się nad jego matką. Tu tylko dodam, że dziecko na szczęście nie bardzo skojarzyło, co się stało.
Potem w zeznaniach była mowa, że chyba pan doktor przyszedł do mamy. Jakoś to się odbyło bez większych strat psychicznych dla tego dziecka.
Ola: Miejmy nadzieję. A matka przeżyła?
Piotr: Matka przeżyła jak najbardziej. Najczęściej napastnik zakradał się późno w nocy albo nad ranem i wchodził do domu przez otwarte okno albo przesuwne drzwi do ogrodu. To był standard w tym czasie w Kalifornii.
Wiele ofiar opowiadało później, że budził je silny strumień latarki skierowany w oczy. Celowo w ten sposób budził te kobiety.
Ola: Takie metody jak na przesłuchaniach stosowane, prawda?
Piotr: Trochę tak. Niewątpliwie metoda mająca przerazić, sparaliżować. Zawsze miał na twarzy maskę.
Co ciekawe, to były często różne maski. Zawsze to było coś w rodzaju kominiarki, ale te kominiarki często zmieniał. Zawsze miał na rękach rękawiczki i, co też charakterystyczne, często gdy już budził swoje ofiary, był od pasa w dół rozebrany.
Ola: O Jezu, obrzydliwe.
Piotr: Tak, przerażające. Kobiety zwykle wiązał, kneblował, groził im nożem albo pistoletem. I te napaści nie były właściwie mniej dziwne niż te włamania w Visalii, bo się nie spieszył.
Kiedy już związał kobietę, spędzał w tym domu nawet kilka godzin. W tym czasie chodził po domu, przeglądał szuflady, przeglądał szafy, wyciągał rzeczy, bardzo często bieliznę, i mówił przy tym do siebie. Wszystkie kobiety potwierdzały, że gadał do siebie, coś tam mamrotał.
Bardzo często, prawie zawsze, szedł do kuchni, brał sobie piwo, coś do jedzenia.
Ola: Spoko, trzeba zakąsić.
Piotr: Tak, absolutnie. A potem wracał do swojej ofiary i znowu ją gwałcił. I przy okazji kradł różne rzeczy.
I znowu, nic takiego specjalnie wartościowego, czyli zazwyczaj jakieś osobiste przedmioty. Czasem trochę gotówki, często na przykład monety, czasem broń palną.
I coś wam to chyba przypomina, prawda?
Ola: Trzeba zwrócić uwagę na powtarzające się charakterystyczne elementy. Wiele kobiet, które padły ofiarami tych napaści, opowiadało potem o tym, że kilka miesięcy wcześniej zauważały jakieś niepokojące sygnały. Na przykład ktoś je obserwował z samochodu, odbierały głuche telefony, ktoś wchodził na teren ich posesji.
Zwykle takie rzeczy się ignoruje. Człowiek jakoś to sobie tłumaczy, prawda? Dopiero gdy stanie się coś strasznego, przypominamy sobie te wszystkie zdarzenia i one nagle zaczynają układać się w jakiś schemat.
Zauważono też inne charakterystyczne elementy, które dość jednoznacznie wskazywały, że różne zdarzenia trzeba przypisać tej samej osobie. Miejsca napaści były starannie wybierane tak, żeby zawsze było gdzie uciec, na przykład obok znajdował się teren, na którym można było zniknąć bez śladu – jakieś pole, sad, zagajnik.
Napastnik dbał o detale. Na przykład otwierał okna i drzwi, uchylał tak, by w razie czego mógł szybko uciec.
Przy drzwiach ustawiał pułapki, na przykład naczynia, które miały go ostrzec przed kimś, kto mógłby wejść do domu. Rozległby się huk tłuczonych naczyń albo jakiś brzdęk. Na początku udawał, że to napad rabunkowy, że zależy mu tylko na pieniądzach, a potem zaraz sobie pójdzie. W ten sposób udawało mu się skłonić ofiary do współpracy.
Ale kiedy ofiara orientowała się, że nie chodzi o rabunek, było już zazwyczaj za późno. Przede wszystkim, co jest bardzo charakterystyczne, po prostu się nie śpieszył. Doskonale wiedział, kiedy może się czuć bezpiecznie.
Znał rozkład dnia domowników, wiedział, kiedy ktoś wychodzi, a kiedy wraca do domu, i jak wejść oraz jaką drogą można uciec. Był bardzo pewny siebie i czerpał przyjemność z przerażenia ofiar.
Piotr: Podobnych gwałtów z Sacramento zdarzało się już naprawdę dużo. W prasie pojawiały się teksty na ten temat. Przestępca dorobił się własnego przydomku.
East Area Rapist, czyli gwałciciel z East Area. Gazety pisały o jego stylu działania.
Ola: Przepraszam, to East Area to był obszar Sacramento, prawda?
Piotr: Tak, to określenie tego obszaru Sacramento. W gazetach pojawiły się informacje o tych powtarzalnych elementach. Że ktoś napada na samotne kobiety, że robi to późno w nocy, czasem nad ranem.
Że jest bezwzględny i wyrachowany. Ale jak wiemy już teraz, ten gwałciciel, co dziwne, czytał tę samą prasę i postanowił zmienić swój modus operandi. Przede wszystkim przestał atakować tak późno w nocy, bo wtedy ludzie się już spodziewali.
I po drugie, zaczął brać na cel pary, już nie tylko samotne kobiety. Właściwie niemal całkowicie przestawił się na takie układy, żeby w domu był mężczyzna i kobieta.
Kiedy wchodził do domu, zaczynał od polecenia, żeby kobieta skrępowała mężczyznę. Często przynosił ze sobą sznurowadła, którymi ta kobieta miała związać mężczyznę. Potem sprawdzał, czy jest dobrze związany, czy więzy są porządne.
I kazał mężczyźnie gdzieś się położyć, często w pokoju obok. Stawiał na nim znowu naczynia, jakiś talerz, jakiś kubek. I mówił, że jeżeli usłyszy, że ten przedmiot spada na ziemię, to natychmiast kobietę zabije.
Ola: I tutaj sobie pomyślałam, że jak ludzie się już nauczyli zamykać domy na noc bardzo starannie, nie zostawiać żadnych okien uchylonych, no to przecież bardzo często ludzie, którzy siedzą do późna w noc, na przykład coś oglądają w telewizji, zamykają dom rzeczywiście późno, na przykład koło północy. Czyli innymi słowy, ten włamywacz korzystał być może jeszcze z tych ostatnich chwil, kiedy te domy były otwarte i niechronione.
Piotr: Tak, bo jest taki odruch, że idziemy spać, to jeszcze sprawdzimy, czy drzwi są zamknięte. Więc to było już za późno, on wchodził wcześniej.
To pokazuje też, że te jego napady były naprawdę przemyślane, że nie działał w takich nagłych, szalonych impulsach, tylko dobrze kombinował, jak to wszystko przeprowadzić.
Ola: Działał w hrabstwie Sacramento, terroryzował ludzi od czerwca 1976 roku do lipca 1979. I w tym czasie, pod przydomkiem East Area Rapist, dopuścił się aż 50 gwałtów i podwójnego zabójstwa małżeństwa Katie i Briana Maggiore, którzy po prostu spacerowali z psami.
Być może byli świadkami tego, że uciekał z miejsca zbrodni czy z miejsca gwałtu, tego nie wiadomo. Ostatni gwałt, jakiego dopuścił się ten człowiek, miał miejsce 5 lipca w tej okolicy.
A potem napaści w Sacramento nagle ustały. Strach, jaki pozostawił po sobie ten gwałciciel, pozostał z wieloma osobami na całe ich życie. Jedna z mieszkanek Sacramento opowiadała, że po tamtych wydarzeniach nigdy nie ogląda horrorów, bo nie potrafi zrozumieć, jak można czerpać przyjemność z takiego dobrowolnego bania się.
I nagłe ustanie ataków w lipcu 1979 roku na wiele lat pozostało zagadką.
Piotr: Sacramento powoli się otrząsało z tych trzech lat grozy. I tak naprawdę ludzie już nie chcieli myśleć o tych strasznych wydarzeniach, więc mało kto się interesował kolejnym przestępcą, bo na początku października tego roku, o prawie 500 kilometrów na południe, w Santa Barbara zaczęły się inne przestępstwa.
Ola: Tak, to był rok 1979, przypominamy. Pierwszego października, uwaga, doszło do włamania do domu, w którym przebywała para ludzi. Mężczyzna związał ich, jednak kobieta zaczęła krzyczeć, zaalarmowała sąsiadów, a napastnik uciekł.
Ci napadnięci mieli sporo szczęścia. Ale tylko tych dwoje miało tyle szczęścia, bo w ciągu kolejnych dwóch lat, do lipca 1981 roku, w regionie Santa Barbara dokonano jeszcze pięciu napadów, w tym czterech na pary i jednego na kobietę, której mąż był w tym czasie w szpitalu. Niestety żadna z ofiar nie przeżyła, a napastnik gwałcił kobiety i bił ludzi na śmierć lub strzelał do nich.
Był po prostu strasznie brutalny, odrażający typ. Żaden z seryjnych morderców nie ma przyjemnej historii, to jest jedna z tych bardziej mrocznych.
Piotr: Powiem szczerze, że my tu odpuszczamy szczegółowe opisy, które często w true crime'owych podcastach można usłyszeć. One są makabryczne i niewątpliwie są w jakiś sposób ekscytujące, ale nie o to nam chodzi. Staramy się zmierzać ku pewnemu celowi, więc gdyby kogoś to interesowało, w opisie odcinka są linki.
Tam jest bardzo dużo szczegółów. Jeszcze trochę powiemy o tych źródłach. W każdym razie ten zabójca stał się znany jako Night Stalker, a później Original Night Stalker, dlatego że w połowie lat osiemdziesiątych Night Stalkerem zaczęto nazywać Richarda Ramireza.
Ola: To był inny, znany seryjny morderca.
Piotr: Który chyba stał się wtedy bardziej sławny, głównie dlatego, że go złapano. Więc było o czym mówić. W tym układzie ten nasz przestępca został nazwany Original Night Stalker.
Ostatni z tej serii zabójstw w Santa Barbara miał miejsce 27 lipca 1981 roku. Potem dziwny odstęp, w maju 1986 roku jeszcze raz napadnięto, zgwałcono i zabito osiemnastoletnią dziewczynę.
To był taki dziwny odstęp, nie było pewności, ale obecnie wiemy, że to również była robota tego Night Stalkera. Z tego, jak opowiadamy, już nietrudno się wam domyślić, że wszystkie te opisywane przestępstwa, zbrodnie, były dziełem jednego człowieka. Ale wtedy to w ogóle nie było oczywiste.
Jasne stało się to dopiero piętnaście lat po tym ostatnim zabójstwie, czyli w 2001 roku. Bo wtedy badania DNA pozwoliły połączyć East Area Rapista i Original Night Stalkera, czyli tego, który działał w Sacramento, i tego, który działał w Santa Barbara.
Ola: I to był moment, kiedy badania DNA wkroczyły jako jedna z metod kryminalistycznych i stały się tą wiodącą metodą, która dzisiaj jest zupełnie standardowa, a wtedy była absolutną nowością. Ale jak widać, już na samym początku okazała się niezwykle skuteczna.
Piotr: Jeżeli byście się zastanawiali, dlaczego nie połączono jeszcze tego pierwszego przestępcy, czyli tego z Visalii, Visalia Ransackera, to trzeba pamiętać, że tamte przestępstwa były inne. Nie pozostawiał tam wyraźnych śladów DNA, które mogłyby przetrwać do 2001 roku. W tej chwili, kiedy bada się miejsca przestępstwa, zbiera się bardzo wiele śladów.
I wiele takich, które po to są właśnie zbierane, żeby potem mogły posłużyć przy badaniach DNA. Chociażby zbiera się włosy, zwłaszcza te, które zostały wyrwane z cebulkami, bo tam zachowuje się DNA. Ale to była połowa lat 70. i po prostu takich śladów w ogóle wtedy nie zabezpieczano. Stąd nic takiego nie zostało.
Ola: Nie zostało z tej Visalii, prawda?
Piotr: Tak, z tej Visalii, z tych włamań. Przypominam, miał na sobie kominiarkę i rękawiczki. Oczywiście szukano śladów odcisków palców, ale ich nigdzie nie było.
Bardzo o to dbał. Natomiast w przypadku gwałtów sprawa była zupełnie inna. I to dlatego, że gdzieś na początku lat 70. w Stanach Zjednoczonych opracowano standardy zabezpieczania śladów takich przestępstw. I wśród tych metod było zabezpieczanie nasienia sprawcy. Używano do tego specjalnych zestawów.
Była cała procedura postępowania, były probówki, naczynia. To się właśnie nazywało zestawami do zbierania śladów. Jeden z tych zestawów został zresztą później, po latach, odnaleziony i wykorzystany do stworzenia bardzo dokładnego profilu DNA przestępcy.
To był zestaw z 1980 roku, pochodzący ze śledztwa dotyczącego zabójstwa i gwałtu na Charlene Smith oraz zabójstwa jej męża, Lymana Smitha. Zestaw ten był przechowywany w hrabstwie Ventura i zapieczętowany przez 37 lat. Dopiero jak zaczęto go szukać, trafiono na niego i właściwie dzięki niemu udało się tak dokładnie odtworzyć DNA przestępcy.
Ola: Gdy tylko w pierwszych latach XXI wieku do użytku weszła metoda polegająca na tworzeniu profilu genetycznego przestępcy, czyli metoda badania DNA, natychmiast wykorzystano ją do próby identyfikacji mordercy. Jednak niestety działania te nie przyniosły żadnego efektu. Powód był prosty.
DNA poszukiwanego nigdy nie trafiło do żadnej bazy. Przestępca po prostu nie został do tego momentu schwytany i nie pobrano od niego DNA. A przynajmniej nie trafiło ono do żadnej bazy, z której mogli skorzystać kalifornijscy śledczy zajmujący się sprawą niewyjaśnionych morderstw i gwałtów.
Nie było jeszcze wtedy systemu pozwalającego na przeglądanie danych pochodzących z różnych wydziałów policji. A do jego powstania w 2004 roku przyczynił się brat jednej z ofiar mordercy, o którym opowiadamy, Bruce Harrington, zwolennik takiego rozwiązania i szerokiego stosowania tego typu metod na terenie całych Stanów Zjednoczonych.
0:28:38 Śledztwo grzęźnie: polityka i rywalizacja policji
Piotr: Czasy, kiedy współpraca między policją z różnych hrabstw, nawet w tym samym stanie, częściej była, można powiedzieć, jakąś konkurencją niż rzeczywiście współpracą, bardzo się potem zmieniały. Natomiast w tym czasie szło to bardzo opornie. Te nowe wyniki, które uzyskano dzięki badaniom DNA, pozwoliły wreszcie na połączenie spraw gwałtów z okolic Sacramento oraz zabójstw z gwałtami z okolic Santa Barbara.
A to sprawiło, że ta już przyschnięta po latach sprawa nieco odżyła. I w ogóle to jest mocna opowieść o tym, jak policja bardzo nieudolnie w tym czasie działała. Nie mamy czasu teraz na rozpisywanie się o tych szczegółach, ale jeżeli chcecie, to zajrzyjcie do źródeł.
Tam jest ta historia opisana szerzej, są opisane te działania czy niedziałania policji, pod innym kątem ta opowieść tam jest rozwinięta.
Wspomnę tylko, że policja z Santa Barbara bardzo się starała, żeby zbyt wiele nie zrobić w sprawie tych morderstw. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale na przykład już w latach osiemdziesiątych, podczas gdy działał ten Original Night Stalker, kompletnie ignorowano wskazówki i sugestie, które łączyły te morderstwa z podobnymi w stylu gwałtami, jakich dopuszczał się w Sacramento East Area Rapist.
Ola: Na powody, jakie temu przyświecały, złożyło się ogólnie takie unikanie dodawania sobie roboty. Wiadomo, że to jest cecha charakterystyczna policji na całym świecie. Też pogarda dla osób niższych rangą, czy niechęć do policji z innych obszarów.
Piotrek już wspominał o tej konkurencji, jaka panowała wówczas, jakieś takie chore to trochę. Ale był też jeden bardzo konkretny powód, noszący konkretne imię i nazwisko.
Ronald Reagan. Teraz zastanawiacie się pewnie, co Ronald Reagan miał do czynienia z mordercą, który był nieudolnie poszukiwany przez policję. Otóż ciąg morderstw na południu Kalifornii przypadł dokładnie na okres kampanii i wyborów prezydenckich, w których Ronald Reagan startował z ramienia Partii Republikańskiej.
W tym czasie przyszły prezydent Stanów Zjednoczonych był gubernatorem stanu Kalifornia. I tak się przypadkiem złożyło, że zabójca działał w pobliżu rezydencji kandydata. Oczywiście nie bezpośrednio, ale wystarczająco blisko, żeby gubernator bardzo chciał uniknąć jakichkolwiek skojarzeń między nim a tymi zabójstwami.
To mogłoby rzucać cień na jego kampanię – że chce ustanawiać porządek w kraju, a pod samym jego nosem działa seryjny morderca. Z uwagi na te uwarunkowania, nazwijmy to polityczne, policja skupiała się raczej na bieżącym radzeniu sobie z kryzysem niż na uruchamianiu dużego śledztwa, które objęłoby większy obszar, a więc miałoby duże szanse trafić do ogólnokrajowych mediów.
Piotr: Tak jak mówiłem, nie chcemy tu o tym całym śledztwie opowiadać, o wszystkich jego wątkach. Znajdziecie to w znakomitym podcaście "Man In The Window – The Golden State Killer". Ten podcast został przygotowany przez gazetę Los Angeles Times.
Poświęcono mu tam dziewięć odcinków i naprawdę nie poruszono w nim wszystkich tematów, bo dokładnie się temu przyglądałem, więc jeżeli ktoś chce, to polecam ten podcast. Jest oczywiście po angielsku, ale ten angielski jest w większości na tyle prosty, że naprawdę bez problemu można to zrozumieć. Za to teraz skupimy się na tym, co wreszcie bezpośrednio pozwoliło schwytać tego mordercę i gwałciciela.
Po tym, jak śledztwo właściwie zamarło, pozostała grupa ludzi, którzy postanowili kontynuować poszukiwania. Wśród nich był Paul Holes, śledczy, zresztą w jakimś stopniu ważny z wykształcenia biochemik. Od 1994 roku, czyli naprawdę długo, monitorował sprawę gwałciciela z okolic Sacramento, a później, kiedy już wiadomo było, że to ta sama osoba, również zabójcy z Santa Barbara.
Ola: Ponieważ, jak mówiliśmy, w bazach osób notowanych nie znaleziono DNA pobranego z miejsca przestępstw, sprawa znowu utknęła. I to naprawdę na długo, bo mniej więcej do 2015 roku. Wówczas Paul Holes postanowił wypróbować nowe podejście, które wcześniej nie było dostępne.
0:33:20 Genealogia genetyczna: jak działają testy DNA
Ola: Jest to metoda oparta na poszukiwaniu krewnych jakiejś osoby, w tym wypadku przestępcy. Prowadzi się ją w publicznych, ogólnodostępnych bazach danych, które tworzone są w celu, i tu uwaga, poszukiwań genealogicznych, czyli zupełnie innym niż poszukiwanie przestępców. Kiedyś strony poświęcone genealogii opierały się głównie na ręcznych poszukiwaniach: wiem, jak mój ojciec, dziadek, babcia czy prababcia się nazywali, gdzie mieszkali, czym się zajmowali.
Piotr: O ile to wiem, bo ja na przykład nic nie wiem o moim dziadku.
Ola: No tak, twój dziadek to jest jedna z najbardziej tajemniczych osób, które chodziły po tej ziemi. Ale szukam takich osób, o których coś wiem, w bazie ręcznie, licząc na to, że ktoś z moich krewnych ułożył już gdzieś swój kawałek drzewa genealogicznego i teraz uda mi się połączyć ten mój kawałek drzewa z jego kawałkiem drzewa i to się rozrośnie.
Piotr: Tak, na podstawie nazwiska, jakichś miejsc, takich ogólnych informacji trudno na to trafić. Ale tak było kiedyś, bo teraz już działa się zupełnie inaczej. Teraz, jeżeli chcę szukać moich krewnych – a przyznam szczerze, rozważam poszukiwania śladów mojego dziadka, bardzo możliwe, że to zrobię.
Ola: Bo on zniknął, zdaje się, zaraz po wojnie albo jeszcze w czasie wojny.
Piotr: Nawet nie wiadomo do końca, to skomplikowane. Chyba po wojnie, ale okej. Co ja robię, jeżeli teraz chcę szukać w ten sposób?
Przede wszystkim zamawiam w internecie pakiet do pobrania próbki DNA. To jest koszt około 100-120 dolarów razem z wysyłką, często są jakieś promocje. W tej cenie jest też przeprowadzenie sekwencjonowania tego DNA.
Samo pobranie próbki jest prościutkie, zazwyczaj sprowadza się do poskrobania po wewnętrznej stronie policzka sterylnym patyczkiem. Ten patyczek wkłada się do probówki, wszystko się zamyka i odsyła się do laboratorium, które przeprowadza sekwencjonowanie.
Ola: To jest nawet prostsze niż pobieranie próbek, które potem się testuje w testach covidowych. W covidzie trzeba było głęboko w nos, co powodowało łzy bardzo często, a tutaj nie, wystarczy wewnętrzna część policzka.
Piotr: Potem się czeka jak zwykle trzy, cztery tygodnie i w efekcie dostajemy plik, w którym znajduje się informacja o zwykle kilkudziesięciu tak zwanych markerach DNA. To są charakterystyczne miejsca w DNA, które pozwalają odróżnić od siebie różnych ludzi, ale też znaleźć pewne nici łączące tych ludzi. Jak to jest z tymi markerami?
Generalnie bada się trzy obszary genomu. Jeżeli chcemy śledzić kobiecą linię przodków, badamy genom mitochondrialny. To bardzo krótki kawałeczek, który znajduje się w mitochondriach.
Jeżeli chcemy skupić się na męskiej linii, analizujemy wtedy chromosom Y. Obie te części genomu są niewielkie i, co za tym idzie, powoli się zmieniają, bo mają mało genów, więc jeżeli zajdzie tam jakaś mutacja, czyli zmiana w tych genach, to zazwyczaj te geny przestają działać i to się źle kończy. Organizm z taką mutacją najczęściej w ogóle nie przeżywa okresu rozwoju prenatalnego.
Jeżeli ktoś się rodzi, działa i żyje, to najprawdopodobniej ten jego fragment genomu z chromosomu Y albo mitochondrialny nie jest naruszony. Dlatego te stosunkowo mało zmienne obszary genomu są dobre do śledzenia długich, ciągnących się przez całe pokolenia linii przodków. Natomiast na drugim biegunie są tak zwane sekwencje STR.
Te z kolei znajdują się na końcówkach chromosomów i zmieniają się bardzo często. Tak często, że właściwie u każdego człowieka są inne, nawet u jednojajowych bliźniaków. Był jeden przypadek, kiedy na podstawie testów genetycznych skazano nie tego bliźniaka, co trzeba.
To potem się oczywiście wyjaśniło, ale to właściwie jedyny znany przypadek dwóch osób, które miały takie same markery STR. I te STR-y nadają się do rozróżniania poszczególnych osób. Ta zmienność sprawia, że o ile linia mitochondrialna czy chromosom Y mogą się przez dziesięciolecia nie zmieniać, o tyle STR-y pozwalają wskazać praktycznie bezbłędnie konkretną osobę.
Ola: I jak ja to robię, jak chcę wyszukać tę konkretną osobę? Dostaję pliki z takimi informacjami, ładuję je do bazy, w których są dane dotyczące DNA już setek tysięcy innych osób – osób, które tak jak ja chcą poszukać swoich krewnych.
I teraz dzieje się magia. Algorytm porównuje markery genetyczne oznaczone na podstawie mojej próbki DNA z markerami innych osób i na podstawie ich zgodności określa nasz stopień pokrewieństwa. Dostajemy więc informacje o kilku, kilkunastu czy nawet kilkuset osobach, z którymi dzielimy wspólne fragmenty DNA.
Oczywiście im odleglejsze jest pokrewieństwo, tym więcej dostajemy trafień. Możemy to sobie wyobrazić jako odwrócone drzewo. Na szczycie jesteśmy my, a w dół rozciągają się gałęzie, a raczej korzenie naszych przodków.
Im więcej pokoleń wstecz, tym więcej przodków odnajdujemy. Takich liczących się baz genealogicznych jest na świecie kilka. Oczywiście im większa jest taka baza, tym lepiej, bo większe są szanse na znalezienie naszych krewnych, po prostu na ich obecność w takiej bazie.
Te najpopularniejsze bazy noszą nazwy Ancestry, MyHeritage, 23andMe, FamilyTreeDNA. Działają jako usługi abonamentowe, czyli płaci się coś co miesiąc i ma się dostęp do takich usług. Podstawowym standardem wymiany danych genetycznych służących poszukiwaniom genealogicznym stał się format o nazwie GEDCOM.
To taki plik tekstowy o ściśle określonej strukturze, dzięki któremu można między innymi przenieść podstawowe dane między różnymi systemami.
Piotr: I tu mała ciekawostka: ten format GEDCOM został opracowany jeszcze w latach osiemdziesiątych przez Towarzystwo Genealogiczne Utah. To organizacja prowadzona przez mormonów, czyli członków Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich. Śmiało można powiedzieć, że to właściwie mormoni rozpoczęli tę obecną modę na tego typu nowoczesne poszukiwania swoich przodków.
Ola: To jest dopiero ciekawa sprawa.
Piotr: Tak, absolutnie. I to się wiąże z ich wiarą w to, że po śmierci rodziny będą przebywać razem. Ale żeby rodzina była pełna, trzeba możliwie szeroki jej skład ustalić, zidentyfikować, i stąd te poszukiwania przodków.
Tylko że te poszukiwania są dosłownie ogólnoświatowe, bo żeby być po śmierci razem, wszyscy muszą zostać ochrzczeni. Oczywiście nie byle jak, tylko konkretnie w obrządku mormońskim. I tu na szczęście dla mormonów zostawiono całkiem szeroką furtkę.
Można kogoś ochrzcić również po jego śmierci. Wystarczy, że ktoś inny przyjmie za niego chrzest. Dlatego właśnie już od bardzo wielu lat mormoni masowo gromadzą dane o zmarłych krewnych, szukając ich również poprzez poszukiwania DNA, odkąd to jest możliwe, i masowo chrzczą ich w swoich świątyniach.
Ola: Tutaj wtrącę, że tak jak niektórzy mówią, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu, to mormoni są innego zdania, i choćby wiele osób chciało uciec przed członkami swoich rodzin, to w wydaniu mormońskim im się to nie uda.
Piotr: Powiem szczerze, że tam jest zresztą mnóstwo awantur o to, dlatego że chrzczą wszystkich jak leci. W związku z czym na przykład organizacje żydowskie protestują przeciwko chrzczeniu ofiar Holokaustu. Kościół katolicki wykonuje mnóstwo nerwowych ruchów, żeby udostępnić jak najmniej danych mormonom.
To jest swoją drogą dosyć zabawne podejście – że ten chrzest mormoński miałby jakby zepsuć ten chrzest katolicki. W każdym razie wyraźnie widać tutaj konkurencję. My się tu nie zajmujemy religią, ale przynajmniej jest jedna korzyść z tego ich masowego chrzczenia.
Mamy dobry, uniwersalny standard przekazywania danych genealogicznych.
0:42:57 Przełom w GEDmatch i namierzenie Josepha DeAngelo
Ola: I właśnie na tym standardzie oparto jeszcze jedną bazę danych. Jest ona w wersji podstawowej dostępna za darmo, więc wiadomo, przyciągnęła sporo osób właśnie z tego powodu. I dzięki temu obecne są tam dane około 1,5 miliona osób.
W dodatku dostęp do tej bazy był prosty i bezproblemowy. I właśnie dlatego śledczy z grupy, w której działał Paul Holes – już wspominaliśmy o nim w kontekście poszukiwań mordercy z Sacramento i Santa Barbara – postanowili sprytnie tę bazę wykorzystać. Założyli tam fałszywy profil i załadowali do bazy plik z danymi genetycznymi poszukiwanego, tego mordercy z Sacramento i Santa Barbara.
Baza przyjęła dane, przetworzyła je i wypluła częściowe trafienie. Od razu radość, ekscytacja ogromna. Próbowano ostrożnie skontaktować się ze znalezioną osobą, jako że profil był fałszywy, więc ryzyko było niewielkie, ale ta osoba, której trafienie otrzymano z bazy, nie odpowiadała przez bardzo długi czas.
Wreszcie odezwała się, więc śledczy mieli jej adres mailowy. Natychmiast zaczęli przeszukiwać internet i ku swojemu zaskoczeniu trafili na opublikowany na YouTubie film, w którym, uwaga, inny śledczy, inny policjant, mówił o poszukiwaniach tego samego mordercy. O co tu właściwie chodziło?
Piotr: No tak, szybko okazało się, że Paul Holes i jego zespół to nie byli jedyni ludzie, którzy wpadli na pomysł wykorzystania bazy GEDmatch. Inna grupa, która też poszukiwała mordercy, wpadła dokładnie na ten sam pomysł i również z fałszywego konta załadowała jego DNA do bazy. A baza po prostu znalazła wspólne cechy obu profili.
Sytuacja, w którą trudno wręcz uwierzyć. Mamy dwie nieznające się, działające niezależnie od siebie grupy śledcze. Obie wpadają na ten sam pomysł, ładują do bazy profile DNA tego samego przestępcy.
Tyle że każdy z tych profili pochodził z nienajlepiej zachowanych śladów biologicznych, więc żaden nie był pełny. Stąd tylko takie częściowe trafienie. Ale właśnie dzięki temu obie grupy się spotkały.
Było też drugie trafienie.
Ola: I tutaj wszyscy znowu przeżyli ekscytację.
Piotr: Tak, absolutnie.
Ola: Ale niestety.
Piotr: Tak, bo tym razem naprawdę znaleziono krewnego zabójcy. Tyle tylko, że jak przeanalizowano sprawę, okazało się, że owszem, ich wspólny przodek istniał, ale żył jakieś 900 lat temu. Dlatego niestety, niestety, nie bardzo się dało z tego cokolwiek ulepić. Więc mieliśmy porażkę, ale i sukces.
Porażkę, bo nie znaleziono tego, kogo szukano, ale sukces, bo okazało się, że ta metoda jakoś działa i stwarza duże możliwości.
Ola: Ale wkrótce potem udało się uzyskać lepszy profil genetyczny mordercy. Ten pierwszy stworzono na podstawie kiepsko zachowanych śladów, ale ten nowy powstał ze wspomnianego wcześniej zestawu do zbierania śladów gwałtu. Zabezpieczone w ten sposób ślady biologiczne gwałciciela przeleżały wiele lat w warunkach, które pozwoliły stworzyć bardzo wysokiej jakości profil genetyczny.
Tym razem baza zwróciła znacznie więcej danych. I uwaga, wśród otrzymanych danych najcenniejszym trafieniem okazał się przodek mordercy, który żył na początku XIX wieku. To było naprawdę coś dużego.
Wydawałoby się, że to wcale nie jest nic, co mogłoby doprowadzić do mordercy, ale metody rozmaite pozwoliły na takie postępowanie, które to ułatwiło.
Piotr: Tak, bo ten pradziadek był osobą na tyle mało odległą, że już można było zbudować drzewa genealogiczne jego potomków. Te drzewa były oczywiście ogromne, bo im bardziej się cofamy, tym więcej mamy tych przodków. Więc drzewa liczyły setki osób, ale już konkretnych, takich możliwych do historycznego prześledzenia i zidentyfikowania.
W tych poszukiwaniach stworzono dwadzieścia pięć takich drzew, a to, które doprowadziło wreszcie do celu, składało się z danych tysiąca osób. Było naprawdę bardzo rozbudowane i to była potężna robota. Łączyło pracę w archiwach, przeszukiwanie wycinków prasowych, również profili w mediach społecznościowych, jeśli szukano już blisko naszych czasów – mnóstwo źródeł.
I gdy docierano już do tych współczesnych osób, które odpowiadały wiekiem możliwemu zabójcy, eliminowano kolejne, na podstawie płci przede wszystkim, miejsca zamieszkania, jakiejś aktywności geograficznej, ale właściwie poszukując dla nich jakiegokolwiek dostępnego alibi. Wystarczył jeden taki moment, w którym dana osoba była w innym miejscu niż akurat popełniano przestępstwo, żeby można ją było po prostu wykreślić z listy podejrzanych.
Ola: I ostatecznie w kwietniu 2018 roku – pamiętajmy, opowiadamy o sprawie, która zaczęła się, o ile nam wiadomo, w 1973 roku – na liście podejrzanych zostały dwie osoby. Jedną z nich wykluczono na podstawie tego, o czym Piotrek mówił.
I pozostał tylko jeden człowiek. Uwaga, ten człowiek miał rodzinę i był już dziadkiem. W chwili, kiedy śledczy trafili na jego trop, miał 72 lata.
Mierzył 178 cm, miał niebieskie oczy, nazywał się Joseph James DeAngelo. Ale nie wystarczyło takie wytypowanie człowieka. Trzeba było mieć pewność co do tego, że to on jest sprawcą, a nie kto inny.
Zarzuty były zbyt poważne. A tę pewność dało się zdobyć tylko badając próbkę DNA podejrzanego. Zdecydowano, że policja nie podejmie ryzyka spłoszenia go.
Próbkę pobrano dwukrotnie. Po raz pierwszy z klamki samochodu, gdy DeAngelo z niego wysiadł. Tu trafienie nie było jednoznaczne, bo zidentyfikowano DNA aż czterech osób, ale tylko jedna z nich była tą poszukiwaną.
Z kolei drugą próbkę dosłownie wygrzebano ze śmietnika. Śledczy czaili się pod domem DeAngelo i z wyrzuconego worka wyciągnęli zużyte chusteczki.
To okazało się strzałem w dziesiątkę. Błyskawicznie wykonane sekwencjonowanie potwierdziło pełną zgodność genetyczną. I uwaga, 24 kwietnia 2018 roku Joseph James DeAngelo został aresztowany w swoim domu w hrabstwie Sacramento w Kalifornii.
Jego proces rozpoczął się 23 sierpnia 2018 roku. Sprawy gwałtów i włamań co prawda uległy przedawnieniu, ale mężczyźnie przedstawiono zarzut aż z 13 morderstw i 13 porwań.
Piotr: Gdyby się ktoś zdziwił, o co chodzi z tymi porwaniami, to jest kwestia definicji prawnej. Chodziło o to, że te osoby zniewalał. Najpierw je wiązał, to wszystko trwało, więc stąd pojawiają się te porwania, trochę zaskakujące.
Ola: Dwa lata od rozpoczęcia procesu, 29 czerwca 2020 roku, DeAngelo zgodził się przyznać do winy, ale pod warunkiem, że nie będzie mu groziła kara śmierci. 13 sierpnia 2020 roku został skazany na 12 wyroków dożywocia plus dodatkowo 8 lat. Obecnie odsiaduje wyrok w kalifornijskim więzieniu stanowym w Corcoran.
Podsumowując: Joseph James DeAngelo zabił 13 osób, zgwałcił 51 i dokonał nie mniej niż 125 włamań, choć ta ostatnia liczba może być nawet kilkukrotnie większa. Właśnie, te włamania.
Piotr: Tak, więc okazało się, że przestępca od maja 1973 roku do października 1979 był funkcjonariuszem policji. A do sierpnia 1976 roku, więc w tym czasie, gdy dokonywał tych licznych włamań w Visalii, pracował w jednostce zajmującej się włamaniami.
Ola: Cóż za zbieg okoliczności.
Piotr: Nie w tym rejonie, gdzie grasował, ale to doskonale wyjaśnia, dlaczego był w tym tak dobry i dlaczego tak trudno go było złapać. Dlaczego wiedział, jak ważna jest obserwacja ofiar, unikanie pozostawiania śladów, zabezpieczanie drogi ucieczki. To zdecydowanie był człowiek, który wiedział, jak to robić.
Zresztą w śledztwie pojawił się taki moment, że podejrzewano, że być może ma coś wspólnego z policją, bo jest po prostu za dobry – wszędzie tam, gdzie policja szukała, niczego nie było. W każdym razie z policji wywalono go po tym, jak został skazany za kradzież ze sklepu młotka i środka odstraszającego psy.
Ola: Tutaj można zadać pytanie: przypadek?
Piotr: Nie sądzę. Absolutnie nie. Jeszcze to, że od 1973 roku DeAngelo był żonaty.
Miał trzy córki. Już po aresztowaniu najstarsza z nich powiedziała, że uważała go za idealnego ojca. Z kolei jego żona, częściowo ze względu na tę policyjną pracę, później był jeszcze mechanikiem, zawsze wierzyła w jego tłumaczenia, dlaczego go nie było w nocy, gdzie wychodził.
Jakoś to szło. Zresztą rozstał się z żoną dopiero w 1991 roku, a rozwiedli się dopiero już po jego aresztowaniu w 2018 roku. I to jest oczywiście wielki skrót całej tej historii.
Zajrzyjcie sobie do opisu odcinka, tam jest mnóstwo bardzo dobrych źródeł dotyczących tej sprawy. To są przede wszystkim artykuły prasowe, analizy i podcast, o którym wspomniałem.
O wielu rzeczach nie opowiedzieliśmy.
Ola: Właśnie, Piotr szykował ten podcast chyba od dwóch tygodni. Mam wrażenie, że na pewnym etapie gotów był napisać kolejną encyklopedię, Britannicę, poświęconą tej sprawie. Ale się powstrzymał.
Piotr: Powstrzymałem się tym razem, ale naprawdę ten temat jest gigantyczny, między innymi dlatego, że ta sprawa ciągnęła się długo, zebrano mnóstwo rzeczy, a teraz to się wszystko świeżo odbyło, więc bardzo dużo wiemy. O czym nie mówiliśmy? Nie mówiliśmy na przykład o pierwszym związku DeAngelo, który zakończył się bardzo gwałtownie, gdy mężczyzna stał się po prostu agresywny, dziwacznie napastliwy.
Nie mówiliśmy o jego trudnym dzieciństwie, w którym między innymi torturował i zabijał zwierzęta. Nie było też nic o upiornych telefonach, którymi prześladował swoje ofiary wiele lat po tym, jak je zgwałcił. Zresztą ostatni taki telefon wykonał jeszcze w 2001 roku.
Ola: I to wyraźnie sprawiało mu przyjemność, bo właśnie na takich wrażeniach żerował.
Piotr: Dokładnie. Nie było też mowy o jego próbach kontaktu z policją i prasą. Nie było o licznych, w większości bardzo nieudanych, portretach pamięciowych.
Nie było nic o tym, jak gadał do siebie – trochę było, ale mało – podczas włamań. Potem też gadał do siebie w celi. Nie było o jego rzekomym, jak to określał, wewnętrznym głosie, jakimś demonie, który podobno miał mu kazać popełniać te przestępstwa.
0:55:09 Etyka baz genealogicznych i inne głośne sprawy
Ola: Zastosowanie baz genealogicznych do znalezienia przestępców stało się dziś właściwie normą. Sprawa Golden State Killera była pierwszą, w której odniesiono spektakularny sukces, wykorzystując tę metodę. Ale przy okazji pojawiło się mnóstwo wątpliwości.
Zanim jeszcze gazeta Los Angeles Times ujawniła niejawne szczegóły działań śledczych – o tym za moment – rozgorzała dyskusja, czy można i powinno się sięgać po tego rodzaju dane w sprawach kryminalnych. W końcu ludzie udostępniają fragmenty swojego DNA w zupełnie innym celu, po prostu chcą znaleźć krewnych.
To ja absolutnie rozumiem. Nie ma wątpliwości, że czym innym są bazy zawierające dane przestępców – tu nikt nie ma obiekcji, gdy policja je przeszukuje – a czym innym bazy, które służą poszukiwaniu krewnych na podstawie danych genealogicznych.
Ale co z tymi osobami, których krewni mogą zostać namierzeni i skazani za przestępstwa, które popełnili? Czy czysto teoretycznie taka osoba zgodziłaby się na wykorzystanie jej danych, gdyby wiedziała, że w ten sposób jej wujek czy dziadek może zostać rozpoznany jako gwałciciel czy morderca?
Piotr: To niby jest oczywiste pytanie – że wszyscy jesteśmy tacy praworządni – ale wszystko jest dobrze, dopóki to nie zaczyna się pojawiać w naszej rodzinie.
Ola: Tak, na naszym podwórku bezpośrednio.
Piotr: Oczywiście wiadomo, że takie grube sprawy jak Golden State Killer raczej nie budzą wątpliwości, ale w wielu drobniejszych sprawach nie wiem, czy zawsze byśmy chcieli. W każdym razie tę decyzję być może powinni podejmować ludzie. Śledztwo w sprawie Golden State Killer bardzo mocno zmieniło też politykę firm, które prowadzą genealogiczne bazy danych.
Zrobiło się bardzo nerwowo po wspomnianej publikacji Los Angeles Times z grudnia 2020 roku. Ujawniono tam, że poza otwartą bazą GEDmatch śledczy skorzystali, i to już nie całkiem zgodnie, a można powiedzieć całkiem niezgodnie z regulaminami, z innych baz – przede wszystkim z FamilyTreeDNA oraz MyHeritage.
Zrobili to, wykorzystując fałszywe konta, obchodząc różne deklaracje – bo wgrywając dane, trzeba zatwierdzić, zobowiązać się, potwierdzić, że to są nasze własne dane, właśnie po to, żeby nie prowadzić poszukiwania na czyichś obcych danych. Więc oni można powiedzieć składali fałszywe deklaracje. Jak się potem okazało z tego tekstu w LA Times, to złote trafienie, które doprowadziło do zidentyfikowania tego dziewiętnastowiecznego przodka mordercy, było trafieniem z MyHeritage, a nie, jak twierdzili śledczy, z GEDmatcha.
Ola: Czyli tej ogólnodostępnej bazy.
Piotr: Tak, dokładnie. Część firm potem ograniczyła dostęp do baz organom ścigania. Niektóre z kolei udostępniły im dane tylko tych osób, które świadomie wyraziły zgodę na udostępnianie policji takich danych.
Ta polityka zresztą kilkukrotnie się zmieniała. Jedna z tych baz najpierw praktycznie w ogóle odcięła policji dostęp, potem znowu wyraziła zgodę na takie działania. Z kolei GEDmatch właściwie przekształcił się w taką bazę służącą tego typu poszukiwaniom. To jest sposób zarówno poszukiwania przestępców, jak i osób o nieznanej tożsamości.
Często wyszukiwanie na przykład osób, które gdzieś zaginęły, jakieś ślady zostały, nie wiadomo, kogoś się z kimś próbuje porównać.
Ola: I tutaj obawy są moim zdaniem mocno uzasadnione, bo o ile w sprawie wielokrotnego mordercy jakoś nikt nie twierdził, że to zbyt potężny kaliber działań, o tyle w drobniejszych sprawach pojawiają się już serio wątpliwości. Bo czy powinniśmy robić genetyczne przetrząsanie bazy, poszukując na przykład typa, który ukradł komuś komputer?
Albo takiego, który – uwaga, jesteśmy stopień dalej – zabił przy tym psa, a szukając człowieka, który dopuścił się gwałtu? To są zasadne pytania. Bo znany jest przypadek, gdy policja wystąpiła do jednej z firm z żądaniem dostępu do bazy, uzasadniając to poszukiwaniem sprawcy przestępstwa seksualnego.
Ale po zidentyfikowaniu i zatrzymaniu sprawcy przedstawiono mu, uwaga, zarzuty włamania.
Piotr: Może… nie wiem, czy należy zupełnie odciąć organom ścigania dostęp do takich niewinnych danych. To oczywiście też jest bardzo wątpliwe, bo takie źródła używa się teraz masowo do identyfikacji nie tylko przestępców, ale też ich ofiar.
Ola: Ostatnio głośna była taka sprawa tak zwanego chłopca z pudełka. To sprawa makabryczna.
Przypadek, który czekał na rozwiązanie od 1957 roku, kiedy w Filadelfii w Stanach Zjednoczonych znaleziono nagie ciało małego chłopca zawinięte w koc i ukryte w kartonie po kołysce. Ta sprawa miała naprawdę wiele tajemniczych elementów. Chłopiec nosił ślady bardzo poważnego pobicia.
Był niedożywiony. Na jego ciele znaleziono ślady po kilku zabiegach chirurgicznych. Odkryto też, że jego włosy były niedbale strzyżone.
To było bardzo zaniedbane dziecko.
Piotr: Tak, to była bardzo dziwna sprawa. Finalnie to dziecko pochowano jako niezidentyfikowane. Nieznany był też jego wiek.
Ola: I dopiero po 65 latach, w ubiegłym roku, 20 listopada 2022 roku, policja ogłosiła, że dziecko zidentyfikowano. Ofiarą okazał się czteroletni Joseph Augustus Zarelli, którego zidentyfikowano dzięki próbkom DNA pobranym podczas ekshumacji, która odbyła się w 2019 roku. Stworzono profil genetyczny chłopca, który właśnie w bazach genealogicznych pozwolił jednoznacznie zidentyfikować nieżyjących już rodziców dziecka oraz jego żyjące rodzeństwo.
Piotr: Na razie policja nie ujawniła więcej danych, ale podkreślono, że trwają dalsze działania, więc można spodziewać się, że wkrótce dowiemy się więcej o okolicznościach śmierci chłopca. W każdym razie na jego grobie nie będzie już napisane "Ojcze Niebieski, błogosław tego nieznanego chłopca".
Ola: Niedawno opowiadaliśmy wam w odcinku "Zbrodnie i trudne przypadki rozwiązane dzięki nauce i jej nieszablonowym metodom" o metodzie identyfikacji jeszcze nieoficjalnej mężczyzny, którego zwłoki znaleziono na plaży w Somerton w Australii. Również ta identyfikacja nastąpiła dzięki badaniom przeprowadzonym w bazach genealogicznych.
Piotr: Mamy zebrane jeszcze sporo bardzo ciekawych przypadków, które znalazły częściowe lub pełne rozwiązanie właśnie dzięki badaniom DNA – i tym klasycznym, i tym nowszym, wykorzystującym bazy genealogiczne.
Ola: I właśnie, ciekawe, czy wiedząc o tych bazach to, co już teraz wiecie, chcielibyście wysłać swoje DNA do sekwencjonowania i wrzucić je do takiej bazy? Uważacie, że to bezpieczne?
1:02:48 Bezpieczeństwo danych DNA i zakończenie
Piotr: Ciekawe jestem, jak to odbieracie, bo to jest oczywiście wiele aspektów – to jest też kwestia tego, czy przypadkiem nie dowiemy się rzeczy, których nie chcielibyśmy się dowiedzieć, chociażby o jakichś naszych przodkach, rodzinie czy krewnych. To jest też w ogóle dłuższy wątek, myślę, że my kiedyś do niego wrócimy, dotyczący bezpieczeństwa takich danych, dlatego że można zrobić sobie sekwencjonowanie DNA za naprawdę bardzo niewielkie pieniądze, nawet mniejsze niż te sto dolarów, ale praktycznie na pewno wiadomo, że takie firmy, które w ten sposób sekwencjonują DNA, później sprzedają te nasze dane dalej.
Ola: To są dane bardzo wrażliwe.
Piotr: Są i nie są, to znaczy z jednej strony oczywiście są, bo to są dane, to jesteśmy my. Teoretycznie z tego DNA można by odtworzyć… oczywiście nie można, ale mówię, że jest to pełna informacja genetyczna.
Ola: Można odczytać choroby, na które jesteśmy podatni, jakieś wady genetyczne, które być może nieujawnione mamy w swoim genomie, a które mogą wyjść na jaw w następnych pokoleniach.
Piotr: Tak, to jest oczywiście wątek bardzo szeroki, bo dotyczy też na przykład tego, jak takie dane później – jeszcze teraz się to nie dzieje, ale myślę, że to kwestia kilku lat, może kilkunastu – będą wykorzystywali na przykład pracodawcy. Czyli na przykład nie dostaniemy pracy dlatego, że w naszym DNA mamy dużą podatność, dużą szansę na zachorowanie na coś, co może sprawić, że pracodawca będzie miał z nami mnóstwo problemów, pójdziemy na długie zwolnienia.
Ola: To ja jeszcze mam jeden pomysł, który mnie od dawna gnębi – że my to my, ale nasze dzieci na przykład nie dostaną jakiejś pracy, czy nie uzyskają ubezpieczenia, nie będą mogły się o nie starać, dlatego że w naszych danych zaszyte było to, że są podatne na jakieś choroby.
Piotr: Dokładnie.
Ola: One wcale mogły o tym nie wiedzieć.
Piotr: I to jest problem, dlatego że raczej z czasem coraz więcej na nasz temat wiadomo, coraz lepiej jesteśmy profilowani, i to wszystko w połączeniu na przykład z naszymi danymi z mediów społecznościowych już może się okazać poważne. Bo podatność to jedno, ale ktoś na przykład może przecież śledzić chociażby nasze wyszukiwania w Google i nasze działania na Facebooku, Instagramie czy Twitterze, gdzie na przykład pytamy o rzeczy, które mogą wskazywać na to, że mamy symptomy choroby, że jakaś choroba się u nas zaczyna rozwijać. Więc to jest trudny, szeroki, dziwny temat.
Są tu duże wątpliwości i myślę, że kiedyś, może kiedyś w ogóle zrobimy o tym podcast, bo to jest bardzo interesujący wątek – te badania, gdzie się cały genom sekwencjonuje. Temat jest naprawdę bardzo szeroki. Okej, dobra, na koniec bardzo ważne podziękowanie, bo dziękuję tu naprawdę świetnej genetyczce, doktor Pauli Dobosz, naszej koleżance, która pomogła nam ogarnąć temat tych markerów genetycznych. Jeśli tu coś namieszaliśmy, to dlatego, że to ja coś namieszałem, układając to.
Na pewno nie dlatego, że Paula coś źle powiedziała – jest tutaj mnóstwo naprawdę dużych skrótów. Wiecie, ten podcast ma już dobrze ponad godzinę. Gdybyśmy tych skrótów unikali, to miałby chyba jakieś dziesięć do dwunastu godzin, gdybyśmy tak próbowali opowiedzieć w całości każdy z tych wątków.
I jeszcze jedno zastrzeżenie: bardzo proszę o wyrozumiałość osoby, które dobrze znają się na bazach genealogicznych, a już zwłaszcza członków facebookowej grupy Genealogia Genetyczna. To jest ogromny, absolutnie bardzo ciekawy temat, który u nas pojawił się dość gościnnie i dość pobieżnie, więc przepraszam za skróty i ewentualne błędy. Bardzo proszę, nie zamordujcie mnie z tego powodu internetowo.
Ola: I prosimy na koniec: powiedzcie innym o naszym podcaście. Zajrzyjcie do naszego sklepu z koszulkami, ale tam są nie tylko koszulki, bo również kubki i bluzy.
Zobaczcie, jakie mamy fajne wzory. Piszcie do nas, jeżeli macie cokolwiek do powiedzenia związanego z tym podcastem.
Piotr: Tak, tutaj bardzo prosimy. Ostatnio dostaliśmy wiadomość od osoby, która nasze działania crazynaukowe śledzi od czasów gimnazjum. Teraz jest na drugim roku studiów i właśnie do nas napisała po wysłuchaniu jednego z podcastów.
To jest taki moment, gdyż tak człowiekowi robi takie [? niepewne: tydyń].
Ola: Pozdrawiamy tę osobę i inne również, które nas słuchają. Piszcie pod adres podcasty@crazynauka.pl, jeżeli chcecie coś nam powiedzieć na temat naszych podcastów. I subskrybujcie nasz kanał na platformach rozmaitych.
To najskuteczniejszy sposób, żeby dostawać powiadomienia o nowych odcinkach, które wypuszczamy.
Piotr: Tak jest, a my też wiemy, jak dużym zainteresowaniem się to cieszy, możemy coś poprawiać i tak dalej.
Ola: Słuchajcie, bardzo wam dziękujemy i zachęcamy was do słuchania naszych podcastów, i tych, które już wypuściliśmy, i tych, które dopiero planujemy wypuścić, a na ten rok mamy całkiem poważne plany właśnie w tym zakresie.
Piotr: No i to tyle. Dzięki. Cześć.
Ola: Cześć.
Źródła
* Podcast "Man In The Window: The Golden State Killer" – https://open.spotify.com/show/5IKmGf0PQ5By58ulfXLz1E?si=5bf9b327c2c94177
* https://en.wikipedia.org/wiki/Joseph_James_DeAngelo
* https://www.latimes.com/california/story/2020-12-08/man-in-the-window
* http://www.goldenstatekiller.com
* https://en.wikipedia.org/wiki/Paul_Holes
* https://www.sacmag.com/magazine/unsolved-mystery/
* https://www.nytimes.com/2018/08/29/science/barbara-rae-venter-gsk.html
* https://www.theatlantic.com/sponsored/hbo-gone-dark/Chasing-a-Ghost/3415/
* https://en.wikipedia.org/wiki/GEDmatch
* https://www.washingtonpost.com/news/morning-mix/wp/2016/06/16/after-40-desperate-years-fbi-offers-50000-reward-for-information-about-one-of-californias-most-prolific-criminals/
* https://www.wired.com/story/detectives-cracked-the-golden-state-killer-case-using-genetics/
* https://www.wired.com/2015/10/familial-dna-evidence-turns-innocent-people-into-crime-suspects/
Źródła
Podcast “Man In The Window: The Golden State Killer”
- en.wikipedia.org/wiki/Joseph_James_DeAngelo
- latimes.com/california/story/2020-12-08/man-in-the-window
- goldenstatekiller.com/timeline.php
- en.wikipedia.org/wiki/Paul_Holes
- sacmag.com/magazine/unsolved-mystery/
- nytimes.com/2018/08/29/science/barbara-rae-venter-gsk.html
- theatlantic.com/sponsored/hbo-gone-dark/Chasing-a-Ghost/3415/
- en.wikipedia.org/wiki/GEDmatch
- washingtonpost.com/news/morning-mix/wp/2016/06/16/after-40-despe…
- wired.com/story/detectives-cracked-the-golden-state-kil…
- wired.com/2015/10/familial-dna-evidence-turns-innocent-…
