Podcast Crazy Nauka · odc. 18
Niech szkoła leci do chmury – mała zmiana o dużym znaczeniu
Posłuchaj też na:
Czasem dobrze jest się spóźnić. Zwłaszcza wtedy, gdy w ten sposób możemy ominąć kilka zupełnie niepotrzebnych etapów.
Tak było z kartami płatniczymi w Polsce (jesteśmy w światowej czołówce!) i tak jest z komputerami w szkołach. W tej chwili na świecie edukacja coraz częściej przechodzi na systemy oparte na chmurze.
To wygodniejsze, bezpieczniejsze, tańsze i bardziej uniwersalne. Więc niechże polska szkoła kieruje się ku chmurze!
Ten odcinek sponsorowany jest przez firmy Acer i Google, a naszą gościnią jest Beata Galas, Head of Education w firmie Google.
👉 Tu również znajdziecie nasze podcasty ⬇️
Nasz kanał na YouTubie (są też podcasty):
youtube.com/c/crazynaukapl
Podcasty Google:
podcasts.google.com/feed/aHR0cHM6Ly93d3cuY3JhenluYXVrYS5w…
Apple Podcasts:
podcasts.apple.com/pl/podcast/crazy-nauka/id1619157346
PlayerFM:
pl.player.fm/series/crazy-nauka
Transkrypcja odcinka
Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.
0:00:00 Wstęp
Ola: Cześć, tu Ola Stanisławska.
Piotr: I Piotrek Stanisławski, podcast Crazy Nauka. I tym razem będzie o tym, jak dobrze się jest spóźniać.
Ola: Aha.
Piotr: I tym razem wcale nie chodzi o mnie.
Ola: Tak.
Piotr: Jeszcze będzie o tym, jak odczarować groźne i tajemnicze komputery. Tak.
Ola: A zatem prosimy Was na samym wstępie, subskrybujcie nasz podcast Crazy Nauka.
Piotr: I że jesteśmy obecni na wszystkich liczących się platformach podcastowych.
Ola: I na tych nieliczących się również.
0:00:45 Jak Polska wyprzedziła Zachód: płatności zbliżeniowe i e-recepty
Piotr: He, he, he, [? niepewne: pardziłem] Ci szansę, poprzednio ty mi nie dałaś.
Ola: To jest drugi z naszych podcastów sponsorowanych przez firmy Acer i Google. I drugim, w którym będzie i trochę o technologii, i trochę o przyszłości, i trochę o szkole. Ale inaczej niż poprzednio.
Piotr: Ale, tak jak poprzednio, zacznijmy od wspomnienia. I tym razem, poprzednio to było wspomnienie chyba z końcówki mojej podstawówki.
Ola: Czyli z czasów dinozaurów.
Piotr: Tak, Chopin, dinozaury, absolutnie to ten moment był przed naszą erą. Ale tym razem będzie mniej odległe wspomnienie. Chociaż też zaczniemy od dość odległego. To jest jakieś zaledwie 15 lat. I to jest czas, kiedy pojechałem do Las Vegas.
Ola: Teraz uwaga, Piotrek się chwali.
Piotr: Chwalę się. Znaczy nie, Las Vegas jest trochę paskudna, ale okej. W końcu pojechałem tam nie bez powodu. Pojechałem na targi elektroniki użytkowej, CES, jakkolwiek by to nazwać. No i to Las Vegas to jest taki absolutnie ciąg super wypasionych hoteli. Znaczy ta główna ulica, bo tam zaraz potem są garaże i różne inne rzeczy. I to wszystko na środku pustyni. Wiecie, 150 kilometrów stamtąd jest Dolina Śmierci. A to oni mają fontanny, baseny, statek piratów. Nawet sobie zrobili Wenecję taką, po której można pływać gondolami.
Ola: A ciekawe skąd oni tę wodę biorą.
Piotr: To jest bardzo ciekawa historia. Kiedyś może zrobimy o tym podcast, bo przy okazji właśnie o tym trochę poczytałem, że oni mimo tego całego mega wypasu mają całkiem zaawansowany system gospodarki tą wodą. Pewnie i tak im połowa odparowuje.
Ola: Ale czy oni ją biorą ze źródeł głębinowych, czy z jakiejś rzeki pobliskiej, którą [? niepewne: kołacają] z całej wody?
Piotr: Nie, nie, nie. Tam jest Tama Hoovera i wielki zbiornik wodny, ale on jest kawał drogi stamtąd. Wiesz co, musiałbym doczytać. Ale to jest w ogóle oddzielny wątek, chociaż faktycznie niezwykle ciekawy.
Ola: To jest ta Tama Hoovera i to jest to miejsce, przy którym o wodę bije się kilka różnych stanów, starając się dla siebie odprowadzić jak najwięcej.
Piotr: Tak, to jest ten wątek, bo to jest dosłownie środek pustyni. To jest sucha dolina na pustyni, pomiędzy suchymi górami i wszędzie jest sucha, a tam Wenecja. No więc w każdym razie jest tam na bogato zdecydowanie. I wtedy pamiętam, idę sobie do takiego mojego hotelu, gdzieś znajdującego się między gigantyczną makietą Nowego Jorku, przeplecioną kolejką górską, a z drugiej strony jest monstrualnie wielka piramida czarna.
Ola: Czyli Egipt naprzeciwko Nowego Jorku.
Piotr: Tak, absolutnie. I ze szczytu tej gigantycznej piramidy bije taki snop światła w niebo, taki biały, równy słup światła.
Ola: Czyli tak skromnie, ale czysto, jak w ermitażu.
Piotr: Tak, absolutnie, dokładnie. I więc wchodzę do tego mojego hotelu, melduję się, chcę tam zapłacić. I nagle jest takie oooo. Bo tak, ja wyjmuję moją kartę, mam nią płacić. Pani w recepcji wyjmuje taką ręczną maszynkę do robienia odcisków. To tak się nazywało. Czyli to kiedyś na to mówią sanki albo prasowalnica. To działało tak, że kładło się kartę płatniczą, na tym się kładło jakiś taki papier, który był trochę jak kalka, taki wrażliwy na nacisk. I przesuwało się po tym wszystkim takimi saneczkami, takim czymś dziwnym.
Ola: Takim żelazkiem.
Piotr: Takim żelazkiem. O, żelazko też było, tak. I to robiło tak. I na tym papierze odciskała się karta.
Ola: Och, jaka elektronika, taka analogowa.
Piotr: Absolutnie, tak wow. I problem polega na tym, że moja karta nie była wypukła. Znaczy była płaska zupełnie. Te znaki nie były wytłoczone, takie wygniecione, tylko po prostu nadrukowane jakoś tam. I ja z tej karty naprawdę wtedy bardzo dużo podróżowałem.
Ola: Służbowo.
Piotr: Służbowo, absolutnie. I w dziesiątkach hoteli w całej Europie tym płaciłem. I teraz jadę, wiecie, do tego kraju, gdzie po prostu jest Dolina Krzemowa i w ogóle technologia i tak dalej, MIT. Jeszcze jestem w mieście, którego głównym celem, właściwie jedynym jest wyciąganie pieniędzy od ludzi i nie mogę zapłacić. No więc pytam panią, żeby normalny elektroniczny terminal, żeby przejechać paskiem magnetycznym. Wtedy jeszcze w tych kartach nie było czipów. A pani patrzy na mnie z cyklu, ale o co panu chodzi? To nie był tylko problem mojej nieznajomości angielskiego. No więc pogadaliśmy trochę, załamałem się, podreptałem do pobliskiego bankomatu, zapłaciłem za cały pobyt po prostu jak zwierzę gotówką.
Ola: Zwierzęta płacą gotówką, tu zwracam państwa uwagę.
Piotr: No i to było moje pierwsze chyba takie zetknięcie z tą straszliwą przepaścią technologiczną, która dzieli Polskę, Europę, zaraz w tym jeszcze będzie, od wielu innych krajów, w czym, żeby było jasne, te kraje rozwinięte stoją po tej tak zwanej rozwiniętej ciemnej stronie, tej przepaści, a Polska po tej takiej zdecydowanie jaśniejszej można powiedzieć.
Ola: No właśnie, przypomina mi się jak byliśmy w 2018 roku w Berlinie z dziećmi i to było już, wychodzi na to, że ponad 10 lat po twojej przygodzie w Las Vegas i właściwie sytuacja była podobna. Ilekroć szliśmy na przykład do jakiejś restauracji, byliśmy tam kilka dni, to nie był długi pobyt. Okazywało się, że żadnej z nich nie przyjmowali kart. Tak po prostu, bezwstydnie, gdzie wchodziliśmy. Zupełnie nie mieliśmy z tyłu głowy tego, żeby gotówkę brać, bo już pięć lat temu, no jakby nie patrzeć, czy cztery, cztery lata temu. To taka trudna matematyka.
Piotr: Czasem, kiedy ktoś słucha tego podcastu.
Ola: To już był moment, kiedy u nas absolutnie nie należało się tą gotówką przejmować, jej się po prostu nie brało.
Piotr: Znaczy, no używało się, ale nie to, że idę do knajpy i myślę, ojej, czy mam w kieszeni ileś tam jakiś euro czy czegoś takiego.
Ola: No ale właśnie kilka dni temu mieliśmy sytuację odwrotną, tu w Polsce. Usiłowaliśmy wziąć trochę gotówki z bankomatu. No i okazało się, że właściwie u nas na osiedlu, a to nie jest jakiś koniec świata, tylko miejscowość podwarszawska, po prostu bankomatów brak. To znaczy, jakieś mamy centra handlowe w okolicy i tam, uwaga, dwa bankomaty w wielkim centrum handlowym.
Piotr: Nieczynne.
Ola: I teraz bądź mądry człowieku i przekaż komuś gotówkę. No i tutaj pod tym względem, jeśli chodzi o cyfryzację, o te przepływy bezgotówkowe, no to jesteśmy naprawdę do przodu. I też zresztą nie tylko w tej kwestii, ale też w wielu innych. Odczuliśmy to chociażby podczas tej sytuacji, którą mieliśmy w związku z pandemią COVID-19, kiedy wchodziły szczepienia. I w Polsce istnieje coś, co nazywa się internetowym kontem pacjenta i to zbiera nasze dane zdrowotne. Przynajmniej większość. Większość danych zdrowotnych. Tu można się do tego zalogować online. I uwaga, można było sobie wybrać poprzez to internetowe konto pacjenta czas i miejsce szczepienia. To było bardzo wygodne, dlatego że jak próbowaliśmy załatwiać to przez telefon czy w jakichś innych formach, no to wychodziło na to, że trzeba godzinami wręcz wisieć na tej słuchawce i też nie miało się gwarancji, że taki zapis będzie możliwy. Miało się też odnotowane wszystkie dawki w tym systemie. To nadal tam jest.
Piotr: To jest uwaga na recepty, bo też mnie naszło na to, że przecież popatrzcie, jak prosto jest teraz z receptami od kilkunastu miesięcy.
Ola: Tak, dostajesz po prostu numer od swojego lekarza, numer takiej recepty na SMS i idziesz z tym do apteki, podajesz numer, podajesz ostatnie tam cztery cyfry swojego PESEL-u. Nie, PESEL cały trzeba.
Piotr: Cały, tak? Tak, cały trzeba. Ale tak czy inaczej, jest to totalna różnica. Nie nosisz się z tą karteczką paskudną.
Ola: No i właśnie, w tym jednym miejscu można mieć też, były odnotowane te wszystkie punkty szczepień, terminy i tak dalej. Można było jakoś tam wybierać. Tymczasem w części krajów Unii Europejskiej w ogóle nie było możliwości centralnych, cyfrowych zapisów i oni właśnie przeżywali ten horror związany z kolejką do szczepienia. Trzeba było chodzić, czy dzwonić do lokalnej przychodni, w której oczywiście tłum się kłębił, a jakże, a w innych na przykład było pusto. No i tutaj, żeby było jasne, nie chodzi mi o takie bezkrytyczne zachwyty polskim systemem, no bo sporo było i nadal jest w tym systemie niedoskonałości, ale raczej pewne takie szersze zjawisko, wynikające z naszego do niedawna istniejącego opóźnienia cywilizacyjnego.
Piotr: Tak, tak, dokładnie. To właśnie działo się w USA. Oni ten swój system bankowy, ten skierowany do indywidualnego klienta mają no od bardzo dawna, a nasz właściwie narodził się te 30 lat temu. No wcześniej były jakieś takie rzeczy, takie namiastki, ale konta bankowe w latach 80-tych dla indywidualnych klientów, no praktycznie to nie istniało. I paradoksalnie my na tym wygrywamy, bo w Stanach jeszcze całkiem niedawno podstawą całego systemu transakcji bezgotówkowych były czeki. Wiecie, takie urocze, podpisywane ręcznie karteczki wydzierane z książeczek. Jak widzimy je na filmach, to właściwie nie bardzo wiemy, o co chodzi. Znaczy znamy temat, ale nie rozumiemy szczegółów, bo w Polsce one szczęśliwie właściwie nigdy nie zaistniały. Myśmy od razu wskoczyli w karty płatnicze, potem szybko w transakcje zbliżeniowe. I właśnie jeszcze jedno wspomnienie. Kiedyś pewna firma niemiecka duża zaprosiła mnie tam do Niemiec na konferencję prasową. To było takie bardzo ważne wydarzenie i chwalili się tam uruchomieniem systemu płatności zbliżeniowych. Że to takie było nowoczesne i takie wspaniałe i praktyczne. Opowiadali, jakie korzyści. I wcześniej polski PR-owiec tej firmy poprosił po cichu tą grupę dziennikarzy polskich, żebyśmy nie odzywali się za bardzo i tam nie śmiali się, nie chichrali w tle, bo dla nich to jest wielkie wydarzenie, a dla nas to właściwie był już od paru ładnych lat wtedy standard. Zupełna norma.
Ola: Biedny PR-owiec. Trochę dziwne, że zaprosili akurat grupę dziennikarzy z Polski, ale może nie spodziewali się, że Polska wyprzedza ich technologicznie w tej konkretnej dziedzinie. Oczywiście wielu innych pozostajemy zapóźnieni. Nie ma co się oszukiwać. Ale nadal jesteśmy bardzo do przodu. W Polsce płatności zbliżeniowe to 97,5% wszystkich transakcji kartami. I teraz dla porównania, tam w Królestwie Bankowości, czyli w Szwajcarii, te transakcje zbliżeniowe stanowią 82% tych transakcji kartami. W bardzo bezgotówkowej Szwecji 70%, w Niemczech 81%. No i tutaj uwaga, wyróżnia się inny kraj skandynawski, Dania i proszę bardzo, aż 90% płatności zbliżeniowych. Płatności kartami stanowią płatności zbliżeniowe, a przypominam, że Polska to ponad 97%. No taki nasz blik, taki ten nasz wynalazek tutaj konkretnie regionalny, on pozwala choćby na natychmiastowy przelew na telefon, a już w krajach Starej Unii to po prostu jest dla nich kosmos, taka transakcja.
Piotr: Tak, tak, to jest to, o czym właśnie mówiliśmy na samym początku, że czasami warto się spóźnić, żeby ominąć kilka etapów, które potem się za nami ciągną i nie bardzo możemy się od nich uwolnić. To zresztą potwierdza się to, że bardzo trudno zmienić jest coś, co jakoś tam działa. Wszyscy są do tego czegoś przyzwyczajeni i zmiana, no to wiadomo, są zawsze koszty, ale przede wszystkim kłopoty i tak dalej, tak? No i popatrz, mamy coś, do czego właściwie nikt się nie przyzwyczaił. Zmiana wszystkim przyniosłaby potężną ulgę, jeszcze obniżenie kosztów i w ogóle sporo dobrych rzeczy. I tak, znowu będzie mi chodziło o szkołę.
0:13:13 Dlaczego szkoła boi się komputerów
Ola: Czyli odchodzimy od transakcji zbliżeniowych.
Piotr: Ale pozostajemy przy tym, żeby ominąć pewne etapy, tak? Bezpośrednio odchodzimy od transakcji zbliżeniowych, ale pozostajemy przy tym, że czasami właśnie okazuje się, że warto jest jakiś moment przeskoczyć i pójść kawałek dalej, wyrwać się do przodu, po prostu uciec od jakichś takich już zakorzenionych, ale niefajnych rzeczy. I chodzi mi o szkołę, a dokładnie o jej kawałek, czyli o komputery i naukę, w ogóle czegoś, co można nazwać informatyką, chociaż ja nie lubię tej nazwy. W każdym razie całe działanie szkoły wokół tych nowych technologii.
Ola: Nowych technologii, tak. Zwróć uwagę na tę nazwę. Nowe technologie, czyli co? Nowe są komputery, internet, komórki i takie, tam inne. Faktycznie są bardzo nowe, rzeczywiście.
Piotr: No, masz rację. Mówi się o tym, że nowe, chociaż może ćwierć wieku temu to one były nowe. Taka jest prawda. Ale w sumie ta nazwa pokazuje, że to takie trochę starsze pokolenie, w tym nasze również, wciąż nie bardzo swobodnie się czuje z tymi technologiami. Oczywiście to jest uogólnienie, wiadomo, ale mamy chociażby i wśród naszych znajomych sporą grupę takich ludzi, którzy wciąż trochę do tego podchodzą, jak pies do jeża. A już szczególnie to widać w szkole. A już szczególnie po tym całym nieszczęsnym zdalnym nauczaniu. Znaczy ja oczywiście wiem, że zdalne nauczanie w czasie pandemii było ważne właśnie z epidemicznego punktu widzenia, ale taka prawda, że okazało się w dużej części wielką, tak naprawdę edukacyjną porażką.
Ola: Tu się zgodzę i nie zgodzę. Bo z jednej strony faktycznie była to porażka. Z drugiej strony, bo wszyscy byli rozproszeni, mieli inne sprawy. Większość osób miała wyłączone kamerki i w ogóle nie skupiała się na tym, co się działo. Z drugiej strony, no jednak jakoś można było te zajęcia prowadzić. I zobacz, teraz jesteśmy na jakimś zupełnie innym etapie, że już poprowadzenie zajęć zdalnych nie jest takim potwornym wyzwaniem, przynajmniej dla niektórych nauczycieli. No ale faktem jest, że kiedy wróciliśmy do szkół, tych fizycznych szkół i znowu wskoczyliśmy w ten klimat jakby w swoje buty sprzed pandemii, to się okazało, że znów wielu nauczycieli boi się komputerów. Wielu uczniów uczy się rzeczy bez sensu, które albo już umieją, ale to jest kwestia chyba programu, o którym tutaj nie będziemy dyskutować, albo uczy się rzeczy, których nie będą potrzebowali. Jest to znowu taka sytuacja, jakbyśmy byli troszkę na rozdrożu.
Piotr: No jesteśmy na rozdrożu. Ja się oczywiście zgodzę, że to w jakimś stopniu zmusiło nauczycieli do zapoznania się z komputerami, ale z drugiej strony też pokazało, jak bardzo niepewnie się czują i jak paradoksalnie część z nich woli już nie wracać do tego straszliwego wspomnienia i woli znowu unikać tych komputerów, bo im się kojarzy tylko z jednym.
Ola: Ale zwróć uwagę, jak mamy spotkania online i spotkania bezpośrednie, to jest zupełnie inna jakość relacji, jak jesteśmy w bezpośrednim kontakcie z innymi ludźmi.
Piotr: Już zwłaszcza w szkole, kiedy trafiamy na ludzi, którzy są na takim etapie rozwoju, gdzie ten kontakt bezpośredni, nawet konflikty takie, które się normalnie rodzą w szkole, są po prostu ważne z takiego społecznego punktu widzenia. Ja myślę, że tu są dwa kierunki zmian. Pierwsza rzecz to jest to, czego w ogóle polska szkoła potrzebuje, czyli wymyślenie właściwie od nowa tego, czego uczyć, jak uczyć. Tu jest mnóstwo wzorców dobrych. To jest w ogóle ogromny temat. Myślę, że uczenie rzeczy, które uczniowie umieją, to jest w ogóle problem.
Ola: Uczniowie umieją? Czyli?
Piotr: Czyli chociażby uczenie ich, nie wiem, siódmo czy ósmo klasistów takiej dość podstawowej obsługi komputera, co się często dzieje i np. pisania w Wordzie, jakiegoś podania. Ja wiem, że to nosi znamiona sensowności, ale to jest zajęcie na jedną godzinę albo na dwie, a nie na półsemestru, jak to czasami bywa, bo często nauczyciele po prostu unikają robienia rzeczy innych, bo ich nie umieją, nie znają się, boją się za to, czego brakuje z kolei. To jest temat szeroko rozumianego bezpieczeństwa, ale nie w znaczeniu jakiegoś wirusowego, tylko chodzi o to, na co w sieci trzeba uważać, czegoś nie powinno udostępniać, o czym mówić, o czym nie mówić. To jest właściwie zasadnicza kwestia całego programu uczenia. Nie dotyczy to oczywiście tylko tych komputerowo-informatycznych rzeczy.
Ola: Czyli praktycznie to chodzi o naukę myślenia krytycznego trochę, względem tych technologii i internetu, z którym się stykamy.
Piotr: Tak, w ogóle krytycznego podejścia do tych rzeczy. Natomiast druga sprawa powiązana z tym ściśle to jest takie odczarowanie sprzętu, bo te szkolne komputery to często są takie wyjątkowe, magiczne bestie i to się bierze stąd, że te komputery kosztowały i to był duży wysiłek, żeby je kupić. Ja w tym roku kalendarzowym, w zeszłym szkolnym prowadziłem zajęcia w takiej jednej szkole, gdzie było już naprawdę, to była magia zupełna, komputer był zamknięty w takiej specjalnej szafce z dziurkami na kabelki. Tam gdzieś stał koło nauczycielskiego miejsca. Ta szafka miała taki potężny zamek. Klucz miał u siebie taki bardzo specjalny pan.
Ola: Czekaj, daleko nie trzeba szukać. Część szacownych uniwersytetów znajdujących się w mieście stołecznym Warszawa również dysponuje dokładnie takim samym rozwiązaniem, że komputery są gdzieś zabudowane pod kluczem i trzeba zadzwonić, żeby w ogóle uzyskać do nich dostęp.
Piotr: Że ten specjalny pan miał ten specjalny klucz i mógł na chwilę tą szafkę otworzyć, ale musiał na mnie patrzeć cały czas przenikliwie, bo ja tam chciałem, wiecie, wpiąć pendrive'a z prezentacją na lekcję, którą miałem zaraz prowadzić. Normalnie to bym odpalił to z chmury, tą prezentację, ale tu z jakiegoś dysku online, ale tu nie dało się, bo ten komputer nie był oczywiście w internecie, bo żeby był zalogowany do sieci szkolnej, to musiałem mieć specjalne zezwolenie od dyrekcji. Oczywiście jakoś nie wpadłem na to, bo ja tam byłem gościem, nie miałem swojego loginu. Ale trzeba było to zgłosić pewnie kilka dni wcześniej. Tak, zapewne tak, a tu za pięć minut się lekcja zaczynała. Więc to była kompletna paranoia i też pokazuje, jak porąbana potrafi być taka sytuacja szkolna, że to komputer to jest takie magiczne, niezwykłe urządzenie, musi być ściśle chronione przed uczniami, a internet to w ogóle jest, Jezus Maria, cud techniki. No i oczywiście wiadomo, że siedlisko wszelkich zagrożeń i najlepiej to wszystko razem zamknąć w tej szafce z dziurkami na kabelki, tak bezpiecznie.
Ola: Ale zobacz, co to tak naprawdę pokazuje? To, że istnieje strach i niepewność. Nie wiadomo, co się może zdarzyć, jak ty na przykład uruchomisz poprzez tego pendrive'a jakiś straszny wirusowy program. Ktoś coś naciśnie i wszystko się zepsuje i nauczyciel, który przyjdzie jako następny albo wykładowca, który będzie chciał jakieś slajdy uruchomić, to nie da rady tego zrobić. Będzie koniec świata, uczniowie albo studenci będą się śmiali i w ogóle autorytet legnie w gruzach. No i teraz może odrobina magii, bo uwaga, są takie komputery, które nie tylko nie boją się wirusów, ale w dodatku nie da się nauczycielowi nic w nich popsuć. No i nauczyciel nie musi żyć w wiecznym strachu, że się na przykład ośmieszy przed uczniami czy studentami, którzy na przykład umieją więcej niż on w zakresie obsługi komputera i swobodnie się posługują tym sprzętem. No i tu mam na myśli komputery, które opierają swoje działanie na chmurze, czyli lokalnie, na samym urządzeniu przechowują minimum danych, a wszystko co ważne leży sobie gdzieś w internecie na jakimś serwerze. No jaki to jest serwer? W sumie nas jako użytkowników to w zasadzie nie obchodzi. Po prostu logujemy się na ten komputer i mamy pod ręką wszystko to, co nasze i nic z tego, do czego nie powinniśmy mieć dostępu i to dotyczy zarówno uczniów jak i nauczycieli.
0:22:07 Jak Japonia przeszła na chmurę: projekt Albus
Piotr: No i to jest właśnie moment z tym szczęśliwym spóźnieniem się z technologią, bo właśnie jesteśmy w tym miejscu. Polska szkoła wciąż nie bardzo ma ten pomysł na swoje jakieś podejście do sprzętu. Tu mała podpowiedź, możesz zamiast miotać, spróbujmy pójść w ślady innych z jakąś sprawdzoną trasą, to te nasze problemy nie są jakieś bardzo wyjątkowe, tak jak nam się wydaje i tu się warto rozejrzeć, bo może ktoś już miał ten kłopot, może już sobie z nim poradził i że nie ma co wyważać otwartych drzwi. No właśnie, to posłuchajmy jak to było w pewnym odległym kraju. Powie nam o tym Beata Galas, Head of Education w firmie Google.
Beata Galas: Ja tutaj powiem o bardzo fajnym przykładzie, którym jest Japonia. Dlatego, że Japonia jest bardzo podobna do Polski. Oni dwa lata temu byli dokładnie na tym samym poziomie. Bardziej tradycyjna forma nauczania, dosłownie bardzo mały odsetek i bardzo mały procent wykorzystywania jakiejkolwiek technologii cyfrowej w nauczaniu. Bronienie się przed technologią, całkowicie brak umiejętności technologicznych i wykorzystania tej technologii przez nauczycieli. Także bardzo podobny. Oczywiście nie chcę tutaj, że my w ogóle jesteśmy noga w nauczaniu, w wykorzystywaniu technologii, ale bardziej to, że mimo wszystko mamy bardzo dużo, bardzo wielu nauczycieli, którzy wykorzystują tę technologię i uwielbiają ją. Natomiast wciąż jest bardzo duży odsetek takich nauczycieli, którzy w ogóle nie korzystają z technologii i z różnych powodów. Japonia dokładnie trzy lata temu była na takim samym poziomie. Oni budowali strategię taką długoterminową rozwoju cyfrowego nauczania, ale w momencie, kiedy przyszła pandemia, musieli to wszystko zmieścić w ciągu dwóch lat. Taką decyzję podjęli. Także zamiast pięcioletniej strategii, tą strategię musieli zrealizować w ciągu dwóch lat. I podpatrując Stany Zjednoczone i Skandynawię, Japonia podjęła decyzję, że oni też idą w chmurę z różnych względów. Raz, że to jest zupełnie inny budżet, dwa, że to będzie bardzo skalowalne, a trzy, że to będzie bardzo łatwe do implementacji. I oczywiście to, że wykorzystanie clouda będzie dla nich w pełni bezpieczne. Oczywiście nie wiedzieli dokładnie jak zrealizować taką strategię, dlatego zwrócili się do Google'a i my przeprowadziliśmy projekt pilotażowy Albus. To jest projekt naukowo-badawczy, który ma za zadanie przeprowadzić kompleksową transformację cyfrową, to znaczy wykorzystanie i udostępnienie technologii, nie tylko i wyłącznie google'owej, ale tej, z której na co dzień korzystają nauczyciele, żeby dalej korzystali. Dwa, przeszkolenie. Tam bardzo duży był nacisk na szkolenia, na kompleksowe przeszkolenie, zarówno kadry zarządzającej szkołami, nauczycieli, administratorów IT, kończąc na uczniach. Uczniowie też przechodzą w pewien sposób szkolenie, dlatego że dla nich też to była nowość. I taki też projekt prowadzimy właśnie u nas w Polsce, tylko że my dodaliśmy jeszcze jedną grupę, którą są rodzice. Chcemy, żeby oni byli w pełni przekonani do tego, że dzieci są bezpieczne, że dzieci nie korzystają nie wiadomo z czego, tylko z w pełni bezpiecznych narzędzi cyfrowych do nauczania. I celem tego projektu to było przede wszystkim zbadanie efektywności nauczania i uczenia się, czyli jak wykorzystanie narzędzi, jak wykorzystanie aplikacji, różnorodnych programów edukacyjnych, jak one wpływają na efektywność prowadzenia zajęć przez nauczycieli i oczywiście efektywność uczenia się.
0:26:10 Bezpieczeństwo i koszt Chromebooków
Ola: No i wiesz, przy tej okazji przypomniało mi się hasło o Polsce, która miała zostać drugą Japonią. Ale może lepiej zostawmy za sobą te wspomnienia. Faktycznie takie odczarowanie samego sprzętu to dobre rozwiązanie. Te chmurowe komputery przeznaczone dla edukacji są zauważalnie tańsze, bo nie mają bardzo rozbudowanych komponentów. No i są łatwe w obsłudze, bo taki system to w rzeczywistości taka bardziej rozbudowana przeglądarka i nie ma tu wiele do kombinowania. Miałam do czynienia z takim komputerem i on naprawdę jest prosty.
Beata Galas: Taki podstawowy.
Ola: No i wiem też, że są to komputery bezpieczniejsze, zresztą o tym wcześniej wspomniałam. Nie ma ich jak zawirusować. Tutaj mam troszkę wątpliwości, bo czytałam o tym, wiem, że tak jest, ale właściwie jak to nie da się zawirusować komputera?
Piotr: To wynika z paru rzeczy. Przede wszystkim z tego, że tam jest taki system zastosowany, że właściwie każda karta w przeglądarce jest odpalana w zupełnie oddzielnym takim kawałku pamięci, w takim oddzielnym wątku, więc jak jedna karta coś robi z komputerem, a przypominam, że tu głównie to się odbywa w kartach w internecie, to nie ma wpływu na sam system i na to, co inne karty robią. To się nazywa sandbox, piaskownica. Dodatkowo podczas uruchamiania komputera tam jest wszystko sprawdzane. To znaczy Chromebook sobie sprawdza, czy nic nie zostało zmodyfikowane w systemie. Jeżeli coś zostało, to po prostu on przywraca wcześniejszą wersję.
Ola: Czyli mówimy o Chromebookach, bo to chyba po raz pierwszy ta nazwa tutaj wpadła.
Piotr: Tak, już w poprzedniej części mówiliśmy o Chromebookach. To generalnie są w tej chwili najpopularniejsze z tych komputerów chmurowych. Jest jeszcze Windowsowe rozwiązanie, ale ono w Polsce jest mało obecne. I tu jeszcze jest jeden moment, bo jeżeli to jest właśnie ta zmora tego niebieskiego ekranu i tego, że ja coś zainstaluję w tym komputerze, on już nigdy się nie podniesie i nie wiadomo, co będzie się działo i nie będzie się z niczym łączył. No więc ponieważ tu dane użytkownika właściwie nie są ważne, bo znaczy są kluczowe, ale nie są ważne na samym komputerze, bo one i tak lądują gdzieś na serwerze. Zresztą jeżeli nam się taki komputer wykszaczy, to jesteśmy go w stanie uruchomić w takim trybie, który po prostu przywraca pierwotny system. Robi to w ciągu kilkunastu sekund i mamy zupełnie jakby wyczyszczony komputer, natomiast nasze dane są nietknięte, bo one na tym komputerze nie leżały. To jest bardzo wygodne, takie bezpieczne rozwiązanie. No i to jest też rozwiązanie, które jest idealne wszędzie tam, gdzie nie ma możliwości, czyli prawie w każdej polskiej szkole, żeby każdy uczeń miał własny komputer. To jest oczywiście idealnie, żeby każdy miał swój, ale to wiadomo, że tak nie zadziała, bo w tym momencie jak kolejna osoba loguje się na tym sprzęcie, to po prostu dostaje dostęp do swojego kawałka serwera. Korzysta dokładnie z tego, co sama tam umieściła, albo co jej udostępniono, nie wiem, co jej na przykład nauczyciel udostępnił, czy inni uczniowie.
Ola: Tutaj musi być chyba dobre połączenie internetowe, prawda?
Piotr: Wiesz co, tak, ale… Na takim łączu, jaki jest w tej chwili w ponad dziewięćdziesięciu procentach szkół w Polsce, jednocześnie jest w stanie na jednym łączu pracować około dwustu takich komputerów bez problemu się komunikując. I to wystarczy, są w stanie na przykład oglądać, na dwustu komputerach mogą lecieć jakieś filmy z internetu. One bardzo dobrze gospodarują tym, to jest też już dłuższa opowieść i skomplikowana, ale to w mało której szkole będzie dwieście komputerów jednocześnie odpalonych, tak to jako przykład mówię.
Ola: Na bogato by było, nie?
Piotr: Byłoby bardzo na bogato, więc tu ten internet oczywiście tak, ale dzięki temu NASK-owemu programowi ogromna większość szkół w Polsce ma w tej chwili światłowodowy dostęp. Zresztą no to jest tak, tak samo jest w tej naszej pracowni komputerowej, mówię naszej, bo ja uczę w szkole, to jest mała szkoła, więc taka jedna…
Ola: Podstawowa.
0:30:11 Konta uczniów i kompatybilność aplikacji w praktyce
Piotr: Jedna pracownia nam w zupełności wystarczy. No tylko, że problemem tam jest to, że nie ma szans na to, żeby porozdzielać konta uczniów, tak? Czyli mamy te dwadzieścia powiedzmy komputerów, około tam ponad 100 uczniów, czyli gdybyśmy mieli to zrobić w takim normalnym układzie, żeby każdy miał tam to swoje stacjonarne konto, no to musiałoby być na każdym komputerze ponad 100 kont, tak? Bo nie ma szans na to, żeby uczniowie zawsze siadali przy tych samych komputerach i zawsze się logowali w tym samym miejscu, chociażby dlatego, że jakieś, nie wiem, projekty robią razem, siadają w różnym układzie, zresztą po co ja mam pilnować tego, tak? To jest bez sensu. No więc korzystamy ze wspólnego takiego konta Windowsowego, który się nazywa Uczeń, no i on to jest niezłe rozwiązanie, tyle tylko, że jak ktoś ma jakiś wypieszczony projekt i nieopatrznie go będzie przechowywał na tym komputerze, no to jest drama potem, także o proszę Pana, ktoś mi skasował mój projekt i w ogóle i tak dalej, tak? Zwykle niechcący, ale zdarza się. Więc te wszystkie cenne rzeczy właśnie przechowujemy online, tak? Na sieciowym dysku i w trakcie tego pandemicznego zdalnego nauczania zdecydowaliśmy w szkole, że działamy w systemie tym Google Workspace dla edukacji, więc w tym momencie każdy uczeń ma swojego maila, konto, loguje się i tam ma tą swoją bezpieczną przestrzeń online, tak?
Ola: No to właściwie dlaczego wciąż przechowujecie jakiekolwiek dane na lokalnym dysku? Przecież właśnie z tego robią się dramy wokół kasowania cennych projektów, tak?
Piotr: Przechowujemy dlatego, że nie mamy tego wyraźnego rozdzielenia, gdybyśmy się po prostu logowali, bo teraz trzeba uczniowi tłumaczyć, okej, to jest na lokalnym dysku, a tam to jest na sieciowym, to pamiętaj, nie zapisuj tu, tylko tam. W przypadku takiego komputera sieciowego po prostu nie ma problemu, zapisujesz i to jest wszystko u ciebie, tak? Zresztą w tej chwili patrzę, że to gdybyśmy teraz mieli organizować tą pracownię, to pewnie byśmy właśnie postawili na Chromebooki, czyli te online'owe w pełni komputery.
Ola: No to dlaczego od razu tak nie zrobiliście?
Piotr: Wiesz co, bo pracownia powstała zanim przesiedliśmy się na ten system google'owy, wtedy też nie było specjalnie w Polsce wyboru Chromebooków, teraz są, zresztą w poprzednim odcinku z tej serii mówiliśmy dużo o komputerach Acera i oni tam mają taką całą Chromebookową serię zrobioną na potrzeby edukacji, tak? Tam są różne udogodnienia, chociażby gumowane obudowy, tak? Które znoszą znacznie więcej atencji ze strony uczniów.
Ola: Czyli generalnie walnięcia komputerem gdzieś kontrolowanego w podłogę.
Piotr: No tak, nie zbyt dużej wysokości, ale też jakieś zapapranie tłustymi paluchami i tak dalej.
Ola: Ale czy to nie będzie z tymi komputerami tak, że potem połowa programów na nich nie działa, nie ma, nie uruchamia się i tak dalej?
Piotr: Dobre pytanie, też mnie to nurtowało, więc zapytałem Beatę Galas.
Beata Galas: W dużej mierze to jest mentalność i zmiana tej mentalności, że dotychczas uwielbialiśmy wszystkie programy, wszystkie aplikacje zapisywać na pulpit albo w swoich katalogach. W przypadku komputerów, które wykorzystują aplikacje przeglądarkowe, aplikacje chmurowe, to troszeczkę inaczej to wygląda. Mianowicie my we współpracy z edukatorami, z influencerami, z administratorami IT, z superbelframi notabene, z nimi wszystkimi stworzyliśmy listę wszystkich aplikacji, raczej staraliśmy się, wszystkich aplikacji, które są wykorzystywane w edukacji u nas w Polsce. Na chwilę obecną wyszła nam ta lista ponad 180 aplikacji, które sprawdziliśmy bardzo skrzętnie i to, co nam wyszło, to tak naprawdę 90% z tych aplikacji to są aplikacje przeglądarkowe. Siłą rzeczy one bez problemu działają na sprzęcie opartym o wykorzystanie aplikacji przeglądarkowych. 10% to są aplikacje, które są albo aplikacjami androidowymi, które tak samo działają bez problemu na komputerach typu Chromebook, albo mają swoje odpowiedniki przeznaczone na Chromebooki, które mogą pobrać na przykład ze sklepu Google Play.
Piotr: Wiesz co? To jest dla mnie rzeczywiście duża różnica, bo naprawdę mnóstwo programów edukacyjnych, zwłaszcza dla młodszych uczniów, jest przygotowanych na androida, bo oni to instalują na tabletach czy na telefonach i dzięki temu, że można na Chromebookach też je postawić, to ogromne ułatwienie. Na tym samym komputerze, na którym uczymy się, nie wiem, pisać, liczyć i rysować, ja mogę odpalić właściwie niemal dowolny program androidowy, to jest bardzo wygodne.
0:35:06 Google Workspace dla edukacji, konkurencja i praca offline
Ola: A właśnie, tu warto powiedzieć, że ten cały system edukacyjny Google Workspace jest dostępny za darmo i to jest cały pakiet, więc dostajemy te wszystkie elementy nazywane biurowymi, czyli edytor tekstu, arkusz, program do prezentacji i tak dalej. I do tego mamy całe zarządzanie tym z poziomu administratora, na przykład możemy poprzydzielać uczniów do różnych grup, w tym choćby wiekowych i zależnie od tego dawać im dostęp do określonych zasobów, czyli na przykład można sprawić, że no nie wiem, dziesięciolatkowie po prostu nie odpalą programów, które dostały kategorię 12+, czy na przykład od 13. roku życia.
Piotr: Tak, tak, to jest zresztą rozwiązanie takiego problemu, który jest zwłaszcza w polskich szkołach, przy ich niezbyt dużej zamożności obecnej, czyli kto ma tym wszystkim zarządzać, tak? Szkoła nie zatrudni zazwyczaj specjalnego administratora, chyba, że jest jakaś ogromna, więc albo to robi ktoś, kto uczy informatyki, na co zwykle nie ma czasu, albo ktoś z zewnątrz, a z kolei ta osoba z zewnątrz nie zawsze i nie wszystko może zrobić zdalnie, czasem trzeba przyjść, czasem to łączenie jest dosyć skomplikowane, a przy tym Chrome OSowym systemie, czyli tym, na którym Chromebooki działają, właśnie połączonym z tym Google Workspace dla edukacji, tam nie ma co kombinować, znaczy wszystko się ustala w jednej konsoli, takiej administracyjnej, wiem, bo sam z niej korzystam, i te komputery po prostu sobie ściągają informacje dla każdego użytkownika, który akurat się loguje, nie ma tu żadnej wielkiej magii w tym, no.
Ola: Bo ja mam taką wątpliwość, czy tutaj nie okazuje się w którymś momencie, że zostajemy pod takim szklanym kloszem w świecie Google'a i uczniowie po prostu nie mają szans na poznanie prawdziwego życia, czegokolwiek poza Googlem, no bo nie oszukujmy się, każda firma technologiczna chce sobie wychowywać klientów i pytanie, czy to jest jakby sensowne z tego punktu widzenia.
Piotr: Znaczy, no ja nie wątpię, że Google chce sobie wychowywać klientów i chce, żeby ludzie się przyzwyczajali do jego usług i systemów, tyle tylko, że to właściwie od nas w dużym stopniu zależy, bo my tu nie jesteśmy na sztywno do tego przywiązani, no bo wiele szkół wybrało Windowsowe rozwiązania Microsoftu i na przykład korzystają z Office'a, no więc okej, Office 365 Microsoftu bardzo dobrze działa w wersji chmurowej. Jest po prostu przeglądarkowa wersja, która jest praktycznie nie do odróżnienia od tej zainstalowanej na sztywno, więc jeżeli chcemy się uczyć tego rozwiązania, no to po prostu go uczymy, nie ma tu żadnej kombinacji. Zresztą to było moje ważne pytanie, co z Minecraftem, który w końcu należy do Microsoftu, bo uwielbiam Minecrafta, wprowadzamy go w szkole, świetne lekcje można na nim robić.
Ola: I to nie tylko z tak zwanej informatyki, ale różne i biologię, na przykład biologię komórki można świetnie na projektach minecraftowych pokazywać.
Piotr: Dokładnie, jest właściwie na wszystkim, więc od razu chciałem wiedzieć, czy to działa, więc działa. Po prostu instaluje się tą edukacyjną wersję androidową i tu wszystko bez problemu chodzi. Beata Galas.
Beata Galas: Od wielu lat wszystkie narzędzia, wszystkie platformy, które tworzymy, nie tworzymy ich w obrębie tylko i wyłącznie naszych rozwiązań. Otwieramy się na wykorzystanie również programów, bądź też aplikacji firm trzecich i rozwiązań firm trzeciej. Tutaj bardzo dobrym przykładem jest Microsoft, który ma Office 365. Na Chromebookach absolutnie nie ma problemu, żeby ktoś korzystał z Office 365. Nie chcemy szkół przekonywać do tego, że teraz absolutnie macie skończyć wykorzystywanie jakichkolwiek aplikacji Microsoftu i macie zmigrować się całkowicie tylko i wyłącznie na rozwiązania Google'a. Wręcz przeciwnie, wręcz chcemy dać im możliwość nauki również innych rozwiązań. Także nie mówimy i nie namawiamy słuchajcie, macie kupić, kupić, kupić nasze rozwiązania, tylko jeżeli chodzi o workspace'a z klasroomem, on jest również w formie bezpłatnej. Mówimy, dobrze, płacicie za Office 365, proszę zdecydujcie się również na rozszerzenie tego o bezpłatny pakiet Google'owy, dlatego że chcemy, żeby nasi uczniowie mieli i nasze dzieci, żeby miały możliwość nauki również innych rozwiązań.
Ola: No dobra, a na koniec jeszcze jedna kwestia. A co będzie, jak internet w szkole padnie? Skoro to są komputery, które całkowicie działają online, wyjmujemy karteczki i zamiast tego rysujemy sobie arkusz kalkulacyjny?
Piotr: Tak, znaczy nie, tak źle nie jest. Te komputery mają swoje dyski i mają nam tam zainstalowane rzeczy. W Chrome OS-ie już mamy te podstawy i cały ten pakiet Google Workspace działa bez dostępu do internetu, więc komputer jak widzi, że nie ma sieci, to wpuści nas jak najbardziej. No oczywiście mamy wtedy trochę ograniczone możliwości, no ale to normalnie, jak zawsze bez internetu. Możemy robić to wszystko, co się da robić bez dostępu do internetu, te wszystkie arkusze, teksty, no większość tych narzędzi zadziała. Jak internet wróci, no to dane się po prostu zsynchronizują i ta cała nasza praca bezpiecznie trafi do chmury, więc to nie jest tak, że jeżeli mamy tu jakąś awarię, no to po prostu wszyscy do domu albo będziemy, nie wiem, co robili, patrzyli w sufit. To jest dosyć dobre rozwiązanie. Ok, jeszcze taka refleksja na koniec, bo tak sobie myślałem, że chyba jak będę moim rodzicom, którzy są no tak 70+, kupował następny komputer, to właśnie to będzie taki Chromebook, bo jest prosty, jest bezproblemowy i to jest naprawdę ważne, bo te nowe technologie, które wcale nowe już nie są, trzeba zacząć traktować po prostu jak użytkowe, takie zwykłe narzędzia, a nie jakichś takich małych, kapryśnych boszków, wokół których musimy chodzić na palcach.
Ola: Tak, i które wymagają obecności kapłanów, informatyków, którzy robią niezrozumiałe rzeczy w niezrozumiany sposób. Magiczne czynności w rodzaju wyjmij, znaczy zrestartuj komputer albo wyciągnij wtyczkę z kontaktu.
Piotr: To jeszcze proste, trzeba by coś zawsze przestawić. Nie, no rzeczywiście tu ma być prosto i to rzeczywiście jest proste, potwierdzam, sprawdzałem, takie jest.
Ola: Zatem bardzo Wam dziękujemy za to, że nas wysłuchaliście, że nas słuchacie no i zachęcamy Was do tego, żebyście subskrybowali nasz podcast wszędzie, gdzie się da.
Piotr: No i piszcie do nas, jak macie jakieś uwagi na podcasty www.crazynauka.pl. Wszystkie mile widziane, te krytyczne też bardzo chętnie poprosimy. Dzięki, cześć.
Źródła
Brak listy źródeł w opisie odcinka (kolumna "źródła (z opisu)" w indeksie jest pusta). W samej transkrypcji prowadzący nie podają żadnego konkretnego adresu URL źródła – jedynie na koniec odsyłają słuchaczy na stronę www.crazynauka.pl w celu przesyłania uwag.
