Podcast Crazy Nauka · odc. 26

Po co naukowcom trupie farmy?

09-05-2023 · 92 min · Tematyczny, Historia nauki i odkryć, Zbrodnie i śledztwa

Okładka odcinka

Tu jest treść z serwisu Spotify. Po jej włączeniu Spotify otrzyma Twój adres IP i może zapisać w przeglądarce pliki cookies.

Posłuchaj też na:

Słyszeliście kiedyś o “trupiej farmie”? Nazwa jest tak malownicza, że trudno jej nie zapamiętać, więc wiele osób ma świadomość istnienia takiego miejsca.
Pomysł jest w sumie prosty, choć nadal szokuje. Bierzemy ludzkie zwłoki i układamy je w różnych miejscach, głównie pod otwartym niebem. Albo zalewamy betonem bądź też zamykamy w bagażniku samochodowym, topimy w sadzawce, zawijamy w plastikowe worki… To znaczy nie my, tylko naukowcy. I robią to wszystko, co jest w stanie wymyślić morderca, aby pozbyć się ciała ofiary. A potem patrzą i starannie dokumentują to, co się dzieje.

W tym odcinku opowiadamy historię pierwszej trupiej farmy oraz jej twórcy. No i opisujemy, w jaki sposób tego typu miejsca jak lokomotywa pchają do przodu rozwój technik stosowanych w antropologii sądowej i kryminalistyce.

Transkrypcja odcinka

Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.

0:00:00 Wstęp

Ola: Dlaczego w pewnym zagajniku w Knoxville w Stanach Zjednoczonych swobodnie rozkłada się mnóstwo zwłok?

Piotr: Po co ukrywać nieboszczyka w schowku na szczotki?

Ola: Oraz jak można pomylić się w stwierdzeniu czasu zgonu aż o sto lat?

Piotr: Cześć, tu Ola Stanisławska i Piotrek Stanisławski, podcast Crazy Nauka.

Ola: Dzisiejszy odcinek naszego podcastu poświęcimy historii powstawania trupich farm. Trupie farmy powstają w różnych miejscach świata i opowiemy również o tym, w jaki sposób przyczyniły się one do rozwoju technik stosowanych w antropologii sądowej i kryminalistyce.

Piotr: I tu od razu ostrzeżenie. To będzie odcinek, w którym będzie mowa o zwłokach, o tym, jakie procesy przebiegają podczas ich rozkładu, i trochę wątków okołokryminalnych, więc jeżeli ktoś nie lubi, nie chce, nie potrzebuje, to zapraszamy do innego odcinka, bo takie od czasu do czasu nam się zdarzają. Ale teraz przechodzimy do konkretów, bo chciałem przypomnieć, że ruszył nasz Patronite.

Mamy pierwszych patronów. Bardzo im dziękuję, że są z nami. To jest Magdalena, Robert, Damian, Kinga, Mariusz i Agnieszka. Agnieszce bardzo dziękuję za bardzo fajne maile i miłą korespondencję. Zajrzyjcie sobie do nas na Patronite, łatwo znaleźć: patronite.pl/CrazyNauka, zresztą w Google też łatwo znajdziecie, a w opisie odcinka jest link. Wśród tego, co oferujemy naszym patronom, jest między innymi dodatkowy specjalny mini odcinek, który dogrywamy natychmiast po nagraniu odcinka podcastu, dosłownie na gorąco – mówimy w nim o tym, jak to działa albo jak nie działa i co jeszcze chcieliśmy powiedzieć. Takie troszeczkę od kuchni.

Ola: Prosimy, subskrybujcie nasz podcast. Dzięki temu będziecie powiadamiani o tym, że pojawiają się nowe odcinki.

Piotr: Oceniajcie go też, bardzo proszę, tam gdzie się da, a da się wszędzie, no może nie wszędzie, ale w wielu miejscach – jesteśmy obecni na wszystkich liczących się platformach podcastowych.

Ola: I na tych nieliczących się również. Powiedzcie o nas innym, to nam bardzo ułatwi dotarcie do nowych słuchaczy, a myślę, że kilka osób może być dodatkowo zainteresowanych tym, o czym tu opowiadamy.

0:02:49 Ogłoszenia dla patronów i nowy grafik wydawniczy

Piotr: Spoilerem nie będzie to, że coraz więcej mamy tych słuchaczy, i tak w statystykach to widać. To miło, więc to dzięki wam.

Ola: I ważne ogłoszenie. Staramy się, jak możemy, nagrywać te podcasty regularnie i chcemy tu przed wami uroczyście złożyć takie zobowiązanie: na tyle, ile będzie w naszej mocy, będziemy starali się wrzucać nasz podcast co drugi wtorek.

Piotr: Tak jest, co drugi wtorek, pewnie ku wieczorowi, będzie się ukazywał kolejny nowy odcinek.

Ola: Mamy taki zapał, solidne postanowienie, i miejmy nadzieję, że uda nam się tego jak najdłużej dotrzymać. Jeżeli gdybyśmy mieli nie dotrzymać tego terminu z jakiegoś powodu siły nieczystej, która nas będzie tarmosiła, to oczywiście o tym powiadomimy.

Piotr: Postaramy się dać znać u nas na Facebooku Crazy Nauki. Nie ukrywamy, że jednym z powodów, dla których tak się zmobilizowaliśmy, jest właśnie ten nasz Patronite i to, że to jest jakieś zobowiązanie. Dobra, przechodzimy do konkretów.

0:04:36 Skąd wzięła się nazwa "trupia farma" i źródła odcinka

Piotr: Ola już powiedziała, o czym będzie, ale Trupia Farma – no właśnie, pewnie słyszeliście tę nazwę, chociaż nie wszyscy. Ja ostatnio z kimś gadałem przed przygotowaniem tego odcinka i byłem zaskoczony, że ta osoba nigdy o tym nie słyszała, ale nazwa jest tak malownicza i obrazowa, że jak już ktoś usłyszał, to trudno jej nie zapamiętać.

Gdzieś tam obiła się wielu osobom o uszy. To miejsce, a właściwie miejsca, bo pierwsza Trupia Farma ruszyła w USA ponad pięćdziesiąt lat temu. Dziś jest ich na świecie około dziesięciu – do końca nie wiadomo, które działają, a które nie, i które w ogóle zaliczyć do tej grupy. Z tych dziesięciu siedem jest w Stanach Zjednoczonych.

Ola: Powiedziałeś "ponad pięćdziesiąt" i "około pięćdziesięciu lat temu".

Piotr: To zależy, jak liczyć, niech będzie.

Ola: A ja tutaj wtrącę, że bohaterem naszego odcinka będą zwłoki, albo nieboszczycy, albo mówiąc kolokwialnie – trupy. Ja nie lubię tego określenia.

Piotr: Bardzo ładne słowo, jak ładnie brzmi.

Ola: Jest takie, no właśnie, odczłowieczające, uprzedmiotawiające. Trudne słowo – uprzedmiotawiające.

Piotr: Czyniące przedmiotowym. Ale z drugiej strony spójrz, że z naukowego punktu widzenia to w ogóle jest już tylko taka pozostałość.

Ola: To prawda, ale tak naprawdę te zwłoki, ci nieboszczycy, czy też trupy, są cichymi superbohaterami naszych czasów. Ja tak uważam. Dlaczego? Bo robi im się różne straszne rzeczy – rozczłonkowuje się je, zamraża, tnie na milimetrowej grubości plasterki, zderza ze ścianami czy z powierzchnią wody, porzuca na łonie natury, topi. I to wszystko dla dobra nauki: rozwoju chirurgii, medycyny estetycznej, możliwości tworzenia lepszych atlasów anatomicznych, poprawy bezpieczeństwa w pojazdach. Nie będziemy dzisiaj o tym mówić, ale to niezwykle istotna część crash testów – właśnie crash testów z udziałem nieboszczyków, ale też w samolotach – poprawa bezpieczeństwa czy ulepszanie metod stosowanych w medycynie sądowej oraz w antropologii sądowej.

Piotr: O tym, co to jest, za chwileczkę będzie.

Ola: My zajmiemy się w tym odcinku podcastu tym, co nazwałabym porzucaniem zwłok na łonie natury – tak ładnie to brzmi.

Piotr: Porzucanie zwłok. Pomysł jest w sumie prosty, choć nie ukrywam, że nadal dla wielu osób szokujący, bo po prostu bierzemy ludzkie zwłoki, kładziemy je w różnych miejscach, głównie pod otwartym niebem, a później patrzymy i dokumentujemy to, co się z nimi dzieje.

Ola: Ale właśnie na trupich farmach nie tylko układa się zwłoki na powietrzu, ale też zakopuje w płytkich grobach, zalewa betonem, zamyka w bagażnikach. Topi, zatapia w sztucznych sadzawkach, zawija w plastikowe worki, podpala. Naukowcy robią to wszystko, co jest w stanie wymyślić morderca, aby pozbyć się ciała ofiary – więc już mamy tutaj trop, ku czemu to wszystko zmierza.

Piotr: Wracając do tego pierwotnego założenia trupiej farmy, czyli tego kładzenia – wiadomo, że nie kładziemy tych zwłok byle gdzie, tylko w jakichś ściśle określonych, specjalnie przygotowanych miejscach na odpowiednim terenie, gdzie wstęp powinni mieć tylko specjaliści. Choć różnie z tym bywało, o czym jeszcze powiemy. W każdym razie tak to wygląda obecnie, bo te początki były dość, nie chcę powiedzieć amatorskie, ale niezupełnie profesjonalne.

Okej, po kolei. Zaczniemy od jednej z licznych i bardzo obrazowych historii, które przedstawia niejaki Bill Bass w swojej książce "Trupia farma. Sekrety legendarnego laboratorium sądowego, gdzie zmarli opowiadają swoje historie". To książka, która chyba pochodzi z 2003 roku, jak się nie mylę. W Polsce ma już trzy wydania – to, z którego ja korzystałem, jest z 2021 roku, wydało je wydawnictwo Znak Literanova. Polecam, polecam. Jest też kolejna część, "Trupia Farma. Nowe śledztwa".

Od razu mówię, to nie jest odcinek sponsorowany przez kogokolwiek, ale uczciwie trzeba powiedzieć, że korzystaliśmy z tych książek – zaraz jeszcze Ola powie, jeszcze tylko oddam honor jednej osobie napisanej małą czcionką: Bill Bass jest znakomitym antropologiem sądowym, natomiast zakładam, że nie jest tak dobrym pisarzem jak antropologiem sądowym, więc jest tu jeszcze niejaki Jon Jefferson, który pewnie napisał tę książkę – taki ghost writer, może nie całkiem ghost, bo się podpisał, ale razem napisali tę Trupią Farmę.

Ola: Ja, przygotowując się do tego odcinka podcastu, korzystałam przede wszystkim z dwóch książek: "Sztywniak" napisany przez Mary Roach i "Co mówią zwłoki. Opowieści antropolożki sądowej" autorstwa Sue Black. Pierwsza autorka jest amerykańską dziennikarką popularnonaukową, bardzo znaną, a druga – zasłużoną brytyjską antropolożką sądową. Mamy tu mnóstwo ciekawych opowieści. Pierwsza z książek została wydana przez wydawnictwo Znak Literanova, a druga – przez Feeria Science. Więc obie polecamy, trzy książki bardzo fajne, uważam, że warto się nimi zainteresować, jeżeli ktoś lubi takie historie.

Piotr: Mamy jeszcze w odwodzie parę innych tytułów, więc pewnie jeszcze z nich będziemy korzystali. Inne źródła znajdziecie w opisie odcinka, a nasi patroni dostaną te źródła w takiej rozszerzonej wersji mailem. Znowu Patronite, Crazy Nauka, wiecie, te sprawy.

Bill Bass jest guru amerykańskich antropologów sądowych i właściwie można powiedzieć, że jest twórcą tej dziedziny w jej współczesnej odmianie – choć sam w swojej książce odwołuje się do tych gigantów, na których ramionach stoi, to w takim układzie, jak to teraz funkcjonuje, właściwie wymyślił Bill Bass, i w dużej części świata ta amerykańska antropologia sądowa stała się takim wzorem. Antropolodzy sądowi to specjaliści od identyfikacji ludzkich szczątków – szczątków, na których jest już za mało ciała, żeby mieli tu coś do roboty lekarze sądowi. To ważne rozróżnienie.

Ola: Albo są w takim stadium rozkładu, że lekarze sądowi już nie mogą się połapać, co było czym.

Piotr: Tak, już jest na tyle to wszystko zepsute, że to nie jest tak, że lekarz sądowy stwierdza przyczynę śmierci na podstawie badania ciała w dobrym stanie – tu są specjaliści od ciał w złym stanie. To nie jest może encyklopedyczna definicja, ale wydaje mi się, że całkiem niezła jak na nasze potrzeby. Czyli jeżeli jest dobrze zachowana tkanka miękka, to zapraszamy lekarza sądowego. Jak już wyłażą kości, albo ciało całkiem zniknęło, albo jest w jakimś wyjątkowo paskudnym stanie, to wtedy dzwonimy do antropologa sądowego. Bill, oficjalnie William Bass.

Ola: Doktor, prawda?

Piotr: Doktor, pewnie profesor i generał.

Ola: Profesor Uniwersytetu w Tennessee.

Piotr: Dziękuję. W każdym razie wszędzie występuje jako Bill Bass. W chwili nagrywania tego odcinka – wczoraj sprawdzałem, czyli to jest początek maja 2023 roku – ma 94 lata i o ile wiadomo, cieszy się dobrym zdrowiem. Trzy lata temu występował publicznie i wyglądał bardzo dziarsko i żwawo. Ale ta opowieść, od której zaczniemy, wydarzyła się ponad 50 lat temu.

Ola: W roku 1971 Bill Bass został kierownikiem Wydziału Antropologii Uniwersytetu Medycznego w Tennessee, a już w roku 1972 zaczął zdradzać swoje nietypowe, jak na tamte czasy, zainteresowania naukowe, które obracały się wokół rozkładających się ludzkich zwłok. Nie jest to zbyt apetyczna dziedzina wiedzy, ani taka, która przyciągałaby mnóstwo pasjonatów. Bill Bass już na początku swojej pracy na tym uniwersytecie wsławił się tym, że przetrzymywał ludzkie zwłoki w różnych dziwnych, dzisiaj powiedzielibyśmy bardzo nieprzepisowych miejscach, na przykład w starej szopie czy w schowku na szczotki.

0:13:13 Zagadkowe zwłoki bez głowy w schowku na szczotki

Piotr: Właśnie, z tym schowkiem na szczotki – króciutko powiem, o co chodziło. To była sprawa dotycząca zwłok znalezionych przez wędkarza. Zwłoki były w niezłym stanie jak na topielca – prawdopodobnie topielca – w pełnym ubraniu. Miały wszystko, co trzeba, poza głową. Zdarza się. Więc zamiast je w prosty sposób rozpoznać, trzeba było się pogimnastykować.

Policja przywiozła te zwłoki do Knoxville, gdzie pracował Bass, i tam próbowano coś z tym zrobić. Między innymi w mediach jeden z dziennikarzy ogłosił, że jeżeli ktoś znajdzie głowę, niech przyniesie ją do Billa Bassa na Uniwersytet Medyczny. Codzienna sytuacja. I owszem, dwie osoby przyniosły głowy. Jedna okazała się być głową japońskiego pilota, którą ktoś przywiózł sobie z drugiej wojny światowej, a potem poszerzył jej otwór wielki, przez który wchodzi kręgosłup, wetknął żarówkę i zrobił z niej lampkę. Nie wiadomo, dlaczego mu tę głowę w ogóle przyniesiono.

Ola: Fantastyczny pomysł, powiedziałabym. Zabawny, wyważony.

Piotr: A druga głowa była prawdopodobnie indiańska i bardzo, bardzo stara. W każdym razie żadna z nich nie była tą głową, na którą czekał Bill Bass.

Ola: Indiańska – tutaj wejdę Piotrkowi w słowo, bo odbyliśmy niedługą, krótką dyskusję na temat tego, jak wypowiadać się o rdzennych mieszkańcach Ameryki Północnej. Ja byłam za tym, żeby mówić o rdzennej ludności, Piotrek mówi, że słowo "Indianie" nie jest nacechowane negatywnie.

Piotr: To znaczy – to jest słowo, które na pewno nie ma w tej chwili w Polsce negatywnych konotacji. Pewnie się to zmieni w ciągu kilku lat, ale wolimy odnieść się do tego, co mówią znakomicie autorzy amerykańskiego podcastu w jednym z odcinków – nie pamiętam którym, ale damy link w opisie. W ogóle ten amerykański podcast polecamy i pozdrawiamy.

Ola: Oboje wielbimy ten podcast.

Piotr: Oni tam dość dokładnie omawiają, dlaczego słowo "Indianie" funkcjonuje dość normalnie w większości sytuacji – oczywiście wszystko zależy od kontekstu – ale też dlaczego sami rdzenni Amerykanie nie mają problemu, kiedy to słowo jest używane w normalny sposób, bez dodatkowego nacechowania. Dla porządku – zwłaszcza że inaczej te narody nazywane są w Stanach Zjednoczonych, inaczej w Kanadzie, a przecież jest jeszcze cała Ameryka Środkowa i Południowa – my roboczo będziemy się tu trzymali nazwy "Indianie". Jeżeli ktoś ma wątpliwości, polecam ten amerykański podcast, link do odcinka w opisie. Ale wracamy do naszej historii.

Ola: Do tego schowka na szczotki, bo ja cały czas czekam na wyjaśnienie, co tam się w ogóle stało.

Piotr: Myk polegał na tym, że były zwłoki bez głowy, były dodatkowe głowy, ale nie od tych zwłok, i był weekend, i trzeba było coś z tymi zwłokami zrobić, a policja stanowczo odmówiła ich zabrania z powrotem – zwłaszcza że topielcy mają to do siebie, że dość specyficznie się rozkładają, zazwyczaj niezbyt sympatycznie, zwłaszcza ci utopieni w ciepłych warunkach. Bill Bass miał też problem, bo w latach 70. nie było chłodni w tym zakładzie, w którym pracował – to były jeszcze takie czasy, że wielu standardów po prostu nie było. Nie mieli jak przechowywać zwłok, bo generalnie się tym nie zajmowali – to nie było prosektorium sensu stricto. Więc gdzieś próbował te zwłoki upakować tak, żeby przetrwały przez weekend – zawinął je bardzo starannie w folię, zapakował, okleił i wsadził do miejsca, gdzie uznał, że nikt w weekend nie zajrzy, czyli do schowka na szczotki koło swojego gabinetu, koło toalety. I pech chciał, że woźny przyszedł w sobotę sprzątać. Awantura była gigantyczna.

Ola: Trauma do dzisiaj.

Piotr: Ponoć woźny groził Bassowi różnymi rzeczami – jak to Bass pisze w książce – że mniej więcej jego zwłoki też się tam znajdą, i też bez głowy, jeżeli coś takiego jeszcze raz się wydarzy.

Ola: Albo znajdą się razem z tą żarówką, która wcześniej była w tej poprzedniej głowie.

Piotr: Też tak, choć tego akurat woźny chyba nie wiedział. W każdym razie, skracając opowieść – po tej aferze Bass dogadał się z uniwersyteckim szefostwem i załatwili mu dostęp do obory bez jednej ściany, która znajdowała się dość daleko od uniwersytetu. To był duży problem, bo trzeba było tam jechać 45 minut. I trzymali tam te zwłoki, które czekały na identyfikację czy jakieś rozpoznanie.

Ola: Dodajmy, że to, co Piotrek nazwał "oborą bez jednej ściany", to dosłownie oznaczało, że nie było tam żadnego chłodzenia. Te zwłoki po prostu luzem leżały.

Piotr: Tak, leżały – to było dość daleko od czegokolwiek, co mogłoby komuś przeszkadzać. Jedynymi osobami, które się tam pojawiały, jak się potem okazało, byli więźniowie z pobliskiego zakładu karnego, którzy tam chodzili do pracy pod nadzorem, ale z pewną swobodą. Odkryli, że w tej szopie są różne ciekawe rzeczy, i zaczęli tam buszować. Ponoć nic nigdy nie ukradli ani nie zepsuli, ale zaczęły się tam pojawiać ślady – czasami coś było poprzesuwane. To był jeden z powodów, dla których uznano, że to może nie jest najlepsze miejsce na trzymanie tych zwłok.

Ola: Ciekawe, nie? Obora bez ściany nie jest najlepszym miejscem na trzymanie ludzkich zwłok.

Piotr: Warto dodać, że to antropolodzy sądowi, a nie lekarze sądowi, więc nie bardzo im zależało na tym, żeby te ciała się nie rozkładały. Więc to, że trzymali je luzem, w zwykłej temperaturze, nie było dużym problemem.

Ola: Bo przydawały im się kości.

Piotr: Właśnie, oni specjalizują się w kościach, o czym jeszcze będziemy mówili. Ciało generalnie jest raczej kłopotliwą kleiną oblepiającą kości, więc nawet jak trochę go ubędzie, to w sumie i lepiej – oczywiście z pewnymi wyjątkami.

0:19:41 Świeże zwłoki w stuletnim grobie pułkownika Shy'a

Piotr: Dobra, i tu jest moment, w którym przechodzimy do sprawy, która bezpośrednio zainicjowała powstanie Trupiej Farmy. To był sam koniec 1977 roku i Bass został wezwany do zbadania sprawy, która początkowo wyglądała bardzo rutynowo, żeby nie powiedzieć banalnie – o ile ktoś w ramach rutyny zajmuje się wykopywaniem spod ziemi zwłok. To był 29 grudnia i Bass odebrał telefon od policjanta, który poprosił go, żeby przyjechał jak najprędzej do miejscowości Franklin, miasta leżącego jakieś 50 kilometrów od Nashville, stolicy stanu Tennessee. Ponieważ Bass był wtedy głównym antropologiem oficjalnie stanu Tennessee, takie wezwania były dla niego normą – świątek, piątek czy niedziela, trzeba było jechać.

Ola: A wezwanie dotyczyło tego, co zwykle, czyli znalezienia zwłok wymagających identyfikacji. Odkryto je – i tu zaczyna się to, co dziwne – w grobie, i to bardzo oryginalnie, a dokładniej w grobie liczącym wówczas 113 lat, należącym do niejakiego podpułkownika Williama Shy'a, członka armii konfederackiej. Zginął podczas wojny secesyjnej 16 grudnia 1864 roku. Wokół tego grobu przeważnie nic się nie działo, a nieoczekiwaną aktywność w jego okolicach zauważyła w Boże Narodzenie 1977 roku właścicielka posesji, na terenie której znajdował się mały przydomowy cmentarzyk z ciałem podpułkownika. Okazało się, że grób był rozkopany, ale najwyraźniej niczego z niego nie wyciągnięto. Wezwani policjanci stwierdzili, że winni są zapewne grabieżcy grobów, hieny cmentarne, którzy zostali czymś spłoszeni i nie zdążyli niczego wydobyć. A ponieważ to było Boże Narodzenie, odjechali, obiecując wrócić za kilka dni.

Piotr: I za kilka dni, czyli 29 grudnia, przyjechali i zaczęli oglądać, co się tam właściwie wydarzyło. Zrobiło się grubo, bo okazało się, że w rozkopanym grobie znajdują się ludzkie zwłoki.

Ola: No ale przepraszam, w grobie to chyba jest dosyć normalne.

Piotr: Tylko że nie znajdowały się tak, jak powinny znajdować się zwłoki w grobie, bo siedziały w nim – o ile ktoś bez głowy może w ogóle siedzieć, bo zwłoki były bez głowy. W każdym razie wyglądały na świeże. To ważne – to kolejny element, który wzbudził podejrzenia i uruchomił wszelkie dzwonki alarmowe, bo wedle wstępnej oceny miały nie więcej niż kilka miesięcy. Stwierdzono więc, że to raczej ofiara morderstwa. Wiadomo było, z jakiego okresu pochodzi grób – całkiem świeżego. I niby to dziwny pomysł, żeby ukrywać zwłoki w grobie, ale w sumie czemu nie – to nie jedyna sytuacja i nie jedyna opowieść, w której ktoś ukrywa zwłoki na cmentarzu, bo tam przecież nikt nie grzebie w poszukiwaniu zwłok, skoro one już tam są. Można to upchnąć do jakiegoś starego grobu, i w rzeczywistości takie rzeczy się zdarzały – podobne przypadki opisywano nawet w programach o prowincjonalnych zbrodniach. No, skoro to było zabójstwo, trzeba było specjalisty, więc szybko zadzwoniono do Billa Bassa. Przyjechał on tam ze swoim synem, który również się wtedy uczył na antropologa i akurat był w domu, więc stwierdził, że to dobra okazja.

Ola: To nie było tak, że ze swoim siedmioletnim synkiem, prawda?

Piotr: Nie, ale twoja troska jest tu bardzo cenna. Na miejscu było mnóstwo policji, oczywiście zabezpieczony teren, i ostrożnie powiększali tę dziurę w ziemi, żeby nie zatrzeć żadnych śladów. I co udało się zobaczyć? Zwłoki należały do młodego na oko mężczyzny, bez głowy, ubranego w smoking. Skóra wciąż miała różowawy kolor, a ciało śmierdziało tak paskudnie, jak tylko potrafią zwłoki, czyli jak wszelkie gnijące mięso. I to tylko potwierdzało tezę, że chodzi o niedawne przestępstwo, bo przypominam – grób pochodził sprzed ponad 100 lat, więc jeżeli na wierzchu upchnięto jakieś świeże zwłoki, sami rozumiecie.

Ola: I tutaj dochodzimy do momentu, w którym na pewno nie powinien był uczestniczyć siedmioletni synek Billa Bassa, którego on zresztą wtedy nie miał – kiedyś ten syn miał siedem lat, ale w tym momencie był już starszy. Chodzi o to, że robota antropologa sądowego bywa dość paskudna. Mamy taki czarny humor, bo ten odcinek jest naprawdę obrzydliwy – ja miałam trudności, czytając o rozmaitych etapach rozkładu ludzkich ciał, ale do tego jeszcze dojdziemy, nie będę wam tego przekazywać w detalach. Antropolog sądowy grzebie się w ludzkich zwłokach i samo w sobie może to niektórych zniesmaczać, a tu dodatkowo dochodzą atrakcje typu pełzanie po świeżo wykopanej ziemi, opuszczanie się do starych grobów, brnięcie w błocie i brudzie. Tego wszystkiego miał okazję doświadczyć tego dnia Bill Bass, gdy wydobywał ostrożnie szczątki zabitego mężczyzny. Przy okazji przeprowadził wstępną ocenę stanu zwłok – minęło już nieco czasu od śmierci tej osoby, a niektóre stawy zdążyły się już rozłożyć, więc nogi oddzieliły się od miednicy, a ręce od barków.

Piotr: To jest zresztą dość typowe.

Ola: Mało apetyczne, ale dość typowe.

Piotr: Wszystkich nas to czeka, mniej lub bardziej, chyba że ktoś się skremuje. Stawy rozkładają się znacznie szybciej niż kości, więc właśnie w tych miejscach się rozchodzimy. Okazało się, że ciało jest w pozycji siedzącej i siedzi na trumnie tegoż podpułkownika Shy'a, do którego należał grób.

Ola: To wszystko brzmi, jakby ktoś starał się napisać straszny scenariusz do filmu grozy, a wyszło mu coś absolutnie groteskowego. I niesmacznego przy okazji.

Piotr: To prawda. Bass miał zresztą bardzo duże doświadczenie w badaniu grobów – miał ich przebadane dosłownie tysiące, głównie indiańskich, bo to osobna, dłuższa historia, mocno dyskusyjna eksploracja tych grobów, które częściowo ratował przed zalaniem, gdy powstawało sztuczne jezioro – opisuje to bardzo szczegółowo w książce, ale to nie na teraz. W każdym razie dobrze wiedział, że znacznie prościej jest pochować człowieka w pozycji siedzącej niż leżącej – taki protip, gdyby ktoś potrzebował: to po prostu znacznie mniej kopania, a zwłoki łatwiej układają się w taki kształt. Wystarczy wykopać stosunkowo mniejszą dziurę i wsunąć tam ciało, samo się ładnie ułoży. Więc nic dziwnego, że ktoś, kto najwyraźniej spieszył się z tą nielegalną robotą, pozostawił ciało właśnie w pozycji siedzącej. Najbardziej intrygującym elementem na tym etapie badania był strój denata – był ubrany w smoking, miał białą plisowaną koszulę i białą rękawiczkę na dłoni, bo tę udało się znaleźć. Pierwsze skojarzenie to był strój kelnera z jakiejś bardzo eleganckiej restauracji, czy lokaja, albo drużby weselnego lub kogoś, kto był na jakimś wytwornym przyjęciu i go stamtąd porwano. Tak czy inaczej, było to dziwne i bardzo nietypowe.

Ola: Gdy udało się wreszcie wyciągnąć zwłoki z grobu i zabezpieczyć je, okazało się, że trumna, na której siedziały, ma w wieku wybitą, potężną dziurę – wyglądało to jak efekt uderzenia łopatą albo kilofem. Bass poprosił asystujących mu ludzi, wśród których był już dorosły syn, żeby złapali go za nogi i opuścili głową w dół, tak żeby przy pomocy latarki mógł zajrzeć do trumny. Wyobraźcie sobie tę scenę: facet wisi głową w dół w świeżo rozkopanym, błotnistym grobie.

Piotr: To był taki czas, że tam padało, było dość paskudnie.

Ola: A ta trumna, jak się okazało, była zadziwiająco solidna, wykonana z żeliwa – grób miał wówczas ponad 100 lat, a taki luksus jak żelazna trumna był prawdziwą rzadkością. Co Bass zobaczył na dnie trumny? Tylko nieco brązowej, okropnie cuchnącej cieczy. I to wszystko.

Piotr: Nic więcej nie wypatrzył?

Ola: Nic zaskakującego – po ponad 100 latach od pogrzebu taka zawartość trumny w tych warunkach jest dość typowa. Po zakończeniu badania ciało i ubrania powędrowały do dalszych badań.

Piotr: I tu mała kulinarna dygresja.

Ola: Ty to masz z kojarzenia.

Piotr: No, ale to jak najbardziej kulinarna dygresja, bo jak już mówiliśmy, gdy antropolog sądowy zabiera się do roboty, interesują go przede wszystkim kości – nie wyłącznie, o tym jeszcze będzie mowa, ale tam, gdzie nie ma już sensu badać ciała, bo niewiele może nam powiedzieć, szkielet wciąż mówi najwięcej. Badanie miękkich tkanek potrafi być bardzo mylące, bo na przykład kolor skóry staje się zupełnie nierozpoznawalny – u osób o czarnej skórze potrafi się ona odbarwić, a biała skóra potrafi mieć kolor zupełnie brązowy, więc to jest coś, na czym zdecydowanie nie można polegać. Podobnie jest z drugorzędowymi cechami płciowymi, czyli tym, po czym zazwyczaj na pierwszy rzut oka przypisujemy ludziom określoną płeć biologiczną – owady, o których jeszcze będzie mowa, żywiące się rozkładającym się ciałem, zaczynają swoją konsumpcję najchętniej tam, gdzie są wilgotne zagłębienia w ciele, i dlatego właśnie okolice genitaliów oraz twarz najszybciej ulegają rozkładowi, uniemożliwiając tym samym identyfikację. Twarz przestaje istnieć bardzo szybko – i bardzo szybko okazuje się, że nie wiadomo, jaka to płeć na pierwszy rzut oka.

Ola: Na tym kończymy te szczegóły paskudne.

Piotr: Nie, dopiero zaczynamy. Kości to zupełnie inna sprawa – potrafią się trzymać przez stulecia albo i dłużej. Trudno je skutecznie zniszczyć, nawet jeśli ktoś się stara, bo ich spalenie wymaga temperatury, której normalnie się nie uzyskuje – trzeba specjalnie zapewnić dopływ tlenu do ognia, żeby to się jakoś spaliło. Nawet spalone kości potrafią na tyle zachować kształt, że wciąż przydają się do badania. A ponieważ wiele działań prowadzących do zabicia człowieka zostawia ślady znacznie głębiej niż tylko na ciele, właśnie na kościach można znaleźć nadspodziewanie wiele różnych szczegółów, które pozwalają zidentyfikować zarówno ofiarę, jak i zabójcę.

Ola: Tylko że dotarcie do tych kości nie zawsze jest proste – jak to się elegancko mówi, przyżyciowo szkielet mamy dobrze obudowany mięśniami, skórą i mnóstwem innych mniej trwałych tkanek. O ile dla lekarza sądowego są one najważniejsze, o tyle dla antropologa stanowią tylko niewygodny dodatek. Najprostszym sposobem na usunięcie ciała jest porządne wygotowanie ludzkich kości – bardzo przepraszam, ale to określenie nasuwa się samo, to nic innego jak robienie rosołu, którego potem się pozbywamy, pozostawiając same kości.

Piotr: No tak, to technicznie tak wygląda.

Ola: Nie idźmy tym tropem, wiem, co chcesz powiedzieć, ale ja pójdę w inną stronę. Otóż kilka lat temu byłam z taką wycieczką dziennikarską w Instytucie Biologii Ssaków Polskiej Akademii Nauk w Białowieży, gdzie oglądałam sporą, można by rzec ogromną, kolekcję czaszek żubrów, które padły albo zostały zabite w polskiej części Puszczy Białowieskiej.

Piotr: W Stanach rosołu z żubrem.

Ola: Instytut Biologii Ssaków między innymi monitoruje populację żubrów w puszczy – między innymi liczy je i bada, w jakiej są kondycji, bada też ich zwłoki. Zachowuje czaszki, które podlegają dalszym badaniom – między innymi sprawdza się, jak z biegiem czasu zmienia się fenotyp tych żubrów, czy czaszki maleją, i w jaki sposób ujawniają się w nich cechy genetyczne, które być może zaczęły dominować w populacji. Część wycieczki dotarła na zaplecze tej instytucji, gdzie znajduje się coś, co skojarzyło mi się z wielką zamrażarką, ale w rzeczywistości ma funkcję przeciwną – nalewa się tam mnóstwo wody, jest szczelne zakrycie, które powinno nie przepuszczać zapachów, choć podobno nie jest na tyle szczelne, i tam się gotuje żubrze głowy.

Piotr: Można powiedzieć: instytucja naukowa od kuchni.

Ola: Te żubrze głowy trafiają do instytutu w różnym stanie rozkładu, więc można sobie wyobrazić, jak cuchnie taka zupa z żubra. I w sposób bardzo kulturalny staram się podpowiedzieć, że równie nieprzyjemnie może pachnieć to, co dzieje się z człowiekiem w analogicznej sytuacji.

Piotr: Ty tak uciekasz od tych kulinarnych porównań, a ja będę cały czas zmierzał w tę stronę, zaraz zobaczycie dlaczego. W każdym razie teraz takie procedury nadal się przeprowadza, tylko w bardzo kontrolowanych warunkach, w specjalnych urządzeniach. Wiem, że wygotowuje się w odpowiednim roztworze, który przyspiesza oddzielanie się ciała od kości – robi się to pod dygestorium, czyli takim wyciągiem laboratoryjnym, jakie czasem są w szkołach, i prawie wszystko wywiewa. Ale gdy Bill Bass zabierał się za te rzeczy, nie było jeszcze tego całego sprzętu – antropologia sądowa była wtedy jeszcze dość w powijakach. Robił to początkowo u siebie w domu, na kuchence, w garnku, tyle że dogadał się z żoną, że nie będą gotowali rosołów w tych samych garnkach.

Ola: To miły ukłon w stronę żony i reszty rodziny.

Piotr: Więc gdybyście się zastanawiali, czy żona coś miała przeciwko tej koncepcji – owszem, miała, ale ze względów zawodowych się zgadzała. Przestała się zgadzać po tym, jak ten rosół dwa razy wykipiał, i za każdym razem bez dalszej dyskusji Bass kupował nową kuchenkę do domu. Z tego powodu potem się stamtąd wyprowadził. Na szczęście w 1977 roku, o którym mówimy, cała procedura była już bardziej sprofesjonalizowana i kości wygotowywał już w pracy.

Ola: Po uporządkowaniu tego, co wydobyto z grobu podpułkownika z czasów wojny secesyjnej, okazało się, że brakuje nie tylko głowy, ale też stóp i jednej z dłoni. Nadal największym problemem był brak głowy, bo dzięki niej ustala się dwie z trzech głównych cech, których na początku szuka antropolog sądowy, czyli płeć i rasę. Trzecia cecha to wiek – tu bardziej przydatne są kości kończyn, na których widać między innymi stopień skostnienia okolic stawów czy kształt kanału szpikowego. Przed dwudziestym rokiem życia kanał szpikowy jest podzielony na dwie komory, między którymi znajduje się galaretowata tkanka łączna, a około dwudziestego piątego roku życia te komory się łączą i pozostaje między nimi tylko linia wzrostu, która z kolei znika około czterdziestki. Mamy więc takie cezury czasowe, między którymi można umiejscowić dany szkielet.

Piotr: To jest właśnie ulubiony obszar wiedzy antropologów sądowych – znajdowanie takich cech, które pozwalają to czasowo umieścić. Na przykład miejsce, gdzie obojczyk łączy się z mostkiem, zrasta się finalnie koło dwudziestego piątego roku życia, więc to kolejny element pozwalający określić wiek. Przy badaniu tego denata okazało się, że jego spojenie łonowe miało pofałdowaną, nierówną powierzchnię, co jest cechą ludzi przed trzydziestką – czyli już wiadomo, że był po dwudziestce piątce, a przed trzydziestką, całkiem niezłe przybliżenie. Pozostaje kwestia płci – z genitaliami różnie bywa, a bez głowy to w ogóle słabo. Płeć zazwyczaj najwygodniej rozpoznaje się po miednicy, jeśli jest dostępna, a akurat tu były krótkie, ostro zakończone kości łonowe, co jest wyraźną cechą męską. Są też cechy pozwalające skorzystać z danych statystycznych – kiedyś były to tablice, potem oprogramowanie – na przykład mierzy się długość kości udowej i na tej podstawie można określić wzrost człowieka. Zazwyczaj mężczyźni są wyżsi od kobiet i mają cięższą budowę ciała, więc łącząc to z innymi cechami, można stworzyć profil danej osoby.

Tak jak zrobiliśmy zastrzeżenie w kwestii Indian, tak teraz zrobię małą gwiazdkę, jeśli chodzi o rasę – zresztą o tym również Bill Bass w swojej książce wspomina, bo to sprawa bardzo dyskusyjna. Niewątpliwie jest tak, że fenotypowo ludzie się różnią i można wyróżnić, zależnie od tego, w jakich warunkach ewoluowali, trzy główne grupy, czyli trzy główne rasy, o których się mówi – białą, czarną i żółtą – i mają one bardzo konkretne cechy. Oczywiście w tej chwili jest duży ruch na świecie, ludzie krzyżują się między tymi rasami i te cechy się rozpraszają, zacierają, ale to wciąż jest bardzo cenne w tym obszarze wiedzy. To niezwykle ciekawy temat – jak stopień wygięcia kości, kąty w czaszce, kąty ustawienia zębów czy kąty czoła względem nosa pozwalają określić, do jakiej rasy najprawdopodobniej należy człowiek. To nie zawsze się sprawdza, a czasem jest tak, że mamy bardzo mało szczątków – i tu jedna z uczennic Bassa przeprowadziła absolutnie fascynujące badanie, o którym jeszcze wspomnimy, bo też napisała na ten temat książkę. Pracowała przez długi czas w klinice ortopedycznej jako rysowniczka, specjalizując się w rysowaniu różnych anatomicznych struktur, i wykryła, że kształt kości w okolicy kolana różni się w zależności od rasy – szerokość rozstawienia kości stabilizujących staw kolanowy różni się właśnie zależnie od tego, do jakiej rasy dany człowiek należy. Stąd w ogóle pojawia się ten wątek rasy, bo pozwala w wielu przypadkach zawęzić obszar poszukiwań.

0:43:04 Rozwiązanie zagadki i kompromitacja eksperta

Ola: Ale wróćmy do tych zwłok, które siedząco znajdowały się w grobie z czasów wojny secesyjnej. Badając ten szkielet, już po wygotowaniu go, ten szkielet eleganckiego denata, udało się stwierdzić, że był to mężczyzna w wieku, tak jak Piotrek wspominał, między 26 a 29 rokiem życia.

Piotr: Jeszcze troszkę doprecyzowali to na podstawie kolejnych elementów.

Ola: Rasy białej i wzrostu pomiędzy 173 a 180 centymetrów. W sumie niewiele, ale pozwoliło zawęzić poszukiwania w rejestrach osób zaginionych. Zawężono – i nic. Nikt o podobnych cechach nie został zgłoszony w ciągu ostatnich miesięcy, czyli nikt nie zaginął w pobliżu miejsca znalezienia ciała. Ponieważ był początek roku, panował typowy sezon ogórkowy, czy jak to się tam nazywa w Stanach Zjednoczonych?

Piotr: Zimowy sezon ogórkowy.

Ola: Więc miejscowe gazety szybko podłapały temat, zainteresowały się sprawą, zwłaszcza że było w niej trochę atrakcyjnych elementów – miejsce znalezienia ciała, dziwny ubiór, brak głowy. Takie sprawy media lubią, lubią je podgrzewać, kiedy nie mają nic innego do podgrzewania. Zaczęło się drążenie tematu, wywiady. Bill Bass oczywiście był podpytywany, więc przekazał nieco szczegółów mediom, między innymi o domniemanym czasie zgonu – powiedział, jak głosi cytat, że mężczyzna zmarł w czasie od dwóch miesięcy do roku temu. A w rozmowie z innym dziennikarzem określił ten czas jeszcze dokładniej: od dwóch miesięcy do pół roku.

Piotr: A potem sprawa zaczęła się naprawdę komplikować, bo 3 stycznia głowa się jednak znalazła, a wraz z nią obie stopy i dłoń. A może raczej znalazło się to, co z tej głowy zostało, bo czaszka była w 17 kawałkach. To zresztą wyjaśniło przyczynę śmierci. Bill Bass zmontował tę czaszkę – to też jedna ze specjalności antropologów sądowych, składanie takich porozbijanych elementów. Poskładał ją i okazało się, że przyczyną śmierci był strzał w głowę z niewielkiej odległości – kula weszła nad lewym okiem i praktycznie rozerwała tył głowy, rozsadziła czaszkę. Natomiast dziwny był stan tych fragmentów czaszki, bo w przeciwieństwie do reszty zwłok nie było tu pozostałości tkanek miękkich. Kości były ciemnobrązowe, w kolorze wyprawionej skóry – tak to opisują. W zębach z kolei było dużo ubytków i właściwie żadnych śladów plomb czy innych zabiegów dentystycznych, co znowu nie bardzo pasowało do tego eleganckiego ubioru. Zaczęło to wszystko, że tak powiem, śmierdzieć.

Ola: Och, jakiego obrazowego określenia użyłeś.

Piotr: Ciekawe, czy się już domyślacie.

Ola: Ja się domyślam, ja, ja.

Piotr: Czy inni się domyślają – okej, gdybyście się nie domyślali, to powiem, że właśnie wtedy przyszły z laboratorium wyniki badania ubrań, a te były dziwne, bo w tych ubraniach nie było zera metek, ale też nie było śladów po metkach, więc nie było tak, że ktoś je wypruł, żeby coś ukryć. Spodnie miały dziwny krój, z sznurowanymi z boku nogawkami. Buty miały styl modny gdzieś na początku lat 70., choć wiadomo, że mody powracają i znikają. I co bardzo istotne, w materiale właściwie nie było syntetyków – to była czysta bawełna i czysty jedwab.

Ola: Więc jakiś dziany gościu, ale wiadomo, już się chyba dobrze domyślacie. Nikt nie upychał do grobu świeżego ciała – za to ktoś próbował wyciągnąć zwłoki, które leżały tam od 1864 roku. To były zwłoki podpułkownika Williama Shy'a, członka Armii Konfederackiej, który zginął podczas wojny secesyjnej 16 grudnia 1864 roku. I tutaj nagle wszystko zaczyna do siebie pasować – obrażenia zgadzały się ze znanym opisem jego śmierci. Shy zginął, broniąc oblężonego wzgórza, i został zabity strzałem z bliska. Zgadzał się też wiek i wzrost podpułkownika oraz jego elegancki strój. Ciało faktycznie wyglądało, jakby ktoś je wkładał do grobu – a to dlatego, że rabuś, hiena cmentarna, najwyraźniej wybił dziurę w wieku trumny i wyciągnął zwłoki, chcąc je okraść. Tyle że przy wysuwaniu ich przez mały otwór odpadła rozbita strzałem głowa, oderwała się ręka i stopy, i najwyraźniej ktoś lub coś spłoszyło złodzieja, który po prostu puścił ciało, a to opadło do pozycji siedzącej, blokując się nogami o wieko trumny.

Piotr: No dobrze, ale jak to możliwe, że zwłoki, które miały wtedy, przypominam, 113 lat, wyglądały na tyle świeżo, że Bass, który już naprawdę był niezłym specjalistą i miał spore doświadczenie, ocenił ich wiek na kilka miesięcy? Trzeba tu wziąć pod uwagę dwa czynniki. Po pierwsze, jak się okazało, zwłoki zabalsamowano. To nie była w tym czasie częsta praktyka, ale rodzina Shy'ów była bogata i najwyraźniej mogła sobie na taki zabieg pozwolić, więc stąd te bardzo dobrze zachowane tkanki miękkie, które zmyliły antropologa. A druga sprawa to ta nietypowa trumna, o której Ola wspomniała – żeliwna i bardzo dokładnie zamknięta, prawdopodobnie jakoś zalutowana. Bardzo rzadko się zdarza, żeby ciało pochowano w trumnie, która przez ponad 100 lat pozostawała całkowicie szczelna, więc naprawdę nic nie mogło dostać się do środka ani wydostać na zewnątrz – dotyczyło to też tych najwytrwalszych owadów, które mają niesamowity zmysł węchu, pozwalający wykryć rozkładającą się materię przez bardzo grubą warstwę ziemi. Wiele gatunków potrafi się przekopać bardzo głęboko, szukając tych, jak dla nich, miło pachnących zwłok. A poza tym, że owady nie mogły się tam dostać, ilość tlenu w tej trumnie była bardzo ograniczona – to bardzo ciekawy wątek, bo wydawałoby się, że nie wiadomo, ile mogą zużyć tlenu bakterie podczas rozkładu, a mogą zużyć go mnóstwo. To interesujące, bo zwłoki grzeją się podczas rozkładu, tak intensywnie są konsumowane. Ten rozkład w zamkniętej, hermetycznej trumnie przebiegał więc nietypowo i dość szybko się zatrzymał, co spowodowało też, że zachodzące procesy chemiczne sprawiły, że skóra była taka zaróżowiona.

Ola: Co właściwie z tą czaszką się wydarzyło? Dlaczego ona jako jedyna się rozłożyła?

Piotr: Rozłożyła się dlatego, że nie było jej bardzo czego balsamować – po strzale z bliska zostały z niej strzępy. Nie wiem, jak dokładnie to wyglądało, zakładam, że podpułkownika nie chowano w otwartej trumnie, bo nikt by nie chciał tego oglądać, ale czaszkę zostawiono w takim stanie, w jakim udało się ją pozbierać – nie była zabalsamowana, więc uległa takim przemianom, jakim powinno normalnie ulegać ciało.

Ola: I oczywiście sprawa natychmiast nabrała rozgłosu, a sam Bill Bass stał się dosłownie obiektem kpin, i to nie tylko w lokalnej prasie, ale i szeroko za granicą – dostał nawet wycinek gazety wydawanej w Bangkoku, gdzie opisywano przypadek głównego antropologa sądowego stanu Tennessee, który pomylił się w ocenie wieku zwłok o 112 lat. Przez kolejne dekady wypominano Bassowi tę pomyłkę. Próbowali ją wykorzystać w procesach sądowych obrońcy oskarżonych, przeciwko którym zeznawał jako biegły, niezależnie od tego, czy miało to jakikolwiek sens – prawnicy chętnie przywoływali ten przypadek z 1977 roku, kiedy to biegły pomylił się o ponad 100 lat, ha, ha, ha, wszyscy się pośmiali. Bass wielokrotnie pluł sobie w brodę za to, że podekscytowany wywiadami w prasie rzucił kilka zupełnie niesprawdzonych jeszcze wtedy przewidywań, które potraktowano jako oceny wydane przez specjalistę i które przyczyniły się do oceny go jako fachowca w tej dziedzinie.

Piotr: A tak naprawdę głównym problemem było to, że w latach 70. bardzo niewiele było wiadomo o tym, jak przebiega rozkład ludzkiego ciała w różnych warunkach. Oczywiście medycyna była już rozwinięta, to były lata 70. XX wieku, ale temat ludzkich zwłok był w jakimś stopniu tabu, a proste, dobrze znane, bardzo oczywiste przypadki były wielokrotnie zbadane i znane. Policja dobrze to widziała, ale gdy działo się coś nietypowego, ta wiedza zaczynała zawodzić.

Ola: I właśnie ten przypadek bezgłowego ciała i związanej z nim fatalnej pomyłki stał się przyczyną stworzenia Trupiej Farmy.

0:53:20 Jak powstała pierwsza Trupia Farma w Knoxville

Piotr: Bo Bass doszedł do wniosku, że nie ma innego sposobu na zdobycie takiej wiedzy, dotyczącej właśnie tych trudnych przypadków, niż prowadzenie obserwacji w ściśle kontrolowanych warunkach. Oczywiście takie obserwacje już wcześniej prowadzono, ale praktycznie zawsze dotyczyły rozkładu zwierzęcych ciał. W przypadku małych zwierząt porównanie tego z ludźmi w ogóle nie ma sensu, bo objętość i masa ciała mają bardzo duże znaczenie. Próbowano prowadzić obserwacje – zresztą nadal się je prowadzi – na świniach, ale zdaniem części specjalistów różnice są zbyt duże, zwłaszcza w tych najtrudniejszych sytuacjach, kiedy rozkład czy uszkodzenia ciała są nietypowe.

Ola: W tym czasie Bill Bass pracował jako szef katedry antropologii na University of Tennessee w Knoxville, o czym już wspominałam. Dogadał się z władzami uczelni, które udostępniły mu działkę o powierzchni około 4 tysięcy metrów kwadratowych, leżącą w pobliżu. Działka była zapuszczona, bo dopiero niedawno przestała być wysypiskiem, na którym Agencja Ochrony Środowiska całkiem niedawno zabroniła spalania śmieci. W 1980 roku Bill Bass wraz ze swoimi studentami wykarczowali część zarośli, oczyścili teren i postawili niewielki budynek, właściwie szopę, w której przechowywano narzędzia, sprzęt ochronny i tym podobne. Zrobili prowizoryczne ogrodzenie, drogę dojazdową, i zaczęło to funkcjonować.

Piotr: Tak właśnie powstała Trupia Farma. Pierwszy obiekt badań trafił tam w maju 1981 roku. Powstaje więc pytanie: skąd na Trupiej Farmie trupy? Przepraszam za to słowo, ale skoro Trupia Farma, to już zostawmy te trupy. Pierwszy obiekt badawczy to ciało 70-letniego alkoholika z rozedmą płuc i chorobą serca, którego zwłoki przekazała na cele badawcze jego córka.

Ola: I tu ważna uwaga – wszystkie ciała wykorzystywane w badaniach na trupich farmach znalazły się na nich albo wskutek przedśmiertnej woli właścicieli tych ciał, albo po przekazaniu przez rodziny zmarłych.

Piotr: Ja bym tutaj dodał, że był taki czas, kiedy przekazywane były też ciała osób, do których nikt się nie przyznał – niektóre zakłady medycyny sądowej przekazywały zwłoki osób, co do których nie bardzo wiadomo było, co zrobić, bo nikt nie chciał zapłacić za ich pogrzeb i tak dalej.

Ola: To moja uwaga dotyczyła tego, co dzieje się obecnie.

Piotr: Tak, natomiast potem była z tego dość sroga awantura, która oparła się nawet o władze stanowe, i zaostrzyli te przepisy, czasem nawet trochę bez sensu – to dłuższa rozmowa, więcej na ten temat można znaleźć w książce "Trupia Farma". Okej, to pierwsze ciało zostało wtedy zabezpieczone przed większymi zwierzętami rodzajem skrzyni z metalowej siatki, bo badaczom zależało na obserwowaniu rozkładu i aktywności owadów, ale już nie na przykład działania gryzoni, lisów czy ptaków, które szybko rozczłonkowałyby te zwłoki.

Ola: Ale tu z kolei ja wejdę ci w słowo, bo to ważna obserwacja – to, co dzieje się w naturze, nie dzieje się pod kloszami czy siatkowymi ochronnikami, tylko z udziałem zwierząt padlinożernych, i dzięki temu, co zaobserwowano na trupich farmach, udało się stwierdzić, że ciała ulegają znacznie większym przemieszczeniom wskutek działalności dzikich zwierząt, niż wcześniej sądzono.

Piotr: Tak, to zresztą bardzo ciekawe – zwierzęta często odgryzają stopy i wynoszą je daleko, bo to miękkie miejsce, łatwo przegryźć staw, wziąć ten kawałek gdzieś zanieść i tam schrupać albo przynajmniej nadgryźć. To były te pierwsze zwłoki, a potem tych badań prowadzono bardzo dużo, w bardzo różny sposób – tak jak wcześniej Ola mówiła, zwłoki zostawia się w bardzo różnych sytuacjach właśnie po to, żeby obserwować, jak się zmieniają. Jak można się było domyślić, po jakimś czasie Trupia Farma nie zaczęła wzbudzać entuzjazmu okolicznych mieszkańców. Pojawiały się argumenty, że rozkładające się zwłoki przyciągną owady czy padlinożerne zwierzęta – to dość dyskusyjne, o czym zaraz będzie mowa. Część osób skarżyła się na zapach, który miał się wydobywać z farmy, część twierdziła, że może widzieć rozkładające się zwłoki z okien swoich domów. Była też afera, bo pewien geodeta, który wyznaczał w pobliżu teren pod parking, poszedł w krzaki zjeść śniadanie i źle trafił, bo teren nie był na tyle dobrze ogrodzony – i zdaje się, że stracił ochotę na to śniadanie po tym, co zobaczył. W każdym razie uniwersytet naprawił problem, instalując porządne, wysokie ogrodzenie. To zresztą ciekawy wątek, jak dogadywano się z mieszkańcami, bo jak to często w Stanach, powstała jakaś organizacja, która postanowiła coś tam zrobić, a potem, jak zwykle, okazało się, że chodzi o pieniądze.

Ola: Dzisiaj ta Trupia Farma w Knoxville to taki uroczy zagajnik na tyłach kliniki medycznej Uniwersytetu Tennessee – wydzielona powierzchnia 10 tysięcy metrów kwadratowych, otoczona bardzo wysokim płotem z drutem kolczastym. Przyjmuje na swój teren około 100 ciał rocznie, czyli sporo. Te ciała układa się w rozmaitych miejscach i pozycjach, ubrane albo nieubrane – przeważnie nieubrane, choć po jakimś czasie zaczęto też testować, jak zachowuje się ciało ubrane w określony rodzaj odzieży, i to też jest bardzo ważny element tych badań. Obserwuje się proces rozkładu w bardzo różnych warunkach – prowadzone są na przykład badania nad rozkładającym się ciałem zamkniętym w samochodowym bagażniku, ciałem pod wodą albo w przyczepie kempingowej, co w warunkach amerykańskich często może mieć miejsce. Obserwacje dotyczą głównie sekwencji i tempa rozkładu, ale też aktywności owadów i związanych z nią objawów.

Piotr: Skoro mowa o owadach – w podcaście z sierpnia 2022 roku wspominaliśmy o nich sporo, gdy po raz pierwszy mówiliśmy o naukowych aspektach kryminalistyki i badaniach, które pozwoliły rozwiązać trudne sprawy. Zresztą za chwilę do tych owadzich wątków jeszcze wrócimy.

1:00:56 Metody badań: owady, zapach i odciski palców z rozkładającej się skóry

Ola: Najpierw jednak wymienię najważniejsze czynniki, od których zależy przebieg i długość procesu rozkładu ludzkiego ciała w warunkach naturalnych. Są to przede wszystkim temperatura, wilgotność i wspomniana już aktywność owadów. Jak można się domyślić, na trupich farmach obserwuje się procesy unikalne dla danego środowiska czy obszaru geograficzno-klimatycznego – tego, co dzieje się w Knoxville, nie da się ekstrapolować poza strefę umiarkowaną w Stanach Zjednoczonych. Różnice w przebiegu tego procesu bywają naprawdę ogromne – w niektórych częściach Afryki ludzkie ciało może przejść przez wszystkie etapy, od świeżych zwłok do szkieletu, w ciągu zaledwie tygodnia, a w chłodnej Szkocji może to trwać pięć lat albo i dłużej.

Piotr: Dobra, mieliśmy wrócić do owadów. Myślę, że o owadach można by zrobić pięć albo i więcej odcinków – to super ciekawy wątek, chociaż bardzo obrzydliwy. Zresztą sam Bass też nie lubi tych owadów, mimo że są bardzo ważne w pracy jego i jego kolegów.

Ola: Jak czytałam u Mary Roach w "Sztywniaku" fragmenty dotyczące owadów, to zdecydowanie nie był to moment na jedzenie czegokolwiek. Próbowałam to czytać w czasie śniadania, nie dało się.

Piotr: No tak, to jest wątek tego, jak jest dobrze – u Bassa, czy w tej drugiej książce, której autorki teraz nie mam w głowie, jest patent na to, jak zrobić, żeby móc pracować i prowadzić badanie na ciele oblezionym przez larwy. Te larwy nie lubią światła, więc pomysłowy antropolog sądowy kładzie jakiś kawałek ciemnego materiału na ciele – powiedzmy, jak ma pracować z obszarem górnym, głową czy czymś, to na klatce piersiowej kładzie ciemny kawał materiału, i całe robactwo wpełza pod niego, chroniąc się przed światłem. Potem przesuwa się ten materiał kawałek w stronę nóg, i tak po kawałeczku, odsuwając go, można te robaczki wyprowadzić z obszaru, w którym akurat chce się pracować.

Ola: Szczegółów nie przybliżaj.

Piotr: Czyli nie mówić o tym, jak one wchodzą do ust?

Ola: Nie, i nie mów też, że wyglądają jak ryż na początku. Nie, nie, nie.

Piotr: Czyli o tym nie mówimy. Dobrze, więc powiem w takim razie o jednym z pierwszych, bardziej rozwiniętych projektów naukowych, jakie zrealizowano na Trupiej Farmie. Autorem tego projektu był Billy Rodriguez, ówczesny student Bassa – jego praca zrobiona na Trupiej Farmie i oparta na tych badaniach jest jedną z najważniejszych prac w antropologii sądowej dotyczących owadów. Postanowił sprawdzić, czy muchy żywiące się na zwłokach wracają tam, czy też przylatują i lecą gdzie indziej. Złapał więc pięć much nad jednym z ciał, delikatnie wymalował im odwłoki jaskrawą pomarańczową farbą i wypuścił je. Później siedział cały dzień nad tymi zwłokami, obserwując je – muchy są czarne, więc pomarańczowa plamka dobrze się wyróżnia. Okazało się, że trzy muchy wróciły, więc muchy rzeczywiście wracają do zwłok – jak już im się spodoba ta jadłodajnia, chętnie się tam pojawiają ponownie.

Ola: Innymi słowy, jak siedzicie sobie na tarasie i jecie przekąski, to nakrywajcie je kloszami. Na wszelki wypadek, z różnych powodów.

Piotr: No właśnie. Zresztą te ciała później, gdy badano owady, układano na specjalnych siatkach drucianych, żeby nie leżały na ziemi czy na innym podłożu, dlatego że wygodniej można było spod nich wybierać owady. To bardzo interesujący wątek owadowy, można o tym naprawdę długo opowiadać. To, co Ola już wspomniała, czyli zależność zarówno rozkładu, jak i aktywności owadów od temperatury, to też ciekawa sprawa – na podstawie tego, ile powiedzmy osłonek, czyli tego, co zostaje po przepoczwarzeniu owadów, jest wokół zwłok, można stwierdzić, czy zabójstwo dokonano, gdy było zimno, czy ciepło. Jeżeli śmierć nastąpiła w czasie zimnym, czyli gdzieś w temperaturze rzędu dziesięciu, piętnastu stopni, to bardzo niewiele będzie tych przepoczwarzonych owadów.

Ola: Po jakim czasie?

Piotr: To stosunkowo krótko trwa – znajomość tego rytmu i tej kolejności przemian jest tu kluczowa, bo owady przylatują, składają jajka, i robią to podobno w ogromnej ilości, w zawrotnym tempie, wokół wszystkich otworów w ciele, również tych sztucznych, że tak powiem. To bardzo istotne, dlatego że potem, przy bardzo zaawansowanym rozkładzie ciała, kiedy trudno stwierdzić na przykład, czy ktoś został uduszony czy zadźgany, jeśli widać, że pewne obszary są bardziej wyjedzone przez owady, a nie ma tam naturalnych otworów ciała, to prawdopodobnie te otwory zostały przez kogoś zrobione. Na przykład w miejscu, gdzie są dźgnięcia nożem, są najukochańsze miejsca wszelkich much.

Ola: Nie lubimy much.

Piotr: No nie lubimy, ale są przydatne, tylko trzeba wiedzieć, jak się do nich dobrać. Zresztą co ciekawe, to pierwsze ciało – te ciała były, i chyba nadal są, oznaczane numerami – nosiło numer 1-81. Położone w maju, jak już mówiliśmy, i przez kilka pierwszych dni było 15 stopni Celsjusza. Niewiele się działo, nawet trochę się zastanawiali, co będzie dalej. Po czym, jak to w maju, przygrzało i kilka dni później było 25 stopni, i rozkład po prostu błyskawicznie wystartował.

Ola: Nie wchodź w szczegóły.

Piotr: Nie, tylko ogólnie powiem, że już po tygodniu zwłoki weszły w drugie, może trzecie stadium rozkładu, ale nie będę teraz o tym mówił.

Ola: Tak, nie mówmy o tym.

Piotr: Zwłoki bardzo napuchły. Po dwóch tygodniach czaszka została prawie oczyszczona przez owady, ciało się zapadło, i właściwie po miesiącu został z tego już tylko szkielet. Ciekawostka, przy okazji tematu otworów w ciele – bardzo długo w dobrym stanie zachowują się ręce i nogi, bo tych otworów nie mają, a w dodatku nie mają w sobie takich bakterii jak wewnątrz, w jamie brzusznej czy w płucach, bo to przestrzenie dość zamknięte, więc te części długo się trzymają. Za to…

Ola: Mam nie mówić o tym?

Piotr: Krótko, dobra. To niezwykle ciekawa rzecz – w końcu zajmujemy się takimi tematami, to powiem. Bardzo ciekawym zjawiskiem jest zsuwanie się skóry z ciała – mniej więcej po kilku tygodniach, zależnie od temperatury, z dłoni i ze stóp skóra się zsuwa, trochę jak zdjęta rękawiczka. I jeżeli antropolog sądowy o tym wie – teraz już wszyscy wiedzą – to jeśli mamy ciało w bardzo zaawansowanym stadium rozkładu, wyschnięte, warto w pobliżu poszukać tej skóry z dłoni, która prawdopodobnie leży gdzieś obok, bo można ją potem namoczyć, a po namoczeniu odpowiednio wsunąć na swoją dłoń jak rękawiczkę.

Ola: Nie żeby perwersyjnie paradować w takiej rękawiczce.

Piotr: Co kto lubi, ale głównie chodzi o to, żeby zdjąć odciski palców. I właśnie przy tym ciele 1-81 zrobiono taki eksperyment, że kiedy skóra z dłoni się zsunęła i wyschła, przekazano ją specjaliście od daktyloskopii, który znowu ją namoczył, zmiękczył i można powiedzieć wtórnie zidentyfikował to ciało – znaczy, wiadomo już było, kto to jest, ale na tej podstawie był w stanie zdjąć z niej odciski palców. Dla mnie to super ciekawe.

Ola: Jest super ciekawe i super obrzydliwe. Następna historia, o której mi mówiłeś, jest też mega ciekawa, bo chodziło tam o identyfikację zapachową z włosów.

Piotr: Tak, to z kolei było zainspirowane wezwaniem, które również dostał Bass. To była prosta sprawa, bo właściwie było wszystko. Chodziło o działkę między domami a ulicą, taką pustą działkę, na której zbierał się gruz i śmieci, i ktoś w końcu postanowił ją uporządkować – wezwał ekipę, a ta ekipa znalazła bardzo wysuszone zwłoki. Łatwo było je zidentyfikować, bo to były zwłoki starszego mężczyzny, który miał sztuczną szczękę, a na tej sztucznej szczęce była malutka plakietka z imieniem i nazwiskiem. Wszystko się zgadzało – to był 74-latek, który mieszkał w pobliżu, w którymś momencie był w szpitalu psychiatrycznym, a zaginął dwa lata wcześniej. Przyczyna śmierci była naturalna, prawdopodobnie gdzieś na tej działce się przewrócił i zmarł. Ale to, co było dziwaczne, to to, że obok tej działki był dom, w którym w tym czasie, kiedy on zmarł, mieszkali ludzie.

Ola: Inni nic nie czuli?

Piotr: No właśnie. Co więcej, 15 metrów od miejsca, gdzie leżało ciało, był chodnik – jedna z bardziej ruchliwych ulic w tym mieście, normalnie wędrowali tam sobie ludzie. Nikt nic nie zgłosił, nic się nie wydarzyło. Więc Bass postanowił – szanuję to naprawdę za ciekawość naukowca – zbadać, jak to jest z tym zapachem. Zwłoki, gnijące ciało, mięso, okropnie śmierdzi, kto miał kiedykolwiek do czynienia z czymś takim, ten wie.

Ola: Padlina w lesie.

Piotr: Albo w latach 80. zakład medycyny sądowej w Warszawie na Oczkach, gdzie nie wyrabiały chłodnie.

Ola: Zwłaszcza podczas upałów.

Piotr: Zwłaszcza podczas upałów, tak. Może nie idźmy w tę stronę. W każdym razie Bass zrobił eksperyment – wziął studentów, którym powiedział, że mogą dostać 10 punktów zaliczeniowych, jeżeli przyjdą wcześnie w sobotni poranek. Jak stwierdził z przekąsem w książce, ponad 100 osób nagle poczuło pasję do nauki i się tam pojawiło. Poprzedniego dnia umieścił na terenie Trupiej Farmy dobrze nadpsute, rozdęte, bardzo śmierdzące zwłoki. Powbijał paliki co 10 metrów jako znaczniki. Brał kolejnych studentów, mówił im tylko jedną rzecz: powiedz, gdy coś poczujesz. I szli z nim powolutku w stronę tych zwłok, intensywnie wietrząc, wiedząc, że chodzi o zapach. W momencie, kiedy coś wyczuwali, zapisywał, w jakiej odległości to nastąpiło. Okazało się, że większość osób dopiero między 20 a 10 metrem coś wyczuwała.

Ola: To niesamowite. Człowiek myśli, że taka trupia farma cuchnie na całą okolicę.

Piotr: Chyba że powieje, ale to musiałoby jakoś superintensywnie wiać. Co innego, jak zaleci jakimś smrodkiem – podejrzewam, że jak ten nieszczęśnik na działce się rozkładał, to pewnie czasem ktoś coś poczuł, ale nie reagujemy zazwyczaj, jak jeden smrodek się pojawi. Więc te skargi mieszkańców wokół Trupiej Farmy, że im tam śmierdziało, to raczej świadomość im śmierdziała, jak to zazwyczaj w takich sytuacjach bywa.

1:14:26 Trupie farmy na świecie i spór o modele zwierzęce

Ola: Trupia Farma w Tennessee była pierwszą tego rodzaju placówką na świecie, i jak wspomnieliśmy na początku, w jej ślady poszły również inne instytucje naukowe, nie tylko w Stanach Zjednoczonych. Na terenie samych Stanów znajduje się obecnie siedem tego rodzaju miejsc. Właśnie – tu mi się coś nie zgadza, bo ja zlokalizowałam siedem w Stanach, a w Kanadzie trupią farmę prowadzą naukowcy w prowincji Quebec.

Piotr: To osiem.

Ola: I dziewiątą w Australii.

Piotr: Już ci mówię, w Indiach powstawała.

Ola: A właśnie, ja ją tu mam.

Piotr: Nie jestem pewien, czy ona działa.

Ola: Ale to nie z udziałem ludzi. W Europie, Azji i Ameryce Południowej nie ma oficjalnie działających placówek badawczych tego rodzaju, ale naukowcy prowadzą tam obserwacje na rozkładających się zwierzętach. W Indiach, na krowach, prowadzi takie badania dr Roma Khan, a profesor Sue Black z Wielkiej Brytanii, ta, która napisała książkę "Co mówią zwłoki", pracuje na farmie, gdzie testuje padlinę świń. Ona argumentuje, że na trupich farmach często wykorzystywano niereprezentatywne ciała ludzi starszych, a ciała zwierząt są równie przydatne jak ludzkie.

Piotr: To wysoce dyskusyjne, bo z kolei Bass twierdzi, że wcale nie – że świńskie zwłoki są owszem podobne rozmiarem, ale procesy rozkładu znacznie się różnią. Nie znam się na tym na tyle, żeby to rozstrzygnąć, w każdym razie niewątpliwie nie ma tu pełnej zgodności.

Ola: Na pewno jest tak, że Sue Black jest z jakiegoś powodu przeciwna, ale może temu towarzyszyć też to, że przepisy w Wielkiej Brytanii są w jakiś sposób niekorzystne.

Piotr: W Europie w ogóle ta koncepcja się nie przyjęła, i to też jest problem, bo z części doświadczeń amerykańskich można skorzystać, a z części nie. My na przykład mamy swoje własne, europejskie muchy trumienne – cała grupa gatunków o takich sympatycznie iskrzących się skrzydełkach, które mają absolutnie niesamowity zmysł węchu, są w stanie wyczuć zwłoki z wielu kilometrów i przebić się nawet pod ziemię do pogrzebanych zwłok.

Ola: A poza Stanami pierwszą trupią farmę otwarto w 2016 roku w Australii, i to jej utworzenie było naprawdę potrzebne, bo to, co wspomniałeś o Europie, dotyczy jeszcze bardziej Australii – tam jest wszystko inne, inne gatunki, inne strefy klimatyczne, i wyniki uzyskiwane w Stanach Zjednoczonych zupełnie nie korespondowały z tymi, które obserwowali antropolodzy sądowi w Australii, bo klimat ma ogromne znaczenie dla tempa rozkładu zwłok, a owady i ich przeobrażenia mają wpływ na to, z jaką dokładnością antropolodzy określą czas, jaki upłynął od śmierci danej osoby. Szukałam informacji na temat drugiej farmy, która miała powstać na terenie Australii, tym razem w Queensland – to północno-wschodni stan Australii, gdzie panuje klimat tropikalny, i ta farma miała powstać właśnie po to, żeby testować, jak szybko w takich warunkach zachodzą procesy rozkładu. Być może rozbiło się to o jakieś trudności formalne, w każdym razie nie znalazłam informacji, żeby ta druga farma powstała. Pierwsza funkcjonuje na przedmieściach Sydney i…

Piotr: Obok tej miejscowości Yaramundi.

Ola: To się nazywa właśnie Yaramundi Farm, czy coś takiego.

Piotr: Tam są obserwacje, na przykład, wskazujące na to, że ręce martwych ludzi poruszają się podczas rozkładu, i to znacznie bardziej, niż sądzono do tej pory, bo najprawdopodobniej chodzi tu o kurczenie się i skracanie więzadeł w rękach. W ogóle to kwestia przemieszczania się ciał – bardzo ciekawy wątek. Mówiłaś o zwierzętach, że dzięki tym badaniom na trupich farmach ustalono, że to poruszanie się to często kwestia działań zwierząt, co może prowadzić do bardzo błędnych spostrzeżeń na miejscu zbrodni. Zresztą w jednej z tych książek, które ostatnio czytałem, jest ciekawy opis historii, gdzie miejsce zabójstwa określono trochę na podstawie ukształtowania terenu i rozważenia rozmaitych śladów – jakiś zwierzak dość daleko przeciągnął zwłoki i dalej ich nie pociągnął tylko dlatego, że noga zwłok zablokowała się o drzewo. Więc te zwłoki leżały w dziwnej, jakby rozkraczonej pozycji przy tym drzewie, i ktoś się zastanawiał, co się tam w ogóle wydarzyło – jakie teorie, co z tym drzewem, jaki zgon. Antropolog sądowy przyjrzał się temu wszystkiemu, wywnioskował, skąd te zwłoki zostały wyciągnięte, i tu wracam do tego wątku rękawiczek z ludzkiej skóry.

Ola: Miałam nadzieję, że już do tego nie wrócimy.

Piotr: Dobra, krótko – te rękawiczki zsuwają się tam, gdzie następował rozkład, więc bardzo często trzeba przeszukać nie to miejsce, gdzie leży to, co zostało, tylko to, gdzie następował ten rozkład. Warto czasami podążać takim tropem.

1:20:38 Najważniejsze odkrycia naukowe dzięki trupim farmom

Ola: Tutaj jeszcze chciałabym wrócić do tematu, jak wielu ważnych odkryć naukowych dokonano dzięki badaniom prowadzonym na trupich farmach. Od czego by tu zacząć, bo tego jest całe mnóstwo. Oczywiście te badania bardzo pomogły w bardzo precyzyjnym ustalaniu czasu zgonu oraz wpływu klimatu, ubrania czy obecności lub braku wody w miejscu pozostawienia zwłok na samo tempo rozkładu – to jest oczywiste. Jednym z projektów zrealizowanych w Knoxville, czyli na tej pierwszej trupiej farmie, było opracowanie metody jak najdokładniejszego określania czasu śmierci poprzez analizę próbek tkanek ofiary i pomiar kilkudziesięciu różnych, zmieniających się wraz z upływem czasu, substancji chemicznych biorących udział w rozkładzie. Profil tych substancji dopasowuje się potem do typowego dla danej tkanki profilu na każdą kolejną pośmiertną godzinę. Opracowana metoda pozwala określić czas śmierci z dokładnością mniej więcej do 12 godzin. Brzmi to zwyczajnie, ale doktor Arpad Vass, antropolog sądowy, który realizował ten projekt, miał niewyobrażalnie trudne zadanie, szczególnie w późniejszych fazach rozkładu i w przypadku niektórych organów, do których na późniejszych etapach trudno było dotrzeć. Zaraz o tym powiem. Próbki, których używał do ustalania czasu rozpadu poszczególnych związków chemicznych, trzeba było pobierać bardzo często i identyfikować substancje w nich obecne, bo te substancje zmieniały się w miarę, jak dochodziło do poszczególnych przemian w procesie rozkładu. Pochodziły od osiemnastu ciał, i w sumie doktor Vass pobrał około 700 próbek. Ciała, z których je pobierał, trzeba było odwracać, żeby dostać się na przykład do wątroby, a próbki mózgu zwykle pobierał przez oczodoły.

Już kończę, bo jesteśmy za najgorszym. Badania prowadzone przez doktora Vassa pozwoliły też ustalić, jakie związki chemiczne, na przykład specyficzne, lotne kwasy tłuszczowe, przenikają z rozkładających się zwłok do gleby pod spodem. Jeśli w glebie brakuje tych charakterystycznych produktów rozkładu, oznacza to, że dane ciało zostało na przykład przeniesione z miejsca, w którym się wcześniej rozkładało, albo w którym zostało zabite – i że to nie jest miejsce zbrodni, jeżeli mówimy o zabójstwie.

Piotr: O badaniach Arpada Vassa jest też sporo w książce. Jest tam wątek mówiący o tym, że żeby te związki chemiczne pozwoliły dokładnie określić czas śmierci, trzeba było ustalić bardzo dokładny profil klimatyczno-pogodowy danego miejsca. Więc siedzi się, mierzy się temperaturę – na przykład zostawia się policjanta na kilka dni, żeby precyzyjnie mierzył temperaturę w nocy i za dnia.

Ola: Wyobraził on sobie tego samego policjanta po kilku dniach leżącego obok tych zwłok, już w podobnym stanie.

Piotr: Wiesz co, może idźmy dalej. Dobra, w każdym razie – są tam też bardzo ciekawe badania, prowadzone również w Knoxville, dotyczące określania czasu, jaki upłynął od zgonu do chwili odnalezienia zwłok, na podstawie niektórych gatunków bakterii jelitowych – bo warto pamiętać, że jesteśmy takimi mięsnymi workami pełnymi bakterii.

Ola: I tutaj ja się wtrącę, bo akurat te bakterie…

Piotr: Myślałem, że akurat ty nie zechcesz się zgodzić.

Ola: Akurat nie, bo te bakterie jelitowe robią najwięcej roboty.

Piotr: W czasie rozkładu też.

Ola: Tak, w czasie rozkładu też. One odpowiadają w dużej mierze za wzdymanie się ciał.

Piotr: I wypływanie topielców na przykład.

Ola: No i tutaj akurat one rzeczywiście namnażają się w błyskawicznym tempie po śmierci.

Piotr: I to, co jest istotne, to że niektóre z tych gatunków namnażają się w bardzo regularnych, przewidywalnych, powtarzalnych cyklach, i to bez względu na wpływ klimatu, wody czy liczebności padlinożerców. To pozwala na podstawie zbadania tych bakterii określić ten moment – zgodnie, oczywiście, do pewnego etapu, póki te bakterie jeszcze sobie jakoś radzą wewnątrz.

Ola: Trupie farmy przebadały też wpływ rozkładających się zwłok na lokalne mikrobiomy środowiska, i odwrotnie – wpływ miejscowych zbiorowisk mikroorganizmów na ciała. To bardzo ciekawe wyniki. Lokalni mieszkańcy bali się skażenia wody – nic takiego nie następuje, bo gdyby skażenie wody następowało przy każdym zgonie każdego organizmu, trudno byłoby funkcjonować w ekosystemie ziemskim. Ale na przykład ustalono, że po rozłożeniu się zwłok okoliczna roślinność tymczasowo zamiera, a na ziemi widoczny jest ciemniejszy ślad. Po jakimś czasie ten ślad porastają rośliny, powracają w to miejsce i zaczynają rosnąć bujniej niż u sąsiadów – bo to ciało zamienia się w kompost.

Piotr: Spora dawka azotu i innych składników.

Ola: I to, że w jakimś miejscu jakieś rośliny rosną bujniej, bywa dobrą wskazówką do rozpoczęcia poszukiwań ciała podczas policyjnego śledztwa, ale bywa to też mocno niepewny wskaźnik. I tutaj wracamy do tego, o czym przed chwilą mówiłam, czyli do substancji lotnych – to okazało się być znacznie bardziej skutecznym wskaźnikiem tego, czy gdzieś ciało przebywało, i jeśli tak, to czy to było ciało ludzkie. Jedne z badań zidentyfikowały 452 lotne związki organiczne uwalniane podczas rozkładu zwłok ludzkich i zwierzęcych, i naukowcy starali się wyłonić spośród nich taką kombinację markerów specyficznych wyłącznie dla człowieka – czyli tych związków, które mają wyłącznie ludzkie pochodzenie i mogą wskazywać na to, że to są ludzkie, a nie zwierzęce, zwłoki. Wykryli taką kombinację ośmiu związków chemicznych, dzięki którym można odróżnić ludzkie szczątki od zwierzęcych. Na przykład w ten sposób można było udoskonalić szkolenie psów służących do wykrywania zwłok – trzeba je bowiem wyraźnie rozróżnić od psów tropiących.

Piotr: Psa też mieliśmy.

Ola: Tak, bo trzeba bardzo wyraźnie rozróżnić, że to nie są psy tropiące. Psy tropiące uczone są tropienia osób, które jeszcze żyją, albo już nie żyją, ale ich ślad zapachowy jest w miarę świeży – choć psy są mistrzami świata i potrafią chwytać zapachy po bardzo długim czasie i pójść tym tropem. Tu mówimy natomiast o psach specjalnie szkolonych do poszukiwania zwłok. I jeszcze jeden przykład – jedna ze studentek doktora Vassa opracowała przenośne urządzenie wykorzystujące analizę zapachu zwłok do określania momentu śmierci danej osoby. Konstrukcja opiera się na technologiach wykorzystywanych w przemyśle spożywczym i winiarskim.

Piotr: Taki nos elektroniczny.

Ola: Taki nos elektroniczny. Opracowanie go sfinansowało między innymi FBI, i identyfikuje ono te unikalne, zapachowe markery wydzielane przez ludzkie ciało w różnych fazach rozkładu.

Piotr: Jeszcze dodam, że z ciekawych badań jest na przykład super ciekawe badanie dotyczące tego, jakie ślady na kościach zostawiają różne narzędzia, którymi te kości zostały nacięte lub przecięte. Przez długi czas uważano, że pewne bardzo charakterystyczne narzędzia mogą zostawić jakieś charakterystyczne ślady, ale gdy przepiłuje się na przykład kość udową, nie ma o czym dyskutować – jest po prostu przepiłowana. Aż jeden ze studentów Bassa przeprowadził super dokładną analizę, piłując mnóstwo rozmaitych kości – podobno jelenie kości bardzo dobrze się do tego nadawały i podobnie piłowały jak ludzkie. Opracował cały system rozpoznawania narzędzi, którymi pocięto zwłoki – podobno super przydatny dla FBI, bo pozwala potem bardzo zawęzić poszukiwania, gdy na przykład znajdujemy jakieś konkretne narzędzie w garażu konkretnego podejrzanego i można zobaczyć, że to faktycznie ten rodzaj piły o takich ząbkach. Powiem szczerze, że tych badań, które zrobili studenci Bassa, jest mnóstwo, i dlatego to, co powiedzieliśmy na początku – że jest on takim ojcem założycielem współczesnej antropologii sądowej – jest prawdą. Między innymi dlatego, że jego studenci nauczyli się od niego rzeczy niezwykłych i rozwinęli tę wiedzę w bardzo ciekawych kierunkach. Myślę, że jeszcze do tego wrócimy, bo chciałbym opowiedzieć o kolejnej rzeczy, ale to już półtorej godziny gadania i zaczynamy chyba lekko zdychać, tak sądzę.

Ola: Bardzo wam dziękujemy, że dotarliście z nami do finału tego odcinka. Uważam ten temat za fascynujący, przyznam, że opowieść o tych rękawiczkach jest dla mnie czymś, co mnie nieco przerosło.

Piotr: Tylko liznąłem ten temat dosłownie.

Ola: W ogóle nie kojarzę tego twojego sformułowania z tym, o czym mówimy, w ogóle nie chcę tego łączyć w głowie.

Piotr: Ale jeżeli wam się podobało to, co mówimy, to przypominamy, żebyście zajrzeli do nas na Patronite'a. Jeszcze chcieliśmy powiedzieć o koszulkach, bo nie mówiliśmy o koszulkach – również link w opisie, i tam są bardzo ładne koszulki, i to w dodatku bez zwłok.

Ola: I subskrybujcie nasz podcast, oceniajcie, komentujcie i przekazujcie znajomym. To nam bardzo pomoże. Dzięki za wysłuchanie tego odcinka.

Piotr: Dzięki, cześć.

Ola: Cześć.

Źródła

* "Trupia farma", Bill Bass, Jon Jefferson, Wydawnictwo Znak Literanova, Kraków 2021

* "Co mówią zwłoki", Sue Black, Wydawnictwo Feeria Science, Łódź 2019

* "Sztywniak", Mary Roach, Wydawnictwo Znak Literanova, Kraków 2019

* http://www.academia.dk/BiologiskAntropologi/Tafonomi/PDF/ArpadVass_2001.pdf

* https://onlinelibrary.wiley.com/doi/abs/10.1111/j.1556-4029.2008.00680.x

* https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC5470579/

* https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4572707/

* https://www.researchgate.net/scientific-contributions/Arpad-A-Vass-53714343

* https://ibs.bialowieza.pl/kolekcja-naukowa/

* https://open.spotify.com/show/7GhGS7o6RrsvykollA4lgF

Źródła

Badania naukowe nt. procesu rozkładu zwłok

Kolekcja czaszek i szkieletów żubra Instytut Biologii Ssaków PAN w Białowieży