Podcast Crazy Nauka · odc. 40

Wypadki kosmiczne (część 2), które zdarzyły się… na Ziemi

07-11-2023 · 89 min · Tematyczny, Katastrofy, Kosmos i astronomia

Okładka odcinka

Tu jest treść z serwisu Spotify. Po jej włączeniu Spotify otrzyma Twój adres IP i może zapisać w przeglądarce pliki cookies.

Posłuchaj też na:

Druga część podcastu o katastrofach kosmicznych, w której opowiadamy o wypadkach związanych z lotami załogowymi – tych, które zdarzyły się na Ziemi albo tuż ponad nią. Mówimy o tych nieco mniej nagłośnionych katastrofach, poza szeroko opisanymi dramatami Challengera i Columbii. I jak zawsze za większą część z nich odpowiadają ludzkie błędy – wynikające z zaniedbania, niewiedzy czy pośpiechu.

Dowiecie się, m.in.:
– Skąd pomysł, by kabiny statków kosmicznych napełniać ekstremalnie łatwopalnym czystym tlenem?
– Jak uwielbienie rocznic zabiło dziesiątki ludzi?
– Co było nie tak z systemem hamowania w statkach kosmicznych Virgin Galactic?

Transkrypcja odcinka

Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.

0:00:00 Wstęp

Ola: Skąd pomysł, by statki kosmiczne napełniać ekstremalnie łatwopalnym czystym tlenem, i to pod zwiększonym ciśnieniem?

Piotr: Jak uwielbienie rocznic zabiło dziesiątki ludzi?

Ola: Co było nie tak z systemem hamowania w statkach kosmicznych Virgin Galactic? Cześć, tu Ola Stanisławska i Piotrek Stanisławski.

Piotr: Podcast Crazy Nauka. Udało nam się wyrobić, bo poprzednio mówiliśmy, że nie wiemy, czy damy radę zrobić to w dwa tygodnie, więc daliśmy radę niemałym wysiłkiem.

Ola: Jest wtorek, równo po dwóch tygodniach od ostatniego nagrania. Jest późno, więc się śpieszymy. A dziś będzie druga część podcastu o katastrofach kosmicznych, ale tych, które, uwaga, zdarzyły się na Ziemi lub tuż ponad nią.

Brzmi to trochę dziwnie, katastrofy kosmiczne na Ziemi, zaraz wyjaśnię. Zapowiadaliśmy dwa miesiące temu, że nagramy tę drugą część, a dwa miesiące temu nagraliśmy część pierwszą pod tytułem "Dramatyczne wypadki w przestrzeni kosmicznej", do wysłuchania której was gorąco zachęcamy. Teraz dla odmiany opowiemy o katastrofach związanych z lotami załogowymi, które zdarzyły się właśnie na Ziemi albo tuż ponad nią.

To będą historie nie mniej znaczące i brzemienne w skutki niż te, które zdarzyły się ponad linią Karmana, czyli tą umowną granicą pomiędzy atmosferą Ziemi a przestrzenią kosmiczną.

Piotr: A jak dzisiaj zdążę, to wreszcie usiądę i ponumeruję te odcinki. Myślałem, że zdążę to zrobić przed tym nagraniem, ale stwierdziłem, że ważniejsze jest jednak nagranie, żebyśmy mogli powiedzieć: "o, w odcinku tym i tym" – wiem, że poprzednio też to mówiliśmy.

Ola: Za każdym razem to mówimy, może się kiedyś poprawimy.

Piotr: Dopiero od miesiąca. W każdym razie wspólny mianownik tych obu części podcastu to są związki z branżą kosmiczną. W jednej z opowieści będę się dość długo tłumaczył, dlaczego w ogóle o tym mówię, bo niby tak, a niby nie – nie będę zdradzał.

W każdym razie drugim wspólnym mianownikiem… mogą być dwa wspólne mianowniki.

Ola: Trochę to karkołomnie brzmi, ale brnijmy dalej.

Piotr: Wspólną częścią są ludzkie błędy, czyli klasyka: zaniedbanie, niewiedza, pośpiech, dążenie do tego, żeby uczcić kolejną rocznicę wielkiej rewolucji październikowej w listopadzie.

Ola: Naciski decydentów.

Piotr: Dokładnie. No i też prawda jest taka, że właściwie z każdej z tych katastrof wyciągnięto wnioski, i to jest trzeci wspólny mianownik.

Ola: Tak, z każdej, chociaż niektóre utajniono. Ale to nie znaczy, że nie podzielono się z innymi krajami informacjami, które wynikły z danej tragedii.

Piotr: No więc właśnie, to jest w ogóle bardzo ciekawe. My kiedyś, chyba już o tym mówiliśmy, pasjami oglądaliśmy "Katastrofy w przestworzach" czy inne tego typu programy tuż przed tragedią.

Ola: To była nasza ulubiona seria o katastrofach samolotów.

Piotr: Znakomicie robiona i tam zawsze było tak samo. To znaczy prawie zawsze te katastrofy nie powinny się wydarzyć, gdyby nie splot licznych czynników, z których żaden sam z siebie pewnie by niczego nie wywołał.

Ola: Ale wszystkie razem doprowadziły do katastrofy i zazwyczaj były to niestety ludzkie błędy.

Piotr: Tak jest. No dobra, zanim zaczniemy – szybciutko: prośba o subskrypcje, wszelkie zawsze bardzo mile widziane.

Ola: Przypominamy, że jesteśmy obecni na wszystkich liczących się platformach podcastowych i na innych też.

Piotr: Myślałem dwa tygodnie nad tym żartem. No i zapraszamy do naszego Patronite'a. Bardzo będzie nam miło, jeżeli tam dołączycie, bo dla nas to ważne, miłe i przydatne, więc zapraszamy serdecznie. Crazy Naukowy Patronite łatwo znaleźć. I co, ruszamy już wreszcie?

Ola: Ruszamy.

Piotr: No dobra.

0:04:20 Katastrofa Apollo 1: pożar w czystym tlenie

Ola: Zdarzenie, o którym wam chcę teraz na początku opowiedzieć, było przygotowaniem do programu Apollo, czyli serii załogowych misji na Księżyc. Znacie dobrze te historie: Apollo 11 ląduje na Księżycu szczęśliwie, Apollo 13 ma kłopoty – o tym też mówiliśmy w jednym z poprzednich odcinków. A teraz chcę opowiedzieć o starcie misji, która wówczas była nazywana Saturn 204, a start był planowany na luty 1967 roku.

Miał się odbyć z przylądka Canaveral na Florydzie, a dopiero później, po dramatycznych wypadkach, o których zaraz opowiem, które miały miejsce 27 stycznia 1967 roku, misję przemianowano na Apollo 1. Planowym celem był załogowy lot modułu dowodzenia, zwanego też modułem serwisowym, który miał polecieć na niską orbitę okołoziemską.

Piotr: O którą część statku chodzi? O tę, która miała pozostać na orbicie księżycowej, podczas gdy lądownik siadał na powierzchni Księżyca?

Ola: Tak, tę historię doskonale znacie.

Piotr: Najbardziej przechlapana rola podczas misji kosmicznych.

Ola: Michael Collins siedział w module dowodzenia, podczas gdy Buzz Aldrin i Neil Armstrong chodzili po powierzchni Księżyca.

Piotr: Najbardziej niewdzięczna robota świata moim zdaniem.

Ola: Do wyniesienia modułu dowodzenia w 1967 roku miała być wykorzystana rakieta Saturn 1B. Dodajmy, że ten ówczesny moduł dowodzenia to był dość wczesny projekt, jeszcze nieprzypominający tego, co rzeczywiście poleciało na Księżyc – opracowany w czasach, kiedy nie istniała jeszcze technika sadzania lądownika na powierzchni Księżyca. W związku z tym nie wyposażono go na przykład we właz do kowania, który pozwalałby na połączenie z lądownikiem. Był to projekt naprawdę wczesny.

W skład załogi, która testowała ten moduł dowodzenia, weszli Gus Grissom, Ed White i Roger Chaffee. Mieli odbyć maksymalnie czternastodniowy lot po niskiej orbicie okołoziemskiej, dzięki czemu NASA chciała przetestować procedury i techniczne aspekty startu, manewrowania statkiem i śledzenia lotu ze stacji naziemnych. To miał być czternastodniowy lot, jeszcze nie na Księżyc.

Piotr: Wszystko to były przygotowania do lotu księżycowego. Amerykanie robili to kawałek po kawałku – testowali kolejne procedury, tu taką, tu owaką. Widać cały ciąg przygotowań, który zwieńczyło lądowanie Apollo 11.

Ola: Do sposobu skonstruowania modułu dowodzenia w tej konkretnej misji przyczyniły się wydarzenia z 1961 roku, czyli sześć lat wcześniejsze, w których brał udział dowódca misji Apollo 1, Gus Grissom. Odbył on wówczas lot suborbitalny w ramach misji Mercury-Redstone 4. Lot suborbitalny to taki lot, który ociera się o poziom orbity, ale nie wchodzi na orbitę ziemską.

Piotr: Może nawet osiągnąć ten poziom, ale kwestia prędkości, kąta i tak dalej sprawia, że nie wchodzi na orbitę, tylko sobie leci w górę i w dół.

Ola: Podczas misji Mercury-Redstone 4 testowano kapsułę załogową Liberty Bell 7, nowej konstrukcji, na pokładzie której znajdował się Gus Grissom.

Piotr: Sam Gus Grissom.

Ola: Dziękuję za ten komentarz. Zmiany konstrukcyjne polegały na tym, że właz do kabiny wyposażono w ładunki wybuchowe. Brzmi strasznie groźnie, ale to standard.

Piotr: Będziemy jeszcze dzisiaj mówili o innych ładunkach wybuchowych w innych miejscach, to jest dość normalne.

Ola: Chodziło o to, żeby astronautom łatwiej było się wydostać z kapsuły po wylądowaniu – żeby te ładunki pomagały otworzyć właz. I traf chciał, że wtedy, w 1961 roku, podczas tej misji, ładunki w kapsule odpaliły się zbyt wcześnie, już podczas lądowania, w wyniku czego Grissom niemalże utonął.

Piotr: To było zresztą dość dramatyczne, bo woda się wlewała, a kapsuła nie ma sama z siebie dodatniej pływalności.

Ola: Udało mu się wydostać, ale nie uszczelnił kombinezonu, w związku z czym zaczęła się do niego wlewać woda. W momencie, kiedy udało się go już podjąć helikopterem, to też było związane z ogromnym niebezpieczeństwem, bo im bardziej zbliżał się helikopter, tym bardziej fale zalewały astronautę, w związku z czym tym bardziej się podtapiał. Był już ledwie żywy, naprawdę niewiele brakowało, żeby stracić życie przy tym manewrze, ale wyszedł z tego obronną ręką.

Wracamy do roku 1967, kiedy konstruktorzy z fabryki North American Aviation początkowo chcieli zainstalować w module dowodzenia podobny system otwierania włazu jak w Liberty Bell 7, ale sprzeciwiła się temu NASA, bo decydenci bali się, że właz ponownie przypadkowo się otworzy i stanie się coś podobnego do tego, co przydarzyło się Grissomowi.

Piotr: Tylko słowo wyjaśnienia, bo amerykański system kosmiczny polega na tym, że jest mnóstwo podwykonawców – dlatego Ola wspomina akurat o North American Aviation. Podwykonawcy coś projektują, ale to NASA zatwierdza. Mówię o tym, bo będziemy też wspominać o rosyjskim systemie kosmicznym, który jest zupełnie inny.

Ola: Co jest niezwykle istotne, ten nieszczęsny właz otwierał się do wewnątrz, co później okazało się brzemienne w skutki. Załoga zgłaszała, że woli właz otwierający się na zewnątrz, ale nie ze względu na bezpieczeństwo, tylko na wygodę podczas spacerów kosmicznych. Nie wzięto tego pod uwagę. Dodatkowo, zamiast zwykłej mieszanki oddechowej – azotu i tlenu w takich proporcjach jak w powietrzu – zastosowano czysty tlen. Nie było to nic nadzwyczajnego, bo we wcześniejszych misjach Mercury i Gemini stosowano dokładnie to samo, czyli czysty tlen pod ciśnieniem wypełniający kapsułę załogową.

Piotr: A czemu czysty tlen, po co to było?

Ola: Chodziło o to, żeby załoga nie nabawiła się choroby dekompresyjnej w razie nagłej dekompresji, czyli rozszczelnienia kapsuły. Gdyby oddychała powietrzem, wówczas zwiększające objętość pęcherzyki azotu rozpuszczonego we krwi zaczęłyby rozrywać naczynia krwionośne, powodować wylewy w obrębie mózgu. Tak właśnie wygląda choroba dekompresyjna – pęcherzyki w momencie dekompresji zwiększają swoją objętość i psują wszystko, co napotkają na swojej drodze.

Piotr: Zatykają lub rozsadzają naczynia krwionośne, powodują też niezwykle silny ból i tak dalej.

Ola: W związku z tym zastosowanie czystego tlenu wydawało się dobrym pomysłem, zwłaszcza że dodatkowo zmniejszał on masę modułu dowodzenia, dzięki czemu zużywano mniej paliwa, żeby wynieść moduł w kosmos. Zastosowano więc czysty tlen, mimo że załoga zgłaszała zaniepokojenie dotyczące potencjalnego zagrożenia pożarem w takim środowisku tlenowym.

W końcu 27 stycznia 1967 roku załoga wsiada do kapsuły, żeby przeprowadzić symulację startu. Są już ubrani w kombinezony kosmiczne. Rakieta Saturn 1B nie jest wówczas napełniona paliwem, więc test wydaje się stosunkowo bezpieczny. Nie przykłada się jakiejś ogromnej wagi do tego testu, ale wszystkie procedury mają być wypełnione. Problemy pojawiają się już po chwili, bo wnętrze kabiny wypełnia kwaśna woń maślanki.

Piotr: Maślanki?

Ola: Tak, maślanki czy też skwaśniałego mleka. Szukałam wyjaśnienia tego dziwnego faktu i znalazłam informację, że taki kwaśny zapach jest charakterystyczny dla kwasu masłowego, który był składnikiem wielu produktów z tworzyw sztucznych, obecnych w tej kapsule, a produkowanych w latach sześćdziesiątych.

Piotr: Gdyby to był rosyjski program kosmiczny, założyłbym, że ktoś po prostu wylał gdzieś maślankę i nie pościerał.

Ola: To było trochę bardziej wyrafinowane.

Piotr: Okej, to dajesz.

Ola: To opóźniło testy, ale w końcu zapach ustąpił i udało się napełnić kapsułę tlenem. Po chwili okazało się, że jest kolejny problem – przez kombinezony astronautów tlen zaczął płynąć pod zbyt dużym ciśnieniem. Co gorsza, od samego początku załoga miała problemy z łącznością z Centrum Kontroli Misji.

Siedzieli tam pięć i pół godziny na stanowisku startowym. Udało się w tym czasie zrealizować, z dużymi oporami, większość procedur przedstartowych. Jednak właśnie ze względu na problemy z łącznością odliczanie przed startem zostało wstrzymane na dziesięć sekund przed planowaną symulacją momentu startowego. Wszystkie kable startowe były wciąż podłączone do statku. I właśnie w tym momencie doszło do chwilowego zaniku napięcia, a po kilkunastu sekundach załoga zaczęła krzyczeć, że w kabinie jest pożar. Ed White usiłował otworzyć właz, ale ogień, po pierwsze, rozprzestrzeniał się błyskawicznie, a po drugie, szybko rosnące ciśnienie, wyższe od ciśnienia zewnętrznego, dociskało właz mocno do ramy.

Dodatkowo łączność została przerwana, a już po czternastu sekundach od pierwszych doniesień o pożarze ciśnienie wewnątrz kabiny wzrosło aż do dwóch atmosfer, czyli podwójnie ciśnienie atmosferyczne.

Piotr: Czy to wynikało ze wzrostu temperatury wewnątrz?

Ola: Wzrostu temperatury i rozszerzania się gazu. To doprowadziło do eksplozji statku, on pękł. To, co się dalej działo, było niezwykle dramatyczne. Ekipy ratunkowe nie miały większych szans na uratowanie załogi. Widziano, że Ed White sięga do włazu kapsuły, ale był tak dokładnie zassany wskutek podwyższonego ciśnienia. Poza tym właz otwierał się do środka, czyli musiałby szarpnąć do siebie.

Piotr: Nie był w stanie, nie da się pokonać takiego ciśnienia.

Ola: Sytuację pogarszał toksyczny dym. Ratownicy mieli niewydolne maski przeciwgazowe. Temperatura pożaru była niezwykle wysoka – czysty tlen pod zwiększonym ciśnieniem pali się okropnie skutecznie. Dodatkowo ratownicy byli narażeni na falę uderzeniową eksplozji. Mogło być jeszcze gorzej, bo istniało ryzyko kolejnej eksplozji, która dotknęłaby rakietowego systemu ratunkowego na paliwo stałe, pozwalającego na natychmiastowe oddzielenie kapsuły od rakiety. Na szczęście pożar nie objął tego fragmentu wyposażenia – a gdyby tak się stało, zginęłaby prawdopodobnie cała załoga naziemna w pobliżu miejsca symulacji.

Aż pięć minut trwało otwieranie skomplikowanych systemów włazu, zewnętrznego i wewnętrznego – był tam system zapadek, który nie działał jak trzeba. To było bardzo czasochłonne. W tym czasie pożar w kapsule zdążył się już wypalić. Kiedy ratownicy w końcu otworzyli włazy, astronauci już nie żyli.

Śledztwo wykazało, że zmarli wskutek zatrzymania akcji serca, spowodowanego zatruciem tlenkiem węgla, czyli czadem. Ich ciała były poparzone, ale stwierdzono w raporcie, że te poparzenia nastąpiły już po ich śmierci. Temperatura była tam straszna – kombinezony Grissoma i White'a stopiły się w jedno.

Teraz pytanie zasadnicze: co było przyczyną tej okropnej katastrofy? To było niezwykle traumatyczne przeżycie dla amerykańskiego programu załogowych lotów kosmicznych. Przez długi czas się po tym zbierali, ale na szczęście wyciągnęli odpowiednie wnioski z tej strasznej lekcji.

Dziś doskonale wiemy, że tlen poddany podwyższonemu ciśnieniu staje się, nazwijmy to delikatnie, kapryśny, a materiały normalnie uważane za niełatwopalne w takim środowisku czystotlenowym potrafią się spontanicznie zapalić. To ekstremalnie niebezpieczne środowisko. Tymczasem test odłączenia kabli od kapsuły został przeprowadzony pod ciśnieniem 1100 hektopaskali wewnątrz kabiny, czyli prawie o 140 hektopaskali powyżej ciśnienia na poziomie morza. Wskutek tego gęstość tlenu w kabinie wzrosła do pięciu razy wyższej niż to było praktykowane w statkach programów Mercury i Gemini, które przypominam, również były napełniane czystym tlenem. Właśnie to zrobiło różnicę – pięciokrotnie wyższa gęstość tlenu. Śledztwo wykazało, że wiele elementów okablowania i instalacji hydraulicznej nie spełniało standardów bezpieczeństwa, więc tlen mógł się zapalić również od iskry powstałej gdzieś wśród ponad 25 kilometrów kabli.

Piotr: 25 kilometrów, czyli to jest okablowanie tej kapsuły.

Ola: Dokładnie. Odkryto później, że jeden z kabli w pobliżu foteli załogi miał, uwaga, zdartą powłokę teflonową przez częste ocieranie – wsiadanie, wysiadanie, zamykanie włazu – a w pobliżu niego przechodziła linia chłodząca wodno-glikolowa. Glikol, dodajmy, jest łatwopalny i miał podobno przykry zwyczaj przeciekać. To nie było nic nowego dla załogi. Co więcej, podłoga w kapsule była wyłożona łatwopalną wykładziną. W całej kabinie zidentyfikowano łącznie 31 kilogramów niemetalicznych materiałów łatwopalnych.

Późniejsze testy inżynierów z MIT, czyli Massachusetts Institute of Technology, wykazały, że już samo pocieranie nylonowych skafandrów o nylonową tapicerkę foteli i późniejsze dotykanie aluminiowych paneli mogło wygenerować wyładowania elektrostatyczne wystarczające do zapłonu atmosfery składającej się w stu procentach z tlenu. To niesamowite, że tego nie wiedziano wcześniej.

Piotr: Takie dosyć podstawowe rzeczy.

Ola: Tak, absolutnie.

Piotr: Coraz szerzej otwierałem oczy – to przecież nie był rok trzydziesty, tylko czasy dość nam bliskie.

Ola: Dokładnie. Możliwych przyczyn tego wypadku było tak wiele, że ostatecznie nie udało się zidentyfikować tej jednej, która rzeczywiście doprowadziła do tragedii. NASA faktycznie nie zdawała sobie sprawy z niebezpieczeństw związanych z działaniem tlenu pod podwyższonym ciśnieniem, co dziś wydaje się tak bardzo oczywiste – to rzecz, której uczy się na podstawowym kursie nurkowym, w ramach fizyki nurkowania, i to są absolutne podstawy.

Po tym wypadku NASA całkowicie zmieniła skład atmosfery na statkach kosmicznych i wprowadziła istotne zmiany w konstrukcji włazów, które od tej pory otwierają się na zewnątrz, i to w czasie krótszym niż jedna sekunda – dzięki zainstalowanym azotowym ładunkom, które je otwierają. Wyeliminowano też z kapsuły materiały łatwopalne oraz porządnie zaizolowano kable. Skafandry astronautów zostały zmienione na wykonane z tkaniny ognioodpornej, krytej teflonem.

Podczas startu to właśnie kombinezony wypełniane są czystym tlenem, którym astronauci oddychają już na kilka godzin przed misją – chodzi o to, że zagrożenie chorobą dekompresyjną jest duże i muszą pozbyć się azotu ze swoich organizmów. Natomiast cała pozostała atmosfera wokół nich w kapsule ma już inny, bezpieczniejszy skład, różniący się od mieszanki powietrznej, którą oddychamy na powierzchni Ziemi.

Piotr: Ale okej, to już może szczegół zbyt techniczny.

Ola: Z rzeczy ciekawych: te walizeczki, z którymi astronauci wchodzili później, zresztą i wcześniej, na pokład statków, którymi lecieli na przykład na Księżyc, połączone przewodem, rurą, ze skafandrem – to właśnie były walizeczki z tlenem.

Piotr: Aha, okej.

Ola: I właściwie to jest koniec tej strasznej historii.

0:24:00 Radziecki odpowiednik tragedii: Walentyn Bondarienko

Ola: Jeszcze tylko mogę dodać, że podobna, właściwie prawie taka sama historia zdarzyła się Rosjanom w radzieckim programie kosmicznym, sześć lat wcześniej. Dokładnie w ten sam sposób co załoga Apollo 1 zginął radziecki kosmonauta Walentyn Bondarienko. Gdyby Amerykanie o tym wiedzieli, być może uniknęliby śmierci trzech swoich astronautów, ale nie wiedzieli, bo Rosjanie ukrywali ten fakt przez kolejnych 25 lat – jak to u Rosjan, wszystko tajne przez poufne.

Piotr: No tak, to ukrywanie… Swoją drogą to ciekawe, czy gdyby wiedzieli, rzeczywiście wpłynęłoby to na rozwój wydarzeń. My tu świadomie dokonaliśmy pewnego wyboru – teoretycznie do tych prawie naziemnych katastrof można by zaliczyć jeszcze Challengera i Columbię, które co prawda zdarzyły się w powietrzu, ale wyraźnie pod linią Karmana, czyli pod tą umowną granicą kosmosu na stu kilometrach. My specjalnie o tych wypadkach nie mówimy, bo są bardzo znane. Przypomniały mi się teraz dlatego, że i Challenger, i Columbia to wypadki, które miały miejsce mimo licznych ostrzeżeń wskazujących na to, że mogą się zdarzyć.

W przypadku Challengera było całe mnóstwo różnych czerwonych flag dotyczących stanu uszczelek i całego systemu. Z kolei w przypadku Columbii zdawano sobie sprawę, że takie uszkodzenia powłoki zabezpieczenia termicznego mogą spowodować katastrofę, i też to zignorowano. Dlatego naszło mnie teraz, czy świadomość przyczyn śmierci Bondarienki rzeczywiście by tu coś zmieniła, zwłaszcza w tamtych czasach – ale to nic, to jest trochę takie "co by było, gdyby".

Ola: Jeśli chodzi o Bondarienkę, to rozpoczął on 13 marca 1961 roku eksperyment na powierzchni ziemi. Eksperyment miał potrwać dziesięć dni i służyć przetestowaniu funkcjonowania człowieka w kapsule wypełnionej tlenem, symulującej pobyt na statku kosmicznym.

Piotr: No tak, bo Rosjanie też wpadli na ten koncept wypełniania tlenem.

Ola: Tak, też w razie dekompresji, żeby człowiek był bezpieczny. Oni też nie wzięli pod uwagę tego, co Amerykanie. Eksperyment już dobiegał końca, kiedy 23 marca Bondarienko upuścił nasączony spirytusem wacik na rozgrzaną płytę kuchenki elektrycznej – podgrzewał sobie na niej jedzenie. Wszystko było pozbawione ognia, nie było palników gazowych. Natomiast okazało się, że nasączony spirytusem wacik momentalnie zajął się ogniem i pożar rozpętał się w tym symulatorze błyskawicznie. W dodatku, tak jak w przypadku Apollo 1, podwyższone ciśnienie we wnętrzu kapsuły utrudniało ekipie ratunkowej dostanie się do środka.

Piotr: Właściwie ten sam schemat.

Ola: Dokładnie to samo. Kiedy wydobyto astronautę, jeszcze żył, ale cała powierzchnia jego ciała była poparzona, i zmarł osiem godzin później. To strasznie smutna historia, podobnie jak tamta. Z rzeczy, które może trochę podniosą na duchu naszych słuchaczy – mogę wspomnieć, że imieniem Bondarienki nazwano jeden z kraterów na Księżycu, a swoje kratery mają też członkowie załogi Apollo 1. Nie, tylko Gus Grissom ma swój krater, natomiast wszyscy członkowie załogi Apollo 1 mają swoje wzgórza na Marsie – nazywają się Apollo 1 Hills, i każde z trzech wzgórz to Grissom Hill, White Hill i Chaffee Hill.

Piotr: Umiarkowanie pocieszające, ale to w ogóle był wielki szok dla Amerykanów. Bardzo się tego nie spodziewali, to był dla nich wielki wstrząs. Czytałem w paru różnych książkach dotyczących tych misji, że to było coś, co można powiedzieć – odarło z niewinności loty kosmiczne. Bo wcześniej owszem, ginęli, bo ci pierwsi kosmonauci i astronauci to byli piloci myśliwców, ginęli w różnych wypadkach lotniczych jako piloci doświadczalni, bo oblatywali nowe typy samolotów. Ale to było co innego i zupełnie inaczej odebrane, natomiast Apollo 1 to było coś, co rzeczywiście totalnie wstrząsnęło całym tym programem.

Ola: I co więcej, zahamowało na kilkanaście, może nawet kilkadziesiąt miesięcy program amerykańskich lotów kosmicznych, mimo że na początku lat sześćdziesiątych Kennedy zapowiedział, że do końca lat sześćdziesiątych Amerykanie polecą na Księżyc.

Piotr: No i polecieli, na styk, na pół roku przed końcem lat sześćdziesiątych. Dobra, technicznie półtora roku, ale nie będę wdawał się w szczegóły. To zaraz będzie ciąg dalszy, a my tylko chcemy przypomnieć, żebyście wspomnieli innym o naszym podcaście, bo to nam zawsze bardzo pomaga i najfajniej widać to później na rozmaitych wykresach – że podcastu się coraz lepiej słucha, co wskazuje na to, że o nim mówicie i inni na niego trafiają, a potem, mamy nadzieję, zatapiają się w nim. Bardzo dziękujemy.

Ola: Chcieliśmy wam też przypomnieć, że do 11 listopada trwa głosowanie na podcast publiczności w konkursie podcastowym podcastroku.pl. Bardzo polecamy – jeżeli ktoś ma ochotę na nas zagłosować, będzie nam miło, bo dostaliśmy się, nie chwaląc się, do finału tego konkursu w kategorii "nauka i edukacja" i "technologie". Trzymajcie za nas kciuki, ale możecie nam też pomóc w kategorii podcast publiczności. Można to zrobić na stronie podcastroku.pl.

Piotr: No i jeszcze zapraszamy do naszego sklepu z koszulkami.

Ola: To sklep, który nazywa się Kreatorium.

Piotr: Tak, bez M. Link oczywiście jest w opisie odcinka, jak zawsze, a my idziemy teraz dalej.

0:33:11 Misja Sojuz 1 i śmierć Władimira Komarowa

Piotr: Teraz będzie o misji, która właściwie była jedną wielką porażką od samego początku do samego końca. Zastanawiam się, czy chyba można powiedzieć, że dramatyczny wypadek – nie będę spoilerował, ale wiadomo, że będzie dramatycznie – właściwie już się wydarzył na Ziemi, natomiast to, co się działo nad Ziemią, w kosmosie, było równie dziwaczne i straszne. To była bardzo szczególna dla Rosjan misja, bo teraz udajemy się do Związku Radzieckiego. Była planowana już od dłuższego czasu.

Koncepcja była taka, że w kosmos polecą dwa statki Sojuz – Sojuz 1 i Sojuz 2A – dokładnie miały polecieć na orbitę, znaleźć się obok siebie, a w Sojuzie 2A miało być trzech kosmonautów, a w Sojuzie 1 – jeden, i tych dwóch miało przejść do Sojuza 1. Mieli odbyć spacer kosmiczny z przejściem pomiędzy dwoma statkami. To było coś zupełnie kosmicznego, niewyobrażalnego, jeszcze się nie odbywało. Rosjanom ogromnie na tym zależało, ze względów prestiżowych – był to bardzo ostry etap wyścigu.

Ola: Wyścigu z Amerykanami, oczywiście.

Piotr: W 66 roku ta misja w ogóle miała lecieć na rocznicę rewolucji październikowej. Były rozmaite plany, finalnie poleciała w 67 roku i znowu nie zdążyła na rocznicę rewolucji październikowej. Ale celowali w pierwszego maja.

Ola: Zawsze jest jakaś okazja, decydenci naciskają.

Piotr: Miała się odbyć w okolicach pierwszego maja i tej defilady. Jeszcze o rocznicach sobie pogadamy, zwłaszcza rosyjskich. W Sojuzie 1 leciał Władimir Komarow. Plan był taki, że Sojuz 1 wystartuje pierwszy, znajdzie się na orbicie, a wkrótce potem, kilkanaście godzin później, wystartuje Sojuz 2A i dołączy na tej orbicie, nastąpi to przejście i tak dalej. Start Sojuza 1 to był 23 kwietnia 1967 roku. Start się udał i to jest właściwie jedyna rzecz, która się podczas tej misji udała.

Ola: Ale to jest dokładnie ten sam rok, kiedy była ta straszna katastrofa Apollo 1.

Piotr: Tak, to było trzy miesiące, jak się nie mylę, po Apollo 1. Zresztą to była też motywacja dla Rosjan – chcieli udowodnić, że proszę bardzo, tu Amerykanie, bo oczywiście Amerykanie nie ukrywali, jak to Amerykanie, swoich katastrof i wypadków.

Ola: Trudno by im było to ukryć.

Piotr: To też jest bardzo dyskusyjne, bo było inne podejście do jawności – mogli to spokojnie ukryć, dawało się takie rzeczy ukrywać, o czym zresztą jeszcze dzisiaj będzie mowa, co już mówię chyba czwarty raz. W każdym razie Rosjanie bardzo chcieli pokazać, że są lepsi, zwłaszcza że to był czas, kiedy u Amerykanów loty były wstrzymane, bo starali się rozkminić, co tam się wydarzyło. W każdym razie: poleciał, start udany, na orbicie nie otworzył się jeden z dwóch paneli słonecznych – w coś się tam zaplątał – co spowodowało, trudno o zaskoczenie, że zaczęło brakować energii w Sojuzie 1.

Równocześnie okazało się, że czujnik systemu orientacji był zaparowany, powstała na nim jakaś mgiełka – musiał mieć podgląd zewnętrznego świata, w związku z czym statek nie ustawiał się prawidłowo względem Słońca, przez co drugi, działający panel był nieefektywny, dostarczał za mało energii. Za mało energii oznaczało między innymi, że nie działało chłodzenie, a to spowodowało przegrzewanie się aparatury w całej kapsule, co z kolei spowodowało awarię wysokościomierza. I to jeszcze nie było najgorsze.

Ola: Brzmi już strasznie, a to dopiero początek.

Piotr: Oni się dopiero rozkręcają. Komarow postanowił zmusić ten panel do otwarcia, że tak powiem, fizycznie, i wprowadził cały statek w rotację, co było generalnie dobrym pomysłem w każdej innej sytuacji, natomiast tu nie wiedział, że aż tak sypie się cały system, w związku z czym statek zaczął koziołkować. Dość szybko się okazało, że nie bardzo się daje go z tej rotacji wyprowadzić. Komarow przełączył się na ręczne sterowanie i udało mu się to koziołkowanie opanować.

Ola: Był dobrym pilotem.

Piotr: Zresztą całe postępowanie Komarowa podczas tego lotu wskazywało na to, że był człowiekiem bardzo opanowanym, podejmującym świetne decyzje – naprawdę widać najwyższej klasy fachowca. Przełączył się na ręczne sterowanie, opanował koziołkowanie, ale żeby je opanować, musiał na chwilę odpalić silniki. A to z kolei spowodowało, że zgłupiały czujniki nawigacyjne, które orientowały się na podstawie gwiazd, Słońca i tak dalej. Błąd konstrukcyjny polegał na tym, że czujniki znajdowały się zbyt blisko silników, w związku z czym błysk silników kompletnie je ogłupił. Brawo konstruktorzy. Trzeba było przeprowadzić całą procedurę, zacząć orientować system nawigacyjny na inne obiekty – kolejny problem.

Potem był brak łączności, uwaga, zaplanowany – to były czasy, kiedy nie było jeszcze całego systemu satelitarnego łączności, w związku z czym, żeby dogadać się z kimś na orbicie, trzeba było mieć stacje naziemne, a świat był mocno podzielony, więc te stacje w niektórych miejscach były, w innych nie. Teoretycznie w tym czasie miał spać – podczas jednego z kilku okrążeń Ziemi, jedno okrążenie to około 90 minut, to był czas na sen. Oczywiście nie spał, ze względu na awarię wszystkiego, więc był wykończony dodatkowo. Był wymęczony, nerwy i tak dalej, ale w tym czasie trwały przygotowania do startu Sojuza 2A, który miał być już wkrótce odpalony, wlewano paliwo i tak dalej.

Ola: A ten Sojuz 2A miał się połączyć z Sojuzem 1?

Piotr: Nie miały się połączyć, miały lecieć obok siebie, zbliżyć się do siebie. Komarow zdawał sobie sprawę, że statek w takim stanie jak Sojuz 1 nie jest w stanie przeprowadzić tej całej operacji, nie będzie w stanie tak precyzyjnie się umieścić ani utrzymać pozycji. W związku z czym poprosił o odłożenie startu Sojuza 2A. Zgodzili się, co prawda nie ze względu na to, że sytuacja na Sojuzie 1 była ciężka – uznali, że jakoś to będzie, stara sprawdzona metoda – tylko dlatego, że nad Bajkonurem, kosmodromem radzieckim, przechodziła wtedy burza, więc siłą rzeczy musieli w Kazachstanie odczekać co nieco. Więc na razie Sojuz 2A nie startował.

W tym czasie w kapsule Sojuza zepsuła się klimatyzacja.

Ola: Co jeszcze się zepsuje?

Piotr: Podczas kolejnego okrążenia, w wyniku kolejnych błędów, których już w tej chwili nawet trudno było ocenić, co z czego wynikało – przypominam, że pierwotnym problemem było prawdopodobnie przegrzanie wynikające z tego, że nie otworzył się jeden z paneli – stracił kontrolę nad statkiem. Po krótkim czasie ją opanował, ale ogólnie zaczęło się dziać tak wiele rzeczy, że podjęto decyzję, że ma wracać przy najbliższym okrążeniu. Musiał w odpowiednim momencie wejść w atmosferę ziemską, żeby wylądować tam, gdzie trzeba, czyli nad Związkiem Radzieckim, a nie gdzie indziej. Próbował zejść z orbity, ale ze względu na to, że konstrukcja tych Sojuzów wymagała bardzo precyzyjnego zejścia, a statkiem nie dało się precyzyjnie sterować, nie zszedł. Pierwsze podejście było nieudane. Przy kolejnym, w tym samym miejscu, musiał odczekać całe okrążenie Ziemi. Wreszcie się udało. I tu nastąpiła kolejna awaria – najprawdopodobniej awaria czujnika ciśnienia atmosferycznego.

Ola: Nie, to już jest przesada.

Piotr: No więc właśnie – awaria, która spowodowała najgorsze, co się mogło stać w tym momencie: nie otworzył się główny spadochron kapsuły. Otworzył się taki mały spadochron hamujący, a Komarow mógł teoretycznie z systemem sterowania ręcznego wyrzucić ten duży spadochron. Najprawdopodobniej mu się to nie udało. Nie do końca wiadomo dlaczego – na pewno problem polegał między innymi na tym, że główny spadochron znajdował się w tak zwanym cieniu aerodynamicznym tego małego spadochronu, czyli po prostu nie było tam ciągu powietrza – mały spadochron w jakimś stopniu zawirowywał powietrze tak, że pęd nie wyciągnął dużego spadochronu. Sytuacja była już katastrofalna, właściwie nic się nie dało zrobić.

Stacje nasłuchowe rosyjskie w Turcji wychwyciły wrzaski Komarowa, który tam miotał się, klął, był przerażony, zdawał już sobie sprawę, że to są jego ostatnie chwile. Rozbił się wkrótce później nad rzeką Ural. Uderzenie kapsuły w ziemię odbyło się z prędkością 50 metrów na sekundę.

Ola: No to jakby meteor.

Piotr: Tak, ocenia się, że to było jak uderzenie meteorytu. Kapsuła została natychmiast zmiażdżona. W dodatku wybuchły silniki hamujące – jeżeli widzieliście takie lądowania, które nie odbywały się na wodzie, tylko na lądzie, to tuż przed dotknięciem ziemi jest takie "boom" i w tym momencie odpalają się właśnie silniki hamujące. One nie miały tu czasu zareagować, w związku z czym po prostu wybuchły. Cała kapsuła, to co z niej zostało, została strawiona pożarem. Komarow nie przeżył uderzenia. Jego ciało spłonęło. Jest zresztą w internecie dostępne dość makabryczne zdjęcie, gdzie stoi trzech sowieckich generałów nad stołem sekcyjnym, a na tym stole leży coś, co jest ciałem Komarowa, ale nie przypomina żadnego ciała – po prostu taki spalony kawał materii. Dość makabryczne, ale autentyczne zdjęcie, choć nawet nie wiem, skąd ono pochodzi i dlaczego w ogóle jest dostępne.

Niewiele dało się zbadać, bo niewiele z kapsuły zostało, więc są raczej hipotezy dotyczące tego, co się wydarzyło. Być może spadochron był zbyt mocno sprasowany w komorze, w której przebywał. Być może nastąpiło jakieś sklejenie się spadochronu z pojemnikiem w wyniku jakichś procesów chemicznych – nie do końca wiadomo, co się tam działo. Później stwierdzono, że większość problemów, które spowodowały katastrofę Sojuza 1, była też obecna w Sojuzie 2A, który, na szczęście, nie wystartował – skoro było już wiadomo, że Sojuz 1 nie spotka się z nikim na orbicie, wstrzymano ten start.

Ola: I w ten sposób szczęśliwie nie zginęło dwóch dodatkowych ludzi.

Piotr: Trzech, bo dwóch się miało przesiąść, a jeden musiał pozostać w kapsule. Więc trzech dodatkowych ludzi. I nie trzeba dodawać, że całą sprawę bardzo mocno utajniono, chociaż nie do końca – to był jeden z tych przypadków, kiedy Rosjanom nie udało się tego ukryć, więc trochę namącili. Ogłoszono, że problemem była awaria spadochronu, a ukryto wszystkie pozostałe awarie, których było mnóstwo. To była naprawdę misja-porażka.

Ola: Ale ten człowiek, który pilotował ten nieszczęsny statek, czyli Komarow, to był naprawdę jakiś gigant – opanował większość tych awarii do pewnego momentu.

Piotr: Wszystko, co mógł, to opanował.

Ola: Ja pamiętam jeszcze czasy – oboje pamiętamy – kiedy była ulica Komarowa w Warszawie, która po roku 1989, czyli po zmianie ustroju, została zmieniona na Wołoską.

Piotr: Tak, to znaczy nie pamiętam, czy tak było, bo tam jest Wołoska i część nazywała się jeszcze jakoś inaczej.

Ola: A wtedy to była Komarowa.

Piotr: Uważam, że to jest głupie, skandaliczne i żałosne, przepraszam.

Ola: Została ulica Gagarina, a Komarowa wyrzucili.

Piotr: Rozumiem różne rzeczy, nie mówię już o jakichś Dzierżyńskich czy innych takich postaciach, ale nawet o postaciach, które były po prostu dyskusyjne czy niefajne. Ale dlaczego usunięto Komarowa, to serio nie wiem. To akurat był człowiek, który można powiedzieć, że był bohaterem. Był zdecydowanie człowiekiem, który zrobił wszystko co mógł, i absolutnie uważam, że wywalenie jego ulicy z Warszawy jest po prostu głupie i żałosne. To taka moja refleksja poboczna na koniec tej dość dramatycznej historii.

0:46:19 Katastrofa SpaceShipTwo: Michael Alsbury i Virgin Galactic

Ola: A teraz przenosimy się do czasów nam bliższych i chciałabym wam opowiedzieć o wypadku, który wydarzył się zaledwie dziewięć lat temu. Jego ofiarą śmiertelną niestety był Michael Alsbury, amerykański pilot SpaceShipTwo. To był statek pasażerski należący do firmy Virgin Galactic. Ta firma została stworzona przez zapewne znanego większości z was miliardera Richarda Bransona – to taki fanboy z tlenioną grzywą i ciemniejszą brodą. On zresztą sam w 2021 roku odbył taki lot suborbitalny. W ogóle marzą mu się podróże kosmiczne – realizuje swoje marzenia, ma kupę kasy, więc założył firmę, która produkuje statki kosmiczne i wysyła je w kosmos. Mamy tutaj więc pierwszy przykład katastrofy związanej z prywatnym sektorem kosmicznym.

Jeśli chodzi o Virgin Galactic, muszę dodać, że to nie była w ogóle pierwsza katastrofa w tej firmie, bo już wcześniej, w 2007 roku, doszło do jeszcze jednej katastrofy – podczas testowania silnika rakietowego, również w kontekście statku SpaceShipTwo, doszło do eksplozji i zginęły trzy osoby. A teraz wracamy do roku 2014. Jeszcze może wyjaśnię, czym jest statek SpaceShipTwo.

Piotr: Właśnie, bo jest trochę przyćmiony przez SpaceX-a i tego bęcwała Elona Muska. Tamte sukcesy są zdecydowanie mniej znane.

Ola: SpaceShipTwo to niewielki statek o napędzie rakietowym, przeznaczony do lotów suborbitalnych – już wam mówiliśmy, na czym polega różnica między lotem orbitalnym a suborbitalnym. Te statki latają na wysokości około 80 kilometrów, czyli powiedzmy, że jeszcze nie dotykają linii Karmana.

Piotr: Chociaż to jest bardzo dyskusyjne, bo Karman tę swoją linię wyznaczył, o ile pamiętam teraz z głowy, na granicy 80 kilometrów, i dopiero potem, w wyniku różnych przepychanek, ją wypchnięto wyżej, więc to bardzo dyskusyjne, ale okej.

Ola: Latają na wysokości około 80 kilometrów, gdzie już jest tak rzadka atmosfera, że rzeczywiście przypomina to przestrzeń kosmiczną. Na pokładzie znajduje się dwóch pilotów i sześciu pasażerów. Znalazłam informacje, że w tej chwili każdy z pasażerów płaci około 250 tysięcy dolarów za taki komercyjny lot. Dodajmy, że firma Virgin Galactic bardzo długo rozwijała ten program lotów suborbitalnych, ale dopiero w czerwcu 2023 roku, czyli w tym roku, rozpoczęła komercyjne loty pasażerskie, które od czerwca odbywają się średnio raz na miesiąc.

Piotr: To by się można było załapać.

Ola: No tak, to może zbierzemy na Patronicie.

Piotr: O, dobra, tak, tak.

Ola: Na jedno siedzenie będziemy musieli schudnąć trochę, albo na ćwierć siedzenia. Mimo że według pierwotnych planów te loty komercyjne miały się rozpocząć wiele lat wcześniej. Ale wracając do roku 2014: 31 października, lot testowy SpaceShipTwo nad pustynią Mojave w Kalifornii. Michael Alsbury jest drugim pilotem i kilka minut po uruchomieniu silników, na wysokości około 12 kilometrów nad ziemią, statek ulega awarii i się rozpada. Szczątki spadają na ziemię na przestrzeni kilku kilometrów; zgromadzono wszystkie odnalezione szczątki i na tej podstawie zrekonstruowano przyczynę katastrofy, o czym za chwilę powiem. Pierwszy pilot, Peter Siebold, zdołał wyskoczyć na spadochronie przed wypadkiem i został ciężko ranny.

Piotr: 12 kilometrów to niezły skok.

Ola: Alsbury niestety zginął. Ponieważ to był lot testowy, SpaceShipTwo był naszpikowany systemami przekazującymi dane telemetryczne i obraz wideo. Dzięki temu śledczy z Narodowej Rady Bezpieczeństwa Transportu, NTSB…

Piotr: To znane ciało.

Ola: Tak, to jest to ulubione nasze ciało, które pojawiało się we wszystkich programach o katastrofach w przestworzach. Ci śledczy zawsze wnikliwie analizują wypadki lotnicze amerykańskich samolotów, nawet te, które zdarzają się za granicą – chodzi o to, żeby poprawić bezpieczeństwo lotnicze. Śledczy dość szybko ustalili, że wypadek został spowodowany przez przedwczesne otwarcie systemu hamującego.

Piotr: Nic dziwnego, jak w trakcie lotu otwiera się taki system.

Ola: Tak, ostatnio o tym rozmawialiśmy – co by się stało, gdyby to był samochód. Prawdopodobnie rozpadłaby się skrzynia biegów, jeśli nie cały samochód, a tutaj proszę bardzo – niestety statek został rozerwany. Ten system hamujący, jak nazwa wskazuje, służy do wytracania prędkości podczas drogi powrotnej, czyli podczas wchodzenia statku w atmosferę. Opiera się na dwóch stabilizatorach, które podczas normalnego lotu ułożone są wzdłuż kadłuba, a podczas hamowania zaczynają się unosić. I właśnie takie unoszenie się uchwyciły kamery tuż przed wypadkiem. Śledztwo, choć wydawało się, że przyczyna jest już oczywista, było drobiazgowe i trwało kilka miesięcy. Między innymi na podstawie zapisu z kamery umieszczonej wewnątrz kokpitu stwierdzono, że system hamowania został odblokowany wskutek błędu ludzkiego, popełnionego przez Michaela Alsbury'ego. Odblokowanie systemu nastąpiło dziewięć sekund po odpaleniu silnika. SpaceShipTwo leciał wtedy z prędkością bliską jednego macha, a dwie sekundy później silne turbulencje doprowadziły do rozerwania statku. Stabilizatory powinny zostać otwarte nie wcześniej niż przy prędkości mach 1,4.

Piotr: Tylko pytanie, dlaczego w ogóle dało się je otworzyć wcześniej.

Ola: To jest bardzo słuszne pytanie i zadali je sobie również śledczy, bo ich ustalenia wskazały, że do tragicznego wypadku doprowadził jeden, dosłownie jeden ruch pilota – niewłaściwe przesunięcie dźwigni blokady systemu hamowania. Uznano to za błąd konstruktorów SpaceShipa, bo jakże nie przewidzieć, że pojedynczy błąd ludzki może spowodować tak katastrofalne skutki.

Piotr: Dokładnie jeden ruch.

Ola: Tam powinny być dwie dźwignie, jakiś system zabezpieczeń.

Piotr: Przede wszystkim to już są współczesne czasy i można sprzęgnąć pomiar prędkości z możliwością otwarcia tego systemu – pilot powinien dostać przynajmniej ostrzeżenie, że to nie jest dobry moment na otwieranie stabilizatorów.

Ola: Coś mu się pokiełbasiło, przeciągnął dźwignię i bach – jest po prostu katastrofa. Statek rozerwany, szczątki zaściełają pustynię. Straszna porażka. W każdym razie od tego czasu Virgin Galactic się sporo nauczyło i w końcu zaczęło realizować loty komercyjne, tak jak planowało od wielu lat.

Piotr: 250 tysięcy dolarów, spoko, dobra, to jak…

Ola: Może się załapiesz na lot z Angeliną Jolie i z Bradem Pittem, bo oni też się zapisali, i z Ashtonem Kutcherem.

Piotr: Ale oni chyba już nie są razem.

Ola: No właśnie, co jak się znajdą na pokładzie wspólnie.

Piotr: Jak się zapisywali, to może jeszcze byli razem, nie wiem, kiedy to było.

Ola: Może już zrezygnowali.

Piotr: Ale mogę z nimi nie lecieć.

Ola: Nie wiem, czy ci się uda, jak uzbierasz na Patronicie. Ale dodajmy, że ty będziesz leciał ty, z twoim błędnikiem zupełnie nieodpornym na skrobanie powietrza.

Piotr: Zapalenie silników tego SpaceShipa brzmi jak wyzwanie. Spoko, dam radę. Opowiadaliśmy już o moich wymiotach z mistrzem Polski szybowcowej.

Ola: Piotrek był na pokładzie u mistrza.

Piotr: Może kiedyś opowiemy szczegółowo.

Ola: Zdołał zanieczyścić kabinę.

Piotr: Wcale nie narzygałem sobie do koszulki, przepraszam.

Ola: Zwymiotował się, mówi.

Piotr: A potem zwymiotowałem się jeszcze raz, to prawda. No dobrze, to idziemy dalej po tej jakże interesującej dygresji.

0:55:51 Katastrofa Niedielina: wybuch rakiety R-16 na Bajkonurze

Piotr: Teraz katastrofa, przy której najpierw się będę tłumaczył, dlaczego ona tu w ogóle jest. To jeden z chyba najtragiczniejszych wypadków, jeśli nie najtragiczniejszy, związanych ze startem rakiety w Związku Radzieckim. Dzisiaj moja część to Związek Radziecki, oczywiście utajniony – trzydzieści lat w ogóle nie było wiadomo, że się wydarzył. I teraz to wyjaśnienie: jak mówimy "rakieta kosmiczna", to zazwyczaj mamy na myśli taką, której celem jest kosmos, czyli ma za zadanie wyniesienie na orbitę okołoziemską jakiegoś ładunku, żywego albo nieżywego, sprzętu czy czegoś. Albo, ambitniej, wyrwanie się z pola grawitacyjnego Ziemi i lot na Księżyc, albo jeszcze gdzieś dalej.

Ola: Na przykład na Marsa.

Piotr: Na przykład na Marsa, dziękuję za ten znakomity przykład. Generalnie to jest to, co nam się kojarzy z rakietami kosmicznymi. Natomiast tu będziemy mówili o rakiecie R-16, która miała zupełnie inny cel – miała zanieść do Stanów Zjednoczonych ładunek jądrowy o dość dużej mocy i generalnie zdemolować Stany Zjednoczone.

Ola: To co ona miała wspólnego z kosmosem?

Piotr: No więc właśnie, co miała wspólnego z kosmosem. Jej zasięg, co jest dość istotne, wynosił od 11 do 13 tysięcy kilometrów, w zależności od tego, jak ciężki ładunek niosła, jak ciężką głowicę – były różne. Była to rakieta balistyczna. Rakiety balistyczne mają to do siebie, że lecą w górę napędem rakietowym, później mają najdłuższy etap lotu swobodnego już bez silników, a potem samo opadanie, wejście w atmosferę i uderzenie.

Ola: Ja myślałam, że one lecą do wysokości granic atmosfery.

Piotr: Ja właśnie nic nie myślałem, miałem jakieś takie poczucie, że one sobie lecą trochę i potem spadają – nie wiem, może jak samolot, a może trochę wyżej, nie zastanawiałem się.

Ola: Ale atmosfera ma granicę na poziomie stu kilometrów.

Piotr: Technicznie rzecz biorąc, granicy nie ma nigdzie, bo to się rozprasza, ale uznaje się, że te sto kilometrów to jest taki obszar, za którym wpływ atmosfery jest już właściwie nieznaczący. I tu jeszcze jedna dygresja: ktoś nam w komentarzu zwrócił uwagę, że w którymś z poprzednich odcinków mówiłem o rakiecie V-1 w kontekście lotu balistycznego, a to była rakieta V-2 – bardzo słusznie. V-1 to były takie latające bomby, samolotobomby. Natomiast V-2 leciały lotem balistycznym, czyli w górę, w górę, w górę i w dół.

I teraz – jak działa rakieta balistyczna i dlaczego umieściliśmy ją w kategorii wypadków kosmicznych. To jest właśnie taki bardzo fajny moment w zajmowaniu się tematami naukowymi, bo nagle twoja jakaś niewiedza zostaje zmiażdżona przez informację i masz takie "o Jezu, nie wiedziałem, że to tak działa". Byłem absolutnie zaskoczony, bo okazuje się, że rakiety balistyczne to są rakiety kosmiczne, a nawet bardzo kosmiczne, może nawet jeszcze kosmiczniejsze niż większość innych rakiet. Dlatego że żeby pokonać te kilkanaście tysięcy kilometrów – mówię o odległości między Związkiem Radzieckim a USA, o rakietach międzykontynentalnych, bo mogą być balistyczne na krótszy odcinek – te dalekiego zasięgu wznoszą się nad powierzchnią Ziemi nawet na 4,5 tysiąca kilometrów. I powiem ci, że to jest szok, bo dla porównania Międzynarodowa Stacja Kosmiczna lata na wysokości około 400 kilometrów, a większość lotów orbitalnych, o których mówimy, to jest kilkaset kilometrów. Tu nawet do 4,5 tysiąca kilometrów, choć jakieś 600, 800, 1500 kilometrów to niemal standard. Więc taka rakieta leci bardzo wysoko, bardzo daleko w kosmos – traci energię silników wznoszących, a pole grawitacyjne Ziemi ją ściąga, i to już jest kwestia wykierowania jej tak, żeby trafiła tam, gdzie trzeba.

Dodajmy, że te rakiety mają naprawdę znakomitą celność – to jest rakieta, która powstawała na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, a już wtedy wskaźnik celności… to się nazywa – nie, to jest strasznie skomplikowane, bo tak naprawdę sprowadza się to do tego, że wyznacza się promień okręgu, w który…

Ola: Trącić coś do przemowy Piotrka, a potem uzyskujesz wzór matematyczny.

Piotr: Trzeba było nie pytać.

Ola: Dwadzieścia minut przemowy.

Piotr: Generalnie chodzi o to, że w promień okręgu, w który trafia 50 procent wystrzelonych rakiet – czyli taka w miarę celność – ten promień, jak się nie mylę, to 2,7 kilometra. Więc po pokonaniu 11 czy 13 tysięcy kilometrów trafiały precyzyjnie, a przy kilkumegatonowych głowicach, które niosły, w zupełności wystarczało, żeby zdmuchnąć to, co miały zdmuchnąć. Więc spokojnie można nazwać te rakiety kosmicznymi, mimo że ich celem była z powrotem Ziemia. Dodatkowy powód, dla którego można je tak nazwać, to fakt, że właściwie wszystkie rakiety, które zwykle uważamy za kosmiczne, powstały przy okazji tworzenia rakiet balistycznych. Takie są początki lotów kosmicznych.

Ola: No tak, tak naprawdę program lotów kosmicznych to jest odpad po zbrojeniach wojennych i zimnowojennych.

Piotr: I na przykład w Związku Radzieckim było tak, że konstruktorzy dostawali kasę na produkcję rakiet wojskowych, balistycznych, i przy okazji trochę klecili te, które miały latać w kosmos. Potem się to zmieniło, potem to już był wyścig kosmiczny, ale na początku robili te rakiety kosmiczne trochę bokiem. To był podobny rozwój, podobne konstrukcje. I tu ciekawostka – rakieta R-16 miała być następcą rakiety R-7, którą nazwano zerową generacją rakiet. Ta rakieta R-7 lata do dzisiaj, właściwie. To jest dla mnie niesamowite, bo właściwie wszystkie…

Ola: Tak samo jak Sojuzy właściwie latały całkiem niedawno.

Piotr: No tak, dokładnie, nadal jeszcze latają. Sojuzy są wynoszone przez kolejną wersję rakiety R-7, podobnie jak Sputnik był wyniesiony przez R-7, Gagarin był wyniesiony przez R-7, a sondy księżycowe i marsjańskie też były wynoszone przez R-7. To były modyfikacje tej rakiety, ale pierwotny zamysł pochodził z lat pięćdziesiątych. Więc to rzeczywiście była bardzo dobra konstrukcja. Natomiast miała swoje dość istotne wady, o czym mówię, bo te wady będą miały zaraz znaczenie dla przebiegu wszystkich tych zdarzeń.

Postanowiono, poza R-7, zrobić R-16. Miała mieć liczne zalety, zaraz o nich powiem, ale był też pewien śmieszny myk – w ogóle wtedy w kosmicznym przemyśle radzieckim i balistycznym był jeden władca, Korolow, który nadzorował całe to towarzystwo, obsługiwał ileś tam biur konstrukcyjnych. Był takim jedynowładcą. Natomiast wpadli na to, że trzeba zdecentralizować ten cały system biur konstrukcyjnych, dlatego że wszystkie one były w pobliżu Moskwy, a władze radzieckie uznały, że jak Amerykanie walną im tam jakąś bombę atomową w Moskwę, to zdmuchną im przy okazji wszystkie biura konstrukcyjne, więc trzeba było coś z tym zrobić. Dorzucono dwa biura konstrukcyjne, które były daleko. Jednym z nich było OKB-586 – jakże przyjazna nazwa, wszystkie te biura tak się nazywały. Było w Dnieprze, w Ukrainie, z dala od Moskwy – zresztą do dzisiaj to biuro działa i opracowało tam bardzo wiele różnych fajnych rzeczy. Szefem tego biura został Michaił Jangel, z czego Korolow był wściekły, że w ogóle kogoś innego tam wlepili – Jangel był, można powiedzieć, pod ogromną presją.

Ola: Korolow był takim odpowiednikiem Wernera von Brauna po stronie amerykańskiej.

Piotr: Trochę tak, choć nawet bardziej, bo von Braun dał napęd na początku całemu systemowi, natomiast Korolow bardzo długo tym wszystkim rządził. No dobra, różnice i po co te rakiety. R-16 miała mieć dwie istotne różnice, spośród całego mnóstwa, ale dwie takie: miała mieć większy zasięg, bo R-7 miała około 8 tysięcy kilometrów, czyli da się przestrzelić przez ocean, ale bez komfortu, natomiast 11-13 tysięcy kilometrów to już było na tyle dużo, że swobodnie przeskakiwano przez ocean. Była jeszcze kwestia naprowadzania – już nie chcę się teraz wdawać w szczegóły, ale naprowadzanie R-7 było dość toporne, co miało znaczenie zwłaszcza w końcowej fazie lotu. R-16 była w większym stopniu samosterująca.

Ale to, co było najważniejsze, to fakt, że R-7 miała paliwo kriogeniczne – musiało być zmrożone, bo to był ciekły tlen mieszany z naftą. Problem polegał na tym, że to wszystko świetnie sprawdza się przy lotach kosmicznych, gdzie przygotowujemy się całe miesiące, wiemy dokładnie, którego dnia wystartuje rakieta, mamy mnóstwo czasu – natomiast jako system obrony albo ataku było to kiepskie, bo nie zapewniało szybkiego reagowania. Przygotowanie do startu tej rakiety trwało 32 godziny, a rakieta zatankowana mogła stać na stanowisku tylko przez 8 godzin, bo tlen po prostu się ogrzewał i uciekał. 32 godziny przygotowań, 8 godzin gotowości do startu – nie brzmi to jak idealny system obronny. Więc R-7, mimo że lata do dziś po modyfikacjach do celów cywilnych, nie była najlepsza do celów wojskowych, a przecież nie na to Rosjanie dawali kasę.

Za to rakieta R-16 nadal napędzana była paliwem ciekłym, ale ciepłym – to spora różnica, w temperaturze pokojowej, nie kriogenicznej. To było tak zwane paliwo hipergolowe – trudna nazwa oznaczająca tyle, że jak zmieszasz dwa składniki tego paliwa, same się zapalają po zmieszaniu. Co brzmi dobrze, bo nie trzeba tego podpalać ani schładzać. W związku z tym taką rakietę można napełnić tym paliwem i trzymać ją tak bardzo długo.

Ola: Czeka sobie, aż będzie można ją wystrzelić na Stany Zjednoczone, kiedy nadleci analogiczna rakieta ze Stanów Zjednoczonych.

Piotr: Licząc, że mniej więcej – już nie pamiętam ile, może 20 minut – trzeba na reakcję, szacowano, że od wykrycia startu rakiet wroga do startu naszych rakiet nie może minąć więcej niż 20 minut. A tu przypominam, były 32 godziny tankowania – być może by nie zdążyli. Zresztą w ogóle R-7 to były bardzo grube rakiety, u podstawy bardzo szerokie, z silnikami tak wyprowadzonymi, że miejsca, w których je składowano, nie do końca były silosami, nic komplikatnego. Generalnie nie były to rakiety piękne, smukłe, pędzące, tylko raczej pancerniki. Wracając do R-16, bo wokół niej się kręcimy – tu wygląda to znacznie lepiej, bo paliwo ciepłe, ciekłe. Natomiast jak się przyjrzymy składnikom tego paliwa, to już nie jest tak wesoło – to była hydrazyna i kwas azotowy, a dokładniej tak zwany czerwony, dymiący kwas azotowy.

Ola: Nie brzmi dobrze.

Piotr: Nie brzmi. To była mieszanina tetratlenku diazotu oraz kwasu azotowego, czyli mieszanina o super silnych właściwościach utleniających, żrąca jak jasna cholera. A do tego drugim składnikiem była hydrazyna – to z kolei związek trujący, łatwopalny, żrący i rakotwórczy, przenika przez skórę, w ogóle najlepiej. Straszny syf, ale jeżeli się to trzyma pod kontrolą, to ten zestaw jest do dziś używany jako paliwo ciekłe do rakiet.

Program został zatwierdzony do produkcji w 1958 roku, a pierwsze loty, obloty, miały się odbyć w czerwcu 1961 roku. Całym tym projektem dowodził marszałek strategicznych wojsk rakietowych Związku Radzieckiego, Mitrofan Niedielin.

Ola: Takie piękne imię.

Piotr: W ogóle ta katastrofa jest znana jako katastrofa Niedielina, zwłaszcza w anglojęzycznych źródłach – w rosyjskich mówi się po prostu o katastrofie na Bajkonurze, bo to się tam właśnie wydarzyło. A właściwie nie wiem, dlaczego mówi się "Niedielina" – znaczy wiem, zaraz będzie o tym.

Takie były plany z 1958 roku, przypominam: pierwszy start czerwiec 1961 roku. Ale w 1959 roku zaczęła się zaostrzać sytuacja w związku z zimną wojną – było zamieszanie wokół Berlina Zachodniego, zakończone później kryzysem berlińskim, ale to inna historia. Postanowiono przyspieszyć cały program i zdecydowano, że pierwsze loty muszą się odbyć w czwartym kwartale 60 roku, czyli ponad pół roku wcześniej. To i tak było strasznie napięte.

Ola: Przypomina historię K-19 z poprzedniego odcinka naszego podcastu, dotyczącego katastrof i wypadków jądrowych – ten okręt podwodny też został zbudowany w ogromnym pośpiechu. Jego prototyp zaliczył chyba wszystkie możliwe awarie, łącznie z tym, że spowodował śmierć ponad 20 członków załogi. Zachęcamy do słuchania podcastu o wypadkach jądrowych.

Piotr: Tak jest, bez podawania numeru odcinka, dobrze. I teraz: tu wkracza cała na biało rewolucja październikowa. Dziś nagrywamy to 7 listopada – jest właśnie rocznica rewolucji październikowej, jak sama nazwa wskazuje.

Ola: Rocznica rewolucji październikowej ma miejsce w naszym listopadzie.

Piotr: Tak, przez kalendarze juliański i gregoriański i tak dalej. W każdym razie oni również postanowili, że pierwszy lot ma się odbyć 7 listopada, bo przecież rocznica rewolucji to idealny moment na lot. W związku z czym bardzo ciśnięto – program był już bardzo napięty, przyspieszony o dobrze ponad pół roku.

Żeby jeszcze wywrzeć większą presję, Chruszczow – wtedy on był szefem – wielokrotnie odwiedzał to miejsce testów. Test miał się odbyć na Bajkonurze, tym kazachskim kosmodromie, wtedy jeszcze Kazachskiej Republice Radzieckiej, w związku z czym oczywiście Związek Radziecki. Zaczęto całą akcję 20 października 60 roku – wtedy rakietę umieszczono na stanowisku startowym i rozpoczęto długie przygotowania do startu. Mieli na to sporo czasu, przypominam, 7 listopada miała rakieta wystartować.

Teraz słowo o samej konstrukcji, bez wdawania się w szczegóły: rakietę można było wcześniej zatankować. Było to zrobione tak, że w jednej części znajdowała się hydrazyna, w drugiej kwas azotowy – miały się spotkać dopiero w silniku i tam następował samozapłon, utlenianie i tak dalej. Wszystko to było zabezpieczone tak zwanymi piromembranami.

Ola: Brzmi pięknie.

Piotr: Czyli innymi słowy membranami, blokadami odpalanymi ładunkami pirotechnicznymi – chodziło o to, żeby nie było tam żadnych przesuwanych elementów, tylko po prostu odblokowujemy, leci, uruchamia się i do roboty. Tyle tylko, że gdy rakieta była już napełniona, 23 października przypadkowo odpalono część tych piromembran – tych, które blokowały dopływ kwasu azotowego. Samo w sobie to nie było jeszcze wielkim nieszczęściem, bo kwas azotowy sam w sobie nie miał się zapalić, nic strasznego się nie działo. Kwas trafił do systemu napędowego. Problem polegał na tym, że specyfikacja tych przewodów, uszczelek, kołnierzy ochronnych i tak dalej mówiła, że wytrzymają dwadzieścia cztery godziny korozji od tego kwasu azotowego.

Ola: Ale jak to nie wytrzymają do rocznicy rewolucji październikowej, skoro mają być patriotyczne?

Piotr: Nie wytrzymają do rocznicy rewolucji październikowej, więc nastąpiło ogólnorozwojowe zesranie się, przepraszam bardzo, wynikające z tego, że przygotowanie nowej rakiety trwało 30 dni. Nie było więc szans zdążyć na 7 listopada. W związku z czym była tylko jedna rakieta, która mogła polecieć przed rocznicą rewolucji październikowej, i to była ta rakieta R-16. Podjęto więc jakże fantastyczną decyzję: skoro wszystko wytrzyma 24 godziny, to rakieta zamiast lecieć 7 listopada, musi polecieć 24 października. Trzeba zrobić wszystko, co było rozłożone na najbliższe dwa tygodnie, hop siup, w 24 godziny.

Ola: Doskonały pomysł, świetny pomysł, pośpiech zawsze jest dobrym doradcą.

Piotr: Absolutnie, zwłaszcza jak się bawimy techniką rakietową, hydrazyną, stężonym dymiącym kwasem azotowym – hydrazyna też dymi, ale to już inna rzecz.

Ola: Jest rakotwórcza.

Piotr: Jest rakotwórcza i w ogóle wszystko. Oczywiście jak zawsze przy tego typu rzeczach, to jest normalne – pojawiają się rozmaite błędy. Zwykle są eliminowane jeden po drugim, ale tu było tak, że błędy i naprawy się na siebie nakładały – naprawiano jeden błąd, a w tym czasie wyskakiwał kolejny, więc naprawiano je równocześnie. To był absolutny obłęd, przyspieszenie tych prac było jakieś zupełnie chore. Podjęto tam cały szereg decyzji, które same z siebie prawdopodobnie nie przyniosłyby dramatycznych efektów, ale potem to się wszystko skumulowało.

Poza odpaleniem tych piromembran, które już samo w sobie było poważnym błędem – zgodnie z procedurami należało po prostu zrezygnować ze startu tej rakiety – ale oczywiście zdecydowano, że startuje. Do tego było zimno, bo to step kazachski, koniec października, i zaczęto się martwić o akumulatory, w związku z czym podjęto decyzję, żeby podłączyć je do systemów rakiety, bo pracujące akumulatory ogrzewały się same z siebie i podtrzymywały temperaturę – nie było ryzyka, że ich wydajność rozpaczliwie spadnie. Plan był taki: podłączamy akumulatory, żeby się grzały, a przed samym startem, przy ostatnich procedurach, odłączamy je, bo te procedury trzeba wykonać bez zasilania, a potem znów je podłączamy i lecimy.

Ola: Brzmi rozsądnie.

Piotr: Tak, brzmi rozsądnie. Problem polega na tym, że nikt nikomu tego nie powiedział – wiedzieli o tym ci, którzy odłączali i podłączali akumulatory, a inni nie wiedzieli. To był między innymi efekt tego przyspieszenia – przepływ informacji kompletnie leżał, a presja była ogromna, naprawdę.

Teraz drugi, właściwie już trzeci element, poza tymi piromembranami: system sterowania startem tej rakiety. Przed samym startem rakieta musi wykonać szereg procedur – to włączyć, tamto wyłączyć, tu odpalić piromembrany, tu coś, tu, żeby to się wszystko spięło, żeby w odpowiednim momencie wszystko ruszyło i rakieta wystartowała. Przygotowano do tego system sterowania zwany programowanym dystrybutorem napięcia, który tak naprawdę włączał i wyłączał różne układy elektryczne w określonej kolejności. Był trochę – przepraszam wszystkich inżynierów – podobny do pozytywki.

Ola: Można zobaczyć na YouTubie, jak działa pozytywka.

Piotr: Generalnie pozytywka to wałek z wystającymi patyczkami, guzkami, które szarpią takie metalowe struny. Guzki są odpowiednio ułożone, więc powstaje z tego melodia. To urządzenie działało troszeczkę podobnie – było mechaniczne, miało wypustki, które po kolei uruchamiały różne systemy, choć oczywiście dalece bardziej skomplikowane niż pozytywka. Coś w nim się obracało czy przesuwało i po kolei uruchamiało kolejne elementy. Ta maszyna była umieszczona w centrum sterowania całego lotu, z dala od rakiety, i coś w niej nawaliło, jak to zwykle bywa. Więc zamiast spokojnie to naprawić, naprawiono to na chybcika, a technicy pozostawili całą maszynę w stanie jakby "po odpaleniu" – w pozytywce to się w kółko kręci, a tu był punkt startu, czyli przed odpaleniem rakiety, i punkt końcowy, po odpaleniu, z całą procedurą pomiędzy. Zostawili to w miejscu, gdzie ta "melodia" już by się skończyła, czyli już po starcie.

Jeden z inżynierów podczas przygotowań do startu zauważył, że mechanizm jest w pozycji "po starcie", i przestawił go na pozycję "przed startem" – nie było tam takiego biegu wstecznego, trzeba było przejść cały ten proces od nowa, więc uruchomił go. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, o czym nie wiedział – że akumulatory zasilały rakietę. Gdyby nie zasilały, cały ten system mechaniczny poprzełączałby różne przełączniki i nic by się nie wydarzyło. Ale ponieważ rakieta była zasilana przez akumulatory, a nie powinna być na tym etapie, odpalił się kawałek procedury startowej, i to w dziwnym miejscu – uruchomiły się silniki drugiego stopnia. Rakieta ma bowiem pierwszy stopień, który później odrzuca, bliżej końca rakiety, a bliżej czubka jest stopień drugi, który odpala się po odrzuceniu pierwszego. Tu odpalił się stopień drugi, czyli tak naprawdę silniki będące w środku rakiety, które miały później zostać odsłonięte. To spowodowało błyskawiczne przepalenie zbiorników pierwszego stopnia, tych większych, i wywołało eksplozję.

Ola: I to jakąś monstrualną.

Piotr: Był wybuch, a potem spalanie hydrazyny wymieszanej z kwasem azotowym, które w dodatku do końca dobrze nie przereagowały, w związku z czym trwało to 20 sekund – do tego doszło wylanie się hydrazyny i kwasu azotowego na cały teren. Absolutnie najgorzej. Cała ta sytuacja została uwieczniona przez automatyczne kamery, które się odpaliły – też nie jestem pewien, ale być może w wyniku działania tej samej "pozytywki", a może coś innego spowodowało ich uruchomienie. W związku z czym spora część tej akcji jest sfilmowana – można to łatwo znaleźć na YouTubie.

Wygląda to strasznie – stojący najbliżej rakiety ludzie zostali natychmiast spaleni. Ci stojący dalej zostali podpaleni, poparzeni kwasem azotowym i zatruci hydrazyną. Widać uciekających ludzi – podejrzewam, że nie przeżyli, widać, jak uciekają od tych płomieni. Wszystko to razem paliło się dwie godziny. Dopiero po dwóch godzinach można było rozpocząć jakąkolwiek akcję ratunkową – wcześniej nikt nie mógł się tam nawet zbliżyć. Nie wiadomo dokładnie, ile osób zginęło – szacunki są bardzo rozbieżne, od 50-78 do nawet 300. Teraz oficjalnym szacunkiem jest około 126 osób.

Ola: Ale w Rosji Radzieckiej to wszystko było tajne przez połówki.

Piotr: Absolutnie.

Ola: Prawdy pewnie nigdy się nie dowiemy.

Piotr: Rozpoczęto oczywiście poszukiwania osób najważniejszych, czyli Mitrofana Niedielina, którego nie znaleziono, bo nic z niego nie zostało. Udało się ustalić, że rozstawił sobie krzesełko tuż przy rakiecie, bo stwierdził, że jak będzie tam siedział, patrzył na nich i pokrzykiwał, to będą pracowali szybciej i sprawniej i wyrobią się w te 24 godziny ze startem. I rzeczywiście – w związku z czym Mitrofan Niedielin, można powiedzieć, wyparował. Chyba nie jestem pewien, było coś na temat tego, że znaleziono jakieś szczątki, ale w każdym razie niewiele z niego zostało.

Natomiast ku zaskoczeniu wszystkich przeżył Jangel, czyli szef biura konstrukcyjnego – przeżył tylko dlatego, że poszedł zapalić. To jedyny, może nie jedyny, przypadek w historii, kiedy palenie uratowało komuś życie. Poszedł do palarni, bo nie chciał dawać złego przykładu pracownikom i jarać na miejscu pod rakietą.

Ola: Czyli to musiało być dosyć daleko.

Piotr: Tak, zdaje się, że to było kilkaset metrów, w jakimś bunkrze czy coś takiego. Poszedł tam zapalić, w dodatku spotkał się tam jeszcze z dwiema ważnymi postaciami – już nie pamiętam ich nazwisk, ale to były bardzo decyzyjne osoby. Miał się spotkać z trzema – umówili się tam na papierosa, prawdopodobnie mieli go przekonać, żeby odwołał start, bo zdawali sobie sprawę z poziomu niebezpieczeństwa, i spotkali się z Jangelem po to, żeby on przekonał Niedielina, żeby wszystko odwołać. Niedielin już wcześniej powiedział, że przecież nie da rady, bo co on powie Chruszczowowi – więc właściwie nie było szans. Miał być jeszcze trzeci na tym papierosie, ale się spóźnił i nie przeżył.

Zresztą potem była słynna rozmowa Jangela z Chruszczowem. Chruszczow uprzejmie go zapytał: a ty czemu ostałeś się żywy? Czyli dlaczego przeżyłeś? A Jangel odpowiedział trzęsącym się głosem, po rosyjsku, że to on jest wszystkiemu winny, bo poszedł zapalić. Nie był wszystkiemu winny, tak naprawdę trudno powiedzieć – wszystkiemu winna była presja czasu, i ten nieszczęsny pomysł startu w ciągu 24 godzin, a wcześniej całe to przyspieszenie. Kompletna porażka.

Oczywiście wszystko zostało utajnione. Niedielin oficjalnie zginął w jakiejś katastrofie lotniczej. Rodziny pozostałych ofiar też zmuszono do tego, żeby się do niczego nie przyznawały – część z nich w ogóle nawet nie wiedziała, co się stało. Zresztą równiutko trzy lata później, 24 października 1963 roku, w tym samym miejscu praktycznie miał miejsce kolejny wypadek – wkręcali jakąś żarówkę, nastąpiło jakieś zwarcie, jakiś pożar. Nie pamiętam, czy wtedy ktoś zginął – chyba nie, ale to był dość poważny wypadek. Generalnie uznano 24 października za dzień pechowy i od tego czasu nie planuje się żadnych lotów na 24 października na Bajkonurze, nie ma takiej opcji.

Ola: Niezła historia – naukowcy nie są przesadzeni.

Piotr: No w ogóle. Jest tam pomnik, i 24 października odbywają się obchody ku pamięci osób, które zginęły, a cała sprawa do 89 roku była ściśle utajniona – wszystko było zakopane, tajne przez połówne. Tak jak mówiłem, nie do końca jest to wypadek kosmiczny, ale jak się spojrzy na rakiety balistyczne, to można je uznać za rakiety bardzo kosmiczne, w związku z czym postanowiliśmy to dołączyć, zwłaszcza że przez wiele lat sprawa była zupełnie nieznana. Dodaje smaczku i to, że wszystko jest sfilmowane, co rzadko się zdarza przy wypadkach z lat sześćdziesiątych, zwłaszcza radzieckich. Więc można to zobaczyć – nie jest to jakieś szalenie spektakularne, ale jak zdajemy sobie sprawę z kontekstu, to robi się mocno i ciarki chodzą po plecach.

Ola: Jak widzicie, element błędu ludzkiego i presji czasu w wielu z tych opowieści, które wam tutaj przytoczyliśmy, odgrywa decydującą rolę. Dziękujemy wam, że wysłuchaliście naszego podcastu, na kolejny zapraszamy za dwa tygodnie, we wtorek.

Piotr: Chyba się uda.

1:27:32 Zakończenie

Ola: Będziemy pilnowali tego terminu.

Piotr: Zagłosujcie na nas koniecznie – znaczy niekoniecznie, ale jeżeli chcecie, będziemy bardzo wdzięczni.

Ola: Na podcast publiczności w konkursie Podcast Roku, pod adresem podcastroku.pl. A jeżeli macie jakieś uwagi czy pytania do nas, piszcie na adres podcasty przez C, oczywiście, pod adresem podcasty@crazynauka.pl. To się chyba wzięło od podcastu amerykańskiego, w którym słowo podcast pisane jest przez K.

Piotr: Nie wiem, dlaczego panowie tak zdecydowali, ale to było dla mnie raczej zaskoczenie, wydawało mi się to oczywiste, że podcast to podcast.

Ola: No tak, i po słuchaniu podcastu amerykańskiego zrobiło mi się tak, że skoro oni, jak piszą podcast przez C, wyraźnie to zaznaczają, to ja też zaczęłam. Dobrze mieć dobre wzorce.

Piotr: Tak jest, absolutnie. Słuchajcie, bardzo wam dziękujemy, subskrybujcie nasz podcast, polecamy – wtedy dostajecie powiadomienie, że jest nowy odcinek, czyli co dwa tygodnie. Może kiedyś uda nam się przyspieszyć. A na razie dzięki, cześć.

Ola: Do usłyszenia.

Źródła

Brak listy źródeł w opisie odcinka (kolumna "źródła (z opisu)" w indeksie jest pusta dla tego odcinka).

Źródła