Podcast Crazy Nauka · odc. 41

Plagi królików i pnączy, czyli najbardziej inwazyjne gatunki

23-11-2023 · 64 min · Tematyczny, Klimat i środowisko, Zwierzęta i przyroda

Okładka odcinka

Tu jest treść z serwisu Spotify. Po jej włączeniu Spotify otrzyma Twój adres IP i może zapisać w przeglądarce pliki cookies.

Posłuchaj też na:

Dziesięć miliardów królików, szarańcza zjadająca jedną piątą żywności świata, węże powodujące spięcia w dostawach prądu i pnącza duszące inne rośliny…
Opowiadamy o plagach wywołanych przez gatunki inwazyjne, czyli przywleczone lub celowo przesiedlone na nowe dla nich tereny, gdzie znalazły idealne dla siebie warunki do ekspansji.
Intruzi niszczyli całe ekosystemy, sprowadzali głód, wyjaławiali ziemię na setki lat. A zaczynało się niepozornie, np. od 24 wesoło kicających królików, wypuszczonych na farmie w Australii.

Żadna z klęsk, o których mówimy, nie wydarzyłaby się, gdyby nie człowiek, który sprowadza obce gatunki w najdalsze zakątki świata albo dla przyjemności, albo żeby je wykorzystywać do pracy lub jako pożywienie, albo zwyczajnie przez przypadek. Mierzymy się też z sytuacją, w której to wywołane przez ludzi ocieplenie klimatu utorowało drogę superinwazyjnym gatunkom.

Transkrypcja odcinka

Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.

0:00:00 Wstęp

Ola: Jak to się stało, że śliczne, puchate króliki zagroziły ogromnej części gatunków zamieszkujących Australię?

Piotr: Co robi paracetamol wężowi?

Ola: Jak mięczaki psują elektrownię?

Piotr: I co ma wspólnego szarańcza ze zmianą klimatu?

Ola: Cześć, tu Ola Stanisławska.

Piotr: I Piotrek Stanisławski, podcast Crazy Nauka.

Ola: Dziś opowiemy wam o plagach wywoływanych przez gatunki inwazyjne, czyli przywleczone lub celowo przesiedlone na nowe dla nich tereny, gdzie znalazły idealne dla siebie warunki do ekspansji, wypierając przy tym rodzime zwierzęta czy rośliny.

Piotr: Przy czym to niewinne słowo "wypieranie" oznacza zarówno odebranie tym lokalnym gatunkom terenów do życia, czy po prostu pozbawienie ich pożywienia, jak i wybicie wszystkich przedstawicieli danego gatunku, czy wręcz doprowadzenie do załamania się całych lokalnych ekosystemów.

Ola: Zanim jednak wejdziemy głębiej w tę opowieść, chcemy wam po pierwsze podziękować za to, że głosowaliście na nas w konkursie na podcast publiczności, a w najbliższą sobotę okaże się, czy zdobędziemy tam jakąś nagrodę. Jesteśmy również nominowani w kategorii nauka, technologia, edukacja, więc trzymajcie kciuki.

Piotr: Tak, może coś z tego będzie, a jak nie, to i tak będzie ciekawie. Chcemy was też przy okazji przeprosić, bo jest środa, zaraz czwartek, a mieliśmy we wtorek opublikować, ale prawda jest taka, że nie daliśmy rady, bo równolegle przygotowujemy webinar na temat edukacji medialnej rodziców i po prostu się nie wyrobiliśmy. Webinar wam polecamy – jeśli ktoś jeszcze zdąży dzisiaj uczestniczyć w nim na żywo, to fajnie, a jeśli nie, to na pewno będzie do odsłuchania u nas na Facebooku czy na YouTubie.

Ola: Dziękujemy również patronom, którzy do nas w ostatnim czasie dołączyli, a więc Hannie, Marcie i Edycie.

Piotr: Dzięki, jeśli ktoś by chciał wesprzeć nas jeszcze, to bardzo serdecznie zapraszamy na Patronite, na nasze konto Crazy Nauka.

Ola: A teraz wróćmy do naszej opowieści, bo problem gatunków inwazyjnych jest tak stary jak nasza cywilizacja. Sięga czasów, w których ludzie zaczęli w ogóle podróżować, czyli naprawdę zamierzchłych czasów.

Piotr: Ja zaryzykuję tezę, że nawet przed naszą cywilizacją były gatunki inwazyjne, a o tym powiem u siebie za chwilę.

Ola: Absolutnie, i człowiek podróżował, przemieszczał się na wielkie odległości z kolebki ludzkości, Afryki, już 70 tysięcy lat temu i wcześniej.

Piotr: Te inwazje nie zawsze były związane z człowiekiem, chociaż to jest oczywiście dyskusyjny wątek, co jest gatunkiem inwazyjnym, a co po prostu rozprzestrzenianiem się – ale o tym powiem, jak przyjdzie moment.

Ola: No właśnie, a ludzie, kiedy już zaczęli na dobre podróżować, zabierali ze sobą nie tylko swój dobytek, ale również takich pasażerów na gapę jak wszy, szczury czy patogeny chorobotwórcze, węże, ale również celowo sprowadzali na nowe tereny krowy, koty, psy, kozy, świnie. A plagi, które zostały wywołane przez niektóre z tych gatunków – żeby nie obarczać winą wszystkich – demolowały środowiska naturalne, sprowadzały klęski głodu, czy nawet obalały imperia.

Piotr: Zresztą, żeby pokazać skalę tego zjawiska – obecnie około 42% gatunków uznawanych za zagrożone zostało do stanu tego zagrożenia doprowadzonych z powodu inwazji gatunków inwazyjnych. I tu taka refleksja, że właściwie najbardziej inwazyjnym gatunkiem z gatunków inwazyjnych jest homo sapiens, który rozprzestrzenił się po całym świecie i przekształcił na swoje potrzeby właściwie całą Ziemię i niemal wszystkie ekosystemy. Więc jak plujemy na gatunki inwazyjne, to uważajmy.

Ola: Zwłaszcza że w większości z tych plag, o których dzisiaj wam chcemy opowiedzieć, winny jest w dużej mierze człowiek. Te plagi, których historię dzisiaj poruszymy, są bliższe naszej współczesności. Człowiek, zwłaszcza w ciągu ostatnich 150-200 lat, sprowadził obce gatunki w najdalsze zakątki świata.

Piotr: To kwestia efektywnego podróżowania i efektywnego przenoszenia towarów, chociaż oczywiście wcześniej też karawany na przykład przenosiły szczury, na których jechały pchły, a potem z dziwnym trafem umierała jedna trzecia ludności Europy.

Ola: Tak, na dżumę na przykład. I po co człowiek też sprowadzał obce gatunki? Nie tylko byli to pasażerowie na gapę, ale również po to, żeby wykorzystywać te zwierzęta do pracy, albo zwierzęta i rośliny do jedzenia, albo po prostu tak się złożyło, że nie wyobrażali sobie nowego krajobrazu bez danego elementu, jakim jest na przykład śliczne, puchate zwierzątko, które kica sobie albo też…

Piotr: Kiujiczek [? niepewne: kiujiczek].

Ola: Tak, przesuwa się w okolicy gospodarstwa domowego po sielskich wzgórzach.

Piotr: Tak, o tych sielskościach to jeszcze trochę będzie.

Ola: No tak. I jeszcze jeden aspekt, na który chcę zwrócić uwagę – bo zmierzymy się w naszym podcaście z sytuacją, w której wywołane przez ludzi ocieplenie klimatu stało się przyczyną utorowania drogi superinwazyjnym gatunkom.

Piotr: Wybraliśmy dla was kilka przykładów takich plag, takich wielkich inwazji. Oczywiście jest tego całe mnóstwo, bardzo możliwe, że jeszcze będziemy do tego tematu wracali. Nie ma tu na przykład mowy o patogenach chorobotwórczych – już trochę było mowy akurat o dżumie, ale to tak tylko bokiem. HIV, ospa prawdziwa, wirus Zachodniego Nilu – można je śmiało zaliczyć do gatunków inwazyjnych. To oczywiście jest bardzo skomplikowane i ich rozprzestrzenianie się związane jest to z udomowieniem zwierząt, to ze zbyt bliskimi kontaktami ze zwierzętami, cokolwiek się komuś z tym kojarzy – ale generalnie jest po prostu ciasno na Ziemi w tej chwili, więc blisko nam.

Ola: Tak, wrócimy do tego tematu, bo już w tej chwili widzę, że jest fascynujący, będzie mu poświęcony któryś z kolejnych odcinków. Ale teraz przejdźmy do zasadniczej naszej historii gatunków inwazyjnych, o których chcemy wam dzisiaj opowiedzieć. Zacznijmy od plagi, która zaczęła się naprawdę uroczo – no, powiedzmy, że uroczo – a skończyła krwawo.

Miejsce akcji: Australia. To kontynent, który ze względu na swoją długą izolację ma naprawdę wiele dramatycznych historii o gatunkach inwazyjnych. Myśmy wiele tych historii znaleźli w źródłach. Wybraliśmy tę konkretną, bo jest naprawdę spektakularna i bardzo znamienna dla mentalności ludzi.

Początków australijskiej plagi królików źródła upatrują konkretnie w 1859 roku, kiedy to niejaki, znany z imienia i nazwiska Thomas Austin – pozdrawiamy, a właściwie chyba nie pozdrawiamy – przywiózł z Anglii i wypuścił na terenie swojej australijskiej posiadłości w prowincji Victoria 24 dzikie króliki. 24. Pan był zapalonym myśliwym, lubił sobie ze znajomymi postrzelać do królików, czyli sielska część historii na samym początku. Ta bardziej sielska jest taka, że króliki kicające przypominały mu rodzimą Anglię. A króliki robiły to, co robią króliki najlepiej.

Piotr: Poza kiceniem.

Ola: Tak, mnożyły się jak króliki. Po 7 latach, jak szacowano w miejscowej gazecie, ich populacja zrobiła się ogromna, bo gazeta donosiła o zabiciu 50 tysięcy królików przez lokalnych myśliwych – lokalna gazeta w stanie Victoria w Australii. Więc było tego sporo.

Piotr: Przez tych 24. Ciekawe, z jaką różnorodnością genetyczną, ale to oddzielny wątek. Tak naprawdę króliki pojawiły się w Australii już trochę wcześniej, razem z pierwszymi osadnikami, w 1788 roku, ale wtedy ich populacja była skutecznie kontrolowana przez miejscowe drapieżniki. Przed 1827 rokiem króliki z kolei sprowadzono celowo do Tasmanii, żeby – a jakże – przypominały osadnikom rodzimy, sielski krajobraz Anglii. I one oczywiście zaczęły tam szybko biegać po okolicy i robić to, co robią króliki.

Ola: Kicać.

Piotr: Też, w przerwach między tym, co robią króliki, kicały też.

Ola: Okej, no ale tym niemniej to Thomas Austin z imienia i nazwiska jest wskazywany przez źródła jako główny winowajca sprowadzenia plagi królików do Australii. Jako członek Towarzystwa Aklimatyzacyjnego Wiktorii bardzo świadomie wypuścił króliki na wolność, a w ślad za nim zrobiło to wielu farmerów. Oprócz królików sprowadził z Anglii również między innymi zające, kosy, drozdy i kuropatwy.

Trafiło się tak, że sprowadzone przez Austina rasy królików zrobiły to, co króliki – utworzyły krzyżówkę, jak się przypuszcza, która wyjątkowo dobrze poradziła sobie w australijskich warunkach. Dzięki łagodnym zimom te zwierzątka mogły robić to, co króliki, czyli rozmnażać się intensywnie przez cały rok, a duże rolnicze tereny Australii dostarczały im idealnych siedlisk.

Króliki bardzo szybko rozprzestrzeniły się na południu kontynentu. W ciągu 10 lat od ich wprowadzenia w 1859 roku stały się tak powszechne, że można było zastrzelić lub złapać w pułapkę 2 miliony tych zwierząt rocznie, bez zauważalnego wpływu na ich populację – tak donosiły źródła miejscowe. To można uznać za najszybsze rozprzestrzenianie się jakiegokolwiek ssaka na świecie.

Piotr: Czyli jak rzuciłeś kamieniem, to szedłeś w to miejsce i łopatą nagarniałeś ciężarówkę królików.

Ola: W którymś momencie Australia zaczęła przypominać kontynent pokryty taką puchatą warstwą.

Piotr: Wyobraź sobie zdjęcia satelitarne – taki najbardziej puchaty kontynent świata. Było to urocze, ale potem już było mniej urocze.

Ola: I teraz Piotrek opowie, co tam się działo.

Piotr: Króliki okazały się być niszczycielskie, i to nie w tym stylu…

Ola: Plaga zabójczych królików – brzmi to jak tytuł horroru klasy D.

Piotr: Brzmi to jak scena ze Świętego Graala Monty Pythona. Ale robiły to trochę inaczej i, co ciekawe, najprawdopodobniej były najważniejszym ze znanych czynników, które spowodowały utratę gatunków na tym kontynencie. Trudno sobie to wyobrazić – bo co robią? Króliczki są urocze, kicają i robią to, co króliki. Natomiast żrą, żrą na potęgę. Najpierw zjadały niskie piętro naturalnej roślinności.

Ola: Ale nie tylko naturalnej, bo też uprawy.

Piotr: Potem przerzucały się na krzewy i drzewa. Co może zrobić królik drzewu? Może zedrzeć z niego korę – zwłaszcza dotyczy to młodych drzew, które przez to zamierają.

Ola: Młode drzewa nie wytrzymują presji królika i padają.

Piotr: Są też odpowiedzialne za erozję – króliki, nie drzewa. Bo jak zżerają te rośliny, pozostawiają wierzchnią warstwę gleby odsłoniętą, czyli podatną na działanie deszczu i wiatru. Żeby taka gleba wróciła do stanu poprzedniego, potrzeba nawet kilkuset lat. Dziś ponad 300 gatunków australijskiej fauny i flory jest dotkniętych stratami wywołanymi przez króliczą erozję gleby.

Ola: I teraz zaczyna się ten najmniej przyjemny fragment tej opowieści. Stosowano naprawdę wiele metod eksterminacji królików, z których strzelanie do nich jest najmniej drastyczną. Masowo je otruwano, wykopywano i wciąż się to chyba robi, buldożerami, łapano w pułapki. Króliki kryją się w króliczych norach, więc jak się nawet unicestwi te, które są na powierzchni, to te, które przeżyją pod ziemią, całkiem nieźle sobie radzą, w związku z czym wytępienie ich jest naprawdę trudnym zadaniem. Te mało humanitarne metody okazywały się też często mało skuteczne – króliki, jeżeli zostały przy życiu, naprawdę szybko odtwarzały liczebność populacji.

I teraz uwaga, mi się to w głowie nie mieści, ale znalazłam to w źródłach i podajemy link do nich w opisie: w 1920 roku szacowano populację królików w Australii na 10 miliardów. To jest jakieś nieprawdopodobne. Nasze króliki pomogły australijskim rolnikom na przykład przetrwać okres recesji w latach dwudziestych i trzydziestych, bo można było je złapać.

Piotr: Otwierasz okno, nie patrząc, walisz kijem.

Ola: Pomogły również zarabiać na skórach, na różnych produktach odzwierzęcych, które można było z nich wykonać – najprościej. Natomiast szkody, jakich dokonywały, były przerażające. W pewnym momencie farmerzy, którym króliki zjadały całą paszę dla ich stad (tam próbowano hodować owce, i to się nawet nieźle wiodło, dopóki nie pojawiły się króliki), wpadli na pomysł grodzenia posiadłości. Zauważyli, że na tak ogrodzonych starannie pastwiskach roślinność się odradza. Były też takie pomysły, że jak gdzieś pojawiało się stado królików, to teren szybko grodzono, odcinając im dostęp do wody. Ludzie mają różne pomysły.

Piotr: Trudno się dziwić.

Ola: Natomiast rzeczywiście nie było to bardzo często humanitarne. W 1893 roku zaczęto budować pierwsze odporne na króliki ogrodzenie pomiędzy Nową Południową Walią a Queenslandem.

Piotr: Wielki króliczy mur.

Ola: Króliki panoszyły się w Nowej Południowej Walii i przez lata wznoszono ten mur, czyli płot, kawałek po kawałku. Ostatni segment dodano w 1997 roku, a w 2021 jeszcze rozszerzono to ogrodzenie – liczyło ono wówczas 5555 kilometrów długości. Jest stale patrolowane i naprawiane. Ale to nie jest najdłuższe ogrodzenie w Australii – nawet nie drugie w kolejności.

Piotr: Króliki mają całe królestwo ogrodzeń.

Ola: Absolutnie. A teraz przenosimy się do innej części Australii, do Australii Zachodniej, gdzie wzniesiono podobne ogrodzenie w latach 1901-1907. W ten sposób próbowano kontrolować rozprzestrzenianie się populacji królików ze wschodu na obszary pasterskie leżące na zachodzie, po stronie Perth. To było naprawdę gigantyczne przedsięwzięcie – w ciągu sześciu lat postawiono trzy płoty o łącznej długości 3256 kilometrów, co czyni je jednym z najdłuższych ogrodzeń na świecie. Najdłuższy z tych płotów antykróliczych, postawiony w poprzek całego kontynentu, ma ponad 1800 kilometrów długości – jeden pojedynczy płot. Koszt budowy każdego kilometra oszacowano wówczas na 250 dolarów, co dzisiaj jest równowartością około 21 tysięcy dolarów.

Piotr: Zacząłem się zastanawiać nad długością innych tego typu struktur. Mamy mur chiński, mamy mur Hadriana, ale to są porównywalne długości – chiński mur, zależy jak liczyć, bo są dziwne doniesienia, zbliża się do jakichś tysięcy kilometrów, natomiast wyraźnie tu jednak królicze płoty wygrywają.

Ola: No, jednak prościej jest postawić płot niż wielki mur chiński.

Piotr: Choć wielki mur chiński być może nie zabezpiecza przed królikami tak skutecznie, zwłaszcza w Australii. Dzięki za to cenne spostrzeżenie. Króliki są dobre w skakaniu, i to lepsze, niż możemy sobie wyobrazić – to nie tylko kicanie, ale też całkiem wysokie skoki. Są też świetne w podkopywaniu się i kopaniu nor, więc powiedzmy sobie szczerze – takie ogrodzenie niewiele może zrobić, tym bardziej że i rolnicy, i pasterze często zostawiali otwarte furtki, bramy dla zwierząt gospodarskich czy maszyn. Więc te króliki przechodziły przez ten płot na różne sposoby i okazało się to bardzo długą fikcją. Chociaż faktem jest, że lokalne, mniejsze ogrodzenia nadal cieszyły się sporym powodzeniem, bo spełniały swoją rolę lokalnie – ale wizja przegrodzenia całego kontynentu nie bardzo miała sensu.

Ola: Całego kontynentu.

Piotr: Całego kontynentu jeden pies.

Ola: W 1887 roku straty spowodowane przez króliki w Nowej Południowej Walii zmusiły rząd tej prowincji do zaoferowania nagrody w wysokości 25 tysięcy funtów – to wtedy była naprawdę ogromna kwota – za jakąkolwiek metodę skutecznej eksterminacji królików, która nie była wcześniej znana w kolonii. Ta nagroda przyciągnęła uwagę słynnego Ludwika Pasteura, który zaproponował użycie bakterii wywołującej pasterelozę, czyli zakaźny katar królików.

Piotr: Brzmi groźnie.

Ola: Nieprzypadkowo od Pasteura – pastereloza. Chociaż ten mikroorganizm okazał się nie tak skuteczny, jak myślano, sama obecność postaci Pasteura spopularyzowała ideę wytępienia królików za pomocą mikroorganizmów, czyli, nazwijmy to po imieniu, broni biologicznej. I tak zaczęły się liczne próby wywoływania śmiertelnej epidemii wśród australijskich królików. Dopiero próba wprowadzona w 1950 roku okazała się dla nich naprawdę zabójcza – w tym roku użyto wirusa myksomatozy, czyli wirusa, który atakuje układ nerwowy królików. Jest niegroźny dla człowieka i innych zwierząt, a w ciągu kilku lat zmniejszył populację królików z szacowanych wówczas 600 milionów do 100 milionów.

Piotr: To brzmi jak sukces.

Ola: Zdecydowanie brzmi jak sukces, jednak rosła odporność królików na tę chorobę i one zaczęły znów zwiększać liczebność, do 200-300 milionów w 1991 roku.

Piotr: Brzmi jak mniejszy sukces.

Ola: Tak. W latach 90. prowadzi się eksperymenty z bronią biologiczną przeciw królikom na wyspie Wardang – testowano wówczas skuteczność wirusowej krwotocznej choroby królików, równie zabójczej jak ebola i zaraźliwej jak grypa. Paskudztwo, krwotoczna choroba jest straszną chorobą, nie będziemy wdawać się w szczegóły. Akurat znajdujące się w strefie kwarantanny na tej wyspie króliki zostały pogryzione przez muchy, które w 1995 roku przeniosły tego wirusa na kontynent. Przypadek, ale okazał się użyteczny – wirus szybko zdziesiątkował króliki, zabił 60% australijskiej populacji króliczej.

Piotr: Tak, wolałem dodać.

Ola: Dziękuję. Po tym zdarzeniu rząd już oficjalnie wypuścił wirusa do środowiska. W roku 2012 zidentyfikowano nowy wariant wirusa wywołującego krwotoczną chorobę królików, jeszcze bardziej zjadliwy od poprzednika, i obecnie liczebność królików na kontynencie szacowana jest na około 200 milionów – w porównaniu ze wcześniejszymi stanami to mała liczba.

Piotr: Ciekawe, kiedy się odporni. W każdym razie efekt jest widoczny w środowisku poza króliczym bezpośrednio, bo badania pokazały, że zwiększyła się szata roślinna, co sprzyja innym roślinożercom niż króliki – kangurom, wombatom, mniejszym ssakom. Kilka z tych zagrożonych gatunków, które ucierpiały wskutek inwazji króliczej, zwiększyło liczebność. W tym skoczki ciemne, mulgary pręgoogonowe i szczury – [? niepewne: Pseudomons australis].

Ola: [? niepewne: Pseudomons australis]. Ale skoczki ciemne i mulgary.

Piotr: Piękne nazwy. Linki do nich będziemy mieli w opisie.

Ola: Będziemy mieli. Innymi słowy, przyroda Australii po 150 latach z górą nieco odetchnęła od króliczej presji.

Piotr: Ciekawe, jak długo. Dobra, to przypomnijmy jeszcze, że możecie subskrybować nasz podcast, gdzie się da. To zawsze nam bardzo pomaga, i Wam też, bo jeżeli chcecie nas słuchać, będziecie dostawali powiadomienia.

Ola: A jesteśmy obecni na wszystkich i innych też. No proszę, jak dzisiaj oryginalnie.

0:23:20 Wąż brunatny na Guam

Piotr: To teraz o… Właściwie, no dobra, pomyślałem, że Australia to taka duża wyspa, ale nie róbmy im tego. Będzie trochę o wyspach, bo to miejsca bardzo wyjątkowe przyrodniczo. Zwykle izolacja sprawia, że ekosystemy tam potrafią być bardzo dziwne – pojawiają się różne rzeczy, na przykład bardzo mali ludzie, znaczy gatunku homo, albo bardzo małe mamuty, albo coś tam jeszcze innego. Z kolei niektóre są większe i tak dalej.

W każdym razie dzieją się tam ciekawe rzeczy. Często w takich ekosystemach brakuje całych grup organizmów, bo po prostu na wyspy nie zdołały dotrzeć. Ekosystem jest zbudowany bez ich udziału i jak się na niego spojrzy z punktu widzenia takich bogatych ekosystemów, jest po prostu dziwaczny. Nie ma jakiejś grupy drapieżników, co powoduje, że ewoluują zwierzęta, które z punktu widzenia typowego lądowego ekosystemu właściwie nie miałyby szansy przetrwania – takie zupełnie ufne, nielatające, łatwe potem do zjedzenia, tylko że nie ma ich kto zjeść.

Nic dziwnego, że takie nietypowe układy przyrodnicze są bardzo wrażliwe na inwazję, bo wystarczy jeden gatunek, żeby zdemolować mnóstwo tych łańcuchów pokarmowych i właściwie cały ekosystem. To dotyczy najbardziej tych wysp, które są daleko od wszystkiego, bo tam trudno dotrzeć. Taką wyspą jest Guam.

Pewnie jeśli ktoś o niej słyszał – a mnóstwo ludzi słyszało – to głównie ze względu na jej znaczenie podczas II wojny światowej, a później podczas wojny wietnamskiej, gdy Amerykanie tam się panoszyli. Ta wyspa jest oddalona od większości lądów o dobre, ponad tysiąc kilometrów, i w wyniku tego najpewniej miała w ekosystemie tylko jednego węża, i to w dodatku owadożernego i niedużego. Tak było od tysięcy lat.

Ola: A potem, w latach pięćdziesiątych XX wieku, wjechał tam mangowiec brunatny, zawleczony prawdopodobnie z Australii przez wojsko albo z transportami drewna służącego odbudowie wyspy po II wojnie światowej – dokładnie nie wiadomo, ważne, że się pojawił i zdemolował ekosystem. Sięgający dwóch metrów wąż świetnie włazi na drzewa, jest jadowity. Dla dorosłego człowieka nie jest to groźne, ale jad mangowca działa niezwykle silnie na ptaki.

Nie mając prawie w ogóle naturalnych wrogów, poza może jednym gatunkiem jaszczurki i dzikimi świniami, ten nowy wąż zjadł właściwie niemal wszystkie niewielkie kręgowce na wyspie – jaszczurki, małe ssaki. Mangowce odnalazły się w nowym środowisku tak dobrze, że w szczytowym momencie było ich ponad 100 na hektar.

Piotr: To jest bardzo dużo jak na węże.

Ola: Takich wielkich węży to naprawdę dużo. I jak już zjadły większość tego, co się tam dało zjeść, ich populacja znacznie spadła, ale wciąż utrzymuje się na wysokim poziomie.

Piotr: W związku z tym niektóre straty gospodarcze – ich specjalnością okazały się przerwy w dostawach prądu. Bo tam, gdzie mamy napowietrzne przewody na słupach, te węże z dziką rozkoszą włażą na wszystkie drzewa, a w związku z czym na słupy też, i są w tym bardzo dobre. Mają nawet takie techniki włażenia, które są nieznane innym zwierzętom.

Natomiast jak już włażą na te słupy, to potem starają się przelecieć na przewody, a połączenie słupa z przewodem z pominięciem izolatora powoduje spięcie. Wąż się piecze, a prąd pada, i to jest naprawdę duży problem gospodarczy. Takich awarii jest tam nawet kilkaset rocznie spowodowanych tymi wężowymi zwarciami.

Walczy się z tym na wiele sposobów. Najskuteczniejszy okazuje się jak do tej pory paracetamol – ten sam, który się bierze u nas na ból głowy – bo dla mangowców jest wysoce toksyczny, a w środowisku nie powoduje istotnych strat czy problemów. Prowadzony jest tam projekt zrzucania martwych myszy nadziewanych paracetamolem, które mają być zjadane przez te węże – zrzuca się takie pakunki na małych spadochronikach.

Ola: Jak w Igrzyskach śmierci.

Piotr: Dokładnie, po to, żeby zatrzymywały się na drzewach wyżej, tam gdzie węże docierają. Były też inne patenty – na przykład jest praca z 2018 roku analizująca zastosowanie wyspecjalizowanych wiatrówek, takich airsoftowych, które okazują się bardzo skuteczne również w zwalczaniu tych węży. Nie strzela się do węży z broni palnej, prochowej, bo ona ma za duży efekt rażenia i można wywołać wiele strat nie tylko wśród węży, a te airsoftówki są wystarczające na węże, a nie wystarczające, żeby zrobić coś gorszego.

Ola: Na szczęście w planach eksterminacji węży zrezygnowano z fenomenalnego pomysłu wprowadzenia nowych drapieżników mających zwalczyć węże – wzmacnianie ekosystemów nowymi elementami powoduje więcej złego niż dobrego. Na przykład w Australii był moment, że próbowano zwalczać plagę królików za pomocą lisów, które okazały się kolejną plagą. Więc o tym już nie mówimy, ale to też miało miejsce.

Piotr: No tak, na szczęście ludzie się troszeczkę na błędach uczą, choć nie zawsze.

0:29:41 Szarańcza

Ola: "Rano wiatr wschodni przyniósł szarańcze. Szarańcza przyleciała na całą ziemię egipską i opuściła się na cały kraj egipski tak licznie, że tyle szarańczy nie było dotąd ani nie będzie nigdy, i pokryła powierzchnię całej ziemi. I ciemną stała się ziemia od szarańczy w takiej ilości. Szarańcza pożarła wszelką trawę ziemi i wszelki owoc drzewa, który pozostał po gradzie, i nie pozostało nic zielonego na drzewach i nic z roślinności polnej w całej ziemi egipskiej." To oczywiście fragment Biblii, Biblia Tysiąclecia.

Piotr: Księga Wyjścia, rozdział 10, wersety 13-19.

Ola: Opis plagi szarańczy, która dotknęła Egipt, wychodzi na to, że jest całkiem zgodny z tym, co rzeczywiście się dzieje, kiedy inwazje przypuszczają te wyjątkowe owady. Na początku trzeba wyjaśnić, że terminem szarańcza określa się najczęściej owady reprezentujące rodzinę szarańczowatych, inaczej szarańczaków. Obejmuje ona wiele różnych rodzajów i gatunków nazywanych powszechnie szarańczą lub konikami polnymi.

Piotr: To ładnie, bardzo ładnie. Czyli czekaj – to koniki polne u nas to też może być szarańcza?

Ola: Może, ale nie musi.

Piotr: No dobrze, dawaj.

Ola: Istnieje kilka gatunków szarańczy, które sieją ogromne zniszczenia, ale wśród nich w ścisłej czołówce znajdują się szarańcza pustynna i szarańcza wędrowna. Zacznijmy od tej drugiej, która nazywa się szarańcza migratoria – ona w normalnych warunkach, i zaraz wyjaśnię, co to znaczy, występuje w całej Afryce, także w Azji, Australii i Nowej Zelandii. Kiedyś bywała powszechna również w Europie, ale stała się tu rzadka.

Szarańcza wędrowna jest tak szeroko rozpowszechniona na całej półkuli wschodniej, że można ją spotkać również na wyspach japońskich, a dawniej docierała nawet do północnych rejonów Europy. W przeciwieństwie do szarańczy pustynnej, o której zaraz powiem, która pożera wszystko, absolutnie wszystko, szarańcza wędrowna żywi się wybiórczo, głównie trawami, w tym zbożami.

Piotr: To taki drobiazg. A propos Polski – sporadyczne inwazje szarańczy odnotowywano u nas prawdopodobnie już od XI wieku. Ostatnie udokumentowane przypadki pojawienia się w Polsce to okolice Kozienic, 1967 rok.

Ola: Tam w ogóle było ileś inwazji szarańczy między rokiem 1941 a 1967.

Piotr: No właśnie, to się nie bardzo kojarzy. Wiadomo na pewno, że szarańcza pojawiała się w Polsce w 1711 roku w Zwierzyńcu na Lubelszczyźnie. Znajduje się tam pomnik upamiętniający to wydarzenie, na którym można nawet przeczytać, ile owadów wówczas zabito. Napis głosi: "wyniszczono szarańczy żywej korcy 656". Z tymi korcami nigdy nie wiadomo, jaki to korzec, ale powiedzmy, że taka najbardziej uniwersalna miara, korzec warszawski, to 120,6 litra, co oznaczało, że zniszczono ponad 79 tysięcy litrów szarańczy.

Ola: Szarańcza liczona w litrach, to ciekawa miara.

Piotr: Na sztuki byłoby trudno.

Ola: Jest jeszcze gatunek pokrewny szarańczy wędrownej – nazywa się szarańczka marokańska. Bardzo ładnie. Spowodowała najgorsze od 60 lat zniszczenia na Sardynii.

Piotr: Faktycznie były doniesienia.

Ola: Sardynia zmaga się obecnie ze straszną suszą. I ta szarańcza…

Piotr: Pozdrawiamy język polski.

Ola: Tak, wielkie szkody wyrządziła nam susza. I szarańcza.

Szarańcza pustynna to jest ten drugi gatunek, gorszy. W spokojnych okresach żyje na półpustynnych i pustynnych terenach Afryki, Bliskiego Wschodu i Azji Południowo-Zachodniej. Ta szarańcza jest uważana za najbardziej niszczycielskiego szkodnika wędrownego na świecie. Zjada praktycznie wszystko, co napotka na swojej drodze – warzywa, owoce, rośliny strączkowe, rośliny zbożowe, zebrane ziarno, liście drzew, krzewów, wszystko.

Co jakiś czas, w sprzyjających dla tych owadów warunkach, szarańcze się namnażają, czyli spokojny okres zamienia się w niespokojny, i szarańcze rozprzestrzeniają się z wiatrem, niszcząc na swojej drodze roślinność, w tym kompletnie rujnując uprawy.

Piotr: I trzeba przyznać, że na swój straszny sposób szarańcza jest naprawdę niesamowita, bo w ciągu trzech miesięcy jest w stanie zwiększyć liczebność dwudziestokrotnie, po sześciu miesiącach czterystokrotnie, po dziewięciu miesiącach osiem tysięcy razy. Te owady są bardzo mobilne, nazwijmy to tak oględnie – z wiatrem mogą pokonać nawet 150 kilometrów dziennie. Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa, czyli FAO, twierdzi, że roje szarańczy mogą mieć powierzchnię do kilkuset kilometrów kwadratowych, co daje od 40 do 80 milionów osobników na każdy kilometr kwadratowy.

Pamiętam takie filmy, chyba głównie rysunkowe, jak przylatuje ta szarańcza, siada, za chwilę odlatuje i nic już nie ma.

Ola: To nie jest dalekie od prawdy. Po prostu robi się ciemno od szarańczy, są zdjęcia, które pokazują, że po prostu zaciemnia niebo.

Piotr: Siadają, zjadają, i co dalej? Każdy milion szarańczy zjada jedną tonę żywności, czyli jak mamy rój o powierzchni kilometra kwadratowego, to może w ciągu jednego dnia zjeść tyle żywności, ile zjadłoby 35 tysięcy osób. To też są szacunki FAO.

Ola: Dla szarańczy pustynnej najbardziej sprzyjającymi warunkami są naprzemienne okresy susz i ulewnych deszczy, czyli ekstremalne wzorce pogodowe.

Piotr: Coś mi to mówi.

Ola: Te ekstremalne wzorce pogodowe nasilają się wraz ze wzrostem średnich globalnych temperatur, spowodowanym zmianą klimatu – to obserwacje, które poczyniła Narodowa Służba Oceaniczna i Atmosferyczna, NOAA, czyli amerykańska instytucja rządowa zajmująca się prognozowaniem pogody. Badania pokazują, że dalsza zmiana klimatu dotyczy jeszcze bardziej obszaru inwazji szarańczy, zwłaszcza na terenie Afryki, co znowu czyni nas, ludzi, w dużej mierze odpowiedzialnymi za inwazję tych zwierząt, które w ostatnich latach robią się coraz bardziej dotkliwe.

W szczególności dotyczy to plagi, która dotknęła wschodnią Afrykę w ostatnich latach, dosłownie niedawno, od 2019 do 2021 roku. Zaistniały tam pewne szczególne warunki, które rzeczywiście pozwoliły tym szarańczom namnożyć się do absolutnie rekordowych liczb. W maju 2018 roku cyklon pojawił się nad pustyniami Jemenu, Omanu i Arabii Saudyjskiej. W tych obszarach deszcz jest rzadkością, a to spowodowało rozkwit pustyni, niespodziewany przyrost roślinności, która jest pokarmem dla szarańczy pustynnej. To sprzyjało namnażaniu się tych owadów, mnożyły się w zawrotnym tempie.

Populacja tych owadów z pewnością by się zmniejszyła, gdyby nadeszła kolejna susza, co jest regułą w tym rejonie świata. Ale uwaga – w październiku, kilka miesięcy później, pojawił się kolejny cyklon tego samego roku, czyli kolejne deszcze, które znowu spowodowały zakwit roślinności na pustyni i znowu namnożyło się tej szarańczy. Wcześniej cyklony w tym rejonie pojawiały się raz na kilka lat, może nawet raz na dekadę, a nie kilka razy w roku, jak jest obecnie. Tłumaczy się to tym, że nagrzewają się wody Oceanu Indyjskiego, co prowadzi do rekordowych opadów. Właśnie tak się stało pod koniec 2019 roku, kiedy we wschodniej Afryce pojawiły się wskutek tego idealne warunki do rozwoju szarańczy.

Piotr: No właśnie, ta szarańcza zalała w 2019 roku wschodnią Afrykę. W ciągu kolejnych dwóch lat wywołała najgorszą od 25 lat plagę w Etiopii i Somalii oraz najgorszą od 70 lat w Kenii, co skutkowało wielkim głodem wśród ludzi i wymieraniem bydła, bo bydło nie miało się czym żywić na pastwiskach – nie było pastwisk, były zjedzone. Roje dotarły do Ugandy, Sudanu Południowego, Tanzanii, Jemenu, a nawet poza Afrykę Wschodnią, do Demokratycznej Republiki Konga.

Doktor habilitowany Stanisław Knutelski z Instytutu Zoologii i Badań Biomedycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego, cytat: "Obecnie inwazja szarańczy kieruje się w stronę Sudanu Południowego. Mniejsze gromady szarańczy obserwowano również w Dżibuti, Erytrei i Sudanie. Oprócz Afryki Wschodniej szarańcza mnoży się także na Półwyspie Arabskim, w Indiach, Iranie i Pakistanie, który ogłosił stan wyjątkowy. Dotknięte przez szarańczę obszary zostały praktycznie zniszczone. Setki miliardów osobników zatrzymują się na uprawach, łąkach, pastwiskach oraz w lasach, pożerając niemal wszystko na swojej drodze – wszystkie żywe liście traw, jak również ziarno, rośliny strączkowe i sorgo, pozostawiając drzewa niemal całkowicie nagie."

Ola: Doktor habilitowany Knutelski dodaje, że różne gatunki szarańczy co roku sumarycznie pożerają około 1,5 światowych plonów.

Piotr: To robi wrażenie.

Ola: I zwalczanie tej szarańczy ma gigantyczne znaczenie. Jak się to robi? Za pomocą pestycydów. W Afryce Wschodniej i Jemenie stosuje się pestycydy na obszarze do miliona kilometrów kwadratowych, żeby chociażby zminimalizować kryzys żywnościowy, co niestety nie zawsze się udaje.

Szkodliwość pestycydów i wprowadzone w związku z tym ograniczenia w ich stosowaniu sprawiają, że przeciwdziałanie nowym plagom szarańczy pustynnej jest coraz trudniejsze. Ponadto zmieniły się wzorce pogodowe – opryski pestycydami są skuteczne z samego rana, bo wtedy owady znajdują się na ziemi, przy jej powierzchni, a niestety o tej porze obecnie często pada deszcz, co powoduje, że oprysków po prostu się nie da wykonać.

Do tego dochodzi problem, że szarańcza potrafi wznieść się nawet na kilometr ponad ziemię, szybować sobie i, uwaga, zagrażać nisko lecącym samolotom – szarańcze mogą się dostać do ich wnętrza, a nawet je uszkodzić. A co najgorsze, zarówno Etiopia, jak i Kenia w 2020 roku miały zaledwie kilka samolotów służących do oprysków. Sytuacja była szczególnie trudna w Sudanie Południowym i Somalii, bo tam toczą się lokalne konflikty i po prostu nie ma komu walczyć z szarańczą.

Agenda Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa, FAO, o której już wspominaliśmy, zebrała i przeznaczyła na zwalczanie szarańczy w Rogu Afryki w latach 2020-2021 niemal 200 milionów dolarów, finansując głównie opryski z samolotów. To poprawiło sytuację w tamtym regionie, chociaż niestety daleka ona jest od ideału.

Piotr: Do monitorowania przemieszczania się tych rojów wykorzystuje się obserwacje satelitarne, programy pogodowe. Wspomniana już NOAA, czyli ta amerykańska agencja zajmująca się prognozowaniem pogody, śledzi roje szarańczy i używa tych samych aplikacji, które przewidują zachowanie na wietrze smug dymu i pióropuszy pyłu po wybuchach wulkanów.

Ola: A do walki z szarańczą obecnie wykorzystuje się również drony. Służą do mapowania danego obszaru i prognozowania kierunku przemieszczania się rojów szarańczy na podstawie obserwacji wegetacji roślin i prognozowanych kierunków wiatru. Gdzieniegdzie drony są wykorzystywane również bezpośrednio do wykonywania oprysków.

0:43:12 Racicznica zmienna

Piotr: To przechodzimy do kolejnych sympatycznych zwierzaczków. Nadal pozostajemy przy zwierzaczkach, które są malutkie, ale jak już się zbiorą do kupy, to jest gorzej.

Ola: Ale nie są puchate.

Piotr: Nie, te nie są puchate, co więcej, tną nogi na łatwo.

Ola: No to nie jest przyjemne zwierzę.

Piotr: Nie, nie są przyjemne, w ogóle nie są przyjemne. Nie kojarzą nam się specjalnie z jakimiś rączymi zrywami czy wielkimi wyprawami oceanicznymi, faktycznie raczej są zwierzątkami osiadłymi. Za to jak już ktoś zapewni im skuteczny środek transportu, to mogą narobić szkód naprawdę trudnych do wyobrażenia. I tak właśnie się stało z naszą obecną bohaterką, czy antybohaterką, racicznicą zmienną. Znowu pozdrawiamy język polski.

Ola: Racicznica zmienna, i tej nazwy będziemy musieli tutaj używać bardzo często.

Piotr: Będziemy mówili małże. Jak gdzieś znajdziecie zdjęcie, to pewnie ją poznacie, bo często dość widać. Wywodzi się z jezior południowej Rosji i Ukrainy, z obszarów Morza Kaspijskiego i Czarnego. Do Europy szerzej trafiła, i to chyba nie po raz pierwszy, ale o tym za chwilę, w XIX wieku, gdy żegluga rzeczna stała się powszechna, chociaż pierwsze doniesienia o jej obecności na Węgrzech pochodzą jeszcze z końca XVIII wieku.

Ola: Taką sławę, raczej ponurą, racicznica zyskała pod koniec XX wieku. Cała ta historia zaczęła się od Kanady, od jeziora St. Clair, należącego do obszaru Wielkich Jezior.

Piotr: Chociaż samo St. Clair nie jest wielkim jeziorem, ale zalicza się do tego zespołu.

Ola: Jezioro St. Clair jest częścią Drogi Wodnej Świętego Wawrzyńca, czyli trasy, która pozwala płynąć z Atlantyku w sam środek Ameryki Północnej. To ważne, bo statki wpływały tam i wypływały, aż zawiozły tam naszego malutkiego bohatera. Prawdopodobnie racicznica przewędrowała przez ocean w zbiornikach wody balastowej, opróżnianych właśnie w Wielkich Jeziorach. Inna hipoteza głosi, że była przyczepiona do kotwic, łańcuchów – te co prawda nie są stale zanurzone, ale nasze dzielne małże mogą w niskiej temperaturze wytrzymać poza wodą nawet, uwaga, kilka tygodni. Są więc prawdziwymi twardzielami.

Piotr: Okej, w każdym razie dotarły do Ameryki w ten czy inny sposób i tam zrobiły naprawdę niezłą zrubę. Mają dwie szczególne cechy, które zdecydowały o ich wielkim sukcesie i naszych, nie tylko naszych, wielkich kłopotach. Po pierwsze, mają bardzo skuteczną strategię rozmnażania się – następuje ono w dwóch cyklach, jesiennym i wiosennym, i każda samica może rocznie wytworzyć około, uwaga, miliona larw, które są maciupeńkie i rozprzestrzeniają się po zbiorniku wodnym. Szczególnie dobrze działa to w rzekach – jeżeli mamy gdzieś, na górze rzeki, takie racicznice, to cały bieg rzeki będzie nimi obsadzony.

Ola: Ładne słowo wymyśliłeś.

Piotr: I jeszcze te larwy są naprawdę malusieńkie, więc bardzo łatwo przenoszą się w nowe miejsca. Druga cecha to tendencja do tworzenia bardzo rozbudowanych kolonii, gdzie te małże montują się jedne na drugich, tworząc rozbudowane narośla złożone z tysięcy osobników. I robią to, gdzie popadnie – blokują rury w elektrowniach, w instalacjach przemysłowych, zatykają wodociągi miejskie, ale też obwieszają wszelkie boje nawigacyjne, kadłuby statków, czujniki, urządzenia znajdujące się w wodzie. Zatykają pompy, filtry, niszczą od wewnątrz zbiorniki. Są odporne na zasolenie i, uwaga, na chlor, więc można sobie chlorować takie instalacje, a racicznice nic sobie z tego nie robią.

Ola: Z grubą nieprzyzwoitością, jak to mawiał jeden z bohaterów "Ziemi obiecanej".

Piotr: Co ty tu przemycasz, jakieś kryptoreklamy? Nie, nie jest sponsorem. Problem z tymi małżami jest bardzo duży i coraz większy – w miliardach dolarów. Na początku XXI wieku te straty sięgały w Stanach Zjednoczonych ponad 5 miliardów dolarów. Teraz jest tego znacznie więcej, chociaż nie znalazłem nowszych danych.

Co więcej, nie ma jednej skutecznej strategii zwalczania tego problemu. Racicznice mają tę właściwość, że nie przyczepiają się do stopu miedzioniklu, więc jeśli się da, to pokrywa się nim różne kluczowe elementy, ale nie wszystko da się w ten sposób zabezpieczyć.

Ola: Czy to chodzi o przewodnictwo elektryczne?

Piotr: Nie wiem, dlaczego, bardzo możliwe, ale naprawdę nie wiem, dlaczego się nie przyczepiają – to ich prywatna sprawa i nie powinno się tym interesować, przepraszam.

Na dniach jest afera, bo w Wielkiej Brytanii, chyba na plaży, znaleziono ogromne ilości takich kuleczek – podobno wywaliło je z jakiejś instalacji, która była czyszczona. To czyszczenie robi się dość często, nawet kilka razy w miesiącu – przepuszcza się te kuleczki przez zamkniętą instalację i one odłupują te małże. Tym razem gdzieś to się wydostało i jest to spory problem środowiskowy, bo nagle ogromna ilość takiego tworzywa dostała się do środowiska.

Ola: Poza oblepianiem wszystkiego, co się da, ten inwazyjny gatunek ma jeszcze jedną szczególną cechę. Jest znakomitym filtratorem wody. To naprawdę brzmi nieźle, sympatycznie z jego strony, pozornie – bo tam, gdzie jest dużo tych racicznic, woda staje się czystsza i bardziej przejrzysta. To jest bardzo dobrze, tylko to nie zawsze jest tak dobrze, bo zwiększenie przejrzystości wody mocno zmienia cały ekosystem. Pozwala dzięki temu na intensywniejszy rozwój roślin.

W jeziorze Erie, wśród tych wielkich jezior amerykańskich, przejrzystość zwiększyła się z 15 centymetrów do około metra. To doprowadziło do powstawania dużych ilości mułu, zanieczyszczenia brzegów i problemów z jakością wody. Zwiększa się też liczebność niektórych gatunków ryb, co znowu zakłóca istniejące łańcuchy pokarmowe. Przebudowuje się cały ekosystem przy udziale tych racicznic.

Piotr: Tak, one też inne problemy stwarzają. Z jednej strony stają się pożywieniem dla niektórych gatunków, więc tych gatunków przybywa, ale to też bywa problemem, dlatego że, jak mówiliśmy, filtrują wodę, a to znaczy, że w ich ciałach pozostaje to, co przefiltrowały. Bywa, że całe populacje – był przypadek takiej populacji ptaków, nie pamiętam jakich – nażarły się takich zatrutych racicznic i tysiące ptaków zginęło właśnie przez to zatrucie tymi filtrującymi małżami.

I oczywiście jest, jak zawsze, wypieranie rodzimych gatunków – wiadomo, gromadzi się ich strasznie dużo, w związku z czym dominują w ekosystemach, zajmują nisze wykorzystywane wcześniej przez inne gatunki, i po prostu te gatunki giną.

Ciekawa sprawa, bo w Europie, skąd trafiły do Ameryki, ten problem owszem istnieje, ale dotyczy bardziej zatykania wszystkiego, co tylko da się zatkać, natomiast ten niszczący wpływ na ekosystem jest mniejszy. Nie do końca wiadomo, dlaczego, ale jedna z hipotez mówi, że racicznica już raz urządziła sobie najazd na Europę, i to było dość dawno, jeszcze przed epoką lodowcową.

Ola: Czyli nie z wikingami.

Piotr: Nie, nie, nie, właśnie dlatego mówiłem, że z tymi wędrówkami, roznoszeniem przez ludzi i inwazjami to różnie bywa, bo tej inwazji trudno powiedzieć, jak zaszła.

Ola: Czy to ludzie ją wywołali?

Piotr: Nie wiemy, czy tak było, są takie podejrzenia. Natomiast mogło być tak, że jeżeli rzeczywiście już dawno temu one tutaj raz trafiły, to te europejskie ekosystemy stały się już bardziej odporne, wyrobiły się jakieś mechanizmy, i te racicznice nie zdemolowały naszych okolic tak, jak zdemolowały Amerykę i jak dalej ją demolują, bo cały czas się rozprzestrzeniają.

Tam są bardzo, wręcz drakońskie przepisy dotyczące na przykład transportu sprzętu wodnego – jeżeli masz motorówkę na jednym jeziorze i chcesz ją przenieść gdzieś kawałek dalej, musisz ją wyczyścić, musisz spuścić wodę ze wszystkich otworów, odłupać wszystkie zwierzęta, wyczyścić, żeby nie przenosić tych larw i małży dalej, co oczywiście, zgadnij, jak bardzo się nie sprawdza.

Ola: No jak płoty w przypadku królików w Australii.

Piotr: No, coś w tym guście.

0:53:19 Kudzu

Ola: Teraz pora na kudzu. Kudzu, czyli pueraria łatkowata.

Piotr: Ale żeś znalazła nazwę.

Ola: Piękna nazwa polska. To jest jedna z najbardziej inwazyjnych roślin na świecie. Dysponuje pnączami o długości nawet do 30 metrów i porasta dosłownie wszystko wokół, miażdży inne rośliny i odbiera im światło, co prowadzi do ich zamierania. Może kojarzycie takie zdjęcia, gdzie pnącza oplatają wszystko – drzewa, słupy telefoniczne, domy, samochody, wszystko jest pokryte takim zielonym kobiercem. Ładnie to wygląda, ale za tą ładnością stoi wielki problem, bo powstaje po prostu monokultura kudzu, która jest bardzo poważnym zagrożeniem dla lokalnej bioróżnorodności – bo wraz z pewnymi gatunkami roślin znikają też zwierzęta, które są uzależnione od jedzenia tych roślin albo od chronienia się wśród nich.

Piotr: Kudzu pochodzi z Azji Południowo-Wschodniej, Oceanii i Japonii, tam pierwotnie występowało. Ale przecież tak ślicznie kwitnie na fioletowo i tak ślicznie się wspina po wszystkim, po słupach, ścianach, klifach – każdy by chciał mieć coś takiego ślicznego w ogródku. Dodatkowo promuje je medycyna chińska, która jest, mam wrażenie, jednym z większych problemów ludzkości…

Ola: Dla bioróżnorodności. Medycyna chińska, która wybiera sobie jakieś rzadkie gatunki – oby wybierała sobie kudzu, a nie na przykład koniki morskie, rekiny, słonie czy cokolwiek innego, i próbowała przerabiać je na lekarstwa.

Piotr: Ta tradycyjność tej medycyny chińskiej jest też wybitnie wątpliwa, to jest temat na osobny odcinek. Dla medycyny chińskiej kudzu ma pomagać podobno na migreny, nadciśnienie, a nawet, uwaga, alkoholizm. Więc oczywiście, skoro tak, to trzeba je zabrać ze sobą – kudzu wyruszyło w podróż i trafiło z ludźmi do Ameryki Północnej i Środkowej, Afryki Południowej, Azji Centralnej, na Kaukaz, na Ukrainę, a także do kilku lokalizacji w Szwajcarii i we Włoszech. Bardzo jestem ciekaw, jak szybko ogrodnicy, którzy sprowadzali te jakże piękne, fioletowe, urocze, szybko rosnące roślinki, zorientowali się, że to nie jest najlepszy pomysł.

Ola: No tak. Jak bardzo zły to był pomysł, przekonali się mieszkańcy Stanów Zjednoczonych, ponieważ kudzu przypuściło prawdziwą inwazję na południowym wschodzie tego kraju – to Stany Georgia, Alabama, Missisipi, które są dotknięte tym rozwłóczącym się kudzu, obrastającym wszystko i plenącym się w każdym miejscu, które jest nieużytkiem.

A jak właściwie do tego doszło? Bo to nie było takie proste, że po prostu zostało zawleczone przypadkowo i jakoś wyrwało się na wolność. Nie, nie, nie. Roślina stała się znana w Stanach Zjednoczonych w 1876 roku.

Piotr: Dokładnie wiadomo.

Ola: No tak, bo wtedy właśnie Japonia zaprezentowała kudzu na wystawie międzynarodowej w Filadelfii. Po wystawie wszystkie kudzu zostały zgodnie z prawem zniszczone, ale ci, którzy je tam zobaczyli, zachwycili się nim, spodobało im się to egzotyczne pnącze, i zaczęli sami na własną rękę sprowadzać je z zagranicy. Od końca XIX wieku nasiona kudzu znajdowały się w ofercie wielu katalogów nasion roślin ozdobnych – katalogi wysyłkowe w Stanach Zjednoczonych były wtedy bardzo popularną formą sprzedaży wielu dóbr rozmaitego typu.

Piotr: Właściwie jedyną na wielu obszarach.

Ola: Do dalszego rozprzestrzenienia się tej inwazyjnej rośliny przyczynił się, uwaga, bezpośrednio rząd Stanów Zjednoczonych. Tak, sami to sobie zrobili. W szybko rosnącym kudzu władze widziały remedium na tak zwany Dust Bowl. Mówiliśmy o tej katastrofie ekologicznej…

Piotr: Jezu, muszę to powiedzieć – ponumerowałem odcinki.

Ola: W jednym z naszych podcastów, i to znajdziecie w podcaście numer [? niepewne: Piotrek Szczyka].

Piotr: Czekaj, dobra, Ola dalej opowiada, a ja tu tymczasem wszystko sprawdzę.

Ola: To była katastrofa ekologiczna, która była skutkiem suszy i silnej erozji gleb w Stanach Zjednoczonych w latach 1931-1938, i dotknęła stany na Wielkich Równinach. Masz już ten numer podcastu?

Piotr: Nie, ale też warto – a pamiętasz, o czym był ten podcast?

Ola: O katastrofach spowodowanych przez ludzi.

Piotr: Aha, mam. "Katastrofy z głupoty, chciwości i złej woli" – to jest odcinek, uwaga, dziesiąty. Tylko tym, którzy słuchają nas na YouTubie, przepraszam, bo tam ta numeracja nie jest jeszcze skończona, dlatego że okazało się, że są pewne różnice względem tego, co jest na innych platformach – między innymi dlatego, że jeden z odcinków na YouTubie jest w formie filmu, a do podcastu trafił, a na inne platformy trafił w formie podcastu. W związku z czym, YouTubowcy, proszę jeszcze o chwilę cierpliwości. Pozdrawiam szczególnie tego komentującego, który zaproponował, że nam ponumeruje, tylko żebyśmy mu dali dostęp – doceniamy tę inicjatywę, dziękujemy, ale postaramy się już skończyć to numerowanie sami.

Ola: Numer dziesiąty świadczy o tym, że to jest dość wczesny z naszych podcastów.

Piotr: Tak, ale tu poproszę o brawa dla Kaczka, który z wielkim poświęceniem numerował i numerował. Pozdrawiam też tę osobę, która słusznie powiedziała, że jak ktoś mówi, że ponumeruje, to ponumeruje, i nie ma co mu co pół roku przypominać.

Ola: To żebym ja nie przypominała.

Piotr: Tak, o ciebie chodziło, właśnie.

Ola: Ok, więc mamy ponad 40 odcinków naszego podcastu, a tych tematów jest ze 40, i sama nie wiem, co się w nich jeszcze mieści.

Piotr: Musiałaś to powiedzieć, prawda?

Ola: Musiałam. Ale wracam teraz do katastrofy ekologicznej nazywanej Dust Bowl, w latach trzydziestych w Stanach Zjednoczonych. Decyzją Kongresu Stanów Zjednoczonych rozdano farmerom z południowych stanów dotkniętych Dust Bowl blisko 85 milionów sadzonek kudzu. I mimo że roślina ta ostatecznie nie sprawdziła się jako wsparcie upraw czy lekarstwo na zubożenie gleby, które wtedy było głównym problemem, to doskonale poradziła sobie na nieużytkach, poboczach dróg, wzgórzach czy obrzeżach lasów, które z prawdziwą furią porasta po dziś dzień.

Podczas drugiej wojny światowej Amerykanie sprowadzili kudzu na wyspy Fidżi i Vanuatu.

Piotr: Byli wdzięczni.

Ola: No na pewno, żeby roślina ta służyła im jako kamuflaż dla sprzętu. I rzeczywiście służyła, a teraz jest głównym chwastem w tym regionie.

Piotr: Kudzu radzi sobie świetnie w nowych obszarach, bo jest odporne na susze, a jeśli chodzi o mróz, to owszem, obmarza to, co jest nad ziemią, natomiast korzenie potrafią sięgać metr w głąb i nic im nie zaszkodzi. Trzymają się dobrze, cokolwiek by im było.

Ola: Zmiana klimatu wpływa na kudzu znakomicie – znaczy się znakomicie dla tej rośliny, nie dla środowiska. Wyższe stężenie dwutlenku węgla w atmosferze zwiększa rozrost i liczbę jej liści, a wzrost temperatur ułatwia jej ekspansję na północ, więc kudzu będzie miało więcej terenów do swojej inwazji. Od 2009 roku kudzu jest już w Kanadzie, i pochód trwa.

Piotr: Nie, nie zasadzimy sobie w ogródku, nie proś.

1:02:05 Zakończenie

Ola: Te przykłady pokazują, do jakich nieszczęść, i to najtrudniejszych do przewidzenia, są w stanie doprowadzić rozmaite gatunki, które po prostu nie przynależą do danego obszaru, do danego ekosystemu.

Piotr: A też warto zwrócić uwagę na to, że część tych tematów, o których mówimy, to są tematy, które będą narastały właśnie ze względu na zmiany klimatu zachodzące, więc może to jest taki mało optymistyczny wątek, ale wygląda na to, że nie dość, że mamy te problemy, to pewnie pojawią się jeszcze kolejne, bo przecież część tych inwazji to są inwazje naprawdę stosunkowo nowe, takie jak chociażby te nieszczęsne małże, które całkiem niedawno wjechały do Ameryki, a już narobiły niezłego zamieszania.

Ola: Więcej historii zapewne będziemy Wam opowiadać w kolejnych odcinkach naszego podcastu, bo naprawdę jest tego sporo i są to bardzo interesujące, i dziwne niekiedy, przypadki – jak na przykład węże pytony birmańskie, które rywalizują na Florydzie z aligatorami o pożywienie oraz, uwaga, niekiedy pożerają aligatory.

Piotr: Ojejku, ale wow. Wyobraziłem sobie taki aligator kontra wąż, takie filmy katastroficzne – ten aligator ma 300 metrów, a ten wąż 800.

Ola: Nie, nie, mówimy o wężu, który na przykład ma 5 metrów długości, więc to spoko, nie?

Piotr: I tym optymistycznym akcentem – powiedzcie innym o naszym podcaście, zajrzyjcie sobie do naszego koszulkowego sklepu, jest link w opisie.

Ola: Na stronie [? niepewne: kreatorium.com], i tam jest nasz sklep Crazy Nauka.

Piotr: Komentujcie, bardzo polecamy, uwielbiam komentarze na Spotify, zawsze pozdrawiam – niestety nie możemy na nie odpowiadać, bo tam nie ma takiego mechanizmu, żeby się dało odpowiedzieć, ale naprawdę czytamy i czasami jest naprawdę bardzo miło, więc dzięki za te komentarze.

Ola: Jeśli macie jakieś uwagi, chcecie, żebyśmy o czymś opowiedzieli, czy chcielibyście przekazać nam coś innego, piszcie na [? niepewne: podcasty@crazynauka] albo przez naszą stronę.

Piotr: Tak, no i o tym, żeby subskrybować podcast, gdzie się da, to już mówiliśmy, co jeszcze… No i tyle właściwie, dziękujemy Wam bardzo. W każdym razie za opóźnienie przepraszamy.

Ola: Postaramy się wcelować we wtorek, za dwa tygodnie, z kolejnym odcinkiem naszego podcastu.

Piotr: Dzięki, cześć.

Źródła

Brak listy źródeł w kolumnie "źródła (z opisu)" w indeksie – odcinek sprzed wprowadzenia tej praktyki w opisach RSS.

Źródła

Króliki w Australii

Węże na Guam

Szarańcza