Podcast Crazy Nauka · odc. 54
Nauka na czasie – jak nie zginąć od pioruna oraz odczytywanie emotikonów
Posłuchaj też na:
Dlaczego podczas burzy warto jednak zmoknąć, by uniknąć znacznie większych strat oraz jak kultura wpływa na nasz sposób odczytywania emotikonów? Odpowiadamy na te pytania – oczywiście z pomocą badań, których wyniki zostały niedawno opublikowane.
To odcinek z cyklu “Nauka na czasie”, czyli lżejsza wersja naszego podcastu, w której omawiamy dwa wybrane naukowe newsy. Cykl ten nadajemy co drugi tydzień, na przemian z dłuższymi odcinkami.
Transkrypcja odcinka
Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.
0:00:00 Wstęp
Ola: Po co razić żelową głowę prądem?
Piotr: Czy wszyscy tak samo rozumieją emotikonki? Cześć, tu Ola Stanisławska i Piotrek Stanisławski, podcast Crazy Nauka.
Ola: Od razu przepraszamy, że pojawiamy się z tym nowym odcinkiem nie tak jak zawsze we wtorek, tylko w środę. Mieliśmy nagrać ten odcinek wczoraj wieczorem, ale wracaliśmy z roboty z Katowic i trwało to kilka godzin dłużej z powodu protestu rolników na drogach.
Piotr: Nie byliśmy szczęśliwi, a dotarliśmy w takim stanie, że potem padliśmy już całkiem bez życia, więc czasem się może zdarzyć, ale jesteśmy, żyjemy.
Ola: Jesteśmy i dzisiaj mówimy o tym, dlaczego podczas burzy warto jednak zmoknąć, by uniknąć jeszcze większych strat, znacznie większych, oraz o tym, jak kultura wpływa na to, w jaki sposób odczytujemy emotikonki.
Piotr: Choć nie tylko kultura.
Ola: Choć nie tylko. I dziś postaramy się odpowiedzieć na te pytania. Oczywiście nie my sami z głowy, czyli z niczego, tylko z pomocą badań, których wyniki zostały niedawno opublikowane.
Piotr: Już teraz powiem, chociaż pewnie jeszcze powtórzę, zwłaszcza w tej mojej części będzie tych badań dużo. Niektóre wyniki mogą być zaskakujące lub wręcz dla niektórych kontrowersyjne, dlatego odsyłamy do opisu odcinka, tam są linki do tych wszystkich badań. To jest w ogóle odcinek z cyklu Nauka na czasie, czyli ta lżejsza wersja naszego podcastu, w której omawiamy dwa wybrane naukowe newsy.
Ten cykl nadajemy co drugi tydzień, na przemian z tymi dłuższymi odcinkami. Postaramy się, żeby dzisiaj ten krótszy odcinek był naprawdę krótszy, bo trochę nas obsłabaczyliście słusznie, że czasami te dłuższe…
Ola: Te krótsze się robią dłuższe.
Piotr: Tak, właśnie, więc będzie krótszy, mam nadzieję, zobaczymy.
Ola: Ale zanim przejdziemy do właściwej opowieści naszej dzisiejszej, to bardzo dziękujemy tym wszystkim spośród was, którzy nas wspierają finansowo w tworzeniu tego podcastu. A jeśli mielibyście ochotę dołączyć do tych osób, do grona naszych patronów bądź też osób, które nam po prostu coś tam dorzucają, to zapraszamy do naszego konta w serwisie Patronite albo do konta w serwisie BuyCoffee. Oba linki znajdziecie w opisie odcinka.
Piotr: Tak, BuyCoffee to takie jednorazowe, po prostu dorzucają się do kawy, zawsze miło. I też bardzo przypominamy, że możecie zasubskrybować podcast. To są dwie kwestie. Po pierwsze, nie ominie was nowy odcinek, bo dostaniecie powiadomienia, ale też wszelkie algorytmy dostaną bardzo mocnego kopa z informacją: hej, ten podcast jest śledzony przez dużo osób, no to warto go pokazać kolejnym osobom, skoro jest taki fajny, więc dołączajcie, dołączajcie, subskrybujcie.
Ola: Na którejkolwiek platformie podcastowej chcecie, ponieważ jesteśmy obecni na wszystkich liczących się platformach podcastowych.
Piotr: Tych nieliczących się też.
0:03:01 Dlaczego warto zmoknąć podczas burzy
Ola: No to zaczynamy. I pierwszy z naszych newsów dotyczy tego, czego wkrótce będziemy mieli okazję doświadczać częściej, czyli burz. Bo zbliża się wiosna, wielkimi krokami już się pojawiają, ptaszki świergolą, w naszych social mediach pojawiły się u różnych osób zdjęcia przebiśniegów.
Piotr: Za miesiąc już wiosna kalendarzowa.
Ola: A przypominam, że burze pojawiają się nie tylko wiosną, ale również zimą.
Piotr: Była jedna.
Ola: Tak, była taka jedna burza, która sprawiła, że drzewa nam spadły na ogrodzenie i w stronę domu.
Piotr: W tym roku była burza nad Warszawą, zagrzmiało.
Ola: Tak, ale my mówimy tutaj bardziej o tych burzach letnich, podczas których być może nie boimy się zmoknąć tak mocno jak w czasie, kiedy jest zimno i rzeczywiście to zmoknięcie wiązałoby się z bardzo przykrymi konsekwencjami. Bo zmoczenie głowy, zmoczenie włosów podczas burzy – uwaga, uwaga – wyniki badań pokazują, że może zwiększyć szansę na przeżycie po uderzeniu piorunem nawet o 90 procent.
Piotr: Wow, to taki konkret, powiedziałbym.
Ola: Taki konkret i rozwinę ten temat, bo okazało się, że to jest fascynujące.
Piotr: Zawsze problem przy tworzeniu tych – ja też, jak swój obszar eksplorowałem, to natychmiast zapadłem w milion pobocznych wątków, dygresji i tak dalej. To jest super ciekawe zawsze, taki research.
Ola: Tak, super ciekawe, i oczywiście dołączyłam do tego szereg innych wątków i badań. Ale zacznijmy od tego, że oczywiście kiedy jest burza na zewnątrz, to najlepiej nie wychodzić z domu i siedzieć w pomieszczeniu, w którym jesteśmy bezpieczni, gdzie działają instalacje odgromowe, które po prostu sprowadzą elektryczność po ścianie budynku do ziemi. Ale jeżeli już zdarzy nam się niechcący czy z konieczności, że będziemy na zewnątrz, kiedy jest burza, no to wówczas, jeżeli przy tej okazji zmokniemy, to tylko lepiej dla nas, bo zminimalizujemy negatywne skutki ewentualnego uderzenia piorunem w nasze ciało. Brzmi to strasznie, bo uwaga – nie od wszystkich uderzeń piorunem, trafień piorunem się ginie. Jest całkiem dużo przypadków, kiedy ta błyskawica przechodzi po ciele człowieka i czyni jakieś spustoszenia, ale człowiek przeżywa.
Jak to się dzieje? Zostały przeprowadzone bardzo ciekawe badania, które dotyczyły tego, w jaki sposób wilgoć na powierzchni może wpłynąć na sposób, w jaki piorun przemieszcza się po ludzkiej głowie. Ludzka głowa to jest ten obiekt, w który ten piorun trafia najczęściej, jeżeli w ogóle nas trafia, bo jest najbliżej tegoż pioruna. Jest największym zwieńczeniem z naszego punktu widzenia, jeżeli w pobliżu nie znajduje się coś, co ten piorun ściągnie, czyli na przykład…
Piotr: Drzewo czy jakiś budynek, albo jeżeli nie leżymy albo nie stoimy na głowie.
Ola: I uwaga, w tym celu, żeby to sprawdzić, naukowcy stworzyli fantomy ludzkich głów. To już mnie zafascynowało w tym badaniu, ponieważ te fantomy zostały zaprojektowane tak, żeby naśladować właściwości przewodnictwa elektrycznego prawdziwych ludzkich głów. To wszystko wzorowane było na licznych danych, między innymi na danych z tomografii komputerowej. Każdy z takich fantomów składał się z odpowiedników skóry, czaszki i mózgu, który się znajduje wewnątrz czaszki. I to wszystko zostało wykonane z materiałów, które miały podobne właściwości do ludzkich tkanek.
Dominowały w tym chlorek sodu, czyli główny składnik soli kuchennej, woda, grafit i agaroza. Agaroza to taka żelowata substancja. Piotrek tutaj się uśmiecha, bo miał do czynienia w laboratorium z agarozą.
Piotr: No tak, to się używa do robienia tak zwanych żeli. Na żele puszcza się różne substancje, czyli wylewa się z żelu taką płytkę. To rzeczywiście wygląda jak taka galaretka, tylko twarda. Zwykle w tej płytce robi się dziurkę i tam wpuszcza się jakąś substancję. Pod to wszystko podłącza się prąd, tak żeby ta substancja wędrowała w stronę elektrody, i zależnie – to już bardzo duże uproszczenie – od rozmiaru cząsteczek tej substancji, ona idzie wolniej lub szybciej, bo ten żel ma strukturę trochę gąbczastą, która powoduje wstrzymywanie tych większych cząsteczek, a pozwala tym mniejszym szybciej wędrować. To w dużym uproszczeniu.
Ola: Tak, to są zastosowania laboratoryjne, a my mówimy też o zastosowaniu laboratoryjnym, ale troszkę innym, bo ta gąbczastość i żelowatość to jest coś, co jest pokrewne ludzkiemu ciału.
Piotr: Jesteśmy gąbczaści i żelowaci.
Ola: Brzmi nieźle. I tak stworzone głowy badacze spryskali – jedną z nich spryskali wodą, a drugą pozostawili suchą. Obie te głowy razili wyładowaniami elektrycznymi o maksymalnym natężeniu dostępnym w generatorze impulsu, którym dysponowali. Wynosiło to 42 kiloampery. To jest naprawdę potężne wyładowanie. Większość uderzeń pioruna z chmury w ziemię ma natężenie około 30 kiloamperów, ale zdarzają się i takie potęgi, które przekraczają 200 kiloamperów. Tymczasem, uwaga, żeby zabić człowieka, wystarczy natężenie już od 0,1 do 0,2 ampera. Pamiętajmy, że przed chwilą mówiłam o kiloamperach, to jest razy tysiąc. Nie brzmi to najlepiej.
W każdym razie, jakim cudem istota, stworzenie, które jest tak wrażliwe, które jest zrobione z żelu, byłoby w stanie znieść uderzenie pioruna o natężeniu około 30 kiloamperów? W tym celu właśnie zostało przeprowadzone to badanie. Badacze po porażeniu tych sztucznych głów sztucznymi błyskawicami zmierzyli wyniki. Układ elektrod zmierzył prąd przepływający po powierzchni i wewnątrz obu głów. Wiadomo, że ładunek elektryczny z błyskawicy – to badania pokazują – zasadniczo przemieszcza się po powierzchni skóry, a tylko niewielka jego część wnika do wnętrza ciała. I teraz jaka to jest część? To właśnie zależy od tego, czy głowa jest mokra, czy sucha. Okazuje się, że do wnętrza mokrego fantoma głowy podczas tego badania przedostawało się znacznie mniej prądu niż do wnętrza suchego. W szczególności energia, która przedostała się do tego sztucznego mózgu, była o niemal jedną trzecią mniejsza w przypadku mokrej głowy niż w przypadku suchej.
Innymi słowy, taki piorun był w stanie zrobić mniejszą krzywdę, mniejsze spustoszenia w mózgu niż w przypadku suchej głowy. Naukowcy stwierdzili, że właśnie z powodu tych mniejszych obrażeń fizycznych mózgu i tkanek, szanse przeżycia osoby z mokrą głową są wyższe nawet o 70 do 90 procent niż osoby, która podczas trafienia piorunem miała głowę suchą. Te badania były prowadzone przez zespół inżynierów niemieckich z Uniwersytetu Ilmenau. Dodam jeszcze, że to badanie potwierdzają wcześniejsze badania, które dotyczyły podobnych tematów, między innymi tego, że zmoczone zwierzęta są w stanie przetrwać uderzenia pioruna znacznie częściej niż te zwierzęta, które były w trakcie uderzenia suche.
Piotr: Dajemy się zmoczyć w czasie burzy albo przed burzą.
Ola: Albo przed burzą.
Piotr: Czasami też tak bywa, że te pioruny uderzają jeszcze długo zanim deszcz zacznie padać. Nie jest to częste, ale się zdarza.
0:12:21 Jak zmniejszyć ryzyko trafienia piorunem
Ola: To prawda, taki pech może się zdarzyć. Niemniej ja sobie wynotowałam trochę takich porad, które mają sprawić, że zminimalizujemy w ogóle ryzyko uderzenia pioruna.
Piotr: Nie wyłazić w czasie burzy.
Ola: Nie wyłazić, ale jeżeli już cię burza zaskoczy na zewnątrz, to schroń się gdzieś w najbliższym budynku. Większość budynków jest zabezpieczonych instalacjami odgromowymi. Nie trzymajmy się metalowych przedmiotów, kaloryferów, poręczy. Jeżeli jesteśmy w górach – uwaga – widzimy burzę, schodzimy, schodzimy, albo sprawdzamy rano prognozę pogody i robimy tak, żeby nie wychodzić w czasie tej burzy. A chyba najgorszym pomysłem jest wyjście na grań albo na szczyt oraz trzymanie się metalowych łańcuchów albo stanie w pobliżu metalowego krzyża na Giewoncie.
Piotr: Włażenie na Giewont, kiedy tylko może być burza, jest bardzo złym pomysłem. Wczoraj się parę osób przekonało.
Ola: Powiem tak: jak byłam młoda i głupia, to odbyłam wycieczkę na Świnicę – jeden z wyższych szczytów w Tatrach Polskich – i z daleka widziałam, że zbliża się burza. Oczywiście, jak zawsze, człowiek ma nadzieję, że go ominie, że pójdzie szerokim łukiem. Oczywiście nie ominęła. I oczywiście, ponieważ miało to być moje pierwsze wejście na Świnicę, to nie chciałam zrezygnować. Razem z kolegą poszliśmy w górę, żeby tylko zaliczyć tę Świnicę, no bo przecież szkoda takiej okazji. I zbliżaliśmy się do szczytu. Na szczęście nie byliśmy na górze, kiedy zaczęły bić pioruny – uwaga, w Świnicę, cóż za zaskoczenie, która jest najwyższa spośród okolicznych szczytów. I akurat byliśmy na odcinku, na którym były rozwieszone łańcuchy. Cóż za zaskoczenie: trzymałam łańcuch. I co poczułam? W momencie, kiedy uderzył jeden z piorunów w pobliżu, poczułam wyładowanie.
Piotr: Dobrze, że możesz o tym opowiedzieć.
Ola: Tak, byłam na szczęście daleko od tego miejsca, natomiast to było ekstremalnie nieodpowiedzialne. Człowiek jest młody i głupi. Niemniej, jeżeli już ma tę wiedzę, to dobrze byłoby, żeby z niej skorzystał.
Co do urządzeń elektronicznych i elektrycznych zasilanych z sieci – nie używajmy ich podczas burzy. To jest taka generalna zasada, że jeżeli coś jest podłączone do sieci, po tej sieci te wyładowania mogą się przemieszczać wzdłuż niej. Piorun może nas w ten sposób porazić. Jeżeli jesteśmy na otwartej przestrzeni, musimy się postarać, żeby nie być tam najwyższym obiektem w okolicy. Jeżeli stoimy, to lepiej przykucnąć albo położyć się na ziemi – po prostu żeby nie wystawać, nie kusić losu. Jeżeli mamy drzewo w pobliżu, zwłaszcza jeżeli to jest jedyne drzewo, to absolutnie nie chowajmy się pod nim, mimo że jest dobrym schronieniem przed deszczem. Jeżeli jest wiele drzew, to schowajmy się pod tym najniższym, bardzo niskim, albo pod krzaczkiem, a nie pod gigantycznym drzewem.
Piotr: Nie chować się, bo lepiej zmoknąć.
Ola: Lepiej zmoknąć. I nie stawajmy w pobliżu urządzeń metalowych, urządzeń znajdujących się pod napięciem, a jeżeli mamy w zasięgu ręki samochód, to jak najbardziej schowajmy się w tym samochodzie. Ta metalowa konstrukcja samochodu tworzy taką klatkę Faradaya i znakomicie ochroni od uderzenia pioruna. I jeszcze jedna kwestia – takie legendy, mity krążące na temat tego, że telefony komórkowe podczas burzy przyciągają pioruny. Nie – używanie telefonu nie wpływa na zwiększenie ryzyka rażenia piorunem.
Piotr: W znaczeniu: nie do sieci komórkowej, tylko do sieci kabelkiem do ładowarki. To wtedy trzeba odłączyć.
Ola: Właśnie, i zdecydowanie nie poleca się podczas burzy rozmawiania przez telefony stacjonarne, tylko zaleca się używanie telefonów komórkowych, które nie są podłączone do sieci.
Piotr: Czy masz telefon stacjonarny?
Ola: Gdzieś tam pewnie istnieją. W każdym razie…
Piotr: Tak, to warto podkreślić, bo ten mit powraca. Nawet czasami nauczyciele w szkołach opowiadają takie rzeczy.
Ola: Jeszcze wyjaśnię, że co prawda metal ściąga pioruny – jest takie powszechne przekonanie, wykorzystuje się to, tworząc między innymi instalacje odgromowe – ale tego metalu w telefonie jest niewiele. Do tego dochodzi jeszcze szczelna plastikowa obudowa. Telefon więc jest izolatorem, a nie przewodnikiem, i na to właśnie wskazują dowody. A ludzie, którzy są rażeni piorunami, nie są rażeni dlatego, że akurat rozmawiali przez telefon komórkowy, tylko dlatego, że znajdowali się w złym miejscu i złym czasie, po prostu niechcący się wyeksponowali na burzę, na błyskawicę.
Piotr: I nie ma tu nic do rzeczy – to też warto powiedzieć – fale elektromagnetyczne odpowiadające za transmisję w sieci komórkowej. To nie jest tak, że one w jakiś sposób zwiększają prawdopodobieństwo niebezpieczeństwa. Przez telefony komórkowe można rozmawiać równie dobrze w czasie burzy, jak i poza burzą, ryzyko nie rośnie – podkreślmy to raz jeszcze. A najlepiej, jak jesteśmy w czasie burzy i naprawdę nie mamy gdzie się schować – najlepiej się schować, oczywiście – to być mokrym. Może trzeba nosić ze sobą tę butelkę wody i sobie na łeb wylać w razie czego. Statystycznie rzecz biorąc, jak widać, to może mieć całkiem istotne znaczenie.
Ola: Otóż to.
0:18:09 Skąd wzięły się emotikony i emoji
Piotr: Dobra, to lecimy dalej. A druga część opowieści, jak już zasygnalizowaliśmy trudne słowo, będzie o emotkach, o emoji. Zaraz powiem, czym się różni emotikony, emotki, emoji i w ogóle, bo to jest pewna różnica.
Muszę ci powiedzieć, że jest bardzo, bardzo dużo badań na temat tych znaczków, bo one są niezwykle popularne – o tym zaraz jeszcze powiem – i myślałem, że to będzie tam, a się okazuje, że to na bardzo wielu polach jest badane, analizowane. Nic dziwnego, bo częstość i popularność niewerbalnej komunikacji rośnie. Kto ma gdzieś w pobliżu jakiegoś przedstawiciela tak zwanego Gen Z, pokolenia Z, czyli tych najmłodszych użytkowników, to wie, że oni właściwie nie rozmawiają przez telefon, tylko piszą i ewentualnie nagrywają głosówki, ale to nie jest rozmowa. Przede wszystkim piszą, piszą, piszą na rozmaitych komunikatorach w rozmaitych miejscach. I oczywiście używają przy tym tych znaczków. Te znaczki znacząco poprawiają odbiór – można by o tym mówić bardzo długo, ale generalnie widać, że one działają, więc to jest skuteczne.
Ola: To jeszcze może wtrącę – nie wiem, czy to jest dobry moment, żeby powiedzieć, że ostatnio wysłałam naszej nastoletniej córce wiadomość zakończoną kropką i się okazało, że ta kropka była niezwykle stanowcza na końcu zdania. I córka poczuła się bardzo zaniepokojona tym, że ja mam o coś do niej pretensje, a tymczasem ja po prostu użyłam kropki.
Piotr: Kropki się nie używa bez powodu na końcu zdania w tej komunikacji. To jest dość powszechnie znana kwestia. Trochę zmienia… po prostu kropka nienawiści.
Ola: Ale nie użyłam dużych liter, wersalików, tak?
Piotr: Nie, to jest zupełnie inne, tego się naprawdę bardzo rzadko używa, nie ma takiej potrzeby. Nie, kropka na końcu zdania rzeczywiście ma swoje dodatkowe znaczenie. Mówię o komunikacji tą drogą. W ogóle mamy ciekawe całkiem badanie – polskie, znaczy, ono jest po angielsku, ale przez Polaków zrobione – o tym, kto używa emotikonów, dane od 86 702 użytkowników Facebooka. Badanie jest prastare, bo z 2017 roku, więc pewnie się już wszystko zmieniło, ale już wtedy było widać – link do badania oczywiście w opisie – że 90% użytkowników Facebooka wtedy używało emotikonów.
Ola: Dodajmy, że użytkownicy Facebooka to są osoby również takie jak my, czyli bardzo, bardzo stare.
Piotr: W podeszłym wieku, tak, dlatego mówię, że to badanie już jest stare. Emotki albo emotikony – za ich wynalazcę uważa się niejakiego Scotta Fahlmana, który w 1982 roku zaproponował w mailu, w wiadomości, żeby dwukropek, myślnik i nawias zamykający oznaczały uśmieszek i służyły do oznaczania tych zabawnych informacji, które mają być z uśmiechem, można powiedzieć, z przymrużeniem oka w jakimś stopniu. I również druga, powiem, druga buźka, czyli ta smutna, też w tym mailu była zaproponowana. To była wiadomość wysłana dokładnie 19 września 1982 roku o godzinie 11:44. Ale komu on to zaproponował? [? niepewne: to już nie wiadomo], on to chyba na jakimś forum wrzucił, musiałbym wygrzebać. Odzyskano tę wiadomość chyba w 2002 roku, gdzieś tam wygrzebano…
Ola: Jeszcze raz, w muzeum emotikonów.
Piotr: Prawie że tak, dokładnie. I to są te klasyczne emotikonki, które bardzo szybko zaczęły się przeplatać z emoji. To z kolei opracowane zostało pod koniec lat 90. przez Japończyka, znaczy przez Japończyków. Shigetaka Kurita pracował w zespole, w którym na potrzeby NTT i Docomo…
Ola: To był duży operator telekomunikacyjny.
Piotr: Właśnie, to w czasach pradawnych, jak myśmy siedzieli jeszcze w tej branży telekomunikacyjno-technologicznej, to dość często oni się tam pojawiali.
Ola: To było niezwykle innowacyjne.
Piotr: Dokładnie. I oni zrobili coś w rodzaju takiego, można powiedzieć, pagera dla młodych. I tam się pojawiło jedno emoji – to było serduszko. I okazało się, że to jest bardzo dobry pomysł i że ludzie bardzo chętnie tego używają. W związku z czym on później zaprojektował 176 takich piktogramów, które były wtedy dość proste, bo były na siatce 12×12 pikseli. Spróbujcie sobie zrobić na takiej szachownicy 12×12 coś – to nie będzie bardzo precyzyjne. Natomiast podstawowe rzeczy dają się tam oddać. I on właśnie zaprojektował pierwsze emoji.
To jest w ogóle ciekawe, bo one są mocno osadzone w japońskiej kulturze, dlatego że on je tam wykorzystał. Dlatego częściowo nie wszystkie są dla nas zupełnie zrozumiałe. Niektóre są czasami trochę dziwne. Inna rzecz, że niektóre są też źle interpretowane – to akurat jest w ogóle większy temat, bo wiele z tych emotek, które są używane w określony sposób, oryginalnie oznaczały coś zupełnie innego. To raz. Dwa – ludzie w podeszłym wieku, czyli my, kompletnie nie rozumiemy, jak ludzie młodsi odbierają różne emotki i które stosują, a które nie. I generalnie jest stosunkowo wąska pula emotek używanych nieironicznie przez młodych. To jest bardzo interesujące, dlatego że młody człowiek jest w stanie rozpoznać, czy daną wiadomość pisała osoba w podeszłym wieku, jak my, czy w jego wieku – na podstawie tego, czy używa określonych emotek, czy nie. Bo pewnych emotek się nieironicznie nie używa i koniec. A my ich używamy, bo jesteśmy starymi trypami.
Ola: Ale też chciałam powiedzieć, że w ogóle we współczesnym zestawie tych emoji w różnych komunikatorach, czy na Facebooku, czy nawet na Instagramie – zwróć uwagę, że jest istotna przewaga takich obrazków, które mają związek z kulturą japońską. Jest bardzo dużo na przykład obrazków ukazujących japońskie potrawy.
Piotr: Tak jest, to nieprzypadkowe, bo to się wywodzi z tego. Są też nawiązania do mangi – Ola nie jest wielką fanką mangi w sumie, ale dla wielu osób różne mangowe filmy są mało strawne, między innymi dlatego, że mamy normalną postać, która coś mówi, normalnie narysowaną twarzą, po czym w momencie jakichś bardzo silnych emocji ten rysunek właściwie znika, to znaczy przestaje mieć w miarę normalnie narysowaną twarz. Zamiast tego pojawia się na przykład jakaś falowana linia oznaczająca usta, dużo kropel, i ta twarz przez chwilę w ogóle nie przypomina tej oryginalnej.
Ola: Mnie [? niepewne: to urazi] co innego, to znaczy, że ta twarz w momencie, kiedy wybucha przerażeniem, to nagle robi się jakimś takim dzikim grymasem.
Piotr: Właśnie o to chodzi, właśnie o to chodzi.
Ola: Nieprzystającym do tego, co przedtem było pokazywane. Takim historycznym, przerysowanym…
Piotr: To jest element tej, można powiedzieć, kultury japońskiej, bo tam symbolicznie pewne rzeczy, pewne emocje są oznaczane w sposób symboliczny. Na przykład zdenerwowanie albo zmieszanie oznacza się pojawieniem się kropli na twarzy. Zresztą jak zajrzymy do emotek, do emoji, to widać, że są takie, które trochę nie wiadomo, o co chodzi, i one są właśnie oparte na tych mangowych wzorcach. Dlatego to do końca nie jest dla nas zrozumiałe, ale warto się poprzyglądać.
W każdym razie Kurita wykorzystał tam też piktogramy pogodowe, trochę chińskich znaków, uliczne znaki. Jak sobie przejrzycie całą pulę tych emoji, to widać, że część z nich jest dla nas zastanawiająca. Jest tych badań sporo. Pokazują one, że rzeczywiście te emoji – już teraz bardziej wejdę w stronę emoji, bo nawet jak się użyje w mailu dwukropek i nawias albo dwukropek, myślnik, nawias, to jest on automatycznie zwykle zamieniany na emoji, czyli na taki rysuneczek, w komunikatorach to samo, choć nie wszędzie – o ile pamiętam, na Instagramie nie, ale mniejsza o to. Badania pokazują, że uczestnicy takich rozmów mają tendencję do uśmiechania się tam, gdzie pojawiają się emotikony. Jak czytają taką wiadomość, to działa na nich na tyle, że rzeczywiście zaczynają uśmiechać się częściej niż wtedy, kiedy nie ma takich oznaczeń. To wyraźnie na nas działa.
Natomiast to, co jest tutaj interesujące i ku czemu zmierzam niespiesznie, to jest to, że rozumienie tych emotek i emoji może się różnić w zależności od osoby. Wiemy, że aktywowane są, kiedy odbieramy takie emotki, te same obszary mózgu, które aktywują się podczas oglądania twarzy albo zbliżonych twarzy wyrażających emocje.
Ola: To nie jest dziwne, bo z ewolucyjnego punktu widzenia nasz mózg jest dokładnie na to nastawiony.
Piotr: Dokładnie.
Ola: Pod kątem społecznym.
0:28:24 Jak kultura, płeć i wiek wpływają na odczytywanie emoji
Piotr: I autorzy tego badania, ku któremu zmierzam, postanowili zbadać, jak na odbiór określonych emoji wpływają takie cechy jak kultura, ale też płeć i wiek. W tym celu wzięli grupę celowo Brytyjczyków i Chińczyków – tutaj zawęzili tę grupę – i prezentowali im sześć emoji w czterech odmianach. W czterech odmianach, dlatego że różnią się one pomiędzy różnymi platformami. Użyli tu emoji robionych przez Apple, tych, które są obecne na Androidzie, Windowsowych i z WeChata – WeChat to jest komunikator chiński. Mówię o tym dlatego, że one się dość mocno różnią. Wzięli sześć emocji: emoji opisywane jako szczęśliwy, zniesmaczony, przestraszony, smutny, zaskoczony i zły. Można sobie tam poszperać w tym badaniu.
Widać, że te emoji rzeczywiście się różnią. To znaczy, te europejsko-amerykańskie są w miarę do siebie podobne, widać, że wywodzą się z jednego źródła – na przykład ten zniesmaczony wszędzie wykorzystuje taki rysunek oczu, który przypomina znak większy-mniejszy obok siebie, takie trójkątne nawiasy. Natomiast w WeChat jest zupełnie inny ten rysunek, a z kolei w WeChacie wszędzie mamy usta w postaci takiej pofalowanej linii, takiego zygzaka. Tak więc one się rzeczywiście różnią, natomiast odpowiadają sobie opisowo. Zadanie polegało na tym, żeby wskazać, jaką emocję reprezentuje dane emoji. Ludzie mieli sześć etykiet do przypisania, więc to było też, można powiedzieć, znaczące ułatwienie. Później jeszcze mieli opisać, na ile znają te emoji, na ile się z nimi stykają – czy zupełnie nieznane, nieznacznie znane, wyjątkowo znane, i tak dalej – więc jak często się z nimi spotykali.
Co z tego powynikało? Weźmy na początek płeć. Wyraźnie lepiej klasyfikowały kobiety te emoji: szczęśliwy, przestraszony, smutny i zły. Natomiast zaskoczony i zniesmaczony były odbierane podobnie, niezależnie od płci. W kwestii wieku – jeden wyraźny wskaźnik: im kto starszy, tym mniej dokładnie rozpoznawał zaskoczony, przerażony, smutny i zły. Pozostałe dwa nie miały specjalnego znaczenia. Jeśli chodzi o kulturę – wyraźnie lepiej rozpoznawali Brytyjczycy pięć tych emoji, czyli szczęśliwy, smutny, zaskoczony, przerażony i zły. Bardzo duża różnica była przy smutnym, bardzo duża między Brytyjczykami a Chińczykami. Natomiast w przypadku zniesmaczonego nie było różnic – i Chińczycy, i Brytyjczycy odbierali to samo, tak samo dobrze go rozpoznawali.
Jakie z tego są wnioski? Oczywiście wnioski są, jak zawsze, można powiedzieć dyskusyjne, to znaczy to są pewne hipotezy oparte na rozmaitych badaniach. W ogóle polecam tę pracę, jest po angielsku, ale jest w otwartym dostępie, można ją sobie jakimś translatorem przetłumaczyć, jeśli komuś będzie łatwiej, ale naprawdę jest ciekawa i po ludzku napisana. Jeśli chodzi o płeć, to są badania, że kobiety lepiej rozpoznają emocje na twarzach i jest tego całkiem sporo, natomiast interpretacja tego jest rozmaita. Generalnie są badania pokazujące, że kobiety częściej patrzą na oczy, a mężczyźni bardziej na usta, i to może w jakimś stopniu tłumaczyć to, że niektóre z tych emotek były lepiej rozpoznawane, inne gorzej. Jak się im przyjrzymy, to rzeczywiście jest tak, że te różnice są często bardziej w oczach niż w ustach, więc to może tłumaczyć te różnice, jeśli chodzi o płeć. Na rozpoznawanie obrzydzenia ani płeć, ani wiek, ani kultura nie miały żadnego wpływu – po prostu jednoznacznie ta emotka, niezależnie od swojej wersji, mimo że wersja chińska z WeChata jest zauważalnie inna, nie budziła wątpliwości, że to jest obrzydzenie.
Ola: Czyli wszyscy właściwie odczytywali obrzydzenie.
Piotr: Tak, dokładnie. Generalnie wyniki pokazały, że przewagę w rozpoznawaniu mają młodsi uczestnicy tego badania, z wyjątkiem emoji szczęśliwy i zniesmaczony. To się pokrywa z ustaleniami…
Ola: Czyli szczęśliwy i zniesmaczony są tak samo dobrze przez młodszych i starszych odbierane. Tak samo dokładnie odbierane.
Piotr: Tak samo precyzyjnie. To się pokrywa z badaniami, które pokazują, że młodzi dorośli są ogólnie dokładniejsi w rozpoznawaniu emocji od starszych dorosłych.
Ola: To jest bardzo ciekawe, bo w sumie starsi dorośli powinni mieć przewagę wynikającą z doświadczenia życiowego.
Piotr: Ale to są dość pierwotne i podstawowe sprawy rozpoznawania.
Ola: Czyli czujność z wiekiem słabnie?
Piotr: Nie jestem w stanie… mogę sobie coś wymyślać, natomiast nie mam tu żadnych podstaw, żeby… Tak, to jest ciekawe. Natomiast kulturowo to też jest interesujące, bo zastanawiano się, dlaczego Chińczycy zauważalnie gorzej poradzili sobie z przypisywaniem większości tych emocji do emoji. Być może jest tak, że w ogóle rzadziej używają ich w komunikacji, i to nie jest kwestia technologiczna, tylko po prostu pewnego wyboru. Rzadziej używają w komunikacji emoji, a we wnioskach z badania powiedziane jest też, że rzadko używają tego emoji od szczęścia, które rzeczywiście wyraźnie gorzej było rozpoznawane. Częściej używają negatywnych emoji, na przykład do oznaczania sarkazmu, w związku z czym to powiązanie może tu być niezbyt wyraźne. I jeszcze ogólna uwaga jest taka, że szczególnie na Wschodzie, szczególnie w Azji, pewne odczucia mogą być oznaczane zupełnie innymi emoji niż u nas, w związku z czym ta jednoznaczność, która miała być w jakimś stopniu koncepcją tego badania, nie działa. To znaczy, może być tak, że korespondując z kimś na przykład z Chin, zwłaszcza z kimś, kto nie ma specjalnego kontaktu z zachodnią kulturą, możemy wpaść w jakąś pułapkę, bo pewne emotki, zwłaszcza te bardziej skomplikowane, mogą być odebrane zupełnie inaczej. Pomijam to, że pewnych z nich po prostu nie rozumiemy. To znaczy, korespondując z Japończykami, możemy się kompletnie wyłożyć, bo na przykład złożone ręce mogą oznaczać zupełnie co innego u nas i u nich.
Ola: A to zdecydowanie, jeśli chodzi o kulturę, to są ogromne różnice.
Piotr: Więc tu trzeba uważać, trzeba używać oszczędnie. Generalnie emotki poprawiają komunikację, bezwzględnie poprawiają w obrębie naszej własnej kultury. Im bliżej nas, tym lepiej. Jak widać, różnice płciowe również istnieją, natomiast największym problemem, największym potencjalnie zagrożeniem komunikacyjnym są właśnie różnice kulturowe, i to dość wyraźnie widać.
Ola: Czyli wniosek z tego odcinka jest taki: uważajcie na emoji i na emotikonki, no i uważajcie na siebie podczas burzy.
Piotr: Tak jest. I polejcie sobie wodą głowę.
Ola: Jakby wam się coś zdarzyło, że będziecie na zewnątrz w czasie, kiedy będą biły pioruny. Ale najlepiej nie bądźcie. No i słowem, hasłem dzisiejszego odcinka jest fantom.
Piotr: No to cześć.
Ola: Cześć.
[Nagranie urywa się w tym miejscu – ostatni blok transkrypcji (36:26 – 36:27) nie zawiera już dalszego tekstu.]
Źródła
Brak listy źródeł w opisie odcinka (kolumna "źródła (z opisu)" w indeksie jest pusta). W transkrypcji Ola kilkukrotnie odsyła do "opisu odcinka" po linki do wspomnianych badań (m.in. badania niemieckich inżynierów z Uniwersytetu Ilmenau o wpływie wilgoci na obrażenia po uderzeniu piorunem, badania nt. używania emotikonów wśród 86 702 użytkowników Facebooka z 2017 roku oraz badania nt. wpływu kultury, płci i wieku na odczytywanie emoji), ale sam opis oficjalny tego odcinka w indeksie (poza boilerplate'em Patronite/BuyCoffee/koszulek) nie zawiera żadnych URL-i.
Źródła
Pioruny
- nature.com/articles/s41598-023-50563-w
- sciencealert.com/science-reveals-whether-its-safer-to-be-wet-o…
- academic.oup.com/ptj/article-abstract/46/9/968/4637975
- cambridge.org/core/books/lightning/35AA1F3FFB92B294CF82D86F…
- zpe.gov.pl/pdf/P107dNwyb
- nafalinauki.pl/czy-telefony-komorkowe-i-inne-urzadzenia-scia…
Emoji
- doi.org/10.1016/j.tics.2016.10.007
- research-repository.griffith.edu.au/handle/10072/393617
- sciencedirect.com/science/article/abs/pii/S0191886917304828
- onlinelibrary.wiley.com/doi/10.1111/psyp.12642
- sciencedirect.com/science/article/abs/pii/S109051380600033X
- tandfonline.com/doi/abs/10.1080/02699931.2013.875889
