Podcast Crazy Nauka · odc. 71

Czy zasada 5 sekund działa i inne naukowe odpowiedzi na trudne pytania – część 3

02-07-2024 · 68 min · Trudne pytania, Ciało i zdrowie, Codzienne sprawy

Okładka odcinka

Tu jest treść z serwisu Spotify. Po jej włączeniu Spotify otrzyma Twój adres IP i może zapisać w przeglądarce pliki cookies.

Posłuchaj też na:

W tym odcinku Podcastu Crazy Nauki serwujemy Wam naukowe wyjaśnienia codziennych zjawisk, nad którymi zwykle nie mamy czasu głębiej się zastanowić. Jak choćby:
🤔 Dlaczego kolory blakną na słońcu?
🤔 Jak ocalić puszkę ze wzburzoną colą przed "wybuchnięciem"?
🤔 Dlaczego po kawie tak wiele osób biega do toalety na jedynkę i dwójkę?

W tym odcinku sprawdzamy też prawdziwość ugruntowanych przekonań na temat:
🔹 Przeciągów
🔹 Wietrzenia podczas upałów
🔹 Słynnej zasady 5 sekund

Zapraszamy Was do posłuchania najnowszego odcinka Podcastu Crazy Nauki!
Pytania i odpowiedzi znajdziecie też w odcinkach nr 30 i 31.

Rozdziały:
(0:00) Cześć 🙂
(03:38) Czy wietrzyć podczas upałów?
(13:50) Czy od przeciągu się choruje?
(27:38) Co to znaczy, że kogoś "przewiało"?
(33:56) Dlaczego po kawie chce się siku i kupę?
(41:43) Dlaczego kolory blakną na słońcu?
(50:05) Czy reguła "5 sekund" działa?
(58:30) Dlaczego puszka coli "wybucha" i co z tym zrobić?

Transkrypcja odcinka

Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.

0:00:00 Wstęp

Ola: Czym naprawdę grozi przeciąg?

Piotr: Jak nie wybuchnąć puszki z gazowanym napojem?

Ola: I czy zasada pięciu sekund ma naukowe podstawy? Cześć, tu Ola Stanisławska.

Piotr: I Piotrek Stanisławski, podcast Crazy Nauka. Tym razem się chyba nie spóźnimy.

Ola: A w dzisiejszym odcinku chcemy wam zaserwować naukowe wyjaśnienia takich małych codziennych zjawisk, na które często trafiamy, ale nad którymi zwykle głębiej się nie zastanawiamy, albo może chcielibyśmy się zastanowić, ale nie bardzo mamy na to czas. Takich zjawisk jak choćby to, dlaczego kolory blakną na słońcu, czy dlaczego po kawie tak wiele osób biega do toalety na jedynkę i dwójkę. A w tym odcinku sprawdzimy też prawdziwość ugruntowanych od pokoleń przekonań na temat przeciągów, wietrzenia podczas upałów czy słynnej zasady pięciu sekund.

Piotr: I od razu zapowiadamy, że to nie jest pierwszy i nie ostatni odcinek naszego podcastu z pytaniami i odpowiedziami. Kto z nami dłużej jest albo uważniej słuchał wcześniejszych odcinków, ten może pamiętać, że rok temu, też w lecie, robiliśmy podobne odcinki. Cieszyły się ogromnym powodzeniem, naprawdę mnóstwo ludzi ich słuchało.

Jeżeli chcecie do tamtych pytań i odpowiedzi wrócić, to były odcinki trzydziesty i trzydziesty pierwszy.

Ola: Widzisz, jak się przydało to ponumerowanie.

Piotr: Prawda, nie trzeba co roku powtarzać. I tam też mamy właśnie takie codzienne zjawiska, jeszcze sporo nam ich zostało. I teraz ważny apel. Słuchajcie, jeżeli macie jakieś pomysły na takie pytania, takie codzienne rzeczy związane z nauką, to wrzucajcie nam. To znaczy najlepiej wysyłajcie, piszcie w komentarzach, ewentualnie możecie… Mamy chyba taki adres, jak się nie mylę, pytania małpa crazynauka.pl. A jeżeli nie mamy, to zaraz zrobię. Pytania małpa crazynauka.pl, albo w komentarzach, czy to na Facebooku, czy na YouTubie, czy na Spotify.

Ola: Już mogę się dopchać?

Piotr: Możesz, proszę.

Ola: Staramy się na pytania odpowiadać. Nie obiecujemy, że na wszystkie, ale zdecydowanie będziemy wybierali z tych, które nam podeślecie.

Piotr: Jakiś tam swój zapas też mamy, ale…

Ola: Jak najbardziej.

Piotr: …było wcześniej zebranych.

Ola: I bardzo wam dziękujemy, że jesteście z nami, że słuchacie nas, że komentujecie, sharujecie, czyli dzielicie się naszymi odcinkami z innymi osobami, że lajkujecie. Specjalne podziękowania przekazujemy tym spośród was, którzy przekazują nam datki w serwisach Patronite i BuyCoffee – linki do tych serwisów znajdziecie w opisie odcinka. A jeżeli chcecie i uważacie, że robimy dobrą robotę, to również zapraszamy was do tego, żebyście zostali naszymi patronami.

Piotr: I bardzo dziękujemy tym, którzy też jakieś miłe słowa piszą, czy to właśnie przy okazji takich wpłat, czy w komentarzu – to bardzo jest fajne. Bo przecież jesteśmy obecni na wszystkich liczących się platformach podcastowych, prawda?

Ola: I tych nieliczących się również.

Piotr: No właśnie.

Ola: Zaczynamy.

0:03:38 Czy wietrzyć podczas upałów?

Piotr: To zaczynamy w takim razie od czegoś, co nas naszło bardzo bezpośrednio, mianowicie nagrywamy we wtorek, to jest 2 lipca 2024 roku.

Ola: I znów udało nam się wbić we wtorek.

Piotr: Znów, choć to nie jest dobre słowo, jeśli chodzi o ostatnie tygodnie. W każdym razie tym razem się udało. Dwa dni temu, w niedzielę, temperatura w cieniu w Polsce przekraczała 35 stopni Celsjusza.

To jest ciepło, bardzo ciepło, nawet gorąco. Nie był to pierwszy i na pewno nie ostatni upalny dzień tego lata – pewnie jeszcze parę rekordów się zdarzy, bo ostatnio niestety rekordy co i raz. W każdym razie trzeba się do takich temperatur zacząć przyzwyczajać. I teraz – jak sobie z tym radzić? Wrzuciliśmy taki post z różnymi poradami, uwagami, przemyśleniami opartymi na nauce.

Jednym z istotnych elementów było to, żeby siedzieć w domu – to jest jasne, jeżeli tylko jest to możliwe. Natomiast to, co najbardziej podzieliło komentujących, i to już nie pierwszy raz, to mniej więcej takiej skali podział w narodzie jak pęknięcie między zwolennikami majonezu kieleckiego a majonezu winiary. Czyli ten temat, czy wietrzyć w upał, czy nie wietrzyć. Ci, którzy wietrzą, czyli jak już jest strasznie gorąco, nie mogą wytrzymać i otwierają okno, żeby chociaż trochę przewiewu było, zwracają uwagę na ten przepływ powietrza, na ten chłodzący, cudowny powiew, który ma dawać ulgę. I to oczywiście ma pewien sens, tylko nie do końca. My jesteśmy w tej grupie "nie wietrzyć" i mamy do tego, można powiedzieć, pewne podstawy, więc zaraz o tym powiem.

Ola: Ja tu wtrącę, że na pewno w moim domu rodzinnym panowała opcja "wietrzyć", w związku z czym w bloku na warszawskim osiedlu podczas upałów, które, dodajmy, w czasach mojego dzieciństwa bywały niezłe, ale nie aż takie jak obecnie, po prostu się kisiliśmy. Leżeliśmy bez ducha i ledwo zipaliśmy.

Piotr: Zacznijmy więc od tego, skąd w ogóle ta tęsknota za przewiewem, za tym ruchem powietrza, który ma nas schłodzić. To oczywiście ma swoje porządne fizyczne podstawy, które głównie polegają na tym, że nasze ciało stale wydziela wilgoć, nawet jeżeli się nie pocimy tak świadomie, że wiemy, że jesteśmy zlani potem. Jeżeli nie ruszamy się w jakiś intensywny sposób, to wokół naszego ciała tworzy się cieniutka warstewka ogrzanego i wysyconego parą wodną powietrza.

Tam jest bardzo wysoka wilgotność i to sprawia – bo wbrew pozorom powietrze wcale tak nie szaleje w tę i z powrotem, tylko jeżeli się specjalnie nie ruszamy, ta warstewka jest wokół ciała – że w tych miejscach, przez to wysycenie parą wodną, jest słabsze parowanie. Nasze ciało nie oddaje już tak skutecznie ciepła, dlatego że właśnie pocenie się i parowanie jest naszym głównym systemem chłodzenia. Z fizyki wiadomo, że sam proces parowania wody jest bardzo, bardzo energochłonny – musimy naprawdę włożyć mnóstwo energii, żeby te cząsteczki wody się rozchwiały na tyle, żeby odparowały.

A ta energia jest właśnie odbierana z naszej skóry w postaci ciepła, więc w ten sposób się chłodzimy. Dlatego ludzie mają bardzo skuteczny system chłodzenia potowego, wywodzący się jeszcze z naszych wczesnych ewolucyjnych etapów afrykańskich. Już sam fakt, że chodzimy na dwóch nogach i mamy mało owłosienia na ciele, sprawia, że zlanie się potem naprawdę skutecznie nas chłodzi, bo mamy mniejszą powierzchnię narażoną na słońce, za to dużą powierzchnię parowania – to wszystko razem dobrze działa.

Tyle tylko, że jeżeli siedzimy, nie ruszamy się, leżymy, to jest mniej skuteczne. I teraz sam proces przepływu powietrza powoduje, że ta warstewka wysycona parą wodną jest usuwana, co więcej, to ogrzane od skóry powietrze też jest odrywane, znika, i po prostu zwiększa się tempo parowania, a zmniejsza się temperatura wokół ciała.

Ola: Znaczy ono nie znika, tylko się rozpływa w pozostałych masach powietrza.

Piotr: Dziękuję, kochanie, to ważne, masz rację. Efekt jest taki, że parowanie się zwiększa, chłodzenie jest skuteczniejsze, i właśnie o to chodzi – stąd ten przepływ powietrza. Tyle tylko, że problem polega na tym, że jeżeli na zewnątrz jest te 30, czy nawet więcej, stopni, to wywołanie tego przewiewu przez otwarcie okna spowoduje w dość oczywisty sposób napływ tego gorącego powietrza do wnętrza, a tymczasem wnętrza naszych domów czy mieszkań naprawdę mają duży potencjał na to, żeby być dużo chłodniejsze.

Poza takimi przypadkami, gdzie mamy pokój czy mieszkanie na poddaszu i bezpośrednio dach się nagrzewa – to jest inna sytuacja.

Ola: Jest słabo izolowany.

Piotr: Tak, dokładnie, słabo izolowany, jest czarny, bo to też jest niestety problem w Polsce, że mnóstwo naszych dachów jest bardzo ciemnych, a ciemne dachy ogromnie się nagrzewają. W każdym razie mówię o takich układach, gdzie ta izolacja jest jednak od góry, i wtedy przede wszystkim powinniśmy zadbać o to, żeby odizolować nasze wnętrze i zachować w nim w ciągu dnia chociaż odrobinę chłodniejsze powietrze. Mówię "chociaż odrobinę", bo na przykład różnica trzech czy pięciu stopni nie brzmi jakoś oszałamiająco, ale wejdźcie sobie z wnętrza, gdzie jest 30 stopni, do wnętrza, gdzie jest 25 stopni, i naprawdę odczujecie ogromną różnicę.

Więc wedle naszych i nie tylko naszych rozwiązań i porad, najlepiej jest wtedy, kiedy jest gorąco, szczelnie pozamykać wszystkie okna. Nasze mieszkania i domy nie są tak zrobione, żebyśmy mieli się tam podusić, więc to jest bezpieczne, ale my zamykamy naprawdę okna, drzwi, wszelkie możliwe otwory zabezpieczamy. Nie zostawiamy jakichś uchylonych okien, lufcików, czegokolwiek – wręcz odwrotnie, wszystko pozamykane. Co więcej, od tej strony, od której świeci słońce, zasuwamy zasłony, rolety, co tam się da.

Ola: I to oczywiście dynamicznie robimy, w zależności od tego, które otwory.

Piotr: Bo słońce, tak jak Ziemia się obraca, wędruje po niebie. I to naprawdę jest rozwiązanie, które działa nam całkiem skutecznie. Oczywiście czasem mury się nagrzewają i to już tak dobrze nie działa, ale drugim elementem tego działania jest to, żeby jak tylko temperatura na zewnątrz spadnie poniżej tej temperatury wewnątrz – co prawie zawsze dzieje się wieczorem – wszystko natychmiast otwieramy.

Co więcej, wspomagamy ten przepływ powietrza, wystawiając mocny wentylator. Akurat u nas jest możliwość postawienia go na tarasie, ale nawet jeżeli ktoś ma chociażby balkon albo nawet parapet, można postawić wentylator, zabezpieczając, żeby nie spadł. To jest o tyle ważne, że wtedy wymuszamy napływ tego chłodniejszego powietrza do środka.

U nas to jest rozwiązane w ten sposób, że mamy po prostu termometr z dwiema czujkami – jedna jest na zewnątrz w cieniu, druga wewnątrz. Jak tylko widzimy tę zmianę, szybciutko otwieramy i wietrzymy, i wietrzymy, jak się da, przez całą noc. To oczywiście zależy od konfiguracji mieszkania czy domu. Ale wtedy, kiedy na zewnątrz jest chłodniej, wymuszajmy ten przepływ, otwierajmy co się da, a wtedy, kiedy na zewnątrz jest cieplej niż wewnątrz, zamykajmy się, zabezpieczajmy. I to naprawdę działa.

Trzecią kwestią jest oczywiście zapewnienie tego, żeby wewnątrz również ten przepływ jakiś istniał. Wystarczy tak naprawdę jakiś wentylator, cokolwiek, co będzie wymuszało ten przepływ powietrza, po to, żeby chłodził naszą skórę. I nawet jeżeli ta temperatura jest wysoka, to do pewnego momentu – bo jest taki moment, kiedy to chłodzenie przestaje działać, ale w Polsce zazwyczaj jeszcze go nie osiągamy – taki przepływ powietrza, dość łagodny, bo o tym jeszcze potem będziemy mówili, przy przeciągach, dosyć dobrze działa. I naprawdę dlatego jesteśmy w grupie zamykających okna, bo wszelkie rozsądne dane wskazują na to, że wietrzenie w czasie upału nie ma kompletnie żadnego sensu.

To znaczy nie zapewnimy sobie w ten sposób lepszej sytuacji, tylko wręcz ją pogorszymy. Jeśli chodzi o kwestię wietrzenia, ten narodowy konflikt udało nam się chyba troszeczkę wyjaśnić – do tematu przeciągów za chwileczkę wracamy.

0:13:50 Czy od przeciągu można się rozchorować?

Ola: Tak, ja mam tutaj duży temat: przeciągi, a sprawa polska.

Piotr: Znowu.

Ola: Tak. Kiedy już się nieco schłodzi na zewnątrz – albo i się nie schłodzi – i otworzymy okna w naszych domach, mieszkaniach, wówczas dopada nas przeciąg.

Piotr: Dramatycznie.

Ola: Wiele osób mówi o tym, że taki przeciąg może natychmiast niemal wywołać u nas przeziębienie, chorobę, zwłaszcza zapalenie ucha, nawet zapalenie płuc. Przeciąg to groza i postrach milionów Polaków. Trochę tutaj podpiwam, dramatyzuję, i wiem, że narażam się na oburzenie sporej grupy słuchaczy, ale proszę, zostańcie przy odbiornikach, bo to, co chcę wam opowiedzieć, ma naprawdę solidne podstawy naukowe. Bo tak naprawdę przeciąg to jest ruch powietrza taki sam jak wiatr i oba pod względem fizycznym niczym się od siebie nie różnią. Więc dlaczego wiatr według niektórych jest spoko, a przeciąg, który może powodować tak zwane przewianie, ma być dla nas szkodliwy? To mi się trochę kupy nie trzyma, ale przeanalizujmy sobie to zjawisko.

Zacznijmy od tego, że u podstaw wszystkiego jest to, że sam przeciąg, czyli ruch powietrza w pomieszczeniu, w którym przebywamy, nie sprawi, że będziemy chorzy. Kropka.

Potwierdzają to badania naukowe, potwierdzają to lekarze. Powołuję się tutaj konkretnie na immunologa i pediatrę, doktora habilitowanego Wojciecha Feleszkę. Prowadzi profil na Instagramie, wielokrotnie z nim rozmawialiśmy na różne tematy, między innymi właśnie o przeciągach, i on też opublikował na Instagramie krótki film na temat tego, czy przeciągi mogą wywołać chorobę. Polecam.

Jeżeli do pomieszczenia, w którym przebywamy, przez jakiś czas wpada wiatr, który nas owiewa, wiatr, który znajduje ujście na przykład w uchylonym oknie czy lufciku po przeciwnej stronie domu czy mieszkania – to nic nam z tego powodu nie grozi.

Piotr: To tylko krótka wrzutka fizyczna: dlatego często przeciągi są w blokach – jeżeli wieje wiatr, to po jednej stronie bloku panuje wyższe ciśnienie, po drugiej niższe, stąd na przykład wyjście w drzwiach. To też mniejszych budynków dotyczy – stąd ten przepływ powietrza, nawet jeżeli często nie ma na zewnątrz wyraźnego, bardzo mocnego wiatru, bo wystarczy już ta różnica ciśnień.

Ola: Zwłaszcza że nic nam nie zagrozi, kiedy ten wiatr jest po prostu ciepły albo zwyczajnie nie jest zimny. Taki przeciąg, zwłaszcza latem, po prostu niczym się nie różni od zwykłego wiatru, jakiego moglibyśmy doświadczyć, gdybyśmy w tym samym momencie wyszli z domu do samochodu czy przeszli się po ogródku – to jest dokładnie to samo. Zwróćmy jednak uwagę na taką sytuację: kiedy wychodzimy z domu, musimy włożyć ciepłe ubrania, bo jest zimno na zewnątrz. Jeżeli taki zimny przeciąg nas dopadnie w którymś z ciepłych pomieszczeń naszego domu, będziemy akurat w domowym stroju, a nie w kurtce i czapce, więc może nam ten przeciąg zaszkodzić.

Rzeczywiście może zaszkodzić, ale nie tak szybko, jak by to wynikało z tych ostrzeżeń babcinych, które co jakiś czas słyszymy wokół siebie. U mnie też babcia powtarzała: zamknij okno, bo przeciąg. Słyszy się to często, że gdzieś jest uchylone okno, jest jakiś ruch powietrza, w żaden sposób mocno nie chłodzący, a mimo to ktoś krzyczy, żeby natychmiast zamykać to okno, po czym wszyscy się duszą. Na podstawie tych deklaracji można by podejrzewać, że przeciąg szkodzi nam niemal od razu. Zastanawiałam się, skąd takie przekonanie, zwłaszcza u starszego pokolenia. Wydaje mi się, że chodziło o to, że dawniej domy nie były tak szczelne jak obecnie.

Piotr: Było chłodniej, myślę, że też ogrzewanie było gorsze, tak jak powiedziałaś. Tu istotne znaczenie ma ogólny komfort termiczny.

Ola: Tak, tak, zaraz do tego dojdę, proszę nie robić spoilerów. W tych domach, które były mało szczelne, gdzie były liczne szczeliny przy oknach, drzwiach czy wręcz w ścianach, rzeczywiście szalały przeciągi i można sobie wyobrazić sytuację, kiedy tak wychładzały mieszkanie czy chałupę, że robiło się tam zwyczajnie zimno. I winny był nie przeciąg, tylko tak naprawdę temperatura, która zaczynała panować w danym pomieszczeniu.

Piotr: Okna, tak jak mówisz – chociażby pamiętam w tym bloku, o którym opowiadasz, tam, gdzie mieszkałaś i gdzie też mieszkałem, okna były bardzo nieszczelne. Te dawne drewniane okna potrafiły naprawdę robić dziwne rzeczy.

Ola: No tak. Jeżeli akurat nie mieszkamy w rozpadającej się chałupie i jest akurat zima, i przez krótki czas, kiedy stoimy w pomieszczeniu, owiewa nas lodowaty wiatr – nawet jeżeli rzeczywiście jest bardzo zimny – to on również nie powinien zaszkodzić osobie, która jest zdrowa, ma zdrowy układ odpornościowy i jest ubrana w suchą domową odzież. Nie chodzi tu o jakieś kurtki czy ciepłe bluzy. Jeżeli tak nas ten wiatr owieje, to przecież nie wywoła w nas natychmiastowo choroby. Ale są wyjątki i trzeba o nich koniecznie powiedzieć.

W sensie nie do końca tak, że przez krótki czas coś nam się może zdarzyć, ale gdyby przeciąg potrwał jednak długo i gdyby silnie wychłodził powietrze w pomieszczeniu, to wychłodzi również nas samych, wychłodzi nasze organizmy. U takiej wychłodzonej osoby zwiększa się ryzyko podłapania infekcji wirusowych, zwłaszcza dotyczy to infekcji dróg oddechowych, co w konsekwencji może prowadzić na przykład do zapalenia ucha, jak wcześniej wspominałam. I tu dochodzimy do momentu, w którym trzeba wyjaśnić, dlaczego właściwie możemy się rozchorować wskutek wychłodzenia, wystawienia na niskie temperatury. Jaki jest związek przyczynowo-skutkowy – bo to nie jest tak, że wychodzimy, owiewa nas zimny wiatr, czy moczymy nogi w lodowatej wodzie, wpadamy do przerębla, wychodzimy i chorujemy "na przerębel".

Piotr: Zwłaszcza że to się kojarzy od razu z takimi chorobami jak katar, przeziębienie czy dalej jakieś zapalenie płuc. To nie jest tak, że można się przeziębić od samego zimna. Do przeziębienia potrzebny jest jeszcze jeden, dość istotny czynnik.

Ola: Otóż to. Wygląda to tak, że kiedy marzniemy, słabnie odpowiedź immunologiczna naszego organizmu, czyli słabnie odpowiedź układu odpornościowego, a to utrudnia organizmowi walkę z zarazkami. I wówczas otwiera się u nas furtka dla zachorowania. Jak to przebiega? To nie jest tak, że choroba nagle nam się gdzieś lęgnie, tylko musi ta choroba do nas przylecieć w postaci infekcji, zazwyczaj wirusowej.

Dodam jeszcze, co się dzieje z organizmem, kiedy jest wychłodzony, albo kiedy przez długi czas jest wystawiony na warunki zimowe, to znaczy mniej słońca. Przede wszystkim od tego, że łapiemy mniej światła słonecznego, mamy zimą obniżony poziom witaminy D, a witamina D odgrywa kluczową rolę w utrzymaniu sprawności układu odpornościowego. W momencie, kiedy znajdujemy się w niskiej temperaturze, oddychamy zimnym i suchym powietrzem – to jest ważne – i następuje u nas zwężenie naczyń krwionośnych w górnych drogach oddechowych. Dzieje się tak dlatego, że organizm chce oszczędzać ciepło i wycofuje pokłady ciepłej krwi z tych miejsc, które są bardzo odległe od serca.

Piotr: I tam, gdzie najszybciej ona się może wychłodzić.

Ola: Dokładnie. To zwężenie naczyń krwionośnych może uniemożliwić białym krwinkom dotarcie do błony śluzowej w obrębie na przykład jamy nosowej, co z kolei utrudnia organizmowi walkę z zarazkami, bo przecież białe krwinki to jeden z elementów układu odpornościowego.

A zarazki krążą wokół nas nieustannie i najczęstszym zagrożeniem są wirusy, które, jak wykazały badania, w tych niższych temperaturach mogą przetrwać dłużej i rozmnażać się skuteczniej. Niskie temperatury ułatwiają wirusom rozprzestrzenianie się i dzięki temu mogą zarażać większą liczbę osób. Jedna z hipotez głosi, że w zimnych porach roku u wielu osób występują łagodne, uśpione infekcje wirusowe, których objawy stają się poważniejsze i bardziej widoczne, kiedy dana osoba się wychłodzi i wskutek tego osłabia się u niej odporność – czyli siedzi sobie taki wirusek w nosogardzieli, niezbyt szkodliwy, bo nasz układ odpornościowy go zwalcza, ale jeszcze nie do końca zwalczył. Tymczasem się wychładzamy, następuje zwężenie naczyń krwionośnych, spadek odporności w obrębie nosogardzieli i wirus atakuje nas całkiem skutecznie.

Chcę przypomnieć, że przeziębienie to nie jest kwestia związana z tym, że się wychładzamy i nagle nasz organizm zaczyna samoczynnie chorować. Jeśli się wychłodzimy, przeziębienie i tak powodowane jest przez wirusy, które nas dopadają wskutek tego, że nasz układ odpornościowy nie działa prawidłowo. Przeziębienie mogą wywoływać różne wirusy, ale mniej więcej połowę wywołują rinowirusy. One mogą też wywoływać poważniejsze choroby, jak zapalenie płuc czy zapalenie oskrzeli, zwłaszcza u osób, które mają osłabiony układ odpornościowy. Te rinowirusy oraz inne wirusy wywołujące przeziębienie rozprzestrzeniają się drogą kropelkową i kiedy dostają się wraz z oddechem do jamy nosowej, przyczepiają się tam do nabłonka. Jeżeli mamy akurat obniżoną odpowiedź immunologiczną, bo zmarzliśmy, układ odpornościowy nie może ich zwalczyć, więc rinowirusy replikują się i rozprzestrzeniają w górnych drogach oddechowych. Mamy infekcję, tak to przebiega.

Dodajmy tutaj, że jednym ze sposobów pozbywania się wirusów z powietrza w pomieszczeniach jest częste ich wietrzenie – jesienią, zimą, wiosną. Więc jeżeli rzeczywiście planujemy solidne wietrzenie, to załóżmy kurtkę i czapkę, albo nakryjmy się kocem, albo wyjdźmy do innego pomieszczenia.

Piotr: Zresztą jedną z głównych przyczyn, dla których w zimie, jesienią, jeszcze na wiosnę częściej chorujemy, jest właśnie to, że siedzimy w zamkniętych pomieszczeniach, które są wtedy zwykle słabo wietrzone i bardziej na siebie chuchamy, plujemy i tak dalej. To oczywiście jest też kwestia suchego powietrza, kwestia wychładzania się i wielu innych czynników, ale ta sezonowość chorób jest w dużym stopniu związana właśnie z zamkniętymi pomieszczeniami.

Ola: Zobaczcie, jak tu wszystko od siebie zależy, jak wiele czynników się zazębia. I oczywiście latem również należy wietrzyć pomieszczenia, o czym już mówił Piotrek. A to jeszcze słówko na koniec o klimatyzowanych pomieszczeniach – chodzi o klimatyzatory z nawiewem. Te wnioski, o których wspomniałam wcześniej, nie dotyczą pomieszczeń z klimatyzacją, ale w tym przypadku, kiedy siedzimy pod nawiewem klimatyzacji, zachodzi podobny mechanizm: im większy dyskomfort cieplny odczuwamy, tym gorzej to wpływa na sprawność naszego układu odpornościowego. Na przykład siedzenie pod rozkręconym klimatyzatorem, z którego wieje zimne powietrze, może być otwarciem furtki dla infekcji, właśnie wskutek tego, że się wychładzamy.

0:27:38 Co to znaczy, że kogoś "przewiało"?

Piotr: To ostatni, bo teraz nam się zrobiło tak bardzo przeciągowo, kawałeczek do tej układanki przeciągowej. Ale ponieważ, tak jak mówiłem, wojna idei trwa, warto by to wyjaśnić – chcę jeszcze nawiązać do jednej rzeczy, bo być może już część z was się zdążyła oburzyć albo powiedzieć, że bzdury gadamy. Bo przecież jest coś takiego jak przewianie, i to przewianie rzeczywiście może dawać różne objawy – od takich mniej groźnych, typu ból karku, przez na przykład bóle głowy, w tym również bardzo poważne bóle migrenowe, jakieś bóle pleców. Niektórzy zgłaszają nawet bóle twarzy, jakichś mięśni, fragmentów twarzy. Jest tam też w tej gamie ból ucha, mogący się przeradzać nawet w zapalenie ucha. Bóle zębów też mogą być wywoływane takim przewianiem. Jest spora gama takich objawów, na tyle powtarzalnych, że nie można ich zignorować i powiedzieć, że to bzdury.

To trudna sprawa, dlatego że szukałem badań na ten temat i nie znalazłem jednoznacznych badań wskazujących w prosty sposób na mechanizm przewiania. O co chodzi z przewianiem? Jeżeli na przykład siedzimy gdzieś, gdzie cały czas na nas wieje – ale nie wiatr na zewnątrz, tylko na przykład klimatyzator, albo jedziemy samochodem i mamy gdzieś ustawiony nawiew na siebie, albo jest uchylona szyba w chłodny dzień, podkreślam, bo to dotyczy tych momentów, kiedy jest chłodniej – i cały czas wieje w jedno miejsce przez długi czas, w miarę niezmiennie, wtedy właśnie pojawia się to zjawisko przewiania.

To, co znalazłem, wskazuje przede wszystkim na takie miejscowe, punktowe wychłodzenie skóry i przez to mięśni znajdujących się pod tą skórą, co może powodować skurcze tych mięśni. To jest właśnie ta punktowość tego, co się dzieje – nie chodzi o to, że mamy wichurę i nas ta wichura przewieje, tylko że coś wieje nam na przykład na ramię, na szyję, i w tym miejscu te mięśnie bardziej się obkurczają, a w innych nie. Powstają wtedy takie napięcia, które rzeczywiście mogą powodować jakieś bóle, być może również wywołane wpływem ucisku mięśni na jakieś głębiej położone nerwy. To jedno z wyjaśnień – nie tłumaczy ono takich rzeczy jak ból zęba, chociaż w jakimś stopniu też może, bo napięcia mięśniowe mogą przekładać się na bardzo nieoczywiste rzeczy.

Znalazłem też takie wyjaśnienie, które mówi o tym, że kiedy wieje na nas i jest nam wyraźnie chłodniej, zwłaszcza w górne rejony, powiedzmy szyjowo-karkowo-plecowe, to odruchowo trochę chowamy głowę w ramiona, napinamy górną część ciała, napinamy ramiona, napinamy mięśnie karku, i to również przy dłuższym, nieświadomym napięciu może spowodować jakieś bóle. Dzieje się to przede wszystkim wtedy, gdy jest chłodno, to znaczy jeżeli temperatura wynosi 20-21 stopni i jest w miarę równomierna – bo znowu nie mówię o sytuacji, że mamy w pomieszczeniu 30 stopni i włączyliśmy klimatyzator na 19, i napiernicza nam na głowę, bo to rzeczywiście może wywołać taki efekt. Natomiast raczej tego typu przewiania nie zdarzają się w ciepłych momentach, i to dotyczy też wspomnianego wcześniej wentylatora – jeżeli mamy gorący dzień, pozamykaliśmy wszystko, ale chcemy wymusić ten przepływ powietrza, żeby jednak nas trochę chłodziło, to nie ustawiajmy raczej wentylatora tak, żeby nawiewał na nas równym, wąskim strumieniem. Jeżeli już, to ustawmy ten wentylator dalej – wiele wentylatorów ma zresztą możliwość obracania się, to też pomaga – ale nie kierujmy na siebie wąskiego, mocnego strumienia powietrza, bo rzeczywiście u osób wrażliwych, a są tacy, którym to w ogóle nie przeszkadza, i tacy, którzy wręcz dramatycznie reagują na możliwości przewiania, u tych z tendencjami do przewiewania rzeczywiście to może występować szybciej, mocniej, częściej.

To jest ciekawe zjawisko, jeszcze będę szukał, może znajdę więcej informacji, bo to nie jest takie proste – wiele jest tych wyjaśnień i najczęściej dotyczą sytuacji, kiedy ten nawiew jest wyraźnie zimny, i wtedy jest to łatwiejsze do wyjaśnienia. Wyobrażam sobie, że jeżeli siedzimy w 22 stopniach i mamy skądś strumień powietrza o temperaturze powiedzmy 16 stopni, ta różnica jest na tyle duża, że rzeczywiście może zachwiać nam tę równowagę i miejscowo wywołać jakieś obkurczenie mięśni. Temat jest rozwojowy.

Kończymy już zagadnienia związane z przewiewaniem i przeciągami. Jeżeli macie jakieś własne doświadczenia, to też napiszcie w komentarzach, bo to jest ciekawe zjawisko, niejednoznaczne i nie takie proste, jak by się mogło wydawać. Na pewno wnioski są takie, że to nie jest tak, że przeciągi masowo zabijają i że w ogóle "jak przeciąg, to najgorzej". Trzeba myśleć i świadomie do tego podchodzić, a nie polegać na takich wbitych z dziada pradziada w głowę regułkach.

0:33:56 Dlaczego po kawie chce się siku i kupę?

Ola: Dlaczego po kawie biegniemy do toalety?

Piotr: Nie wszyscy.

Ola: Nie wszyscy, ale właściwie wszyscy – już powiem dlaczego. Ty mówisz "nie wszyscy", bo jeśli chodzi o dwójkę, to nie wszyscy, ale jeśli chodzi o jedynkę, to biegają wszyscy.

Piotr: No to tak, to tak.

Ola: Zacznijmy więc od jedynki, czyli dlaczego niedługo po wypiciu kawy musimy zrobić siku. Ma to związek z hormonem, który nazywa się wazopresyna, inaczej hormon antydiuretyczny, w skrócie ADH. Jego wydzielaniem zarządza przysadka mózgowa. Ten hormon ma przeciwdziałać odwodnieniu organizmu – im więcej wazopresyny dociera do nerek, tym więcej wody nerki zatrzymują w organizmie, zwiększając przepuszczalność kanalików zbiorczych, dzięki czemu wchłania się więcej płynu. Kofeina działa w bardzo specyficzny sposób na nasz organizm, podobne działanie ma też alkohol. Wpływają na przysadkę mózgową w taki sposób, że wywołuje ona zmniejszenie uwalniania wazopresyny, co w efekcie…

Piotr: Zmniejsza? Tak, tak, mów, mów, próbuję sobie to w głowie ułożyć.

Ola: …oszukuje organizm. Nasz organizm wówczas zwiększa produkcję moczu, bo chce się pozbyć tego rzekomego nadmiaru wody. Dlatego po kawie, a również na przykład po piwie, siusiamy więcej niż po innych napojach.

Piotr: A w ogóle po alkoholu. To zresztą dobry powód, dla którego nie należy przesadzać z alkoholem w upały, bo łatwiej się wtedy odwodnić.

Ola: No tak, ale piwo ma szczególne znaczenie, bo tej wódki objętościowo jesteśmy w stanie wypić mniej, natomiast jeśli chodzi o piwo, to bardzo mocno się nawadniamy i ten efekt jest silniej widoczny.

Piotr: Czyli mamy połączenie alkoholu, który ogłupia przysadkę, z po prostu dużą ilością wody, którą dodatkowo w siebie wlewamy.

Ola: Otóż to. A teraz przejdźmy do dwójki, czyli dlaczego niemal natychmiast po porannej kawie tak wiele osób musi biec do toalety na kupę. Według badań dotyczy to niemal 30% ludzi, więc całkiem spora grupa. I właśnie ten czas, który dzieli konieczność pójścia do toalety od wypicia kawy, to jest największa zagadka – jak to możliwe, że średnio po czterech minutach pojawia się tak silne parcie?

Piotr: To chyba jeszcze nie zdąży się nic wchłonąć.

Ola: Nic się nie zdąży wchłonąć, nie ma najmniejszych szans, żeby ta kawa dotarła w takim czasie do końcowego odcinka jelita grubego.

Piotr: Nawet jak na pusty żołądek pijemy.

Ola: Dokładnie. Taka podróż kawy od ust do odbytu, do okrężnicy, powinna zająć kilka godzin, a tutaj efekt jest natychmiastowy. Badania pokazały, że wypicie kawy u niektórych osób powoduje natychmiastowe zwiększenie perystaltyki jelita grubego, a konkretnie wyraźne pobudzenie aktywności jego ostatniego odcinka. Co ciekawe, i to jest najlepsze, ten efekt pojawia się zarówno po kawie zwykłej, jak i bezkofeinowej, bo oczywiście pierwszym podejrzanym była kofeina, ale stwierdzono, że napoje z samą kofeiną takich silnych efektów nie wywoływały.

Piotr: No właśnie, to chociażby dlatego wycofano niedawno częściowo wszelkie energetyki – jakoś tam po jakimś energetyku raczej się nie pędzi.

Ola: Prowadzone były badania na ten temat i wykazały, że kawa zawiera kwasy, które zwiększają poziom gastryny. Gastryna to hormon produkowany w żołądku i w części dwunastnicy, który stymuluje mimowolne skurcze mięśni żołądka, co z kolei zmusza jelito grube do intensywniejszej pracy, czyli do kurczenia się i rozkurczania. Dzieje się tak zarówno w przypadku kawy zwykłej, jak i bezkofeinowej – to jest to wyjaśnienie. Ale nie dzieje się to w równym stopniu: okazało się, i to pokazały badania, że mocna kawa z kofeiną zwiększa aktywność jelita grubego o 23% skuteczniej niż kawa bezkofeinowa, więc kofeina jednak jakiś wpływ ma.

Istnieją również dowody na to, że kawa zwiększa uwalnianie cholecystokininy, czyli innego hormonu odgrywającego kluczową rolę w procesie trawienia, co też przyczynia się do tych efektów gastrycznych. Znaczenie ma również pora, w jakiej najczęściej pijamy kawę – wiadomo, że najczęściej wypijamy ją rano, a rano nasze jelita są bardziej podatne na pobudzenie, co jeszcze zwiększa skutek przeczyszczający wypicia kawy.

Jest jeszcze jedno zagadnienie, które dołącza się do tego efektu: wiele osób wypija kawę z mlekiem lub śmietanką – mówię o produktach krowich, czyli z laktozą. Naukowcy szacują, że nawet 65% ludzi ma w jakimś mniejszym lub większym stopniu trudności z trawieniem laktozy, a to jeszcze wzmaga u nich chęć wyjścia do toalety.

Piotr: Wiesz co, to mnie mniej przekonuje.

Ola: Ale te trudności mogą być maleńkie, to może wywoływać jakieś drobne zaburzenie, które się nakłada na resztę – to następuje w przeciągu 30 minut od wypicia kawy.

Piotr: Nie ten efekt, a poza tym wiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że jeżeli ma problemy z trawieniem laktozy, to w tej chwili dostępność wszystkich tych bezlaktozowych produktów mleczno-nabiałowych jest ogromna i bez problemu można sobie to zastąpić. Więc to akurat przekonuje mnie tutaj najmniej z tego całego zestawu, o którym mówisz.

Ola: No tak, ale to jest wymieniane wśród tych efektów wzmacniających, przeczyszczający wpływ kawy na organizm.

Piotr: To tylko powiem, że jeżeli ktoś tu umarł z oburzenia, co się zdarzyło nam kiedyś w komentarzach, jak pisaliśmy…

Ola: No jak umarł, to już nas nie słucha.

Piotr: No to dla jego rodziny informacja, że tak, zdecydowaliśmy się mówić "siku" i "kupa", a nie "oddawanie moczu" i "oddawanie kału", ponieważ to jednak jest podcast, a nie praca naukowa. Więc jeżeli na kogoś bardzo źle działa słowo "sikanie", "siku" albo "kupa", to przepraszamy, ale nic z tym nie zrobimy, bo tak będziemy mówili. Tak tylko informuję dla rodziny tych osób, które nie wytrzymały nerwowo.

Ola: Ja powiem tak: naszym zadaniem jest przybliżanie nauki do ludzi, a nikt w codziennym życiu nie mówi, że pragnie oddać kał albo pragnie oddać mocz.

Piotr: Pod wpływem kawy chęć defekacji wzrosła u mnie znacząco.

Ola: Tutaj tylko ostrzegamy, że jak ktoś planuje jakieś – mówię, bo są wakacje – wakacyjne czynności typu spływ kajakowy bez możliwości defekacji na lądzie, albo nurkowanie z butlą…

Piotr: Tam jest możliwość defekacji.

Ola: Tak, ale też mogą być smutne. Albo na przykład uczestnictwo w regatach żeglarskich, w łódkach bez kabiny, w jachtach bezkabinowych – to zalecamy zdecydowanie wypicie kawy albo dużo wcześniej, albo już po tych aktywnościach.

0:41:43 Dlaczego kolory blakną na słońcu?

Piotr: To w takim razie przeskakujemy na bardzo letni temat – choć nie tylko letni – mianowicie dlaczego w ogóle kolory blakną na słońcu. To jest zjawisko na tyle mocne, że dorobiło się własnego słowa: blaknięcie. Blaknięcie to utrata intensywności koloru, albo wręcz znikanie koloru pod wpływem działania słońca, a szczególnie, na co nie zawsze się zwraca uwagę, blaknie kolor czerwony.

Teraz to już nie jest tak wyraźne, bo bardzo wiele produktów, o czym jeszcze wspomnę, ma barwniki, które albo nie blakną, albo są zabezpieczane innymi substancjami, które filtrują promieniowanie słoneczne – bo to oczywiście jest efekt promieniowania słonecznego. Ale za dawnych czasów, kiedy byliśmy pacholętami i ganialiśmy nago po łąkach i drogach, bardzo często było widać chociażby stare znaki drogowe, malowane na blasze. I często w takich mało uczęszczanych miejscach te czerwone znaki drogowe już nie były takie czerwone.

Ola: Znaczy szarawe.

Piotr: Takie szarawe, przez różowe, aż do właściwie zniknięcia tego czerwonego. Teraz to widać na przykład czasami, jeżeli gdzieś ktoś jakieś śmiecie wywali, które leżą długo na słońcu – widać, że te czerwone elementy opakowań są wyblakłe, czyli ten czerwony kolor specjalnie znika. To jest efekt tego, że światło słoneczne niesie ze sobą bardzo dużo energii – my sobie nawet nie zdajemy sprawy, jak dużo, co dopiero się pokazuje, kiedy mamy jakąś instalację fotowoltaiczną o dużej wydajności – stosunkowo niewielka instalacja daje nam naprawdę sporo energii.

Te fotony, które lecą sobie ze słońca, uderzają w barwniki i powodują rozpad związków chemicznych, z których te barwniki są złożone. Zmieniają wtedy swoją fizyczną strukturę i przestają spełniać swoją funkcję, to znaczy przestają być barwnikami – bo bycie barwnikiem polega na tym, że pochłania się jakiś kolor, a jakiś kolor się odbija. I zależnie od tego, co się pochłania, a co się odbija, to trafia do naszych oczu. Na przykład wspomniane czerwone barwniki odbijają właśnie kolor czerwony, a pozostałe pochłaniają.

Jeżeli poruszamy się w obrębie promieniowania elektromagnetycznego w zakresie światła widzialnego – jak spojrzymy na tęczę, to na jednym jej końcu mamy kolor czerwony, na drugim kolor fioletowy. Kolor czerwony to te fotony, które niosą mniejszą energię, a fioletowy to ta większa energia. Jak sobie na przykład weźmiemy to, co jest tuż za kolorem fioletowym, to jest ultrafiolet, którego już nie widzimy, ale ultrafiolet to jest właśnie mniej więcej ta granica, gdzie promieniowanie może już wpływać na przykład na organizmy żywe, może powodować takie rozpady. I to właśnie ten kawałek promieniowania ma największy wpływ na blaknięcie kolorów, dlatego że to jest największa energia.

Jeżeli weźmiemy kolor czerwony, to ten barwnik odbija czerwień, ale pochłania całe pozostałe spektrum światła widzialnego, w tym również ultrafiolet, fiolet i wszystkie pozostałe kolory. Innymi słowy czerwień jest najbardziej narażona, bo odbija wyłącznie ten fragment, który ma najniższą energię, te fotony o najniższej energii. I to jest istota tego zjawiska, chociaż jest tu jeszcze parę innych elementów, bo to jest też kwestia tego, że wiele czerwonych barwników, zwłaszcza pochodzenia organicznego, w ogóle jest mało stabilnych i one najszybciej ulegają uszkodzeniu, najszybciej ulegają rozpadowi. Stąd ta rozpiętość między kolorami.

Zwróćcie uwagę, że jeżeli gdzieś znajdziecie coś, co od bardzo dawna jest na słońcu i co w dodatku może być stare, to znaczy jeszcze nie używano tam nowocześniejszych, bardziej odpornych barwników, albo takich barwników w ogóle nie zastosowano, bo nie było takiej potrzeby – bo na przykład jeżeli mamy kolorowe kartonowe opakowanie od czegoś, to ono nie jest programowo przystosowane do bycia wystawianym na słońce, w związku z czym nikt się specjalnie nie troszczy o to blaknięcie, bo te opakowania mają krótki czas życia i na nich dobrze widać to zjawisko – to najpewniej czerwień zniknie całkiem, a na przykład niebieski kolor jak najbardziej tam pozostaje i jest widoczny.

Ola: Takie słupki, jakie czasami są podczas robót drogowych rozstawione na jezdni, starego typu, one właśnie miały taką tendencję do blaknięcia.

Piotr: To jest oczywiście pewne uogólnienie, bo na przykład u nas na podwórku leży miska, która jest niebieska – to znaczy już nie jest niebieska, tylko z jednej strony jest biała, bo właśnie wyblakła, ale to jest raczej kwestia zastosowanego tam barwnika. Ona tam już leży ze dwa lata, ostatnio to zaobserwowałem.

Ola: Tak, ona leży przy pompie.

Piotr: Tak jest, i bardzo pięknie nam wyblakła z jednej strony mimo tej swojej niebieskości, ale to znowu kwestia użytego barwnika, może niezbyt wysokiej jakości plastiku i tak dalej. Jak już wspomniałem, do wielu materiałów dodaje się takie filtry słoneczne, często oparte na benzofenonie. Pochłania on sporą część promieniowania ultrafioletowego, chroniąc w ten sposób inne związki chemiczne, właśnie te barwniki. To jest bardzo często stosowane rozwiązanie, albo pokrywa się coś na przykład takim lakierem, który jest odporny na ultrafiolet. W ogóle ultrafiolet jest tą częścią promieniowania słonecznego, która wywołuje bardzo wiele takich rozpadów – na przykład jakieś plastiki często pod wpływem ultrafioletu stopniowo tracą swoją strukturę, spoistość, sprężystość i tak dalej. Popatrzcie sobie w takich miejscach, gdzie coś długo jest narażone na słońce – dotyczy to najróżniejszych rzeczy, na przykład węży ogrodowych. W tej chwili węże ogrodowe są robione tak, że często jest napisane, że są odporne na ultrafiolet, bo kiedyś się kruszyły, traciły elastyczność. Ten ultrafiolet to jest energia, której często niedoceniamy. W ogóle szykuję jeszcze taką fajną opowieść o ultrafiolecie, związaną między innymi ze szkłem uranowym, bo spełniłem swoje marzenie i kupiłem sobie taki pojemniczek, miarkę zrobioną ze szkła uranowego. Szkło uranowe ma to do siebie – już się go praktycznie nie używa – że ma taki zielonkawy odcień, wynikający właśnie z pobudzenia świecenia pod wpływem ultrafioletu. Ale też te wszystkie rzeczy, które mają tak zwany żarowiasty kolor, żarowiasto-żółty, różowy, niebieski, takie barwniki, których nie było w PRL-u i o których marzyliśmy, patrząc na jakieś zachodnie rzeczy w dawnych czasach, a teraz są powszechne – one świecą właśnie dlatego, że są wzbudzane przez ultrafiolet. Ale o tym będzie jeszcze więcej przy innej okazji.

Ola: Ja to bardzo czekam na ten twój materiał o szkle uranowym. Wiem, że nie trzeba ci przypominać co pół roku.

Piotr: Nie, absolutnie, co pół roku nie – jest zaplanowane do 2035.

0:50:05 Czy zasada pięciu sekund działa?

Ola: Na pewno wielu z was, wiele z was stosuje zasadę pięciu sekund. Pięć sekund nie leżało, czyli można zjeść.

Piotr: Czasem żartobliwie, czasem mniej żartobliwie, ale napotyka się na to bardzo często.

Ola: Bardzo często, i badania pokazały, że tę zasadę stosuje aż 87% ludzi. Podejrzewam, że nawet więcej – czyli po prostu zjadają to, co spadło na podłogę, pod warunkiem, że nie leżało tam dłużej niż pięć sekund.

Piotr: Pod warunkiem, że to nie jest na przykład dżem, który wylądował na podłodze.

Ola: Ale te pięć sekund jest mocno umowne. Wiele osób jest przekonanych, że przez tak krótki czas nie zdążą na takie jedzenie przeskoczyć bakterie – hop, hop, to może trwać nawet mniej niż sekundę. Ale czy te osoby mają rację? Przyznam, że i ja czasami coś podnoszę z podłogi i zjadam, pod warunkiem, że nie jest to dżem albo krem rozsmarowany po podłodze. Właściwie nie wiedziałam, czy postępuję słusznie, i musiałam to sprawdzić. Okazało się, że jednak nie. O zaskoczenie.

Zacznę od takich badań przewrotnych i kontrowersyjnych, które wskazują, że owszem, zasada pięciu sekund działa. Ale o tym "ale" powiem za chwilę. Była seria takich eksperymentów, które przeprowadzili studenci ostatniego roku Wydziału Biologii w brytyjskim Aston University. Opublikowali pracę, która dowodzi, że jedzenie podniesione z podłogi natychmiast po zetknięciu z nią jest mniej zanieczyszczone drobnoustrojami niż to, co poleży tam dłużej. Wydaje mi się, że to czysta logika prowadzi do takich oczywistych wniosków, ale oczywiście w nauce niczego nie można zakładać, trzeba wszystko sprawdzać. Na tym uniwersytecie sprawdzano, jak szybko leżące na podłodze jedzenie jest zasiedlane przez powszechnie występujące i niebezpieczne dla zdrowia bakterie. Brano pod uwagę Escherichia coli, czyli pałeczkę okrężnicy, która wywołuje między innymi biegunki, oraz gronkowca złocistego, sprawcę różnego rodzaju zakażeń, między innymi skórnych, ale też zakażeń górnych dróg oddechowych.

Testowali też różne rodzaje podłóg: dywan, drewniane panele, kafelki terakotowe, w kontakcie z różnymi typami potraw – był to tost, makaron, ciastko i lepkie słodycze. Leżały tam od trzech do trzydziestu sekund. Wynik tych badań jest taki, że bakterie najchętniej i najszybciej przenoszą się z podłóg terakotowych, drewnianych paneli albo laminatów na jedzenie wilgotne, które leży tam dłużej niż pięć sekund. Hurra, mamy rację. Z dywanem było tak, że bakterie najmniej chętnie przeskakiwały na jedzenie z dywanu – pewnie dlatego, że mniejszą powierzchnią przylegały do włosków dywanu.

Piotr: Patrzę na naszego psa, który jest bardzo rozciągnięty na dywanie, i nic na niego nie przeskakuje.

Ola: Nic nie przeskakuje. A dla tych, którzy właśnie odetchnęli z ulgą, mam niestety złą wiadomość, bo wiele innych badań bezsprzecznie dowodzi, że jedzenie upuszczone na podłogę jest natychmiast zasiedlane przez bakterie. Temu zresztą nie zaprzeczają też naukowcy z Aston University. Przyjrzyjmy się tym badaniom, które mówią, że jedzenie z podłogi jest niebezpieczne. Tutaj tak naprawdę trzeba spojrzeć na to od takiej strony, że wszystko zależy od tego, na jaki typ mikroorganizmów się natkniemy.

Piotr: Na ile skoczne?

Ola: Może nie skoczne, tylko zjadliwe – a jednocześnie takie, których potrzeba w dużej liczbie, żeby wywołać zakażenie. Zazwyczaj do zakażenia potrzebnych jest aż 10 tysięcy bakterii, to jest taka powszechna reguła, i wówczas mamy szczęście, bo w ciągu pięciu sekund nie uzbiera się tylu bakterii na naszym kawałku jedzenia i się nie rozchorujemy. Ale jeżeli mamy pecha i trafimy na bakterię, do zakażenia którą wystarczy kilkaset sztuk, to natychmiastowe podniesienie kęska jedzenia z podłogi nic nie pomoże. Podobnie może się zdarzyć, kiedy mamy osłabiony układ odpornościowy i po prostu mniej drobnoustrojów może wywołać u nas chorobę.

Znalazłam badania pokazujące, że bakteria Salmonella typhimurium, która wywołuje zatrucia pokarmowe, może przetrwać na suchych powierzchniach, czyli na niemytych albo niezbyt dokładnie umytych podłogach, aż do czterech tygodni. Może też przenieść się na żywność niemal natychmiast po kontakcie z nią – niemal natychmiast oznacza mniej niż jedną sekundę.

Tak szybkiego refleksu nie mamy, przynajmniej większość z nas. I tak naprawdę ryzyko jest ogromne, bo jeżeli trafimy w miejsce, gdzie czai się jakaś niebezpieczna bakteria, i to w dużej liczbie, która może od razu wywołać u nas chorobę, to wówczas cóż, mamy pecha i tyle. Tym niemniej większość naukowców, którzy prowadzili badania nad zasadą pięciu sekund, przychyla się do wniosków, jakie wyciągnęli studenci z Aston University: im dłużej jedzenie leży na podłodze, tym bardziej jest narażone na zasiedlenie przez bakterie chorobotwórcze. Znaczenie ma oczywiście również to, jak dawno i jak często bywa myta dana podłoga, jak dokładnie, i jak bardzo kleiste jest jedzenie.

Piotr: Czekałem na to, bo to mi się wydaje dość kluczowym elementem – zakładam, że jak mi upadnie, dajmy na to, chrupek kukurydziany na podłogę, nieważne, czy dywan, czy nie dywan, nie mówię o jakiejś podłodze, gdzie stoi błoto, to ten chrupek ma jednak mniejsze szanse na bycie szybko zasiedlonym niż na przykład plasterek sera.

Ola: No oczywiście, bo ma mniejszą powierzchnię, którą przylega do podłogi.

Piotr: Potrzebną do tego, żeby te bakterie skutecznie się tam transferowały.

Ola: Właśnie ciekawe, że powiedziałeś o chrupku kukurydzianym. Może chrupek nie należy do słodyczy, ale są takie badania, które pokazują, że reguła pięciu sekund najczęściej jest stosowana do podnoszenia z podłogi słodyczy, a nie warzyw.

Piotr: Bo szkoda, żeby się zmarnowały. Słodycze, no tak, jak najbardziej. To jest dość logiczne.

Ola: Bardzo ciekawa sprawa. Podsumowując: jeśli mamy szczęście, a zazwyczaj właściwie je mamy, to zasada pięciu sekund zadziała. Jeśli już musimy zjeść coś z podłogi, to jedzmy z dywanu.

Piotr: Albo podsuńmy szybko dywan pod spadające słodycze.

Ola: O, to dopiero będzie refleks. A jeżeli mamy pecha i trafimy na zjadliwą bakterię, której nawet niewielka liczba może wywołać chorobę, to niestety nie pomoże nam ani dywan, ani zasada pięciu sekund.

0:58:30 Dlaczego puszka coli "wybucha" i co z tym zrobić?

Piotr: No dobra, to się zrobiło trochę groźnie. To jeszcze będzie jeden żywieniowy temat, mianowicie wybuchające puszki z napojami gazowanymi, czy to jakieś odmiany coli, czy jakichś innych rzeczy. Wszyscy znają ten najlepszy dowcip: przynieść komuś porządnie natrząśniętą puszkę, i wtedy, jak ją otworzy, wszystko go zaleje.

Ola: Ale ten twój tytuł jest troszkę mylący, bo powiedziałeś o wybuchającej puszce, a to brzmi, jakby ona samoczynnie wybuchała.

Piotr: Sama nie wybucha – no dobra, chyba że się bardzo uprzesz. Puszki w tej chwili są tak projektowane, że nawet jak ją wsadzisz do jakiejś wytrząsarki i będzie ciepła, choć nie bardzo gorąca, to nie eksploduje, bo przechodzi próby ciśnieniowe, chociaż rzeczywiście podejrzewam, że gdyby taką puszkę porządnie podgrzać, to mogłyby zajść złe rzeczy. Więc co tam się w ogóle w tej puszce dzieje i jak można zapobiec takiemu wybuchaniu? Oczywiście można zapobiec, traktując puszkę z szacunkiem i godnością, czyli nią nie trzęsąc.

Ola: Ja bym to nazwała wytryśnięciem napoju – że oblewa wszystko dookoła.

Piotr: Możesz tak nazwać. I teraz, co się w ogóle w tej puszce dzieje? W puszce jest bardzo dużo gazu, mówię o napojach gazowanych – tego gazu objętościowo jest wielokrotnie więcej niż wynosi pojemność puszki. Jest on przede wszystkim rozpuszczony w cieczy, dlatego może go być więcej, a po drugie jest pod ciśnieniem, bo w tych puszkach panuje wyższe ciśnienie niż na zewnątrz. Co się dzieje, kiedy potrząśniemy puszką?

Ola: Chodzi oczywiście o gaz, czyli dwutlenek węgla.

Piotr: Zazwyczaj dwutlenek węgla, w niektórych przypadkach jakieś inne gazy, ale trzymajmy się dwutlenku węgla. Kiedy potrząśniemy puszką, w tej cieczy powstają rozmaite zawirowania, nierówności, bo żadna puszka nie jest tak wypełniona, żeby ten napój nie miał gdzie chlupotać – zawsze jest jakiś zapas, między innymi dlatego, że ten gaz jest pod ciśnieniem, zawsze jakaś warstewka istnieje. Te zawirowania powodują, że gaz rozpuszczony w cieczy zaczyna się na wszelkich nierównościach wydzielać w postaci pęcherzyków. To oczywiście kwestia temperatury – ktokolwiek miał do czynienia z takimi napojami, wie, że dobrze schłodzona puszka ma mniejszą tendencję do wybuchania czy wytryskiwania niż puszka z ciepłym napojem. To z kolei wynika z fizyki, z tego, że w niższej temperaturze jest lepsza rozpuszczalność gazów w cieczy. Jeżeli więc mamy podgrzaną albo nieschłodzoną, a jeszcze natrząśniętą puszkę, to te pęcherzyki się wydzielają i mają tendencję do przyklejania się przede wszystkim do ścianek i dna puszki, i tam pozostają.

Jeżeli taką opęcherzykowaną wewnątrz puszkę otworzymy wkrótce po potrząśnięciu, to gwałtownie spada w niej ciśnienie, bo tam, jak już powiedzieliśmy, ciśnienie jest większe, i te pęcherzyki gwałtownie rosną.

Ola: No tak, zwiększają objętość.

Piotr: Zwiększają objętość, dokładnie, odrywają się od ścianek, wylatują ku górze, niosąc ze sobą kolę – czyli tak naprawdę ten napój spienia się i wystrzeliwuje z puszki. Jeżeli zostawimy taką natrząśniętą puszkę na jakiś czas, a jeszcze lepiej ją schłodzimy, to te pęcherzyki stopniowo – to trochę musi potrwać – rozpuszczą się z powrotem w cieczy i znikną. To jest pierwszy sposób, jeżeli się nam nie spieszy. To oczywiście nie dotyczy tylko puszek, ale w puszce to zjawisko jest o tyle silne, że trudno ją stopniowo otwierać.

Ola: Ale to też jest tak, że jak otwieramy puszkę, to często ten strumień jest skierowany na nas albo na kogoś naprzeciwko. Co więcej, ten otwór na początku jest maleńki, więc rzeczywiście skierowany w taki sposób, że może obryzgać kogoś albo na przykład ścianę z bliska. Z butelką jest inaczej, bo tam to się tak nie roznosi wkoło.

Piotr: Poza tym butelka ma zakrętkę, więc to raczej w dół idzie. Poza tym butelkę jesteśmy w stanie odkręcać powoli, więc nie ma tej gwałtownej zmiany ciśnienia – pęcherzyki nie rosną super szybko, tylko po troszeczku, i możemy taki napój wybąbelkować. Jest jeszcze jeden, mniej znany sposób, poza cierpliwym czekaniem, aż się wchłonie, albo chłodzeniem: można tę puszkę obstukać palcem. To może się wydawać trochę nielogiczne, bo niektórym kojarzy się z potrząsaniem, ale jeżeli weźmiemy taką puszkę i popukamy w nią palcem, popstrykamy ze wszystkich stron, po bokach i w denko, to mamy duże szanse na to, że te pęcherzyki, które już się utworzyły na ściankach, oderwą się, popłyną ku górze i dołączą do gazu, który jest na górze puszki, i znikną. Utworzy się jeden wielki pęcherz na samej górze, i wtedy, nawet jeżeli ciśnienie będzie większe, to w momencie otwarcia puszki najpierw wyleci ten gaz, który nie jest zmieszany z cieczą, więc nie wyniesie ze sobą napoju.

To jest sposób, który rzeczywiście działa. Oczywiście trzeba tu zachować umiar, bo jeżeli zaczniemy dziko stukać tą puszką we wszystko, to wywołamy jeszcze więcej tych zawirowań, jeszcze więcej pęcherzyków – więc takie łagodne obstukanie puszki po wszystkich bokach i od spodu rzeczywiście zmniejsza ryzyko tego gwałtownego, wybuchowego otwarcia. To w ogóle ciekawe zjawisko, bo pojawia się w nim wiele elementów fizyki. Ja zawsze, o czym mówiliśmy pewnie ze dwa razy w naszym podcaście, najwięcej, jeśli chodzi o fizykę, nauczyłem się na kursie nurkowym.

Ola: Tak, byliśmy oboje na kursie nurkowym, na kursie pierwszego i drugiego stopnia.

Piotr: Tam było kawał porządnej teorii.

Ola: Fizyka cieczy była po prostu na wszelkie sposoby rozsmarowana, i musieliśmy umieć to na wyrywki, żeby po prostu przeżyć pod wodą.

Piotr: Tak, tak – jak kto uważa, że fizyka jest potrzebna, choć niekoniecznie jest dobrze uczona, co jest wielkim problemem w szkołach, to akurat tu, w nurkowaniu, fizyka cieczy i fizyka gazów szalenie się przydaje – te elementy dotyczące tego, co się dzieje z rozpuszczalnością w zależności od temperatury, rośnięcia, zmniejszenia, to są rzeczy kluczowe.

Ola: Jest wywoływana też właśnie tą rozpuszczalnością gazów w cieczy – pod wpływem zwiększającego się ciśnienia ona się zwiększa i tak dalej. A jestem ciekawa, czy ty próbowałeś tego manewru z ostukaniem puszki.

Piotr: Tak, próbowałem to robić z piwem bezalkoholowym, tylko że to nie jest najlepszy przykład, dlatego że ta puszka była półlitrowa i ma bardziej elastyczne ścianki. To jednak najlepiej działa w tych mniejszych puszkach, tych 0,33.

Ola: A możesz zrobić taki eksperyment i go sfilmować?

Piotr: Spróbujemy.

Ola: Weźmiemy dwie puszki, jedną natychmiast ostukasz – znaczy najpierw je strząśniemy, jedną natychmiast ostukamy, a drugiej nie – i otworzymy, i zobaczymy, co będzie, i nastawimy wzajemnie na siebie strumienie.

Piotr: Spróbujmy. Kiedyś, w dawnych czasach – to jest też zabawne, że ta zabawa jeszcze nie powróciła tak intensywnie – a to było gdzieś ze 20 lat temu. Pamiętasz modę na wrzucanie mentosów do coli?

Ola: Wiesz co, chyba z 15 lat temu.

Piotr: Nie, moja droga, nie, nie, to było gdzieś 2005, może 7, gdzieś w tych rejonach.

Ola: Aha, to już było prawie 20 lat temu, no tak.

Piotr: No wiem, to jest pewne zaskoczenie – ponoć lata 90. też nie były 10 lat temu. Właśnie, to jest zaskoczenie. W dawnych czasach robiliśmy sporo eksperymentów. To zresztą bardzo ciekawy temat, bo inaczej reaguje na mentosy cola light.

Ola: Chodzi mi o rzucenie mentosów do coli, bo jeszcze o tym nie powiedziałeś.

Piotr: No tak, tak, mentosy w coli.

Ola: I że to tak wybuchało i bardzo efektownie wzlatywał strumień coli na dużą wysokość.

Piotr: Tam jest też kawał fajnej fizyki i można fajne rzeczy z tym robić. Może ten temat jeszcze kiedyś wróci. Całkiem było to zabawne, muszę przyznać.

No dobrze, słuchajcie, to w takim razie myślę, że na dziś kończymy. A kończymy jak zwykle czym?

Ola: Słowem na dziś, a jest to przeciąg.

Piotr: No to cześć.

Ola: Cześć.

Źródła

Wietrzenie podczas upałów: – https://wyborcza.pl/7,145452,20312125,jak-fizycy-radza-sobie-z-wentylatorem.html – https://www.medonet.pl/zdrowie/zdrowie-dla-kazdego,w-upalne-dni-mozna-otwierac-okna–lekarka-mowi–co-robic–by-w-pokoju-panowal-chlod,artykul,46398534.html

Przeciągi a choroby i bóle: – https://www.msdmanuals.com/en-gb/professional/infectious-diseases/respiratory-viruses/common-cold – https://www.nytimes.com/2005/11/22/health/the-claim-cold-weather-can-cause-a-cold.html – https://www.medicalnewstoday.com/articles/323431#cold-weather-and-viruses – https://www.instagram.com/p/C4ppbshopV4/ – https://www.sciencedirect.com/science/article/abs/pii/S0360132322007673 – https://www.mjakmama24.pl/dziecko/zdrowie-dziecka/czy-przeciag-moze-spowodowac-chorobe-pediatra-o-sytuacji-gdy-moze-do-tego-dojsc-aa-fQex-oLii-Ymyv.html – https://wyborcza.pl/TylkoZdrowie/7,137474,27796196,przewianie-choroba-ktorej-nie-ma.html – https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/10680308/

Kawa: – https://www.crazynauka.pl/dlaczego-po-kawie-piwie-chce-sie-siku/ – https://www.crazynauka.pl/dlaczego-po-kawie-chce-sie-kupe/ – https://health.clevelandclinic.org/why-does-coffee-make-you-poop

Dlaczego czerwony blaknie: – https://www.sciencefocus.com/science/where-does-the-colour-go-when-a-material-fades-in-the-sun – https://www.crazynauka.pl/dlaczego-kolory-blakna/

5 sekund nie leżało: – https://www.crazynauka.pl/5-sekund-nie-lezalo-wiec-mozna-zjesc/ – https://www.sciencedaily.com/releases/2014/03/140310102212.htm – https://www.medicalnewstoday.com/articles/248051#1 – https://www.sciencedaily.com/releases/2012/07/120718143602.htm – https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/17381737/ – https://journals.asm.org/doi/10.1128/aem.01838-16

Potrząsanie puszką coli: – https://www.scientificamerican.com/article/why-does-a-shaken-soda-fi/

Źródła

Wietrzenie podczas upałów

Przeciągi a choroby i bóle

Kawa

Dlaczego czerwony blaknie

5 sekund nie leżało

Potrząsanie puszką coli