Podcast Crazy Nauka · odc. 72
Nauka na czasie: zaskakujący huragan i nocny alarm na Stacji Kosmicznej
Posłuchaj też na:
Mówimy o eksplozji rosyjskiego satelity, która zagroziła załodze Międzynarodowej Stacji Kosmicznej oraz o rekordowym huraganie Beryl, zadziwił i przestraszył klimatologów.
Cykl “Nauka na czasie” to lżejszy format naszego podcastu, w którym omawiamy dwa wybrane naukowe newsy. Cykl ten publikujemy co drugi tydzień, na przemian z dłuższymi odcinkami.
Transkrypcja odcinka
Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.
0:00:00 Wstęp
Ola: Dlaczego huragan Beryl stał się takim potworem?
Piotr: Co wywołało nocny alarm na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej? Cześć, tu Ola Stanisławska i Piotrek Stanisławski, podcast Nie zgadniecie, Crazy Nauka.
Dziś mamy ten odcinek, kiedy poruszamy aktualne tematy. Przynajmniej staramy się. Tym razem są dość aktualne, może nie takie z wczoraj, ale to nawet lepiej, przynajmniej w przypadku mojego tematu, że jest nie z wczoraj, bo już troszeczkę więcej wiemy. W każdym razie są to tematy niewątpliwie z ostatniego tygodnia. I Ola ma nam do opowiedzenia historię huraganu Beryl, który bardzo mocno przestraszył klimatologów. Dlaczego klimatologów, a nie meteorologów? O tym właśnie Ola będzie nam opowiadała.
Ola: Natomiast Piotrek pochyli się nad eksplozją rosyjskiego satelity, który też przestraszył, ale załogę Międzynarodowej Stacji Kosmicznej i Centrum Kontroli Lotów. Chciałam już zdradzić tutaj szczegóły.
Piotr: Już wszystkiego nie wygadaj, nie będę mówić. W każdym razie to jest ten odcinek z cyklu Nauka na czasie, czyli ta lżejsza, zwykle krótsza wersja podcastu, czyli te dwa naukowe newsy, co drugi tydzień publikujemy. Udało nam się na razie wrócić do rytmu, zobaczymy, jak będzie w najbliższych tygodniach, bo to wakacje, różne rzeczy się dzieją. Teoretycznie co drugi tydzień, na przemian z tymi dłuższymi odcinkami, lecą te krótsze.
Ola: I w tym miejscu chcemy tradycyjnie już podziękować tym wszystkim, którzy nas wspierają, tym, którzy zostawiają komentarze pod postami na temat naszych podcastów, i tym, którzy nas oceniają w różnych serwisach i komentują na różnych platformach podcastowych. I share'ują, czyli dzielą się naszymi odcinkami. Naprawdę, jeżeli to będziecie robić, więcej z was to zrobi, to będziemy szerzej dostrzegalni i ten podcast będzie miał szansę zdobyć takie zasięgi, żeby był bardziej popularny.
Piotr: Pięknie to [? niepewne: ujewaśnię]. Dziękujemy bardzo tym, którzy się dorzucają do naszych działań na Patronite albo na BuyCoffee. Zachęcamy, zapraszamy, linki oczywiście są w opisie odcinka.
Ola: I przypominamy, że jesteśmy obecni na wszystkich liczących się platformach podcastowych.
Piotr: I tych nieliczących się również.
0:02:41 Huragan Beryl – rekordowo wczesny potwór
Ola: No to zaczynamy. Na początek huragan Beryl, który tydzień temu mniej więcej spustoszył Karaiby i okazał się prawdziwym potworem. Beryl, od razu powiem, sprawdziłam, to imię żeńskie, ale używane było też w przeszłości kilkukrotnie jako męskie. Natomiast my tutaj prawdopodobnie mamy do czynienia z imieniem żeńskim. Zresztą była kiedyś taka sprawa: naukowcy zrobili badania dotyczące nazywania huraganów żeńskimi imionami, i wynika z tych badań, że jak się nazywa huragany żeńskimi imionami, to wówczas ludzie traktują je jako mniej groźne. I dlatego zaczęto przeplatać, raz męskie, raz żeńskie, żeby nie było…
Piotr: Z cyklu słaba płeć.
Ola: Tak, słaba płeć, na przykład Katrina.
Piotr: Oj, oj, oj. A mi się Beryl, co ciekawe, w ogóle nigdy z imieniem nie skojarzył. Nawet się zastanawiałem, czy nie zmienili nazwy, ale mi się Beryl skojarzył absolutnie z minerałem.
Ola: No bo to jest imię pochodzące od nazwy minerału.
Piotr: No właśnie, a w ogóle berylos to jest od "morska zieleń", bo beryl to są minerały, m.in. szmaragdy, akwamaryny, czyli te takie zielono-morsko-niebieskie. A drugie skojarzenie to karabinek polski, Beryl, bardzo znany, produkowany przez fabrykę Łucznik, która przez długie lata nam się kojarzyła z maszynami do szycia, będącymi jakimś pobocznym wątkiem jej produkcji wojskowej.
Ola: Aha, czyli Łucznik produkował Beryla. Ale tutaj akurat być może skojarzenie z tym szmaragdowym, morskim jest bardziej właściwe, bo huragan Beryl narodził się w gorących, tropikalnych rejonach Atlantyku. I okazał się najwcześniejszym w historii huraganem atlantyckim, bo w czerwcu osiągnął już kategorię 4 w 5-stopniowej skali Saffira-Simpsona. Stało się to 30 czerwca, a już kolejnego dnia, czyli 1 lipca, jeszcze bardziej się rozpędził, nasilił, i stał się najwcześniej w notowanych dziejach huraganem, który osiągnął kategorię 5, czyli najwyższą.
Piotr: Najwcześniej, czyli chodzi o to, że w danym roku najwcześniej się uruchomił. Bo co roku jest ten okres huraganowy, i w tym roku się zaczął wcześniej, niż by się należało spodziewać.
Ola: Co więcej, również prognozy mówią bardzo wyraźnie o tym, że będzie bardziej intensywny, ale o tym za chwileczkę. Co oznacza kategoria 5 huraganu? Nam, w naszych szerokościach geograficznych, naprawdę trudno jest to sobie wyobrazić, bo prędkość wiatru utrzymuje się na poziomie około 270 km na godzinę. Utrzymuje się, a nie w porywach osiąga, co jest istotne. I to właśnie NOAA, National Hurricane Center, podało – to taka agencja amerykańska, która zajmuje się prognozowaniem pogody oraz śledzeniem i prognozowaniem przebiegu huraganów. I z tą mocą, w kategorii 5, Beryl 2 lipca dewastuje południowe wybrzeże Haiti i Dominikany.
Piotr: Właściwie tylko zaczepił chyba te wybrzeża.
Ola: Zaczepił, tak.
Piotr: W znaczeniu, że nie przeszedł centralnie nad tymi wyspami.
Ola: Natomiast rzeczywiście zniszczenia były ogromne, a wcześniej, z kategoriami 3 i 4, spustoszył wyspy południowo-wschodnich Karaibów i wybrzeża Wenezueli. Tam zabił co najmniej 6 osób. Znalazłam taką informację, że na Union Island, wyspie należącej do państwa Saint Vincent i Grenadyny, zniszczonych lub poważnie uszkodzonych zostało około 90% domów. To jest po prostu klęska. I wracamy do 2 lipca, kiedy huragan osłabł do wciąż potężnej kategorii 4. I właśnie z tą kategorią dotarł 3 lipca do Jamajki. Prędkość wiatru wynosiła wówczas 230 km na godzinę, a ten cyklon przemieszczał się na południowy zachód z prędkością 35 km na godzinę. I tutaj słowo wyjaśnienia, dlaczego powiedziałam "cyklon": huragany to jest odmiana silnych cyklonów tropikalnych. One się tam stopniują odpowiednio, od najsłabszych: depresja tropikalna, burza tropikalna, i potem huragany klasy pierwszej, drugiej, trzeciej, czwartej, piątej. To są te zjawiska, które pojawiają się na Atlantyku, i większość huraganów przechodzi przez znaczną część tych stopni.
Piotr: Zresztą Jamajka, o której wspomniałaś, pewnie jeszcze powiesz, nie jest na trasie.
Ola: Nie, tam dosyć rzadko, wbrew pozorom, huragany się pojawiają.
Piotr: To jest dobry moment, żeby sobie otworzyć jakąś mapę i zobaczyć, gdzie co jest, bo wiem, że wszystkie te nazwy się troszkę mieszają, i to nie jest ten rejon świata, który większość z nas świetnie pamięta z lekcji geografii.
Ola: Ja tylko powiem, że Jamajka – jak cyklony rodzą się na wschód od Karaibów, to tak jakby równoleżnikowo wędrował ten cyklon Beryl i dotarł do Jamajki, a przeważnie cyklony jednak idą w stronę Florydy, bardziej na północ wędrują.
Piotr: Tak, bo one zakręcają tam w którymś momencie.
Ola: No, ten też nieźle zakręcił. Natomiast jeszcze powiem kilka słów o Jamajce: samo centrum huraganu uderzyło w tę wyspę, zginęły dwie osoby, a fale sztormowe, które tam wtargnęły na wyspę, miały wedle szacunków od półtora metra do niemal trzech metrów wysokości powyżej typowego poziomu pływów. Była tam zorganizowana ogromna akcja ewakuacyjna – przede wszystkim ludzie, którzy wcześniej doświadczali osunięć ziemi czy lawin błotnych, zostali przeniesieni w bardziej bezpieczne regiony. Jamajka to jest górzysta wyspa, w związku z czym mnóstwo osób mieszka u podnóży jakichś stoków czy u wylotów dolin, i trzeba było o tych ludzi zadbać. I tylko dzięki temu, że się mocno przygotowano na tę sytuację, zginęły tylko dwie osoby. Zaraz dojdziemy do miejsca, gdzie przygotowania nie były tak zaawansowane.
Piotr: To dziwne swoją drogą, ale o tym za chwilę.
Ola: Tutaj Piotrek słusznie zauważył, jak przygotowywałam tę część podcastu, a wcześniej wpis na blogu, że Jamajka znalazła się w oku cyklonu.
Piotr: I tak, bo w ogóle "oko cyklonu" to jest takie powiedzonko, które – zajrzałem sobie do Wielkiego słownika języka polskiego – ma znaczenie: centrum wydarzeń, albo centrum niebezpiecznych lub burzliwych wydarzeń. Mówi się, że ktoś znalazł się w oku cyklonu, i że to już jest najgorsze, kumulacja wszystkiego, co najstraszniejsze. Tymczasem tak naprawdę oko cyklonu jest najspokojniejszym miejscem w promieniu zwykle ładnych kilkuset kilometrów. To jest dość mała przestrzeń, natomiast w samym oku cyklonu jest bardzo spokojnie, tam praktycznie nie wieje wiatr, widać najczęściej błękit nieba. Tyle tylko, że jest tam bardzo, bardzo niskie ciśnienie, a wokół tego oka cyklonu piętrzą się ściany chmur.
Ola: No, tak wygląda to dosyć niesamowicie.
Piotr: Są takie zdjęcia, robione z przelotów przez oko cyklonu. Rzeczywiście w oku cyklonu jest uroczo, cicho i spokojnie.
Ola: Z wyjątkiem tego, że jeżeli się znajdujesz na morzu, to fale są tak wzburzone, że nie ma różnicy, czy jesteś w oku cyklonu, czy poza nim – w pobliżu tego huraganu morze jest ogromnie wzburzone.
Piotr: Natomiast problem polega na tym, że żeby dojść do oka cyklonu, trzeba przejść przez pół cyklonu, a potem czeka nas jeszcze drugie pół cyklonu, w związku z czym ten spokój raczej jest mało trwały i mało pocieszający. Ale już tak, dla samego technicznego ujęcia, oko cyklonu to jest bardzo spokojne miejsce. Zresztą, podobnie jak mówiliśmy w jednym z ostatnich odcinków, sam środek tornada. Mamy relacje osób, które były wewnątrz tornada, i oczywiście to zależy od średnicy tego tornada, ale wnętrze tornada to znowu jest miejsce, gdzie prawie nie ma wiatru.
Ola: A propos wiatru, to u nas mówi się o wichurze, jak wiatr osiąga 120 km na godzinę prędkości, tak?
Piotr: No to już takie konkretne.
Ola: Taka konkretna wichura.
Piotr: Pamiętam, jak byliśmy w Szkocji, pamiętasz, to pozamykali różne miejsca, na przykład zamknęli jeden z zamków.
Ola: Na klifach, dlatego że był bardzo silny wiatr.
Piotr: Tam wtedy w porywach było chyba do 70-80 km na godzinę, i to już wystarczyło, żeby było niebezpiecznie.
Ola: Żeby było niebezpiecznie dla ludzi na klifach, tak. A tutaj, uwaga, mamy słabnący huragan, który osiąga kategorię drugą, i wiatr w jego obrębie wieje z prędkością zaledwie 190 km na godzinę.
Piotr: To nie są porywy, prawda?
Ola: To nie są porywy, i to jest wciąż potwór. Z tą mocą Beryl przechodzi nad meksykańskim półwyspem Jukatan, a potem zaczął stopniowo słabnąć jeszcze bardziej i zmienił spodziewaną trasę. Bo wcześniej ta agencja badająca huragany przewidywała, że trasa będzie taka, iż Beryl uderzy we wschodnie wybrzeże Meksyku, ale nad Zatoką Meksykańską huragan skręcił w stronę wybrzeża Teksasu. Wykonał taki sprytny zwrot i dotarł do wybrzeży Teksasu jako huragan kategorii pierwszej, z prędkością wiatru 119-153 km na godzinę.
Piotr: Jak się już tak schodzi z tej kategorii piątej, czwartej, trzeciej, drugiej, pierwszej, to ta pierwsza to już w ogóle nie ma o czym mówić.
Ola: A uwaga, jak uderzył w Teksas, to wywołał ulewne deszcze, zabił co najmniej 3 osoby i pozbawił prądu prawie 3 miliony budynków. Pojawiła się tam bardzo gwałtowna powódź. Huragan to jest huragan – jak ma kategorię piątą, to w ogóle trudno mi sobie to wyobrazić, natomiast pierwsza kategoria też jest straszna. I obecnie, 9 lipca, kiedy nagrywamy ten odcinek podcastu, Beryl jest depresją tropikalną, czyli tym najsłabszym typem cyklonu tropikalnego.
Piotr: To jest typowe, bo jak wjeżdża na ląd, to słabnie.
Ola: Tak, obecnie prędkość wiatru wynosi do 61 km na godzinę. Znajduje się nad stanem Teksas i zmierza na północny wschód, w stronę stanu Arkansas.
Piotr: Czekaj, już jest nad Arkansas?
Ola: Tak?
Piotr: Tak, jak teraz patrzę, to już jest.
Ola: Aha, no bo ja widziałam, jak był tuż przy granicy.
Piotr: To jest dość umowne, gdzie on w danym momencie jest, ale tak, wygląda na to, że już jest.
Ola: No tak. Mamy taką sytuację. Dobrze, ale odpowiedzmy sobie na pytanie, które zadałam we wstępie: dlaczego ten huragan stał się takim potworem, i dlaczego naukowcy…
Piotr: I tak wcześnie.
0:15:09 Co rozpędziło Beryla – ocean, klimat i El Niño
Ola: No tak. I dlaczego naukowcy są tym tak bardzo zaniepokojeni? Bo tutaj, spoiler, bardzo się tym niepokoją i martwią. Zapytałam o zdanie profesora Szymona Malinowskiego, który jest fizykiem atmosfery, naukowcem na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego, i pracuje w zaprzyjaźnionym serwisie Nauka o klimacie. Pytałam go, czy można ten huragan powiązać bezpośrednio ze zmianą klimatu, z globalnym ociepleniem. Naukowcy z reguły są ostrożni, kiedy wypowiadają jakieś sądy, mówią, że to zależy, że nie można konkretnego huraganu…
Piotr: Właśnie tak, wiązanie pojedynczych zdarzeń ze zmianami klimatu jest niebezpiecznie blisko mylenia pogody z klimatem, więc…
Ola: Otóż to. I zazwyczaj się mówi, że zmiana klimatu powoduje wzrost intensywności huraganów bądź też częstości ich pojawiania się. A tutaj profesor Malinowski mi powiedział, że tak silny huragan nie zdarzyłby się tak wcześnie, czyli w czerwcu, gdyby nie globalne ocieplenie. Profesor dodał, że temperatury wód powierzchniowych Atlantyku wokół Karaibów, gdzie ten huragan się przemieszczał, pod koniec czerwca były tak wysokie, jak zazwyczaj bywają pod koniec sierpnia, kiedy woda zdąży się już porządnie nagrzać w ciągu lata. A to oznacza w tej chwili temperaturę o 1 do 2 stopni Celsjusza powyżej średniej w powierzchniowej warstwie wód oceanicznych. Trzeba powiedzieć, że huragany powstają wtedy, kiedy woda na powierzchni oceanu osiąga temperaturę powyżej 26 stopni Celsjusza; jak ma 27, to wówczas jest wielkie prawdopodobieństwo, że będą te huragany powstawać. A uwaga, w okolicach huraganu Beryl ta temperatura wyniosła około 29 stopni Celsjusza. Cyklony tropikalne pobierają energię z ciepłych mas wody, z tej wilgoci, która unosi się nad wodami, i to, jak ciepła jest woda, z której czerpią energię, ma kolosalne znaczenie dla tego, jak silny będzie huragan. Im cieplejsza woda, tym ten huragan może być potężniejszy.
Piotr: I dlatego też zdychają, jak wjeżdżają na ląd. Ja w tej chwili patrzę na serwisie Windy.com na przewidywaną trasę Beryla, który jeszcze istnieje, jak powiedziałaś, jako depresja. Technicznie rzecz biorąc, dojedzie jeszcze gdzieś nawet w okolice Toronto, tyle tylko, że wtedy to już będzie po prostu obniżone ciśnienie.
Ola: Tak, taki…
Piotr: Bo w momencie, jak wyjeżdża z nadmorza i wjeżdża na ląd, zaczyna gwałtownie słabnąć. Przy czym to gwałtowne słabnięcie, tak jak Ola mówiła, to wciąż oznacza bardzo duże prędkości wiatru. Jak w tej chwili patrzę, w okolice Toronto powinien dotrzeć gdzieś w piątek, i tam to już będzie 37 km na godzinę, czyli troszkę wiatru. I to jest też bardzo charakterystyczne, to zakręcanie – to jest dosyć typowa trasa, chociaż ostatnio już nie jest taka stała. One rozpędzają się gdzieś na środku Oceanu Atlantyckiego, wjeżdżają bardziej lub mniej na północ nad Amerykę Północną, i tam robią ostry zwrot najpierw na północ, a później na wschód. One zazwyczaj właśnie taką linią idą.
Ola: I dlatego, że tracą zasilanie w postaci ciepłej wody, kiedy wchodzą na ląd, to właśnie, jak Piotrek powiedział, zdychają. Piękne określenie. Ale w momencie, kiedy uderzają w ląd, są niezmiernie niebezpieczne, bo wywołują fale sztormowe, które potrafią wejść bardzo głęboko na ląd. Do tego są silne opady deszczu, bardzo mocne wiatry, w związku z czym nawet taki słabnący huragan to jest ogromna maszyna parowa, energetyczna, która potrafi bardzo wiele zniszczyć. Dlaczego właściwie ten konkretny huragan pobił tak wiele rekordów, dlaczego pojawił się tak wcześnie i z tak ogromną mocą? Tutaj trzeba sięgnąć po dane, które mówią o tym, że 2024 to kolejny już rekordowo gorący rok, a wody Atlantyku podgrzewają się obecnie w naprawdę wyjątkowo szybkim tempie. Dosłownie wczoraj Europejski Serwis Copernicus Climate Change podał, że czerwiec 2024 roku był już dwunastym miesiącem z rzędu, w którym globalna temperatura osiągnęła 1,5 stopnia Celsjusza powyżej poziomu z epoki przedprzemysłowej. Przypominam, że klimatolodzy uznali wzrost temperatury powyżej średniej z epoki przedprzemysłowej, czyli sprzed 1850 roku, o 1,5 stopnia za w miarę bezpieczny próg dla klimatu – czyli w momencie, kiedy go przekroczymy, będzie już źle.
Piotr: Szybko nam się udało.
Ola: Już jest źle. Jeszcze tutaj powiem, że to nie do końca jest przesądzone, że ta temperatura 1,5 stopnia dłużej się utrzyma, ze względu na zjawisko El Niño, ale zaraz do niego dojdę, bo jeszcze jedną daną tutaj przytoczę: National Oceanic and Atmospheric Administration, czyli Narodowa Administracja Oceaniczna i Atmosferyczna, szacuje, że średnia temperatura powierzchni wody na przeważającej części Atlantyku, notowana w danym dniu kalendarzowym, była najwyższa w historii, i to każdego dnia przez ostatnie 12 miesięcy. Mamy temperatury powierzchni wody mierzone codziennie, i za każdym razem był to rekord. Nie brzmi to dobrze. To są nawet bardziej niepokojące dane dla badaczy klimatu niż te ostatnie rekordy dotyczące wzrostu temperatury powietrza, bo oceany to jest taki nasz zawór bezpieczeństwa. One do tej pory kumulowały większość uwięzionego w atmosferze, w wyniku emisji gazów cieplarnianych, dwutlenku węgla. A ta emisja to jest skutek spalania paliw kopalnych czy wycinki lasów. W ten sposób oceany pochłonęły około 91% dodatkowego ciepła. Ale wszystko ma swoje granice, i ocean z biegiem czasu się ociepla i zaczyna oddawać nadmiarową energię do atmosfery. Cieplejszy ocean przede wszystkim bardziej intensywnie paruje, przez co rośnie ilość pary wodnej w atmosferze, a przypominam, że para wodna to jest niezwykle silny gaz cieplarniany.
Piotr: Silniejszy niż dwutlenek węgla, chociaż to emisje dwutlenku węgla nakręciły tę całą akcję.
Ola: A emisje dwutlenku węgla zostały nakręcone przez ogromne spalanie paliw kopalnych. Wskutek tych zmian, czyli silniejszego parowania, zmienia się również pokrywa chmur nad oceanami, co wpływa na pokrywę chmur na większej części obszaru Ziemi. A dodajmy, że cieplejszy ocean w końcu pozbywa się części rozpuszczonego w wodzie dwutlenku węgla.
Piotr: No tak, o tym mówiliśmy ostatnio, a propos dynamiki i w ogóle fizyki cieczy.
Ola: Tak, to z kolei jeszcze bardziej podnosi globalne temperatury powietrza, a to jeszcze bardziej ogrzeje oceany, i tak dalej – to jest właśnie dodatnie sprzężenie zwrotne. Jeszcze nie obserwujemy tego bardzo intensywnego pozbywania się rozpuszczonego w wodzie dwutlenku węgla przez oceany, ale sytuacja dąży ku temu, i nie wygląda to dobrze.
Piotr: Jeszcze El Niño. Miałaś powiedzieć El Niño, bo rzeczywiście zjawisko El Niño już się skończyło.
Ola: Tak, i dlaczego? Co tutaj ma do czynienia z tym wszystkim El Niño? El Niño jest jedną z ważniejszych przyczyn, jeśli nie najważniejszą, powstania tak wysokiej temperatury na powierzchni oceanów. A El Niño to jest takie naturalne zjawisko klimatyczne, w wyniku którego ciepłe wody powierzchniowe rozprzestrzeniają się po tropikalnym Pacyfiku, czyli Oceanie Spokojnym, i w ten sposób wpływają na pogodę i temperatury na całym globie. Przez jakieś półtora roku, może trochę mniej, byliśmy pod wpływem El Niño, które rozgrywa się w tropikalnych obszarach Pacyfiku. Natomiast koło maja tego roku El Niño dobiegło końca. Teraz oczekujemy na La Niña, czyli zjawisko, które może ochłodzić tę naszą maszynę parową.
Piotr: Więc to też może być tak, że w ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy z kolei nie będziemy już bili tych kolejnych rekordów, czyli tak jak teraz każdy kolejny miesiąc jest najgorętszym, być może wkrótce aż tak nie będzie. Czego nie należy wiązać z tym, co niewątpliwie nasi ulubieni – już nie będziemy po nazwiskach jechali – czyli kilku takich dyżurnych [? niepewne: będzwałów], będą wiązali z tym, że: ohoho, nie ma przecież żadnego ocieplenia, to normalny, naturalny cykl, i patrzcie, już nie ma tych rekordów. Więc to tak nie działa. Rzeczywiście teraz mamy tak bardzo nakręcone zjawisko, między innymi przez El Niño, natomiast jak będzie ten zimniejszy cykl, to pewnie będzie trochę lepiej, ale to nie znaczy, że statystycznie, biorąc globalne temperatury, ta temperatura się stale nie podnosi. I, żeby było jasne, to nie jest tak, że to jest jakieś chwilowe wahnięcie, tylko rzeczywiście te emisje dwutlenku węgla cały czas wpływają na zwiększanie temperatury globalnej.
Ola: No właśnie, samo El Niño, które już dobiegło końca, wciąż jest odpowiedzialne za to, że te wody oceaniczne są bardzo ciepłe. Ale trzeba zaznaczyć to, co powiedziałeś, ja to jeszcze bardziej podkreślę: taki naturalny cykl klimatyczny w rodzaju El Niño nie wyjaśnia wzrostu ilości ciepła, które zostało zmagazynowane w górnych dwóch kilometrach oceanu, a ten wzrost ciepła następuje już od dziesięcioleci, jest obserwowany, mierzony, badany. To jest bardzo, bardzo niepokojący trend, bo jak nam te oceany zaczną wydawać to, co zdeponowały, to wszystko jeszcze bardziej przyspieszy, i te zmiany staną się jeszcze bardziej odczuwalne. Dobra, nie chcę tutaj…
Piotr: No nie ma, to już raz o tym mówiliśmy.
Ola: No tak, po prostu trzeba o tym wiedzieć, trzeba to śledzić i generalnie być gotowym na to, co się będzie działo.
0:27:37 Alarm na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej
Piotr: A teraz przechodzimy do drugiej części. To z kolei jest… no, miało być z ostatniego tygodnia, więc to jest półtora tygodnia, bo zdarzenie, o którym będę mówił, wydarzyło się…
Ola: No to moje też było sprzed ponad tygodnia, tak trochę przekłamałam.
Piotr: Dobra, więc 27 czerwca 2024 roku, godzina 4 nad ranem polskiego czasu, na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej uruchamia się alarm. Załoga w tym czasie śpi, ponieważ nie da się tam cyklu dnia i nocy zachować, bo w 90 minut okrążają Ziemię – 90 minut dookoła świata. Więc oni żyją według czasu GMT, czyli innymi słowy była wtedy druga w nocy GMT, spali sobie doskonale. I niestety zostali obudzeni przez alarm, dostali polecenie natychmiastowego schronienia się w tych kapsułach, którymi wraca się na Ziemię w sytuacji normalnej, ale też w sytuacji awaryjnej. To w sumie było dziewięcioro astronautów i kosmonautów, bo to jest dość duża załoga, tam są jeszcze pewne komplikacje związane z kapsułami. Nie wchodźmy w załogę w tej chwili.
Ola: Tak, ja tylko słyszałam co chwila okrzyki Piotrka, jak się przygotowywał do tego odcinka, że ojej, jeszcze to. Jak wchodzę w jakąś odnogę, to wsiąkam, muszę zawrócić.
Piotr: To jest temat, że jak się zaczyna grzebać, to można by zrobić wielogodzinny odcinek. Problem polega na tym, że żeby zrobić na przykład godzinny odcinek, to wymaga kilku godzin przygotowań, plus oczywiście te wiele lat przygotowań, czyli tego, co zbieraliśmy przez naszą, tak powiem, dłuższą karierę. Nieważne. W każdym razie to, co się wydarzyło, to była procedura alarmowa, uruchomiona ze względu na wykrycie chmury odłamków. To była orbita zbliżona do orbity stacji kosmicznej – na 355 kilometrach nad Ziemią nagle pojawiła się ta chmura i zaczęła się rozszerzać, powiększać.
Ola: To jest około 50 kilometrów poniżej stacji.
Piotr: Tak, orbita stacji to jest około 400 kilometrów nad Ziemią, ona się tam trochę zmienia.
Ola: Niby daleko, ale w kosmosie to wcale nie jest tak bezpiecznie.
Piotr: To nie jest bezpiecznie. W ogóle ta dynamika orbitalna to jest strasznie skomplikowana sprawa.
Ola: I też rozumiem, że zacząłeś doktoryzować się z tego w ciągu ostatniej godziny.
Piotr: Tym razem odpuściłem, bo już kiedyś w tym grzebałem. To jest w ogóle superciekawy temat i strasznie nieintuicyjny – nasze poruszanie się po Ziemi ma z tym wiele wspólnego, ale jest wiele takich momentów, gdzie intuicja zawodzi, jeśli chodzi o ruch orbitalny. Ale zostawmy to na razie. W każdym razie godzinę załoga spędziła w tych kapsułach, w tej awaryjnej sytuacji. Potem alarm odwołano, bo okazało się, że jednak jest bezpiecznie daleko w pionie – to znaczy, że te blisko 50 kilometrów sprawia, że odłamki nie zagrażają stacji. Natomiast pytanie, skąd się wzięła chmura. Chmura wzięła się z niespodziewanego, gwałtownego rozpadu rosyjskiego satelity. To jest satelita Resurs-P nr 1. Tych satelitów Resurs-P miało być chyba 5, w sumie wystrzelono 3. To jest taka seria komercyjnych rosyjskich satelitów, specjalizujących się w obrazowaniu Ziemi, w bardzo szerokim zakresie, w różnych pasmach. Są wykorzystywane też intensywnie przez rosyjskie władze do najróżniejszych celów, gospodarczych, ale też wojskowych – rosyjska operacja w Syrii była właśnie wspomagana przez obrazy z tych satelitów, bo obrazowano teren. Co ważne, to jest kawał sprzętu, ten satelita, bo waży 6,5 tony – jak na satelitarne standardy, wielki kawał…
Ola: To jest taka ciężarówka, można powiedzieć.
Piotr: Tak, zresztą powiem szczerze, jest to rosyjska myśl techniczna, można tak ładnie powiedzieć, bo w tej chwili te satelity już zostały wycofane. Miało być wystrzelonych 5, wystrzelono 3, dwa właściwie nie działały, albo działały tylko przez niewielką część czasu, bez przerwy się psuły, najróżniejsze rzeczy w nich się psuły. Najdłużej działał właśnie ten P-1, który teraz gwałtownie zakończył żywot – działał 3,5 roku, miał pracować co najmniej 5 lat, natomiast po 3,5 roku się zepsuł. Jeszcze był z nim jakiś kontakt, ale generalnie nie funkcjonowało to tak jak trzeba. Został w 2022 roku wycofany. Spodziewano się, że spłonie w atmosferze, bo obniżał orbitę, coraz bardziej. Natomiast zdarzyło się coś dziwnego, bo wybuchł. Jest taka firma, która się nazywa LeoLabs, zajmuje się monitorowaniem obiektów na orbicie. Mają w różnych miejscach na Ziemi takie fikuśne radary, które dla mnie wyglądają trochę jak skrzyżowanie parawanu z leżakiem, takie coś dziwnego. Ich system śledzi mnóstwo obiektów na orbicie, zarówno działających satelitów, jak i szczątki w postaci klasycznych kosmicznych śmieci. To są bardzo różne rzeczy, czasami elementy satelitów, czasami zamrożone bryły paliwa, jakieś odpady, które gdzieś tam były wyrzucone. Ale to mówię o tych małych.
Ola: A czy zamrożona uryna?
Piotr: Uryna jest troszkę za drobna, ale lata, lata.
Ola: Nastrzelenie rosyjskiego satelity amerykańskim moczem.
Piotr: Kiedyś siki wylatywały na zewnątrz stacji kosmicznych, teraz to już jest inaczej zorganizowane. Ale jak najbardziej wszelkie tego typu obiekty, które się oderwały, rozpadły, wyleciały, tego jest straszliwie dużo, jeszcze o tym będę mówił, ale to idzie w miliony obiektów, zwłaszcza tych drobnych. Rozważano różne wersje. W komunikacie wydanym kilka dni temu przez LeoLabs, w analizie, która opiera się na dynamice rozchodzenia się tej chmury szczątków, liczbie tych szczątków, kierunku ich przemieszczania się, stwierdzono, że ten satelita wybuchł, ale ze stosunkowo niewielką energią. Podejrzewane są dwa scenariusze: albo taki, że jakiś element układu paliwowego lub energetycznego eksplodował, czyli na przykład bateria nieszczelna czy coś jeszcze związanego z napędem. Druga opcja jest taka, że trafił w niego jakiś kosmiczny śmieć, który nie był już skatalogowany – gdyby był, to by wiedziano, że się zderzyły, ale mnóstwo jest takich rzeczy, które nie są skatalogowane, i być może coś wyrżnęło mocno w tego satelitę.
0:35:26 Broń antysatelitarna i testy jądrowe na orbicie
Ola: Co w takim razie z testami broni antysatelitarnej? Wiadomo, że Rosjanie już zasłynęli niechlubnie kilka lat wcześniej takim manewrem.
Piotr: Tam jest dużo takich opowieści, mam króciutko też – to jest ten temat, który postanowiłem tym razem odpuścić, bo pomyślałem, że możemy zrobić z tego w ogóle oddzielny odcinek.
Ola: Ja mogę o tym opowiedzieć: jak w 2022 rosyjski satelita Kosmos 1408 został zniszczony przez samych Rosjan w ramach testów broni antysatelitarnej. Załoga Międzynarodowej Stacji Kosmicznej musiała wówczas, aż dwukrotnie, w czerwcu i w październiku, wykonać manewr uniku, żeby się nie spotkać ze szczątkami tego rosyjskiego satelity. To było absolutnie skandaliczne, oburzające, że Rosjanie to zrobili, świat był przerażony i rzeczywiście oburzony. W momencie, kiedy Amerykanie odpowiednio to nagłośnili w mediach, szef Roskosmosu, czyli Rosyjskiej Agencji Kosmicznej, zaczął mówić o tym, że najbardziej zagrażają wszystkim amerykańskie śmieci, a rosyjskie wcale nie są tutaj jakoś szczególnie istotne.
Piotr: Rozważano tę wersję – testu broni antysatelitarnej, pokazu siły, jak chcemy to nazwać – natomiast raczej nie. Jest jedna przesłanka, która mogłaby wspierać tę tezę, i wynika ona z tego, że rozpad satelity nastąpił nad rosyjskim poligonem, z którego wystrzeliwano takie obiekty, i to jest jedyne wskazanie na to, że rzeczywiście mogło to być takie zjawisko. Natomiast, po pierwsze, nie zarejestrowano wystrzelenia żadnej rakiety, żadnego obiektu, który miałby takiego satelitę zniszczyć – to byłoby strasznie głupie. Nikt nie podejrzewa Rosjan o to, że są [? niepewne: o stoją rozsądku] i mądrości, natomiast nie byłby to najlepszy pomysł strzelanie do 6,5-tonowego satelity, równie dobre efekty można osiągnąć, strzelając do znacznie mniejszych obiektów. Trzeba pamiętać, że Rosjanie też mają na orbicie sporo swojego sprzętu, i wcale niekoniecznie zależałoby im na tym, żeby ten sprzęt narażać w takiej sytuacji.
Ola: Ja już sobie wyobrażam tego Iwana w tej bazie, który mówi: potrzymaj mi piwo.
Piotr: Trochę tak. To jest zawsze to ryzyko, że nigdy nie wiadomo, co im tam strzeli do głowy. Powiem tak: nie ma dowodów, nie miało to większego sensu, raczej nie bierze się pod uwagę celowego zniszczenia tego satelity. Wiemy, że powstało około 250 fragmentów, które rozprzestrzeniły się w chmurę ciągnącą się na 500 km. Nie w kij dmuchał. To jest oczywiście wielki problem, jeszcze zaraz o nim powiem. Tej historii broni antysatelitarnej – myślę, że kiedyś zrobimy o tym odcinek, tam są superciekawe rzeczy, o których tu tylko wspomnę, może nie będę za bardzo rozwijał, żeby nie spalić wszystkiego. Wszyscy się tym zajmują. Rosja, Związek Radziecki, miała pierwszy taki projekt na początku lat 60. To był taki satelita Kamikadze, który miał podlatywać do innych satelitów, miał głowicę odłamkową, która umiała wybuchać. Trudno było podlecieć na tyle blisko i na tyle dokładnie, żeby taki wybuch był skuteczny, ten projekt nie został zrealizowany. Jeszcze wcześniej, pod koniec lat 50., Amerykanie testowali swoje patenty, które też nie weszły ostatecznie do użytku. To były najróżniejsze pomysły, były rakiety wystrzeliwane z samolotów – jest takie ładne zdjęcie samolotu, nie wiem, czy to był myśliwiec, lecącego w górę, od niego odrywa się niewielka rakieta, która potem poleciała niszczyć satelitę. Tam było mnóstwo eksperymentów. Z Chinami to nigdy nie wiadomo, ale wiemy, że na początku XXI wieku taką bronią się posługiwały. Ta broń może być bardzo różna – to mogą być fizyczne, mechaniczne uderzenia, w rodzaju trafienia rakietą w konkretnego satelitę, albo przynajmniej w pobliżu satelity wybuch i odłamki, które go niszczą. Były patenty polegające na wykorzystaniu laserów, na przykład laserów rentgenowskich, do uszkadzania satelitów. Tych rozwiązań jest całkiem dużo, można je podzielić na dwie grupy: punktowe strzały albo hurtowe niszczenie satelitów, które sprowadza się do eksplozji jądrowej na orbicie. To naprawdę byłaby gruba akcja, dlatego że tam się dzieją rzeczy niespodziewane. Jak pierwsze testy tego typu przeprowadzano, to nawet fizycy nie do końca ogarniali, jak duże będzie oddziaływanie. Dzieje się tam coś takiego, że jest impuls promieniowania gamma, który w próżni bez przeszkód się rozchodzi i niszczy całą elektronikę w pobliżu. To jest jeszcze mały pikuś, to znaczy w promieniu kilkudziesięciu, może trochę więcej, kilometrów. To nie brzmi jeszcze bardzo groźnie, chociaż przypomnijmy, że te orbity są blisko siebie w pionie, więc jak w odpowiednim momencie odpalisz, to możesz rzeczywiście sporo namieszać. Natomiast to jest mały pikuś, bo ten duży pikuś to jest jonizacja górnej części atmosfery – promieniowanie gamma przenika przez atmosferę, zderza się z cząsteczkami powietrza i powoduje wytworzenie bardzo dużej ilości dodatnich jonów i elektronów. Te cząsteczki przyspieszają i zaczynają wirować wzdłuż pola magnetycznego Ziemi, co z kolei zaczyna wytwarzać emisje elektromagnetyczne w zakresie radiowym, od 15 do 250 MHz. Tworzy też coś bardzo dziwnego: zaczyna wytwarzać pasy radiacyjne, tak jak są pasy Van Allena – to są generalnie uwięzione w polu elektromagnetycznym Ziemi wysokoenergetyczne cząstki. Tak tworzą się sztuczne pasy. Najsłynniejszym takim zdarzeniem była próba, która nazywała się Starfish Prime – to była w górnej części atmosfery próba jądrowa z 1962 roku, która spowodowała wytworzenie sztucznego pasa na wysokości 400 km, czyli na użytkowej wysokości. Ten pas utrzymywał się przez wiele miesięcy, a nawet przez kilka lat, szacuje się, że nawet do 5 lat krążyły tam dodatkowo te cząstki. Przez kilka miesięcy ich energia była na tyle duża i gęstość na tyle duża, że wywołały konkretne straty – w sumie uszkodziły albo zniszczyły 6 satelitów: brytyjskiego, amerykańskiego i jednego radzieckiego. To była grubsza awantura, te zdarzenia były trudne do przewidzenia. Nie pamiętam, która to była próba, Hard Track Tick [? niepewne: nazwa próby jądrowej] się nazywała, tam gdzieś w okolicach Hawajów bodajże ta eksplozja nastąpiła, nie wiem, czy to był Starfish Prime, tam było ich kilka.
Ola: Chodzi o to, że Hawaje zostały nawiedzone przez te pasy?
Piotr: To akurat nie pasy. Generalnie popaliły się światła uliczne, pouruchamiały się alarmy antywłamaniowe, uszkodzona została stacja mikrofalowa, która zapewniała łączność Hawajów z resztą świata. Bardzo niespodziewane i gwałtowne zjawiska, wywołane przez to promieniowanie elektromagnetyczne.
Ola: A jak to się ma do zdrowia ludzkiego?
Piotr: To nie ma wpływu na ludzkie zdrowie.
Ola: Tylko na elektronikę.
Piotr: Elektronika ma wpływ na zdrowie ludzkie później, bo system łączności telefonicznej byłby nieczynny. W każdym razie te testy broni jądrowej to jest już gruby temat, tam to nie bierze jeńców. Mówię tu o testach, które były gdzieś na przełomie lat 50. i 60., kiedy tych satelitów nie było za wiele. W tej chwili eksplozja jądrowa na niskiej orbicie okołoziemskiej spowodowałaby wymiecenie ogromnej części satelitów, zniszczenie ich. Mówi się o tym, że gdyby ktoś miał głupie pomysły, to najbardziej Rosjanie, bo są najsłabsi w kosmosie – jakby chcieli pojechać na grubo, to pewnie byliby pierwsi do takich kretyńskich pomysłów.
Ola: Ale to by zaśmieciło orbitę w takim stopniu, że stałaby się ona właściwie niezdatna dla sprzętu innych.
Piotr: Trzeba dwie rzeczy rozróżnić: jedna rzecz to jest zniszczenie elektroniki – fizycznie te satelity zostają w całości, oczywiście w pobliżu tej eksplozji jest trochę porozbijanych. Natomiast to, co jest problemem, to to, że przestaje działać GPS, już nie mówię o Starlinkach, o całym mnóstwie satelitów. To znowu jest temat na bardzo długą opowieść, ale nasza cywilizacja ma gigantyczny problem z łącznością, z synchronizacją czasu, z odnajdywaniem się w przestrzeni.
Ola: To satelity załatwiają nam problem z synchronizacją czasu.
Piotr: Były takie sytuacje, gdzie w wyniku zakłócenia satelitów GPS – bo wojsko amerykańskie robiło jakieś tam eksperymenty i mieli zakłócić sygnał w jakimś tam małym obszarze, a zakłócili dla całego miasta – nagle się okazało, że nie działa prawie nic, nie działają bankomaty, przestaje funkcjonować komunikacja miejska. Posypało się wszystko. Więc to jest problem potężny i poważny. Natomiast drugim problemem oczywiście są te chmury odpadków, szczątków.
0:46:51 Kosmiczne śmieci i syndrom Kesslera
Piotr: W tej chwili na orbicie okołoziemskiej jest około 25 tysięcy elementów, które mają średnicę większą niż 10 cm, natomiast 100 milionów, jeżeli będziemy liczyli znacznie mniejsze obiekty – znacznie mniejsze mogą być całkiem malutkie, bo to może być, nie wiem, śrubka. Natomiast jak się śrubkę rozpędzi do odpowiedniej prędkości, to ta śrubka działa jak totalny pocisk, więc też nie należy tych elementów ignorować. I oczywiście cały czas wisi nad nami widmo czegoś, co się nazywa syndromem Kesslera. To jest od takiego pana, który obserwował pas planetoid na początku lat 70. i doszedł do wniosku, że ten pas planetoid ulega bardzo powolnemu zjawisku rozdrabniania i narastania ilości tych elementów.
Ola: Jedne się zderzają z drugimi, produkując szczątki, które się jeszcze bardziej zderzają, bo jest ich więcej, i więcej szkody robią.
Piotr: Dokładnie. I w 1991 roku Kessler opublikował taki artykuł, w którym pokazywał, że takie samo zjawisko może nastąpić na orbicie okołoziemskiej, tylko nie w perspektywie milionów czy miliardów lat, tylko kilku, może nawet kilku lat. Jeżeli trafiłby się jeden taki wyjątkowo pechowy i duży rozpad jakiegoś obiektu, który by zaśmiecił rzeczywiście sporą część orbity, to może dojść do wykładniczego wzrostu liczby tych śmieci i praktycznie [? niepewne: zdbuchnięcia] wszystkiego z niektórych orbit. Albo i więcej, bo trzeba pamiętać, że to nie jest tak, że jak jakiś satelita dostanie czymś w głowę, to się po prostu rozpada jak kamień na kawałki, tylko satelity mają w sobie całe mnóstwo rzeczy, które mogą wybuchać, a z kolei eksplozja powoduje, że te szczątki mogą się rozprzestrzeniać na sąsiednie orbity. Teoretycznie wisi nad nami taka wizja, że w bardzo złym układzie dojdzie do tego syndromu Kesslera, czyli takiego zagęszczenia się kosmicznych śmieci, które będą generowały kolejne kosmiczne śmieci, że satelity na naszej orbicie przestaną funkcjonować. Wiele się z tym robi – Europejska Agencja Kosmiczna nad tym pracuje, SpaceX ma opracować system ściągania tych śmieci, jest też obowiązek odsyłania satelitów na tak zwaną orbitę cmentarną, co działa raczej gorzej niż lepiej, bo spora część tych satelitów tam jednak nie trafia. Albo deorbitacja, czyli spalenie w atmosferze ziemskiej – myśli się o tym. Zagrożenie nie jest raczej takie bezpośrednie, ale my tych satelitów wywalamy tam ogromne ilości, chociażby wystarczy spojrzeć na SpaceX i Starlinki, które przecież zaśmiecają całą okolicę. Więc to zjawisko jest potencjalnie problemem.
Ola: Ja tutaj właśnie zajrzałam sobie, i właściwie to, o czym mówisz, czyli ten wykładniczy wzrost liczby kosmicznych śmieci w wyniku jakiegoś gwałtownego zdarzenia, to jest absolutnie scenariusz filmu "Grawitacja", z Sandrą Bullock i Georgem Clooneyem.
Piotr: Film polecamy, chociaż jest w nim trochę kosmicznych bzdur.
Ola: Jest, ale to jest w reżyserii Alfonso – i teraz przepraszam tych, którzy znają hiszpański, ja nie znam – Cuarón. To jest bardzo fajny film naszym zdaniem, chociaż trzeba przymknąć oko na bzdury, które się w nim pojawiają.
Piotr: Jest tam trochę kwiatków, ale dobry film.
Ola: Jeszcze polecę, skoro już jesteśmy przy polecajkach: odcinek 15 naszego podcastu, pod tytułem "Kosmiczne kłamstwa w służbie propagandy i dezinformacji", tam jest właśnie spory fragment dotyczący tego satelity, który został zestrzelony przez Rosjan w ramach testu broni antysatelitarnej.
Piotr: Ależ ktoś znakomicie ponumerował te odcinki.
Ola: No, wspaniale, nie trzeba mu było co pół roku powtarzać.
Piotr: Słuchajcie, kończymy, i słowem na dziś jest słowo… Beryl! No to do zobaczenia, cześć!
Źródła
Brak URL-i w kolumnie "źródła (z opisu)" w indeksie. W opisie oficjalnym odcinka podane są wyłącznie linki promocyjne (Patronite, BuyCoffee, koszulki). W nagraniu Ola powołuje się na komentarz profesora Szymona Malinowskiego (Wydział Fizyki UW, serwis Nauka o klimacie) oraz na dane NOAA/National Hurricane Center i Europejskiego Serwisu Copernicus Climate Change; Piotr powołuje się na komunikat firmy LeoLabs oraz na artykuł Kesslera z 1991 roku – żadne z tych źródeł nie mają podanych URL-i w opisie odcinka.
Źródła
Huragan Beryl
- journals.plos.org/climate/article
- apnews.com/article/hurricane-beryl-caribbean-8cf6928baf7…
- sciencenews.org/article/hurricane-beryl-climate-records
- bbc.com/news/articles/c9r3g572lrno
- nhc.noaa.gov/aboutsshws.php
- apnews.com/article/hurricane-beryl-texas-7dfd5353671ee30…
- climate.gov/news-features/event-tracker/category-5-hurric…
- axios.com/2024/06/06/heat-wave-ocean-temperatures
