Podcast Crazy Nauka · odc. 73

Dlaczego ćmy lecą do lampy i inne naukowe odpowiedzi na trudne pytania – część 4

16-07-2024 · 55 min · Trudne pytania, Ciało i zdrowie, Codzienne sprawy

Okładka odcinka

Tu jest treść z serwisu Spotify. Po jej włączeniu Spotify otrzyma Twój adres IP i może zapisać w przeglądarce pliki cookies.

Posłuchaj też na:

Naukowe wyjaśnienia codziennych zjawisk i popularnych przesądów, nad którymi zwykle nie mamy czasu głębiej się zastanowić:

  • Co sprawia, że ćmy lecą do światła?

Czy smaki na języku odczuwamy w ściśle określonych strefach?
Czy rzeczywiście najwięcej ciepła ucieka przez głowę?
Dlaczego skaleczenie papierem tak boli?
Czy zjedzenie surowych ziemniaków wywołuje gorączkę?
Czy siedzenie na zimnym sprawia, że można dostać wilka?

To już czwarty odcinek tego typu. Zapraszamy Was też do wysłuchania poprzednich odcinków naszego podcastu z pytaniami i naukowymi odpowiedziami. To były numery: 71, 30 i 31. Koniecznie podsyłajcie nam swoje pytania!

Transkrypcja odcinka

Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.

0:00:00 Wstęp

Ola: Do czego właściwie lecą ćmy?

Piotr: Jakiego zwierzęcia dostaje się od zimnego kamienia?

Ola: Czy dzięki ziemniakom można uniknąć klasówki? Cześć, tu Ola Stanisławska.

Piotr: I Piotrek Stanisławski, podcast Crazy Nauka.

Ola: A w dzisiejszym odcinku serwujemy wam już kolejne naukowe wyjaśnienia codziennych zjawisk i przesądów. Takich, z którymi mamy często do czynienia, ale nad którymi zwykle się specjalnie nie zastanawiamy. Na pewno nie głębiej. Na przykład takie zagadnienie: co sprawia, że ćmy lecą do światła? A co sprawia, że skaleczenie papierem tak bardzo boli?

Piotr: W ogóle sam koncept skaleczenia się papierem jest zastanawiający.

Ola: Jest tak, jest karkołomna. Czy rzeczywiście najwięcej ciepła ucieka przez głowę? No i czy naprawdę smaki na języku odczuwamy w ściśle określonych strefach? No bo jakby codzienne doświadczenie pokazuje, że chyba nie do końca.

Piotr: Nie spojleruj, nie spojleruj.

Ola: No dobra. No i w tym odcinku sprawdzamy też oczywiście wszystko w konsultacji z naukowymi źródłami. Tak, badania.

Piotr: Tak, od razu odsyłamy do linków w opisie, bo jak wiecie, powiedzieć można różne rzeczy, a tam macie źródła.

Ola: No i sprawdzamy, czy surowe ziemniaki wywołują gorączkę oraz czy siedzenie na zimnym sprawia, że można dostać wilka.

Piotr: Wiele osób chciałoby dostać takiego ślicznego małego wilczka, myślę.

Ola: Nie wiem, czy chodzi o ślicznego małego puchatego wilczka. No dobra.

Piotr: Jeszcze będziemy o tym rozmawiali. To jest w ogóle trzeci odcinek tego rodzaju, bo poprzednie wakacje nagraliśmy dwa. To były numery 30 i 31. I już mamy kolejny taki odcinek, bo poprzedni, 71, to też było pytanie-odpowiedź, znaczy przedpoprzedni. To jest taki format wakacyjny, który całkiem dobrze się sprawdza, bo mówię to po tym, jak go słuchacie. Najwyraźniej dobrze go słuchacie. Zresztą zrobiliśmy szybką ankietę, jeszcze niezamkniętą, dotyczącą tego, jak słuchacie. Czym różni się wasze słuchanie podcastów w czasie wakacji?

Ola: Od tego, jak słuchacie ich poza wakacjami.

Piotr: Czy rzadziej, czy częściej, i tak dalej. Na razie najwięcej osób odpowiedziało, że słucha równie często, a część osób odpowiedziała, że nawet częściej. Zobaczymy, jak to będzie. Rzeczywiście te poprzednie odcinki bardzo dobrze się słuchały. Mamy nadzieję, że ten też się tak sprawdzi. Jeszcze raz prosimy o podsyłanie pytań. Już dostaliśmy jakieś pytania, między innymi to pytanie o dostawanie wilka.

Ola: Dzisiaj będziemy się zajmowali wilkami. Bardzo wam dziękujemy, że z nami jesteście, że nas słuchacie, że te odcinki wakacyjne też się dobrze słuchają, że komentujecie pod postami. Możecie zajrzeć na nasz fanpage na Facebooku czy na Instagramie. Tam, pod okładką danego odcinka, zadawajcie pytania, które chcielibyście, żeby pojawiły się w którymś z kolejnych.

Piotr: Przynajmniej jeszcze jeden pytaniowo-odpowiedziowy w czasie tych wakacji będzie. Jeszcze jest chwila na pozadawanie pytań.

Ola: Koniecznie szerujcie nas, żebyśmy mieli porządne zasięgi, żebyśmy docierali do większej liczby osób. Szczególne podziękowania kierujemy do tych spośród was, którzy wspierają nas dodatkowo na Patronite i BuyCoffee. Jeżeli ktoś z was czuje, że robimy dobrą robotę, to również może nas wesprzeć poprzez te serwisy. Linki znajdziecie w opisie odcinka.

Piotr: Bardzo będziemy wdzięczni, bo pamiętajcie, że jesteśmy obecni na wszystkich liczących się platformach podcastowych

0:04:13 Dlaczego ćmy lecą do sztucznego światła

Ola: I tych nieliczących się również. Dlaczego ćmy lecą do światła w nocy? Wydawałoby się, że to sprawa zupełnie podstawowa i że nauka dawno zna wyjaśnienie tego problemu. Otóż nie. Okazało się, że dopiero w tym albo w zeszłym roku ukazały się badania, i to w szacownym piśmie Nature Communications, które w końcu wyjaśniły, dlaczego te nieszczęsne ćmy tak bardzo nocą lubią lecieć do źródła światła.

Piotr: Chyba że pojawią się następne badania, które wyjaśnią to jeszcze lepiej.

Ola: No właśnie, ale wcześniej były hipotezy, które głosiły, że ćmy nawigują w odniesieniu do Księżyca i że mylą lampy po prostu ze światłem Księżyca, i dlatego tak często te lampy je przyciągają. Natomiast to nie tłumaczyło tego, że ćmy wokół tych lamp latają jakby zapętlone i zdają się być uwięzione. I ta hipoteza związana z Księżycem wcale tego nie wyjaśnia, bo niby dlaczego ćmy miałyby latać wokół światła Księżyca. Teraz wydaje się, że naukowcy mają bardziej przekonującą odpowiedź, opartą na serii badań. Zamiast być przyciąganymi przez źródło światła w ciągu nocy, ćmy i inne latające owady, które mają taki zwyczaj, są więzione w blasku światła. Brzmi to dziwnie. To trochę niefortunna konsekwencja sprytnej, ewolucyjnej sztuczki, która przez miliony lat dawała owadom nocnym dużą przewagę, a zawiodła we współczesnym świecie. Chodzi o to, że te owady, czyli przede wszystkim ćmy, wyewoluowały w ten sposób, że przechylają grzbiety w stronę najjaśniejszego miejsca. Przez miliony lat tym najjaśniejszym miejscem nocą nie była ziemia, tylko niebo. I ta sprytna sztuczka mówiła owadom, gdzie jest góra, a gdzie dół, dzięki czemu orientowały się i latały poziomo, a nie w jakiś dziwaczny sposób. To rzeczywiście kwestia nawigacji. Ale nagle pojawiło się sztuczne oświetlenie. Mając do czynienia ze sztucznymi źródłami światła, ćmy odwracają się grzbietem, na przykład do latarni czy żarówki, i to sprawia, że wikłają się w niekończące się pętle wokół lamp. Przechylają się na jedną stronę.

Piotr: Cały czas mają być plecami do światła, no to rzeczywiście można tak latać w kółko.

Ola: W kółko latają, a ich ewolucyjne instynkty, które każą im odwracać się grzbietem w stronę światła, zaginają ich tor lotu i po prostu wpadają w światło lampy, i nie mogą się od niego uwolnić. A skąd naukowcy to wiedzą? Otóż sfilmowali trasy lotu owadów, przede wszystkim ciem, nocą, przy użyciu różnych specjalistycznych narzędzi. Była to technologia wysokiej rozdzielczości, kamery do przechwytywania ruchu w podczerwieni, a badania odbywały się zarówno w terenie, na Kostaryce, jak i w laboratorium. Z tego materiału filmowego wynika, że ćmy oraz, uwaga, ważki też mają taki zwyczaj, chociaż ważki nocą szczęśliwie są mniej aktywne niż ćmy. Raz po raz odwracają się grzbietami do sztucznego źródła światła, co zakłóca im tor lotu. Czy to światło rzeczywiście je przyciąga? Nie. One są po prostu chwytane i więzione przez źródła światła, kiedy znajdują się akurat w pobliżu. I to nie jest tak, że są łapane z całej okolicy, tylko w jakimś niewielkim promieniu od tego źródła. Zaczynają krążyć, przechylać się i tak krążą. Wiele z nich na przykład płonie w świetle. No tak, od gorąca jakiegoś.

Piotr: Teraz już żarówki są zimne, a kiedyś były gorące.

Ola: Kiedyś były gorące. I to jest ogromny problem, bo rzeczywiście w ostatnich dziesięcioleciach odnotowano ogromny spadek liczebności ciem przede wszystkim i innych owadów, które w ten sposób są łapane w takie pułapki. Właściwie znajdują się jakby w obrębie niewidocznej siatki jakiegoś klosza.

Piotr: A my też oświetlamy, co popadnie, często bez sensu i bez potrzeby.

Ola: To prawda. Zaraz dojdę do tego, co oświetlamy, a co powinniśmy oświetlać. Dodajmy, że ćmy, które są uwięzione i latają wokół tych źródeł światła, stają się łatwym łupem dla nietoperzy. Można by pomyśleć, że te nietoperze są takie wypasione na tych ćmach i fantastycznie, ale te sztuczne źródła światła również nietoperzom zakłócają rytm dobowy, bo tutaj też nie ma dla nich wyraźnej różnicy między dniem a nocą, między porą karmienia a porą spania. Więc to wszystko się rozregulowuje. Ale właśnie, wspomniałeś o tym, że zapalamy światła zupełnie bez opamiętania. Z tych badań płyną bardzo praktyczne wnioski i sugestie dla wszystkich, którzy mają oświetlenie w swoich ogrodach, przy domach. Kierunek padania sztucznego światła ma ogromne znaczenie dla owadów latających. Jeżeli światła muszą palić się w nocy, powinny być osłonięte i w miarę możliwości nie świecić na boki i w górę, tylko być skierowane punktowo w dół. To bardzo ważne. A druga rzecz, że można stosować światła z minimalnym udziałem krótkich fal, takich jak światło niebieskie, a zwłaszcza UV, które jest najbardziej atrakcyjne dla owadów.

Piotr: Mam taką refleksję, bo ostatnio, jak wiesz, szukałem w naszym ogródku zaginionej podlewaczki i robiłem to wieczorem, kiedy już było ciemno, w związku z czym potrzebowałem jakiegoś oświetlenia i wyszedłem z czołówką. Ciężko było czegokolwiek szukać, bo jak włączałem czołówkę, to od razu miałem milion owadów przed nosem, które na mnie wpadały, latały i tak dalej. Ta czołówka ma funkcję świecenia tylko czerwonym światłem. Przełączyłem się na czerwone i zero zainteresowania, nikt już mi w twarz nie wlatywał, dalej grzebałem wszystko przy czerwonym świetle. Ono mniej skutecznie oświetla, ale rzeczywiście bardzo fajnie splata się z tym, co mówisz, bo po przełączeniu na czerwone światło było zero zainteresowania owadów. Jeszcze muszę sprawdzić funkcję niebieskiego światła, tam jest taki ultrafiolet. Właśnie wtedy pewnie wszyscy przylecą.

Ola: Czyli generalnie, im cieplejsze światło, czyli żółte, pomarańczowe, to są te barwy, do których powinniśmy dążyć, oświetlając coś, co ma być oświetlone przez całą noc.

Piotr: I nie oświetlać bez sensu. Nie pozdrawiam kogoś z naszego osiedla, kto na niskiej, trzyipółmetrowej latarence zainstalował klosz i lampę od takiej wysokiej latarni, jaką ma się normalnie. Te latarnie mają pewnie z dziesięć metrów i służą do oświetlania ulicy. Efekt jest taki, że z bardzo małej wysokości bardzo mocno świeci, co jest zupełną paranoją. Skojarzył mi się jeszcze taki teledysk, "Human Behaviour" Björk, w reżyserii Michela Gondry'ego, jednego z moich ulubionych reżyserów teledyskowych – jest tam trzepocząca się wokół światła ogromna ćma, bo to w ogóle teledysk o zwierzęcym punkcie widzenia na ludzkie zachowanie. Warto obejrzeć, bardzo ładny teledysk.

Ola: Warto pamiętać, że taki zwierzęcy punkt widzenia istnieje i że jeśli go nie uwzględniamy, możemy przyczynić się do bardzo dużych szkód. Ale można tego łatwo uniknąć.

0:13:35 Skąd się bierze "wilk" od siedzenia na zimnym

Piotr: No więc właśnie, doskonale. To w takim razie teraz obiecany wilk i łapanie.

Ola: Ten maleńki, puszysty, śliczny.

Piotr: No więc właśnie, jaki ten wilk jest? Nie każdy wie, o tym zaraz będziemy gadali. Przede wszystkim hasło brzmi: nie siedź na zimnym, bo dostaniesz wilka. Albo jeszcze lepiej: nie siedź na zimnym, bo złapiesz wilka. Są dwie wersje: z dostawaniem i z łapaniem.

Ola: Chyba to jedno i to samo. Ja wielokrotnie to słyszałam, w związku z czym w wieku nastoletnim byłam zmuszana do noszenia tak zwanych ciepłych majtek. To jakiś koszmar.

Piotr: Słynne barchanowe gacie. W Wiedźminie były barchanowe gacie?

Ola: Chyba w "Bridget Jones". A może nie. W każdym razie byłam zmuszana do noszenia takich ciepłych majtek. Natomiast któregoś razu się zbuntowałam, był mróz, a ja wyszłam w minispódniczce i cienkich rajstopach. Nie dość, że potwornie zmarzłam, to potem rzeczywiście…

Piotr: Dostałaś wilka.

Ola: No właśnie, i to był ten moment, kiedy ten wilk zaczął się tak konkretyzować, bo to była infekcja dróg moczowych.

Piotr: Właśnie wcale nie wiadomo, czy to jest wilk, zaraz zreferuję. Nie wiem, czy to określenie nadal funkcjonuje, bo twoje nastoletstwo oczywiście było rok temu, ale to jest taki indywidualny odbiór czasu. Jestem ciekaw, jeżeli nadal spotykacie się z hasłem dostawania wilka czy łapania wilka, dajcie znać w komentarzach, bo jestem serio ciekaw, czy to jeszcze w ogóle funkcjonuje. Natomiast na pewno funkcjonowało mocno, bo jak się pogrzebie w internecie, to tych haseł z łapaniem i dostawaniem wilka jest mnóstwo. Więc piętno odcisnęło się na kulturze. I oczywiście podstawowe pytanie: co to jest wilk, którego mamy dostać albo złapać? I tu trafiłem na kilka różnych tropów.

Ola: Bo to nie chodzi o canis lupus, czyli wilka szarego.

Piotr: Nie, prawdopodobnie nie chodzi o te urocze wilki szare. Zresztą to dzikie zwierzęta, nie należy ich łapać ani dostawać. Natomiast nie ma takiej choroby jak wilk.

Ola: Ale poczekaj, a jak był doktor House i miał wielokrotnie diagnozę: it must be lupus?

Piotr: Tak, ale ja poszedłem za tym skojarzeniem, a to zdecydowanie nie ma nic wspólnego z lupus, czyli toczniem, chorobą autoimmunologiczną. I w żaden sposób nie da się tego odnieść do polskiej kultury. Zresztą określenie "łapanie wilka" nie ma specjalnie swojego odpowiednika w anglojęzycznych źródłach. Może jest jakoś inaczej, może tam coś innego łapali, nie wiem, surykatkę, trudno mi powiedzieć. Wilka w każdym razie nie łapali. [? niepewne: łapanie szarą najlepiej]. Co to mogą być te wilki? Tropów jest w sumie chyba cztery. Od najpopularniejszego, czyli elegancko nazwana zakrzepica żylaków odbytu.

Ola: Jaka cudowna nazwa.

Piotr: Innymi słowy hemoroidy, zaraz do tego wrócimy. Drugi wątek to wspomniane przez ciebie zapalenie pęcherza moczowego, czy w ogóle dróg moczowych. Zapalenie korzonków nerwowych to już rzadszy przypadek, znaczy nie rzadsza jako choroba, ale rzadziej wiązana z wilkiem. Jeszcze wspominano o tym, że to takie przeziębienie się, że jak usiądziesz, to dostaniesz wilka, czyli że się przeziębisz od zimna. Jeśli chodzi o przeziębianie się od zimna, to odsyłamy uprzejmie do odcinka 71.

Ola: Tam było o przeziębianiu się, czyli infekowaniu górnych dróg oddechowych, ale to jest przy fragmencie o przeciągach – odsyłamy do odcinka 71.

Piotr: No właśnie, i teraz zaczniemy od lekkiego rozdrapania tematu hemoroidów. No tak, taka kolejność. Więc hemoroidy mamy wszyscy. To są te struktury, które, przepraszam za szczegóły, razem z mięśniami sprawiają, że [? niepewne: gąbka] nie wylatuje. Po prostu to system zabezpieczania, uszczelniania odbytu, bo tam poza mięśniami są takie trochę gąbczaste struktury, do których napływ krwi powoduje, że mają większą objętość i doszczelniają nam odbyt. Więc to dość istotna funkcja.

Ola: A to znaczy, że to nie jest, przepraszam, że hemoroidy same w sobie nie są stanem patologicznym?

Piotr: Nie, właśnie nie, dopiero zakrzepica żylaków. To znaczy, są pewne predyspozycje, które sprawiają, że można mieć problemy z hemoroidami. Te problemy generalnie biorą się z tego, że te struktury pękają pod wpływem ciśnienia i różnych innych czynników, robią się małe wylewy, robią się żylaki, to jest bolesne, utrudnia wypróżnianie i tak dalej. Więc generalnie jest tak, że hemoroidy mamy wszyscy, natomiast bardzo wiele osób ma też problemy z hemoroidami, czyli właśnie jakąś zakrzepicę.

Ola: Ja tylko przypominam sobie, trochę odchodząc od tych gąbczastych skojarzeń, że była księżniczka z zamku Hemoroid u Monty Pythona.

Piotr: Była, owszem. Tak, znowu wracają nam szkockie wątki, bo ten zamek Hemoroid to akurat nie był Stalker, ale ten sam film. W każdym razie, dobra, lećmy dalej. Trochę skracając historię: żadna z tych czterech przypadłości, o których wspomniałem, nie powstaje od siedzenia na czymś zimnym, bo ten wątek dostawania wilka najczęściej był wiązany z siedzeniem na kamieniu albo na betonie, czyli generalnie na czymś zimnym. Nie chodzi na przykład o siedzenie na pniu drzewa, tylko zwykle, najczęściej, kojarzono to z kamieniem. Więc do problemów z hemoroidami przyczynia się przede wszystkim siedzący tryb życia, częste zaparcia albo biegunki, otyłość, i oczywiście niezawodna ciąża, która jest stanem nieco patologicznym.

Ola: To oczywiście tutaj wszyscy lekarze się oburzają. Piotrek mówi raczej z mojego doświadczenia niż swojego.

Piotr: Nie wchodźmy w szczegóły. Zapalenie pęcherza moczowego czy dróg moczowych to po prostu sprawa bakteryjna, prosta sprawa. Oczywiście te bakterie muszą się tam jakoś dostać i mogą być pewne okoliczności, które temu sprzyjają, o czym za chwilę. Zapalenie korzonków nerwowych to milion różnych możliwych przyczyn, przede wszystkim zmiany zwyrodnieniowe kręgosłupa, ale może być na przykład półpasiec. Powraca nam otyłość, która temu sprzyja. Powraca nam siedzący tryb życia, co skłoniło mnie do zastanowienia, czy to nie jest tak, że dostaje się wilka od siedzącego trybu życia na kamieniu – może w dawnych czasach siedziało się częściej na kamieniu i jak ktoś spędzał całe życie, pracując siedząc na kamieniu, to dostawał jakiejś odmiany wilka.

Ola: Z jakiegoś powodu skojarzył mi się święty Szymon Słupnik, ale on siedział na słupie – jeśli byłby to słup betonowy, mógłby dostać wilka, ale kamienny nie był, bo był chyba drewniany.

Piotr: Do tego jeszcze zapalenie korzonków – sprzyjają mu wady postawy, osteoporoza oraz, niespodzianka, ciąża, która również temu sprzyja. Natomiast nad przeziębieniem już się nie będziemy dłużej zatrzymywać, bo o tym było w 71. odcinku. Ogólnie rzecz biorąc, przeziębienie wywołują wirusy, są pewne okoliczności sprzyjające osłabieniu odporności organizmu. I tu jest tak, że jak się uprzemy, to dostawanie wilka można powiązać z siedzeniem na czymś zimnym, bo problemy z hemoroidami na pewno wzmaga siedzenie na twardej, nierównej powierzchni. Zapalenie pęcherza moczowego, przeziębienie – to się już nie da tak powiązać. Nie jest tak, że jak posiedzimy na zimnym, to od tego przeziębi nam się pęcherz. Wiele osób tak uważa, natomiast to jest znacznie bardziej skomplikowane. Na pewno twoja dramatyczna historia o dostawaniu wilka i wychodzeniu w cienkich rzeczach to raczej kwestia ogólnego wychłodzenia, całego organizmu albo rejonów miednicy – bo tam, przypomnę, gdzie dochodzi do ochłodzenia jakiegoś obszaru, najczęściej dochodzi do zwężenia naczyń krwionośnych, w związku z czym utrudniony jest dostęp całych zastępów komórek odpowiedzialnych za odporność, więc łatwiej tamtędy coś złapać, chociaż oczywiście to nie jest tak, że wyjdziemy, zrobi nam się zimno, i ciach, jesteśmy chorzy – musimy już mieć do tego jakieś predyspozycje.

Ola: To znaczy gdzieś te wirusy już muszą się czaić w pobliżu, bądź też bakterie, albo są to na przykład nasze własne bakterie, które potrafią nam zrobić [? niepewne: księdza].

Piotr: Eszerichia coli jest jednym z najczęstszych powodów zakażenia dróg moczowych, a przypominam, że eszerichia coli jest bakterią, która stale jest obecna w naszych jelitach. Co do korzonków, tu raczej żadnego powiązania z siedzeniem na czymkolwiek zimnym nie ma, więc są pewne przesłanki, żeby coś tam wiązać odlegle, natomiast pozostaje dość kluczowe pytanie: dlaczego dostaje się akurat wilka, a nie chomika, wiewiórki, krowy, orła, czy czego tam jeszcze można, czy bobra na przykład. Uczcijmy minutą ciszy tę koncepcję. Tu się odwołuję do źródeł z Narodowego Centrum Kultury, które piszą, że wilk był postrzegany jako istota dzika, niebezpieczna, niepożądana. W ogóle kojarzył się ze złem, a jego obecność kojarzono z przykrymi następstwami. Przypominam, że dotyczy to czasów, kiedy wilki naprawdę miały jakiś wpływ na życie ludzi, nie teraz. Teraz wilki ludziom nie szkodzą, a jeżeli szkodzą, to w minimalnym stopniu, na pewno nie stanowią dla ludzi zagrożenia. Natomiast w dawnych czasach, kiedy wilków było bardzo dużo i ludzie generalnie nie mieli sposobu na obronę przed nimi, bano się ich i traktowano niemal jak przekleństwo – stąd wilkiem nazywano różne przypadłości, na przykład parcha na końskich nogach i kopytach, ale też jedną z postaci gruźlicy skóry, prowadzącą do mocnego oszpecenia, a także wrzód nazywano niekiedy wilkiem oraz, uwaga, za słownikiem wileńskim, wyprzenie w stolcu.

Ola: To też możemy uczcić minutą ciszy, chociaż minuta ciszy na antenie byłaby dla państwa zabójcza.

Piotr: Zwłaszcza że nie mamy anteny.

Ola: Miliardy naszych słuchaczy by poległy.

Piotr: Myślę, że tym wyprzeniem w stolcu zakończymy temat wilka i przechodzimy do…

0:24:56 Dlaczego tak bardzo boli skaleczenie papierem

Ola: Skaleczenia papierem. Na pewno wam się to kiedyś przydarzyło.

Piotr: Wieje grozą.

Ola: Co prawda teraz rzadziej się przydarza, bo rzadziej używamy papieru.

Piotr: Skaleczenie smartfonem rzadziej następuje.

Ola: Albo laptopem. Ale na pewno przewracacie stronę w książce, w zeszycie, aż tu bach.

Piotr: Przy przewracaniu stron?

Ola: Tak, coś takiego.

Piotr: Mi też się zdarzyło. Próbuję sobie uświadomić, jaka to jest okoliczność, która powoduje to dramatyczne wydarzenie.

Ola: Wiecie, o czym mówię. Ból jak diabli, a tu może wypłynie kropelka krwi, a może nawet nie. Ale boli, boli, boli. Dlaczego aż tak boli tak niewielka, płytka rana? Chodzi przede wszystkim o lokalizację tego skaleczenia. Mówimy o opuszkach palców, bo to właśnie tę część ciała kaleczymy przeważnie papierem. Chodzi o to, że skóra w tych miejscach jest silnie unerwiona, wskutek czego pokryta jest gęsto receptorami bólowymi. Nazywane są nocyceptorami. Występują w postaci wolnych zakończeń nerwowych neuronów otaczających tkanki skóry. Reagują na skaleczenia, na wysoką i niską temperaturę, na drażniące środki chemiczne, na impulsy elektryczne. I oczywiście poprzez nie przesyłany jest sygnał do mózgu, i odczuwamy ból. Ale właśnie palce i dłonie to miejsce, gdzie jest największe zagęszczenie tych receptorów. Również usta i język – to też są obszary bardzo wrażliwe.

Piotr: Zwykle nie kaleczymy sobie ust i języka papierem.

Ola: Nie mówię, że kiedyś to zrobiłeś. Znalazłam takie odniesienie i coś mi się kojarzy, że może tak kiedyś było, jak się śliniło krawędzie kopert, żeby je zakleić. Kiedyś były takie koperty… były powleczone warstewką kleju, który trzeba było zwilżyć, i po prostu się śliniło.

Piotr: A potem można było identyfikować szantażystów na podstawie DNA.

Ola: No właśnie, i te zagęszczenia receptorów odsłaniają się wskutek tego, że skaleczenia od papieru są płytkie i nie naruszają głębszych warstw skóry, więc nie wypływa dużo krwi – nie tyle, żeby mógł się stworzyć skrzep, czyli strup, mówiąc kolokwialnie. W związku z czym zakończenia tych receptorów zostają odsłonięte i nie są niczym zaklejone. Dokładnie o to chodzi. Dlatego jest taki ból i dlatego potrafi się utrzymywać przez dwa dni, mimo że ranka jest tak minimalna.

Piotr: Czyli jak się tniemy papierem, to trzeba się porządnie ciąć – głęboko, żeby zaczęło krwawić.

Ola: To już wtedy nie chodzi o papier. Chodzi też o to, że papier jest preparowany z użyciem różnych substancji chemicznych, jest też wybielany, co może, ale nie musi, działać drażniąco na ranę – to zależy, czego użyto w produkcji papieru.

Piotr: Kwasem to już od dawna się nie wybiela papieru. Pewnie coś tam jeszcze może być drażniącego.

Ola: Ale jest jeszcze jedna sprawa, to znaczy struktura papieru. Papier, nawet gdy wydaje się być równiutko ucięty, wcale nie ma bardzo gładkich krawędzi. Można to zobaczyć pod mikroskopem, co zresztą polecam – krawędź papieru jest bardzo mocno poszarpana i przypomina raczej piłę z zębami niż gładki nóż. W efekcie ten papier nie przecina skóry, tylko ją szarpie.

Piotr: Wydaje się, że krawędź jest gładziutka, zwłaszcza cięta, bo jak rozerwiemy papier, to nie ma tam takiej ostrej krawędzi, ale to bardzo ładnie wygląda na zdjęciach mikroskopowych.

Ola: Tak, na zdjęciach mikroskopowych. Co więcej, jak się kaleczymy, to od tej krawędzi papieru odrywają się drobiny, które pozostają w ranie i ją drażnią. I to jest po prostu groza papieru, którym można sobie przeciąć palec. Komputery i telefony takich zagrożeń nie stwarzają. Natomiast jak ktoś rzuci sobie na przykład laptopem na stopę, to może być znacznie gorzej niż po skaleczeniu papierem.

Piotr: To są po prostu częste wypadki domowe.

Ola: Jeszcze jeden czynnik sprawia, że tak uciążliwe są skaleczenia papierem. Otóż palce to jest coś, czego używamy non stop. A ponieważ te ranki od papieru znajdują się w takich newralgicznych, strategicznych miejscach, to są ciągle drażnione i ciągle nam przeszkadzają. I to są właśnie wszystkie te czynniki, które sprawiają, że ten ból jest zupełnie nieproporcjonalnie duży względem rzeczywistych rozmiarów tej rany.

Piotr: Kolejna moja wątpliwość: czy rzeczywiście to się wciąż tak zdarza? Możecie dać znać w komentarzu.

Ola: Czy zdarza wam się kaleczyć papierem i czy ktoś kiedykolwiek skaleczył się w język o kopertę, którą trzeba było polizać, żeby ją zakleić? To, słuchaj, było napisane w źródłach anglojęzycznych, sprzed jakichś dziesięciu lat, ale było, zdaje się, na Science albo gdzieś tam.

Piotr: Z popkulturowych skojarzeń od razu przypomniał mi się Joker, poszerzający sobie uśmiech przy okazji designu koperty.

Ola: No dobra, o tym akurat nie mówiliśmy. I tutaj prawdopodobnie sam papier by nie wystarczył.

Piotr: No ja wiem. Dobra, to zostawiamy to.

Ola: Ale przy języku zostajemy.

0:31:04 Czy istnieją strefy smakowe na języku

Piotr: No dobra, zostajemy więc przy języku, bo zajmiemy się teraz czymś, co znów budzi moje wątpliwości, czy nadal istnieje. Za moich czasów na pewno istniało, bo chyba nawet pamiętam to z jakiegoś podręcznika do biologii czy przyrody z podstawówki. Jeżeli gdzieś na to trafiliście w ostatnich latach, też dajcie znać, bo to ciekawe. Chodzi o taki rysunek pokazujący strefy smakowe na języku – zwykle taki kształt elipsoidalny, lekko przypominający kształt języka, na którym zaznaczone są strefy odczuwania smaku gorzkiego, słodkiego, słonego i kwaśnego. Jeszcze umami. A właśnie umami nigdy nie było narysowane na żadnym z tych rysunków.

Ola: Odkryto, że coś takiego istnieje, dopiero jakieś kilkanaście, dwadzieścia lat temu?

Piotr: Nie, wcześniej, zaraz sprawdzę. Nie, gdzie tam – umami ma już dobrze ponad 100 lat. 1908 rok.

Ola: To dlaczego wcześniej nie uwzględniano go na mapie języka?

Piotr: Już mówię, dlaczego. Dlatego, że odkryli go Japończycy, i u nich smak umami jest… u nas też jest ważny, ale u nich jest świadomie wykorzystywany. Rzeczywiście, ponad 100 lat temu – sos sojowy to niemal czyste umami, a przecież możesz…

Ola: Ale pomidory też…

Piotr: Ale to jest różnica, bo w kuchniach wschodu, nie wszystkich oczywiście, ale niektórych, smak umami wykorzystuje się świadomie, tak jak u nas sól. Masz sól, którą albo dosładzasz, albo cokolwiek. Nie "dogorzksza się"… kolejne ładne słowo: dogorzkszanie czegoś.

Ola: To nie będzie słowo na dziś.

Piotr: To po prostu twoje słowotwórstwo. Ale może być alternatywnym słowem na dziś.

Ola: Trzeba będzie chyba sporządzić dla ciebie specjalny słownik.

Piotr: Albo klatkę. My używamy na pewno dosładzania, dosalania, zakwaszania, ale to już nie tak jednoznacznie. Natomiast w kuchniach wschodnich masz choćby sos sojowy, który owszem jest słony, ale przede wszystkim bardzo umamiowy. Prawdopodobnie dlatego do stref smakowych na języku nigdy nie trafił koncept, gdzie odczuwamy umami, bo to takie dziwne i w ogóle co to za smak. Nadal podejrzewam, że spora część naszych szanownych słuchaczy nie bardzo może wiedzieć, co to jest ten smak umami. To pewnie jest jakieś wyjaśnienie. Zresztą gdyby ktoś chciał spróbować sobie samego, czystego umami, który jest zresztą bardzo przyjemnym smakiem, to polecamy glutaminian sodu. To właśnie ta substancja, która ma czysty smak umami, obecna zresztą mocno choćby w pomidorach, i wcale nie jest szkodliwa – to zresztą osobna opowieść, chyba w podcaście tego jeszcze nie mieliśmy, o glutaminianie sodu i różnych dramatach z nim związanych, tych "glutaminianowo-sodowych". Zostawiamy to na razie w zawieszeniu, ale od razu mówię: nie, glutaminian sodu nie powoduje bólu głowy i innych rzeczy, o które był podejrzewany. Nie ma na to mocnych badań, zostawimy to na inny raz. Wracając do stref smakowych na języku: był ten rysunek, były te strefy jakoś tak arbitralnie powyznaczane, i średnio ma to sens, jak się okazuje, bo nawet łatwo to sprawdzić. Możemy wziąć choćby szczyptę soli i posypać nią w różnych miejscach na języku, bo miało być tak, że słony miał być odczuwany z przodu języka, słodki samym czubkiem, gorzki u nasady języka, a kwaśny na krawędziach, bardziej z tyłu. Natomiast bardzo łatwo udowodnić, że to bzdura, bo jak posolimy sobie z tyłu języka, to nadal doskonale poczujemy ten smak, i to od razu, zanim jeszcze rozejdzie się po całych ustach. Więc to w sumie bardzo łatwa do obalenia, trudno powiedzieć – hipoteza, raczej opowieść. Co ciekawe, utrzymało się to przez kilkadziesiąt lat, i dopiero potem przeprowadzono porządne śledztwo, skąd wziął się ten błąd, bo sięga to publikacji z 1901 roku, gdzie psycholog harwardzki o znamiennym nazwisku Boring opublikował pracę będącą tłumaczeniem niemieckiego tekstu. Nie podejmę się przeczytania po niemiecku tytułu tego tekstu.

Nie, nie, błagam, nie rób tego. I tą z kolei pracę tłumaczoną napisał niejaki D. P. Hanig. I teraz problem polega na tym, że ten źródłowy tekst nie był najlepiej napisany, a chodziło w nim raczej o to, że dopiero jakaś ilość substancji może wywołać smak albo nie – nie było to zbyt porządne badanie. Natomiast tłumaczący najwyraźniej nie do końca coś zrozumiał, a przyłożył się do tego tłumaczenia.

Ola: Niejaki Boring.

Piotr: Tak wyszło, że tenże Boring coś tam napisał i jeszcze w dodatku źle zinterpretował rysunek z tego podręcznika, bo ten rysunek miał wskazywać jakieś progi odczuwania w różnych miejscach. Generalnie wyszła z tego jedna wielka bzdura, i pozostało tylko przekonanie, że w różnych miejscach języka odczuwamy różne smaki.

Ola: I tak wszyscy to powtarzali?

Piotr: Tak, ale mnóstwo jest takich rzeczy. Sporo jest takich rzeczy na zasadzie: oj, kiedyś ktoś, tak jak z tym szpinakiem.

Ola: Tak, że szpinak zawiera ogromne ilości żelaza.

Piotr: Dokładnie, co też jest długa historia, już nie będziemy w to wchodzili – jedna pani przepisała od drugiej pani. Mit rozwiano w, uwaga, bardzo ważnym dla świata 1974 roku.

Ola: Dlaczego akurat ten rok jest taki ważny? Piotrek, podziel się z nami tą informacją.

Piotr: Bo się wtedy urodziłem, to chyba jasne.

Ola: O, rzeczywiście, nie wpadłam na to wcześniej.

Piotr: Dziękuję. I poza tym, że się urodziłem, jeszcze parę mniej istotnych rzeczy się zdarzyło. Między innymi niejaka Virginia Collings przeczytała tę oryginalną niemiecką pracę i stwierdziła, że to w ogóle jest źle przetłumaczona bzdura i tak dalej. Prawda jest taka, że wszystkie kubki smakowe mogą odczuwać każdy z tych smaków, i w dodatku są pewne progi, przy których się aktywują, ale to nie ma żadnego praktycznego znaczenia – całym językiem odczuwamy wszystkie smaki, również umami. Umami być może dlatego się tam nie znalazło, że dopiero w 1908 roku Kikunae Ikeda jednoznacznie zidentyfikował ten smak, a te dziwaczne tłumaczenia były kilka lat wcześniejsze.

Ola: 1901 rok, przypomnijmy.

Piotr: Tak, więc to tam nie trafiło, nie znalazło się i tak dalej. Każdy sobie może poeksperymentować, posypać język w różnych miejscach różnymi rzeczami. Przy okazji polecam spróbowanie samego glutaminianu sodu, bo ma strasznie fajny smak.

Ola: Oczywiście nie trzeba jeść go łyżkami, prawda?

Piotr: Nie, nie o to chodzi. Tak samo jak soli nie jesz łyżkami – szczyptę można wziąć. Naprawdę fajnie dosmacza różne produkty i nie należy się oburzać, że to sztuczna chemia w jedzeniu. Jak jemy pomidory, to glutaminianu sodu wsuwamy naprawdę ogromne ilości.

Ola: Podobnie jak mięso ma go sporo.

Piotr: Dokładnie, a nie mówię już o tych wszystkich wspomnianych przez ciebie dodatkach, które kiedyś były maniakalnie używane.

Ola: Takie posypki do zup albo do drugich dań.

Piotr: Dokładnie, więc to tyle, jeśli chodzi o strefy smakowe. Jeszcze raz: jeżeli gdzieś na nie trafiliście w jakiejś rozsądnej przeszłości, czyli na przykład już po moim urodzeniu, to dajcie znać, bo jestem ciekaw, czy one gdzieś jeszcze funkcjonują. To rozsądna przeszłość, to było całkiem niedawno, przypominam.

Ola: A lata 90. były 10 lat temu.

Piotr: A co, masz jakieś dowody, że nie były?

Ola: Nie mam na to badań.

Piotr: Proszę mi tu nie mącić. Teraz przeskakujemy dalej, w temacie żywieniowym na razie zostajemy. To teraz ty.

0:40:18 Czy surowe ziemniaki wywołują gorączkę

Ola: Ja przechodzę na ziemniaki.

Piotr: Deklaracja kulinarna.

Ola: Śmiertelnie niebezpieczne. Na przykład jak się nimi rzuca z okien w ludzi. Nie, nie chodzi o rzucanie ziemniakami, tylko o jedzenie surowych ziemniaków. Za moich czasów, czyli całkiem niedawno, krążyła taka opowieść, legenda miejska, że jak się zje surowego ziemniaka, to się dostanie gorączki i nie trzeba iść na sprawdzian ani na studia, na kolokwium.

Piotr: Na studia, na kolokwium to już mamusia zwykle nie napisze usprawiedliwienia.

Ola: Ale można iść do lekarza, on zmierzy gorączkę i powie: ojej, jest pani chora, nie może pani nigdzie iść.

Piotr: I na pewno cię to na studiach uznają.

Ola: Otóż sprawdziłam to dokładnie. Generalnie surowe ziemniaki są kompletnie nieszkodliwe, po prostu niesmaczne. Niektórym mogą smakować. Są badania, które pokazują, że zawierają ogromne ilości witaminy C, która w dużym stopniu zanika, kiedy przetwarzamy ziemniaki termicznie. Ale nie stawiajmy tu kropki, bo jest "ale". Gorączkę może wywołać zjedzenie surowych ziemniaków, których miąższ jest zielony. To oznacza, że dojrzewały na słońcu albo były przez dłuższy czas przechowywane w bardzo niskich lub wysokich temperaturach, w każdym razie zbyt długo i niewłaściwie.

Piotr: Często są pod skórką zielonkawe.

Ola: W ogóle w ziemniakach… No właśnie, chodzi o to, że w miejscu, gdzie gromadzi się zieleń, gromadzi się chlorofil. A chlorofil sam w sobie szkodliwy nie jest, tylko jest sygnałem ostrzegawczym, że w tej okolicy nagromadziło się sporo pewnej toksycznej substancji, o której zaraz powiem – nazywa się solanina. To wysoce toksyczny alkaloid, który nadaje ziemniakowi gorzki smak, a ziemniak wytwarza tę solaninę, żeby zapobiegać inwazji owadów – innymi słowy, żeby szkodniki nie zjadły różnych części rośliny, i żeby przy dłuższym przechowywaniu, kiedy bulwa czeka, żeby wykiełkować, robaki jej nie zjadły. Największe stężenie solaniny mają naziemne części rośliny: łodyga, liście, kwiaty, owoce. A w bulwach, czyli w tej części podziemnej, solanina może się pojawić właśnie w takich wyjątkowych sytuacjach, o których powiedziałam wcześniej. Dawniej, uwaga, zatrucia ziemniakami były właściwie powszechne. Jest taki dobrze opisany przypadek z roku 1978 – w jednej z londyńskich szkół jednocześnie zachorowało 78 uczniów i kilkoro nauczycieli. Czy dostali gorączki? To nie jest takie proste, bo tu można się przeliczyć, ponieważ przede wszystkim solanina wywołuje wymioty, biegunkę, ból brzucha, a w ciężkich przypadkach potrafi wywołać paraliż ośrodkowego układu nerwowego. Wśród tych uczniów kilkoro pozostawało w śpiączce, z epizodami konwulsyjnych drgawek i gwałtownymi napadami, tak, gorączki.

Piotr: Udało się nie pójść na klasówkę.

Ola: Nie przypuszczam, żeby im dokładnie o to chodziło. U wielu z tych chorych uczniów występowały objawy zapaści krążenia obwodowego. I co ciekawe, w ciągu pięciu dni od wybuchu tej, można powiedzieć, epidemii, wszyscy ci uczniowie i pacjenci wyzdrowieli całkowicie, a niektórzy mieli jeszcze przez kilka dni halucynacje. Dziwna sprawa. Przeprowadzono śledztwo i okazało się, że w szkolnym magazynku pozostał po poprzednim sezonie letnim worek ziemniaków, który ktoś wyciągnął z piwnicy. I nie zważając na to, że ziemniaki zzieleniały, podano je na obiad. I uwaga – te ziemniaki zostały ugotowane, to nie było tak, że dzieci zjadły je na surowo.

Piotr: Musiały być mocno przesycone.

Ola: Tak, przesycone tą solaniną tak bardzo, że nawet gotowanie nie zneutralizowało toksyny. Dodajmy, że w większości przypadków gotowanie powinno pomóc, a tutaj nie – i to było bardzo zaskakujące. Potem sprawdziłam – jest mnóstwo naprawdę dobrze udokumentowanych, lokalnych epidemii związanych z zatruciami solaniną. Nie wiem, czy w ogóle epidemią można nazwać zatrucie.

Piotr: Nie, przepraszam.

Ola: To nie jest to słowo. No i tak, o co chodzi z toksycznością solaniny? W małych ilościach ten alkaloid może powodować bóle głowy, nudności, wymioty i biegunkę. W cięższych przypadkach, jak mówiłam, prowadzi do paraliżu centralnego układu nerwowego i śmierci. W roku 2022 opisano przypadek ciężkiego zatrucia u 11-letniego chłopca, który wskutek zatrucia solaniną doświadczył powikłań sercowo-naczyniowych. Było tak, że był głodny, był sam w domu, mama nie reagowała na jego pytania, kiedy dostanie jeść, więc zjadł surowe ziemniaki. Generalnie żaden sprawdzian nie jest wart tego, żeby mieć nudności, wymioty i biegunkę, a tym bardziej żeby mieć powikłania sercowo-naczyniowe albo paraliż centralnego układu nerwowego. Więc nie róbcie tego. A jeżeli macie już silną potrzebę jedzenia surowych ziemniaków, to naprawdę sprawdźcie, czy przypadkiem nie są zielone. Generalnie skupcie się na innych źródłach witaminy C i zostawmy surowe ziemniaki w spokoju.

Piotr: Tak, a to w ogóle kolejny super ciekawy temat, czyli psiankowate. Psiankowate to rodzina, do której należą i pomidory, i ziemniaki, i całe mnóstwo różnych roślin. Właśnie solanina jest ich specjalnością. Zresztą jest całe mnóstwo psiankowatych bardzo silnie trujących, i jeszcze w dodatku całe mnóstwo wykorzystywanych w medycynie. To w ogóle super ciekawa grupa. Należy do niej między innymi mandragora, papryka, a także pokrzyk wilcza jagoda z jego atropiną.

Ola: A teraz, jeżeli komuś się wydaje, że ten stary dobry pomidor wśród psiankowatych jest taki niewinny, to chcę wam powiedzieć, że zielone, niedojrzałe pomidory nie dość, że zawierają solaninę, to jeszcze zawierają inną toksyczną substancję zwaną tomatyną. Zjedzenie jej w dużej ilości samo w sobie powoduje mdłości, wymioty, kolki, biegunki, a do tego dołóżcie sobie solaninę – więc nie jedzmy też zielonych pomidorów.

Piotr: To znaczy tych zielonych, niedojrzałych, bo są jeszcze takie gatunki zielonych – smażone zielone pomidory. Do każdego punktu mam jakieś popkulturowe skojarzenie.

Ola: Tak, ale chodzi o niedojrzałe, zielone pomidory.

0:48:38 Czy przez głowę tracimy najwięcej ciepła

Piotr: Tak, niedojrzałe, dokładnie. Lecimy dalej. Teraz temat, który właściwie jest tematem zimowym, ale jak patrzę teraz na termometr, to mamy 29 stopni na zewnątrz w momencie, kiedy to nagrywamy, więc być może akurat dobrze taki chłodem wiejący temat teraz wrzucić. Mianowicie kolejna babciowa opowieść: włóż czapkę, bo najwięcej ciepła człowiek traci przez głowę. Takie hasło.

Ola: No nie mów, że to nieprawda.

Piotr: No nie, więc to jest "it's complicated". Trudno to zbadać. Robiono takie badanie, które polegało na zanurzaniu ludzi w wodzie, z głową albo bez głowy.

Ola: Czy to o czym myślę? Czy moje myśli biegną w niewłaściwym kierunku?

Piotr: Nie, nie chodzi o jeźdźców bez głowy. To byli ludzie z głowami, tylko nie całkiem zanurzonymi, tak to ujmę – a nie ludzie bez głów, którzy zostali zanurzeni. Efekty, w skrócie rzecz ujmując, były takie. Mierzono głęboką temperaturę tych osób, czyli w przełyku – to jest takie miejsce blisko serca, które z trudem się wychładza, bo organizm właśnie po to wycofuje krew z obwodowych odcinków ciała, żeby zgromadzić ją w tych kluczowych.

Ola: To temat, który powraca w naszych pytaniach i odpowiedziach.

Piotr: Generalnie wyszło na to, że przez głowę ludzie nie tracili ciepła więcej niż proporcjonalnie w innych obszarach ciała. To znaczy głowa to około 7-9 procent powierzchni ciała, natomiast osoby zanurzone z głową traciły 11 procent więcej ciepła niż pozostali badani, co całkiem dobrze się domyka, bo wiadomo, że takie pomiary nie są bardzo precyzyjne. Generalnie można więc stwierdzić, że przez głowę nie tracimy wcale więcej ciepła niż przez inne obszary ciała. Natomiast, jak powiedziałem, sprawa jest skomplikowana, bo to może być dziwnie odczuwane – głowa ma słaby system obkurczania naczyń krwionośnych. Co prawda krew rzeczywiście jest wycofywana z uszu, z czubka nosa, z policzków.

Ola: Właśnie dlatego można sobie odmrozić uszy.

Piotr: Tak, dlatego to są rejony, które ulegają odmrożeniu. Generalnie nie mamy tam zbyt dobrego systemu, działa gorzej. Co więcej, głowa nie jest dobrze izolowana, bo mamy na niej bardzo mało tkanki tłuszczowej. Nawet jeśli ktoś ma zdecydowany nadmiar tkanki tłuszczowej na całym ciele, to owszem, w okolicy szyi coś się nagromadzi, ale twarz rzadko kiedy jest mocno otłuszczona.

Ola: Czaszka.

Piotr: Skóra głowy, skalp, to w ogóle – to są te rejony, gdzie ta izolacja rzeczywiście nie jest najlepsza. Można w to wliczać różne rzeczy, na przykład rozważać powierzchnię głowy dziecka, która będzie proporcjonalnie większa, bo ciało z wiekiem jakby dorasta do głowy. Więc podsumowując, można powiedzieć, że nieprawdą jest, że przez głowę ucieka nam większość ciepła – o tym krążą różne opowieści.

Ola: Myślisz, że 50 procent czy 90 procent?

Piotr: 50-80 procent, wiesz, jak to jest – kto da więcej. Trochę na tej zasadzie to było. W każdym razie tak nie jest, co nie oznacza, że głowy nie należy szczególnie chronić. Należy, między innymi ze względu na zatoki, których wyziębienie może powodować bardzo mocny ból u wrażliwych osób, ale też może powodować różne inne problemy ze względu na uszy.

Ola: Choroby uszu, w sensie zapalenia ucha, tak?

Piotr: Tak, co znów odsyłam do 71. odcinka, gdzie Ola dokładnie to tłumaczyła – nie dostaje się chorób uszu czy zatok od samego zimna, natomiast w sprzężeniu z różnymi mikroorganizmami i innymi predyspozycjami naszego organizmu rzeczywiście może to przynieść problemy. To przykład takiej opowieści, której nie da się jednoznacznie obalić. W wersji "tracimy najwięcej ciepła przez głowę" – nie, nie tracimy. Ale w wersji "lepiej załóż czapkę" – to ma zdecydowanie sens. Wiem oczywiście, że mniej więcej między dziesiątym a dwudziestym rokiem życia noszenie czapki u wielu osób…

Ola: Uwłacza godności.

Piotr: Ja tak miałem, na przykład.

Ola: Ja też, przez wiele lat. Potem leczyłam się na zatoki – nie wiem, czy był to jakiś związek przyczynowo-skutkowy. Zakładam, że na pewno nie.

Piotr: Liczne eksperymenty na własnym ciele – tak to można w sumie podsumować, bo sprawa, jak już mówiliśmy, nie jest bardzo łatwa ani jednoznaczna, i często kręcimy sobie mniejsze lub większe beczki z różnych babcinych opowieści, typu: nie siedź przed telewizorem, bo stracisz wzrok, albo nie czytaj po ciemku. W zeszłym roku przerabialiśmy te tematy.

Ola: Odsyłamy do odcinków 30 i 31.

Piotr: A tu ma to pewien sens, choć nie do końca taki, jaki mogło się wydawać tym babciom, które zresztą serdecznie pozdrawiamy.

0:54:35 Zakończenie i słowo na dziś

Ola: I dochodzimy do końca naszej opowieści, i pozostało słowo na dziś. Muszę powiedzieć, ogromnie mnie kusiło, żeby to było "wyprzenie w stolcu", ale to nie jest słowo, to jest wyrażenie.

Piotr: Stolec może, nie?

Ola: Ty dobre słowo wymyślisz.

Piotr: No dobra, to niech tym słowem na dziś będzie wilk.

Ola: No to cześć.

Źródła

https://www.nature.com/articles/s41467-024-44785-3 https://www.nck.pl/projekty-kulturalne/projekty/ojczysty-dodaj-do-ulubionych/ciekawostki-jezykowe/ZLAPAC_WILKA https://demagog.org.pl/analizy_i_raporty/demagog-rujnuje-faktoidy-wilk-od-siedzenia-na-zimnym/ https://www.medme.pl/artykuly/mity-medyczne-nie-siadaj-na-betonie-bo-dostaniesz-wilka,34858.html https://www.doz.pl/czytelnia/a16612-Zapalenie_korzonkow__przyczyny_objawy_leczenie https://www.crazynauka.pl/dlaczego-skaleczenie-papierem-boli/ https://www.livescience.com/paper-cuts-pain https://wexnermedical.osu.edu/blog/why-do-papercuts-hurt-so-much https://www.crazynauka.pl/strefy-smakowe-na-jezyku-nie-istnieja/ https://www.crazynauka.pl/czy-surowe-ziemniaki-moga-wywolac-goraczke/ https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC9648270/ https://www.healthline.com/nutrition/raw-potatoes https://www.eatingwell.com/article/8059853/can-you-eat-raw-potatoes/ https://www.smithsonianmag.com/arts-culture/horrific-tales-of-potatoes-that-caused-mass-sickness-and-even-death-3162870/ https://www.crazynauka.pl/czy-to-prawda-ze-najwiecej-ciepla-ucieka-przez-glowe/

Uwaga: kolumna "źródła (z opisu)" w indeksie była pusta dla tego odcinka, mimo że opis oficjalny zawiera pełną listę źródeł po frazie "Oto one:". Powyższa lista pochodzi z tej części opisu (pominięto linki promocyjne: Patronite, BuyCoffee, koszulki).

Źródła