Podcast Crazy Nauka · odc. 87

Nauka na czasie: Powinniśmy się bać i tajemniczy lot nad Ziemią

22-10-2024 · 41 min · Nauka na czasie, Kosmos i astronomia, Mózg i psychologia

Okładka odcinka

Tu jest treść z serwisu Spotify. Po jej włączeniu Spotify otrzyma Twój adres IP i może zapisać w przeglądarce pliki cookies.

Posłuchaj też na:

Dlaczego ludzie lubią, a nawet powinni się bać, np. oglądając horrory? Nauka wyjaśnia to kilkoma niekoniecznie oczywistymi przyczynami.
Co wiemy o jednym z najbardziej tajemniczych pojazdów zbudowanych przez ludzi i jego obecnej misji kosmicznej?

To odcinek z cyklu “Nauka na czasie”, czyli lżejsza wersja naszego podcastu, w której omawiamy dwa wybrane naukowe doniesienia. Cykl ten publikujemy co drugi tydzień, na przemian z dłuższymi odcinkami.

Transkrypcja odcinka

Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.

0:00:00 Wstęp

Ola: Dlaczego ludzie lubią się bać?

Piotr: Po co tajemniczy statek wykonuje tajemnicze manewry nad Ziemią? Cześć, tu Ola Stanisławska i Piotrek Stanisławski, podcast Crazy Nauka.

Ola: Dziś opowiemy wam o tym, dlaczego lubimy się bać, na przykład oglądając horrory. To jest ostatni odcinek przed Halloween, w związku z czym takie mamy uzasadnienie.

Ostatni krótki, bo jeszcze będzie długi. Opowiemy wam również o jednym z najbardziej tajemniczych pojazdów, czy też statków, zbudowanych przez ludzi, i o jego obecnej misji kosmicznej.

Piotr: I tak, to jest właśnie ten krótszy odcinek, czyli Nauka na czasie, ta lżejsza, krótsza wersja. Co drugi tydzień jest ten dłuższy. Przed Halloween już nie będzie dłuższego, stąd właśnie ten temat.

Możecie się go odsłuchać przed samym Halloween. Jedna rzecz: nasz ostatni odcinek, ten, w którym rozmawialiśmy z profesorem Tomaszem Grzybem o źródłach nieposłuszeństwa oraz posłuszeństwa, słuchał się znakomicie, nadal się słucha, komentarzy od was jest bardzo dużo, za co jesteśmy wdzięczni.

Wszędzie, gdzie mogę, staram się na te komentarze odpowiadać, ale wszystkie czytam, to na sto procent zawsze. Pojawiły się pytania o transkrypcję. Wiem, że ci, co słuchają, nie potrzebują za bardzo transkrypcji, ale stwierdziliśmy, że trzeba to trochę wyjaśnić, bo część osób pisze: nie lubię słuchać, wolę przeczytać.

Problem z transkrypcją jest taki, że można ją robić na dwa sposoby: ludzkimi siłami albo nieludzkimi siłami. Ludzkimi, czyli ktoś musi usiąść i to zrobić. My nie jesteśmy w tym najlepsi, bo trzeba bardzo szybko pisać. Piszemy, jak piszemy, ale przede wszystkim to zajmuje bardzo dużo czasu.

Ola: To bardzo, bardzo.

Piotr: To jest kilka ładnych godzin przy odcinku.

Ola: Półtorej godziny nagrania, czy nawet prawie dwie, jak było w przypadku profesora Tomasza Grzyba, to jest praca na cały dzień.

Piotr: Zwłaszcza z przejrzeniem korekty i formatowaniem, dla nas. Możemy komuś za to zapłacić, ale to kosztuje między 350 a 500 złotych. Po prostu za dużo, szczerze, nie mamy na to funduszy, po ludzku mówiąc.

Można to zlecić sztucznej inteligencji. Zrobiliśmy taki eksperyment, odcinek o powodzi ma swoją wersję, którą wrzuciliśmy na stronę Crazy Nauki. Tam jest transkrypcja zrobiona jednym z takich systemów, trochę przeze mnie poprawiona, to znaczy jest napisane na początku, że to nie jest jakaś duża poprawka, po prostu ogarnięte, ale powiem szczerze, że jakość tego jest taka sobie. Są systemy, które robią to dobrze, dość dobrze, ale one znowu kosztują stosunkowo dużo, więc prawda jest taka: nie mamy na razie możliwości robienia tych transkrypcji. Spotify i Apple Podcasts robią transkrypcję, ale nie po polsku, na razie jeszcze.

Apple Podcasts niedawno ogłosiło, że w kilku nowych językach to robi, i jak zwykle w Apple nie ma tego po polsku, więc diabli wiedzą, kiedy będzie. Spotify pewnie szybciej się z tym ogarnie, ale jaka będzie jakość, nie mam pojęcia. Zobaczymy, na razie sytuacja jest, jaka jest. Wyjaśniamy to, żeby rozjaśnić, jak to realnie wygląda, bo samo się nie robi.

Ola: Piotrek już dziękował tym wszystkim, którzy komentowali, zwłaszcza odcinek z profesorem Grzybem, i inne też. Ja dziękuję wam wszystkim, którzy dobrym słowem i przekazywaniem informacji o naszym podcaście znajomym pomagacie nam, wspieracie nas, dzielicie się w social mediach. To jest dla nas naprawdę bardzo ważne.

Piotr: Dziękujemy też bardzo tym, którzy dokładają się do naszych działań na BuyCoffee i na Patronite. BuyCoffee jest dobrym sposobem, jeżeli ktoś nie chce się na dłużej wiązać i zobowiązywać, to po prostu jest taki jednorazowy strzał. Jak wam się podoba odcinek, możecie coś tam dorzucić. Link jest oczywiście w opisie.

Ola: A my lubimy kawę, więc można nam te kawy kupować.

Piotr: Oj tak, zdrowa jest, mam już jeden temat o kawie.

Ola: Powiemy już w listopadzie, jak bardzo jest fajna kawa. I oczywiście tradycyjnie przypominamy, że jesteśmy obecni na wszystkich liczących się platformach podcastowych.

Piotr: I tych nieliczących się również.

0:05:00 Dlaczego lubimy się bać: nauka o rekreacyjnym strachu

Ola: No to zaczynamy. Dlaczego właściwie lubimy się bać? Wielu ludzi lubi oglądać horrory. Ja nie jestem fanką.

Piotr: My cię wprowadzimy z Leną, naszą córką.

Ola: Mam chyba niższy niż wy próg tolerancji na horrory, ale jeszcze o tym powiem. Natomiast lubię kryminały, filmy sensacyjne, lekkie powieści grozy.

Piotr: Obrady Sejmu.

Ola: No nie, tego akurat nie lubię, to jest za dużo dla mnie. Mnóstwo ludzi chodzi do domów strachu. To nie jest popularne w Polsce, ale na przykład w Stanach Zjednoczonych jak najbardziej. Znamy takie miejsce, do którego wsiada się do wagonika i po drodze są jakieś straszydła, to jest bardzo popularne w innych krajach. U nas wesołe miasteczka nie są aż tak spopularyzowane, ale też można się natknąć na takie instytucje.

Piotr: My mamy PKP Intercity.

Ola: No właśnie, to już masz dom strachu. Dawniej ludzie zajmowali się bardzo często wywoływaniem duchów, to była rozrywka dziewiętnastowieczna. Wcześniej odprawiali obrzędy zaduszkowe, takie jak dziady. Obecnie czysto rozrywkowo traktowane jest Halloween, ale tam też był element grozy.

Co nas właściwie w tym pociąga, żeby się bać? Oczywiście, jak zawsze, nauka zajęła się tym zagadnieniem. Powstał nawet specjalny instytut badania strachu rekreacyjnego, tak się nazywa, w Danii. Zajmują się badaniem strachu, to bardzo interesujące zagadnienie. Odkryto przy tej okazji kilka ciekawych i nie zawsze oczywistych mechanizmów.

Zacznijmy od tych najprostszych, działających na poziomie fizjologicznym. Naukowcy zadali sobie pytanie: po co szukać sztucznie tworzonego strachu, celowo poszukiwać takich doświadczeń, skoro rzeczywistość oferuje wystarczająco dużo prawdziwych horrorów, typu wojny czy zbrodnie, i można się tym wypasać w wiadomościach, w telewizji czy w internecie? Najprostsza odpowiedź jest taka, że banie się w sytuacji, kiedy możemy w każdej chwili wyłączyć telewizor czy komputer, zamknąć książkę z kryminałem, daje nam coś na kształt fizjologicznego haju, i to bez ryzyka, jakie niesie strach odczuwany w sytuacjach realnego zagrożenia.

Co się dzieje? Pod wpływem strachu w naszych organizmach wydziela się adrenalina, aktywuje się reakcja walcz lub uciekaj, a nasz organizm nie do końca rozróżnia, czy to jest strach w sytuacji rzeczywistej, czy sztucznej, symulowanej. Dopiero później następuje analiza, czy warto się dalej bać, ale to jest już podstawowy element, wywoływany przez coś, co ma nas przerażać, typu zombie czy wampiry. Kiedy pojawia się reakcja walcz lub uciekaj, wydziela się adrenalina, tętno przyspiesza, oddech się pogłębia, rozszerzają się naczynia krwionośne, zwiększa się natlenowanie krwi, kortyzol podnosi ciśnienie krwi, wydziela się glukoza i daje nam energetycznego kopa.

Wskutek tych wszystkich zabiegów to, co się potem z nami dzieje, jest podobne do stanu euforii biegacza. Kiedy zagrożenie mija i okazuje się, że nic nam naprawdę nie groziło, ciało uwalnia endorfiny i dopaminę, hormony i neuroprzekaźniki, które dają nam uczucie przyjemności, ulgi. W jednym z badań prowadzonych w Danii, w Recreational Fear Lab na Uniwersytecie w Aarhus, stwierdzono, że osoby, które odwiedziły wyjątkowo dobrze urządzony dom strachu, taki, gdzie straszą szaleńcy z piłami mechanicznymi i różne zombie, po wizycie były bardziej zrelaksowane od tych, które takich rzeczy nie doświadczały.

Piotr: To w niezły sposób.

Ola: Tak, to jest rodzaj katharsis. Poboimy się w warunkach kontrolowanych, a potem przychodzi ulga, jesteśmy bardziej zrelaksowani, jest nam przyjemnie wskutek tych przeżyć.

To jest trochę nieoczywiste, ale są kolejne czynniki, które sprawiają, że ten strach jest nam potrzebny. Za przyjemnością płynącą z oglądania horrorów stoi coś więcej. Psychologowie się zastanowili, dlaczego się boimy. Strach jest ogólnoludzką emocją, doświadczeniem, które pomaga nam przetrwać, i doświadczanie strachu w bezpiecznych warunkach może być sposobem na przygotowanie się do doświadczenia realnego strachu, takim ćwiczeniem dla naszych emocji.

Recreational Fear Lab przeprowadził badania i okazało się, że osoby, które regularnie oglądają horrory, i to od dłuższego czasu, były bardziej odporne psychicznie podczas pandemii COVID-19 niż osoby, które horrorów nie oglądały.

Piotr: Te ćwiczenia szybciej przekładają się na reakcje w realnych sytuacjach.

Ola: Jak najbardziej, i to też w związku z pandemią dane ujawniły platformy streamingowe: w początkach pandemii szczególną popularnością cieszyły się filmy, które opowiadały o straszliwych epidemiach, „Contagion” i „Outbreak”. „Contagion” akurat obejrzeliśmy z dziećmi.

Piotr: Dzieci stwierdziły, że będziemy się bujali, bo dzieci wymiękły. My ten film wielokrotnie już wcześniej widzieliśmy i polecamy go, zresztą niezwykle optymistycznie podchodzi do tego, że ludzie na pewno będą chcieli się szczepić, jak już będą szczepionki. W tym filmie w ogóle nie ma [? niepewne: motywu antyszczepionkowego], jest motyw wahania, natomiast finalnie, jak szczepionki już są, jedynym problemem jest, żeby się do nich dopchać.

Ola: Cóż, rzeczywistość jak zwykle pokazała środkowy palec.

Piotr: Na zielonym koniu wjeżdża.

Ola: Otóż to. Więc „Contagion” i „Outbreak”, ja nawet nie pamiętam.

Piotr: To jest taki stary film z Dustinem Hoffmanem, to jest chyba to.

Ola: To jest chyba „Epidemia”.

Piotr: Tak, chyba to jest to, i powiem szczerze, jest bardzo dobry jako film, natomiast jako film z nawiązaniami naukowymi już się nie bardzo broni. „Contagion” z kolei, jak zwykle w takich filmach, trochę przesadza. To, co mówiłaś, „Outbreak” jest z 1995 roku, dobrze się ogląda, są tam Dustin Hoffman, Rene Russo, Kevin Spacey, Morgan Freeman, Cuba Gooding Jr. i różni inni.

Ola: Z kolei w „Contagion” też możesz odnaleźć aktorów.

Piotr: „Contagion”, 2011 rok, w obsadzie Matt Damon, Kate Winslet, Jude Law, Laurence Fishburne, Gwyneth Paltrow. Też niezły zestaw, zresztą Jude Law gra szura, cudowna postać.

Ola: „Contagion” jest bardzo fajnie oparta na faktach związanych z przebiegiem epidemii.

Piotr: Jestem ciekaw, kiedy powstanie kolejny film o pandemii.

Ola: Jakoś ludziom się odechciało.

Piotr: Jakoś się odechciało, ale to ciekawe, bo zobacz, po drugiej wojnie światowej powstawało mnóstwo filmów o drugiej wojnie światowej, i to zaraz po, już w 1945 roku powstawały te filmy. Nie mówię już o Stanach Zjednoczonych, bo oni tej wojny u siebie nie mieli, ale tu, u nas, w Europie, w Polsce. Jestem bardzo ciekaw tego mechanizmu, można by to kiedyś z kimś przegadać.

Ola: Może wkrótce coś powstanie, też jestem bardzo ciekawa.

0:14:24 Strach jako budowanie więzi i różnice indywidualne

Ola: Ale idźmy dalej za badaniami psychologicznymi dotyczącymi tego, dlaczego lubimy się bać w kontrolowanych warunkach, to jest bardzo ważne. Jest jeszcze jeden czynnik: chodzi o wspólne przeżywanie strachu. To, że lubimy oglądać horrory nie sami, ale w towarzystwie, i to wzmacnia więzi między ludźmi. Kiedy wspólnie z innymi czegoś doświadczamy, co nas stresuje, to post factum odczuwamy wspólnotę przeżyć i większą bliskość.

To jest dobrze znana psychologom prawidłowość, odnieśmy to do prawdziwych sytuacji. Ludzie, którzy wspólnie przeżyli sytuację zagrażającą życiu, byli żołnierze czy ratownicy, strażacy, to ludzie, którzy mają ze sobą taką sztamę. Jak się spotykają, wiedzą, nie muszą nawet tego mówić, wiedzą coś więcej niż cała reszta ludzkości, czują wyjątkową więź między sobą. Oczywiście w przypadku takiego strachu prawdziwy jest strach, natomiast w kontrolowanych warunkach ta więź nie jest aż tak głęboka.

Piotr: Ale przeżywa się to zupełnie inaczej razem, i to pozwala, jak coś oglądamy, część tego zamienić w żart. To też rozładowuje sytuację, ale jest moment, kiedy najlepiej się złapać za ręce i ściskać z całej siły.

Ola: To z kolei ma źródło w tym, że jesteśmy gatunkiem, który ewoluował dzięki istnieniu w grupie, wspólnotom, współpracy w grupie. Kiedy jesteśmy w sytuacji, która nam zagraża, uruchamiają się reakcje, które sprzyjają tworzeniu się więzi, bo wspólnie łatwiej zwalczyć niebezpieczeństwo, łatwiej walczyć z ryzykiem niż samotnie.

Wówczas pojawiają się reakcje związane z opiekowaniem się innymi, za co w dużym stopniu odpowiada wydzielanie się oksytocyny. Oksytocyna, nazywana hormonem szczęścia, wydziela się na przykład, kiedy matka karmi piersią dziecko.

Piotr: Dzięki temu nie wyrzucamy dzieci przez okno, bo są wrzaskliwe, męczące i w ogóle straszliwie kłopotliwe, tylko się nimi opiekujemy i je kochamy.

Ola: W związku z czym banie się w kontrolowanych warunkach jest też sposobem na to, żeby się do siebie zbliżać, tworzyć więzi, być emocjonalnie bliżej siebie. Natomiast Duńczycy, o których już tu mówiłam kilka razy, zaznaczają, że taki rekreacyjny strach nie może przekroczyć pewnego punktu, nazywają to złotym punktem, poza którym strach przestaje sprawiać przyjemność i staje się źródłem długotrwałego stresu czy nawet dysfunkcji. Nawiązują tu do około 275 milionów ludzi, u których zdiagnozowano zaburzenia lękowe, a zastanówmy się, u ilu nie zdiagnozowano na świecie. Zaburzenia lękowe, które są przewlekłe, są bardzo wyniszczające dla organizmu.

Trzeba przy tym pamiętać, że to bardzo istotne, że różne osoby mają różny poziom aktywacji obszarów mózgu, które odpowiadają za banie się. Być może u mnie obszary odpowiedzialne za strach, który jest już nieprzyjemny, są bardziej pobudliwe niż u ciebie i u Leny, naszej córki.

Piotr: Mam też taką refleksję, że zawsze bardziej bałem się, przynajmniej w wieku nie całkiem szczenięcym, bo to jeszcze jest inaczej, książek horrorów niż filmów horrorów. Z jednej strony to dziwne, bo film jednak znacznie bardziej oddziałuje na zmysły, ale z drugiej strony filmów horrorów nie oglądałem sam, a książki siłą rzeczy czyta się samemu, i mam wrażenie, że to jest też takie samodzielne przeżywanie strachu. Pamiętam, w rozkwicie lat nastu, jak czytałem Mastertona czy inne rzeczy, no to rzeczywiście można było tam zanieczyścić zbroję, to było bardzo mocne przeżycie.

Natomiast teraz, jeśli chodzi o te nasze z Leną oglądania horrorów, przejrzeliśmy naprawdę wszystkie listy horrorów najstraszniejszych, wziąłem też pod uwagę te, które polecaliście, i rzeczywiście mamy parę horrorów, które są straszne, ale żaden z nich nawet się nie zbliżył dla mnie do poziomu przeżyć, które miałem przy tych książkach horrorowych.

Ola: Wtedy miałeś ile, naście lat?

Piotr: Nie, to było też i później, znacznie, jakiś tam „Cmentarz zwierzątek” Kinga czy coś.

Ola: Ja z kolei film oglądałam.

Piotr: A ja filmu chyba nawet nie widziałem.

Ola: Więcej nie chciałabym go obejrzeć.

Piotr: No więc książka była naprawdę gruba, tak to ujmę. Nie mówię, że wszystkie książki Kinga są grube, ale przeżycia były mocne.

Ola: No tak, muszę powiedzieć, że chyba dobrowolnie horrorów w formie książek nie brałam do ręki, ale jeżeli mi się coś trafiało, to szczerze przyznam, że dużo bardziej działały na mnie obrazy. Ale to też chyba kwestia indywidualna. I tutaj przypominam: zbliża się Noc Dziadów, czy też Noc Halloween, i bardzo prosimy, nie straszcie innych bardziej, niż by to było im potrzebne, czy niż sprawiłoby im przyjemność, bo jak ktoś się za bardzo przestraszy, może nie być wam wdzięczny za to doświadczenie.

Piotr: Jednocześnie zachęcamy do zabawy i kontrolowanego straszenia, i ćwiczenia tego, bo jak widać, to pomaga w życiu jak najbardziej rzeczywistym.

0:21:10 Boeing X-37B: tajemniczy pojazd kosmiczny

Piotr: Teraz historia z cyklu Wszystko co najlepsze, bo mamy jeden z najbardziej tajemniczych obiektów zbudowanych przez człowieka, można tak powiedzieć, w dodatku to jest statek kosmiczny.

Ola: Znaczy, statek jest pojazdem, bo na początku powiedzieliśmy.

Piotr: Uważam, że mówi się o pojazdach kosmicznych, prawda?

Ola: A mówi się, no tak.

Piotr: Wiem, że pojazd ma jeżdżenie w swojej etymologii.

Ola: A statek ma pływanie, chciałam powiedzieć, ale nie.

Piotr: No nie, ale samochód ma chodzenie, więc może już nie brnijmy w to. Dobrze. W dodatku to jest, jak powiedziałem, statek kosmiczny, i ten pojazd, jakkolwiek, ma wykonywać, a może już wykonywał, to też nie do końca wiadomo, dość wyjątkowy manewr, a ten manewr służy do tego, żeby ogłupić i osłupić przeciwników, czyli mamy pełen zestaw.

Ola: Czyli to brzmi wszystko jak jakaś teoria spiskowa.

Piotr: Trochę brzmi. Choć na pewno nie teorie spiskowe klasyczne, chociaż spiski może jakieś są. Najpierw parę słów o bohaterze tej opowieści. Kto się już w tych tematach porusza, ten pewnie skojarzył, że będzie chodzić o taką maszynę, która nazywa się Boeing X-37B. Nazwa jest po prostu oszałamiająco seksowna, dokładnie: Boeing X-37B. Bardzo żałuję, bo wiele z tych różnych samolotów, rakiet, ma jakieś ksywki, jakiś Super, Hulk, Black, cokolwiek, a tu nic, po prostu nuda, Boeing X-37B, o Jezu, wszyscy zaschnęli.

Ola: Ale i tak został bohaterem tej teorii spiskowej.

Piotr: Bo tak to jest, że wszyscy pamiętamy wahadłowce, prom kosmiczny, te, które przez wiele lat uczestniczyły w misjach oznaczonych jako STS, czyli Space Transportation System. One przestały latać w 2011 roku, to już 13 lat. Ja się już trochę zaszokowałem.

Ola: To być może nie wszyscy słuchacze pamiętają te wahadłowce.

Piotr: Ale wszyscy mniej lub bardziej jakoś kojarzą. A w ogóle się zastanawiam, taka mała dygresyjka zupełnie z czapy, czy chcielibyście, żebyśmy zrobili taki szczegółowy odcinek o katastrofie Kolumbii i katastrofie Challengera, czy może nawet dwa odcinki. Ostatnio nawet z Olą rozmawialiśmy na ten temat.

Ola: Pierwszą moją reakcją było: ale to przecież wszyscy wiedzą. Ale czy rzeczywiście wszyscy wiedzą?

Piotr: Więc po pierwsze, słuchajcie, serio, dajcie znać, bo jestem strasznie tego ciekaw, czy chcielibyście taką porządną, głęboką analizę tych wypadków. Od razu mówię, o jednym z nich, o Challengerze, trochę będzie za tydzień, bo kto słuchał poprzedniego odcinka, ten wie, a jak nie słuchał, niech słucha za tydzień, tam zaczepimy o ten temat. Natomiast tu jest całkiem dużo do opowiedzenia, zwłaszcza że już sporo czasu minęło od tych wypadków. My z Olą, ponieważ ja jestem super stary, a Ola nie…

Ola: Ja jestem super młoda.

Piotr: Ola jest młodsza ode mnie, jak wiadomo. Więc ja to serio przeżywałem, wiem, że to brzmi trochę jak przeżywać pierwszy lot [? niepewne: braci Wright], albo w ogóle coś w tym guście, albo kopernikański przewrót, ale ja naprawdę bardzo przeżywałem.

Ola: Litwę pod Grunwaldem.

Piotr: Zarówno katastrofę Challengera, jak i Kolumbii, nawet Challengera bardziej. To nie znaczy, że wy też to znacie na wylot, więc jeżeli chcecie, dajcie znać. Jeszcze wrzucę ankietę na Spotify, tam poza komentarzami są ankiety. Zobaczymy, czy was to interesuje, czy nie. Dobra, więc były sobie te loty, przestały latać w 2011 roku.

Ola: Ostatni był prom, czyli wahadłowiec Atlantis.

Piotr: Były niebezpieczne, kosztowne i coraz mniej spełniały oczekiwania. Natomiast wciąż jeden wahadłowiec lata. Nie mówię o rosyjskim Buranie, który poleciał tylko raz, i to jest zabawne, bo prawdopodobnie poleciał tylko raz, bo później już się nie nadawał do lotów, między innymi dlatego, że amerykański wywiad najprawdopodobniej zdołał wkręcić Rosjan, podrzucając im, bo wiadomo, że Buran był częściowo ukradziony ze Stanów, parę błędów konstrukcyjnych, które oni w tym Buranie zastosowali. W związku z tym, jak wrócił na Ziemię, to już więcej na pewno nie mógł polecieć. Ale to taka dygresyjka.

Ola: To mi trochę przypomina scenariusz naszego ulubionego serialu „For All Mankind”.

Piotr: O tak, absolutnie.

Ola: Na Apple TV.

Piotr: Bardzo czekamy, już mniej więcej milion pięćset razy, ale bardzo czekamy.

Ola: Ostatnio widzieliśmy i rozmawialiśmy z odtwórcą jednej z głównych ról z tego serialu, z Piotrem Adamczykiem. Ma szczególną kreację i bardzo ją podziwiamy w tym serialu.

Piotr: Wracam do naszego wątku. Więc to, co lata wciąż, to jest właśnie ten Boeing X-37B, i on rzeczywiście wygląda jak taki mały wahadłowiec, tylko ma taki ślepy pyszczek, powiedziałbym, który przypomina te wszystkie drony typu, nie wiem, [? niepewne: Rippery] czy Global Hawki, te, które latają nad…

Ola: W ogóle nie wiem, o czym mówisz. Co to znaczy „ślepy pyszczek”?

Piotr: Tłumaczę już. Samolot załogowy ma zazwyczaj pilotów, jak sama nazwa wskazuje, i ci piloci siedzą zwykle z przodu, żeby widzieć, gdzie lecą, a nie z tyłu. Piloci mają zwykle jakąś szybkę w kabinie, bo wciąż się stosuje szybki, więc wygląda, jakby wszystkie samoloty miały jakąś szybę dla pilotów z przodu.

Ola: Mają oczy.

Piotr: I one trochę wyglądają jak oczka, zupełnie nieprzypadkowo, bo się przez nie patrzy. Natomiast wszystkie bezzałogowce nadal mają opływowy pysk, no bo opór powietrza i tak dalej, ale tych oczu nie mają, mają takie ślepe pyszczki. Czasami to jest jawnie widoczne na wszystkich trackerach lotów, używam takiego jednego fajnego, co bardzo lubię, nie Flightradar, tylko innego, ale wszędzie są widoczne, jest ich mnóstwo, łatwo znaleźć zdjęcia. Nasz dzisiejszy bohater też trochę podobnie wygląda, stanowi jedną czwartą tych dużych promów kosmicznych, tych wszystkich Atlantisów.

Ola: One swoją drogą wcale duże nie były.

Piotr: Na porównaniu na przykład…

Ola: …z dużymi samolotami pasażerskimi, były całkiem skromnej, niewielkiej wielkości.

Piotr: To można zobaczyć, jak lecą na grzbiecie chyba Boeinga 747, to nie wygląda bardzo imponująco, a ten jest jeszcze mniejszy, ładownię ma naprawdę dość kieszonkową, wymiary 2,1 na 1,2 metra, czyli, jak sobie policzyłem, jak podwójna lodówka, bo normalna lodówka ma 60 centymetrów zwykle.

Ola: Ale ładownię, czy kabinę pasażerską?

Piotr: Nie, ładownię, jaką pasażerską, przecież to jest bezzałogowiec. Ładownię, ładownię. Taka, mówię, podwójna lodówka, coś w tym stylu, więc tam się za wiele nie zmieści.

Ola: No tak, bo nie ma oczek, to znaczy… no tak, przepraszam, nie uważałam na lekcji, znowu Stanisławska, dwója.

Piotr: Jaka dwója, patrzcie, to ja jestem stary.

0:26:07 Budowa, start i historia misji X-37B

Piotr: No dobra, i one startują też inaczej niż promy kosmiczne, bo są wynoszone po prostu przez rakiety. Najpierw przez Atlasy 5, potem przez Falcony 9, a ta najnowsza misja, wokół której cały czas się kręcimy, ale nie możemy do niej dopłynąć, była wyniesiona przez Falcona Heavy. To są rakiety SpaceX. Z kolei lądują tak jak prom, klasycznie, dlatego ma te skrzydełka, lotem ślizgowym ląduje na lotnisku. Są trzy takie lotniska: Shuttle Landing Facility w Kennedy Space Center, albo jedna z dwóch baz sił powietrznych, Vandenberg albo Edwards, traktowane jako zapasowe bazy do lądowania promów kosmicznych w razie czego.

Cały program w tej chwili prowadzą siły powietrzne armii amerykańskiej. Zaczął się jako program NASA, cały pomysł od 1999 roku, później, w 2004 roku, w większości przejęło go wojsko. Nie chcę wchodzić w szczegóły, bo to nikogo nie interesuje. W każdym razie do tej pory było siedem takich misji kosmicznych. Wszystkie nazywają się OTV, Orbital Test Vehicle, od 2010 roku, i te misje są coraz dłuższe. Pierwsza trwała 224 dni, później coraz dłużej. Rekordowa była ta, która rozpoczęła się w maju, a zakończyła w listopadzie 22 roku, czyli nie w kij dmuchał, to była OTV-6. Trwała 908 dni, to naprawdę robi wrażenie. Najnowsza wystartowała w grudniu 2023 roku. Mogą być długie, bo nie ma tam tego, co najbardziej przeszkadza w długich lotach, czyli mięsa. Znaczy się, chciałem powiedzieć: ludzi.

Ola: To było bardzo nieuprzejme.

Piotr: Albo, jak to w „Cyberiadzie” ich nazywano, bladawców, to też ładne określenie, cywilizacja robotyczna nazywała nas bladawcami, byliśmy mityczni, ale stanowiliśmy okropne zagrożenie dla robotów, bo rdzę rozsiewaliśmy. No więc i teraz…

0:30:41 Czym zajmuje się misja: ładunek i domysły wywiadowcze

Ola: To co one tam robią właściwie?

Piotr: Nie wiadomo, co robią. To znaczy wiadomo i nie wiadomo. Latają, i są takie ogólne hasła, że są na orbicie, on, bo jest jeden. To zwykle taka rozciągnięta orbita, bo to, co ma na przykład Międzynarodowa Stacja Kosmiczna, to jest te 400 kilometrów plus minus, i to jest orbita kolista, można powiedzieć. Natomiast to są orbity eliptyczne, i to zdrowo eliptyczne, oddala się od Ziemi na dużą odległość.

Wiemy, że testuje nowe materiały, testuje systemy awioniczne, na jego pokładzie ma być prowadzone badanie, jak promieniowanie wpływa na różne materiały. To jest znowu moment, kiedy nie musimy izolować mięsa, znaczy się załogi na pokładzie, organizmów żywych. W związku z czym możemy sobie spokojnie bardzo długo narażać na ekspozycję promieniowaniem kosmicznym jakieś materiały, które testujemy. Ma wynosić małe satelity, małe, bo ta ładownia, w lodówce, wiele się tam nie upchnie, najwyżej szpinak. Dużo szpinaku.

Na pewno wiemy, że zajmuje się testowaniem rozmaitych czujników, technologii satelitarnych nowej generacji, żeby zobaczyć, jak się zachowują w środowisku kosmicznym, zanim wezmą udział w prawdziwych misjach. Mówi się też dużo o tym, że nieprzypadkowo prowadzi to wojsko i słynna DARPA, czyli ta Agencja Zaawansowanych i tak dalej. Mówi się, że jest używany do obserwacji i śledzenia satelitów innych państw, do testowania technologii antysatelitarnych, to wciąż i zawsze gorący temat. W ramach wynoszenia małych satelitów mogą to być małe satelity szpiegowskie. Satelita szpiegowski nie zawsze musi być wielką landarą, czasami nawet jest lepiej, jak jest mniejszy, bo trudniej go śledzić i nie musi bardzo długo żyć, czasami ma jakąś misję do wypełnienia i do widzenia.

I teraz, co się dzieje z tą obecną misją? Dowiedzieliśmy się, hura, coś nam powiedzieli, że tam będzie testowane…

Ola: Powinieneś powiedzieć: nasze źródła w Siłach Powietrznych Amerykańskich doniosły nam.

0:33:12 Aerobraking: jak wyhamować bez paliwa

Piotr: Na stronie Sił Powietrznych napisali, że testują coś, co nazywa się aerobraking, i to jest znany już manewr. Chodzi o to, żeby wyhamować w atmosferze planety, ale nie tak, żeby wylądować, bo hamowanie w atmosferze przy skoku ze spadochronem, czy w ogóle przy lądowaniu jakiejkolwiek kapsuły, jest oczywiste. Tu chodzi o co innego.

Chodzi o to, że jeżeli wystrzeliwujemy w stronę Marsa jakąś misję, ona musi tam lecieć szybko, ale żeby wejść na orbitę danej planety, musi wyhamować, bo nie chodzi o to, żeby tę planetę minąć i polecieć dalej, albo trochę zakręcić i polecieć dalej, tylko żeby zwolnić na tyle, żeby grawitacja tej planety wyłapała obiekt i żeby wszedł na orbitę. W związku z czym problemem jest to, że do takiej misji trzeba naładować mnóstwo paliwa, które niesie głównie po to, żeby wyhamować. Tam się tego dużo spala, bo siłę napędu z Ziemi daje rakieta wynosząca. Później potrzeba trochę paliwa do manewrów, korekcji, podnoszenia orbity.

Natomiast główny problem to jest wyhamowanie, i tam się dużo paliwa zużywa, dlatego od jakiegoś czasu zaczęto stosować rozwiązanie polegające na takim prześlizgnięciu się przez górne warstwy atmosfery planety. Po raz pierwszy produkcyjnie zastosowano to chyba w 2001 roku, w sondzie Mars Odyssey. Później był Mars Reconnaissance Orbiter w 2006 i ExoMars, misja Europejskiej Agencji Kosmicznej, w 2017. Chodziło o to, że część hamowania, o ile pamiętam, była wykonana przy pomocy silników, ale bardzo ograniczono masę paliwa, które trzeba nieść.

Dzięki hamowaniu w atmosferze, a to jest bardzo trudny zabieg, bo z jednej strony nie można wejść za głęboko w atmosferę, bo się spalimy albo urwie się skrzydełko. Z drugiej strony atmosfera to nie jest stalowa kulka, która jest i już, tylko stale się zmienia. Na Marsie na przykład mamy burze pyłowe, które potrafią tę atmosferę przesuwać o wiele kilometrów w jedną i w drugą stronę. Akurat atmosfera marsjańska jest rzadka, więc łatwiej tam nie urywać skrzydełek. Natomiast jak się dobrze wymierzy, to hamowanie można zrobić na tyle skutecznie, żeby orbitę mocno ograniczyć, ale na tyle delikatnie, żeby niczego nie urwać. Na przykład do hamowania wykorzystywano panele słoneczne, które nie są jakoś super mocnymi elementami, ale wystarczająco, żeby przy kilkunastu takich manewrach znacząco tę orbitę zmienić.

To, co najprawdopodobniej robi nasz dzisiejszy bohater, czyli X-37B, to właśnie to, żeby swoją orbitę, tę eliptyczną, zmienił w orbitę kołową wokół Ziemi. Albo, co ciekawe, i tu mamy pewien trop: w 2019 roku pani Heather Wilson, która była wcześniej najwyższą rangą osobą cywilną w siłach powietrznych Stanów Zjednoczonych, ekscytowała się tym, że X-37B ma takie niesamowite możliwości, że potrafi zrobić przeciwników w trąbę, czyli wlatuje na pełnej parze z tej swojej szerokiej, rozciągniętej orbity w ziemską atmosferę i wykonuje manewr aerobrakingu, tego hamowania w atmosferze, ale robi to po tej stronie, gdzie jest mniej przeciwników, czyli nad półkulą zachodnią, nad Stanami Zjednoczonymi, Kanadą, Amerykami, przez co trudno to dokładnie obserwować z Ziemi tym, którzy są na półkuli bardziej wschodniej, Rosji, Chinom i tak dalej. Oczywiście mogą to obserwować z orbity, ale ponoć trudno im ocenić, jak dokładnie ten manewr przebiega, w związku z czym mogą zobaczyć, w którym miejscu wchodzi w atmosferę, ale bardzo trudno im wyliczyć, w którym miejscu z tej atmosfery wyjdzie i jaka będzie jego następna orbita.

0:38:16 Gra w kotka i myszkę: cel wojskowy i zakończenie

Ola: Zabawa w kotka i myszkę.

Piotr: Tak, dokładnie, może zmylić przeciwnika, wykonując to hamowanie w sposób dla niego nieprzewidywalny, i wyjść z drugiej strony, i polecieć gdzieś znowu coś tam zakotłować.

Ola: Ale wiesz co, właśnie, jak powiedziałeś o przeciwniku, o tej półkuli, na której jest mniej wrogów, to sobie pomyślałam: kurczę, a jeszcze niedawno żyliśmy w czasach zimnej wojny.

Piotr: No to tak, powiedzmy sobie, że długo w tych czasach nie pożyliśmy, znaczy ta zimna wojna była raczej trochę ocieplona, w zawieszeniu. W każdym razie, już kończąc temat, zwróćcie uwagę, że z jednej strony mówimy, że tutaj sobie testujemy materiały, w ogóle to tak sobie tylko lata, ale tak naprawdę, po pierwsze, prawie nic o tym pojeździe nie wiemy, a po drugie, właśnie pani Heather Wilson strasznie się ekscytuje tym, jak można tego przeciwnika zrobić w trąbę, więc, no, okej.

Ola: Ktoś jej pozwolił mówić, czy tak się po prostu wyrwała przed szereg?

Piotr: Myślę, że gdyby jej nie pozwolili… raczej była zbyt ważną osobą, żeby chlapnąć coś, co nie jest prawdą. Wszyscy wiedzą, że ma zastosowania wojskowe, nikt nie wie do końca jakie, znaczy ktoś tam wie, ale nie wiadomo publicznie. W każdym razie wiemy, że wykonuje kolejne manewry, w tym roku będą przebiegały, mówi się coś o grudniu, ale przypuszczam, że jeszcze wcześniej, i to nie jest jeden manewr, bo żeby tę orbitę znacząco zmienić, a jednocześnie nie wejść za głęboko w atmosferę, trzeba wykonać sporo takich ślizgów.

Ola: A czy to jest widoczne z Ziemi?

Piotr: Nie, zupełnie nie, dlatego, że nawet nocą nie jest widoczne. Bo właśnie o to chodzi, zwróćcie uwagę, że skoro do hamowania można wykorzystać panele słoneczne, to nie może się to nagrzać tak, żeby było coś widoczne z Ziemi, do tego musiałoby mieć temperaturę kilku tysięcy stopni, plazmę i tak dalej.

Ola: No tak, to musiałoby być zniszczone.

Piotr: Nie, nie, to są właśnie bardzo delikatne smyrania o atmosferę. Jak się już smyrnie o tę atmosferę ileś razy, to wymaga, i to jest bardzo ciekawy wątek, macie link w opisie, o tym aerobrakingu, to dość stary tekst, ale ciekawie opisuje, jak trudne jest obliczenie tego wszystkiego, żeby uwzględnić i atmosferę, i zmiany, i wszystko. To jest naprawdę inżynieria orbitalna, czy aeronautyka naprawdę wysokich lotów. Ciekawy wątek: tajemniczy pojazd nad głową robi nam dziwne rzeczy, możemy patrzeć i tak go nie zobaczymy.

Ola: Pocieszająco zabrzmiało. I tym sposobem dotarliśmy do końca naszego odcinka. A słowo na dziś to…

Piotr: Dziady. No to cześć.

Źródła

(brak – kolumna „źródła (z opisu)” w indeksie jest pusta dla tego odcinka; w odcinku pada zapowiedź „macie link w opisie” do tekstu o aerobrakingu, ale sam URL nie jest podany w danych źródłowych)

Źródła

Strach

Boeing X-37B