Podcast Crazy Nauka · odc. 57

Sondy kosmiczne część 2. – pogoń za skałami

12-03-2024 · 79 min · Tematyczny, Kosmos i astronomia

Okładka odcinka

Tu jest treść z serwisu Spotify. Po jej włączeniu Spotify otrzyma Twój adres IP i może zapisać w przeglądarce pliki cookies.

Posłuchaj też na:

Wysłane przez ludzkość sondy kosmiczne doścignęły kilka planetoid i kometę, a następnie na nich wylądowały. Odkryły przed nami małe światy, które okazały się bardziej zróżnicowane i zadziwiające, niż naukowcy kiedykolwiek przypuszczali. Posłuchajcie naszego podcastu o tych niezwykłych kosmicznych pościgach!
Jest to druga część opowieści z odcinka nr 55, w którym mówiliśmy o najbardziej spektakularnych misjach sond kosmicznych.

Transkrypcja odcinka

Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.

0:00:00 Wstęp

Ola: Co się dzieje, kiedy w planetoidę trafia pocisk?

Piotr: Jak wielkie bywają kosmiczne kaczuszki?

Ola: Gdzie w Układzie Słonecznym można znaleźć Kasanowę, Dulcyneę i Don Juana?

Piotr: I ile rzeczy może się nie udać podczas jednej misji kosmicznej?

Ola: Cześć, tu Ola Stanisławska.

Piotr: I Piotrek Stanisławski, podcast Crazy Nauka.

Ola: Dziś, zgodnie z zapowiedzią z odcinka nr 55…

Piotr: Jak się przygotowałaś?

Ola: Tak, raz jeszcze czapki z głów dla Piotrka, że ponumerował nasze podcasty.

Piotr: Wcale mi nie trzeba było co pół roku przypominać.

Ola: No więc dziś druga część podcastu o sondach kosmicznych, tak jak zapowiadaliśmy. A tym razem opowiemy o takich emocjonujących, naszym zdaniem, pościgach za niewielkimi ciałami niebieskimi, jakimi są planetoidy i kometa, oraz o mniej lub bardziej udanych lądowaniach na nich. Te małe światy, o których będziemy Wam opowiadać, badane są przez dzielne, zrobotyzowane statki kosmiczne. W wyniku tych badań okazało się, że te obiekty są bardziej zaskakujące, niż naukowcy wcześniej przypuszczali.

Piotr: Tak, to fajnie się obserwuje, jak się coś wydawało, a potem się okazuje, że jest zupełnie inaczej.

Ola: Że jest zupełnie inaczej, jest dziwacznie, jest absurdalnie. Okazuje się, że to, co miało być kosmiczną skałą, jest jakimś dziwnym zbitkiem gruzu albo lodu, albo jednego z drugim, które mknie przez Układ Słoneczny. Jest oczywiście niezwykle trudny do schwytania i zbadania. A sonda, która dopada taki obiekt, dostarcza mnóstwa absolutnie fascynujących informacji na ten temat. Dodajmy, że Układ Słoneczny to nie jest tak, jak na tych modelach, które widzimy w szkole.

Piotr: Wszystko obok siebie.

Ola: Wszystko obok siebie, w zasięgu wzroku można po prostu wszystkie księżyce sobie wypatrzeć i tak dalej. Nie, to jest głównie pusta przestrzeń. Złapać tam skałę o średnicy kilkuset metrów, to jest naprawdę ogromna sztuka.

Piotr: Tak, w poprzednim odcinku było takie porównanie – użył go ten kanadyjski astronauta. Jak on się nazywał? Chris Hadfield. Że to jest jak misja planetarna, to jest trochę jak strzelać z okna z pistoletu do pocisku, który leci gdzieś w innym stanie czy w innym kraju.

Ola: To tutaj to byłaby muszka, taka owocówka.

Piotr: Znacznie mniejsza. Myślę, że raczej mniej niż drobina piasku, zdecydowanie. W każdym razie to są jeszcze trudniejsze misje. Czasem wychodzi, czasem nie wychodzi – to raczej będzie o tym, kiedy większość rzeczy wychodzi. Ale zanim do nich przejdziemy, to bardzo dziękujemy tym z Was, którzy nas wspierają przy tworzeniu tego podcastu. Tym, którzy nas słuchają, również bardzo dziękujemy, bo po prostu super jest Was coraz więcej, jest nam bardzo miło.

Ola: I fajnie, że komentujecie, fajnie, że oceniacie, fajnie, że dodajecie swoje opinie. To nam bardzo pomaga i rozszerza nasze zasięgi.

Piotr: Tak, zwłaszcza że na przykład pod tym 55, czyli tą pierwszą częścią o sondach kosmicznych, jak patrzę na YouTubie, było dużo komentarzy i to było bardzo fajne. Super się rozmawia i staramy się poprawiać, jak na coś zwracacie uwagę. Gdybyście chcieli dołączyć do grona tych wspierających nas finansowo, to zapraszamy na Patronite albo na BuyCoffee, gdzie można nam postawić kawę – jednorazowo, a kawa nam się bardzo przydaje przy tworzeniu tych wszystkich rzeczy.

Ola: Przypominamy też, że możecie zasubskrybować nasz podcast, dzięki temu nie ominie Was żaden nowy odcinek.

Piotr: I dzięki temu algorytmy dostaną kopa z cyklu: o, ludzie subskrybują, pokażmy to następnym.

Ola: Tak, tak, Crazy Nauka jest fajna.

Piotr: Hashtag kopnij algorytma.

Ola: Hashtag kopnij Crazy Naukę w algorytmie. Dodajmy jeszcze, że jesteśmy obecni i można nas tam poszukiwać na wszystkich liczących się platformach podcastowych.

Piotr: I na tych nieliczących się również jesteśmy.

0:04:25 Sonda NEAR Shoemaker i planetoida Eros

Ola: Zaczniemy od sondy NEAR Shoemaker i jej pierwszego w historii lądowania na planetoidzie.

Piotr: Od razu Ci tu wejdę w słowo, bo czasem mówimy planetoida, a czasem asteroida, i to jest to samo.

Ola: To jest to samo. Po polsku bardziej jest planetoida, ale asteroida absolutnie nie jest błędem, więc od razu włączamy sobie możliwość używania i tej nazwy. I teraz, no właśnie, rok 2001 – sonda NEAR Shoemaker ląduje na planetoidzie. O tym, jaka to planetoida, zaraz Wam opowiem. Ale co jest tutaj najważniejsze? W poprzedniej części o sondach kosmicznych mówiliśmy Wam, jak to Amerykanie na samym początku przegrywali z Rosjanami w wyścigu kosmicznym, ponieważ Rosjanie na wszystkich planetach, które były najbardziej w zasięgu człowieka, jako pierwsi sadzali swoje bezzałogowe statki kosmiczne. Tymczasem Amerykanie wszędzie lądowali jako drudzy. I wreszcie rok 2001, i Amerykanie mają swój sukces – po raz pierwszy amerykański statek kosmiczny zwyciężył w wyścigu z Rosjanami i wylądował jako pierwszy na jakimś ciele niebieskim, a była to planetoida Eros.

Piotr: I tam już stał samowar.

Ola: I tak, i Rosjanie pili wódkę. No tak, to taki wstępik polityczny, oni się tym bardzo rajcowali w tym czasie. Natomiast dla nas tutaj ważniejsze jest co innego, o czym zaraz opowiem. Dlaczego sonda nosiła nazwę NEAR? NEAR to skrótowiec od Near Earth Asteroid Rendezvous.

Piotr: To ładne, NEAR to taki rekurencyjny skrótowiec.

Ola: Tak, bardzo ładnie to brzmi. A rendezvous sugeruje, że to miało być jakieś spotkanie, jakaś randka, przebywanie w pobliżu. I taka właśnie miała być ta misja, a skończyła się nieco inaczej.

Piotr: Napięcie rośnie.

Ola: Zaczęło się od tego, że to właśnie była sonda NEAR, a potem dopiero dodano nazwę Shoemaker. Shoemaker to był Eugene Shoemaker, amerykański astronom i geolog. 14 marca 2000 roku dodano tę nazwę sondzie, gdy ta była już w kosmosie – wystartowała bowiem w roku 1996. I jak wspomniałam, nie miała nigdzie lądować, tylko wejść na orbitę wokół planetoidy Eros i zbadać z tej orbity skład i właściwości tejże planetoidy. Teraz dwa słowa o Erosie – dziś już wiemy, jak on dokładnie wygląda. Ma kształt nieregularny, 34 kilometry na 11 kilometrów na 11 kilometrów.

Piotr: To taki kawał skały.

Ola: Potężny kawał skały, i ten Eros należy do grupy Amora – to są planetoidy zbliżające się w obiegu wokół Słońca do orbity Ziemi. Jeszcze taka ciekawostka: kratery uderzeniowe na Erosie noszą imiona słynnych kochanków z legend, mitologii czy literatury. Są tam między innymi Walenty, Kasanowa, Don Juan, Orfeusz, Lolita, Pigmalion, Don Kichot, Dulcynea, Heathcliff i Cathy z "Wichrowych Wzgórz", i wiele innych rozmaitych postaci kochanków.

Piotr: Wichrowe Wzgórza są świetne. Przepraszam, to jest kompletnie nie na temat.

Ola: Oraz piosenka Kate Bush.

Piotr: To oczywiście też, ale Wichrowe Wzgórza przesłuchałem jako audiobook jakiś rok temu i wciąż jestem pod wrażeniem, jakie to jest dobre. Wcześniej jakoś nie miałem okazji, albo się trzymałem na odległość – świetne, wcale nie romansidło.

Ola: Wracając do tematu – rok po starcie sonda przeleciała w pobliżu planetoidy Mathilde. W pobliżu oznacza 1200 km, czyli jak na warunki kosmiczne, całkiem blisko, bardzo blisko. Obfotografowała tę planetoidę dosyć starannie, przeprowadziła pomiary naukowe. A w roku 1999 dogoniła planetoidę Eros – wykonała pierwszy przelot w jej pobliżu w odległości 3827 km. To był taki pierwszy moment, że wszyscy się emocjonowali. A 14 lutego 2000 roku, w Walentynki, weszła na orbitę tej planetoidy.

Piotr: Ale to ciekawe, planowali to tak?

Ola: Podejrzewam, że planowali.

Piotr: No musieli chyba, oni są jednak strasznymi festyniarzami. To na plus.

Ola: Ale rewelacja, to w ogóle tak wycelować, żeby sonda weszła – świetna sprawa. Generalnie miało być tak, że ta sonda trochę podziała sobie na tej orbicie, ale właściwie to już był koniec zadań, które miała wyznaczone.

Piotr: Aby tam dotrzeć.

Ola: Ale naukowcy z NASA stwierdzili, że ona tak się świetnie sprawuje, że właściwie jest zupełnie sprawna i można z nią coś jeszcze zrobić. Podejrzewam, że wcześniej mogli mieć coś takiego w kącie głowy, żeby ją tak projektować, żeby była w stanie usiąść na tej asteroidzie. 12 lutego 2001 roku, czyli niemal rok po wejściu na orbitę, NASA zdecydowała, że sonda NEAR Shoemaker wyląduje na Erosie, mimo że początkowo nie było takich zamiarów. Wówczas te obiekty znajdowały się ponad 300 milionów kilometrów od Ziemi. Ten manewr udał się nad spodziewanie dobrze, ponieważ sonda wylądowała na Erosie z zupełnie niewielką prędkością 1,6 metra na sekundę, czyli niecałe 6 kilometrów na godzinę – bardzo spokojnie usiadła.

Piotr: Podeszła trochę.

Ola: Tak, podeszła. Dodajmy, że sama sonda – obejrzałam ją sobie trochę dokładniej – wyglądała… no właśnie, tu będą jeszcze porównania z mojej strony różnych sond kosmicznych, na przykład do pralki. Jeżeli będziemy porównywać tę sondę kosmiczną do jakiejś pralki, to ja bym była w stanie porównać ją tylko do pralki Frani. Nie wiem, młodsi słuchacze nie kojarzą takich PRL-owskich pralek, które były w kształcie walca.

Piotr: A jakiej wielkości masz tutaj wymiary?

Ola: Tutaj wymiarów nie znalazłam, znaczy nie szukałam jakoś specjalnie. Natomiast to była potężna, ważąca 800 kilo frania.

Piotr: Franciszka.

Ola: Franciszka, wyposażona w cztery panele słoneczne, wylądowała sobie na Erosie, po drodze przesyłając 69 zdjęć skalistej powierzchni planetoidy. To było rzeczywiście pierwsze w historii lądowanie statku kosmicznego na powierzchni planetoidy – wielka sprawa. Pierwsze badania wykazały, że powierzchnia planetoidy jest…

Piotr: Sondy?

Ola: Tak, oczywiście, podejrzewam – powierzchnia planetoidy, nie sondy – jest dosyć miękka, w związku z czym umożliwiło to sondzie miękkie osiadanie, a nie odbicie się od jej powierzchni, co zresztą będzie miało znaczenie w kolejnych naszych opowieściach, zwłaszcza u Piotrka. Aparatura sondy na powierzchni Erosa działała przez dwa tygodnie, przez cały ten czas przekazując cenne dane, i tutaj zwłaszcza istotne okazały się informacje płynące ze spektrometru promieniowania gamma. Eros był pierwszym ciałem poza Ziemią, na którym użyto tego przyrządu. Przypominam, to był rok 2001, w związku z czym to już dwadzieścia kilka lat temu, więc te badania, które dzisiaj są bardzo rozwinięte, wówczas dopiero były wdrażane.

Piotr: Zwłaszcza że wiadomo, że nie wysyła się nigdy w kosmos najnowszego sprzętu, bo jest niepewny, a parę lat zwykle zajmuje dolecenie w takie miejsce.

Ola: Tak, to prawda, aczkolwiek nie zawsze zajmuje to parę lat – o tym też będę opowiadać, jedna z tych moich sond leciała bardzo szybko. I jeszcze dodam, że okazało się po licznych pomiarach i badaniach, że Eros nie ma pola magnetycznego, co było…

Piotr: Niespodziewane przy takich rozmiarach.

Ola: Niespodziewane. Z pomocą spektrometru bliskiej podczerwieni zmapowano ponad 70% powierzchni planetoidy. Sonda przesłała na Ziemię około 160 tysięcy zdjęć Erosa i wykryto na nim ponad 100 tysięcy kraterów, więc można było nadać im wszystkim imiona kochanków.

Piotr: 100 tysięcy kochanków.

Ola: Z całej historii ludzkości. Analizy wykazały również, że Eros zawiera 2 miliardy ton aluminium, a także sporą ilość innych metali, takich jak – uwaga – złoto, platyna i cynk.

Piotr: Myślę, że to też nieźle dało do myślenia, jeśli chodzi o eksplorację.

Ola: Tak, górnictwo kosmiczne. Ostatni kontakt z sondą NEAR Shoemaker miał miejsce po ponad dwóch tygodniach od jej lądowania na planetoidzie Eros, kiedy to wreszcie ta niezmordowana sonda uległa czemuś, a tym czymś okazał się naprawdę potężny mróz – minus 173 stopnie Celsjusza, który tam panował. W związku z czym wszyscy składamy wielkie dzięki tej sondzie, bo okazała się naprawdę bardzo bohaterska i była to bardzo pomyślna misja kosmiczna, która dostarczyła mnóstwa szalenie interesujących danych.

0:14:51 Sonda Hayabusa i planetoida Itokawa

Piotr: No dobra, to teraz skaczemy do zupełnie innego rodzaju misji, a może nie zupełnie, ale bardzo ambitnego. Chodzi o sondę Hayabusa. To japońska misja zrealizowana przez Japońską Agencję Eksploracji Aerokosmicznej, czyli JAXA. Nazwa Hayabusa wzięła się od sokoła wędrownego, który w ogóle nie jest wędrowny, to pierwsza sprawa – sokoły wędrowne wcale nie są wędrowne. A po drugie, to co jest charakterystyczne dla sokoła wędrownego, to to, że jest najszybszym zwierzęciem na Ziemi, bo w locie potrafi rozwijać 400 km na godzinę. I to świetnie pasuje, ponieważ to była wyjątkowo wolna sonda. Więc ani wędrowny sokół, ani prędkość – właściwie się nie zgadza, ale ładnie się nazywa. Zostawmy już sokoły, wracajmy do samej misji. Została wystrzelona w maju 2003 roku, a jej celem była asteroida o nazwie Itokawa, gdzie dotarła w listopadzie 2005 roku. I jak zwykle, oczywiście, wielokrotnie zmieniali ten cel. Właściwie w znacznej części takich misji problemem jest to, że wybierasz jakiś cel – planety są tam, gdzie są, i z grubsza wiemy, gdzie będą w najbliższym czasie, czyli na przykład za tysiąc lat albo milion lat raczej nigdzie się nie wybierają. Natomiast planetoidy czy komety mają to do siebie, że latają jak potłuczone, tam i z powrotem. Jeżeli planujesz misję na daną datę wystrzelenia i wybierasz sobie za cel jakąś planetoidę, a twoja misja z jakichkolwiek powodów się opóźni – bo na przykład nie dowieźli kasy, uszczelki nie pasowały – to okienko startowe się zamyka i po prostu do tej asteroidy już nie dolecisz, więc szukasz innej. Oczywiście jest tam jakiś zapas bezpieczeństwa, natomiast w bardzo wielu takich misjach problemem było to, że początkowe plany dotyczyły wystrzelenia w danym roku, a potem coś się zmienia i trzeba wybierać nowy cel. Więc to jest właściwie niemal standard.

Ola: Itokawa to był nowy cel?

Piotr: Tak, to był chyba już trzeci cel tej sondy. To się zmieniało, ale co tu było najważniejsze – bo nie będziemy opowiadali o każdej misji do każdego kamienia – to to, że mieli superambitny plan: pobrać próbki z tej planetoidy i przywieźć je z powrotem na Ziemię. To jest absolutny kosmos.

Ola: Dlatego ten sokół miał polecieć, wrócić, migrować?

Piotr: Tak sobie to wymyślili, nie wiem, może. Wolałem się nie zagłębiać w to, dlaczego to sokół wędrowny, który nie jest wędrowny. W każdym razie plan był ambitny, niewątpliwie. Problemem było to, co jest zwykle problemem przy lataniu do małych obiektów – to znaczy, że mają one bardzo słabą grawitację, albo nawet bardzo, bardzo słabą. Każdy obiekt ma jakąś grawitację, zagina czasoprzestrzeń, dosłownie każdy, ale przy tego typu obiektach, które w skali kosmicznej są malutkie, to zagięcie czasoprzestrzeni, czyli to przyciąganie grawitacyjne, jest naprawdę marne, w związku z czym bardzo trudno je wykorzystać w misji. Bo jeżeli lecimy na Marsa, to wystarczy, że skierujemy coś w pobliże Marsa – przepraszam wszystkich astronawigatorów, ale Mars po prostu ściąga do siebie obiekty. Natomiast tego typu sondy muszą wykorzystywać różne sztuczki, żeby znaleźć się w pobliżu takiego obiektu i utrzymać się w tym pobliżu. Tu w dodatku, przypominam, to był znowu początek XXI wieku, więc wiele systemów działało dość, powiedzmy, retro. Ważne było to, że sygnał radiowy potrzebował kilkudziesięciu minut na dotarcie od sondy do Ziemi, w związku z czym niemożliwe było sterowanie nią w trybie ręcznym. Ona musiała decydować automatycznie o wielu rzeczach – wszystko było oparte na systemie wizyjnym, to znaczy sonda starała się namierzać i sama decydować na podstawie tego, co widziała.

Ola: Czyli tak jak w kolejnej sondzie, o której będę opowiadała – być może w tej poprzedniej też tak było, ale tego już nie doczytałam. Polega to na tym, że sonda wykonuje kolejne zdjęcia i sama się namierza na dany obiekt.

Piotr: To jest znana metoda, bo w ten sposób orientują się chociażby na gwiazdy różne automatyczne systemy. Ale tu ta automatyka musiała być prawie że pełna. Chociaż faktem jest, że pokłóciła się automatyka z nieautomatyką, ale o tym za chwilę. Pomysł był taki, żeby pobrać te próbki, ale właściwie nie lądować.

Ola: Lądować i nie lądować jednocześnie?

Piotr: Lądowanie jest zawsze ryzykowne. Wiąże się z tym, że żeby wylądować, trzeba znaleźć miejsce na to lądowanie, które będzie bezpieczne, trzeba tam przysiąść. To zresztą dobry przykład, bo ostatnio co i raz jakieś misje, o których już częściowo mówiliśmy, księżycowe chociażby, przy lądowaniu a to się przewracają, a to nóżka im się łamie, a to coś – więc jak już nie musisz lądować, to lepiej nie wylądować, skoro masz lecieć dalej. Przypominam, że celem był powrót na Ziemię, w związku z czym zrobili taki system, który miał sprawić, że ta sonda muśnie tę asteroidę, zassie do środka materiał, zapieczętuje go, wróci na Ziemię, a tam zostanie to przejęte i zbadane.

Ola: To już taka chirurgiczna precyzja była potrzebna w nawigacji.

Piotr: I niezmiernie ważnym elementem całej misji było zastosowanie silników jonowych. Te silniki jonowe mają to do siebie, że są słabiutkie – to znaczy, w przeciwieństwie do takich klasycznych rozwiązań rakietowych, gdzie spala się paliwo, hydrazynę czy coś, tu ładunek to rząd 20 kg azotu, a te silniki jonowe wykorzystują ten napęd powolutku, ale robią to naprawdę bardzo niespiesznie. To zresztą dobry pomysł na podróżowanie na duże odległości, bo można bardzo powoli rozpędzić taki obiekt, natomiast trwa to wolno – ale to był test i jednym z głównych elementów całej misji było sprawdzenie działania takich silników. Zazwyczaj misje mają taką punktację zrobioną, że się za jakiś kolejny element misji przyznaje jakieś punkty, i to, czy misja uznaje się za sukces, czy nie, wynika często z tego, ile tych punktów zdobyła – to znaczy tak naprawdę czasami spełnienie całości nie jest konieczne, żeby misja była już pełnym sukcesem, bo niektóre rzeczy są uważane za dodatkowe. W każdym razie Hayabusa niosła ze sobą taki mini-lądownik Minerva, i on miał, wykorzystując właśnie tę nikłą grawitację planetoidy, skakać po niej. To w ogóle jest japońska obsesja, takie skaczące próbniki.

Ola: Ja sobie już wyobrażam te wszystkie pieski zrobotyzowane, które są pierwowzorem takiej skaczącej Minerwy. Pozdrawiamy Minerwę, znajomą blogerkę, która zajmuje się krytykowaniem sztuki, tak można powiedzieć.

Piotr: I docenianiem również. W każdym razie taki był zamiar, żeby ta Minerva skakała po tej asteroidzie, miała tam kamerę, przekazywała poprzez główną sondę dane na Ziemię. Wszystko było cudownie zaplanowane. Oczywiście już wiemy, że nie wszystko się udało, a nawet wiele rzeczy się nie udało – to całe mnóstwo różnych niefortunnych zdarzeń w tej misji.

Ola: Seria niefortunnych.

Piotr: Nie wymienię nawet wszystkich, bo trzeba by się już w straszne szczegóły wdawać. Sonda była stabilizowana przy pomocy kół zamachowych – były trzy koła zamachowe, pracujące w trzech osiach. Dwa z tych kół zamachowych padły, nie naraz – najpierw jedno, za jakiś czas drugie, w związku z czym sonda miała bardzo ograniczoną stabilizację. Na szczęście można to było korygować silnikami, ponieważ sonda miała wracać na Ziemię, więc musiała mieć duży zapas paliwa – to było jeszcze do opanowania. Natomiast absolutnym pechem, bo jeszcze ktoś te koła zamachowe pewnie nie najlepiej zrobił, było to, że w trakcie, kiedy sonda leciała w stronę planetoidy, miał miejsce jeden z najmocniejszych w historii zarejestrowanych rozbłysków słonecznych.

Ola: To naprawdę pech.

Piotr: Tak, naprawdę. Który mocno przysmażył panele słoneczne sondy, co spowodowało, że silniki jonowe bardzo straciły na mocy. To wszystko jeszcze bardziej spowolniło tę niespieszną podróż, bo mieli dolecieć w czerwcu 2005 roku, a musieli przełożyć ten czas dolotu na wrzesień 2005 roku. A to z kolei było problemem, dlatego że musieli jeszcze wrócić – czas przeznaczony na wykonanie tych wszystkich operacji, badań i tak dalej skrócił im się z 4 do 2 miesięcy, bo musieli z tej planetoidy zacząć wracać w określonym czasie, żeby dolecieć na Ziemię bezpiecznie. To spowodowało też, że liczba planowanych lądowań się zmniejszyła.

Ola: Co to znaczy planowanych lądowań?

Piotr: Mieli zrobić kilka takich przelotów – nie było tam lądowania, to były takie lądowanka, muśnięcia, i zaplanowali, że będą to robili kilka razy. Niestety mieli na to mniej czasu, w związku z czym też mniej prób im pozostało. Więc to kolejny problem. Jeszcze w dodatku ten nieszczęsny mini-lądownik Minerva w ogóle nie wcelował w planetoidę – to z kolei był ten konflikt, o którym mówiłem, między sterowaniem samej sondy a sygnałami płynącymi z Ziemi, dlatego że w którymś momencie, jak sonda opadała w stronę planetoidy, z Ziemi został wysłany sygnał, żeby uwolnić ten lądownik. A tymczasem sonda była już zbyt blisko i sama podjęła decyzję, że rozpoczyna manewr oddalania się dla własnego bezpieczeństwa. Jak dotarł sygnał z Ziemi, sonda już się oddalała zamiast być blisko, wystrzeliła ten lądownik i po prostu nie wcelowała. Ten lądownik gdzieś poleciał sobie i lata pewnie po kosmosie do tej pory. Tak, dokładnie. Kluczowym elementem były te próby lądowania. Pierwsza próba miała miejsce 19 listopada 2005 roku, i oczywiście pojawiły się problemy – było ich wiele, ale skracając historię, sądzono, że w ogóle ta sonda nie wylądowała, że zawisła z jakiegoś dziwnego powodu 10 metrów nad powierzchnią planetoidy i tam pozostała przez dłuższy czas.

Ola: Tak się przykleiła gdzieś na orbicie geostacjonarnej.

Piotr: To było w ogóle dziwne, bo właściwie nie ma takiej orbity – to jest zbyt mały obiekt, żeby wejść na tę orbitę porządnie. Ale to za chwilę, jeszcze powiem o rozmiarach tego obiektu. W każdym razie potem z analizy danych wyniknęło, że ta sonda usiadła i co więcej siedziała tam przez jakiś czas, chyba pół godziny, na powierzchni. Natomiast ponieważ automatyka przy podchodzeniu wykryła problemy, sonda przeszła w tryb bezpiecznego opadania, a to z kolei spowodowało, że w tym trybie w ogóle nie było możliwości pobrania próbek. Czyli osiadła na tej asteroidzie, posiedziała tam trochę, a potem z niej odleciała, nie pobierając próbek.

Ola: To taki pech.

Piotr: Analizując to wszystko, doszli do wniosku, że do rurki zasysającej prawdopodobnie wpadło troszeczkę materiału z tego obiektu, w związku z czym zdecydowano, żeby pojemnik podłączony do tej rurki zabezpieczyć, uszczelnić i spróbować dostarczyć go na Ziemię. Ale mieli jeszcze drugą szansę na lądowanie – to było kilka dni później, 25 listopada. Wtedy nastąpił wyciek paliwa i przerwa w zasilaniu, w związku z czym sonda znowu przeszła w tryb bezpieczny, co spowodowało, że nie uruchomiła z kolei systemu, który miał unieść pył z tej planetoidy. Pomysł był taki, żeby wystrzelić kilka mini-pocisków, żeby po prostu robić zamieszanie – bo przypominam, że sonda miała nie dotykać właściwie powierzchni, żeby ten pył uniósł się ponad powierzchnię i można go było stamtąd pobrać.

Ola: Brzmi jak porażka.

Piotr: Potem było już tylko gorzej, bo 27 listopada mieli znowu przerwę w zasilaniu, znowu z powodu wycieku paliwa. 8 grudnia w ogóle stracili łączność z sondą na jakiś czas. Sonda oczywiście miała procedury bezpieczeństwa i po tej utracie przyjmowała znowu tryb bezpiecznego stabilizowania się, i ustabilizowała się. Zajęło jej to czas do marca 2006 roku, więc właściwie prawie 4 miesiące. Potem się jeszcze okazało, że 2 z 4 silników jonowych nie działają.

Ola: Zastanawiam się – w tym momencie można przypuszczać, że to w ogóle była klęska, że ta sonda nie miała prawa dotrzeć do Ziemi, i już na pewno nie miała prawa niczego dowieźć, co było głównym celem tej misji, czyli tych próbek.

Piotr: Mieli pełne prawo tak zakładać. Głównym celem misji było przetestowanie silników jonowych – oczywiście celem medialnym było na pewno dowiezienie próbek, natomiast ta punktacja przyznawana za różne elementy jest dość rozbudowana. W każdym razie podjęto decyzję, że wystarczą te dwa silniki, i rozpoczęto powrót na Ziemię. Udało się wrócić na Ziemię – ten powrót trwał 4 lata, bo dotarła w czerwcu 2010 roku.

Ola: Nie mów jeszcze, że uzyskano próbki.

Piotr: Właśnie okazało się, że tak. W ogóle lądowanie było dość skomplikowane, bo główna część sondy paliła się w atmosferze, natomiast sam lądownik bardzo gwałtownie, z przeciążeniem 25G, wchodził w atmosferę. Był wycelowany w Australię.

Ola: Dlatego sondy kosmiczne mają przewagę nad lotami załogowymi, bo lot załogowy by nie oszczędził nikogo przy przeciążeniu 25G.

Piotr: W każdym razie udało się – ten pojemnik znalazł się na Ziemi, kapsułę znaleziono. Zapakowano ją w podwójną warstwę plastikowych worków wypełnionych czystym azotem, żeby zmniejszyć ryzyko skażenia. Pobrano też z tego miejsca, w którym wylądowała, próbki ziemi, żeby mieć punkt odniesienia – gdyby było skażenie, można było odjąć od tego, co jest w pojemniku, to, co znaleziono na miejscu, i wyróżnić to, co było tylko z planetoidy. Na szczęście okazało się, że nie było takiego skażenia.

Ola: Mieli ogromne szczęście.

Piotr: W tym pojemniku, który właściwie miał prawo niczego nie zawierać, bo główna procedura podchodzenia do lądowania się nie udała, znaleziono 1500 cząstek skalnych. Zdołano je przeanalizować – okazało się, że prawdopodobnie Itokawa była częścią większej asteroidy i że rozpadła się mniej więcej 8 mln lat temu, więc całkiem niedawno w czasie kosmicznym. Był to w sumie duży sukces, bo po raz pierwszy dotarły na Ziemię materiały z takiego obiektu. Co prawda tego materiału było niewiele, ale generalnie było to rzeczywiście duże wydarzenie. Ty mówiłaś, jaką miałaś grupę – ta twoja asteroida należała do jakiej grupy?

Ola: Amora.

Piotr: To moja należała do grupy [? niepewne: Pola] – to są takie, które krążą po orbitach przecinających nie tylko orbitę Ziemi, ale też Wenus, czasem nawet Merkurego, dosyć mocno zbliżające się do Słońca. Warto pamiętać, że to był naprawdę mały obiekt – ty miałaś kawał kamienia porządnego, natomiast Itokawa to było 535 na 294 na 209 metrów. Jak sobie przymierzyłem, to akurat tyle, żeby ją położyć na środku placu Defilad, jak ktoś kojarzy Warszawę – plac Defilad, Pałac Kultury. Pałac Kultury przeszkadza w tym położeniu, więc można by go stamtąd zabrać – chyba że położyć na Pałacu Kultury, nie, bo by się zsunęła, jeszcze by się potłukła. Jakby tak dobrze wymierzyć, to akurat od Świętokrzyskiej do Alej Jerozolimskich. To nie jest duży kawałek skały – przypominam, trzeba było do niego dolecieć, to też pokazuje, dlaczego tamta grawitacja była taka, że właściwie się do niczego nie przydawała.

Ola: Ja jeszcze powiem, że ten kawałek skały, o którym za chwilę będę opowiadać, jest jeszcze mniejszy.

Piotr: No dobra, to mnie nie przebijaj – myślałem, że będę miał najmniejszy kawałek skały, bo jeszcze będę mówił później o trochę większym kawałku skały. To jeszcze bardzo specyficzne. Dobra, to idźmy na twoją małą skałkę.

0:33:31 Sonda DART i test obrony planetarnej

Ola: No to zaczynam opowieść o sondzie DART, która uderzyła w planetoidę Dimorphos. Sonda wystartowała w 2021 roku, a 27 września 2022 uderzyła w tę planetoidę. Po co uderzyła? To był test systemu obrony Ziemi przed zderzeniami z obiektami kosmicznymi.

Piotr: To brzmi naprawdę nieźle.

Ola: Brzmi bardzo dobrze. Ja wciąż mam w pamięci film "Armageddon", który niedawno obejrzeliśmy ponownie.

Piotr: Obejrzeliśmy go chyba kawałkami, próbowaliśmy go obejrzeć.

Ola: Nie daliśmy rady dokończyć, ale zwróć uwagę, jaki jest ikoniczny.

Piotr: Jest tak zły, że jest absolutnie ikoniczny. Już chyba w którymś odcinku go obrabialiśmy.

Ola: W tej misji DART chodziło o to, żeby spróbować zepchnąć dane ciało niebieskie, niewielkie, z orbity, która byłaby kolizyjna z Ziemią. Generalnie chodziło o to, żeby sprawdzić, czy coś takiego w ogóle jest możliwe – i nie tak, jak w filmie "Armageddon", żeby użyć do tego ładunków jądrowych, tylko żeby zrobić to techniką nazywaną elegancko technika impaktora kinetycznego. Innymi słowy, sonda ma przywalić w asteroidę wystarczająco mocno, żeby chociaż odrobinę odchylić jej orbitę.

Piotr: Dodajmy, że ta asteroida nie leciała w stronę Ziemi.

Ola: To nie była misja obronna. To była misja wyłącznie ćwiczebna, testowa, a te dwa obiekty, do których poleciała, w ogóle nie zagrażały Ziemi w żaden sposób. Zacznę od tego, że skrót DART pochodzi od nazwy Double Asteroid Redirection Test, i to dowodzi tego, że są dwie asteroidy, czyli planetoidy, tworzące układ podwójny. Jedna to Dimorphos, a druga, większa, to Didymos. Dimorphos ma średnicę zaledwie 160 metrów, a Didymos 780 metrów, i uwaga – celem był ten mniejszy, Dimorphos. Coś chciałeś powiedzieć, bardzo chciałeś mi się tutaj wciskać.

Piotr: Zobacz, ten DART jest piękny, bo oni muszą mieć jakąś specjalną brygadę do wymyślania takich nazw. No bo oczywiście DART to jest z angielska taka rzutka do tarczy – jak się rzuca do tarczy, to są darty właśnie. Oni ewidentnie głowią się przez długi czas – myślę, że połowa budżetu misji idzie na wymyślenie takiej nazwy, która potem będzie tyle znaczyła i wszyscy ją łatwo zapamiętają.

Ola: Ja myślę, że teraz to wystarczyłoby wrzucić takie zapytanie do ChatGPT.

Piotr: On nie jest specjalnie błyskotliwy pod tym względem.

Ola: Dobrze, to jeszcze wspomnę, że jeśli chodzi o zagrożenie gruzem kosmicznym, który miałby wcelować w Ziemię, to nie jest wcale kategoria wyłącznie z filmów science fiction, dlatego że znamy dziesiątki tysięcy takich niewielkich planetoid, które krążą w pobliżu naszej planety i które mogą ewentualnie wejść na kolizyjną z Ziemią orbitę. Ale to jest tylko niewielka część tego, co wiemy o tym, co krąży wokół nas w kosmosie, bo jest całkiem dużo gruzu, który nie został dostrzeżony, zidentyfikowany, zmapowany, i może się zdarzyć, że w którymś momencie przyrządy obserwacyjne wykryją taki obiekt – i wówczas co będziemy mieli zrobić? Czy będzie realizowany scenariusz z filmu "Don't Look Up", czyli że nic nie zrobimy, czy też zrobimy coś? I właśnie ta misja służy zrobieniu czegoś, pokazaniu, że się da. Jeszcze porównam sondę DART do pocisku kosmicznego wielkości sporej lodówki.

Piotr: Poprzednio pralka Frania.

Ola: A teraz spora lodówka, i masa taka jak maluch, czyli Fiat 126p – ci starsi pamiętają. Maluchy, uwaga, ważyły 600 kg.

Piotr: Mieściło się w nich 25 osób luksusowo, tak pamiętam.

Ola: Tak bywało, dawało się to zrobić. Dziś już by się tak nie dało. Sonda niosła na pokładzie jeden konkretny instrument naukowy – kamerę nawigacyjną, która wysyłała na Ziemię obrazy planetoidy, a przy tym służyła do tego, że odnalazła drogę do tej niewielkiej w skali kosmosu planetoidy, fotografując ją i z coraz większą dokładnością wyznaczając trasę. Nawigacja naprowadzała sondę na cel przez ostatnie 90 tys. km drogi, a ostatnie zdjęcie, które sonda przekazała na Ziemię, zostało zrobione na 2 sekundy przed zderzeniem z powierzchnią asteroidy Dimorphos. W tym momencie sonda znajdowała się 12 km od tej planetoidy i pędziła z prędkością naprawdę ogromną, bo 22,5 tys. km na godzinę. To jest potężny pocisk kosmiczny.

Piotr: Na tym polega sztuczka, że wystrzeliwujesz całkiem niedużego malucha w dość duży jednak kawał skały, który można porównać wielkością do piramidy Cheopsa.

Ola: Nie do boisk piłkarskich, nie do placu Defilad, ale do piramidy Cheopsa. Tutaj też miało miejsce podobne zdarzenie jak przy sondzie Hayabusa – sonda wypuściła niewielkiego nanosatelitę na 15 dni przed zderzeniem. Był to satelita standardu CubeSat, taka kosteczka włoskiej produkcji, i robił zdjęcia z boku podczas zderzenia, a następnie przesłał je na Ziemię. To trochę taki scenariusz, jak wyobrażamy sobie, że himalaiści wchodzą po raz pierwszy na jakiś szczyt, przedzierają się, a tam już trwa transmisja – ekipa ze szczytu filmuje, jak oni się wspinają i wchodzą na ten szczyt. Trochę tak to mogło wyglądać z punktu widzenia widzów, którzy obserwowali sondę uderzającą w asteroidę. I test się udał – to był pierwszy udany test obrony planetarnej, jaki przedsięwzięli Ziemianie. Udało się przede wszystkim zmodyfikować orbitę asteroidy. W jaki sposób? Przed uderzeniem Dimorphos, który tworzył ten układ podwójny z Didymosem, potrzebował na okrążenie Didymosa 11 godzin i 55 minut, a po zderzeniu orbita Dimorphosa skróciła się o 32 minuty. To jest znacznie więcej, niż się spodziewano.

Piotr: To jest bardzo duża różnica. Myślałem, że to będzie 20 sekund różnicy, a to naprawdę tę pralkę, znaczy lodówkę, tak rozpędzili.

Ola: Co więcej, na skutek tego zderzenia powstał taki ogon gruzu, ciągnący się za planetoidą – miał on początkowo, przez pierwszy miesiąc, kiedy był widoczny i kiedy to mierzono, 1500 kilometrów długości.

Piotr: Właściwie trochę taki pierścień się zaczął tworzyć.

Ola: Pierścień, ogon jak komety.

Piotr: Czyli pozostawał na orbicie tego większego obiektu.

Ola: Na podstawie tego, co zaobserwowano, naukowcy z SETI – czyli organizacji, która monitoruje wszystkie te pozaziemskie obiekty, które mogą nam zagrozić…

Piotr: Chciałaby monitorować wszystkie, bo potem jest takie…

Ola: Tak, potem się okazuje, że jest całe mnóstwo, których nie wymonitorowała. Ale ocenili, że zostało wyrzucone w przestrzeń kosmiczną około 1000 ton materii, i to stanowiło nawet 0,5% całej masy Dimorphosa. To naprawdę dużo, i to, że ta struktura Dimorphosa została tak mocno naruszona, mogło również wywrzeć duży wpływ na zmianę orbity, być może nawet większy niż samo uderzenie. Prędkość tej planetoidy zmniejszyła się o niecałe 3 [? niepewne: milisekundy] na sekundę. To może nie brzmi jakoś super, ale ma ogromne znaczenie, bo najmniejsze odchylenie w tym ruchu w przestrzeni kosmicznej może sprawić, że coś trafi w Ziemię albo ją minie w odległości kilku czy kilkuset tysięcy kilometrów.

Piotr: No tak, bo trzeba odpowiednio wcześniej takiego zabiegu dokonać, nie w ostatniej chwili.

Ola: Otóż to, ale zwróćmy uwagę, że tutaj ten lot trwał około roku, w związku z czym rzeczywiście wypada wcześniej zaobserwować taki obiekt kosmiczny, ale w sumie koło roku to nie jest długi czas reakcji. Ta misja pokazuje, że da się to stosunkowo szybko zrobić, i nie jak w "Don't Look Up", gdzie po prostu wszystko zawiodło i wszyscy czekali, aż w końcu… nie chcę robić spojlera, ale…

Piotr: W każdym razie to też jest o tyle istotne, że tak jak powiedziałaś, tam nie było praktycznie przyrządów naukowych na pokładzie, więc też przygotowanie takiej misji jest znacznie prostsze. Gdyby rzeczywiście było takie zagrożenie i musielibyśmy przygotowywać taką misję, można ją zrobić stosunkowo szybko, bo normalnie misje naukowe są przygotowywane bardzo wiele lat, a tu wystarczy wypchać malucha gruzem i go wystrzelić.

Ola: Co jeszcze się okazało po tym wszystkim, co wykazały późniejsze obserwacje? Sonda trafiła niemal w samo centrum Dimorphosa, a uderzenie było tak silne, że spowodowało zmianę kształtu asteroidy. Ale nie tak, jak myślicie – nie wybiła krateru uderzeniowego, tylko zrobiła coś znacznie więcej. I to jest absolutnie fascynujące, dlatego że badania pokazały, że ten ogon gruzu nie wziął się z tego, że sonda tak rozprysnęła twardą materię, w którą uderzyła, tylko jakby rozerwała tę planetoidę – ona się rozpadła, a potem na powrót skleiła. To była planetoida gruzowa, taki zbitek odpadków tej większej planetoidy Didymos, który pod wpływem grawitacji zlepił się i składał się z luźno związanych ze sobą fragmentów skał, zawierając wiele pustych przestrzeni. Uderzenie sprawiło, że ta powiązana grawitacyjnie kupa gruzu tak się zreorganizowała wokół miejsca uderzenia, że nie było widać żadnego krateru – ona po prostu przebudowała się, przynajmniej na tym fragmencie, na tym obszarze. To jest na tyle fascynujące, że na październik 2024 roku Europejska Agencja Kosmiczna zaplanowała start misji kosmicznej HERA, której celem jest ponowne odwiedzenie układu Didymosa i Dimorphosa i sprawdzenie, co tam się teraz dzieje, jakie są następstwa uderzenia sondy DART. I sprawdzenie, czy rzeczywiście HERA znajdzie przekształconą asteroidę, czy też zlokalizuje krater, choć to drugie jest mniej prawdopodobne według naukowców. I na koniec taka wisienka na torcie – jak macie gdzieś pod ręką komputer, bo ja nie sprawdzałam tego na telefonie, to wpiszcie sobie w wyszukiwarkę Google hasło "DART mission" po angielsku i zobaczcie, co się stanie.

0:46:55 Sonda Rosetta i lądownik Philae

Piotr: Oj, warto zobaczyć, polecamy zdecydowanie. W międzyczasie, jak ja będę gadał, to Ola sprawdzi, czy na telefonie to też działa. No właśnie, ja będę gadał, a będę gadał o czymś, czego absolutnie nie można było odpuścić w tych opowieściach – mianowicie o misji Rosetta. Myślę, że wszyscy, którzy chociaż troszeczkę interesują się tymi wszystkimi kosmicznymi sprawami, to co jak co, ale Rosettę kojarzą i pamiętają. Działa na telefonie? Działa na telefonie.

Ola: Dobra, nie mów co.

Piotr: Wygląda ślicznie, zróbcie sobie to. Przypomnę, wpisujecie po prostu w Google'a "DART mission".

Ola: D-A-R-T. R jak Robert, T jak Tadeusz. Mission przez dwa S.

Piotr: Tak jest, zobaczcie. W każdym razie, Rosetta – to była misja fenomenalnie ciekawa i w ogóle niezwykła, której celem było zbadanie krótkookresowej komety o nazwie 67P/Czuriumow-Gierasimenko.

Ola: Bo to są nazwiska odkrywców tej komety – to są astronomowie ukraińskiego pochodzenia.

Piotr: Chyba tak, możesz sprawdzić w międzyczasie, bo nie chcę skłamać, ale o ile pamiętam, tak. Krótkookresowa, czyli taka, która rzeczywiście dość często się pojawia – nie jak jakieś tam Halleya czy inne, tylko taka, która pojawia się co 6,5 roku, więc nie odlatuje zbyt daleko od Słońca. To była misja, którą wspólnie przeprowadziła ESA, czyli Europejska Agencja Kosmiczna, i NASA, czyli Amerykańska Agencja Kosmiczna. Celem było…

Ola: Ukraińskiego pochodzenia – Klim Czuriumow, radziecki i ukraiński astronom, oraz Swietłana Gierasimenko, radziecka i tadżycka astronomka polsko-ukraińskiego pochodzenia.

Piotr: A, no właśnie. Celem całej misji było przyjrzenie się z bliska temu, co się dzieje z kometą, kiedy zbliża się ona do Słońca. Bo wszystkie misje, o których do tej pory mówiliśmy, to były misje skierowane do asteroid, czy też planetoid, a to wbrew pozorom są zupełnie różne obiekty, bo komety zachowują się inaczej – komety mają ogony.

Ola: I to nie takie gruzowe, jak byśmy przypuszczali po tym, co DART zrobił Dimorphosowi.

Piotr: Tylko zupełnie innej natury.

Ola: Komety są, można powiedzieć, dzikie – bardziej dzikie niż planetoidy, tak mi się wydaje.

Piotr: Dziwaczne są przede wszystkim.

Ola: Po tym, co wynikło z tej misji.

Piotr: Tak. I teraz, co jest charakterystyczne – może nawet nie wszyscy wiedzą, że ogon komety to nie jest tak, jak by się intuicyjnie wydawało, że jak coś leci w atmosferze ziemskiej i dymi, to ten dym zostaje z tyłu, że tak powiem, że po prostu opór powietrza ten dym zatrzymuje, rozprasza i tak dalej, a dym układa się na torze lotu danego obiektu. Bo ogony komet są zawsze skierowane od Słońca – nieważne, w którą stronę kometa leci, ważne, że jej ogon, kiedy jest widoczny, jest skierowany w przeciwną stronę od Słońca, dlatego że powstaje on w wyniku wybijania z komety materii przez wiatr słoneczny, przez te wysokoenergetyczne cząstki lecące od Słońca.

Ola: Tak, to jest jeden z tych momentów, kiedy zdrowy rozsądek czy chłopski rozum zawodzi.

Piotr: Tak, jak zobaczymy trajektorię, znaczy orbitę jakiejś komety, która mija Słońce, to ten ogon zawsze jest skierowany od Słońca – to bardzo śmiesznie w sumie wygląda. Więc chciano się przyjrzeć, co tam się właściwie dzieje na tej komecie, kiedy zbliża się do Słońca i kiedy się od niego oddala. To było niezłe wyzwanie. Nazwa Rosetta wzięła się, jak można się domyślać, od kamienia z Rosetty – to słynny, odkryty bardzo dawno temu, bo w 1799 roku, niekompletny kawał jakiejś steli, w każdym razie kawał kamienia, na którym wyryte było w trzech wersjach – po egipsku pismem hieroglificznym, pismem demotycznym oraz po grecku – ta sama treść. To umożliwiło rozgryzienie hieroglifów, chociaż to nie był jedyny element – jeszcze, jak nie zapomnę, wspomnę o drugim, ale to za chwilę. W każdym razie stąd wzięła się nazwa. Teraz całą sztuką było dolecenie do tej komety tak jak trzeba, bo tak jak mówiliśmy, komety to nie planety, asteroidy też nie planety – nie tak łatwo się do nich dostać, bo trzeba naprawdę bardzo dobrze, można powiedzieć, zsynchronizować, dopasować tę orbitę do orbity obiektu, do którego chcemy się zbliżyć. Dlatego, że nie możemy skorzystać z grawitacji tego obiektu do przechwycenia sondy, bo ta grawitacja jest za słaba. Więc żeby dolecieć do komety, Rosetta musiała się odpowiednio rozpędzić i osiągnąć orbitę, która sięgała jeszcze za orbitę Marsa, żeby dopasować się do tej orbity kometarnej. Zastosowano tam cztery asysty grawitacyjne.

Ola: Właśnie, czyli lepsze wyobrażenie daje określenie proca grawitacyjna.

Piotr: Tak, to już mówiliśmy o tym poprzednio.

Ola: Kręcąca się proca, która bardziej nie jest procą na rozdwojonym kijku, tylko bardziej procą w rozumieniu tego, jak Dawid pokonał Goliata.

Piotr: Mniej więcej. Cztery asysty grawitacyjne, czyli takie przeloty blisko, w skali kosmicznej, w pobliżu planet, po to, żeby wykorzystać grawitację do przyspieszenia sondy i nadania jej odpowiedniego kierunku. To wymaga naprawdę bardzo dokładnego planowania tej trasy lotu. Tu, odwołując się do Frani i innych takich…

Ola: Maluchów.

Piotr: Tak, właśnie.

Ola: Ja mam same PRL-owskie skojarzenia.

Piotr: No to sonda miała… właśnie, to był jednak już kawał większego bydlęcia, bo miała 2,8 na 2,1 na 2 metry, czyli właściwie, tak jak patrzę, to taka nieduża kuchnia w bloku, no może coś takiego – nie kuchnia w znaczeniu kuchenka gazowa, tylko w znaczeniu pomieszczenia. Kawał już bydlaka, ale…

Ola: O, komputer Odra. No, może tak, z lat 70. czy 60.

Piotr: Ale słuchaj, była tam też twoja ulubiona pralka Frania, ponieważ towarzyszył jej lądownik Philae, i on miał metr na 80 centymetrów, był taki walcowaty, więc rzeczywiście mniej więcej, myślę, pasował do Frani – może Ola znajdzie, jakiej wielkości była Frania. No właśnie, Philae to jest z kolei – teraz z głowy mówię, mogę skłamać – ale to jest chyba miejsce, gdzie znaleziono obelisk, a na tym obelisku znaleziono inskrypcję.

Ola: Wyspa na Nilu, na której znaleziono ten obelisk.

Piotr: I ta inskrypcja na tym obelisku pomogła rozszyfrować jeszcze dodatkowo te zapisy na kamieniu z Rosetty.

Ola: Aha, czyli to inskrypcja, tak, tak, tak.

Piotr: Więc oni tutaj wszystko sobie bardzo pięknie wykombinowali, wszystko się do siebie pasowało i tak dalej.

Ola: Ale uwaga, myśmy mówili o wyspie File, ponieważ w odcinku o przenoszeniu zabytków, ratowaniu ich przed wielką wodą, czyli wodą spiętrzoną przez zapory…

Piotr: 46. odcinek.

Ola: Tak, i wysoka tama spowodowała, że trzeba było przenieść świątynię na wyspie File. Polecamy wam ten odcinek, bo był bardzo ciekawy.

Piotr: Tak, ja go lubię, to prawda. No dobra, w przeciwieństwie do twojego wypełnionego gruzem malucha, tu było jak najbardziej całe mnóstwo przyrządów naukowych – tam były kamery.

Ola: Wypełnionego gruzem malucha?

Piotr: No dobra, główną rolą twojej sondy było to, że była ciężka w miarę przy swoim rozmiarze.

Ola: Ale jaka skuteczna.

Piotr: I rozpędzona, tak? Nie, absolutnie, szanuję totalnie.

Ola: Nie, maluch 600 kg nie musiał być wypełniony gruzem – to z gruzu była złożona planetoida, w którą walnął.

Piotr: No dobrze, więc po prostu maluch. Tu były, zamiast silnika malucha, siedzeń i podsufitki, kamery, oczywiście liczne spektrometry, chromatograf i, no zresztą o tym zaraz powiem, analizatory cząstek pyłu, był nawet mikroskop, były całe zestawy do pomiaru plazmy, był radar – takie coś na kształt radaru, który miał badać wnętrze tej komety. I był polski przyrząd – ale to już na samym lądowniku, i był właśnie ten MUPUS. MUPUS to był przyrząd, do którego przyłożyli swoją rękę mocno Polacy z Centrum Badań Kosmicznych Polskiej Akademii Nauk. Skonstruowali taki penetrator, bo cała sztuka polegała na tym, żeby wbić się w powierzchnię tej komety, zmierzyć tam między innymi temperaturę w jej wnętrzu i tak dalej. Natomiast bardzo trudno wbija się w powierzchnię czegoś, co ma bardzo słabą grawitację, bo jak walniesz, to odlatujesz, na zasadzie kontrreakcji.

Ola: Odrzutu.

Piotr: Dokładnie, więc nie można po prostu wziąć, nie wiem, automatycznego młotka i sobie postukać, bo przy pierwszym albo drugim stuknięciu twój cały układ odleci. Więc zrobili bardzo przemyślną konstrukcję. Mamy o tym artykuł na Crazy Nauce, jakby ktoś chciał sobie…

Ola: Mamy artykuł. Zresztą jeszcze tutaj dodam, że ta misja, o której opowiadasz, to nie jest jedyny moment, kiedy przyrząd polskiej konstrukcji został wykorzystany, ponieważ penetratory planetarne – bo tak to się z grubsza nazywa – są stosowane właśnie w wyrobie Centrum Badań Kosmicznych w wielu misjach.

Piotr: Między innymi na Marsa poleciały.

Ola: Tak, tak, i Polacy specjalizują się właśnie w budowaniu takich przyrządów. To jest dosyć istotne.

Piotr: Trochę mamy pecha, bo te przyrządy czasami nie działają nie z naszej winy.

Ola: Nie działają dlatego, że tak naprawdę kosmos jest nieprzewidywalny.

Piotr: Dokładnie, dokładnie. Same przyrządy działają świetnie, tylko okoliczności przyrody są kłopotliwe. W każdym razie elementem MUPUS-a był właśnie ten penetrator polskiej produkcji – bardzo fajna konstrukcja, która, już teraz bez wchodzenia w szczegóły, generalnie działa tak, że pozwala wbijać się, nie generując tego odrzutu, który mógłby nas wystrzelić z powierzchni, w którą się wbijamy. W każdym razie start tej całej misji nastąpił 24 lutego 2004 roku, a potem było dużo, dużo, dużo latania. Bo najpierw przez 6 lat sonda Rosetta latała w okolicach Ziemi i Marsa. Dosłownie – znajdziecie sobie w opisie, jak zwykle w opisie odcinka są liczne linki, jest tam również link do takiej strony, gdzie jest Rosetta. To jest strona, która niby już nie działa w tym znaczeniu, że służyła do tego, żeby w trakcie trwania misji można się było zorientować, w którym miejscu Układu Słonecznego jest w danym momencie Rosetta, ale nadal możemy sobie tam odtworzyć ten lot. Serio polecam obejrzenie sobie tego, bo to pokazuje, jak skomplikowaną trasę miała Rosetta. Przez te 6 lat krążyła, czyli tak – wystrzelona 24 lutego 2004, 4 marca 2005 minęła Ziemię, 25 lutego 2007 minęła Marsa, potem znowu Ziemię 13 listopada 2007, potem znalazła się w pobliżu planetoidy Steins 5 września 2008, znowu Ziemia w listopadzie 2009, i jeszcze jedna planetoida, Lutetia, 10 lipca 2010 roku. Najpierw przez 6 lat tłukła się, można powiedzieć, po wnętrzu Układu Słonecznego, po naszej okolicy, zaliczając kolejne asysty grawitacyjne i rozpędzając się, tylko po to, żeby wystrzelić się potem na orbitę możliwie zbliżoną do orbity samej komety. I w momencie, kiedy zaczynała się zbliżać do tej komety, ta kometa wciąż jeszcze oddalała się od Słońca, bo koncepcja była taka, żeby zacząć towarzyszyć komecie, jak ona się będzie zbliżała. Orbita komety wychodzi nieco poza orbitę Jowisza – tam kometa zawraca, można powiedzieć, i leci z powrotem w stronę Ziemi. Dotarła wreszcie do celu, żeby już nie przedłużać tej dramatycznej historii, w sierpniu 2014 roku, czyli ponad 10 lat po wystrzeleniu. To jest niesamowite, jak sobie wyobrazić pracować przy takiej misji.

Ola: Ale to jest też niesamowite, ile tam było różnych etapów. Jednym z ostatnich etapów przed podejściem do komety było zahibernowanie Rosetty, dlatego że uśpiono ją na wiele miesięcy, żeby po prostu nie wyczerpywać paliwa. Leciała sobie i została wybudzona w styczniu 2014 roku. Zresztą Europejska Agencja Kosmiczna zrobiła bardzo fajne wydarzenie z tym związane, właśnie z budzeniem Rosetty – braliśmy zresztą udział w takiej akcji.

Piotr: Bardzo fajne. W każdym razie, jesteśmy wreszcie w pobliżu tego celu i rozpoczęto tworzenie map komety. Tu było pierwsze wielkie zaskoczenie, ponieważ okazało się, że wbrew temu, co początkowo sądzono, ta kometa ma bardzo nieregularny kształt.

Ola: I że to nie jest gwiazda Betlejemska z ogonem. Nawet nie jest kształt zbliżony do kuli, nie jest kształt zbliżony do niczego, co byśmy sobie wyobrażali na temat bardzo poważnej komety, która leci przez Układ Słoneczny. Mianowicie kształt przypominał najbardziej co?

Piotr: Gumową kaczuszkę. Tak stwierdzono, dokładnie gumową kaczuszkę.

Ola: Bez dzioba, zdaje się.

Piotr: Tak, bez dzioba – taka z zasadzonym dziobem. To są dwie zlepione najprawdopodobniej bryły. Jedna z tych brył ma 2,5 na 2,5 na 2 kilometry – to jest łeb kaczuszki, natomiast korpusik kaczuszki 4,1 na 3,2 na 3,1 kilometra. Czyli taka całkiem konkretna kaczucha, kawał kaczuchy. Tu się oczywiście odniosę do porównań geograficznych.

Ola: Pan warszawiak się tutaj wykaże.

Piotr: Nie będę udawał, że będę przyrównywał do Krakowa, albo Poznania, albo Wrocławia.

Ola: Bo się nie znamy na nich.

Piotr: Natomiast w Warszawie czuję się pewnie, więc mogę śmiało powiedzieć, że pupa kaczuszki byłaby przy Zamku Królewskim.

Ola: Tu raczej powinna być twarz kaczuszki.

Piotr: Co kto lubi, no dobrze, niech będzie, uszanujmy. W takim razie, jak pupa kaczuszki byłaby na Polu Mokotowskim, to przód kaczuszki byłby przy Zamku Królewskim.

Ola: Taka całkiem potężna kaczka.

Piotr: Kawał kaczki, naprawdę – to jest dość duży obiekt. Zaskoczeniem był właśnie ten kształt. Udało się wejść tam na orbitę – znowu z tymi orbitami jest problem, bo nie tak łatwo utrzymać się, jak już mówiliśmy, na orbicie czegoś mało masywnego, więc jest ona wspomagana silnikami. Czasami to jest zależne od misji – niektóre misje bardziej realizują właściwie lot, wchodzą na taką samą orbitę słoneczną jak dany obiekt, któremu towarzyszą, i poruszają się wokół niego już przy pomocy silników, czyli nie tak jak Księżyc wokół Ziemi jest na orbicie, tylko to jest raczej takie manewrowanie wokół. W każdym razie 12 listopada 2014 roku zdecydowano, że lądownik Philae wyląduje na powierzchni. To było duże wydarzenie, bo nie był to oczywiście główny cel, ale jeden z głównych celów całości.

Ola: Tak naprawdę to był najbardziej prestiżowy moment, spektakularny, oprócz wejścia na orbitę. Ale to lądowanie miało być takim przypieczętowaniem tego, że Europejska Agencja Kosmiczna ma również, podobnie jak NASA, duże osiągnięcia w kosmosie, i że czegoś takiego jeszcze nie było – lądowanie na komecie, coś zupełnie nowego, nowa, inna jakość.

Piotr: Oczywiście zdawano sobie sprawę z tego, że nie jest łatwo wylądować na czymś tak małym, bo trzeba się do tego czegoś przyczepić. Były więc dwa systemy, które miały zapewnić przyleganie do powierzchni, żeby lądownik, jak już wyląduje, nie odbił się od tej powierzchni, tylko przyczepił się do komety – był to oparty na azocie silnik, który miał dopychać do powierzchni, oraz harpuny, które miały wystrzelić i wbić się w powierzchnię komety i tam zakotwiczyć. Oba systemy zawiodły.

Ola: Ponieważ powierzchnia komety wszystkich zaskoczyła.

Piotr: Tak, powierzchnia komety wszystkich zaskoczyła, chociaż wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, jak bardzo. Wiedzieliśmy, że lądownik się odbił, przekoziołkował, bo po drodze zahaczył, zdaje się, o krawędź krateru – na szczęście nic mu się poważnego nie stało, ale dziwnie się zachowywał, znowu się odbił i dopiero wtedy wylądował. Całe to odbijanie zajęło mu 2 godziny, bo grawitacja jest znikoma, więc naprawdę niespiesznie krążył. Gdzieś wylądował – wiedzieliśmy, że wylądował, natomiast przez bardzo długi czas nie wiedzieliśmy, gdzie. Zła wiadomość była taka, że był przygotowany do pracy zasilany promieniami słonecznymi – doba na tej komecie trwała około 12 godzin, potrzeba było około 6 godzin słońca, żeby mógł działać. Natomiast miejsce, w którym się znalazł, było na tyle ukryte, że miał tam zaledwie 1,5 godziny słońca, i przez to nie był w stanie działać tak, jak planowano.

Ola: Zasilanie bateriami słonecznymi.

Piotr: Mógł polegać tylko na akumulatorach, więc niestety dość szybko okazało się, że nie uda się zrealizować wszystkich planów, które tam były. Na szczęście zanim padł – a zajęło mu to do 15 listopada, kiedy wreszcie wszedł w stan hibernacji – zdążył popracować te 3 dni, udało się przeprowadzić szereg badań. Niestety z racji położenia urządzenia nie udało się wykorzystać MUPUS-a, czyli tego systemu, który miał wbić się w powierzchnię komety – po prostu nie działał, bo nawet nie wiedziano, w jakiej pozycji jest ten lądownik. Wszedł w stan hibernacji i jeszcze potem kilkukrotnie się odezwał – było 8 krótkich sesji łączności, trwały po kilkadziesiąt sekund, czyli jak zebrał dość prądu, żeby się odezwać, to się odzywał. 8 razy się odezwał, w końcu ostatecznie zamilkł 9 lipca 2015 roku. Dopiero na miesiąc przed końcem całej misji, we wrześniu 2016 roku, udało się go zlokalizować na zdjęciach robionych przez Rosettę, która nadal orbitowała – okazało się, że leżał przewrócony na boku w zacienionej szczelinie, wyjątkowo pechowo się tam znalazł. Oczywiście mnóstwo zaskoczeń – powierzchnia komety okazała się zupełnie inna niż się spodziewano.

Ola: Przede wszystkim bardzo twarda, i to twardsza niż zakładano w nawet bardzo surowych przewidywaniach. Nie udało się tam nic wbić, co byłoby w stanie wniknąć w ten grunt.

Piotr: Dokładnie, bo liczono, że to będzie raczej taka mieszanina zamarzniętego błota wodnego z gruzem, taka bardziej luźna. Natomiast prawdopodobnie pod wpływem promieniowania kosmicznego, przede wszystkim wiatru słonecznego, ta powierzchnia była znacznie twardsza, jak skała, zaspawana ze stalą. W związku z czym cały ten system po prostu nie zadziałał – jedna rzecz, że nie zadziałał silnik dopychający, bo się po prostu zepsuł, a druga, że te harpuny w ogóle nie miały szans się zrealizować. Można się zastanawiać, czy MUPUS miałby szansę się wbić – robił próby, ale nie wiem, czy aż na tak twarde podłoże było przewidziane. Nie przewidywano aż tak twardego.

Ola: Takie były wyniki badań późniejszych.

Piotr: W każdym razie, chociaż nie spełnił całości oczekiwań, bo niespodzianki, coś nie zadziała, coś okaże się inne niż planowano, cała misja była niezwykle udana.

Ola: W końcu wylądował obiekt zbudowany przez człowieka na komecie – dogonił kometę i na niej wylądował. To rzeczywiście było bez precedensu.

Piotr: A Rosetta towarzyszyła tej komecie jeszcze przez długi czas – towarzyszyła jej, kiedy zbliżała się do Słońca, była najbliżej Słońca, a potem się od niego oddalała. Obserwowaliśmy te wszystkie procesy, które się tam działy, bo rosnąca temperatura powodowała, że ta kometa się gotowała – występowała tam sublimacja gazów, sublimacja zawsze mi się myli. Ta powierzchnia komety buzowała, wyrzucała gaz.

Ola: Tak, wyrzucała cząstki materii, które też tworzyły ogon i chmurę wokół komety.

Piotr: Są przepiękne zdjęcia tego, bo Rosetta miała całe mnóstwo aparatury służącej do robienia tych zdjęć, więc rzeczywiście to wygląda niesamowicie – są te strumienie wystrzeliwujące, podświetlone słońcem. Poznaliśmy dzięki temu, jak naprawdę działają komety z bliska. Pod tym względem misja była super udana – zakończono ją zgodnie z planem 30 września 2016 roku, nawet dłużej niż miała trwać, bo liczyli się z tym, że wcześniej trzeba będzie ją zakończyć. Zakończyła się tym, że sprowadzono sondę na powierzchnię komety, sonda się rozbiła. Sukces był naprawdę duży – jak zwykle przy tego typu misjach nie wszystko wyszło idealnie, ale wystarczająco dobrze. Jak słyszycie o misjach kosmicznych, to zazwyczaj te misje NASA są robione bardzo spektakularnie – oni są świetni nie tylko w wymyślaniu dartów i dziwnych nazw, ale w robieniu promocji całości.

Ola: Robią świetne infografiki, przygotowują filmiki, animacje – cała ta komunikacja jest bardzo starannie przygotowana i bardzo solidnie prowadzona. Natomiast Europejska Agencja Kosmiczna, jakby nie patrzeć, przed rokiem 2014 nie była mistrzynią komunikacji – różne rzeczy się działy, a nie były odpowiednio nagłaśniane, i to trochę przechodziło bokiem.

Piotr: O tym nie było dużo oficjalnie mowy, ale to, że w ogóle cała misja Rosetta trafiła do publicznej świadomości, stała się głośna i tak dalej, to była rzecz, która nie była do końca zaplanowana. Wysupłali fundusze, które nie do końca były na to przeznaczone, i skierowano je właśnie na promocję tej całej misji. To nie tak miało być – na początkowym etapie nie planowali, że ta misja będzie tak dobrze rozpromowana, i zresztą zdaje się, że potem była niezła awantura, dlatego że osoby, które zdecydowały o takiej szeroko zakrojonej promocji, nie zostały do końca docenione przez kierownictwo agencji. Faktem jest, że udało się zrobić parę spektakularnych rzeczy – między innymi polskie studio Platige Image zaangażowane było w tworzenie filmu "Ambition".

Ola: Tomek Bagiński wyreżyserował ten film, a zagrał w nim Aidan Gillen, który był gwiazdą "Gry o tron".

Piotr: Dokładnie. Zobaczcie sobie ten film, trzeba go dać w opisie koniecznie.

Ola: Bardzo piękny film. Poczekaj, tylko się wtrącę – to nie była promocja w stylu amerykańskim. Ten film jest ambitny, jak brzmi jego tytuł, jest piękny, zrobiony pięknie, bardzo europejski. Nie jest taki oczywisty i festyniarski, tylko ma głębsze podłoże, podwójne dno. To jest coś bardzo fajnego, z czym do tej pory nie mieliśmy wcześniej do czynienia.

Piotr: Niestety później też już nie. Nie chcę wchodzić w niuanse Europejskiej Agencji Kosmicznej, ale z jakiegoś powodu uznali, że chyba nie będą tego powtarzali. Bardzo żałuję – jeżeli mam o coś żal do agencji kosmicznej, to o to, że nie robią promocji tych misji.

Ola: To pewnie była droga promocja.

Piotr: Nie zawsze, nie każdej misji musisz robić aż taki show. Były też elementy budzenia tej sondy, ale naprawdę Europejska Agencja Kosmiczna to jest grupa wielu państw, a te państwa mają swoją kulturę, mają swoje fajne tradycje, znacznie dłuższe niż amerykańskie kulturowo – naprawdę można fajne rzeczy ogrywać. A oni raz zrobili coś super spektakularnego, i ani wcześniej, ani potem już to się nie wydarzyło. Bardzo tego żałuję – jeżeli chcecie, to przyjrzyjcie się, to już było lata temu.

Ola: Ale film jest nadal ładny.

Piotr: Warto go obejrzeć.

Ola: Fajne ma przesłanie.

Piotr: Cała kampania informacyjna była ambitna, ciekawa – zobaczcie sobie, to było coś super.

Ola: Link do filmu znajdziecie w opisie odcinka. Natomiast rzeczywistość na samej komecie okazała się nie tak poetycka i romantyczna, jak to, co pokazuje film "Ambition".

Piotr: Ponieważ analizy między innymi spektrograficzne i chromatograficzne pokazały, że gdyby ktoś wylądował na tej sondzie i próbował powąchać, jak tam pachnie, to dominował smród zgniłych jajek, kocich sików z nutką gorzkich migdałów.

Ola: To smakowitości same.

Piotr: Co w sumie bardzo dobra wiadomość, bo tak naprawdę okazuje się, że jest tam siarkowodór, cyjanowodór, amoniak, są formaldehydy, jest metanol, jest tlenek siarki. Część z tego to są związki organiczne, a to znowu daje bardzo mocno do myślenia w kwestii narodzin życia, przenoszenia życia.

Ola: Tam jest woda, i właśnie tego dotyczy film "Ambition" – tego, czy życie dotarło na Ziemię poprzez komety, poprzez uderzenia komet.

Piotr: Okazało się też w wyniku tej misji, że nie jest tak, jak sądziliśmy, że woda na Ziemi została przyniesiona przez komety – bo wciąż nie do końca wiemy, skąd na Ziemi jest tak dużo wody. Sądzono, że to efekt rozbijania się na wczesnym etapie Układu Słonecznego komet, ale okazało się, że skład wody kometarnej jest inny niż ziemski i to do siebie nie pasuje. To było jedno z takich dość istotnych odkryć – takich, które bardzo fajnie pokazują, jak działa nauka, bo właściwie zamiast dać odpowiedź, na którą wszyscy oczekiwali, okazało się, że to nie jest taka odpowiedź, jakiej oczekiwaliśmy, i właściwie pojawiły się nowe pytania.

Ola: Właśnie, była postawiona hipoteza, że woda na Ziemię dotarła poprzez komety, a tu się okazało, że nie. Nadal możemy snuć hipotezy, i nauka ma co robić.

Piotr: Może to badać. Mamy do Rosetty taki osobisty stosunek, bo to były czasy, kiedy rozkręcała się Crazy Nauka.

Ola: Zaprzyjaźniliśmy się z naukowcami z Centrum Badań Kosmicznych Polskiej Akademii Nauk i w ogóle bardzo emocjonalnie podeszliśmy do tego lądowania na komecie.

Piotr: Między innymi dzięki tej kampanii informacyjnej ESA. Jeszcze raz, jak macie ochotę, obejrzyjcie sobie chociażby, przynajmniej jako pracę domową w wersji miniaturowej, film "Ambition". To nie jest pełnometrażowy film, to króciak, ale bardzo ładny, z takim fajnym powiewem Tomka Bagińskiego.

1:18:01 Zakończenie

Ola: Dziękujemy Wam za to, że wysłuchaliście tego odcinka. Zasubskrybujcie nasz podcast. Rozważcie też dołączenie do grona naszych patronów, albo też możecie rozważyć postawienie nam kawy jednorazowo. Linki w opisie odcinka znajdziecie i do drugiego sposobu wsparcia nas.

Piotr: I na koniec oczywiście nasze specjalne słowo, to dla tych, którzy dosłuchali do końca – doceniamy to bardzo, bo nie wszystkim się to udaje. Jeżeli ktoś chce nam dać znać, że dosłuchał do końca, to może w komentarzu, czy to na YouTube, czy na Spotify, umieścić to specjalne słowo, a brzmi ono…

Źródła

NEAR Shoemaker: – https://en.wikipedia.org/wiki/NEAR_Shoemaker – http://news.bbc.co.uk/2/hi/science/nature/401227.stm – https://science.nasa.gov/mission/near-shoemaker/ – https://pl.wikipedia.org/wiki/(433)_Eros – https://astronet.pl/uklad-sloneczny/n0228/ – http://apod.pl/apod/ap010211.html

Hayabusa: – https://pl.wikipedia.org/wiki/(25143)_Itokawa – https://en.wikipedia.org/wiki/Hayabusa – https://science.nasa.gov/mission/hayabusa/

DART: – https://science.nasa.gov/mission/dart/ – https://science.nasa.gov/planetary-defense-dart/ – https://dart.jhuapl.edu/Mission/index.php – https://www.urania.edu.pl/wiadomosci/udany-test-obrony-planetarnej-sonda-dart-uderzyla-w-dimorphosa – https://www.nasa.gov/news-release/nasa-confirms-dart-mission-impact-changed-asteroids-motion-in-space/ – https://www.urania.edu.pl/wiadomosci/nasa-potwierdza-ze-impakt-zmienil-ruch-planetoidy

Rosetta: – https://phys.org/news/2014-10-rosetta-67p-comet-death-star.html – https://pl.wikipedia.org/wiki/Rosetta_(sonda_kosmiczna) – https://sci.esa.int/where_is_rosetta/ – https://dydaktyka.fizyka.umk.pl/Wystawy_archiwum/z_omegi/rosetta.html – https://youtu.be/32vlOgN_3QQ?si=HBoH3n5kQw5tIG5y

Źródła

NEAR Shoemaker

Hayabusa

DART

Rosetta