Podcast Crazy Nauka · odc. 31

Jak obliczyć odległość od burzy i inne naukowe odpowiedzi na trudne pytania – część 2

18-07-2023 · 89 min · Trudne pytania, Codzienne sprawy, Fizyka i technika

Okładka odcinka

Tu jest treść z serwisu Spotify. Po jej włączeniu Spotify otrzyma Twój adres IP i może zapisać w przeglądarce pliki cookies.

Posłuchaj też na:

To druga porcja naukowych wyjaśnień zjawisk, na które trafiamy często, ale nad którymi zwykle nie mamy czasu głębiej się zastanowić. Łącznie 12 pytań i 12 naukowych odpowiedzi.

Znów wzięliśmy na warsztat trochę tematów typowo letnich, ale dopuściliśmy też do głosu większą różnorodność, dzięki czemu tym razem usłyszycie m.in. o tym, dlaczego:
Mój głos tak dziwnie brzmi na nagraniu?
Niektórych ludzi komary kąsają częściej niż innych?
Gwiazdy rysujemy w kształcie… gwiazdek?
Tak trudno otworzyć lodówkę zaraz po jej zamknięciu?
Chce się siku, kiedy zanurzamy się w chłodnej wodzie?

Dziękujemy szczególnie naszemu patronowi – ManukUnta za wsparcie!

(0:00) Cześć 🙂
(3:41) Jak obliczyć odległość od burzy?
(11:21) Dlaczego gwiazdy rysujemy w kształcie gwiazdy?
(21:03) Dlaczego Księżyc czasami wydaje się ogromny?
(28:57) Czy czytanie po ciemku psuje wzrok?
(33:57) Dlaczego niektórych ludzi komary kąsają częściej niż innych?
(47:16) Dlaczego ukąszenia komarów swędzą?
(55:41) Dlaczego słodki sok smakuje kwaśno po umyciu zębów?
(1:03:29) Dlaczego zanurzenie się w chłodnej wodzie sprawia, że chce się siku?
(1:13:40) Dlaczego mój głos tak dziwnie brzmi na nagraniu?
(1:17:29) Dlaczego nie płaczę po cebuli, kiedy mam na sobie soczewki kontaktowe?
(1:23:28) Dlaczego trudno otworzyć lodówkę zaraz po jej zamknięciu?

Przygotowując ten odcinek podcastu, korzystaliśmy z badań naukowych oraz naszych artykułów na blogu, które napisaliśmy oczywiście w oparciu o źródła naukowe (i te źródła tam znajdziecie):

crazynauka.pl/burza-jak-prawidlowo-obliczyc-odleglosc-od-…

crazynauka.pl/gwiazdy-rysujemy-ksztalcie-gwiazdy/

sciencedirect.com/science/article/pii/S1888429609700184

crazynauka.pl/fakty-i-mity-calkowite-zacmienie-ksiezyca-2…

crazynauka.pl/czy-czytanie-po-ciemku-psuje-wzrok/

crazynauka.pl/dlaczego-niektorych-ludzi-komary-gryza-czes…

crazynauka.pl/dlaczego-ukaszenia-komarow-swedza/

palynology.allergy.pl/2006/2006-8.pdfcrazynauka.pl/dlaczego-s-odki-sok-smakuje-kwa-no-po-umyciu/

crazynauka.pl/dlaczego-s-odki-sok-smakuje-kwa-no-po-umyciu/

crazynauka.pl/czy-ogladanie-telewizji-z-bliska-szkodzi/

crazynauka.pl/dlaczego-zanurzenie-sie-w-chlodnej-wodzie-s…

dan.org/health-medicine/health-resources/diseases-conditi…

mentalfloss.com/posts/why-swimming-makes-you-pee

pubs.acs.org/doi/full/10.1021/acs.estlett.7b00043

crazynauka.pl/dlaczego-moj-glos-brzmi-inaczej/crazynauka.pl/dzieki-soczewkom-kontaktowym-nie-placze-sie…

crazynauka.pl/dzieki-soczewkom-kontaktowym-nie-placze-sie…

facebook.com/crazynauka/posts/2394702287328194/?locale=ms_MY

Transkrypcja odcinka

Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.

0:00:00 Wstęp

Piotr: Dlaczego mój głos brzmi na nagraniu jakoś inaczej?

Ola: Dlaczego to mnie komary najchętniej gryzą?

Piotr: Czemu gwiazdy rysujemy zawsze z takimi promieniami?

Ola: Nie płaczę przy obieraniu cebuli, skąd ta moja supermoc? Cześć, tu Ola Stanisławska.

Piotr: I Piotrek Stanisławski, podcast Crazy Nauka, a jakże. Jak może się zorientowaliście z tego naszego, jakże emocjonującego, wstępu, dziś będzie kolejna porcja wyjaśnień tych małych, codziennych zjawisk. Czasem niezbyt małych, bo akurat zaczniemy od tego, co wczoraj, czyli 17 lipca, przewalało się przez Polskę, czyli burze z piorunami gwałtownymi.

Ola: W każdym razie teraz przygotowaliśmy dla was, podobnie jak tydzień temu, naukowe wyjaśnienia rzeczy, na które trafiamy często, ale nad którymi zwykle nie mamy czasu głębiej się zastanowić. Poprzednio to były tematy typowo letnie, dziś większa różnorodność, ale nadal pozostajemy przy sprawach, na które właśnie teraz możecie natrafić.

Piotr: Ale na razie bardzo wam dziękujemy za to, że z nami jesteście, że nas słuchacie, że komentujecie to, co robimy.

Ola: Bo wiecie, jesteśmy przecież obecni na wszystkich liczących się platformach podcastowych.

Piotr: I liczących się przecież też.

Ola: Pozdrawiamy te osoby, które są przyzwyczajone do tego, że zawsze to mówimy.

Piotr: Bardzo wam dziękujemy, bo naprawdę robicie świetną robotę i przyznam szczerze, że bardzo, bardzo lubię od kilku tygodni, nawet więcej niż kilku, zaglądać szczególnie na Spotify. Zrobili tam takie fajne narzędzie do ankiet, między innymi. Już wam o tym mówiliśmy, ale zwracam uwagę, bo poprzednio zapytaliśmy was o to, które z opisywanych w poprzednim odcinku zjawisk was dotyczą. I mamy bardzo dużo odpowiedzi, ponad setkę.

Ola: Najwięcej osób widzi farfocle w oczach, takie niby robaki pływające przed oczami, kiedy się patrzy na niebo.

Piotr: Męty ciała szklistego. Dużo osób źle śpi w nowym miejscu i dużo osób kicha, patrząc w słońce. W sumie jestem bardzo zaskoczony, bo to nie jest jakaś próba badawcza, nie wiadomo co, ale tylko 15% powiedziało, że czuje ten szparagowy zapach moczu. Więc w sumie niedużo, w jakimś stopniu jestem zaskoczony. Jeżeli ktoś jeszcze dziś, czyli we wtorek, słucha naszego nowego podcastu, to jeszcze można na tę ankietę zagłosować. Przypominam, we wtorek 18 lipca, a do środy, 19, ona wciąż działa. Zawsze się tam jakieś ankiety pojawiają, zaglądajcie. Jeżeli nawet nie słuchacie specjalnie na Spotify, a korzystacie z innej platformy, to tam zawsze można coś fajnego sobie znaleźć.

Ola: Już wiem, już zaraz ruszamy z samym mięsem, czyli treścią, ale najpierw bardzo ważna dla nas rzecz – ogromnie dziękujemy tym wszystkim, którzy zostali naszymi patronami i zdecydowali się nas wspierać na Patronite. To naprawdę dla nas ważne. Jeżeli ktoś z was uważa, że to, co robimy, jest warte wsparcia, to zapraszamy na nasz profil na patronite.pl. A teraz, skoro już trochę pogadaliśmy, wreszcie ostro ruszamy.

0:03:41 Jak obliczyć odległość od burzy?

Ola: Zdarzyło wam się czasem próbować obliczyć, jaka jest odległość między wami a tym centrum burzy, w którym jest najwięcej wyładowań? Mnie w dzieciństwie uczono czegoś takiego, że zaraz po tym, jak nastąpił błysk, liczyło się sekundy, i na każdą z tych sekund przypadał jeden kilometr odległości od miejsca, w które uderzyła błyskawica. W ten sposób można było sprawdzić, czy burza się zbliża, czy oddala, i to akurat się sprawdzało. Natomiast to, czy takie liczenie było rzeczywiście wiarygodne – jak potem zerknęłam do źródeł i sprawdziłam tę informację, okazało się, że to było kompletnie błędne, bo wynik, który mi wychodził, był aż trzykrotnie zawyżony. Zanim przejdę do tego, jak to obliczyć, powiem, z czego wynika ten błąd i jak w ogóle należy traktować takie obliczenia. Błyskawica, czyli piorun, to silne wyładowanie elektrostatyczne. Wyładowanie, o którym tu będę mówić, dotyczy burzy – zaznaczam to, bo istnieją jeszcze wyładowania, które powstają wskutek tarcia pyłów wulkanicznych. Akurat u nas wulkanów zbyt wielu nie ma, chyba że wygasłych na Dolnym Śląsku, albo tych, które powstają wskutek pożarów lasów. Szczęśliwie też u nas takich wyładowań dawno nie było.

Piotr: Takich pożarów nie mamy jak w innych miejscach.

Ola: Wyładowanie, o którym tu mówię, przebiega pomiędzy chmurami albo chmurą a gruntem. Światło mknie z przybliżoną prędkością 300 tysięcy kilometrów na sekundę, więc błysk dociera do naszych oczu właściwie natychmiast – te opóźnienia są tak zaniedbywalne w naszym odbiorze rzeczywistości, że w przypadku światła możemy je w ogóle przemilczeć. Inaczej jest z grzmotem, czyli gromem dźwiękowym, który powstaje wskutek nagłego zwiększenia ciśnienia i temperatury powietrza, co powoduje jego szybkie rozszerzanie się.

Piotr: To jest bardzo ciekawe, jak ta linia się tworzy, po której leci wyładowanie. Powietrze w tej rurce, którą przelatuje piorun, nagrzewa się bardzo gwałtownie i bardzo gwałtownie się rozszerza, stąd ta rozchodząca się fala uderzeniowa.

Ola: I ten huk, który z tego pochodzi. Tutaj warto zaznaczyć, że dźwięk przemieszcza się dużo, dużo wolniej niż światło, a w dodatku prędkość jego przemieszczania się uzależniona jest od temperatury powietrza. Dla 15 stopni Celsjusza ma wartość 1225 km na godzinę, czyli jakieś 340 metrów na sekundę. Przy niższych temperaturach dźwięk mknie wolniej, na przykład przy minus 20 stopniach Celsjusza z prędkością niespełna 320 metrów na sekundę, a przy 30 stopniach, tak jak to wczoraj miało miejsce, z prędkością niemal 350 metrów na sekundę. Skąd wziąć dane do tych obliczeń? Tę wiedzę można wykorzystać do policzenia na piechotę, jak daleko od nas uderzył piorun, i to oczywiście zależy od temperatury powietrza, ale dla letnich burz, dla ułatwienia, można przyjąć w przybliżeniu, że dźwięk przemieszcza się z prędkością 1,3 km na sekundę. Więc po zobaczeniu błyskawicy, jeśli doliczymy do 3, grzmot powinien w tym czasie przebyć odległość około 1 kilometra.

Piotr: Czyli do 3, ale nie chodzi o takie doliczenie do 3 – raz, dwa, trzy.

Ola: Tylko tak: sto jeden, sto dwa, sto trzy.

Piotr: No to właśnie, to jest sprawdzona metoda. Można się też pobawić jakimś zegarkiem, telefonem.

Ola: Czyli jeżeli doliczymy do 3, będzie to odległość około 1 kilometra. Trzeba tu wziąć pod uwagę, że im dalej będzie burza, tym więcej błędów pojawi się w naszym liczeniu, bo zwielokrotni się niedokładność wynikająca z przyjęcia tej przybliżonej prędkości dźwięku.

Piotr: No i przede wszystkim z naszego liczenia, bo to jest największy błąd.

Ola: No właśnie, jeżeli odliczamy bez zegarka, to jest już w ogóle obarczone wysokim błędem, więc trzeba to traktować wyłącznie orientacyjnie. Z zegarkiem będzie to nieco dokładniejsze.

Piotr: Warto też pamiętać, że to nie jest jakaś miara bezwzględna, gdzie jest burza, tylko dokładnie, gdzie jest miejsce, w którym uderzył ten piorun, który zobaczyliśmy i usłyszeliśmy. To też jest często problem, bo jeżeli te pioruny idą, można powiedzieć, bardziej seryjnie, to trudno nam dopasować dany błysk do danego dźwięku. To też jest pewne zakłócenie.

Ola: A co więcej, nie ma czegoś takiego jak centrum burzy, gdzie biją pioruny, a w pozostałych miejscach już zupełnie nie.

Piotr: Tak.

Ola: To nieprawda.

Piotr: To zresztą jest też częsty błąd, który czasem może kosztować życie, bo wychodzimy z założenia, że burza jeszcze daleko, to zdążę jeszcze coś tam.

Ola: Ogarnę prace ogródkowe, jak to ja na przykład.

Piotr: A tymczasem bywa – nie bardzo często, ale dość często – że piorun uderza naprawdę daleko od tego, co nam się wydaje, że jest centrum burzy, i dlatego, jak już słyszymy te grzmoty i burza idzie, najlepiej się schować. A propos, jest taki serwis Blitzortung, chyba tak się nazywa, albo na Windy.com też widać.

Ola: Blitzortung, tak pisałem.

Piotr: Blitzortung, tak. Albo na Windy.com też można zobaczyć. Mówię o tym dlatego, że nie ma co zgadywać, nie ma co wychodzić z założenia, że hej, może burza będzie, może nie będzie, skoro mamy dosłownie w ręku telefon komórkowy – prawie każdy ma tę appkę, ten Blitzortung, albo nawet na stronę można wejść, a Windy pozwala rzeczywiście zobaczyć, gdzie ostatnio uderzyły pioruny. Jest cały system śledzenia tych wyładowań i dzięki temu widzimy, skąd idzie burza, dokąd idzie, gdzie realnie są te wyładowania, i to tak naprawdę likwiduje ten element domyślania się.

Ola: To jest istotne zwłaszcza dla tych spośród was, którzy na przykład biwakują gdzieś na polu, w lesie – w momencie, kiedy wiemy, że burza nadchodzi, a mieszkamy na przykład w namiocie, to może warto schronić się do jakiegoś budynku albo wejść do samochodu i się w nim zamknąć.

Piotr: To widać też, jak intensywne są te burze, zwłaszcza jak się spojrzy na radar pogodowy – tam widać opady, widać te wyładowania. Nie żyjemy w czasach, kiedy trzeba było się opierać wyłącznie na opinii najstarszych górali. Mamy bardzo konkretne narzędzia pozwalające na bieżąco śledzić to, co się dzieje.

Ola: I warto z nich korzystać.

0:11:21 Dlaczego gwiazdy rysujemy w kształcie gwiazdy?

Piotr: Otóż właśnie. Teraz wątek, który nawet wczoraj wieczorem mnie nie dopadł, bo Ola gdzieś się myła, a ciepło było bardzo – wyszedłem sobie w nocy, dobrze, nie powiem, że wieczorem. Mieszkamy pod miastem, więc widać tych kilka gwiazd.

Ola: Aczkolwiek pod bardzo dużym miastem, o nazwie Warszawa, które nam skutecznie swoim światłem zakłóca obserwowanie gwiazd.

Piotr: Ale jak kto mieszka faktycznie w Warszawie, to tych gwiazd widzi z sześć, a u nas widać ich trochę więcej.

Ola: Mamy nawet tekst na temat tego, ile gwiazd widać w dużym mieście – polecamy, wrzucimy do linków.

Piotr: No właśnie. W każdym razie, wracając do tematu – położyłem się, patrzyłem sobie w niebo, gwiazdy. Teraz bardzo pięknie widać trójkąt letni, taki bardzo charakterystyczny, widać go nawet z centrum dużego miasta. Może nie Las Vegas, ale niech mu będzie. I teraz ta refleksja, która towarzyszy mi zawsze: gwiazdy to są takie bardzo duże kule plazmy, w pewnym uproszczeniu – kropki. Jak popatrzymy na niebo, to one generalnie są kropkami, a z jakiegoś powodu zawsze i wszędzie rysujemy je jako gwiazdki. Powiesz dziecku: narysuj gwiazdkę.

Ola: Proximę Centauri na przykład narysuj, kochanie – i dziecko rysuje ci gwiazdkę. I ona jest zazwyczaj ile ramienna?

Piotr: Pięcio, zazwyczaj pięcio. Ale czy was to kiedyś zastanowiło, że jak każesz komuś narysować gwiazdkę, to nikt nie stawia kropki? Jak na niebie patrzymy, to są kropki, a jak narysuj gwiazdkę, to rysujesz gwiazdkę – dlaczego gwiazdka, gwiazda? Taka konwencja – właśnie nie do końca, jak się okazuje. Ma to pewne uzasadnienie, trochę fizyczne, a trochę anatomiczne. Faktycznie, jak się przyjrzymy, to gwiazdy nam się w oczach na takie promienie rozdzielają, i to nie jest związane z wadą wzroku, chociaż ci, co mają jakąś istotną wadę, raczej nie tyle widzą kropki, co takie rozmazane plamy.

Ola: Albo nic nie widzą.

Piotr: Widzą niebo ciemne.

Ola: Gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie.

Piotr: Nie o to chodziło zupełnie, i nie będziemy dzisiaj mówić o Arystotelesie.

Ola: Zwłaszcza że to Immanuel Kant.

Piotr: To nie ten sam co Arystoteles? To ich dwóch było?

Ola: Nawet trzech, jak [? niepewne: niczego] dołączysz. Już nie wchodźmy w to.

Piotr: Wracając do tematu – jak popatrzymy na gwiazdy, to rzeczywiście często robią nam się przed oczami takie promienie, takie piki wystające z tej kropki gwiezdnej. Co więcej, podobne efekty można zobaczyć na zdjęciach z teleskopów, na przykład z kosmicznego teleskopu Hubble'a. Jeżeli znajdziecie jakieś takie zdjęcie, to zwłaszcza te jasne gwiazdy, nie te bardziej odległe – czasem jest takie zdjęcie, że mamy gdzieś tam jakąś galaktykę, a nagle mamy jakiś bardzo jasny obiekt, i ten obiekt ma ewidentnie piki, wystające z siebie szpice. Co to jest? Nie dorabiają tego specjaliści z NASA, żeby usatysfakcjonować odbiorców.

Ola: To wszystko nie jest jakiś spisek?

Piotr: Jest, ale nie o tym teraz. To jest kwestia tego, że światło ma naturę falową, w związku z czym pojawia się zjawisko dyfrakcji – to jest zmiana kierunku rozchodzenia się fali na przeszkodach. Jeżeli pomiędzy gwiazdą a nami jest jakaś przeszkoda, na tyle wąska, że nie zasłania tej gwiazdy, ale jakoś zakłóca ten obraz, to fala świetlna się troszkę owija wokół tego i zostaje odchylona. To powoduje powstawanie takich promieni.

Ola: Można by mówić o zaćmieniu tych gwiazd takimi obiektami, nie?

Piotr: Nie, to nie chodzi o przesłonięcie ich, tylko o to, że na drodze – w tym wypadku do naszej siatkówki albo do światłoczułej matrycy teleskopu – coś jest. I te obiekty to nie są jakieś wielkie kosmiczne struktury, tylko wręcz odwrotnie, są bardzo blisko tego miejsca, w którym rejestrowany jest ten obraz. W przypadku teleskopu Hubble'a to są cztery pręty, które podtrzymują zwierciadło wtórne. Jak ktoś zobaczy schemat teleskopu Hubble'a, to jest tam zwierciadło główne i zwierciadło wtórne, które musi być czymś podpierane – i ono ma właśnie takie cztery patyki, na których jest podwieszone.

Ola: To wydaje się sprawą prostą, oczywistą – rozumiem, że te rozgałęzienia na zdjęciach wykonywanych przez Hubble'a mają cztery promienie?

Piotr: Tak, są cztery promienie. I to nie jest cień tych prętów, tylko wręcz odwrotnie – to są rozjaśnienia, bo światło, te fale świetlne, wzmacniają się w tym miejscu. To jest to, co mamy w teleskopie Hubble'a. Natomiast poza teleskopem Hubble'a – my też te gwiazdki rysujemy od dawna i widzimy je w ten sposób, i to znowu jest zjawisko optyczne, wynikające z budowy naszego oka, a dokładniej z soczewki. Bo jak jesteśmy…

Ola: A ja myślałam, że to jest jakiś efekt rozproszenia w atmosferze, coś takiego. Ale super, mów dalej.

Piotr: No więc właśnie. Z tą soczewką jest tak, że gdy rośniemy w życiu płodowym, ona nam rośnie z trzech stron, równocześnie się rozrasta i spotyka się w jednym miejscu. Te komórki tworzą strukturę soczewki właśnie tak, jak rosną do środka, i przez to, że rosną do środka, zostają na soczewce takie leciutkie zakłócenia, takie ślady – nie chcę powiedzieć blizny, bo to nie są blizny – ale zakłócenia struktury. To jest taki kształt, który tworzy coś na kształt litery Y, może bardziej równomiernej. Co ciekawe, mamy dwa takie ślady, czyli i na przedniej, i na tylnej ściance soczewki takie coś powstaje. Co jeszcze ciekawsze, one są skierowane przeciwnie, jakby jedna literka Y była normalnie, a druga do góry nogami. I to daje taką sześcioramienną gwiazdkę.

Ola: Czyli sześcioramienną, a nie pięcioramienną?

Piotr: No właśnie, zaraz do tego przejdziemy. To nie jest oczywiście taka idealna gwiazdka, bo po pierwsze nie rośnie zawsze tak samo i równomiernie, nawet w jednym oku jest inaczej niż w drugim. Czasami to się nakłada, czasami niektóre z tych szwów są wyraźniejsze, a inne praktycznie niezauważalne. Ale generalnie mamy tendencję do takich sześcioramiennych promieni.

Ola: Czyli tak naprawdę gwiazda Dawida.

Piotr: No, można tak powiedzieć. Najlepszym odwzorowaniem byłaby gwiazda Dawida, i dobrze o tym mówisz, dlatego że żeby narysować równą, sześcioramienną gwiazdę Dawida, trzeba narysować dwa równoboczne trójkąty i ładnie je na siebie nałożyć. To nie jest takie proste.

Ola: Równoboczne czy równoramienne?

Piotr: Równoboczne, bo muszą mieć wszystkie trzy boki równe, jeżeli chcemy mieć tak regularną gwiazdę. Natomiast zwróć uwagę, że znacznie łatwiej rysuje się gwiazdkę pięcioramienną, bo rysuje się ją bez odrywania ręki. Przykładasz rękę, czasem wychodzi mniej lub bardziej koślawa, ale po narysowaniu kilkunastu jesteśmy w stanie zrobić w miarę równą. I mam wrażenie, chociaż nie spotkałem takich badań, że rysujemy gwiazdki pięcioramienne najczęściej właśnie dlatego, że łatwiej się je rysuje. Wyrysowanie gwiazdy sześcioramiennej wymaga znacznie większego wysiłku i zazwyczaj nie wychodzi ładnie za pierwszym razem. A my mamy pewien problem z liczeniem z pamięci – to mnie zawsze bardzo bawi, bo jak się szuka w jakichś bankach obrazków schematycznego rysunku śnieżynki, to naprawdę często spotyka się śnieżynki, na przykład, pięcioramienne, mimo że ze struktury cząsteczki wody wynika, że każdy płatek śniegu jest zawsze sześcioramienny.

Ola: O tym też mamy tekst, i też zapraszamy do linku.

Piotr: Czasem bardziej bezkształtny, czasem mniej, ale jednak sześcioramienny. A mimo to ludzie rysują pięcio-, siedmio-, ośmioramienne, bo nie jesteśmy dobrzy w takim liczeniu – jak coś pamiętamy, ale nie do końca, coś nam się wydaje. Więc mam wrażenie, że stąd ta pięcioramienność, ale to już inna kwestia.

Ola: Już naprawdę nie jesteśmy dobrzy w liczeniu, jeżeli nie jesteśmy w stanie policzyć do sześciu.

Piotr: Nie zapamiętujemy, ale to tak działa, naprawdę. Te śnieżynki – trzeba zawsze uważać, bo jak kiedyś jakaś gazeta czy portal wrzucił coś à propos śniegu i wrzucił taką pięcioramienną gwiazdkę, to śmiechu było co niemiara, więc trzeba na to uważać.

Ola: Tak, ale to bardzo hermetyczny żart, myślę, że większość osób tego nie zrozumiała.

Piotr: No dokładnie, mimo że niby wszyscy wiedzą, ile boków ma ta nasza nieszczęsna śnieżynka.

0:21:03 Dlaczego Księżyc czasami wydaje się ogromny?

Ola: A dlaczego księżyc czasami wydaje się ogromny, skoro już jesteśmy przy tematach kosmicznych? To było dokładnie 3 lipca – nie powiem, że pamiętam, ale sprawdziłam przed naszą rozmową. 3 lipca była pełnia, i w momencie, kiedy księżyc był nisko nad horyzontem, spojrzałam i był taki mocno żółty i wydawał się ogromny. Był nisko nad drzewami, nad domami, i nagle złapałam się za głowę, że przecież wiem, z czego to wynika, że to jest tylko iluzja, ale przecież on naprawdę wydaje się ogromny.

Piotr: Ta iluzja jest tak silna, że właściwie nie da się z nią nic zrobić.

Ola: Tak, prawie nic. Zaraz powiem, w jaki sposób jednak coś można z tym zrobić, natomiast nie potrafię wyjaśnić dlaczego. Ta iluzja jest przekonująca wtedy, kiedy księżyc jest porównywany z obiektami znajdującymi się na powierzchni Ziemi, czyli drzewami, domami, i to sprawia, że ludzkie oko postrzega księżyc jako większy, niż kiedy wzniesie się on wyżej na nieboskłon. Chodzi tu przede wszystkim o księżyc, który jest w pełni, albo dążący do pełni, albo tuż po pełni, nie o sierp, bo ten zazwyczaj nie jest aż tak spektakularny. Tutaj jeszcze dodam, że od czasu do czasu media obiega elektryzująca wiadomość, breaking news, co czasami bywa tłumaczone jako łamiąca wiadomość.

Piotr: Bardzo lubię to tłumaczenie. Ktoś nam ostatnio zwrócił uwagę, że przecież to jest złe tłumaczenie.

Ola: Ojej. I pojawia się coś takiego jak superksiężyc, a już najlepiej, jak jest krwawy superksiężyc. Ostatnio trafiłam na burzowy superksiężyc – nie, księżyc burzowy.

Piotr: Ale jeszcze jest jakieś błękitne, superpełnia – o, superpełnia, tak, błękitna albo jakaś inna, piaskowa.

Ola: Dobrze, superpełni teraz nie wytłumaczę, też mamy tekst na ten temat u nas na blogu czy na Facebooku. Natomiast superksiężyc – istnieje coś takiego, takie zjawisko, i pojawia się ono, gdy księżyc jest w pełni w chwili, kiedy znajduje się najbliżej Ziemi na swojej orbicie.

Piotr: A wiesz, że właśnie ta ostatnia pełnia taka była?

Ola: Naprawdę?

Piotr: Tak, ta ostatnia pełnia.

Ola: Wiecie, że orbita jest eliptyczna, w związku z czym… dobrze mówię, orbita księżyca też jest eliptyczna, lekko wydłużona, więc odległość księżyca od Ziemi waha się od około 406 tys. km do niespełna 357 tys. km. Kiedy księżyc jest najdalej, to jest apogeum, a kiedy najbliżej, to jest perygeum.

Piotr: No i teraz mieliśmy właśnie perygeum, tak.

Ola: Czyli ta moja sugestia była właściwa?

Piotr: Tak i nie – to raczej kwestia tego, że teraz ta letnia pełnia jest bardzo nisko, w ogóle się wysoko nie wznosi na niebo, ale tak naprawdę ta różnica jest na tyle niewielka, że to teoretycznie może być kilkanaście procent.

Ola: To ja ci powiem, jaka jest różnica. Jak odległość Ziemi od księżyca wynosi, powiedzmy, 357 tys. km, to wówczas tarcza księżyca jest widoczna dla nas jako o kilkanaście procent większa i nawet do 30% jaśniejsza niż podczas apogeum, czyli wtedy, kiedy księżyc jest najbardziej oddalony.

Piotr: Tylko że jak nie wiesz, to nie zauważysz. To znaczy, nie jesteś w stanie zauważyć, że księżyc jest większy o te kilkanaście procent. Jak zestawisz ze sobą dwa zdjęcia, to widać tę różnicę, natomiast na niebie jej absolutnie nie widać, i to jest wyłącznie sugestia. Może być trochę jaśniejszy, zauważalnie, choć też bez przesady, ale to nie jest tak, że wydaje się teraz większy, bo księżyc jest bliżej Ziemi – to jest praktycznie zaniedbywalne.

Ola: To prawda. Natomiast, jak sądzę, nieraz spotkaliście się ze zdjęciami takiego gigantycznego księżyca, który wisi nisko nad drzewami i jest tak wielki, że zajmuje niemalże pół pola widzenia. To naprawdę robi wrażenie, i takie zdjęcia są przywoływane, kiedy ma się pojawić superksiężyc – wtedy właśnie takie zdjęcia krążą po sieci. Z tym, że to jest tylko efekt wizualny, wynikający z technicznych możliwości aparatów fotograficznych, i niekiedy wykorzystuje się do tych zdjęć też sprzęt do obserwacji nieba.

Piotr: Ale to tak naprawdę można zrobić przez teleobiektyw z długą ogniskową, dobrze ustawiając to, co będzie między nami a księżycem – wychodzą wtedy bardzo ładne efekty.

Ola: No tak. I to w sumie jest wyłącznie prosty zabieg techniczny, a ludzie niekiedy przyjmują, że taki księżyc jest naprawdę taki, mimo że w życiu takiego księżyca u siebie nie widzieli. Nie wiem, dlaczego ulegamy takiej sugestii. Jeszcze powiem, w jaki sposób sprawić, żeby księżyc przestał być taki wielki i zaczął mieć wielkość, jaką ma wysoko nad horyzontem, podczas gdy tuż nad drzewami wydaje się gigantyczny. Warto stanąć w lekkim rozkroku, pochylić się i spojrzeć na księżyc pomiędzy swoich nóg. Jest to nieco karkołomne, warto mieć koło siebie jakieś drzewo czy płot do przytrzymania się. Ale wtedy tracimy ten punkt odniesienia, jakim są drzewa czy zabudowania, i widzimy księżyc odniesiony do nieba, które zajmuje większość naszego pola widzenia. Próbowałam, i to naprawdę działa – wiem, że trudno to wytłumaczyć, i teraz sama się zaczęłam plątać.

Piotr: Muszę ci zdjęcie zrobić, jak to robisz.

Ola: Ale też naprawdę spróbujcie tego kiedyś, jak was nikt z sąsiadów nie będzie widział.

Piotr: Jak ktoś nie chce ryzykować życiem i śmiesznością, to jest jeszcze drugi patent, choć już nie tak prosty. Wyciągamy przed siebie rękę i patrzymy, jak zakrywamy palcem tarczę księżyca, i sprawdzamy, jaki ma rozmiar względem tego palca. A potem robimy to samo innego dnia, kiedy księżyc jest wysoko na niebie, albo nawet tego samego dnia, jeżeli udało nam się złapać wschód księżyca i potem obserwować, jak wznosi się wysoko. Powtarzamy ten sam zabieg, i zajmuje on zawsze ten sam kawałek palca, mimo że na dole wygląda na ogromny i wstrząsający. To rozwiązanie dla kogoś, kto nie chce fikać, ale polecam też to patrzenie między nogami.

Ola: Sąsiadom też polecam. Ciekawe, czy będziecie mieli takie odczucie jak ja, że księżyc widziany, kiedy jesteśmy do góry nogami, pomiędzy naszych własnych nóg, będzie wyglądał na mniejszy, niż kiedy jest oglądany normalnie.

0:28:57 Czy czytanie po ciemku psuje wzrok?

Piotr: Teraz aktywność, może nie stricte wakacyjna, ale w jakimś stopniu – czytanie po ciemku.

Ola: Oj, to w namiocie bardzo dobrze się to uprawiało.

Piotr: No, w namiocie tak, zwłaszcza jak ktoś obok śpi i nie chcemy, żeby za bardzo świeciło mu w oczy, to świecimy latarką, w każdym razie nie pełnym światłem. I to jest właściwie chyba jedyny moment, kiedy rodzice tępią czytanie u dzieci, z cyklu: nie czytaj po ciemku, bo sobie popsujesz wzrok. I pytanie, czy rzeczywiście ten wzrok sobie popsujesz. Oczywiście krążą do tego memy, jak to mama mówi: nie, nie, nie czytaj po ciemku, absolutnie, a dziecko ukrywa się z latarką pod kocem, i mama zaciera ręce, że udało się tymi zakazami skłonić dziecko do czytania. To trochę karkołomna konkluzja, ale generalnie tak. Więc pytanie zasadnicze: czy rzeczywiście czytanie po ciemku, przy kiepskim świetle, psuje wzrok?

Ola: Gdyby tak było, to myślę, że dawniejsze pokolenia wszystkie miałyby z tym problem. Ja co prawda tu siedzę w okularach, więc nie jestem grupą reprezentatywną.

Piotr: To jest w ogóle ciekawe, dlaczego istnieje pewne powiązanie między czytaniem, taką pracą intelektualną, a krótkowzrocznością, zwłaszcza czymś, co nazywa się popsutym wzrokiem. To jest trochę bardziej skomplikowane, bo samo czytanie po ciemku wzroku na pewno mi nie zepsuje. Może nas boleć głowa.

Ola: Podważasz kompetencje milionów matek na tym świecie.

Piotr: Właśnie zastanawiam się, czy wciąż ten tekst obowiązuje, ale kiedyś obowiązywał.

Ola: Możemy to w ankiecie umieścić.

Piotr: Możemy, tak, to pomysł na ankietę, muszę się zastanowić, ale możliwe, że to umieścimy. Więc, mogą nas te oczy szczypać, mogą łzawić, możemy mieć zmęczony wzrok, taki piasek pod powiekami, ale to mija i nie zostawia trwałych efektów. Natomiast to, co rzeczywiście ma wpływ na krótkowzroczność, poza wieloma innymi kwestiami, jak chociażby genetyczne, to fakt, że w ogóle spędzamy nasze życie, patrząc na rzeczy, które są bardzo blisko nas – komputer, książka, smartfon – że spędzamy czas w pomieszczeniach, gdzie rzadko patrzymy na coś, co jest dalej niż 10 czy 20 metrów, a tymczasem nasze oczy są przystosowane do patrzenia w dal. Jakby na to nie patrzeć, wciąż jesteśmy tymi samymi zwierzętami, które wyewoluowały na sawannie, gdzie było daleko do patrzenia. Owszem, pewnie przez jakiś czas dłubaliśmy sobie coś blisko siebie, ale przez większość czasu przyglądaliśmy się temu, co jest w oddali. I to jest właśnie ten problem, że kiedy patrzymy tylko z bliska, nasze oczy cały czas muszą dość mocno pracować – kwestia akomodacji wzroku na coś bliskiego wymaga stałego napięcia mięśni, co po dłuższym czasie może powodować zmiany przyczyniające się do krótkowzroczności. Dlatego są takie oficjalne zalecenia, żeby robić przerwy przy pracy polegającej na gapieniu się na coś, co jest blisko, i te przerwy nie powinny polegać na przerzucaniu wzroku na telefon czy książkę, tylko na przykład na staniu przy oknie i patrzeniu przez dobrych parę minut na coś, co jest naprawdę daleko, gdzieś na horyzoncie. Jeżeli nie mamy takiej możliwości, zaleca się zakryć oczy dłońmi i po prostu patrzeć w ciemność przed sobą – oczy mogą być zamknięte, nie ma znaczenia – żeby rozluźnić cały układ mięśniowy sterujący gałkami ocznymi, bo bez tego wzrok się psuje, między innymi przyczyniając się do krótkowzroczności.

Ola: Ja tylko dorzucę, że mimo iż krótkowzroczność jest w dużej mierze uwarunkowana genetycznie, można jej pomóc, długo patrząc na mało oddalone od nas przedmioty i męcząc wzrok, a można też utrudnić ujawnienie się tej wady genetycznej, praktykując ćwiczenia patrzenia w dal – ja akurat nie robiłam tego zbyt pilnie.

Piotr: No tak, to kwestia większa w ogóle, ale tak czy inaczej czytać przy słabym świetle można, i w ogóle czytanie polecamy na różne sposoby.

0:33:57 Dlaczego niektórych ludzi komary kąsają częściej niż innych?

Ola: Czy też tak niektórzy z was mają, że jak gdzieś się pojawiacie, to wszyscy dookoła mówią: o, już nas komary nie gryzą, jesteśmy gdzieś w ogródku, pod lasem, ognisko, wszyscy się świetnie bawią, a tylko ja jedna oganiam się od komarów. Chyba rekordem świata była taka wycieczka nad Wisłę – był akurat wysoki poziom Wisły, w przeciwieństwie do tego, co jest teraz, kiedy mamy suszę, i tereny zalewowe w pobliżu Wisły były podmokłe, więc były tam dobre warunki do wylęgu komarów. Byliśmy tam dosłownie 10 minut, uciekałam z krzykiem, naliczyłam na sobie ponad 100 ukąszeń komarów, a dodam, że byliśmy tam we czworo, i cała reszta miała po kilka ukąszeń.

Piotr: Bardzo cenię sobie twoją obecność.

Ola: Ja wiem, cieszy mnie, że i pod tym względem mnie sobie cenisz. Może teraz przytoczę jakieś badania. Nauka mówi też coś na ten temat – około 20% ludzi komary lubią kąsać częściej niż innych, więc ja jestem w tych 20%. Od czego zależy, czy jesteśmy częściej czy rzadziej kąsani? U nas, w naszych szerokościach geograficznych, to kwestia raczej niedogodności i możliwości zainfekowania miejsca ugryzienia przez drapanie się i wprowadzenie tam jakichś nieprzyjemnych bakterii. Ale w innych miejscach na świecie bycie częściej kąsanym przez komary to czasem kwestia życia lub śmierci – są różne choroby przenoszone przez komary, w tym malaria, denga czy żółta febra, i to już nie są przelewki.

Piotr: Jak się nazywa ta książka, do której czytania ostatnio nakłoniłaś naszego syna?

Ola: Zaginione miasto boga małp, autor Douglas Preston. To o miejscu w Hondurasie, gdzie jest najgęstsza i najtrudniej dostępna dżungla na świecie.

Piotr: Tak, i powiem tylko tyle, żeby nie spoilerować za dużo, że jest tam dużo o komarach i konsekwencjach bycia gryzionym przez komary, a to nie tylko malaria. Polecam w ogóle tę książkę, bardzo fajna.

Ola: Zrobię tu maleńki wtręt, że kąsają nas tylko samice komarów, które potrzebują naszej krwi nie po to, żeby się śmiać demonicznie, i…

Piotr: Nie tylko do tego.

Ola: Nie tylko do tego, ale żeby pozyskać z naszej krwi białka niezbędne do rozwoju złożonych przez siebie jaj. To nie jest tak, że samice komarów jedzą naszą krew, bo są głodne, ale najwyraźniej krew niektórych osób bardziej im smakuje i wydaje się bardziej odpowiednia, żeby ją pozyskać.

Piotr: Robić sobie jaja.

Ola: No to zacznijmy od tego, że jest wiele czynników, które wpływają na te komarze gusta. Pierwszy z nich to grupa krwi, i ona ma znaczenie – są różne wyniki badań, które znajdziecie w opisie. Między innymi naukowcy ustalili, że komary tygrysie, czyli te, które roznoszą między innymi dengę czy żółtą febrę, nie są obecne w naszej części Europy, ale na południu Europy, w basenie Morza Śródziemnego, już tak, i chętniej lecą do osób z grupą krwi zero niż do tych z innymi grupami. A zgadnijcie, jaką ja mam grupę krwi – zero, a jakże. Inne badania pokazują, że komary zakażone wirusem dengi preferują kłucie osób z grupą krwi zero w porównaniu do tych z innymi grupami. To pokazuje, że mieć taką grupę krwi i być narażoną na kontakt z komarami to bezpośrednie zagrożenie dla życia i zdrowia. Dlaczego tak się dzieje, skąd w ogóle komary wiedzą, jaką mamy grupę krwi?

Piotr: Z tych bransoletek, co się nakładało na ręce.

Ola: Nie tylko. Pomocna okazuje się tu wiedza o antygenach, które sprawiają, że do płynów ustrojowych – potu, moczu, śliny, łez, spermy i śluzu – wydzielana jest substancja informująca o tym, jaką grupę krwi ma dana osoba. W polskiej populacji te informacje są ujawnione u 84% osób, a u pozostałych 16% pozostają ukryte. I właśnie te 84% osób jest bardziej narażone na ataki komarów w porównaniu z tymi 16%, a wśród tych 84% najbardziej narażone są osoby z grupą krwi zero.

Piotr: Okej, to teraz taka bardziej banalna odpowiedź: wszystkie te czynniki łączą się ze sobą i wspólnie wpływają na ten odbiór przez komary. Okazuje się, że kolor ubrania też ma znaczenie, bo komary kierują się również wzrokiem. To dla mnie zaskoczenie – nie żebym uważał, że są zupełnie ślepe, ale generalnie nie podejrzewałem, że wzrok może mieć tu tak duże znaczenie. I znowu badania pokazują, że preferowane są kolory przede wszystkim czerwony, pomarańczowy i czarny. O ile czerwony i pomarańczowy są dla mnie w jakimś stopniu zrozumiałe, bo to kolory zbliżone do ludzkiej skóry, ta długość fali – to mogę zrozumieć, że coś mają wspólnego. Ale dlaczego czarny? Nie wiem.

Ola: Może chodzi o ciemne odcienie skóry w Afryce.

Piotr: Nie wiem, trzeba by prześledzić pewnie ewolucję komarów między populacjami. W każdym razie rzeczywiście ma to z tym związek. Jest jeszcze kwestia dwutlenku węgla – nie wiem, czy ty o tym jeszcze będziesz mówiła, czy nie.

Ola: To jest bardzo istotne, bo komary interesują się tymi barwami, o których powiedziałeś, tylko wtedy, kiedy jednocześnie wyczuwają dwutlenek węgla. Kiedy tego dwutlenku węgla nie ma…

Piotr: Czy czerwoną koszulkę?

Ola: Nie o to chodzi, że one się jakoś… nie, byki będą szarżowały.

Piotr: Byki akurat też z kolorami nie mają wiele wspólnego.

Ola: To prawda, to też jest… być może to temat na następny podcast.

Piotr: Właśnie. A skoro o dwutlenku węgla.

Ola: Tak, komary jak najbardziej kierują się wskazówkami zapachowymi i są w stanie zlokalizować ofiarę wyłącznie na podstawie zapachu.

Piotr: Jak zamknę oczy.

Ola: I właśnie wabi je wspomniany dwutlenek węgla, który potrafią wyczuć z odległości aż 50 metrów – naprawdę trudno się przed nimi ukryć. W związku z tym na ukąszenia bardziej narażone są osoby, które wydychają więcej tego gazu. Mówimy tu o ludziach, którzy są wyżsi, więksi, ale też bardziej aktywni. Z tego powodu bardziej pogryzieni bywają dorośli niż dzieci, ale jeśli dzieci są superaktywne, to też będą mocniej narażone na ukąszenia komarów. I tutaj, uwaga, również ukłon w moją stronę: więcej dwutlenku węgla wydychają, zwłaszcza w trakcie wysiłku, ludzie uprawiający sporty oraz osoby z szybszym metabolizmem. Ja akurat jestem osobą uprawiającą sporty, i jak człowiek przemieszcza się na przykład po lesie, uprawia jogging, to zatrzymywanie się w takim lesie jest niewskazane.

Piotr: No tak, to zdecydowanie nie polecam. W ogóle to kwestia wysiłku, jest jeszcze wątek wysiłkowy, bo nie chodzi tylko o to, co mówiłaś…

Ola: No właśnie, komary reagują też na inne substancje chemiczne wytwarzane przez nasze ciała, i wabi je zwłaszcza specyficzna mieszanina kwasu mlekowego i amoniaku, czyli związków obecnych w ludzkim pocie. Dlaczego mamy częściej pogryzione kostki? Bo tam pot jest być może częściej obecny, stopy się nam pocą, i zapach skarpetek może być bardzo atrakcyjny dla komarów – to też pokazują badania. Bardziej pocą się osoby z nadwagą lub otyłością, a także te, które uprawiają sporty, pracują fizycznie albo mają gorączkę. Lekko podwyższona temperatura ciała to również cecha charakterystyczna kobiet w ciąży – do nich za chwilę wrócimy. Jeszcze powiem, że jedno badanie z 2022 roku pokazało, że dodatkowym czynnikiem podnoszącym atrakcyjność danej osoby dla komarów jest zawartość kwasów karboksylowych w sebum, czyli tej tłustej powłoce, która naturalnie pojawia się na skórze. Ludzie, którzy wytwarzają więcej kwasów karboksylowych, są chętniej wybierani przez komary, ale działa to tylko w połączeniu z tak atrakcyjnymi dla nich woniami jak zapach amoniaku czy kwasu mlekowego.

Piotr: Ciąża, bo wspomniałaś o ciąży – kobiety w ciąży przywabiają nawet dwukrotnie więcej komarów niż osoby niebędące w ciąży. Powód? Ciężarne mają większą zawartość tlenku węgla w oddechu, nawet o 21% wyższą, i nieco podwyższoną temperaturę ciała – to nie jest duża różnica, zazwyczaj pół stopnia, ale w zupełności wystarcza, żeby być dla komarów znacznie atrakcyjniejszą.

Ola: Tu jeszcze nadmienię, że nasze geny mają duże znaczenie dla tego, czy wabimy komary bardziej czy mniej. Dodam, że to, ile kwasu moczowego wytwarzamy, jak produkujemy sebum, to również czynniki warunkowane genetycznie. Więc jeżeli mamy naturalne, dziedziczone genetycznie tendencje do wytwarzania większej ilości tych substancji, które wabią komary, to automatycznie będziemy dla nich bardziej atrakcyjni.

Piotr: Właśnie, jeszcze jedna rzecz, chociaż nie do końca wiadomo dlaczego – alkohol. Picie alkoholu powoduje, że jesteśmy bardziej atrakcyjni dla komarów, tylko nie do końca wiadomo dlaczego, bo nie chodzi po prostu o zawartość etanolu we krwi, w pocie, czy o podwyższoną temperaturę. Nie do końca wiadomo, ale wiadomo, że jak się kto popije, to go bardziej pogryzą.

Ola: Ale może dlatego, że się bardziej poci, na przykład.

Piotr: Możliwe.

Ola: I zaczyna głębiej, ciężej oddychać.

Piotr: Możliwe, że to jest jakoś powiązane, że kilka z tych czynników się tu nakłada.

Ola: To ja jeszcze dodam, na koniec tej przydługiej opowieści o wabieniu komarów, że chodzi też o to, jakie bakterie żyją na powierzchni naszych ciał. I nie chodzi tu o jakieś bakterie chorobotwórcze, ale o takie, które tworzą ten przyjazny film na naszej skórze, tę powłokę. Badania pokazały coś, co nie do końca jest dla mnie jasne – że dla komarów bardziej pociągająca jest skóra, na której żyją bakterie należące do niewielu gatunków, niż ta, na której żyje duża różnorodność gatunków bakterii. Ale trzeba zaznaczyć, że komary lubią środowisko, które ogólnie obfituje w bakterie – im więcej ich jest, tym lepiej, a jeżeli jest dużo bakterii i niewielu gatunków, to jest w ogóle sytuacja idealna.

Piotr: A propos imprez, chciałem jeszcze powiedzieć na koniec, żeby zadbać o to, aby na każdą imprezę na zewnątrz zaprosić kogoś, kto będzie miał grupę krwi zero. Zadbajcie, żeby był ubrany na czerwono lub pomarańczowo.

Ola: Miał odsłonięte kostki, żeby dobrze atakowały je komary.

Piotr: Najlepiej, żeby był ruchliwy i duży, żeby dużo tego dwutlenku węgla z siebie wyrzucał.

Ola: Jednocześnie był w ciąży.

Piotr: Jednocześnie był w ciąży, a jak nie w ciąży, to przynajmniej go upijcie. Dzięki temu będziecie mieli bezpieczne lądowisko dla komarów – ta osoba zostanie zeżarta, a pozostali będą się dobrze bawili.

Ola: Nagle robi się bardzo atrakcyjny towarzysko.

Piotr: Bardzo lubię imprezy z tobą.

0:47:16 Dlaczego ukąszenia komarów swędzą?

Piotr: A skoro o komarach, to jeszcze będzie wątek swędzeniowy, już znacznie krótszy.

Ola: Ten nasz podcast robi się dosyć swędzący.

Piotr: Tak, czuchranie się i drapanie. W ogóle w tym roku, przez suszę, jest mało komarów – to chyba jedyna zaleta suszy. Ale tak czy inaczej są. Dlaczego to ugryzienie komara…

Ola: Ukąszenie. Kłują kleszcze, a komary kąsają – to jest fachowa nazwa.

Piotr: Dlaczego ukąszenie komara potem swędzi? Dlatego, że komary muszą sobie radzić z naszymi mechanizmami obronnymi, a przede wszystkim z krzepnięciem krwi. Jeżeli przyjrzycie się komarowi, zwłaszcza takiemu już opitemu, którego można wtedy spokojnie obejrzeć, to ta jego rurka, którą się wbija – jak to się fachowo nazywa, nie sprawdzałem, trąba, którą wbija w skórę – jest naprawdę cieniutka.

Ola: Jakiś aparat gębowy?

Piotr: Pewnie coś takiego, powinniśmy sprawdzić, ale jakoś nie sprawdziliśmy, przepraszamy. Jest bardzo cieniutka, i w związku z tym też bardzo podatna na zakrzep – nasza krew bardzo szybko zaczyna krzepnąć, w związku z czym komar musi wstrzyknąć kropelkę swojej śliny, wydzieliny, która zapobiega krzepnięciu krwi, żeby mógł spokojnie się napić, zwłaszcza że jeżeli ktoś ma cierpliwość i obserwacyjne tendencje, to widzi, że napełnianie się trwa dobre kilkadziesiąt sekund – czas, w którym krew zdążyłaby zakrzepnąć. Ta ślina zawiera sporo białek, a część z tych białek to alergeny. To powoduje uwolnienie histaminy, reakcję alergiczną, czyli bąbel, zaczerwienienie i to okropne swędzenie, które potrafi być upiorne. Ludzie też reagują na to różnie, jedni gwałtowniej, inni mniej. Za objawy odpowiadają przeciwciała [? niepewne: AMA, antymuscytoantibodies]. Nawet się dziwię, że takie mamy – jak sobie przypomniałem zajęcia z immunologii i to, ile generuje mi przeciwciał, to w ogóle niesamowita historia.

Ola: A poza tym ludzie i komary, jakby nie patrzeć, wyewoluowali na tym samym obszarze i mamy ze sobą styczność od co najmniej kilkuset tysięcy lat, jeśli nie dalej w przeszłość, bo nasi praprzodkowie też stykali się z komarami.

Piotr: Polecam bardzo podcast Nerdy Nocą – to jeden z rzadziej wychodzących podcastów, ale był tam odcinek o układzie odpornościowym, bardzo fajnie opisany. Pojawia się ta słynna swędząca gulka, grudka – to jest taka opóźniona alergia, tam dodatkowo pojawiają się przeciwciała klasy IgG. Generalnie jest to dla niektórych upiorne. Oczywiście najlepiej nie dopuszczać do ugryzienia, o tym za chwilę, natomiast jak to łagodzić? Podstawową metodą, zwłaszcza jeżeli ktoś ma z tym poważny problem, są leki przeciwhistaminowe, te przeciwalergiczne, rozmaite. W każdej aptece można to dostać bez recepty, choć nie należy zażywać ich za dużo, zgodnie z ulotką, i warto się poradzić farmaceuty. Zacząłem się też przyglądać różnym innym metodom łagodzenia, bo jest ich całe mnóstwo. Można kupić rozmaite maści, płyny – działają raz lepiej, raz gorzej. Ostatnio modne, albo bardzo reklamowane, są dwa rozwiązania techniczne. Jedno polega na wysysaniu – jest takie urządzenie z pompką, które przykłada się do miejsca ugryzienia i rzekomo wysysa to, co komar wstrzyknął.

Ola: Chyba trzeba by to zrobić natychmiast po ugryzieniu.

Piotr: Problem w tym, że trzeba tropić i ganiać z tą pompką, i wysysać. Ponoć działa, ale to trochę naciąganie. Jest druga metoda, ciekawsza, choć zaraz powiem, na czym polega – podgrzewanie, i to dość mocne, tego miejsca.

Ola: Wtedy cierpisz na oparzenia.

Piotr: Nie, to jest jakieś 50-60 stopni. Jest takie urządzonko z malutką płytką ceramiczną, która na krótki czas podgrzewa się do stosunkowo wysokiej, ale jeszcze nie parzącej temperatury, i w miejscu, gdzie ugryzło albo swędzi, powinniśmy coś takiego przyłożyć. Jest badanie naukowe, które potwierdza skuteczność tego rozwiązania, ale problem w tym, że to badanie jest w całości sponsorowane przez producenta tego urządzenia. Teoretycznie działa to na zasadzie koagulacji tych białek w tym miejscu pod wpływem temperatury – i histaminy, i innych, które komar nam zostawił. Nie wiem, czy to działa, głosy są różne. Jak poczyta się recenzje tego urządzenia, jest mnóstwo entuzjastycznych, ale jestem nieco sceptyczny, choć warto się temu przyglądać.

Ola: Jeszcze powiem, w jaki sposób zapobiegać ukąszeniom. Z racji tego, że przyciągam komary, muszę się znać na tym co nieco, ale też poczytałam. Substancją, która jest najskuteczniejsza w odstraszaniu komarów, jest DEET.

Piotr: Nie mylić z DDT, bo to się może komuś kojarzyć.

Ola: To był dawny środek owadobójczy.

Piotr: DDT to był ten środek.

Ola: A DEET.

Piotr: Dwa E w środku.

Ola: I to jest taki składnik działających miejscowo płynów przeciwkomarowych, stosowanych i zalecanych na przykład w tropikach. Tam zaleca się wyłącznie DEET, w co najmniej 20-procentowym stężeniu, a nawet znalazłam takie preparaty w stężeniu 50%. Istnieją też takie, które zawierają niemal 100% DEET, ale to już jest hardkor. Ja sobie kiedyś coś takiego kupiłam – miałam przyjemność być w Puszczy Amazońskiej przez chwilę, naprawdę przez chwilę – i to jest taka śmierdząca, oleista substancja, która rozpuszcza tworzywa sztuczne, a wiem to stąd, że niestety, psikając nią nogi, psiknęłam na takie linoleum, z którego miejscowo zeszła farba.

Piotr: To nie fajnie. Na tych o wyższej zawartości są ostrzeżenia, że mogą rozpuszczać, uszkadzać różne rzeczy. Jest trochę takich substancji opartych na olejkach eterycznych różnych roślin, ich skuteczność jest różna – nie powiem, że nie są skuteczne, ani że są. Natomiast poza samym DEET jest jeszcze ikarydyna, która jest na pewno delikatniejsza, nie rozpuszcza różnych rzeczy – odstrasza ponoć nieźle, chociaż DEET wciąż jest głównym, zalecanym środkiem tam, gdzie komary są, można powiedzieć, śmiercionośne. A oprócz tego mamy całe mnóstwo rozmaitych substancji, które są składnikiem takich preparatów, choć zazwyczaj nie głównym – mamy geraniol, czyli znowu skojarzenie z geranium nieprzypadkowe. Jest tego sporo, ale ikarydyna i DEET to te dwa główne, których szukałbym.

Ola: To ja jeszcze w międzyczasie sprawdziłam, jak się nazywa aparat gębowy komara – to jest kłująco-ssący aparat gębowy. A ta trąba, którą komarzyca nam wbija w skórę, to jest kłujka.

Piotr: Piękne słowo, kłujka. Dobrze, w takim razie zostawiamy już chyba komary za sobą, bo już samo myślenie o nich powoduje, że mnie swędzi, i idziemy dalej.

0:55:41 Dlaczego słodki sok smakuje kwaśno po umyciu zębów?

Ola: Dlaczego słodki sok smakuje kwaśno po umyciu zębów? Winę ponoszą za to aż trzy substancje, które wchodzą w skład większości past do zębów. Pierwsza to SLS, czyli laurylosiarczan sodu – taka trudna nazwa, choć właściwie wcale nie trudna, udało mi się ją przeczytać. Ta substancja tworzy pianę w ustach podczas szczotkowania i znacząco poprawia naszą subiektywną ocenę skuteczności pasty – chodzi o to poczucie czystości w ustach po umyciu zębów. Dodam jeszcze, że SLS to organiczny związek, stosowany jako detergent również między innymi w szamponach czy płynach do kąpieli, i w niektórych kręgach internetu wyrósł na wroga publicznego numer jeden. Nie jest jednak rakotwórczy, jak czasem można gdzieś przeczytać, nie jest może całkiem niewinny, bo może podrażniać skórę, ale nie jest to zło wcielone. SLS tłumi odczuwanie smaku słodkiego, uwydatniając smak gorzki – dlaczego tak się dzieje? Bo niszczy fosfolipidy na powierzchni języka, czyli związki, które działają hamująco na receptory smaku gorzkiego. Posłodzona kawa zaraz po umyciu zębów będzie więc bezlitośnie gorzka. Ja już od jakiegoś czasu nie słodzę kawy, więc mogę się pochwalić, że udało mi się zerwać z tym nałogiem, choć nie z piciem kawy. A dlaczego sok? Sok, po stłumieniu słodyczy, pozostaje po prostu kwaśny. Działanie receptorów smakowych może też zaburzać mentol, który nieco znieczula wnętrze jamy ustnej – Piotrek o tym, jak działa mentol na naszą skórę, mówił podczas poprzedniej części naszego podcastu, zachęcam was do wysłuchania pierwszej części pytań i odpowiedzi. Zaburzać nasze odczuwanie smaków może też fluorekcyna, która ma właściwości antybakteryjne i przeciwzapalne i wchodzi w skład niektórych past do zębów. Ta substancja reaguje z kwasami, a kwasów w sokach nie brakuje, i w efekcie pozostawia w ustach metaliczny posmak.

Piotr: A, to sporo tłumaczy. Właśnie, bo jak o tym wcześniej mówiłaś, to ja nie mam raczej problemu z tym, że nie czuję słodkiego w takiej sytuacji, po umyciu zębów, w soku. I właśnie ten smak jest taki dziwny, ale jak teraz mówisz, że jest metaliczny, to jest właśnie coś takiego – to jest dla mnie ten dominujący efekt, że ten smak jest zepsuty, nie że jest tylko niesłodki, ale że jest jakiś taki spaprany. Więc to właściwie tłumaczy.

Ola: Czyli fluorekcyna.

Piotr: Tak, chyba to musi być fluorekcyna, muszę zajrzeć do składu mojej pasty do zębów. To teraz jeszcze jeden mit – jestem strasznie ciekaw, może nawet to powinno być pytanie do ankiety, zobaczymy, jakoś to skonstruuję. Mianowicie: oglądanie telewizji z bliska. Kiedyś to był główny straszak – odsuń się od telewizora, nie siedź tak blisko, bo sobie wzrok popsujesz. Właściwie nawet nie było do końca wiadomo, jak z tym czytaniem po ciemku, czy to ma popsuć wzrok, tylko w domyśle było chyba jakieś, no ja wiem, promieniowanie pewnie albo coś.

Ola: To nie wynikało z bombardowania elektronami kineskopu?

Piotr: Tylko że, jak znam się na takich opowieściach, to zazwyczaj nie jest tak, że liczne babcie i ciocie mówią: drogi Wojtusiu, odsuń się, gdyż bombardowany elektronami kineskop wytwarzać może… raczej jest tam takie ogólne. Stawiało się te piramidki, albo kładło kasztany przed telewizorem, żeby promieniowanie odchylały.

Ola: U mnie te piramidki i kasztany to się wkładało do łóżka.

Piotr: Też, do łóżka też, ale i przed telewizorem – były specjalne odchylacze promieniowania od telewizora.

Ola: No wiecie, lata 90.

Piotr: Tak, to było złoto, jeszcze i 80.

Ola: To były takie czasy, gdzie bioenergoterapeuci, tak zwani, robili jakąś oszałamiającą karierę.

Piotr: Zbijało się dwie deseczki, wkładało w środek filc, sprzedawało za grubą kapuchę, i to niby odchylało wszystko, albo ściągało, albo…

Ola: Możemy kiedyś zrobić oddzielny odcinek podcastu o tym, jaka szurska antynauka rozwijała się w latach 80.

Piotr: I 90.

Ola: Przecież te wszystkie różdżki, piramidki, żyły wodne, które rzekomo miały psuć atmosferę w mieszkaniach.

Piotr: Jestem ciekaw, ile z tego nadal zostało, ale zostawmy to. Więc, telewizja – jeden wątek to jest to, o czym mówiłem przy książkach, czyli nagapianie się na rzeczy, które są blisko, generalnie dla wzroku nie jest dobre. Natomiast ten domysł z promieniowaniem niewątpliwie wywodzi się z czasów telewizorów kineskopowych. Zakładam, że spora część z was jeszcze te kineskopy pamięta.

Ola: To były te telewizory, które nie były płaskie, tylko miały z tyłu taką bulwę.

Piotr: Były grube, nie cienkie, krótko mówiąc. I faktycznie jest taka historia z 1967 roku – firma General Electric wypuściła serię wadliwych telewizorów, wtedy już kolorowych.

Ola: Przedtem powiedziałeś 57.

Piotr: Tak, przepraszam, 1967 rok, kolorowe, więc wówczas nowość. Problem polegał na tym, że miały wadę konstrukcyjną i emitowały znacznie, znacznie silniejsze promieniowanie niż powinny – od 10 aż do 100 tysięcy razy przekraczające normy. Na szczęście nikt nie odniósł żadnych strat na zdrowiu, bardzo szybko się zorientowano, wycofano te telewizory ze sprzedaży, zabezpieczono, i problem rozbrojono. Ale pozostała jakaś obawa – nie wiem, śmiem wątpić, czy rzeczywiście w Polsce w latach 70., 80. czy 90. wciąż żyły obawy dotyczące tej krótkiej serii wadliwych kineskopów z lat 60., ale nie zmienia to faktu, że ta opowieść pozostała. Rzeczywiście te kineskopowe telewizory wytwarzały bardzo, bardzo słabiutkie promieniowanie rentgenowskie, tyle że było ono eliminowane praktycznie w całości przez zabezpieczenia kineskopu – wiedziano o tym, więc myślę, że gdyby ktoś całe życie spędził, leżąc na telewizorze kineskopowym, to być może dla jego skóry miałoby to jakiś wpływ, choć nieznaczny, ale nie znam osób, które w ten sposób spędziły życie, i zakładam, że nie było ich wielu. Natomiast na pewno te telewizory, które mamy obecnie, czyli wszelkiego typu LCD, OLED, nie generują żadnego promieniowania, które mogłoby być szkodliwe – oczywiście poza promieniowaniem w paśmie widzialnym, ale ono szkodliwe nie jest, na pewno nie w taki sposób, żeby kogoś napromieniować.

1:03:29 Dlaczego zanurzenie się w chłodnej wodzie sprawia, że chce się siku?

Ola: Dlaczego zanurzenie się w chłodnej wodzie sprawia, że chce się siku? Na pewno mieliście takie doświadczenia – wchodzicie na basen, zanurzacie stopy w wodzie, wchodzicie do pasa w tę chłodną wodę, i nagle bardzo chce się, bardzo trzeba wyskoczyć i pobiec do toalety.

Piotr: Oby.

Ola: Oby się chciało wyskoczyć i pobiec do toalety, tyle powiem, wrócimy do tematu niewyskakiwania – podamy dane, które wskazują, że wiele osób jednak nie wyskakuje, żeby skorzystać z toalety. Jak ktoś jest wrażliwy, może to przewinąć, ale zanim do tego dojdziemy, powiemy, gdzie będzie ten moment. Jeżeli ktoś jest wielbicielem basenów, powinien się wyciszyć, wypiszczeć sobie. Jeśli chodzi o potrzebę wydalania moczu w odpowiedzi na wejście do chłodnej wody, mechanizm ten nosi nazwę diurezy zanurzeniowej – to reakcja fizjologiczna organizmu. Polega ona na tym, że aby zapobiec utracie ciepła, naczynia krwionośne w naszej skórze, w tkankach powierzchniowych ciała, w mięśniach rąk i nóg, zwężają się w odpowiedzi na zimno, wskutek czego więcej krwi przemieszcza się do tułowia, do centralnych narządów wewnętrznych i głównych naczyń krwionośnych, czyli tego, co jest potrzebne do podtrzymywania życia. W efekcie w obrębie tych narządów i naczyń podnosi się ciśnienie krwi, a z układu krwionośnego do mózgu płynie sygnał, aby ograniczyć produkcję hormonu antydiuretycznego, inaczej wazopresyny, który spowalnia wytwarzanie moczu. W ten sposób nasze nerki otrzymują sygnał, że dociera do nich nadmiar płynu, który trzeba natychmiast się pozbyć, żeby zachować właściwą objętość krwi w organizmie. A jak to osiągnąć? Oczywiście wytwarzając więcej moczu natychmiast. W związku z czym natychmiast chce się siusiu.

Piotr: No i chce się.

Ola: Im chłodniejsza woda, tym silniej działa ten mechanizm – dlatego bardziej odczuwają go nurkowie, a słabiej osoby kąpiące się w podgrzewanych basenach. A jeśli chodzi o nurków, którzy nurkują w tak zwanych piankach, czyli mokrych skafandrach, to oni mają ten efekt fizjologiczny właściwie non stop. My coś o tym wiemy, bo nurkowaliśmy w zimnych polskich jeziorach, w mokrych piankach, i po prostu nie ma szans, żeby…

Piotr: Czyli nie wysikać do tej pianki.

Ola: Żeby ten odruch fizjologiczny się nie uruchomił, zwłaszcza poniżej tak zwanej termokliny, czyli linii, która oddziela nagrzaną wodę w jeziorze od tej zimnej, o temperaturze 4 stopni Celsjusza – a jest to mniej więcej latem na około 12 metrach głębokości.

Piotr: Warto też dodać, że wkładanie takiej pianki jest dość skomplikowane, zwłaszcza z docieplaczem, więc naprawdę, jak już wleziemy do wody i zachce nam się siku, to absolutnie ostatnią rzeczą, którą zrobimy, będzie wyłażenie z wody i rozbieranie się, żeby się wysikać. Potem trzeba te pianki płukać, chociaż zamysł działania takiej pianki polega na tym, że woda dostaje się między ciało a piankę, ogrzewa się tam i nie wypływa.

Ola: A dzięki temu, że nosikamy w piankę, zrobi się cieplej. Dobra, już zejdźmy z tego tematu – istnieją dwa rodzaje nurków: ci, którzy sikają do mokrego skafandra, i ci, którzy kłamią, że tego nie robią.

Piotr: I jeszcze trzeci rodzaj, którzy mają suchy skafander i nie mogą sobie pozwolić na sikanie, chyba że się zapieluchują.

Ola: Ups, dobrze, nurkowanie, piękny sport. Dodam jeszcze, że pięknym sportem jest też bycie pływakiem, i zbadano, że zjawisko oddawania moczu w chłodnej wodzie jest potęgowane przez stres, i do tego, że sikają podczas wysiłku i podczas stresu, zwłaszcza podczas zawodów, przyznało się bardzo wielu pływaków olimpijskich. Ale uwaga – my nie pływamy w tym samym basenie co pływacy olimpijscy, więc powinniśmy się czuć bezpiecznie i komfortowo. I to jest ten moment, kiedy ktoś wrażliwy może sobie wypiszczeć.

Piotr: Tak, proponuję, żeby przeskoczył – wiecie, bo od jakiegoś czasu robimy rozdziały w naszym podcaście i można się po prostu przekliknąć do następnego, bo teraz będą rzeczy straszne.

Ola: Będzie o tym, ilu ludzi sika do basenów. Były badania, anonimowe ankiety, i do sikania w basenach publicznych przyznało się 19% osób dorosłych – badania robiono w Stanach Zjednoczonych. Podejrzewam, że w Polsce nie wiem, czy by się aż tyle osób przyznało, a o tym, że to może być zaniżony odsetek, mogą świadczyć wyniki analiz przeprowadzonych tym razem w Kanadzie, w ponad 30 basenach publicznych. Tutaj rzeczywiście wolałabym nie dotrzeć do tych danych, ale niestety dotarłam – naukowcy odkryli, że do basenu o pojemności ponad 400 tys. litrów wody w ciągu 3 tygodni pływacy oddali około 30 litrów moczu. Dobrze, to ułamek procenta, naprawdę niewielki, w tej cieczy w basenie, może dzięki temu poczujecie się lepiej. Tym niemniej sikanie do basenu jest oczywiście obrzydliwe, niekulturalne, ale, uwaga, może być też szkodliwe dla zdrowia. Być może kojarzycie takie zaczerwienienie i szczypanie oczu na basenie, zwłaszcza kiedy czuć wyraźnie chlorowy zapach? I to jest ta rzecz, o której nie chciałam wiedzieć – ten chlorowy zapach to nie jest skutek chlorowania wody, jak się powszechnie uważa, ale wpływ substancji o nazwie trichloramina, która powstaje na skutek reakcji mocznika z wolnym chlorem.

Piotr: Skąd mocznik w basenie?

Ola: Skąd chlor, to wiemy – woda w basenach jest dezynfekowana chlorem, choć nie każda, są też inne sposoby.

Piotr: Tak, ale samo ozonowanie nie wystarczy.

Ola: Tak, natomiast ta trichloramina drażni oczy i w dużych ilościach powoduje również problemy z oddychaniem, i to właśnie ona jest odpowiedzialna za tę charakterystyczną chlorową woń. O matko. A ten mocznik to nie tylko mocz, jest go też sporo w pocie.

Piotr: Wiadomo, ale powiedzmy sobie szczerze, ile człowiek się poci w chłodnej wodzie.

Ola: Wskutek reakcji składników moczu i potu ze środkami dezynfekującymi w basenach tworzą się tak zwane uboczne produkty dezynfekcji wody. To grupa substancji, które mogą być szkodliwe, drażniące, i bardzo często nieprzyjemne, mogą prowadzić do różnych nieprzyjemnych efektów, jeżeli są obecne w większych stężeniach. Więc kiedy następnym razem nie będzie wam się chciało przerywać pływania w basenie – jeżeli przydarzy się to na jeziorze, to naprawdę nie jest problem, bo to duże akweny. Gorzej, jak jesteśmy w niewielkim basenie, gdzie wody nie ma znowu tak wiele, żeby to mogło się bez końca rozpraszać.

Piotr: Powiedzmy sobie szczerze, wciąż jest to bardziej kwestia psychologiczna – pomijając tę woń, o której mówiłaś, to czy ktoś nasikał do basenu, czy nie, sprowadza się raczej do tego, czy o tym wiemy, czy nie, bo jak nie wiemy, to większości ludzi to nie będzie przeszkadzało.

Ola: Niestety teraz już wiemy, nie możemy powiedzieć, że nie wiemy, więc fajnie jest pływać w basenie pod warunkiem, że jest napełniony wodą i tylko wodą, i tego się trzymajmy.

Piotr: Jest jeszcze bardzo ciekawy wątek, bo krążyły opowieści o barwnikach dodawanych do wody, które mają reagować z moczem i działać w ten sposób, że jak ktoś się wysika w basenie, to wokół niego pojawia się jakaś kolorowa chmura, żeby go zawstydzić, zniechęcić. Kiedyś szukałem informacji na ten temat, chociaż…

Ola: Czekaj, czekaj, ja nie jestem pewna, bo tego dokładnie nie sprawdzaliśmy, ale chyba trafiłam na informację, że na którychś igrzyskach olimpijskich tak miało się dziać, albo wprowadzili to w życie.

Piotr: Ktoś nam w komentarzach napisał, że w ogóle nie korzysta z basenów, w których to nie działa. Ja naprawdę byłem na wielu basenach w Polsce i nigdy czegoś takiego nie spotkałem. Być może gdzieś za granicą jest to wykorzystywane – to na pewno rzecz do sprawdzenia, bardzo ciekawa swoją drogą. Pytanie, czy to jest obojętne dla zdrowia, bo wiadomo, że tej wody wiele osób się w jakimś stopniu opije, i siedzenie w niej przez kilkadziesiąt minut ma pewnie jakiś wpływ na skórę. Ciekawy wątek swoją drogą – dajcie nam znać, jeżeli faktycznie nie tylko słyszeliście o takiej substancji czy procedurze, ale realnie na to trafiliście, widzieliście, że to naprawdę istnieje i działa. Jeśli tak, bardzo proszę, dajcie znać.

1:13:40 Dlaczego mój głos tak dziwnie brzmi na nagraniu?

Piotr: Dobra, to ja teraz coś, co jest bardzo podcastowe i bardzo to lubię – mianowicie, dlaczego mój głos tak dziwnie brzmi na nagraniu? Tak radiowo… no właśnie wcale nie. Jest wysoki, piskliwy – może bez przesady – ale taki historyczny, mniej dźwięczny, mniej głęboki. A bym chciał tak brzmieć.

Ola: To zawsze możesz tak modulować głos.

Piotr: Mogę tak modulować, jak Karolina Głowacka z Radia Naukowego – pozdrawiamy – która sprzedała nam kiedyś taki patent, że jak się mówi ciszej i bliżej mikrofonu, to brzmi się niżej, bardziej głęboko i refleksyjnie. I refleksyjnie. Natomiast nie zmienia to faktu, że osoby, które nie spotykają się często ze swoim nagranym głosem, mają problem z jego brzmieniem.

Ola: Czyli dyskomfort.

Piotr: Tu pozdrawiam szczególnie klasę nietoperzy, z którą w tym roku, w szkole, gdzie uczę, miałem takie kółko podcastowo-radiowe. Marysia urządziła straszną dramę, że w ogóle nie może, że jej głos jest okropny i że to jest w ogóle najgorsze. Otóż nie – mam dobrą i złą wiadomość. Najpierw może być ta zła: twój głos brzmi tak, jak słyszysz go na nagraniu. Wszyscy ludzie poza tobą słyszą twój głos właśnie w ten rzekomo dziwny sposób. A dobra wiadomość jest taka, że jesteś jedyną osobą, której to przeszkadza i która uważa, że to jest dziwne i głupie. Wszystko to jest kwestia tego, że głos, który my słyszymy, kiedy mówimy – nie z nagrania, tylko na żywo – nie jest tym głosem, który dociera do innych, dlatego że to kwestia przede wszystkim przewodzenia kostnego. Głos powstaje w krtani, w jamie ustnej, i rozchodzi się znacznie szybciej przez twarde elementy nas, czyli przede wszystkim przez kości czaszki – w końcu nasz narząd słuchu tkwi właśnie w środku czaszki, więc najpierw ta fala dociera do ucha wewnętrznego i jest rejestrowana przez mózg, a to, co wychodzi z ust, leci w powietrzu, odbija się i tak dalej, dociera do nas później, i to w jakimś stopniu nasz mózg, można powiedzieć, znosi, żeby nie było zbyt dużego echa. Natomiast to, co słyszą inni, to nie jest to, co słyszymy przez nasze kości.

Ola: Czyli co jest generowane głównie przez przewodzenie czaszkowe?

Piotr: Tak, tylko oni słyszą dźwięk, który rozchodzi się w powietrzu, odbija od ścian i tak dalej, i jest troszeczkę inny – zawiera mniej niskich tonów, więcej wysokich, w związku z czym bardziej słyszalne są te wysokie, więc słyszą nasz głos jako wyższy. My jesteśmy przyzwyczajeni do głosu, który słyszymy tylko i wyłącznie my. Kiedyś sobie eksperymentowałem, starałem się odtworzyć ten głos, który ja słyszę, czyli, nagrywając siebie, jeździłem suwakiem od wysokości dźwięku, i rzeczywiście udawało mi się osiągnąć taki bardziej buczący głos, ale wybitnie nie jest to, co słyszą inni. Więc nie przejmujcie się, nikomu to nie przeszkadza, wasze głosy są, jakie są, nic z tym nie zrobimy – znaczy, można kombinować przy nagraniu, niżej, wyżej, ale generalnie nasz głos nie jest jakiś straszny. To kwestia przyzwyczajenia, zresztą ludzie, którzy częściej się nagrywają, w ogóle już na to nie zwracają uwagi, zwłaszcza że to taki szok przy pierwszych razach.

1:17:29 Dlaczego nie płaczę po cebuli, kiedy mam na sobie soczewki kontaktowe?

Ola: Mam taką dziwną supermoc, i wydawało mi się, że to jest taka supermoc, która przyszła na mnie z wiekiem, z powagą i mądrością. No dobrze, przemilczmy – chodzi o to, że jak kroję cebulę, to nie płaczę.

Piotr: Potwierdzam, potwierdzam.

Ola: Jest nas czworo w domu i tylko ja mogę bez końca kroić cebulę, aż pewnego pięknego dnia, uwaga, zaczęłam kroić cebulę nie w soczewkach, w których zazwyczaj chodzę, tylko w okularach, i okazało się, że moja supermoc zanikła. O co chodzi? Muszę przyznać, że zrobiłam takie dziennikarsko-naukowe śledztwo i udało mi się ustalić, dlaczego tak się u mnie dzieje, choć nie wyjaśnia to, dlaczego u innych osób noszących soczewki wrażliwość na cebulę pozostaje i one płaczą po niej. Naprawdę nie potrafię tego wyjaśnić, ale wyjaśnię, co się u mnie dzieje. Trzeba zacząć od tego, co cebula produkuje, kiedy ją zaczynamy kroić – broni się przed nami i uwalnia różne enzymy. Uwalnia enzym o nazwie alinaza, od Allium, czyli łacińskiej nazwy cebuli. W wyniku naprawdę skomplikowanych reakcji chemicznych – teraz to maksymalnie uproszczę, chemicy wybaczcie, trochę to skaleczę, żeby was nie zamęczyć – alinaza przekształca się w kolejny związek, alicynę, która ma charakterystyczny cebulowy zapach i korzystne dla cebuli działanie bakteriobójcze, a po drugie przekształca się również w zawierające siarkę kwasy sulfonowe. Jeden z tych kwasów, już jesteśmy blisko końca tej sekwencji zdarzeń, przekształcany jest następnie przez enzym syntezujący czynnik łzawiący, z angielskiego w skrócie LFS, do postaci lotnego związku o nazwie [? niepewne: propanotial S-tlenek]. To taki telegraficzny skrót. Ta substancja lotna unosi się w powietrzu, dociera do oczu i rozpuszcza się we łzach, podrażniając oczy poprzez oddziaływanie na gęsto upakowane w rogówce receptory bólu. I tutaj pierwszy szok – wydawało mi się zawsze, że ta substancja podrażnia śluzówki wokół oczu.

Piotr: No tak.

Ola: I w nosie. Natomiast okazuje się, że jeżeli włożę soczewki, to nie wkładam ich do nosa, zazwyczaj, i wtedy nie ma tego działania drażniącego. W oczach są gęsto upakowane w rogówce receptory bólu, i tu wspomnę, że wszystkie te substancje, które cebula wydziela, nie są skierowane przeciwko nam, ludziom, bo cebula nie przewidziała w toku swojej ewolucji, że będziemy ją kroić – to substancje odstraszające roślinożerców. Mówiliśmy w poprzednim odcinku podcastu o substancjach, którymi pokrzywy chronią się przed roślinożercami, a to są akurat te, którymi broni się cebula. I za to odkrycie przyznano Nagrodę Ig Nobla w 2013 roku.

Piotr: Co dodatkowo dowodzi, że Ig Nobla należy szanować, bo to bardzo ciekawe badanie.

Ola: I tu informacja ważna: schłodzenie cebuli przed krojeniem zmniejsza ilość syntazy czynnika łzawiącego, czyli LFS, dzięki czemu można ograniczyć łzawienie oczu. Ale dlaczego soczewki kontaktowe chronią przed tym podrażnieniem? Otóż w środkowej części rogówki oka, dokładnie tam, gdzie przylegają do niej soczewki kontaktowe, znajduje się jedno z największych skupisk receptorów bólowych w całym ludzkim organizmie – dlatego uderzenie w oko tak bardzo boli. Przewodzące ból włókna nerwowe komunikują się z gruczołami łzowymi, więc kiedy otrzymują informację o bólu, jest to najczęściej sygnał, że oko jest drażnione przez ciało obce, które trzeba jak najszybciej usunąć poprzez wypłukanie go łzami – coś wpadło do oka, trzeba je wypłukać, pozbyć się tego natychmiast, i oczy zaczynają łzawić. Soczewki kontaktowe stale utrzymują się na centralnej, środkowej części oka i poruszają się razem z nią, i dlatego skutecznie blokują opary cebuli przed drażnieniem tego największego skupiska receptorów bólowych. Bonusem jest to, że osoby noszące soczewki, mając przez cały czas na oczach ciała obce, prawdopodobnie wytwarzają więcej łez niż inne osoby, dzięki czemu efektywniej mogą zmywać drażniące substancje z powierzchni oka, z samej soczewki i z kanalika łzowego. Takie wyjaśnienie znalazłam w literaturze fachowej, bardzo długo szukałam tych odpowiedzi. Jeżeli ktoś wie, dlaczego jedne osoby w soczewkach mają drażnione oczy wskutek krojenia cebuli, a inne nie, to proszę, przyślijcie nam te informacje, chętnie je opublikujemy.

Piotr: A my, w związku z tym, że reszta rodziny nie nosi soczewek kontaktowych, obieramy cebulę w maskach do nurkowania, co serdecznie polecam.

Ola: Zazwyczaj ja tę cebulę obieram i kroję.

Piotr: No ale czasami cię nie ma, albo coś, i wtedy ostatnio nasza córka paradowała w masce. Naprawdę, to jest dobre rozwiązanie.

1:23:28 Dlaczego trudno otworzyć lodówkę zaraz po jej zamknięciu?

Piotr: No dobra. To jeszcze pozostajemy w kuchni i zastanawiamy się, dlaczego tak trudno jest otworzyć lodówkę zaraz po tym, jak ją zamkniemy. Żeby było jasne, o co chodzi: sięgamy po coś do lodówki, wyjmujemy, zamykamy – a przecież jeszcze miałem wziąć to drugie, wziąłem jajka, jeszcze coś muszę wziąć – więc sięgam moment później, chcę tę lodówkę otworzyć, i nie bardzo się daje. Znaczy, da się, oczywiście, ale trzeba naprawdę konkretnie szarpnąć, żeby te drzwi się otworzyły. I to jest coś, co bardzo wiele osób zauważa, choć jest to typowa rzecz w cyklu: no, zdarzyło się, nie będę dłużej nad tym myślał, idziemy dalej. Wiadomo, że lodówka zawsze stawia jakiś opór przy otwarciu, bo musi być doszczelniona, są tam zwykle jakieś magnesy, które dociskają uszczelkę. Natomiast rzeczywiście zaraz po zamknięciu lodówki ponowne otwarcie jest dość trudne. Dlaczego tak się dzieje? To całkiem ciekawe zjawisko. Otóż w momencie, kiedy otworzymy lodówkę, wpuszczamy do środka sporo ciepłego powietrza – naprawdę sporo, bo sam ten ruch powoduje zawirowanie, powstanie takiego wiru, który wdziera się do środka. Ta różnica temperatury jest spora, bo w lodówce zwykle mamy kilka stopni, zależnie od lodówki i ustawienia, a powietrze na zewnątrz ma 21, 24 stopnie, zależnie od dnia. W tym momencie, kiedy to powietrze dostaje się do środka, zaczyna się gwałtownie schładzać, bo w lodówce jest dużo różnych obiektów, przynajmniej ścianki – to dość duża, zimna powierzchnia, a do tego jeszcze te obiekty, które się w środku znajdują. To powoduje, że temperatura powietrza spada, a w momencie zamknięcia zmniejsza się też ciśnienie.

Ola: To wynika z fizyki gazu, tak?

Piotr: Tak jest. Nie jest to duża różnica – gdzieś znalazłem informację, że to jest około 10%, ale to wystarczy, żeby to zmniejszone ciśnienie w środku było na tyle odczuwalne, że otwarcie drzwi lodówki będzie trudne. I charakterystyczne jest to, że rozmiar drzwi ma tu kluczowe znaczenie – jak kiedyś napisaliśmy o tym na Facebooku, zgłosiło się sporo osób pracujących w gastronomii, że tam, gdzie mamy duże, przemysłowe chłodziarki, to zjawisko jest naprawdę silne i te drzwi bardzo trudno otworzyć. Po chwili to się zmienia, zaraz powiem dlaczego. Ale u nas w domu też jest to bardziej zauważalne, odkąd kilka lat temu sprawiliśmy większą lodówkę, bo dzieci podrosły i trzeba więcej jedzenia przechowywać – i to się stało bardziej zauważalne, dlatego zwróciłem na to uwagę. Z kolei przy zamrażalniku to zazwyczaj nie występuje, bo zamrażalnik jest w ogóle mniejszy, ma mniejsze drzwi, ale też najczęściej jest bardziej wypakowany, więc mniej powietrza może wpaść i mniej się go schłodzi.

Ola: Podejrzewam, że jeżeli ktoś ma duży, pusty zamrażalnik, dużą zamrażarkę, to też może być podobny efekt.

Piotr: Jeszcze nawet silniejszy. Czasami są takie zamrażarki wielkości całych lodówek, i to pewnie jest ten efekt rzeczywiście bardzo silny. Dlaczego to znika po chwili? Bo trzeba czekać kilkadziesiąt sekund – lodówki nie są hermetyczne, musi się to ciśnienie wyrównać. W związku z tym po krótkiej chwili dopływa troszeczkę powietrza z zewnątrz i ciśnienie się wyrównuje, więc efekt znika. To na pewno kwestia również tego, że w momencie domykania lodówki magnesy, a często też siła naszego domknięcia, powodują wypchnięcie dodatkowej porcji powietrza z lodówki, więc to podciśnienie jest jeszcze silniejsze i ten efekt się wzmaga. Natomiast jak odczekamy chwilę, problem znika. Najciekawsze jest to, że bardzo często w momencie zamknięcia drzwi lodówki uświadamiamy sobie, że przecież jeszcze czegoś nie wyjęliśmy, więc natychmiast musimy po to sięgnąć. Poeksperymentujcie sobie – jeżeli ktoś z branży gastro rzeczywiście miał też takie doznanie, niech da znać, bardzo jestem ciekaw, czy to się rzeczywiście potwierdzi.

Ola: I oczywiście, jak zwykle, prosimy: powiedzcie innym o naszym podcaście. Jeżeli macie wśród swoich znajomych, przyjaciół, rodziny ludzi, których interesują takie rzeczy, którzy się przy tym bawią, zaproście ich do słuchania. Powiem tylko, że to jest druga część naszego podcastu poświęcona odpowiedziom na pytania, które są pozornie błahe, ale tak naprawdę od strony naukowej czasem trudne.

Piotr: Tak, poprzednia część jest do znalezienia wszędzie, łatwo ją namierzyć.

Ola: Następna część podcastu będzie już w troszeczkę innej, bardziej klasycznej formule, ale obiecujemy, wrócimy – wrócimy do pytań i odpowiedzi pewnie wczesną jesienią.

Piotr: Zobaczymy kiedy, ale wrócimy. Zajrzyjcie sobie do naszego sklepu z koszulkami, polecamy, są też ładne kubeczki i różne inne akcesoria, więc bardzo fajne.

Ola: Jeżeli chcecie nas o coś zapytać, coś nam powiedzieć, piszcie do nas pod adres podcast@crazynauka.pl. Polecamy też komentarze na Spotify, są fajne, i jakaś ankieta też się pojawi.

Piotr: No i finalnie bardzo dziękujemy. Dobrego lata, poeksperymentujcie z lodówką i dajcie znać, jakie to przynosi efekty.

Ola: Cześć!

Źródła

* https://www.crazynauka.pl/burza-jak-prawidlowo-obliczyc-odleglosc-od-blysku-do-grzmotu/

* https://www.crazynauka.pl/gwiazdy-rysujemy-ksztalcie-gwiazdy/

* https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S1888429609700184

* https://www.crazynauka.pl/fakty-i-mity-calkowite-zacmienie-ksiezyca-2018/

* https://www.crazynauka.pl/czy-czytanie-po-ciemku-psuje-wzrok/

* https://www.crazynauka.pl/dlaczego-niektorych-ludzi-komary-gryza-czesciej-niz-innych/

* https://www.crazynauka.pl/dlaczego-ukaszenia-komarow-swedza/

* http://www.palynology.allergy.pl/2006/2006-8.pdf

* https://www.crazynauka.pl/dlaczego-s-odki-sok-smakuje-kwa-no-po-umyciu/

* https://www.crazynauka.pl/czy-ogladanie-telewizji-z-bliska-szkodzi/

* https://www.crazynauka.pl/dlaczego-zanurzenie-sie-w-chlodnej-wodzie-sprawia-ze-chce-sie-siku/

* https://dan.org/health-medicine/health-resources/diseases-conditions/immersion-diuresis/

* https://www.mentalfloss.com/posts/why-swimming-makes-you-pee

* https://pubs.acs.org/doi/full/10.1021/acs.estlett.7b00043

* https://www.crazynauka.pl/dlaczego-moj-glos-brzmi-inaczej/

* https://www.crazynauka.pl/dzieki-soczewkom-kontaktowym-nie-placze-sie-przy-krojeniu-cebuli/

* https://www.facebook.com/crazynauka/posts/2394702287328194/