Podcast Crazy Nauka · odc. 165

Hantawirus na wycieczkowcu – co wiemy do tej pory?

19-05-2026 · 63 min · Tematyczny, Ciało i zdrowie, Mity, dezinformacja i teorie spiskowe

Okładka odcinka

Tu jest treść z serwisu Spotify. Po jej włączeniu Spotify otrzyma Twój adres IP i może zapisać w przeglądarce pliki cookies.

Posłuchaj też na:

Co wiadomo o epidemii groźnego hantawirusa, która wybuchła na pokładzie statku wycieczkowego Hondius? Zebraliśmy najbardziej aktualne informacje o przebiegu zdarzeń oraz o tym, czy istnieją powody do obaw.
Czym jest hantawirus, jak się przenosi, dlaczego w aż 30 krajach są osoby objęte obserwacją? Dla jasności – nie dzieje się nic strasznego, ale lepiej wiedzieć, jak się sprawy obecnie mają.

Transkrypcja odcinka

Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.

0:00:00 Wstęp

Ola: Co łączy polskiego kapitana, holenderskich obserwatorów, ptaków i śmiertelnie groźnego wirusa?

Piotr: I dlaczego rejs statku Hondius, zaplanowany jako przyrodnicza przygoda życia, zakończył się kwarantanną ponad 440 osób w 30 krajach? Cześć, tu Ola Stanisławska i Piotrek Stanisławski, podcast Crazy Nauka.

Ola: A dziś temat bardzo bieżący: ognisko bardzo groźnego hantawirusa na holenderskim statku Hondius, który wczoraj, w poniedziałek 18 maja, po wielu, wielu komplikacjach wreszcie dopłynął do Rotterdamu po rejsie po południowym Atlantyku.

Piotr: Tak, mamy coś na kształt déjà vu po covidzie. Oczywiście skala jest zupełnie inna i tak naprawdę spora część tego covidowego skojarzenia wynika, przynajmniej w tej pierwszej warstwie, z medialnego zamieszania wokół tego. Tak czy inaczej na tę śmiertelnie groźną chorobę, wywołaną przez wirusa przenoszonego przez gryzonie, zachorowało w tej chwili, o ile wiem, najprawdopodobniej co najmniej kilkanaście osób. Trzy spośród nich zmarły. I jeszcze jedna rzecz: pasażerowie z tego statku i ludzie, którzy mieli z nimi kontakt, rozjechali się po 30 krajach na świecie, więc zasięg potencjalny jest duży, ale…

Ola: Ale to był moment, w którym po raz pierwszy na taką skalę od pandemii covid-19 centra zapobiegania i kontroli chorób na świecie miały szansę przejść test reagowania na sytuacje kryzysowe, w rodzaju ogniska zakażeń, ogniska wirusa na statku. Czy go zdały? Cóż, o tym opowiemy w dalszej części naszego podcastu.

Piotr: Wiemy, że w tej chwili jest jeszcze drugi temat, bardzo ważny i rozwijający się, czyli kolejna epidemia wirusa ebola. Planowaliśmy początkowo połączyć te tematy w tym odcinku, ale okazuje się, że każdy z nich jest wystarczająco duży, żeby był osobnym odcinkiem, więc najprawdopodobniej ebolą zajmiemy się za tydzień.

Ola: A teraz opowiemy więcej o Hondiusie i o hantawirusie, który mocno doświadczył pasażerów rejsu tego statku. Opowiemy też trochę więcej o tym, dlaczego rejsy na wycieczkowcach są takimi idealnymi miejscami do rozprzestrzeniania się wirusów i dlaczego to z wielu względów jest bardzo, bardzo trudne, i logistycznie, i medycznie. I jak to się wszystko zakończyło.

I to jest bardzo dobry moment na to, żeby zachęcić was do zasubskrybowania naszego podcastu. Dzięki temu nie umkną wam nasze dźwiękowe poczynania.

Piotr: Przypominam też, że mam jeszcze dwa inne podcasty. Oba powstają we współpracy z Polskim Radiem.

Ola: Pierwszy z nich to Laboratorium Zbrodni i w najnowszym odcinku opowiadamy o zbrodniach, które dzielił czas i przestrzeń, ale łączyły pewne bardzo, bardzo szczególne ślady.

Piotr: A drugi z naszych podcastów polsko-radiowych to Sekcja Teorii Spiskowych i tym razem mówimy o wielkim resecie. To taka niezbyt mądra, ale, jak się okazuje, szalenie popularna teoria spiskowa. Natomiast to, co się dzieje na YouTubie w komentarzach, to jest historia. Jak chcecie zobaczyć, jakie ludzie mają zryte berety, to zapraszam tam serdecznie.

Ola: Ho, ho, ho, panie, co tam się dzieje. A my przypominamy jak zwykle, że jesteśmy obecni na wszystkich liczących się platformach podcastowych.

Piotr: I na tych nieliczących się również.

0:04:10 Hantawirus Andes: wcześniejsze ogniska i co wiemy o chorobie

Ola: To, co się stało w ostatnich tygodniach na statku Hondius, było trzecim takim większym ogniskiem hantawirusa, jego podtypu Andes.

Piotr: To ważne, zaraz powiemy dlaczego.

Ola: Dwa poprzednie duże ogniska zakażeń miały miejsce w Argentynie i statek Hondius również wyruszył w rejs z Argentyny, z miejscowości Ushuaia na południowym krańcu Ameryki Południowej. Ale jeszcze dwa słowa o tych poprzednich ogniskach. Szczególnie trudny moment dla Argentyny to był rok 1995, kiedy w ciągu 11 tygodni w trzech miastach tego kraju potwierdzono co najmniej 30 zachorowań i 9 zgonów właśnie z powodu hantawirusa Andes. Natomiast w latach 2018-2019 pojawiły się jeszcze inne zachorowania i dane mówią o 34 potwierdzonych zakażeniach i 11 zgonach. Mamy więc sytuację, że od czasu do czasu w różnych punktach Argentyny pojawia się śmiertelnie groźny hantawirus, niesie ze sobą śmierć i cóż, nagle pojawia się na statku wycieczkowym.

Piotr: Natomiast jeśli chodzi o Hondiusa, to dane z 18 maja (co dzień jakieś aktualizacje się pojawiają) mówią o tym, że mamy 12 przypadków, prawdopodobnie część z nich jest jeszcze niepotwierdzona, i 3 zgony, co oznacza bardzo wysoką śmiertelność, charakterystyczną dla tego wirusa, dokładnie tej odmiany. Mamy też ponad 440 osób, które są albo poddane kwarantannie, albo pod obserwacją, i to się dzieje w co najmniej 30 krajach. Na tego wirusa nie ma żadnej szczepionki ani żadnego leku, a ta najwredniejsza postać choroby ma bardzo wysoką śmiertelność. To jest hantawirusowy zespół płucny i tu śmiertelność wynosi od 38 do 50 procent. Tak to się szacuje. To jest naprawdę jak na choroby zakaźne bardzo, bardzo dużo.

Ola: A co to są właściwie te hantawirusy? To grupa wirusów z rodziny bardzo ładnie się nazywającej: buniawirusy. Brzmi to sympatycznie, owszem, natomiast wywołuje całkiem niesympatyczne objawy. Są dwa główne zespoły kliniczne, dwie główne postacie tej choroby. Gorączka krwotoczna z zespołem nerkowym, która pojawia się przede wszystkim w Azji i Europie, oraz hantawirusowy zespół płucny, który jest znacznie groźniejszy i charakterystyczny przede wszystkim dla obydwu Ameryk, a zwłaszcza dla Ameryki Południowej.

Piotr: Czyli ta gorączka krwotoczna to jest ta łagodniejsza wersja? Nie brzmi to dobrze. Dobrze, jak się przenoszą hantawirusy? Bardzo typowy sposób to przenoszenie przez gryzonie: myszy, szczury albo ryżoszczury, bardzo piękne nazwy będą się tu pojawiały. Człowiek może się od nich zakazić, wdychając przede wszystkim aerozol, jak to się mówi, czyli rozpylone cząsteczki odchodów, moczu i śliny zwierząt. Wszędzie tam, gdzie harcują sobie takie gryzonie, a później z jakiegoś powodu te ich wydzieliny czy wydaliny mogą się unosić w powietrzu. Czyli sprzątamy coś zakurzonego, gdzie te myszy biegały, albo, nie wiem, jesteśmy w namiocie, gdzie one baraszkowały. W każdym razie tak wygląda 99 procent przypadków, które się zdarzają na świecie. Co najważniejsze, nie ma tu sytuacji, kiedy choroba przenosiłaby się z człowieka na człowieka.

Ola: Ale jest pewien wyjątek. Otóż hantawirus ma swoją odmianę Andes, która jest jedyną, jaka może się przenosić z człowieka na człowieka. Krąży przede wszystkim w Argentynie i Chile. A skąd nazwa Andes? Można się domyślić, że pochodzi od Andów. Właśnie po argentyńskiej stronie Andów, w 1995 roku, ten wirus został po raz pierwszy zidentyfikowany w Patagonii. I tam też po raz pierwszy w historii hantawirusów udokumentowano przeskakiwanie ich między ludźmi, to znaczy, że ludzie zarażali się od siebie. Innymi słowy, jeżeli ktoś się opiekował kimś chorym, to miał wielką szansę na zachorowanie. Jeśli chodzi o tę konkretną odmianę hantawirusa, to jest ona przenoszona przez drobne gryzonie z rodziny chomikowatych. I to są te ładne nazwy. Są to ryżaczki, trawniaki i bolomyżki.

Piotr: Bolomyżki nas absolutnie rozwaliły. Wszystkie wyglądają mniej więcej tak samo.

Ola: Tak, to są różne wersje chomiczków. To ta sama rodzina co nasze chomiki i karczowniki. Mamy chomika europejskiego. Ostatnio widzieliśmy film z chomikiem europejskim, który wydaje się takim przemiłym pluszaczkiem, tymczasem okazało się, że potrafi dziabnąć opiekuna, kiedy na przykład jest przenoszony w celu wykonania zabiegu weterynaryjnego. W związku z czym to jest całkiem groźne zwierzę.

Piotr: Takiego karczownika mamy chyba w ogródku.

Ola: Zdaje się, że tak. Wracając do naszego tematu hantawirusów: przenoszenie się między ludźmi, wbrew pozorom, przy tej chorobie nie jest bardzo łatwe. Wymaga dość długiego, bliskiego kontaktu, na przykład wspólnej kabiny na statku albo takiej sytuacji, kiedy ktoś opiekuje się osobą chorą w szpitalu czy w domu. Najbardziej zaraźliwy jest ten wirus w pierwszych dniach od wystąpienia objawów, ale ma też bardzo długi okres inkubacji.

Piotr: To jest nietypowe i będzie miało istotne znaczenie w tej całej historii. Okres inkubacji to z reguły 2-3 tygodnie, i to już jest dosyć dużo. Czasem może się wydłużyć nawet do 6 tygodni, a to już jest bardzo dużo. Okres inkubacji to czas od zakażenia do wystąpienia pierwszych objawów. Potem jest klasyczna wirusowa faza zwana grypopodobną, czyli 3-5 dni gorączki, bóle mięśni, biegunka, bóle brzucha, dreszcze. Klasyka gatunku, wszystkie choroby wirusowe, z różnym natężeniem. Jeżeli już się pojawiają objawy, to zaczynają się podobnie. Natomiast jeżeli wystąpi faza płucna, która na szczęście nie musi wystąpić, to przebiega bardzo szybko, bo prowadzi do zespołu ostrej niewydolności oddechowej, a to z kolei może bardzo szybko prowadzić do śmierci. Jak wspominałem, nie ma tu żadnego sposobu leczenia, tak jak dla większości, choć nie wszystkich, chorób wirusowych. Leczy się objawowo, czyli w przypadku tej niewydolności oddechowej podaje się tlen, podłącza się pod respirator. To jest również absolutnie powód, żeby trafić na oddział intensywnej opieki medycznej. Generalnie, jeżeli człowiek wcześniej trafi na intensywną terapię, to bardzo zwiększa to jego szansę na przeżycie, co również ma znaczenie w tej historii.

0:12:18 Statek Hondius i przebieg rejsu

Ola: Jeszcze raz podkreślę, że poza obydwoma Amerykami ten hantawirusowy zespół płucny pojawia się dość rzadko. I to jest właśnie ta sytuacja, z którą mamy do czynienia i która wyszła poza ten oczywisty schemat. Wirus pojawił się na holenderskim statku, gdzieś na Atlantyku, między Antarktydą a Wyspami Kanaryjskimi. Dlatego WHO tak mocno to nagłośniło: to było pierwsze znane ognisko hantawirusa Andes poza Amerykami i rozniosło się bardzo szeroko, to znaczy do tych ponad 30 krajów. A żeby się tak mocno rozprzestrzeniło, musiało w jakiś sposób trafić na pokład z konkretnymi ludźmi, i tu właśnie zaczyna się ta cała historia. Zacznijmy od statku Hondius. To statek motorowy, wycieczkowy, ale specjalnie skonstruowany po to, żeby mógł pływać po obszarach polarnych. Należy do operatora holenderskiego, firmy Oceanwide Expeditions. Jego nazwa, Hondius, to pochodna nazwiska flamandzkiego kartografa, który żył w XVII wieku. Statek jest stosunkowo nowy, zbudowany został w 2019 roku. Ma wzmocniony kadłub, dzięki temu jest bezpieczniejszy i łatwiej daje sobie radę z lodem, który, jak wiadomo, w rejonach polarnych nie jest rzadkością, chociaż właściwie już zaczyna powoli [? niepewne: łyć]. Może przewozić 170 pasażerów w 80 kabinach. Na pokładzie na stałe przebywa lekarz pokładowy, a osobami biorącymi udział w rejsie opiekuje się 13 przewodników, którzy schodzą na ląd w miejscach, do których dociera ten wycieczkowiec, oraz prowadzą szkolenia i wykłady na pokładzie.

Piotr: Spójrzmy teraz na skład osobowy pasażerów. Były to osoby 23 narodowości, w tym z dziewięciu krajów Unii Europejskiej, co znowu bardzo ważne w tej historii. Średnia wieku była po sześćdziesiątce. Nie mamy dokładnych danych demograficznych, ale to były raczej seniorzy albo osoby tuż przed wiekiem senioralnym. To są też kosztowne rejsy. Oczywiście zależy to od kabiny i tego, jaki dokładnie jest rejs, ale szacuje się, że to od 8 nawet do 27 tysięcy dolarów za miejsce. Bez przesady, nie jest to jakaś super ekskluzywna rozrywka, to też ważne, ale na tyle droga, że nie każdy sobie na to może pozwolić. Często są to ludzie, którzy bardzo intensywnie zajmują się na przykład obserwowaniem ptaków. Uogólniając i mówiąc stereotypowo: zamożny emeryt mający dobrą lornetkę, dobry aparat i najpewniej znający się na tych ptakach, chociaż oczywiście nie tylko o ptaki chodzi.

Ważna sprawa: na pokładzie był jeden Polak i to nie byle kto, bo nie pasażer ani nawet zwykły członek załogi, tylko kapitan. Ten kapitan nazywa się Jan Dobrogowski, jest absolwentem Uniwersytetu Morskiego w Gdyni, ma spore doświadczenie, a jego specjalność to właśnie takie nieoczywiste i często niełatwe rejsy okołopolarne, antarktyczne, arktyczne. Jest oficjalna informacja od Ministerstwa Spraw Zagranicznych, że kapitan jest zdrowy, nie wymaga pomocy medycznej, najwyraźniej na tę chorobę nie zachorował.

Ola: A jak wyglądała trasa tego rejsu w skrócie? Zaczął się pierwszego kwietnia. Statek wyruszył, tak jak już mówiłam, z argentyńskiego portu Ushuaia, wypłynęło stamtąd około 175 osób: 114 pasażerów i 61 członków załogi. Stamtąd statek pokonał Atlantyk Południowy i w międzyczasie zatrzymywał się na Georgii Południowej, wyspie znajdującej się jakieś tysiąc kilometrów na wschód od Falklandów. Kolejne przystanki to Tristan da Cunha, jedna z najbardziej odległych od lądu zamieszkanych wysp na świecie. Liczy około 200 mieszkańców. Statek odwiedził też kilka innych wysp. Wszystkie te wyspy znajdują się mniej więcej w połowie drogi między Ameryką Południową a Afryką, gdzieś pośrodku Atlantyku. Zatrzymał się statek również na Wyspie Świętej Heleny, tej od Napoleona, który był tam uwięziony, zesłany, na Wyspach Zielonego Przylądka oraz na Teneryfie, a wczoraj, czyli 18 maja, dotarł do swojego macierzystego portu w Rotterdamie. Ale, jak już wspomnieliśmy, część tego rejsu nie przebiegła w sposób zaplanowany ani przewidywany.

Piotr: I tu króciutka przerwa: bardzo was zachęcamy do subskrybowania naszego podcastu, to jest dla nas ważne.

Ola: Tu ważna też informacja. Datki od naszych patronek i patronów, datki finansowe, pomagają nam utrzymać ten podcast jako bezpłatny i dostępny bez ograniczeń. Jeżeli więc cenicie to, w jaki sposób opowiadamy o nauce i trudnych sprawach tego świata, to może rozważycie regularne wsparcie nas albo w serwisie Patronite, albo takie jednorazowe na platformie [? niepewne: BuyCoffee2].

Piotr: To jest dla nas nie tylko konkretna zapłata za naszą pracę, ale też dowód, że wam zależy i że doceniacie to, co robimy, więc bardzo wam dziękujemy za wszelkie tego typu formy wsparcia.

0:18:46 Od pary Holendrów do ogniska na statku

Ola: I oczywiście bardzo dziękujemy również za wasze zaangażowanie, za komentarze, za oceny, za dzielenie się z innymi naszym podcastem. To bardzo dobrze działa na jego widoczność i nagłaśnia to, co tutaj robimy. A teraz po kolei, co się właściwie stało na tym Hondiusie. Wszystko zaczęło się aż cztery miesiące przed rozpoczęciem rejsu, od pary starszych Holendrów, 69-latków pochodzących z północnej Holandii: Leo [? niepewne: Schilperort] i jego żony Miriam [? niepewne: Schilperort-Hoisman]. To pasjonaci ptaków, zwłaszcza Leo, który logował i zapisywał każdą obserwację ptaków na portalu eBird. To takie miejsce, gdzie można odnotowywać obserwacje, i on rzeczywiście robił to niezwykle skrupulatnie. Oboje krążyli camperem przez Chile, Urugwaj i Argentynę od końca listopada 2025 roku do pierwszego kwietnia 2026, czyli do momentu, kiedy wsiedli na Hondiusa. Dosłownie cztery dni po zakończeniu tej swojej kamperowej wyprawy po Ameryce Południowej. Kluczowe regiony, w których przebywali w północnej Argentynie, to były prowincje, które, cóż, leżą w pasie endemicznego występowania wirusa Andes. I wiadomo, że tam żyją zakażone tym wirusem ryżaczki, jedne z tych zwierzątek [? niepewne: okupieńców].

To, co się podaje w niektórych mediach i co jest nagłaśniane w różnych sytuacjach, to że ci Holendrzy rzekomo mieli zarazić się tym wirusem na wysypisku śmieci pod Ushuają. To miejsce, dokąd często przewodnicy wiozą swoich klientów, ponieważ na tym wysypisku pojawia się wiele gatunków ptaków, które są rzadkie i trudne do zaobserwowania, a tam mają po prostu pełen wypas. Jednak okazuje się, że to nie miało miejsca, to znaczy ci Holendrzy nie obserwowali ptaków na tym wysypisku. Leo, o którym już mówiłam, że był niezwykle skrupulatny w notowaniu swoich obserwacji, nie zapisał ani jednego rekordu w bazie eBird właśnie z tego okresu, choć rzeczywiście notował dosłownie wszystko. Dobrze, skoro nie zarazili się na wysypisku śmieci, to gdzie do tego doszło? Właśnie w tych prowincjach, w których wirus Andes jest obecny u ryżaczków w północnej Argentynie. Teraz argentyńscy naukowcy odławiają tam, w tym rejonie, gryzonie, zwłaszcza na trasie, którą para przebyła, i badają je pod kątem tego wirusa.

Piotr: Natomiast pierwsza konkretna data, którą możemy ustalić, to 1 kwietnia. Wtedy było 175 osób na pokładzie i to był czas, kiedy oni rzeczywiście przebywali ze sobą, dużo, często intensywnie, dlatego że codziennie odbywały się wykłady o przyrodzie, o astronomii. Oczywiście jak to zwykle na tego typu statkach, przy czym dodajmy, że to nie jest statek wycieczkowy w typie tych gigantów, które mieszczą po kilka tysięcy osób, wpływają do jakiegoś portu i ten port zostaje absolutnie zadeptany. To jest stosunkowo niewielki statek, więc były wspólne posiłki, ci ludzie się razem spotykali, oczywiście bufet, jakieś pokazy gotowania. Wiemy, że były pokazy gotowania barszczu, między innymi, z racji obecności polskiego kapitana. W każdym razie obserwowanie ptaków, pingwiny, bo to przecież ta część świata, gdzie te pingwiny są. Rozmawialiśmy o tym zresztą nie tak dawno temu, zdaje się, z [? niepewne: Mikołajem Wolachowskim], który jest przewodnikiem prowadzącym tego rodzaju wycieczki po regionach polarnych, i on też zaznacza, że jest tam bardzo ważna biosekuracja. Czyli to, żeby nie przenosić, szczególnie na Antarktydę, jakichkolwiek, nawet nie tylko patogenów, ale nawet nasion i tego typu rzeczy, które mogłyby to środowisko zanieczyścić, zaszkodzić mu i tak dalej. Więc przy zejściu na ląd czyści się buty szczotkami, dba się o to, żeby w podeszwie nic nie było i tak dalej. Są to porządnie zorganizowane wyjścia, natomiast rzeczywiście ci ludzie mnóstwo czasu ze sobą spędzają.

Ola: Dwa dni po zaokrętowaniu, już 3 kwietnia, Leo, ten 69-letni Holender, dostaje gorączki, bólu głowy, biegunki. To początkowo wygląda jak grypa żołądkowa, ale w ciągu kolejnego tygodnia jego stan się pogarsza. Pojawia się przyspieszony rytm serca, przyspieszony oddech. I niestety 11 kwietnia Leo umiera w szpitalu pokładowym. To jest 10 dni po wystąpieniu pierwszych objawów. Później WHO sklasyfikuje go jako przypadek prawdopodobny zakażenia hantawirusem Andes, ponieważ zmarł przed pobraniem od niego materiału do testów.

Piotr: I tu mamy kolejną datę: 12 kwietnia kapitan Dobrogowski poinformował pasażerów o śmierci na pokładzie. Ta informacja została nagrana przez jednego z pasażerów i bardzo szeroko rozeszła się po świecie. Trzeba tu zwrócić uwagę na jedną rzecz: to było przedstawione w takim tonie, że kapitan fałszywie uspokaja, zwodzi pasażerów i tak dalej. W tym momencie kapitan powołał się na najlepsze źródło, jakie miał, czyli na opinię lekarza pokładowego, poinformował, że śmierć nastąpiła w wyniku naturalnych przyczyn, że to nie jest nic zakaźnego i że statek pozostaje bezpieczny. Tutaj spoiler: później wiemy, że lekarz sam się zaraził i znajduje się wśród potwierdzonych przypadków zachorowania. Warto jednak podkreślić, że to oświadczenie kapitana nie wynikało z chęci ukrycia czegoś, tylko po prostu w tej sytuacji polegał na zdaniu specjalisty.

Ola: Na wyspie Tristan da Cunha 13 kwietnia, to jeden z przystanków planowanych podczas tego rejsu, kilku nowych pasażerów wsiada na statek, w tym 65-letni mieszkaniec wyspy, a pasażerowie wychodzą też na ląd i w lokalnym kościele odbywa się nabożeństwo żałobne po śmierci Leo, 69-letniego Holendra. Wiemy to teraz, ale oni tego nie wiedzieli: wirus w tym czasie już krąży po statku. 21 kwietnia pierwsze objawy zaczyna mieć 60-letni Brytyjczyk, osoba, która mieszkała o dwie kabiny od tego małżeństwa Holendrów. To dosyć istotna sprawa.

Piotr: I ten tydzień zaczynający się od 22 kwietnia to jest moment, kiedy okazało się, że ewidentnie już coś się dzieje, bo 22 kwietnia pierwsze objawy żołądkowe miała Miriam, żona zmarłego. 23 kwietnia, następnego dnia, objawy pojawiły się u 80-letniej Niemki, a kolejnego dnia, 24 kwietnia, statek przybył do wyspy Świętej Heleny, tej od Napoleona, i tam na ląd zeszło 32 pasażerów, w tym Miriam, już chora, i 64-letni Szwajcar. On był zakażony i oczywiście nie wiedział o tym. Zdaje się, że stamtąd poleciał już do Zurychu. Na ląd wtedy też przeniesiono ciało Leo, a Miriam miała stamtąd lecieć do Holandii przez Johannesburg lotem KLM z 82 pasażerami i sześcioosobową załogą. Natomiast nie poleciała, ponieważ wyniesiono ją z samolotu przed odlotem, dlatego że uznano, że jest zbyt chora, żeby mogła lecieć. Nie wiedząc oczywiście, jaka jest sytuacja, stewardesy, w ogóle załoga pokładowa, opiekowały się nią bez żadnych zabezpieczeń, to oczywiste, a potem, kiedy ją zostawiono, ta załoga między innymi serwowała catering dla pasażerów, więc to kolejne ewentualne źródło problemów. I 26 kwietnia, czyli dwa dni później, Miriam umarła na SOR-ze w Johannesburgu w wyniku zapalenia płuc i zespołu ostrej niewydolności oddechowej.

Ola: Kolejne dni to już moment, kiedy to ognisko zakażeń się powiększa. 27 kwietnia z wyspy Wniebowstąpienia zostaje ewakuowany ten 60-letni Brytyjczyk z kabiny obok małżeństwa Holendrów. Leci do RPA helikopterem, a między 28 kwietnia a 1 maja chorują kolejne osoby: lekarz pokładowy, brytyjski przewodnik, Szwajcar, który już jest w Zurychu i tam zaczyna mieć objawy, oraz ten 65-letni mieszkaniec wyspy Tristan da Cunha, który choruje w swoim domu na wyspie, a ta wyspa, dodajmy, nie ma ani laboratorium, ani [? niepewne: OIOM-u]. Więc tutaj też jest trudna sytuacja. Natomiast 2 maja zaczyna już być bardzo poważnie, bo umiera 80-letnia Niemka, która zachorowała, miała pierwsze objawy w tym samym czasie co Miriam. Umiera na pokładzie statku i jej ciało też pozostanie na statku. Zostanie odwiezione aż do Holandii.

0:30:06 Alarm dla WHO, Wyspy Zielonego Przylądka i Teneryfa

Piotr: I tegoż samego dnia, czyli 2 maja, WHO, Światowa Organizacja Zdrowia, dostaje od Wielkiej Brytanii ostrzeżenie, że niemal na pewno na statku znajduje się ognisko hantawirusa. Można się zapytać, dlaczego Wielka Brytania, która się za bardzo nie pojawiała w tej opowieści. Z dwóch powodów. Po pierwsze, te kluczowe zdarzenia z początkowej fazy rejsu miały miejsce na czymś, co się nazywa Brytyjskie Terytoria Zamorskie na południowym Atlantyku. Więc to do Brytyjskiej Agencji Ochrony Zdrowia należy nadzór epidemiologiczny w takiej sytuacji, zanim ten statek dotrze do Europy czy gdziekolwiek dalej. I druga sprawa: jednym z pierwszych ciężko chorych był obywatel brytyjski, już tu wspomniany, który trafił również na OIOM w Johannesburgu i u którego potwierdzono właśnie infekcję tym hantawirusem. Tu można na dwa sposoby: albo kraj zamieszkania, albo kraj obywatelstwa pacjenta ma obowiązek zgłosić takie zdarzenie do WHO. Są na to konkretne przepisy i tak dalej. Wielka Brytania ma bardzo dobrze zorganizowany ten system, więc szybko udało się zidentyfikować, że to jest hantawirus, i połączyć to z tymi zdarzeniami, czyli zidentyfikować, gdzie był Brytyjczyk i co się w ogóle działo na statku Hondius.

Ola: W następne dni kolejne porty, do których chce zawijać statek Hondius, przeżywają falę paniki. 3 maja statek dryfuje przy wybrzeżu Wysp Zielonego Przylądka, dlatego że lokalne władze po prostu odmawiają mu wejścia do portu.

Piotr: Nie jest to dziwne w sumie.

Ola: Twierdzą, że państwo jest zbyt małe, żeby ogarnąć takie ognisko wirusa. I co się dzieje: załoga statku jest w ciągłym kontakcie ze Światową Organizacją Zdrowia. Przedstawiciel tejże organizacji dzwoni do rządu hiszpańskiego i pyta, czy rząd hiszpański przyjmie ten statek u siebie, i premier Hiszpanii się zgadza, powołując się na moralny i prawny obowiązek wobec obywateli oraz wobec prawa międzynarodowego. W tym czasie eksperci WHO, ale też ECDC, czyli Europejskiego Centrum do Spraw Zapobiegania i Kontroli Chorób, oraz holenderscy lekarze dolatują na pokład statku. 6 maja odbywa się ewakuacja medyczna trzech osób do Holandii. W tym czasie laboratoria w różnych miejscach świata pracują z próbkami materiału biologicznego pobranego od osób, u których podejrzewano zakażenie hantawirusem Andes, i tak 4 maja w Johannesburgu zostaje potwierdzony hantawirus Andes u Miriam, czyli u Holenderki. 5 maja w Zurychu u Szwajcara, który nie wiedząc, że ma tę chorobę, poleciał samolotem do Zurychu. I 8 maja w Dakarze specjaliści w laboratorium potwierdzają obecność hantawirusa u zmarłej Niemki.

Piotr: Tej 80-latki.

Ola: Tak, u zmarłej 80-latki. Przeprowadzone zostaje sekwencjonowanie. Wszystkie próbki mają niemal identyczny genom. Jest to więc potwierdzenie, że do zakażeń doszło na pokładzie tegoż statku i że to jest właśnie ognisko tego wirusa, a nie że ci chorzy podłapali tę chorobę w innych miejscach, w innych środkach transportu, chociażby w samolotach.

Piotr: Natomiast decyzja Hiszpanii o tym, że statek ma zostać przyjęty na Teneryfie, wywołała tam prawdziwą panikę. Głównie może bardziej u polityków nawet niż u mieszkańców. Między innymi 9 maja jeden z tamtejszych polityków wysłał hiszpańskiej ministrze zdrowia screenshota z wyszukiwarki takiej AI-owej, o której jakoś nie będziemy się uprzejmie wypowiadać, na którym jest informacja, że szczury są w ogóle świetnymi pływakami, że mogą przebywać w wodzie przez długi czas, co poniekąd jest prawdą. Wniosek tegoż polityka jest taki, że skoro tam jest statek w pobliżu, to na pewno szczury będą zakażone i na pewno będą się rzucały masowo do wody z tego statku, popłyną na Teneryfę i tam będą wszystkich zakażały. No nie bardzo to jest całkiem wiarygodne. W każdym razie ministerstwo tutaj akurat stanęło na wysokości zadania. Odpowiedziało bardzo konkretnym, technicznym raportem, że najprawdopodobniej na Hondiusie w ogóle nie ma szczurów, bo te opowieści o szczurach i statkach nie do końca zawsze są prawdą. I że nawet jeżeli by miały być, to gatunki, które mogą przenosić hantawirusa, wcale nie są dobrymi pływakami i naprawdę mają ciekawsze rzeczy do roboty niż rzucanie się do morza ze statku tylko po to, żeby zakazić jakiegoś pana na Teneryfie.

Ola: Dodajmy, że te gatunki to są z rodziny chomikowatych, a nie szczury.

Piotr: Ale jakby tam ktoś coś wymyślił, jakby ktoś tam [? niepewne: skisił] chomika.

Ola: Mamy 10 maja, kiedy około 90 pasażerów plus 60 członków załogi schodzi na ląd. W ciągu dwóch dni samoloty wywożą tych ludzi do ich krajów i w sumie odbywa się sześć lotów do pięciu państw Unii Europejskiej. Dodajmy, że Unia częściowo pokryła koszty tej ewakuacji. To się nazywa fachowo repatriacją i osoby odesłane do swoich krajów będą następnie monitorowane. To ważne, bo ta repatriacja następowała etapami. Dodajmy, że część osób opuściła statek jeszcze przed pełnym rozpoznaniem tego ogniska hantawirusa Andes, i warto podkreślić, że władze sanitarne bardzo pilnie śledziły wszystkich, którzy mieli styczność z tymi osobami. Wspomnijmy tu jeszcze najgorszy przypadek, który dotyczył 73-letniej Francuzki. Wsiadła do samolotu, który ewakuował pasażerów statku do Paryża, i właśnie na pokładzie samolotu zaczęła mieć objawy, a po przybyciu do Paryża trafiła na OIOM w stanie krytycznym.

Piotr: No tak, i tu już mamy moment, kiedy można powiedzieć, że te osoby się rozprzestrzeniły. Przy czym dodajmy, że to nie jest sytuacja niekontrolowana, to znaczy w miarę możliwości wiadomo już było o tym zagrożeniu. Natomiast rzeczywiście między 12 a 17 maja pojawiła się seria różnych przypadków w różnych miejscach świata, bo w oczywisty sposób ci pasażerowie trafili do swoich krajów. I tak 12-13 maja potwierdzono przypadek u 70-letniej Hiszpanki w Madrycie. Między 14 a 17 maja pojawiły się objawy u Kanadyjczyka z Kolumbii Brytyjskiej. Są to łagodne objawy, ale kanadyjskie laboratorium potwierdziło, że jest to zakażenie hantawirusem. Przy tym wszystkim chyba najgrubsza wpadka nastąpiła w Holandii. Mianowicie w szpitalu uniwersyteckim w Nijmegen aż 12 pracowników medycznych trafiło na obserwację i do izolacji, ponieważ nie dopełniono tam jakichś procedur. Mieli kontakt z płynami ustrojowymi jednej z tych chorych osób ze statku, więc ewidentnie nawalili.

0:39:07 Dlaczego wycieczkowce sprzyjają zakażeniom

Ola: A 18 maja, czyli wczoraj, Hondius ostatecznie dotarł do swojego macierzystego portu w Rotterdamie. I żadna z osób znajdujących się wówczas na pokładzie nie miała objawów. Wróćmy na chwilę do tematu wycieczkowców jako miejsc, gdzie epidemie się szczególnie dobrze rozprzestrzeniają. Może nie epidemie, tylko właśnie ogniska, bo epidemia to duże słowo. Setki pasażerów w przypadku mniejszych wycieczkowców, a w przypadku większych tysiące ludzi, dzielą te same przestrzenie, czyli restauracje, windy, dotykają tych samych poręczy, chodzą do tego samego spa i tak naprawdę żyją bardzo blisko siebie, dzielą kabiny z różnymi ludźmi, jadają w zamkniętych pomieszczeniach. W związku z czym wirus, jeżeli już się tam pojawi, ma idealne warunki do rozprzestrzeniania się. Można tu mówić o takich wirusach, które rzeczywiście wiodą prym w nawiedzaniu różnych rejsów i są naprawdę zmorą wycieczkowców, zwłaszcza tych, które przebywają na morzu przez wiele miesięcy. Zacznijmy od norowirusa. To on wywołuje zapalenie żołądka i jelit, szerzy się przez brudne ręce, przenosi się na powierzchnie i na żywność. W momencie, kiedy ludzie na przykład korzystają ze wspólnego bufetu, ze szwedzkiego stołu, chwytają szczypce do nakładania jedzenia, korzystają z tych samych klamek i poręczy, to są te momenty, kiedy to się z łatwością roznosi. Wirusy oddechowe. Wiemy już, jakim koszmarem był SARS-CoV-2 podczas rejsów w okresie pandemii. Szczególnie Diamond Princess to był rejs, na którym pojawiło się ponad 600 zakażeń, a pasażerowie tego statku przebywali na kwarantannie w Jokohamie i właściwie żaden port na świecie ich nie chciał przyjąć. Kolejnym, to już nie jest wirus, tylko bakteria Legionella, również prześladuje rejsy wycieczkowe. Bytuje w wodzie i bardzo łatwo się rozprzestrzenia przez wspólne jacuzzi, klimatyzację, ale też przez prysznice, a choroba legionistów, którą wywołuje ta pałeczka Legionelli, wywołuje ciężkie zapalenie płuc. Należy tu zaznaczyć, że nie przenosi się między ludźmi, tylko z łatwością przechodzi do wody, a przez wodę do kolejnych pasażerów. Warto wspomnieć, że jeśli chodzi o zachorowania na Legionellę, rekordzistą z roku 2024 był wycieczkowiec Queen Mary II. W swoim czasie był to największy wycieczkowiec świata i odnotowano tam wśród ponad 2,5 tysiąca pasażerów 346 zachorowań, czyli ponad 13 proc. obecnych na statku pasażerów. Bardzo dużo, i jak człowiek to czyta, to aż mu się bardzo nie chce płynąć, gdyby go nawet było na to stać.

Piotr: Tylko dlatego nie płyniemy. Co akurat hantawirus robi na statku? W normalnym układzie, tam gdzie ludzie są rozproszeni (mówię tu o tej odmianie, która się przenosi pomiędzy ludźmi), może dać jakieś pojedyncze przypadki. Gdzieś w Argentynie, w Chile, ale tam sposób przekazywania tego wirusa i to, że on rzeczywiście wymaga dłuższej ekspozycji, sprawia, że nie jest tak, że wejdziemy do sklepu, miniemy kogoś i się zarazimy. Nie, to mogą być osoby, które razem mieszkają, więc w takich normalnych miejscach rzeczywiście będą to pojedyncze osoby. Natomiast na statku mamy spędzanie mnóstwa czasu razem, nawet jeżeli nie wszyscy naraz, to w jakichś podgrupkach, ta grupa ludzi jest mocno ograniczona, więc jest też duża szansa na tę ekspozycję, na to, że człowiek narazi się na przekazanie tego wirusa. Oczywiście jest problem z identyfikacją tej choroby, bo te niespecyficzne początkowe objawy, a nawet i te późniejsze, są na tyle uogólnione, że trudno jednoznacznie stwierdzić, że to jest akurat ta choroba. To już wymaga bardzo specjalistycznego badania, którego oczywiście na statku nie można przeprowadzić. Statek nie jest też przygotowany na w ogóle identyfikację jakichkolwiek tego typu chorób, zwłaszcza że, powiedzmy sobie szczerze, hantawirus jest jedną, myślę, z ostatnich chorób, których można by się spodziewać w takiej sytuacji. Bardzo istotna sprawa jest też taka, że długi czas inkubacji tego wirusa sprawia, że trudno całą sytuację jakkolwiek kontrolować. Nie wiemy, kiedy taka osoba się zakaziła, więc nawet jeżeli statek płynie już przez jakiś czas, to równie dobrze ta osoba mogła tego wirusa złapać nawet wiele tygodni temu, i również przez to nie wiemy, kiedy wystąpią następne przypadki. Jeżeli już mamy osobę, która rzeczywiście jest objawowa, czyli zakaża, przekazała tego wirusa dalej, to kompletnie nie mamy pojęcia komu, i tu zorganizowanie odpowiedniej izolacji, nawet gdyby się udało zidentyfikować to na początku już na statku, jest niemalże niemożliwe. Oczywiście przy wielkich lokalnych epidemiach statkowych wprowadza się rygor niewychodzenia z kabin i tak dalej, ale trudno to sobie tutaj wyobrazić. Dodajmy, że mamy tu też grupę osób starszych, więc ten profil też ma bardzo duże znaczenie.

Ola: Właśnie tak. Jeśli chodzi o pasażerów rejsów wycieczkowych, to wśród nich rzeczywiście dominują seniorzy, a ich wiek i stan fizyczny bardziej ich narażają na zakażenie, bo oprócz wieku są to różne choroby przewlekłe, typu cukrzyca, choroby serca czy problemy z immunosupresją, i to zazwyczaj skutkuje trudniejszym, bardziej skomplikowanym przebiegiem właściwie każdej infekcji. Taki norowirus u trzydziestolatka wywołuje na przykład 2-3 dni objawów jelitowo-żołądkowych, natomiast u osoby starszej może doprowadzić i często prowadzi do odwodnienia, zaburzeń elektrolitowych. Taka osoba musi trafić do szpitala. Jeśli chodzi o wirusa Andes, jego wpływ na osoby starsze, często obciążone chorobami przewlekłymi, to bardzo często pojawia się u nich niewydolność oddechowa i postępuje bardzo szybko, co zresztą pokazały opisane przez nas przypadki. Dodajmy, że osoby, które zmarły w wyniku rejsu na statku Hondius, miały średnio około 73 lat. W związku z czym widać, że to byli po prostu seniorzy.

0:47:37 Fake newsy i dezinformacja wokół ogniska

Piotr: Równolegle z tym, kiedy naprawdę się coś działo, pojawiły się oczywiście rozmaite fake newsy, dezinformacja i inne tego typu rzeczy. Chyba najbardziej spektakularnym było to, co 8 maja pojawiło się na Twitterze: informacja, że uwaga, łamiąca wiadomość, WHO potwierdziło 159 przypadków hantawirusa na świecie. Ten tweet zyskał 5 milionów wyświetleń w ciągu jednego dnia, po czym rozszedł się oczywiście na Facebooka i inne kanały tego typu. Prawda jest taka, że nie 159, tylko w tym czasie WHO mówiło o 11 przypadkach.

Ola: I to nie wszystkich potwierdzonych.

Piotr: Nie wszystkich potwierdzonych, tak. WHO oczywiście próbowało jakoś tę atmosferę uspokoić. Wiadomo, jak to działa: łatwo jest wzbudzić strach, bardzo trudno jest wytłumaczyć. Dyrektor WHO powtarzał wszędzie, gdzie się dało, że nie, to z pewnością nie jest kolejny COVID-19. Natomiast oczywiście zrozumiałe jest to, że ludzie, jakby to powiedzieć, z jednej strony bardzo się starają zapomnieć o COVID-zie, bo to widać. Z drugiej strony wszyscy właściwie tylko czekają na następne tego typu zdarzenie, a z trzeciej strony, i chyba najistotniejszej, najbardziej cieszą się z tego typu zdarzeń media, dlatego że można wyświetlić bardzo dużo reklam przy kolejnych wiadomościach, coraz bardziej dmuchanych przy tej okazji. Bazują te wiadomości na wzbudzaniu strachu i na takiej konstrukcji, żeby człowiek koniecznie wszedł, bo chciał się dowiedzieć, chociażby w trosce o swoje zdrowie i bezpieczeństwo, a tam już po obejrzeniu 67 reklam dowie się, że właściwie nic nowego się nie wydarzyło. Więc niestety, jak patrzyłem na medialne doniesienia, to były one konstruowane bardzo nierzetelnie, delikatnie rzecz ujmując.

0:49:48 Stan po ewakuacji, kwarantanna i ocena reakcji służb

Ola: Warto jeszcze spojrzeć na to, co się stało po tej ewakuacji chorych z pokładu Hondiusa i z tych portów, gdzie zostali pozostawieni. Po tej głównej operacji, która nastąpiła 10-11 maja na Teneryfie, około 150 osób trafiło samolotami charterowymi do swoich krajów. O tym już powiedzieliśmy. Stany Zjednoczone nadal monitorują 41 osób, w tym 16 z tego samego samolotu, którym leciała Miriam. To był lot z Johannesburga. Hiszpania wciąż obejmuje kwarantanną 14 osób. Jeśli chodzi o Holandię, to tamtejszych chorych jest dwoje w szpitalach: lekarz pokładowy i ten przewodnik, który się zaraził. Z kolei sam statek, o czym już wspomnieliśmy, dotarł do Rotterdamu, ale pod eskortą holownika i policyjnej łodzi patrolowej. Na pokładzie przebywało wówczas tylko 25 członków załogi i dwóch medyków.

Piotr: Takie niezbędne minimum, żeby tym statkiem mógł się poruszać, i medycy ze względów bezpieczeństwa.

Ola: Żadna z tych osób nie miała objawów w momencie, kiedy dotarli do Rotterdamu. Załoga schodziła z pokładu etapami. Holendrzy zostali przeniesieni od razu na kwarantannę domową. Reszta załogi (źródła wspominają o osobach z Filipin) została przetransportowana do mobilnych kontenerów mieszkalnych pod Rotterdamem, gdzie są po prostu obserwowani, znajdują się w kwarantannie i pod opieką medyczną służby zdrowia. Ta kwarantanna potrwa do 42 dni, bo tyle może wynieść okres inkubacji wirusa, czyli czas do pojawienia się pierwszych objawów. A sam statek czeka pełna dezynfekcja, przeprowadzona w kombinezonach. Czeka go czyszczenie wszystkich powierzchni, pełne czyszczenie systemów wentylacji. Wszystko musi zostać starannie wysprzątane i wysterylizowane po to, żeby ktokolwiek później mógł na ten statek wejść i czuć się tam bezpiecznie.

Piotr: Natomiast to, co warto podkreślić, to że z punktu widzenia służb europejskich odpowiedzialnych za nadzór epidemiologiczny prawie wszystko zadziałało idealnie. Przypominamy, że takimi rzeczami zajmuje się ECDC, czyli Europejskie Centrum do Spraw Zapobiegania i Kontroli Chorób. Mamy z nim, że tak powiem, dobre kontakty. Mogliście różne informacje stamtąd u nas często usłyszeć. Od 6 maja nie zmieniła się ocena ryzyka dla ogólnej populacji w Europie. Jest określana jako bardzo niski poziom, dlatego że naturalny rezerwuar choroby, te gryzonie, nie występuje w Europie. Przypominam, że ta wersja, która u nas może się pojawić, jest zupełnie inna. To nie jest ten wirus Andes. W dodatku, jeżeli już mamy tu na kontynencie, w ogóle w Europie, tę wersję wirusa Andes, to on się łatwo nie przenosi. To wymaga bliskiego, długiego kontaktu, więc nie jest to absolutnie przypadek. Wiadomo, skojarzenie medialne covidowe. Covid, jak wiemy, przenosił się łatwo, tu bardzo trudno się tym zakazić. Natomiast oczywiście CDC też informuje i uprzedza, co jest niby oczywiste, że najprawdopodobniej będą się pojawiały kolejne przypadki wśród byłych pasażerów, być może wśród załogi, dlatego że wciąż trwa okres inkubacji, w związku z czym to, że się pojawią, nie jest niczym niespodziewanym ani strasznym. To nie znaczy, że ta epidemia się rozszerza. To znaczy, że sytuacja jest kontrolowana. Tyle tylko, że kolejne osoby mogą jeszcze zachorować. Na poziomie unijnym całą sprawę koordynował mechanizm ochrony ludności Unii Europejskiej. Został oficjalnie uruchomiony przez Hiszpanię 6 maja i był to pierwszy taki przypadek uruchomienia tego mechanizmu w tej skali dla patogenu, który się przenosi pomiędzy ludźmi, pierwszy po pandemii COVID-u. To system, który koordynuje całą pomoc ratowniczą, ewentualnie humanitarną na wypadek katastrof naturalnych czy katastrof wynikających z działalności człowieka, i jest uruchamiany wtedy, kiedy skala zjawiska może przerosnąć możliwości kontroli jednego kraju. Więc tu rzeczywiście mamy przypadek, kiedy teoretycznie można by to rozpatrywać w kontekście jednego kraju, natomiast jak widzimy, sprawa się rozszerzyła. Powiedziałem tu o jednym wyjątku: nie zadziałało to najwyraźniej w Holandii, w tym szpitalu. To oczywiście nie jest wina ECDC. Przypominamy uprzejmie, że ECDC jest instytucją nadzorującą, wspomagającą działania centralnie. Natomiast działania lokalne zależą już od służb poszczególnych krajów. Więc warto tylko zaznaczyć, że akurat Holandii nie wyszło tym razem tak dobrze.

Ola: A jeśli chodzi o ten mechanizm ochrony ludności Unii Europejskiej, to w ramach tych działań zarówno ECDC, jak i Komisja Europejska codziennie zwoływały spotkania koordynacyjne. To było niezwykle istotne, bo uczestniczyli w nich przedstawiciele ochrony zdrowia tych krajów, których przedstawiciele byli obecni na rejsie i których mogły dotyczyć przypadki zachorowań. Dodajmy, że to wszystko działo się od momentu rozpoznania tego hantawirusa, a właściwie już od momentu, kiedy Światowa Organizacja Zdrowia została przez Wielką Brytanię poinformowana o możliwym zagrożeniu hantawirusem Andes. To był początek maja, przypominamy. Jeśli chodzi o polski udział w tych działaniach, to za koordynację odpowiadał Krajowy Punkt Kontaktowy w Głównym Inspektoracie Sanitarnym. Warto spojrzeć na tę całą tragiczną historię jako na test, który sprawdził, czy organizacje o zasięgu ponadnarodowym, przede wszystkim ECDC, ale też WHO, zdały egzamin po tym, jakie procedury wypracowały w okresie pandemii COVID-19. Informacja i koordynacja działań się sprawdziły, przynajmniej tak deklarują te organizacje. Dobrze poszło wykrycie choroby, czyli szybko zsekwencjonowano tego wirusa, porównano próbki pobrane od pierwszych ofiar, czyli pierwszych chorych, i stwierdzono, że źródłem zakażenia jest to, co się rozprzestrzenia na pokładzie, a nie coś z zewnątrz. Dobrze poszła międzynarodowa współpraca, organizacja tych lotów czarterowych, które rozwiozły pasażerów do ich krajów.

Piotr: To, że Hiszpania zdecydowała świadomie, że statek może zatrzymać się na Teneryfie, to takie działania, które wymagają sporych konsultacji i nie są to łatwe decyzje, ale były przeprowadzone bardzo świadomie.

Ola: A co poszło nie tak, to jest to, co zwykle, czyli panika polityczna, panika medialna, szerzące się fake newsy. Nowe jest to, że AI w tym bierze udział, generuje bzdury, i to może służyć jako argument do prowadzenia rozmów wręcz na poziomie dyplomatycznym, międzynarodowym, co jest tutaj naprawdę trochę absurdalne.

Piotr: Trochę podsumowując: po pierwsze, po raz pierwszy rozprzestrzenił się ten groźny bardzo wirus Andes można powiedzieć globalnie, bo mamy około 30 krajów, gdzie są osoby zakażone lub potencjalnie zakażone. To nie znaczy, że w tych 30 krajach pojawiają się przypadki. I to jest patogen, który w ogóle ciężko się przenosi pomiędzy ludźmi, więc to wymagało, można powiedzieć, pewnej szczególnej konfiguracji, przy czym jeszcze raz podkreślamy, że te 30 krajów nie znaczy, że wirus rozszedł się w niekontrolowany sposób po świecie, wręcz odwrotnie: w większości przypadków w bardzo kontrolowany. Oczywiście można się zastanawiać, czy taki wirus mógłby zmutować do postaci, która byłaby bardziej zakaźna, bo ten, tak jak mówiliśmy wielokrotnie, jest ciężko przenoszący się pomiędzy ludźmi. Mógłby pewnie, natomiast nie jest to wirus, który bardzo szybko mutuje, tak jak niektóre inne, jak chociażby grypa. Epidemiolodzy, wirusolodzy zdają sobie z tego sprawę, temat jest monitorowany. Tak jak już mówiliśmy, ta międzynarodowa współpraca po COVID-zie wydaje się działać znacznie sprawniej. Wiemy, że rozmaite organizacje przetestowały, sprawdziły rozmaite procedury, i zarówno szybkość działania, jak i transparentność, jak i koordynacja na poziomie międzynarodowym były bez porównania lepsze niż to, co działo się na początku pandemii COVID-19. Później ta sytuacja oczywiście wielokrotnie się zmieniała, natomiast tu mamy inną sytuację, zdecydowanie podkreślamy: inną, ale mamy uruchomione te procedury.

Ola: Tym, co się nie zmieniło od czasów COVID-owych, jest szybkość roznoszenia się dezinformacji i jej atrakcyjność. Ten fake news o 150 przypadkach hantawirusa Andes zebrał, jak wiemy, 5 milionów wyświetleń w jeden dzień. To nie jest dobra wiadomość, że to się tak szybko i tak dobrze rozchodzi, bo to też pokazuje, z czym musimy się mierzyć w przypadkach kolejnych katastrof i kryzysów typu epidemia czy pandemia, bo nie wątpię, że kolejne będą.

A my przypominamy teraz, że jeśli cenicie nasze podcasty, to może rozważycie dołączenie do grona naszych patronek i patronów, to byłoby dla nas ogromne wsparcie. Przypominamy o tym teraz, bo jak wam się odcinek podobał, to jest dobry moment.

Piotr: I oczywiście pamiętajcie też, że możecie nas słuchać w tych podcastach, które współtworzymy z Polskim Radiem, czyli w Sekcji Teorii Spiskowych i w Laboratorium Zbrodni.

Ola: A teorie spiskowe są nie tylko do słuchania, ale też do oglądania, bo to nasz podcast wideo, czyli zapraszamy na YouTube oraz oczywiście w przypadku wszystkich naszych podcastów na Spotify.

Piotr: A w przypadku tych dwóch robionych z Polskim Radiem, na stronę Polskiego Radia. Zostało nam słowo na dziś, kto dotrwał, ten będzie wiedział, że to słowo to…

Ola: Kwarantanna.

Piotr: No to cześć.

Ola: Cześć.

Piotr: O, dzisiaj fala się aktywowała.

Ola: Tak, bo one nie jadły jeszcze obiadu, więc przepraszamy. Kończymy, musimy podać obiad psu.

Źródła

* https://www.cdc.gov/hantavirus/situation-summary/index.html

* https://www.nytimes.com/2026/05/16/world/europe/hantavirus-hondius-cruise.html

* https://www.medonet.pl/choroby-od-a-do-z/choroby-zakazne,hantawirusy—drogi-zakazenia–choroby–diagnostyka–leczenie,artykul,57270703.html

* https://www.nytimes.com/article/hantavirus-cruise-ship-outbreak-hondius.html

* https://www.ecdc.europa.eu/en/infectious-disease-topics/hantavirus-infection/surveillance-and-updates/andes-hantavirus-outbreak

* https://oko.press/hantawirus-wycieczkowce-inkubatory-epidemii

* https://www.medonet.pl/zdrowie/wiadomosci,nowe-wiesci-o-statku-z-hantawirusem–pacjenci-i-zaloga-objeci-kwarantanna,artykul,19206833.html

* https://www.cdc.gov/media/releases/2026/2026-cdc-provides-update-on-hantavirus-outbreak-linked-to-m-v-hondius-cruise-ship.html

* https://www.reuters.com/business/healthcare-pharmaceuticals/one-canadian-tests-positive-hantavirus-bc-officials-say-2026-05-16/

* https://www.reuters.com/business/healthcare-pharmaceuticals/what-is-hantavirus-that-killed-three-cruise-ship-passengers-2026-05-04/

* https://www.gov.pl/web/mswia/unijny-mechanizm-ochrony-ludnosci

Źródła