Podcast Crazy Nauka · odc. 166

Ebola, czyli najbardziej przerażająca epidemia

26-05-2026 · 126 min · Tematyczny, Ciało i zdrowie, Historia nauki i odkryć

Okładka odcinka

Tu jest treść z serwisu Spotify. Po jej włączeniu Spotify otrzyma Twój adres IP i może zapisać w przeglądarce pliki cookies.

Posłuchaj też na:

Ebola – choroba, która budzi przerażenie. W Demokratycznej Republice Konga rozwija się właśnie epidemia mało znanego gatunku tego wirusa.
Kiedy i jak go odkryto? Jakie stanowi zagrożenie? Czemu tak się go boimy? I dlaczego właśnie tam się rozwija?

Transkrypcja odcinka

Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.

0:00:00 Wstęp

Ola: Wirus ebola budzi skrajne przerażenie na świecie. A na ile faktycznie jest groźny?

Piotr: Dlaczego chorzy na ebolę Amerykanie zostali ewakuowani do czeskiej Pragi i Berlina zamiast do USA?

Ola: Cześć, tu Ola Stanisławska.

Piotr: I Piotrek Stanisławski. Witamy Was w podcaście Crazy Nauka.

Ola: A dziś będzie zapowiadany już temat eboli. Opowiemy o samym wirusie i o chorobie, ale wszystko to w kontekście epidemii, która właśnie teraz trwa w środkowej Afryce. Epidemii, która dosłownie w tej chwili, kiedy nagrywamy te słowa, niezwykle gwałtownie się rozwija.

Piotr: Przypominam też o innych naszych podcastach, tych, które przygotowujemy we współpracy z Polskim Radiem. A więc Laboratorium Zbrodni.

Ola: Tu o człowieku, który zabijał, zatruwając popularne lekarstwa.

Piotr: Oraz Sekcja Teorii Spiskowych.

Ola: A tutaj o dziwnej, ruskiej teorii spiskowej, która ma ustawić Rosję jako centrum świata.

Piotr: I jeszcze pozostaje Was zapewnić o tym, że jesteśmy obecni na wszystkich liczących się platformach podcastowych.

Ola: I tych nieliczących się również.

0:01:20 Początek epidemii w Mongwalu i gatunek Bundibugio

Piotr: I tu jedno zastrzeżenie. Na sam początek: jest godzina 15.56, 26 maja 2026 roku. Dane, które będziemy przedstawiali, zwłaszcza dotyczące bieżących wydarzeń, są właśnie na ten moment. Aktualizowaliśmy je, powiedzmy, 2 czy 3 godziny temu, w trakcie przygotowywania odcinka. Więc jeżeli będziecie tego słuchali następnego dnia, jak to często bywa, to już coś się może zmienić. W każdym razie idziemy do tego miejsca i czasu, gdzie to się teraz zaczęło.

Mianowicie Mongwalu. To jest początek maja 2026 roku. I to jest prowincja Ituri, na północnym wschodzie Demokratycznej Republiki Konga. Bardzo serdecznie polecamy wzięcie sobie mapy i zobaczenie, jak ogromne jest Kongo. Bo raz, że projekcja Mercatora sprawia, że Afryka na wielu mapach jest wielkości chusteczki do nosa. A dwa, że podobnie jak i my sami, niekoniecznie zdajemy sobie sprawę z tego, jak to jest wielki kraj.

Ola: Ale ja tak spojrzałam sobie na mapę i później poszukałam takiego miejsca, gdzie nałożono mapę Demokratycznej Republiki Konga kształt na kształt Europy. I uwaga, Demokratyczna Republika Konga przykrywa całą Europę Zachodnią. Dosłownie.

Piotr: Będziemy mówić tutaj zamiennie również o Kongo. Zatem jesteśmy w Mongwalu. To jest miasto, gdzie wydobywa się złoto. Gdzie przewija się mnóstwo ludzi. Gdzie jest niezwykle słaba infrastruktura medyczna. No i tam zaczynają umierać ludzie. Najpierw jest kilka osób. To jest dość mało zaskakujące, dlatego że w tym rejonie i w tej sytuacji społecznej i geograficznej te choroby tropikalne, które dotykają ludzi, są zróżnicowane. Jest ich bardzo wiele. No więc na początku nikt jakoś specjalnie się tym nie przejmuje.

Ola: Kiedy w końcu ta informacja, że coś się dzieje, dociera do lekarzy, oni pobierają próbki i przeprowadzają testy w kierunku eboli. Wiadomo, że ten obszar nawiedzają epidemie eboli. W związku z czym te testy są dostępne i rzeczywiście często wykonywane, ale wynik jest negatywny. Warto zaznaczyć, że laboratoria w tym obszarze kraju mają zestawy diagnostyczne nastawione na wykrywanie wyłącznie najczęstszego gatunku eboli, czyli wirusa Zaire ebola. Innych gatunków nie wykrywają, więc to, co się pojawiło w Mongwalu, krąży tygodniami, a nikt nie wie, że to jest właśnie to, czego można się najbardziej obawiać w tamtym obszarze.

Piotr: Mówimy tu o początku maja, natomiast najprawdopodobniej, tego jeszcze do końca nie wiemy, pierwsze zgony mogą się pojawić już w marcu, a może nawet w lutym tego roku. Mamy pierwszy oficjalnie potwierdzony przypadek i to jest pracownik służby zdrowia, co jest charakterystyczne, zaraz opowiem, o co chodzi. Umarł pod koniec kwietnia w Buni, to jest stolica tej prowincji Ituri. Ciało tej osoby zostało przywiezione do Mongwalu na tradycyjny pogrzeb, o tych pogrzebach jeszcze sporo powiemy, i to prawdopodobnie był moment, kiedy wybuchła ta choroba, kiedy powstało pierwsze ognisko.

Dlaczego powiedziałem, że to ważne, że pracownik służby zdrowia? Dlatego że jest wysoce mało prawdopodobne, żeby akurat pierwszym chorym człowiekiem był pracownik służby zdrowia, żeby on się zaraził ze źródła tej choroby, czyli najprawdopodobniej od jakiegoś zwierzęcia czy mięsa zwierzęcia. Oznacza to najprawdopodobniej, że chora osoba trafiła gdzieś do opieki zdrowotnej i tam się ten pracownik zaraził. Stąd domniemanie, że ta choroba już znacznie wcześniej krążyła.

Ola: No i 5 maja WHO otrzymuje ostrzeżenie od lekarzy działających na tamtym terenie o tym, że pojawiło się tam ognisko nieznanej choroby, choroby wysoce śmiertelnej. A 15 maja laboratorium w Kinszasie, czyli stolicy Demokratycznej Republiki Konga, potwierdza obecność gatunku wirusa ebola o nazwie [? niepewne: Bundibugio]. Jest on obecny w aż ośmiu z trzynastu próbek, które otrzymało to laboratorium do analizy. I tu pojawia się jeszcze poważniejszy problem, bo sama choroba, wiadomo, jest groźna, natomiast do tej pory ten gatunek Bundibugio był rzadziej spotykany. Wskutek tego jest trudniejszy do zidentyfikowania, istnieje mniej testów, które mogą go wykryć, i co gorsza, w przeciwieństwie do eboli tego najbardziej znanego gatunku, Zaire, nie istnieje szczepionka na gatunek Bundibugio.

Piotr: Już 5 maja rząd Konga ogłosił epidemię, natomiast 17 maja Światowa Organizacja Zdrowia, czyli WHO, ogłosiła coś, co się nazywa w skrócie PHEIC, czyli Public Health Emergency of International Concern, czyli stan zagrożenia zdrowia publicznego w zasięgu międzynarodowym. W Kampali w Ugandzie potwierdzono dwa przypadki u osób, które przyjechały z Konga, i wśród tych przypadków nastąpił jeden zgon.

Jak to wygląda w tej chwili? Mamy 112 potwierdzonych przypadków, ponad 900 przypadków podejrzeń zachorowań i w sumie 233 przypadki i 34 przypadki śmierci. Natomiast oczywiście to są dane, które, tak jak na początku powiedziałem, będą się bardzo mocno zmieniały, więc trudno powiedzieć, jak to będzie wyglądało. Wiemy o tym, że śmiertelność w przypadku tego szczepu wynosi od 25 do 40%, wedle niektórych danych 50%. W tej chwili jest to trzecia co do wielkości epidemia eboli w historii, więc tak jak mówimy, te dane będą się zmieniały, trudno powiedzieć, jaką pozycję zajmie w tym niechlubnym rankingu.

Jeszcze jedno zastrzeżenie. O samym wirusie będziemy więcej mówili, natomiast przed chwilą użyłem słowa "szczep". Taksonomicznie, formalnie to nie są szczepy, tylko gatunki. Tych gatunków ebola jest kilka, natomiast dość powszechnie używa się określenia "szczep", które nie jest do końca prawidłowe. Więc jeżeli nam się tutaj gdzieś wymsknie, tak jak przed chwilą, "szczep", to wybaczcie. Zresztą w większości miejsc, gdzie można przeczytać tę informację, i to nie tylko po polsku, będzie mowa o szczepach, także dla jasności to tłumaczę.

Ola: Warto jeszcze podkreślić, że ta epidemia znacznie różni się od poprzednich. Wirus jest ten sam, znaczy rodzina wirusa, natomiast inny gatunek. Nie jest to ten najbardziej znany Zaire, nie jest to Sudan, tylko Bundibugio, na który ani nie ma szczepionki, ani nie ma zatwierdzonego leczenia przyczynowego. Istnieją wyłącznie leki objawowe, czyli tak jak w przypadku różnych infekcji wirusowych, liczy się na układ odpornościowy pacjenta.

Jeśli chodzi o przeszłość, to ten gatunek eboli wywołał wcześniej dwie istotne epidemie. Pierwsza z nich miała miejsce w Ugandzie w 2007 roku i tutaj dane są bardzo mocno rozbieżne. Można powiedzieć, że jeśli chodzi o liczbę przypadków, to było ich około 200, znacznie mniej było potwierdzonych klinicznie, no i 22 osoby zmarły.

Piotr: Tu mamy około 10% śmiertelności, niewiele.

Ola: Natomiast w 2012 roku była kolejna duża epidemia właśnie spowodowana Bundibugio w Demokratycznej Republice Konga i tam z kolei potwierdzono 40 zachorowań, z czego 18 osób zmarło.

0:11:01 Odkrycie wirusa w 1976 roku i laboratoria BSL

Piotr: Czyli niemal 50%, więc w ogóle te dane, które będziemy podawali, są często dość mocno rozrzucone. Jeszcze będziemy mówili o tym, dlaczego. Teraz przeskoczymy sobie o 50 lat wstecz, bo tak się niesympatycznie składa, że właśnie w tym roku mija 50. rocznica odkrycia wirusa ebola. Jest sierpień 76 roku, wieś [? niepewne: Jambuku] w północnym Zairze, tak wtedy nazywała się obecna Demokratyczna Republika Konga. Dyrektor szkoły misyjnej, 42-letni, prawdopodobnie, bo to są nieco rozbieżne informacje, Mabalo Lokela wrócił z dwutygodniowej podróży po kraju i gdzieś po drodze kupił miejscowy przysmak, czyli wędzone mięso dzikich zwierząt. Konkretnie chodziło o mięso antylopy i mięso małpy.

26 sierpnia 76 roku pojawiły się u niego pierwsze objawy, bardzo uogólnione, jak to często przy chorobach wirusowych: gorączka, bóle głowy, ogólne osłabienie. I on się zgłosił do jedynego miejsca, do którego w ogóle mógł się zgłosić, czyli misyjnego szpitala w Jambuku. Był prowadzony przez zakonnicę, prawdopodobnie z Holandii.

Ola: Wizja szpitala, którą mamy, kiedy się wymienia to słowo, pochodzi z Europy, natomiast tu trzeba sobie wyobrazić coś, co dla nas jest pewnie nie do pojęcia. Personel tego szpitala liczy 17 osób i w ciągu miesiąca przyjmuje od 6 do 12 tysięcy pacjentów. Tak, to nie jest pomyłka. Nie ma tam na stałe lekarza.

W tym regionie występuje malaria, czyli choroba, której objawy pierwsze są grypopodobne: wywołuje gorączkę, bóle głowy. Jeżeli ktoś przychodzi z takimi objawami do tego straszliwie obłożonego szpitala, to otrzymuje diagnozę dość oczywistą: malaria. I właśnie taką diagnozę słyszy Lokela, czyli ten dyrektor szkoły misyjnej. Otrzymuje na miejscu zastrzyk z chlorochiny i idzie do domu. W tym czasie gorączka u niego chwilowo spada.

Piotr: Tu trzeba też spojrzeć na wyposażenie tego szpitala. Otóż szpital ma strzykawki. Ma ich pięć. Są to szklane strzykawki, które są owszem sterylizowane, ale na koniec dnia, bo nie ma szans, żeby przy takiej liczbie pacjentów i przy takiej liczbie strzykawek robić to inaczej. W związku z czym w ciągu dnia są po prostu płukane w ciepłej wodzie. I to niestety jest problem, ponieważ bardzo dużo podaje się chlorochiny ze względu na tę malarię i każdy taki zastrzyk jest potencjalną okazją do przeniesienia wirusa.

Jeśli chodzi o samego Lokelę, to już pierwszego września wraca mu gorączka. Wraz z tą gorączką pojawiają się już bardzo charakterystyczne objawy: krwawienie z przewodu pokarmowego, wymioty, później oznaki wstrząsu. On trafia z powrotem do tego szpitala.

Ola: 8 września Lokela umiera. Bliscy urządzają mu tradycyjny pogrzeb. Wcześniej obmywają jego ciało zgodnie z miejscowym rytuałem i tu trzeba zaznaczyć, że ciała zmarłych, przede wszystkim płyny ustrojowe zmarłych na ebolę, są absolutnie, skrajnie zakaźne.

Piotr: Z 21 osób, które uczestniczyły w tym pogrzebie, umiera 18. Z 17 pracowników szpitala zakaża się 13 osób, z czego 11 umiera. W Jambuku i w okolicach pojawia się wtedy 318 przypadków i aż 280 zgonów. Więc tu śmiertelność jest niezwykle wysoka, sięgająca niemal 90%.

Ola: I jednocześnie, a to jest zupełnie niepojęte, w Sudanie pojawia się w czerwcu 1976 roku inny wirus, który również, uwaga, okaże się ebolawirusem. Objawia się w mieście [? niepewne: Nysara], w odległości około 800 kilometrów od Jambuku, czyli tego miejsca, gdzie mieścił się szpital, o którym przed chwilą mówiliśmy. Z racji tego, że to się dzieje w Sudanie, wirus zostanie nazwany Sudan Ebola Virus. Śledztwo epidemiologiczne doprowadzi do pracownika magazynu tkanin w fabryce bawełny w tym mieście, który zachorował 27 czerwca. Cierpiał na gorączkę, ból w klatce piersiowej, krwawienia z przewodu pokarmowego. Ważne jest to, że to nie jest pacjent zero, my zresztą będziemy tutaj rozróżniali te kategorie, tylko można go nazwać, nie ma takiej prawidłowej nazwy w języku polskim, pacjentem wskaźnikowym, czyli takim, którego udało się znaleźć i który jakby sięga najbliżej źródła danej epidemii.

Piotr: Natomiast zidentyfikowano też superroznosicieli, czyli takie osoby, które z jakichś względów, to mogą być względy zdrowotne, ale też społeczne, zaraziły szczególnie dużo osób. Pacjent, który jest zidentyfikowany tylko inicjałami PG: wiadomo, że aż 6 generacji transmisji udało się zarejestrować od niego. Czyli on przekazuje jednej osobie, ta osoba przekazuje kolejnej i tak dalej. W Sudanie wtedy niemal 70% przypadków pochodziło od niego. Tu również problemem był oczywiście szpital, to był szpital w Maridi, gdzie z 61 pracujących tam pielęgniarek umarło 33.

Włącznie wtedy w Sudanie zachorowały 284 osoby, przynajmniej tyle zidentyfikowano. Miało miejsce 151 zgonów, czyli tu mamy śmiertelność nieco powyżej 50%.

Ola: I to jest zupełnie rzeczywiście niesamowity zbieg okoliczności, że dwa odrębne gatunki wirusa z rodzaju Ebola pojawiły się w dwóch różnych krajach, w odległości kilkuset czy też tysiąca kilometrów od siebie, w tym samym czasie. Te epidemie oraz wirusy są niezwiązane bezpośrednio ze sobą, chociaż są blisko spokrewnione genetycznie. I to rzeczywiście w historii epidemiologii jest jedną z takich zagadek, które wciąż domagają się tego, żeby je rozwiązać.

Piotr: Mamy zachorowania w dwóch miejscach. Choroba nie jest znana do tej pory i tu kluczowy stał się przypadek 40-letniej zakonnicy, która była położną właśnie w Jambuku, czyli w tym pierwszym miejscu, o którym mówiliśmy. Zaraziła się prawdopodobnie podczas przyjmowania porodów. Została ewakuowana do Kinszasy samolotem i 28 września pobrano od niej krew. Ta krew została w dość szczególny sposób przesłana dalej.

Ola: No tak, użyto do jej przesłania niebieskiego termosu turystycznego. Takie są dane na ten temat. Próbka została w ten sposób zabezpieczona przed ociepleniem się, zepsuciem się i została zwykłym lotem belgijskich linii lotniczych Sabena przesłana z Kinszasy do Belgii. Tam w Antwerpii 29 września 1976 roku została otwarta, przebadana przez zespół, którego szefem był profesor [? niepewne: Stefan Patyn]. Było z nim razem trzech jego asystentów. Oni niestety zastali tę przesyłkę w stanie niezbyt nadającym się do wnikliwej analizy laboratoryjnej, ponieważ lód się stopił, jedna próbówka się stłukła i wewnątrz tego termosu była krew wymieszana z wodą i okruchami szkła. Nie były to warunki sterylne i sprzyjające wyizolowaniu czegokolwiek, tym niemniej to jest bardzo ważny moment w historii wykrywania przyczyny tej epidemii.

Piotr: I to wszystko trafiło do tegoż właśnie Instytutu Medycyny Tropikalnej w Belgii, gdzie, co ważne, nie było odpowiedniego laboratorium. Laboratoria są dzielone na cztery główne kategorie. To się określa jako BSL1 do BSL4, od biosafety level, czyli poziom bezpieczeństwa biologicznego. BSL1 to są takie patogeny, które generalnie są niegroźne dla zdrowia dorosłych, na przykład laboratoryjne szczepy Escherichia coli. Do tego są podstawowe rzeczy, jak fartuch, jakieś rękawiczki potrzebne.

Później mamy rosnący poziom, aż do BSL4. To są patogeny, które mają wysoką śmiertelność, brak skutecznego leczenia i brak szczepionki. To jest to, co w filmach można zobaczyć, takie skafandry kosmiczne, czyli ciśnieniowe skafandry, gdzie jest wyższe ciśnienie wewnątrz skafandra, gdzie jest dopływ zewnętrzny powietrza, śluzy powietrzne, kilka śluz przed wejściem, dekontaminacja prysznicami. Cały budynek ma ciśnienie niższe niż na zewnątrz, żeby powietrze było zaciągane, żeby się nie wydostawało stamtąd. Wiadomo, wentylacja, ścieki, wszystko to jest bardzo starannie zabezpieczone.

Takich laboratoriów w tej chwili jest na świecie kilkadziesiąt, pięćdziesiąt, siedemdziesiąt, zależy, jak tam dokładnie liczyć, bo to zależy też, czy się pracuje na patogenach ludzkich, czy nie. W Polsce nie ma takiego laboratorium. [? niepewne: Najwyższy] poziom to jest BSL-3. To jest w kilku ośrodkach w Polsce. Najbliższe laboratorium takie, jeśli się nie mylę, jest chyba w czeskiej Pradze, ale nie jestem tego pewny, musiałbym sprawdzić. W każdym razie oni tego nie mają i w ogóle w Belgii nie ma w tym czasie.

Ola: Na pewno jest w Berlinie takie laboratorium, w BSL-4.

Piotr: To nawet pewnie zależy, skąd licząc. W każdym razie oni wtedy w Belgii, w tym 76 roku, pracują z bardzo podstawowymi zabezpieczeniami. Mają jedną ocalałą próbówkę z krwią i na tej krwi pracują.

Ola: I pracują w bardzo specyficznych warunkach, bo nie tylko nie mają odpowiedniego laboratorium, ale też w ogóle warunki w tym ich laboratorium są z dzisiejszego punktu widzenia, nazwijmy to, dziwne. Żeby prowadzić obserwacje przy mikroskopie fluorescencyjnym, jeden z asystentów profesora Patyna pracuje przy tym mikroskopie w toalecie. To jest jedyne pomieszczenie, które daje się odpowiednio zaciemnić, i właśnie w ten sposób ogląda próbki, które zostały przesłane z Konga.

Piotr: Tak, no i widzi po raz pierwszy coś bardzo groźnego. Te próbki zostały wyhodowane na linii komórkowej VERO. To jest linia pochodząca od jednego z gatunków małp, standardowo wykorzystywana w laboratoriach. Pod mikroskopem elektronowym udaje się zobaczyć bardzo charakterystyczne, już teraz znane chyba niemal każdemu, kto się chociaż trochę tym interesuje, nitkowate struktury z pętelkami pozawijanymi na końcach. Czyli właśnie to jest ten wirus. To jest bardzo nietypowy kształt jak na wirusa, niewiele jest wirusów o takim kształcie. One są trochę podobne do wirusa Marburg, który został 9 lat wcześniej odkryty. Ale przy testach okazuje się, że nie ma reakcji, że to nie jest ten wirus, że to nie jest żaden blisko spokrewniony wirus, że jest to coś zupełnie nowego.

Ola: Ta wiadomość zostaje przekazana do Światowej Organizacji Zdrowia, której jeden z przedstawicieli telefonuje do tego laboratorium w Antwerpii, każąc natychmiast wstrzymać pracę nad obserwacją tego patogenu, ponieważ nie ma tam laboratorium BSL-4. Próbki po odpowiednim zabezpieczeniu lecą samolotami do Wielkiej Brytanii i do Stanów Zjednoczonych. To jest laboratorium CDC w Atlancie, wielokrotnie o tym mówiliśmy, a w Wielkiej Brytanii to jest laboratorium w Porton Down.

14 października 76 roku Światowa Organizacja Zdrowia oficjalnie ogłasza, zresztą przesyła to oficjalnym telexem, takie kiedyś były formy komunikacji, informację o tym, że trzy zespoły badawcze, czyli ten z Antwerpii, kolejny z Wielkiej Brytanii i ze Stanów Zjednoczonych, równolegle wyizolowały nowy gatunek wirusa. Wszystkie trzy zespoły zostają uznane za współodkrywców, no i ten wirus musi otrzymać jakąś nazwę. I tu jest problem.

0:25:57 Nazwa wirusa, jego budowa i mechanizm zakażenia

Piotr: Tu jest problem, dlatego że pierwsza propozycja pochodziła od miejsca tej sierpniowej epidemii, miał się to nazywać wirus Jambuku. Natomiast CDC bardzo zdecydowanie odrzuciło ten pomysł, tę propozycję, dlatego że mieli już doświadczenia z pewnym miastem w Nigerii, miasteczkiem Lassa. Tu z kolei chodziło o wirusa, no właśnie, Lassa, wyizolowanego w 69 roku właśnie tam, i to jest jedna z licznych śmiertelnie groźnych gorączek krwotocznych. Problem polega na tym, że przez tę nazwę Lassa, która się bardzo rozpowszechniła, która była używana przez wszystkie media, to miasto zostało, można powiedzieć, praktycznie zniszczone. Poziom stygmatyzacji był niezwykle wysoki, ludzie unikali jakichkolwiek kontaktów nie tylko z tym miastem, ale w ogóle z ludźmi, którzy byli jakkolwiek z nim związani. To stało się takim stygmatem, takim słowem, które oznaczało coś bardzo strasznego. W związku z czym tu postanowiono rozegrać to inaczej.

Ola: I właśnie ci specjaliści z CDC stwierdzili, że muszą poszukać innego rozwiązania. Spojrzeli sobie na mapę, na której belgijscy kolonizatorzy oznaczyli rzekę w pobliżu tego miejsca, gdzie znajduje się ognisko wirusa.

Piotr: W pobliżu było dosyć dyskusyjne.

Ola: Tak, bo się potem okazało, że jakieś 100 kilometrów od tamtej lokalizacji rzeka się nazywała Ebola. No i właśnie taką nazwę przyjęto. Tak się zastanawiam, czy to nie jest z kolei stygmatyzacja ludzi, którzy mieszkają wzdłuż tej rzeki.

Piotr: Wcale nikt się nie identyfikuje w ten sposób. Jak cię ktoś zapyta, to nie mówisz: mieszkam nad Wisłą, nad Odrą albo nad Wartą.

Ola: Mieszkam nad Ebolą.

Piotr: Nie brzmi to najlepiej. Nie, Ebola jest długą rzeką i nie jest to nic takiego lokalnego, więc najwyraźniej tu uznano, że jest to bezpieczne.

Ola: Przyjrzyjmy się przez chwilę samemu wirusowi ebola, bo on jest bardzo niepodobny do innych wirusów. Ma charakterystyczną, nitkowatą strukturę, która ma zawijasy na końcach. To już Piotrek wcześniej o tym mówił. Długość do jakiegoś mikrometra i jest na tyle charakterystyczny ten kształt, że rzeczywiście można go rozpoznać pod mikroskopem dosyć jednoznacznie. Od tego kształtu zawijasowego bierze się zresztą nazwa całej rodziny tych wirusów: Filoviridae, czyli filowirusy, od łacińskiego słowa "filum", czyli nić.

Wirusy z tej rodziny są wyposażone w jednoniciowe RNA, które koduje siedem białek, a kluczowe dla tego, w jaki sposób wirus zakaża, jest jedno z tych białek, które jest jako jedyne obecne na jego powierzchni. Nosi ono nazwę glikoproteina powierzchniowa GP. Z jej pomocą wirus przedostaje się do wnętrza komórek zakażonej osoby. Dodajmy, że mechanizm działania tej glikoproteiny powierzchniowej GP został odkryty i rozpisany dokładnie dopiero w 2008 roku.

Piotr: Ta glikoproteina powierzchniowa wiąże się z receptorem noszącym nazwę NPC1. On jest obecny u praktycznie wszystkich ssaków, przy czym bardzo wolno się zmienia ewolucyjnie, więc jest wszędzie bardzo podobny. I w ten sposób wirus dostaje się do wnętrza komórki. Tam aktywuje się, dostaje do cytoplazmy i zaczyna się replikacja. To, co tu jest bardzo ważne, to jest to, że on atakuje te komórki, które są bardzo istotne dla układu odpornościowego, czyli makrofagi i komórki dendrytyczne. Dendrytyczne to są te komórki, które zajmują się alarmowaniem, wszczynaniem alarmu i które prezentują antygen, więc to właśnie w nie uderza.

Również jedno z białek tego wirusa, białko VP35, blokuje produkcję interferonu, czyli tę pierwszą linię odpowiedzi przeciwwirusowej. Więc działa to tak, że układ odpornościowy w ogóle się przez pewien czas nie orientuje, że zostaje zaatakowany, bo te jego komórki, które powinny alarmować, przestają działać. Uruchamia się tak naprawdę już bardzo późno.

Ola: No tak, właściwie za późno, kiedy wreszcie reaguje. Reaguje w sposób, można powiedzieć, historyczny, ponieważ uwalnia masowo cytokiny. Cytokiny to są białka odpowiedzialne za stan zapalny i tych białek uwolnionych jest tak wiele, że układ odpornościowy w zasadzie sam niszczy własny organizm i powoduje między innymi uszkodzenia śródbłonka naczyń krwionośnych. Dlatego pojawiają się wycieki osocza, krwotoki i w rezultacie niewydolność wielonarządowa.

Ważne jest, żeby sobie zdać sprawę, że główną przyczyną śmierci osób, które umierają wskutek zakażenia ebolą, nie są krwotoki, jak to się powszechnie uważa, tylko coś, co nosi nazwę wstrząsu hipowolemicznego. Chodzi o nagły spadek objętości krwi i płynów w organizmie i to właśnie powoduje tę wielonarządową niewydolność. Owszem, krwawienia są obecne, to są gorączki krwotoczne, w związku z czym wiemy, że to jest ten mechanizm. Pojawiają się te krwawienia w postaci krwawych wymiotów, śluzówki krwawią, pojawiają się podskórne wybroczyny, ale to nie są takie masywne krwotoki, jakie sobie być może część z nas wyobraża. To jest mit zasiany wskutek pewnej bardzo konkretnej publikacji. Te masywne krwotoki, owszem, mogą się przydarzyć, to wiemy z literatury, ale to są wyjątki, a nie reguła przy eboli.

0:32:59 Gatunki wirusa i rezerwuar w nietoperzach

Piotr: Ja już wspominałem o tym, że tu są gatunki, a nie szczepy. Mamy przede wszystkim 4 gatunki patogenne dla człowieka i to jest wspomniany już Zaire, najbardziej można powiedzieć rozpowszechniony. W jego przypadku śmiertelność, no właśnie, to jest bardzo duży rozrzut, od 25 do 90%. To się właściwie wszędzie powtarza, taki rozrzut, tu jest największy. Krótko rzecz ujmując, zależy to przede wszystkim od dostępu do opieki zdrowotnej. Jak możecie się domyślać, w rejonach, w których występują zakażenia wirusem ebola i ludzie chorują na to, ta opieka nie jest na wysokim poziomie, o ile w ogóle jakakolwiek jest. W związku z czym w takich rejonach ta śmiertelność jest znacznie wyższa, ale i tak, powiedzmy sobie szczerze, 25% to jest niezmiernie dużo. Szacuje się, że 25-30% to jest poziom, jaki dawała na przykład ospa prawdziwa. To zależy oczywiście od przebiegu i tak dalej, ale widać, że to jest naprawdę dużo. I tylko na szczep Zaire jest szczepionka. O szczepionce jeszcze będziemy mówili.

Jest szczep Sudan. Tu mamy śmiertelność od około 40% do około 65% i brak szczepionki. Mamy wspominany już Bundibugio, czyli ten szczep, który w tej chwili właśnie spowodował tę epidemię trwającą, i tu śmiertelność jest różna. Ja tam mówiłem w którymś momencie chyba 25-50%, zależnie od raportu. Czasami się mówi 25-36%, czasami 30-50%, coś pomiędzy, natomiast to zależy od zbyt wielu czynników, żeby dało się to tak jednoznacznie określić. Jest jeszcze szczep [? niepewne: Thaiforest], który tylko raz się pojawił u człowieka, znaczy jeden przypadek zidentyfikowaliśmy i to była kobieta, która przeżyła, więc tu nie będziemy mówili o śmiertelności. I co ciekawe, jest też piąty gatunek.

Ola: No tak, on pochodzi z Filipin, jest zakaźny dla ludzi, ale to jest niezwykle znowu ciekawa sytuacja, bo on nie wywołuje żadnych objawów. Mimo że należy do tej rodziny filowirusów, to po prostu nie daje objawów. Dlaczego, nikt tego do końca nie wie i to jest jedna z najbardziej intrygujących anomalii w tej rodzinie wirusów ebola.

Piotr: Teraz skąd one się biorą w ogóle. Jak większość chorób zakaźnych naszych, biorą się od zwierząt, przy czym tu nie są to zwierzęta hodowlane. Nie wiemy dokładnie na 100%, jaki gatunek jest rezerwuarem tego wirusa, natomiast prawdopodobnie są to owocożerne nietoperze z rodziny Pteropodidae.

Ola: W ogóle nietoperze, jak zresztą wiemy, nie pierwszy raz są oskarżane o bycie rezerwuarem, czyli takim miejscem, gdzie wirus się przechowuje w stanie zdatnym do przeskakiwania na inne gatunki. Z układem odpornościowym nietoperzy to jest niezła historia, bo one po prostu mają ten układ odpornościowy tak wyśrubowany, że to, co zabija inne gatunki, im po prostu nic nie robi.

Piotr: Może egzystować u nich taki wirus i nic dalej się z nim nie dzieje.

Ola: A poza tym nietoperze żyją w takich skupiskach, które ocierają się o siebie. One przenoszą wszystkie te płyny ustrojowe na siebie wzajemnie, co też powoduje, że są nieustannie wystawione na przeniesienie tego wirusa. I to sprawia, że są takim naprawdę idealnym rezerwuarem, chociaż to nie zostało w przypadku eboli jeszcze potwierdzone.

Piotr: Oczywiście następuje tu lekka antropomorfizacja, ale wirus ebola wcale nie ma ochoty się przenosić na człowieka, bo człowiek nie jest dla niego korzystnym organizmem. W przeciwieństwie do nietoperzy ludzie dość szybko umierają i dość słabo przekazują tego wirusa dalej. Natomiast to, co jest istotne, to to, że nigdy nie udało się do tej pory wyizolować replikującego się aktywnego wirusa z dziko żyjących nietoperzy, stąd ten brak pewności, o którym mówiłem. To oczywiście nie znaczy, że tak nie jest, natomiast też nie mamy wystarczająco dużej reprezentacji tych nietoperzy, żebyśmy to na pewno mogli stwierdzić. Oczywiście jakoś musi nastąpić ten kontakt człowieka z nietoperzami i w wielu przypadkach to jest po prostu zjedzenie mięsa jakichś zwierząt, które miały kontakt pośrednio z nietoperzami, z jakimiś wydzielinami nietoperzy lub coś takiego. Mogą tam funkcjonować jakieś gatunki pośredniczące, ale to nie jest dobrze zbadane. Natomiast ciekawa rzecz, udało się też zaobserwować, że w wielu przypadkach, zanim ebola pojawiła się u ludzi, pojawiała się u zwierząt naczelnych w lasach środkowej Afryki.

Ola: I tam też można mówić o ogniskach tej choroby.

Piotr: Tak, dokładnie, więc trudno powiedzieć, w jakim stopniu, w jakiej kolejności ten wirus się przedostawał, natomiast jest to proces złożony i na pewno będzie coraz intensywniej badany.

Ola: No i to jest dobry moment na to, żeby wam podziękować za to, że z nami jesteście, że komentujecie, że oceniacie, że w ogóle popieracie nas, wspieracie w różnych sytuacjach. I jeżeli chcecie nam jakoś pomóc, to jest też dobry moment, żeby właśnie teraz zasubskrybować nasz podcast i nie umknie wam w ten sposób żaden nowy odcinek.

0:39:22 50 lat epidemii eboli

Piotr: A jeśli chcielibyście coś więcej jeszcze zrobić, to zapraszamy na nasz profil na Patronite. Możecie też nam postawić kawę na BuyCoffeeToo i każde takie wsparcie jest dla nas bardzo ważne i po prostu nas zwyczajnie bardzo cieszy. No więc spójrzmy teraz na te 50 lat epidemii, bo od 50 lat te epidemie ebola trwają.

To nie znaczy, że ich na pewno nie było wcześniej. Mogło być tak, że nie były zidentyfikowane, ale też wiemy, że jest taki moment, kiedy wirusy po raz pierwszy przeskakują na człowieka, co mieliśmy okazję zaobserwować w 2019 roku, bo COVID-19. To właśnie jest taki moment, kiedy odzwierzęca choroba pojawiła się po raz pierwszy w populacji, przynajmniej w takim stopniu, żeby to było jakkolwiek zauważalne.

Co my tu mamy? Mamy przede wszystkim takie zjawisko endemiczności tego wirusa, bo po 76 roku on przez 15 lat nie ujawniał się, można powiedzieć. Po tych epidemiach w Zairze i w Sudanie były jakieś pojedyncze przypadki, natomiast do 94 roku nie było właściwie niczego takiego, żeby on mocno się pojawiał. Geograficznie to jest oczywiście Demokratyczna Republika Konga, Sudan, Uganda, Gabon, więc te lasy deszczowe, w których najprawdopodobniej żyją po prostu te nietoperze, o ile to rzeczywiście są nietoperze, wszystko na to wskazuje.

Wielkość tych ognisk jest taka, że zazwyczaj jest to od kilkudziesięciu do kilkuset przypadków, które stosunkowo szybko wygasają. Będziemy o tym mówili, dlaczego się nie rozprzestrzeniają. Natomiast oczywiście ten wirus nie znika. To jest ten moment, kiedy on przeskoczył na człowieka, i właściwie przychodzi tylko czekać na następny taki przypadek.

Ola: Jesteśmy w latach 90. Mamy rok 1995. Prowincja [? niepewne: Kigwit] w południowo-zachodnim Kongo. I tam się pojawia epidemia. 315 osób choruje, takie są przynajmniej oficjalne dane. Śmiertelność sięga 81%, czyli bardzo wysoka. Mechanizm, jaki tutaj zadziałał, jest identyczny jak ten, który zadziałał w Jambuku, czyli w tym miejscu, gdzie rozpoznano tego pierwszego pacjenta chorującego na ebolę. Chodzi o szpital, który staje się takim rozsadnikiem, miejscem, w którym choroba przenosi się z chorych na personel medyczny i dalej do ich rodzin, do rodzin pracowników szpitala oraz do innych pacjentów. Taki pacjent z gorączką, który trafia do szpitala i początkowo nie jest zdiagnozowany jako chory na ebolę, może naprawdę stworzyć całkiem pokaźne ognisko.

Następna poważna epidemia eboli to rok 2000. W Ugandzie pojawia się ten gatunek wirusa, Sudan, ponad 400 przypadków i uwaga, 224 zgony, czyli śmiertelność powyżej 50%. I znowu ten sam scenariusz: szpital, personel się zaraża i zakażenia następują falowo dalej.

Piotr: To było najbardziej typowe w latach 2000. Później było jeszcze kilka mniejszych ognisk w Kongu, w Sudanie, w Ugandzie. I to były już różne szczepy, rozrzut śmiertelności był bardzo duży, od [? niepewne: 302] do 89% znowu, zależnie od tego, który to był szczep, i przede wszystkim od tego, jaki był dostęp do opieki zdrowotnej. Za każdym razem to było to samo: ktoś chory trafia do szpitala, tam jest zakażenie dużej części lub całego personelu, ten personel też przekazuje dalej tę chorobę. Przy takim [? niepewne: oburzeniu] szpitala, o czym mówiliśmy, to jest bardzo poważna sprawa. Przez dłuższy czas nie było właściwie żadnych, można powiedzieć, strukturalnych działań, które by zapobiegały, jakiegoś systemu kontroli tych zakażeń. I te szpitale stały się miejscem, takim rozsadnikiem tych epidemii, co też będzie miało poważne przełożenie na to, co się będzie działo później.

Ola: Aż przychodzi epidemia, która zmienia wszystko. To są lata 2014-2016. I uwaga, obejmuje ta epidemia aż trzy kraje: Gwineę, Liberię i Sierra Leone. Łącznie choruje wówczas, tak mówią oficjalne statystyki, 28,5 tysiąca osób, z czego 11 308 osób umiera. Czyli ogólna śmiertelność wynosi tutaj niespełna 40%. I jest to jak dotąd największa epidemia eboli w historii.

Ona naprawdę bardzo wiele zmienia, nie tylko w myśleniu medycznym o tej chorobie, ale w ogóle w postrzeganiu tej choroby przez cały świat. Po raz pierwszy ebola przedostała się do dużych miast. Do miast, które są bardzo gęsto zaludnione, gdzie ludzie żyją często w dużym ścisku, takich jak Monrovia czy Freetown. Wcześniej ebola pojawiała się wyłącznie na obszarach wiejskich. I po raz pierwszy ma miejsce również przeniesienie tej choroby drogą lotniczą do innych krajów. Wirusowi udało się wydostać z regionu jeszcze przed ogłoszeniem kwarantanny.

Ten przełom dotyczy również tego, dokąd się ten wirus przedostaje, a mianowicie do Stanów Zjednoczonych i do Europy. Kilkanaście osób przywozi ebolę na stary kontynent i do Ameryki Północnej. Żadnej z tych osób nie udaje się już zakazić nikogo następnego. Szczęśliwie nie dochodzi do tego. Ale, uwaga, świat nagle staje przed zupełnie nową dla niego informacją, że to, co się działo do tej pory w Afryce Środkowej, co w ogóle zdawało się nie dotyczyć bogatego Zachodu, nagle pojawia się nie tyle u drzwi, co już w tych krajach, które czuły się bezpiecznie i zupełnie stały z boku tych epidemii, które szalały do tej pory w Afryce.

Piotr: To był rzeczywiście wstrząs. Przede wszystkim skala tej epidemii. Po pierwsze, a może nawet inaczej ujmę. Po pierwsze to, że ona dostała się do krajów, które uważały się za bezpieczne. Ja pamiętam ten moment, kiedy to się wydarzyło. Nie było to aż tak dawno, [? niepewne: żebym miał mnie pamiętać]. I wiem, że to był wstrząs. Ludzie byli naprawdę przerażeni, mimo że faktycznie zagrożenia nie było dla krajów Zachodu. Natomiast to uświadomienie sobie, że coś takiego się może zdarzyć, że z tej Afryki do nas to może dotrzeć, to był duży szok.

W 2017 roku powstało coś takiego, co się nazywa CEPI, koalicja na rzecz innowacji w zakresie gotowości na wypadek epidemii. Również WHO opracowało nowe metody badań dotyczące tego typu chorób. Zaczęło się wreszcie inwestowanie w szczepionkę na tego typu choroby. Nie oszukujmy się, jak Ola mówiła, nikogo to nie obchodziło. Po co robić szczepionkę dla jakiejś tam Afryki, skoro my tu jesteśmy bezpieczni. Okazało się, że nie jesteśmy i nagle się okazało, że można na szczepionkę pracować.

Można powiedzieć, że ta epidemia była potężnym wstrząsem. Trochę jak 11 września i atak na World Trade Center. Okazało się, że w takim zupełnie bezpiecznym kraju, na terenie którego nigdy nie było wojny, jakiejś inwazji, to nagle można coś zrobić. Tu podobnie.

Ola: To był właśnie ten 11 września, takim wstrząsem dla komunikacji lotniczej, a tu dla globalnego zdrowia publicznego.

Piotr: To był cały wstrząs. To była ta epidemia właśnie z tych lat.

Ola: Pojawia się rok 2018 do 2020 i mamy znowu nowość, jeśli chodzi o epidemię eboli, a mianowicie po raz pierwszy takie epidemie pojawiają się w strefie, na której toczy się realny konflikt zbrojny. I znowu Demokratyczna Republika Konga i tutaj takie prowincje jak Kiwu i Ituri. Ituri już była wspominana. To jest ta prowincja, w której obecnie ma miejsce epidemia. Wówczas na tych terenach, gdzie trwają walki, pojawia się około 3,5 tysiąca przypadków, z czego umiera prawie 2300 osób. Więc śmiertelność wynosi tutaj 66%.

I to jest ten moment, kiedy się okazuje, że w takich warunkach prześledzenie kontaktów osób zakażonych było praktycznie niemożliwe, więc choroba się rozprzestrzeniała praktycznie bez ograniczeń. Natomiast pojawiły się też pozytywne przełomy podczas tej właśnie epidemii, bo po raz pierwszy masowo zastosowano szczepionki przeciwko gatunkowi Zaire oraz zastosowano przeciwciała monoklonalne. Nowe leki, które pomogły wygasić to ognisko choroby, i to był też taki pozytywny przełom.

Piotr: Natomiast w 2022 roku w Ugandzie z kolei pojawiła się epidemia wywołana przez szczep Sudan. Nie taka duża w porównaniu z tymi wcześniejszymi, bo tylko 164 przypadki, 77 zgonów, czyli niespełna 50% śmiertelności. Tyle tylko, że tu już nie było szczepionki. Próbowano wprowadzać szczepionki jeszcze w fazie testowej. Generalnie udało się to ugasić, natomiast oczywiście nie był to szczep Zaire, więc nie było gotowego rozwiązania, bo okazało się, że nadal nie mamy tej sprawy załatwionej.

Ola: To, co próbowaliśmy tutaj pokazać w postaci tego przeglądu różnych epidemii eboli na przestrzeni ostatnich 50 lat, pokazuje bardzo konsekwentnie taką prawidłowość, że te epidemie wybuchają tam, gdzie nie ma wystarczającej opieki zdrowotnej i gdzie panuje bieda albo konflikt zbrojny, albo tak naprawdę obie rzeczy naraz. W związku z czym, nie dość, że brakuje lekarzy, brakuje szpitali, to jeszcze brakuje najczęściej dróg, dzięki którym można by dotrzeć sprawnie w te miejsca, które wymagają pomocy.

0:51:42 Historia Konga: od Leopolda II do wojen

Piotr: My jesteśmy wszyscy przyzwyczajeni do takiego myślenia o pewnych obszarach, na przykład Afryki, że tam jest biednie i się tłuką. Właściwie może warto się zastanowić, dlaczego tak się dzieje, bo to dla tej całej historii ma dość fundamentalne znaczenie. Skąd ta bieda, skąd te konflikty? Nie jest to przypadek, powiem. Co najmniej można spojrzeć na jakieś 140-150 lat wstecz i wskazać bardzo konkretne momenty i też bardzo konkretne osoby, które się do tego przyczyniły.

Ola: A mówiąc o tych 140-150 latach wstecz, mamy na myśli erę kolonialną, ale tutaj ostrzegamy przed zbyt szybkim przyczepianiem etykietek, żeby powiedzieć, że kolonializm jest winny epidemii eboli. Tak się nie da. Tu chodzi bardziej o taki spadek mentalny po kolonializmie, czyli o tę bardzo silną nieufność wobec władzy, wobec lekarzy, wobec interwencji medycznych, która się wywodzi właśnie z tamtych bardzo brutalnych czasów. Wolne Państwo Kongo w roku 1885 stanowiło prywatną własność króla. To była prywatna posiadłość. Duża. Duża, nie kolonia.

Akurat tym królem był król Belgii Leopold II i to, czym się zajmowali ludzie, którzy w imieniu króla zarządzali Kongiem, to był wyzysk. Wyzysk skrajny, polegający na tym, żeby jak najwięcej wydusić z tej kolonii, z tej nie kolonii, tylko z tej posiadłości: kauczuku i kości słoniowej. A potem, jak odkryto pokłady miedzi i złota, to również te kruszce były pozyskiwane w sposób absolutnie bezwzględny.

Piotr: To jest ważne, żeby podkreślić, że to nie była kolonia sensu stricte, dlatego że na przykład Brytyjczycy w Indiach, to oczywiście nie są przykłady jakiegoś pięknego i światłego kolonializmu, ale to było raczej rozbudowywanie swojego imperium. To było traktowane w ten sposób, że to jest też nasza własność, w związku z czym również w nią inwestujemy. Oczywiście jedziemy po miejscowej ludności, jak tylko się da, wywozimy, co się da, natomiast przy okazji budujemy różne rzeczy, które tam będą, rozbudowujemy nasze imperium. Natomiast to był raczej, nie wiem, trudno powiedzieć, folwark. Taka własność, która była wyłącznie wyzyskiwana.

Tam funkcjonowało coś, co się nazywało Force Publique, i to była, trudno powiedzieć, nawet nie policja, taka paramilitarna organizacja, której celem było bezpośrednio zmuszanie ludzi do niewolniczej pracy. Słynne były metody tego: oni brali zakładników, kobiety i dzieci, po to, żeby zmusić mężczyzn do intensywniejszej pracy. Standardem było biczowanie, głodzenie i też niesławne odcinanie dłoni tym osobom, które nie dostarczały wystarczająco dużej ilości kauczuku. Jak ktoś chce sobie sięgnąć do opowieści, to "Jądro ciemności" to jest właśnie przecież opowieść o tym, co tam się działo.

Nie wiadomo, jak wielu ludzi zostało zabitych w czasie tych rządów Leopolda II na tym terenie. Niektóre szacunki mówią o dziesięciu milionach ofiar. To jest jakiś szacunek. Nie wiadomo. W każdym razie było tego ogromnie dużo ludzi, nawet jak na wszelkie standardy wojenne i wszystkie inne takie sytuacje.

Ola: To, co się tam wtedy działo, spowodowało dosyć konkretne konsekwencje. Mianowicie w momencie, kiedy społeczności Konga widziały ludzi białych, którzy sprawowali władzę administracyjną, widziały mundury, to kojarzyły ich wyłącznie z przemocą, z terrorem. To skojarzenie było przekazywane przez następne pokolenia dalej i dalej w opowieściach rodzinnych, w pieśniach. Nieufność wobec każdej kolejnej tej zewnętrznej obecności, uosabianej przez białego człowieka, była umacniana i przetrwała absolutnie do teraz. I teraz właśnie podczas tej epidemii widać jej konsekwencje bardzo wyraźnie.

Piotr: W 1908 roku król Leopold już tak bardzo był słynny ze swoich ekstremalnych przegięć, bo on tam w 1885 zaczął, że państwo belgijskie podjęło decyzję o przejęciu Konga od króla. Po prostu skandale międzynarodowe wybuchały na tym tle, więc to już był zarząd państwa belgijskiego, co doprowadziło do bardziej zorganizowanego i mniej okrutnego, tak bezpośrednio, ale jednak bardzo bezwzględnego kolonializmu, już takiego, jaki lepiej znamy.

Ola: No tak, i w tym momencie Belgowie zaczęli bardziej dbać o swój wizerunek międzynarodowy, czyli o PR. Zaczęli zapewniać podstawowe warunki zdrowotne w miejscach, które kontrolowali, w kopalniach.

Piotr: Przede wszystkim może nie tyle dla PR-u, co, że tak powiem, dla efektywnej pracy. Bardziej to było zorganizowane, bo za Leopolda to było też bardzo chaotyczne i nieefektywne.

Ola: No tak, zdrowy człowiek lepiej pracuje niż człowiek, którego się głodzi i katuje. I też w związku z tą polityką kolonializmu ograniczano dostęp do wykształcenia dla Kongijczyków. Tak naprawdę chodziło o to, żeby stłumić jakiekolwiek rodzenie się elit, które mogłyby pomyśleć o tym, żeby sięgnąć po niepodległość. Kończono edukację miejscowych mieszkańców na szkołach zawodowych i podstawowych, które były prowadzone przez misjonarzy. Więc to też był element kolonialnego ograniczenia tamtejszego społeczeństwa przed osiągnięciem takiego poziomu wykształcenia, który pozwoliłby się sprzeciwić tym, którzy przyjeżdżali z Europy i gnębili w dalszym ciągu tych nieszczęsnych Kongijczyków.

Piotr: I dość nagle 30 czerwca 1960 roku zapanowała niepodległość. To chyba jest najlepsze określenie, ponieważ Belgowie wycofali się praktycznie z dnia na dzień. Tam mieszkało w tamtym momencie kilkanaście milionów osób i wśród tych kilkunastu milionów osób było kilkanaście osób z wyższym wykształceniem, rodzimych. Nie zewnętrznych, można powiedzieć. Nie wiadomo dokładnie ile, ale mówi się 16, 17, w każdym razie mniej niż 20.

Ola: I to dotyczyło też ludzi, którzy mieli wykształcenie medyczne. Brakowało lekarzy, epidemiologów, osób, które potrafiły zarządzać systemami opieki zdrowotnej. I kiedy w 1976 roku w Jambuku wybuchła pierwsza epidemia eboli, to kraj był całkowicie uzależniony od zespołów lekarskich i zarządzania medycznego, które przybywało z zewnątrz. I to w głowach Kongijczyków skleiło się z tą etykietą kolonializmu. Innymi słowy: choroba, która nas nęka, jest identyfikowana z białymi, którzy do nas przybywają. To oni mówią, że jest jakaś choroba. I być może to oni ją wywołują, jak zwykle działając przeciwko ludności Konga.

Piotr: Trzeba wspomnieć jeszcze o człowieku, który się nazywał Patrice Lumumba. To był pierwszy premier niepodległego Konga. Zasłynął tym, że w dniu ogłoszenia niepodległości wygłosił nieplanowane przemówienie. To jest oddzielna historia z kontynentu, bardzo ciekawa. W tym przemówieniu bardzo pojechał po Belgach, zamiast zrobić takie łagodne przejście, z cyklu: miło było, a teraz też będzie miło. Powiedział o ucisku, [? niepewne: sedyzmie], upokorzeniach i tak dalej. To przemówienie zostało odebrane zarówno w Belgii, jak i w Waszyngtonie jako bardzo lewicujące. Zapaliły im się wszystkie czerwone lampki, że oto w środku Afryki pojawia się komunista. 60. rok, komunizm w ogóle najgorsza, najstraszniejsza rzecz, jaka może istnieć.

Ola: W Ameryce jeszcze panowała panika po makkartyzmie i Europa też jak ognia bała się komunizmu. W związku z czym nie dziwi to specjalnie, że już w styczniu 61. roku Lumumba został schwytany przy bardzo bezpośrednim udziale belgijskich oficerów i ponoć z wiedzą CIA…

Piotr: Nie ponoć, wiemy to na pewno, bo to mamy udokumentowane.

Ola: Czy z wiedzą, czy z aktywną pomocą? Chyba też. Następnie Lumumbę poddano torturom i rozstrzelano. Co więcej, żeby pójść dalej za ciosem, poćwiartowano jego ciało, a resztki rozpuszczono w kwasie. Chodziło o to, żeby zapobiec stworzeniu się kultu tego bardzo popularnego wówczas w Kongu człowieka i żeby grób nie stał się takim miejscem, do którego by pielgrzymowali Kongijczycy.

Piotr: Wszystko to zostało potwierdzone przez późniejsze raporty, także to nie są żadne domysły, jak to czasami bywa. Mamy dobrze wiadomo i zarówno rola Belgów, jak i rola CIA jest dobrze udokumentowana. To pokazuje te interwencje. Nie chcemy wchodzić we wszystkie szczegóły.

Jest to taki moment, kiedy pierwszy demokratycznie wybrany lider kraju został zamordowany przez przedstawicieli Zachodu. To jest taka trauma, która się ciągnie od lat 60. i przekłada się na to, że te międzynarodowe, zewnętrzne interwencje to najprawdopodobniej kolejne łajdactwo, kolejny jakiś biznes, a nie pomoc. Można oczywiście mówić o paranoi, ale spójrzmy na to, że od 1885 roku, kiedy rozwalono funkcjonującą wcześniej strukturę społeczną, do lat 60. nie działo się nic złego, a odzyskanie niepodległości wiązało się z kolejnymi tak naprawdę atakami Zachodu.

Ola: A w roku 1965 CIA umożliwiło przejęcie władzy pułkownikowi Joseph Désiré Mobutu, który później się przemianował na Mobutu Sese Seko i stał się dyktatorem na kolejne 32 lata. To CIA uczyniło taki wybór pod hasłem: wszystko byle nie komunizm, i nawet najbardziej krwawy reżim był do zaakceptowania bardziej niż coś, co by mogło przypominać właśnie komunizm, socjalizm. To, czego dokonał Mobutu w tym czasie, to jest kompletny demontaż tego państwa.

Tak naprawdę to, co on przeprowadził, można nazwać zinstytucjonalizowaniem korupcji. Przestał wypłacać pensje nauczycielom, urzędnikom, lekarzom i rzucił takie słynne hasło, przypisywane mu w różnych wariantach, które można tak sparafrazować: macie stanowiska, no to radźcie sobie teraz sami. I to, do czego to doprowadziło w obrębie opieki zdrowotnej, to jest sytuacja taka, że szpital przestaje być miejscem, gdzie się otrzymuje pomoc. Zostaje takim centrum komercyjnym, gdzie się płaci praktycznie za wszystko: za strzykawki, a nawet za wodę do umycia podłogi.

Piotr: To jest efekt do dziś widoczny dlatego, że w latach 80. szpitale już w ogóle nie funkcjonowały. Ludzie całkowicie musieli przejść na inne sposoby opieki zdrowotnej, czyli albo to były te punkty prowadzone na przykład przez, tak jak wspominaliśmy, zakonnice, przy czym efektywność tych punktów była bardzo symboliczna, lepsza taka pomoc niż żadna, aż do czasu, kiedy tam nie zapanuje jakaś epidemia. Natomiast jest to też mocny zwrot w stronę tradycyjnych uzdrowicieli, no więc widzimy, jak bardzo została rozwalona jakakolwiek ufność do państwowej czy jakiejś centralnej służby zdrowia.

Ola: Co gorsza, już w 1996 roku, czyli u schyłku władzy Mobutu, który został obalony w 1997 i w tym samym roku zmarł już po ucieczce do Maroka, do stolicy, do Rabatu, wybucha wówczas coś, co jest nazywane afrykańską wojną światową, czyli to był najbardziej krwawy konflikt na świecie od czasów II wojny światowej. Dziewięć państw afrykańskich było w to bezpośrednio zaangażowanych. Jeśli chodzi o szacunki dotyczące ofiar śmiertelnych, to były ich miliony, tu trudno jednoznacznie stwierdzić, różne szacunki mówią o 3,8 miliona czy niemal 5,5 miliona osób, które straciły życie wskutek tego konfliktu.

Piotr: Wojna formalnie skończyła się w 2003 roku, natomiast pozostało tam bardzo wiele grup paramilitarnych, które nigdy nie złożyły broni, bo po prostu im się to nie opłacało w takim państwie, w takiej strukturze. Bardziej opłacało im się po pierwsze żyć z wymuszeń, o ile było na kim wymuszać, ale też kontrolować lokalnie nielegalne wydobycie surowców. No więc chociażby złoto z kopalni w okolicach Mongwalu, to jest to miejsce, w którym ta bieżąca epidemia się rozpoczęła, i to trwa do dziś. Stamtąd są wyciągane pieniądze, te lokalne grupy są ich naprawdę duże, jest to bardzo skomplikowany układ, finansują się z tego, kupują broń i panuje tam, można powiedzieć, kompletny chaos i brak kontroli państwa.

Ola: I właśnie ta epidemia, o której wam już wspominaliśmy, z lat 2018-2020, to był taki moment przełomowy, w którym lekarze i w ogóle pracownicy medyczni stali się celami politycznymi. Zespoły, które funkcjonowały w ramach Światowej Organizacji Zdrowia, zespoły krajowe, które próbowały pomagać w gaszeniu tego ogniska epidemii, nie mogły się swobodnie poruszać po tych obszarach kontrolowanych przez te partyzantki. Musiały być w asyście wojska kongijskiego i sił ONZ, bo inaczej były po prostu atakowane, ludzie byli zabijani i sprzęt niszczony.

Piotr: Tu mamy kolejne skojarzenie, które bardzo mocno funkcjonuje, czyli to, że w sumie kilkaset ataków na placówki medyczne, które miały miejsce w latach 2018-2020, spowodowało, że personel medyczny musiał się poruszać pod ochroną bezpośrednią. A to znaczy, że razem z lekarzem przyjeżdżają wojskowi, w związku z czym wojskowych się wszyscy tam boją, bo to nie jest takie wojsko, które chroni, broni i tak dalej. W związku z czym mamy bardzo silne skojarzenie: jeżeli się pojawiają zewnętrzni, zachodni najczęściej medycy, to wraz z nimi pojawia się wojsko i nie wiadomo, co się stanie.

Ola: I tu pojawiają się konkretne implikacje dla tej epidemii, która obecnie toczy się w Kongu. Przede wszystkim pomiędzy Ituri, czyli tym obszarem, gdzie obecnie jest to ognisko choroby, a Kinszasą, stolicą kraju, brak jest utwardzonych dróg. To jest bezpośredni spadek tego, co się działo w epoce belgijskiej i później w czasach Mobutu, bo prezydent zarządzał krajem w ten sposób, że właściwie można powiedzieć, że go sprywatyzował. Zyski z przebogatych złóż różnych metali szły bezpośrednio na konta prezydenta zlokalizowane w Szwajcarii. Kraj był regularnie przez niego okradany i nie wystarczało już pieniędzy na inwestycje w infrastrukturę, dlatego on po prostu dróg nie budował.

Piotr: Tu jeszcze w tle cały czas jest oczywiście, jak zawsze w takich miejscach, konflikt etniczny. To jest konflikt pomiędzy dwiema grupami, Hema i Lendu, właśnie w regionie Ituri. I to jest już bardzo bezpośrednio kolonialny spadek, dlatego że Belgia świadomie faworyzowała pasterskich Hema. Była do tego dorobiona teoria jeszcze na początku XX wieku, taka pseudonaukowa, że oni są inteligentniejsi i w ogóle. Generalnie oni dostawali na własność ziemię należącą do rolniczej grupy Lendu, co oczywiście, jak można się domyślać, wywoływało ciągłą nienawiść. No, dziel i rządź, to zawsze się świetnie sprawdza. Więc tu mamy tak naprawdę ciągły konflikt trwający już ponad 100 lat i to konflikt, który jest stale napędzany i również bardzo konkretnie przekłada się na sytuację w tym rejonie.

Ola: Do tego jeszcze trzeba dodać umiejscowienie kopalń. We wschodnim Kongo wydobywa się złoto, koltan, kasyteryt i to są złoża niezwykle bogate, które obecnie zostały przejęte przez bojówki paramilitarne. Sprzedaż tych złóż finansuje uzbrojenie dla tychże bojówek i to nie jest przypadek, że te obszary, w których wybuchają kolejne epidemie eboli, w dużym stopniu pokrywają się geograficznie ze strefami wydobycia tych złóż, które są kontrolowane przez bojówki.

Piotr: Więc jak się spojrzy na ten przelot przez historię tego obszaru, to nic dziwnego, że jeżeli do tego rejonu trafia zespół ze Światowej Organizacji Zdrowia, to oni tam nie są oczekiwani i mile widziani, tylko są reprezentantami pewnej zewnętrznej władzy. A ta zewnętrzna władza 140 lat temu ucinała ręce ludziom, 70 lat temu były dziel i rządź, kolonialna segregacja i wzbudzanie konfliktów, 60 lat temu ta zewnętrzna władza zamordowała demokratycznie wybranego premiera, 30 lat temu wspierała człowieka, który praktycznie rozkradł państwo i między innymi również rozmontował, zlikwidował szpitale i całą opiekę zdrowotną, a 6 lat temu ta zewnętrzna władza, tak to było postrzegane, czyli te zespoły medyczne, pojawiała się pod ścisłą osłoną wojska. Więc nic dziwnego, że ta nieufność wobec ludzi przychodzących z zewnątrz jest bardzo silna, bo ma bardzo silne historyczne podstawy.

1:13:22 Bieda, szczepionka i leki

Ola: A w tym wszystkim funkcjonują ludzie, którzy są bardzo biedni, którzy są przeganiani przez kolejne bojówki i władze z miejsca na miejsce. Są to przecież uchodźcy z miejsc, które co i rusz były dotykane przez rzezie dokonywane przez jedną czy drugą stronę, w związku z czym tam ruchy ludności są naprawdę duże, ludzie nie mają środków do życia. Jak jakaś choroba wybucha w takiej społeczności, to ma naprawdę szerokie pole do popisu.

No i przejdźmy do czasów bliższych nam, czyli do listopada 2019. To już jest po tej epidemii eboli, która została przeniesiona do Europy i do Ameryki, to znaczy te przypadki pojedyncze zostały przeniesione i wówczas kraje bogate się zorientowały, że to nas też dotyczy. Już w listopadzie 2019 roku, po 43 latach od pierwszej epidemii w Afryce, pojawia się wstępna kwalifikacja Światowej Organizacji Zdrowia dla szczepionki na ebolę z gatunku Zaire. Ta szczepionka nosi nazwę Ervebo. I co sprawiło, że to trwało tak długo? Piotrek wcześniej zdradził, uchylił rąbka tejże jakże głębokiej tajemnicy.

Afryka nie jest rynkiem zbytu atrakcyjnym dla firm farmaceutycznych i z jakiej strony by nie spojrzeć na to, przemysł farmaceutyczny to są wielkie pieniądze i oni chcą, żeby te pieniądze się zwracały. Bez względu na to, czy to jest etyczne, czy nie, robią po prostu kasę, grubą kasę na lekach i szczepionkach, a wyprodukowanie szczepionki kosztuje naprawdę dużo. Ale rok 2016, ta epidemia, pokazała, że wszystkie ręce na pokład i trzeba zająć się tą sprawą, bo ona może również i nas dotyczyć. Tutaj się pojawia jeszcze jeden bardzo szczególny element tego wszystkiego, bo ta szczepionka nie powstała w drugiej dekadzie lat dwutysięcznych, tylko istniała de facto od roku 2003. Została opracowana przez Kanadyjczyków, przez Kanadyjską Publiczną Agencję Zdrowia, i uwaga, aż 11 lat oczekiwała na testy kliniczne na ludziach. W niczyim interesie nie było to, żeby sfinansować takie testy, tymczasem już po tych przypadkach przeniesienia eboli do krajów bogatego Zachodu nagle się pojawiły na to środki.

Piotr: Tak naprawdę ta epidemia 2014-2016 przestraszyła wszystkich i to spowodowało, że się wszystko ruszyło. Zresztą całość właściwie tej infrastruktury, która w tej chwili jest mniej lub bardziej [? niepewne: ruchamiana], o czym też jeszcze powiemy, wywodzi się właśnie z tego okresu. Pierwsze badania kliniczne przeprowadzono podczas epidemii w 2015 roku i rzeczywiście to była epidemia, w czasie której badano działanie szczepionki. W tym badaniu nikt nie zachorował, co nie znaczy, że ta szczepionka ma skuteczność 100%, bo to jest znacznie bardziej skomplikowane statystycznie i organizacyjnie. Tak czy inaczej, po 11 latach oczekiwania udało się tę szczepionkę przetestować i w 2019 roku wstępnie dopuścić.

Ola: Jak działa ta szczepionka? W skrócie opiera się ona na wirusie VSV, czyli wirusie pęcherzykowego zapalenia jamy ustnej. To jest taki niezbyt szkodliwy wirus, z którego usunięto jego własną glikoproteinę, to jest to białko powierzchniowe, i wstawiono za to glikoproteinę eboli tego gatunku Zaire. Chodziło tutaj oczywiście o to, żeby po wstrzyknięciu ta szczepionka zaprezentowała układowi odpornościowemu, jak wygląda wirus ebola, i żeby ten układ odpornościowy potrafił rozpoznawać i zwalczać tego wirusa. Wystarczyła jedna dawka szczepionki, która dawała odpowiedź immunologiczną, czyli odporność po jakichś 14 dniach, i ta ochrona utrzymuje się przez co najmniej rok. A jeśli chodzi o taką długoterminową trwałość działania tej szczepionki, to wciąż trwają badania.

Piotr: Jeśli chodzi o leki, to oddzielny wątek, w skrócie, bo to jest dość skomplikowany temat. Do 2019 roku nie było żadnego leczenia swoistego, czyli było to, co zwykle: nawadnianie, leczenie wstrząsu, elektrolity, te sprawy. Później udało się uzyskać parę takich leków, które są mniej lub bardziej obiecujące, mniej lub bardziej skuteczne, między innymi te przeciwciała monoklonalne. Jedno z nich wyizolowano od osoby, która przeżyła epidemię w 1995 roku, i okazało się, że przez 11 lat po tej infekcji organizm tej osoby wciąż produkował przeciwciała, które neutralizowały ebolę, czyli uzyskała ta osoba coś na kształt takiej odporności. Jest szereg również leków, które są na etapie badania.

Są takie szczepionki, które mają działać i na gatunek Zaire, i na Sudan, natomiast wciąż nie są jeszcze w fazie takiej, w której można by je stosować. Tam się stosuje to, o czym już mówiliśmy, czyli szczepienie pierścieniowe. Szczepi się osoby najbardziej bezpośrednio narażone na to samo zakażenie, bo najczęściej już jest wtedy za późno, natomiast tworzy się takie pierścienie, szczepiąc osoby, które są kolejnymi ich kontaktami. To się robi w kilku etapach coraz dalej, żeby zabezpieczyć te osoby. W każdym razie przez 43 lata nie było szczepionek. Nie dlatego, że się nie dało, tylko dlatego, że nikomu nie zależało, a potem nagle w ciągu kilku lat, pięciu lat, udało się jednak coś zrobić. Tyle tylko, że problem polega na tym, że to nie wpływa na to, co się dzieje w tej chwili, dlatego że gatunek Bundibugio wciąż nie jest objęty szczepionką, która by jakkolwiek mogła zadziałać.

1:20:20 Czy ebola może wywołać pandemię

Ola: I tutaj wszyscy zadajemy sobie pytanie, czy ebola mogłaby wywołać kolejną pandemię. Oprócz tego, że możemy przeczytać różne takie katastroficzne wieści w mediach, to cóż, nie mogłaby, póki co. Wirus ma bardzo wysoką śmiertelność, która niekiedy sięga 90%, ale jednocześnie w sposób paradoksalny jest jednym z mniej prawdopodobnych kandydatów na ten patogen, który może być przyczyną kolejnej pandemii.

Jest na to kilka powodów. Pierwszym z nich jest to, że do zakażenia ebolą trzeba bardzo bliskiego kontaktu z osobą, która jest chora albo zmarła na tę chorobę, kontaktu z jej płynami ustrojowymi, czyli krwią, wymiocinami, moczem, kałem, potem, nasieniem. Wirus się nie przenosi drogą kropelkową przez powietrze. Nie przenosi się również w fazie inkubacji, czyli w tym czasie, kiedy jeszcze nie ma pierwszych objawów. Czyli żeby się zakazić, trzeba dotknąć kogoś, kto już jest wyraźnie chory, kto ma objawy.

Piotr: Drugi powód to jest to, że okres inkubacji jest krótki. Trwa najczęściej od 8 do 10 dni. Najkrótsze znane okresy to są 2 dni, nie więcej niż 3 tygodnie, czyli tak naprawdę ta choroba się dosyć szybko ujawnia, więc krótki jest ten czas, kiedy ktoś jest chory, ale jeszcze o tym nie wie i gdzieś może dalej zawędrować.

Ola: Kolejnym powodem, dla którego ebola nie jest dobrym kandydatem na patogen pandemiczny, jest to, o czym już mówiliśmy, czyli że wirus obezwładnia pacjentów, znaczy chorych, zbyt szybko. Ktoś, kto już ma pełnoobjawową ebolę, nie jest w stanie podróżować, nie chodzi do pracy, nie może wsiąść do samolotu, znajduje się w łóżku albo na noszach. W związku z czym to jest ograniczenie, którego ta choroba nie da rady przeskoczyć.

Piotr: Zresztą ona nie jest też bardzo zakaźna. Jest taki wskaźnik, który mówi o tym, ile osób średnio zakaża chora osoba, i dla eboli to jest tak od 1,5 do 2,5. Dla porównania odra, która jest jedną z najbardziej zakaźnych chorób, to jest 12-18.

Ola: Odra zakaża nawet jeszcze przez długi czas, po tym jak osoba zakażona wyjdzie z danego pomieszczenia.

Piotr: Przez godzinę co najmniej można złapać. Znany nam wszystkim dobrze COVID-19 ma ten współczynnik na poziomie 2,5-3,5, ospa na poziomie 5-7, więc tak naprawdę ebola jest mało zakaźna.

Ola: Kolejny czynnik, który sprawia, że ebola nie rozsieje się na cały świat, przynajmniej nie na tym etapie, to jest to, że ten wirus szybko traci zakaźność, kiedy znajduje się poza organizmem. Kiedy trafi na powierzchnię, znajduje się na słońcu, w wysychającej wydzielinie, on po prostu przestaje być zakaźny w środowisku.

Piotr: Więc w sumie ta choroba jest bardzo niebezpieczna dla osoby chorej, ale zbyt niebezpieczna, żeby ta chora osoba mogła skutecznie tę chorobę rozprowadzić. Stąd te wszystkie epidemie miały ograniczony zasięg. Dla porównania z tym, co nam się wszystkim kojarzy z hasłem "epidemia", niestety od 6 lat, czyli z COVID-19: śmiertelność wynosi w przypadku eboli od 25 do 90%, w przypadku COVID-u od 1 do 3%. To, ile osób zakaża chory, tak jak już mówiłem: ebola tak od 1,5 do 2,5 osoby, COVID od 2,5 do 3,5. Przed wystąpieniem objawów ebola nie zaraża dalej. COVID, jak wiemy, bardzo intensywnie zarażał.

Ola: Nadal zaraża?

Piotr: Nadal zaraża. COVID również dłużej jest w stanie wytrzymać poza organizmem, to znaczy w przypadku eboli, tak jak Ola mówiła, praktycznie nie funkcjonuje. No i COVID rozsiewa się drogą kropelkową, co tu jest prawdopodobnie najważniejsze, czyli kichnięcie, kaszlnięcie i tak dalej. Natomiast w przypadku eboli jest potrzebny bezpośredni kontakt z tymi płynami, które się wydzielają z organizmu.

Ola: Innymi słowy, żeby być dobrym kandydatem na patogen pandemiczny, trzeba być trochę łagodniejszym niż ebola, który to warunek spełnia COVID. On nie uśmiercał dużej liczby zakażonych, a jednocześnie łatwo się rozprzestrzeniał z człowieka na człowieka, zanim nastąpiły pierwsze objawy. I to jest to, czego ebola nie potrafi robić.

Piotr: Oczywiście można zadać sobie pytanie, czy może się zdarzyć, że ten wirus stanie się zakaźny drogą kropelkową, powietrzną generalnie. To oczywiście działa na wyobraźnię, bo wyobraźmy sobie, że ktoś kicha i przenosi taką chorobę o takiej śmiertelności, takim przebiegu jak ebola. No nie, szanse na to są bardzo małe, dlatego że, zaraz powiemy z jakich powodów, jest to rozważane, ale oceniane jako bardzo małe ryzyko. Oczywiście możecie usłyszeć o jakichś eksperymentach. Był w 2012 roku taki eksperyment, gdzie świnie zakażone ebolą zakaziły makaki bez tego bezpośredniego kontaktu i zrobiła się z tego wielka awantura medialna. Natomiast to były zupełnie inne warunki laboratoryjne. Oni się tam bardzo starali, żeby coś takiego zaszło. Nie przekłada się to absolutnie na ludzi.

Ola: Co więcej, wirusy z tej rodziny filowirusów wykazują niewielką zmienność. To oznacza, że słabo mutują. Między rokiem 76 a 2014, czyli w ciągu około 40 lat, pojawiło się o połowę mniej mutacji eboli niż na przykład u wirusa grypy w ciągu zaledwie jednego sezonu. To pokazuje, co tak naprawdę daje przewagę w łatwiejszym zakażaniu większej liczby ludzi. W związku z tym eksperci Światowej Organizacji Zdrowia oceniają ryzyko pandemii eboli jako bardzo mało prawdopodobne.

Piotr: Jest pewien szczególny scenariusz, który mógłby spowodować rzeczywiście takie rozprzestrzenienie się eboli bardziej niż mutacja. To jest wybuch epidemii w bardzo gęsto zaludnionym mieście. W mieście, które ma bardzo słaby system zdrowotny. W mieście, w którym do identyfikacji tej choroby dochodzi bardzo późno. I w mieście, które jest dobrze skomunikowane, a jednocześnie przed wdrożeniem kwarantanny ludzie z tego miasta rozjeżdżają się po świecie. Do bardzo podobnego scenariusza doszło w 2014 roku. I właśnie temu, żeby zapobiec takiemu scenariuszowi, służą te wszystkie procedury, które są wdrażane w ramach tego protokołu zagrożenia zdrowia publicznego o znaczeniu międzynarodowym. Już o tym mówiliśmy.

Ola: W tej chwili epidemiolodzy znacznie bardziej obawiają się pandemii, która może wynikać z jednego z trzech scenariuszy. Na przykład z nowego, groźniejszego wariantu grypy. Drugi scenariusz to taki, że pojawi się nieznany koronawirus odzwierzęcy, z jakiegoś zwierzęcia przeskoczy na człowieka i będzie bardziej zjadliwy niż COVID. A trzecia opcja to jakiś patogen, który będzie łączył zaraźliwość COVID-u z wyższą śmiertelnością. To jest to, czego organizacje, które zajmują się epidemiologią i obserwacją zachorowań na całym świecie, boją się najbardziej.

1:29:25 Dlaczego tak bardzo boimy się eboli

Piotr: A dlaczego my się boimy? Jak opowiadamy o tym, to okazuje się, że to nie jest choroba, która jest naprawdę bardzo groźna dla szerokiej populacji, a już szczególnie dla krajów Zachodu. Takie rzeczy są również badane. Jest taki psycholog, który się zajmuje tematem reagowania ludzi na sytuacje zagrożenia. Paul Slovic się nazywa. On określił takie dwa wymiary postrzegania ryzyka.

Pierwszy to jest ryzyko budzące grozę, czyli takie ryzyko, które jest niekontrolowane, ma taki wymiar katastroficzny, jest śmiertelne, jest nieodwracalne i które dotyka niewinnych ludzi, czyli ludzi, którzy nie mają z tym nic wspólnego, niczego się nie spodziewają. Druga rzecz to jest strach przed nieznanym, czyli czy dane zagrożenie jest nowe, jest wcześniej nieobserwowane, jest słabo rozumiane nawet przez specjalistów. W przypadku eboli oba te czynniki są mocno podbite. Mamy poczucie, że jest to niekontrolowane, przynajmniej z perspektywy laika, że jest to katastroficzne, bo jest bardzo wysoka śmiertelność, że jest to egzotyczne, to zawsze mocno działa, że słabo zrozumiane. Mamy cały zestaw takich elementów, które napędzają strach.

Oczywiście jak zwykle takie odczucie bywa złudne, ale my też dobrze wiemy, że reagujemy emocjonalnie jako gatunek bardzo mocno. Wypadki drogowe wywołują około miliona trzystu tysięcy zgonów rocznie na całym świecie, ale mamy poczucie, że są znajome i że w jakiś sposób są kontrolowalne. Nie jest tak, że mamy poczucie, że one stale nam zagrażają, chociaż de facto zagrażają, ale to nie wywołuje tej paniki. Po prostu działamy racjonalnie, działamy emocjonalnie.

Ola: A to wszystko wynika z tego, że wszyscy ulegamy błędom poznawczym, również heurystykom, o czym pisał, jak już wielokrotnie wspominaliśmy, Daniel Kahneman w książce "Pułapki myślenia". Ten błąd poznawczy, czyli heurystyka, dotyczy dostępności. Chodzi o to, że przypisujemy większe prawdopodobieństwo tym zdarzeniom, które są łatwiej dostępne w naszej świadomości, czyli między innymi silnie nacechowanym emocjonalnie.

A cóż jest lepszą pożywką dla emocji i naszego przerażenia niż wyobrażenie sobie ludzi masowo chorujących na gorączkę krwotoczną, którzy zapewne cierpią na masywne, bardzo silne krwotoki, rozpuszczanie się organów ciała. I to powiedziałam nie bez przyczyny, ponieważ ta wizja została stworzona w roku 1994, to też ma konkretną datę, przez niejakiego Richarda Prestona w książce "Strefy skażenia", "The Hot Zone". Ta książka właśnie opisuje ten proces rozpuszczania się organów wewnętrznych.

To działa na wyobraźnię, to jest absolutnie przerażające. Ja też pamiętam, jak usłyszałam o tym po raz pierwszy, to mnie zmroziło.

Piotr: On się w ogóle specjalizuje, Preston, w takich książkach, ale jest pisarzem i dziennikarzem, a zdecydowanie nie lekarzem, i wykorzystał ten element jako coś, co skutecznie zadziała na ludzi. I zadziałało.

Ola: Tyle że to nieprawda. Natomiast już nam się to wdrukowało. Już wcześniej wspominaliśmy, że przyczyną zgonu nie są te masywne krwotoki, tylko coś, co nosi nazwę wstrząsu hipowolemicznego, który to jest nagły spadek objętości krwi lub płynów w organizmie, prowadzący do niewydolności wielonarządowej wywołanej burzą cytokinową. Owszem, krwotoki, tak jak mówiliśmy, występują, ale nie są tak obrazowe, jak to opisał Preston i jak to, co nam się wdrukowało w naszą publiczną świadomość.

Piotr: To Preston sam później przyznał.

Ola: Sam przyznał, że trochę przesadził, że to była literacka hiperbola, ale już w głowach została. Mleko się wylało. Wielu ludzi jest przekonanych, że to właśnie tak wygląda.

Piotr: Oczywiście dochodzi do tego, co zawsze mamy, czyli jeżeli coś się dzieje gdzieś daleko, a jeszcze w dodatku gdzieś daleko w Afryce, wiadomo, że Afryka to jest taki duży kraj, gdzie się dzieją dziwne rzeczy, to media się tym za bardzo nie interesują. Oczywiście było tak, że jak tych kilkanaście przypadków trafiło do Europy i Stanów Zjednoczonych, to oddźwięk medialny był gigantyczny w porównaniu z tym, że zmarło 11 308 osób w Afryce Zachodniej, co, jak wiadomo, obchodziło mało kogo i z całą pewnością nie trafiało na pierwsze strony gazet.

Ola: Ja to zawsze przy tych okazjach wspominam taki moment, kiedy w "Gazecie Wyborczej" w dziale zagranicznym widziałam różne duże artykuły dotyczące tego, co się dzieje w krajach europejskich, jak zachodzą zmiany polityczne, a gdzieś na boku były tak zwane bombki, czyli krótkie wiadomości ze świata. Jedną z kilku, które się tam pojawiły w tym wydaniu, chyba piątą czy szóstą informacją, było to, że wielka powódź zniszczyła siedmiomilionowe miasto Wuhan. To jest to Wuhan, które dobrze znamy, i to było dosłownie tym jednym zdaniem wspomniane.

1:35:28 Choroba ze współczucia i rytuały pogrzebowe

Piotr: Tak to jest chociażby z malarią, która wywołuje około 600 tysięcy zgonów rocznie, i to w większości u dzieci poniżej piątego roku życia, i nikogo to specjalnie nie interesuje, bo to znane i niekatastroficzne w naszym postrzeganiu, i kontrolowane. My tak funkcjonujemy, funkcjonujemy emocjonalnie. Zagrożenia katastroficzne, egzotyczne, dziwaczne działają na wyobraźnię i tu ebola się wpisuje znakomicie.

Warto jeszcze dodać o tym, jak ona się rozprzestrzenia i jakie ma to znaczenie społeczne. Pojawiło się takie pojęcie, stworzone przez Craiga Spencera, lekarza z Brown University, który sam zachorował na ebolę w 2014 roku podczas leczenia pacjentów w Gwinei. On powiedział, że to jest choroba ze współczucia.

Ola: Ona dotyka przede wszystkim tych, którzy nie uciekają od swoich najbliższych, którzy chorują, zostają, żeby się nimi opiekować, czyli rodziców, którzy opiekują się dzieckiem, dzieci, które nie zostawią chorych rodziców na pastwę losu, czy personel medyczny, który ma obowiązek być przy chorym. Dotyka również tych, którzy opiekują się ciałami swoich bliskich po ich śmierci i przed pogrzebem. To jest niezwykle istotny element tej epidemii obecnej i poprzednich epidemii eboli.

Piotr: Tak, to jest bardzo mocny element, dlatego że my sobie z tego możemy nie zdawać sprawy, ale jak sobie to przełożymy na nasze jakieś zwyczaje czy wierzenia, to łatwiej to sobie wyobrazić. Ta opieka nad ciałem, to znaczy zadbanie o ciało, obmycie go, przytulenie, cały ten zestaw zabiegów, to jest coś, co jest takim ostatnim, finalnym aktem opieki nad kochanym człowiekiem. Natomiast tu się pojawia zespół lekarzy, którzy mówią rodzinom: nie możecie dotknąć ciała, nie możecie go w żaden sposób przygotować, albo musimy go zabrać w szczelnie zamkniętym worku, albo w ogóle umiera w szpitalu i nie możecie go zobaczyć nigdy, ciało zostanie spalone, zniknie. Można sobie wyobrazić, że jest to bardzo gwałtowne naruszenie rytuału żałoby, który nam może się wydawać irracjonalny, ale to wynika wyłącznie z lokalnego zwyczaju.

Ola: I właśnie z tego, że nie można odprawić żałoby przy zmarłym, wynika to, co się dzieje również podczas trwającej właśnie [? niepewne: pandemii]. Tak 21 maja rozeszła się wieść w mediach, że w namiotach szpitalnych, bo to już nawet nie szpital, w miejscowości Rwampara w Kongu tłum zaczął szturmować personel medyczny i te namioty, próbując przejąć ciało jednego ze zmarłych. To był taki popularny piłkarz lokalny. Policja próbowała bronić tych namiotów, oddała strzały ostrzegawcze, rzucono z tłumu kamieniem, który ranił jednego z członków ekipy medycznej. To był taki wyraźny sygnał, że ludzie po prostu się nie zgadzają na to, żeby im odbierać tych zmarłych, bo właśnie tego piłkarza miano pochować bez właściwych rytuałów pogrzebowych, co wzbudziło oburzenie jego rodziny.

1:39:22 Kościół, klątwy i pochówki hybrydowe

Piotr: Oczywiście można się zastanawiać, skąd te konkretne zwyczaje. Tu niewątpliwie istotne znaczenie odgrywa Kościół.

Ola: Zdecydowanie tak, bo w tych miejscach, gdzie instytucje, systemy państwowe, sieci usług czy infrastruktura, którą powinno zapewnić państwo, to wszystko nie istnieje, wówczas tę pustkę, właśnie w takich miejscach jak Demokratyczna Republika Konga, zapełnia Kościół. I to wypełnia na dobre i na złe.

Piotr: Jak wygląda [? niepewne: krajowy ars religijny] w tym regionie, gdzie w tej chwili trwa epidemia? Tam bardzo zdecydowanie dominuje chrześcijaństwo. To jest ponad 90% mieszkańców, jest też jakiś niewielki udział islamu. Mniej więcej chrześcijanie są podzieleni pół na pół na katolików i protestantów. Tam szczególnie takie kościoły zielonoświątkowe i też taki rodzimy, synkretyczny kościół, który łączy, można powiedzieć, różne tradycje. Zresztą ten synkretyzm jest tutaj w ogóle bardzo mocno obecny.

Ola: Otóż to. Chrześcijaństwo w tym obszarze przenika się bardzo mocno z tradycyjnymi wierzeniami afrykańskimi, z animizmem, z kultem przodków, z rytuałami przejścia. I to się spaja w taki jeden system religijny, w którym ksiądz, który odprawia mszę, i tradycyjny uzdrowiciel funkcjonują obok siebie w całkiem komplementarnych rolach. I ten Kościół, tak jak wspomniałam, odgrywa dwojaką rolę w tych epidemiach.

Jeśli chodzi o rozprzestrzenianie się eboli, to mamy tutaj sytuację taką, że odgrywa rolę negatywną, ponieważ bardzo mocno jest praktykowane uzdrawianie przez dotyk właśnie w ramach tych rytuałów, głęboko tradycyjnych i komplementarnych wobec wierzeń afrykańskich. Ten dotyk, który ma leczyć, to jest też ten dotyk, który przenosi rozmaite zakażenia. I jeżeli taka osoba z objawami eboli, z gorączką, z krwawieniem, zamiast do izolatki trafi na przykład na masowe nabożeństwo, gdzie są przeprowadzane rytuały uzdrowienia i duchowni, wierni dotykają takiej osoby, to jest naprawdę solidne ognisko zakażeń.

Piotr: To jest również kwestia takiego duchowego fenomenu. Ta choroba przebiega spektakularnie, krótko rzecz ujmując, więc też jest często interpretowana nie jako jakieś wydarzenie medyczne, tylko jako efekt działania jakiejś klątwy, czy opętania, czy bezpośrednio kara Boża. Ponieważ to nie jest sprawa medyczna, choroba jest ukrywana przed jakimikolwiek zespołami medycznymi.

Ola: Które, jak wiadomo, są z zewnątrz i są wrogie.

Piotr: Dokładnie, o tym mówiliśmy. I tym samym chory najczęściej trafia do, powiedzmy, alternatywnych metod leczenia. Tutaj głównie chodzi o jakieś modlitewne próby pozbycia się tej klątwy, co oczywiście znowu jest kolejnym miejscem, gdzie taka osoba może zakazić kolejne osoby.

Ola: I tu chyba sprawa kluczowa, według mnie jedna z najważniejszych: przekonanie, wiara głęboka w to, że prawidłowy pochówek, godny pogrzeb decyduje o tym, czy dusza zmarłego dołączy do grona przodków, czy nie. Jeżeli rodzina zmarłego widzi, że może mu grozić pogrzeb w plastikowym worku, bez tradycyjnej liturgii, bez fizycznego pożegnania się, bez dotykania przez bliskich, to oznacza, że duch tego zmarłego nie zazna spokoju, będzie się błąkał po ziemi i sprowadzi jeszcze dodatkowo nieszczęście na całą wioskę, nie tylko na swoich bliskich. I stąd biorą się potajemne nocne pogrzeby tych osób, które były wcześniej ukrywane przed tymi służbami epidemiologicznymi. Tak naprawdę każdy z takich pogrzebów to jest wylęgarnia nowych zakażeń, źródło potencjalnie niebezpiecznego ogniska choroby.

Piotr: Więc tu warto pamiętać o tym, że zagrożenie takim pogrzebem źle przeprowadzonym to jest zarówno zagrożenie tym, że dana osoba nie będzie zbawiona, krótko rzecz ujmując, ale też bardziej bezpośrednie zagrożenie dla żyjących, bo zgodnie z tamtymi przekonaniami, właśnie takimi synkretycznymi, religijnymi, on stanowi zagrożenie dla żyjących, bo może ich prześladować, więc jest to groźba dla całej społeczności. Nic dziwnego, że ludzie tak bardzo gwałtownie reagują, chcą za wszelką cenę uniknąć tych strasznych pogrzebów medycznych.

Ola: A z drugiej strony Kościół odgrywa tę drugą rolę, o której tutaj wspomnieliśmy, rolę pozytywną. Mianowicie w miejscu, gdzie władze administracyjne praktycznie nie istnieją, władze epidemiologiczne również nie działają jak trzeba i są źle kojarzone, głos lokalnego księdza, pastora czy arcybiskupa ma naprawdę decydujące znaczenie i ogromną wagę. Po doświadczeniach, które przyniosły te poprzednie epidemie eboli, zarówno Światowa Organizacja Zdrowia, jak i Czerwony Krzyż doszły do bardzo mądrego wniosku, że nie należy wymuszać tej dyscypliny sanitarnej, bo to do niczego nie doprowadzi, tylko do tego, że to będzie ukrywane i jeszcze większe ryzyko przyniesie na bliskich osób chorujących na ebolę. Obecnie WHO i Czerwony Krzyż prowadzą szkolenia osób duchownych i to właśnie duchowni katoliccy, protestanccy czy ci z lokalnych kościołów są tymi edukatorami społeczności lokalnych, tłumaczą z ambony, w jaki sposób ustrzec się przed zachorowaniem, jak postępować z chorym czy ze zmarłym. I to jest obecnie najlepszy sposób na to, żeby rzeczywiście to rozprzestrzenianie epidemii ograniczyć.

Piotr: Trzeba też pamiętać o tym, że tam nadal struktura państwowej ochrony zdrowia właściwie nie istnieje albo jest w jakimś zupełnym stanie rozkładu i nadal większość szpitali i przychodni we wschodnim Kongo jest prowadzona przez zakony, przez organizacje chrześcijańskie. To są miejsca, które działają, coraz sprawniej działają, i też budzą zaufanie również poprzez związki z Kościołem. I to tam powstają w tej chwili bezpieczne punkty tej pierwszej segregacji pacjentów czy dystrybucji środków higienicznych. Warto zwrócić uwagę na to, że oczywiście ten szpital misyjny w Jambuku w 76 roku, gdzie zaczęła się ta pierwsza, najsłynniejsza epidemia, te pięć strzykawek, to były czasy dawno już minione. W tej chwili kościelne placówki są w znacznie lepszej kondycji, również dzięki tej współpracy z międzynarodowymi organizacjami zajmującymi się ochroną zdrowia. Oczywiście nadal jest to sytuacja patologiczna, dlatego że nadal one zastępują państwową ochronę zdrowia, ale jest, jak jest, działają bez porównania lepiej.

Ola: No tak, zwłaszcza że ci duchowni tłumaczą też wiernym, że ta ebola to nie jest jakaś klątwa, coś, co spadło na lokalną społeczność jako kara za grzechy, tylko że ten wirus naprawdę istnieje i że on wymaga leczenia. To jest bardzo ważne przełamanie tych przekonań lokalnej społeczności. Wprowadzono też pewien kompromis dotyczący pochówków, czyli tych pogrzebów, które do tej pory tak mocno odzierały i rodzinę, i samego zmarłego w oczach rodziny z godności i z możliwości przeprowadzenia tej osoby na drugą stronę. Zamiast wywozić ciała w plastikowych workach bez wiedzy rodziny, w tej chwili praktykuje się takie pochówki dokonywane przez zespoły w kombinezonach, zespoły specjalnie przeszkolone sanitarnie. One bezpiecznie chowają takiego zmarłego, ale jest przy tym obecny ksiądz lub pastor, który odprawia pełen obrzęd chrześcijański, a rodzina może z bezpiecznej odległości modlić się i obserwować ten pogrzeb.

Piotr: To przynosi konkretne efekty. Te, jak to się czasami nazywa, hybrydowe pochówki działają w ten sposób, że tam, gdzie rzeczywiście są prowadzone we współpracy z Kościołem, liczba takich udanych pochówków ofiar eboli, czyli udanych w znaczeniu bezpiecznych, wzrosła, szacuje się, że nawet trzykrotnie. Więc widać, że takie działanie, taka współpraca podnosi bardzo efektywność i po prostu bezpieczeństwo.

Ola: Tu jeszcze warto wspomnieć o tym, że ta dwoista rola Kościoła w Kongu jest dosyć trudną sytuacją. To jest z jednej strony najsilniejsza instytucja społeczna w regionie, bez niej to państwo już w ogóle by nie funkcjonowało, a z drugiej strony to jest również podtrzymywanie tych obrzędów, które mogą bardziej zaszkodzić niż pomóc. Tym niemniej to właśnie Kościół i jego działania mają szansę na ograniczenie tej epidemii, bo jeśli nie Kościół, to kto inny?

1:50:21 Wycofanie USA z WHO, USAID i chorzy lekarze

Piotr: Tak, jest to moment szczególnie niebezpieczny również dlatego, że wiemy, że nie działają lokalne instytucje, że państwo jest w rozsypce. Problem polega na tym, że ta epidemia, która trwa obecnie, trafiła na taki moment, kiedy również instytucje międzynarodowe, przynajmniej niektóre, nie bardzo dobrze funkcjonują. I tu niewątpliwie trzeba wspomnieć o tym, że w styczniu 26 roku USA wycofało się oficjalnie ze Światowej Organizacji Zdrowia.

Ola: No tak, nastąpiło to 20 stycznia tego roku. I co się okazało, pierwszy raz o tym usłyszeliśmy: wiedzieliśmy, że Stany Zjednoczone wpłacają wysokie kwoty na Światową Organizację Zdrowia, ale tak naprawdę te kwoty dobrowolnie wpłacane potrafiły w zależności od roku wynosić około 500 milionów dolarów rocznie. To były kwoty wpłacane przez indywidualnych donatorów, ale nie tylko, również przez instytucjonalnych. Natomiast jest jeszcze coś takiego jak składka obowiązkowa tych państw, które należą do WHO, i tutaj składka Stanów Zjednoczonych wynosiła, to jest ustalane z roku na rok, około 260 milionów dolarów rocznie. Teraz to jest tak, że USA zrezygnowały z WHO z dnia na dzień, również wymigując się z zaległych obowiązkowych opłat. I właśnie w związku z tym Światowej Organizacji Zdrowia w jednym ruchu zabrakło tych 260 milionów dolarów obowiązkowej wpłaty plus tych wpłat z donacji, które mogą rocznie sięgać nawet pół miliarda dolarów, w związku z czym straty są gigantyczne.

Piotr: Również efektem działań administracji Donalda Trumpa jest rozwiązanie United States Agency for International Development, czyli Amerykańskiej Agencji Rozwoju Międzynarodowego, czyli USAID. Ona została rozwalona w wyniku rzekomego ograniczania kosztów państwa, słynna sprawa. Wiele elementów oczywiście było sprzedawanych na tej zasadzie, że o, przestaną wreszcie wspierać jakieś dziwne organizacje, które nic nie robią. Więc okazuje się, że jak najbardziej robią, bo na przykład jednym z elementów, za które odpowiadały właśnie fundusze pochodzące z USAID, były systemy logistyki transportu próbek laboratoryjnych z tych regionów, gdzie w tej chwili trwają epidemie. Jak już mówiliśmy, tam nie ma praktycznie sensownych dróg pozwalających na szybką komunikację. I wiemy w tej chwili, to akurat z reportażu "New York Timesa", że próbki, które docierały do Kinszasy, docierały w złym stanie, w niewłaściwej temperaturze, dlatego że ten łańcuch chłodniczy był nadzorowany właśnie dzięki funduszom z USAID. Natomiast jak zabrakło tych funduszy, to cały ten system się posypał, co między innymi spowodowało opóźnienie diagnostyki. Więc to jest bardzo poważny problem.

Więcej tego typu rzeczy wydarzyło się w Stanach Zjednoczonych, bo na przykład był taki wyspecjalizowany zespół szybkiego reagowania, złożony z kilkudziesięciu ekspertów, którzy mieli wieloletnie doświadczenie właśnie przy epidemiach eboli. On został rozwiązany konkretnie przez Elona Muska, który był bardzo z tego dumny i powiedział, że wrzucił go do rębaka do drewna, dosłownie, to było "fed into the wood chipper". Czyli w ogóle fantastyczny pomysł, po co wydawać pieniądze na takie bzdury. Potem co prawda Musk powiedział, że popełniliśmy błąd, ale jak popełniamy błędy, to je naprawiamy, i w ogóle w przypadku USAID to przypadkowo na krótko odwołaliśmy system profilaktyki eboli i że przywracamy właśnie finansowanie. Więc to nie dotyczyło tylko tego zespołu reagowania, tylko całego systemu zapobiegania i reagowania na epidemię eboli. Tyle tylko, że wiemy, że ten system wcale nie został przywrócony. Jest szereg doniesień mówiących o tym, że w ogóle zostało to rozwalone, zamknięte, rozgonione. Między innymi jeden z lekarzy zajmujących się tym tematem, który nadzorował właśnie reakcję na epidemię eboli w 2014 roku, powiedział, że praktycznie wszystkie osoby zostały wyrzucone z agencji i nie udało się ich przywrócić, i z około 30-osobowego zespołu zostało zaledwie kilka osób. No więc kolejny element, który powoduje, że ta reakcja na epidemię jest bardzo nieskuteczna.

Oczywiście do tego można dołączyć kwestię CDC, czyli Centers for Disease Control and Prevention, amerykańskiego, które w ostatnim roku jedną czwartą pracowników straciło. Więc kolejna sprawa: organizacja, która była bardzo dobrze funkcjonująca i odpowiadająca za tego typu działania, rozsypała się w dużym stopniu. Tego typu rzeczy wydarzyło się tam znacznie więcej, bo na przykład Stany Zjednoczone postanowiły jednak jakoś zareagować i kiedy ogłoszono ten stan zagrożenia zdrowia publicznego o zasięgu międzynarodowym, to administracja ogłosiła, że to było dokładnie 19 maja, kilka dni temu, że zobowiązuje się sfinansować do 50 klinik leczenia eboli w Kongo i w Ugandzie. Tyle tylko, że po pierwsze ten system funkcjonował. To nie jest tak, że oni coś dokładają: oni rozwalili system i teraz próbują to łatać ręcznie. A w dodatku "do 50 klinik" oznacza, że mogą zrobić jedną. Na razie nie uruchomiono jeszcze tego wszystkiego, zobaczymy, czy to w ogóle zadziała.

Ola: Tu jeszcze jest jedna forma reakcji: ograniczenia wjazdu dla podróżnych z Afryki Środkowej do Stanów Zjednoczonych. Oczywiście to jest stały motyw tej kadencji Trumpa, i zresztą nie tylko tej, że ograniczamy wstęp do Stanów Zjednoczonych ludziom, którzy przybywają spoza granic. I tutaj wprowadzone zostały dodatkowo takie rygorystyczne procedury przesiewowe na lotniskach. I czym to poskutkowało? Otóż poskutkowało to tym, że do Stanów nie mogli wrócić właśnie obywatele, dwóch amerykańskich lekarzy misjonarzy, którzy zostali zakażeni ebolą. Oni nie zostali wpuszczeni do kraju własnego, swojego, zostali przetransportowani jeden do Berlina, drugi do Pragi, zamiast pojechać do szpitali amerykańskich i tam być poddanymi leczeniu.

Piotr: Tak, CDC stwierdziło, że to są względy logistyczne, że tu bliżej są te ośrodki. Natomiast wiadomo, że nie o to chodzi, bardzo wyraźnie wskazuje się na polityczne powody. To jednoczesne ogłoszenie tych ograniczeń wjazdowych bardzo źle rezonowałoby z tym, że tu wprowadzamy do naszego kraju chore osoby. Nieważne, że to są obywatele, ważne, żeby uspokoić ludzi, niezależnie od tego, czy ma to sens, czy nie. Krótko rzecz ujmując, nie dość, że jest to skandaliczne, to też w dłuższej perspektywie może oznaczać, że ludzie tego rodzaju stracą zaufanie do własnego kraju. Ten globalny wolontariat humanitarny może bardzo na tym ucierpieć. Jest jednoznaczny komunikat: jeśli zachorujesz, pomagając innym, twój kraj ci nie pomoże.

1:58:45 Dobre wiadomości: ocena ryzyka i lek doustny

Ola: To jest straszna wiadomość, naprawdę druzgocąca, zwłaszcza że tych wolontariuszy amerykańskich całkiem dużo działa na całym świecie. Ale z tych kiepskich wiadomości jest ich więcej. Są też dobre wiadomości. Otóż ta odpowiedź świata, odpowiedź organizacji zajmujących się zdrowiem publicznym na tę najnowszą epidemię eboli, jest znacznie lepsza niż na przykład w roku 2014. Trwa lepsza mobilizacja wśród Lekarzy bez Granic, Światowa Organizacja Zdrowia ma już opracowane odpowiednie procedury, są uruchomione krajowe programy lokalne dotyczące zwalczania gorączek krwotocznych, jest ta koalicja na rzecz innowacji w zakresie gotowości na wypadek epidemii, czyli CEPI, są te inicjatywy Światowej Organizacji Zdrowia, która inwestuje bardzo mocno w opracowywanie szczepionek dla chorób, które są dla Big Pharmy, czyli wielkich firm farmaceutycznych, zwyczajnie nieopłacalne. Tak naprawdę te scenariusze z poprzednich epidemii eboli zostały na tyle dobrze przetworzone, że dzisiaj świat na to dużo sprawniej reaguje. To nie jest scenariusz z roku 76 czy 2014. Jest dużo, dużo lepiej.

Tu jeszcze warto wspomnieć, jak jest oceniane ryzyko tej epidemii z punktu widzenia Światowej Organizacji Zdrowia. 22 maja zostały wypuszczone takie komunikaty, że to ryzyko pozostaje bardzo wysokie na poziomie krajowym, czyli właśnie w Demokratycznej Republice Konga, jest wysokie na poziomie regionalnym, ale uwaga, jest niskie globalnie. I te oceny co do tego, że świat nie jest zagrożony pandemią eboli, są zgodne zarówno ze strony WHO, jak i CDC oraz Europejskiej Agencji do Spraw Zapobiegania i Kontroli Chorób, czyli [? niepewne: ECDC]. Nie ma ryzyka wysokiego.

Pojawia się jeszcze jedna dobra wiadomość. Otóż mamy całkiem dobrego kandydata na doustny lek przeciw wirusowi eboli. To jest Obeldesivir, bliski krewny tego leku, który znamy z pandemii COVID-19, Remdesiviru. I tu najistotniejsze jest to, że jest to tabletka, a nie lek podawany przez zastrzyk albo przez kroplówkę. To całkowicie zmienia obraz tego, co można zrobić w takiej sytuacji. Lek można przetransportować w plecaku do jakiejś odległej wioski, podać go rodzinie, bliskim osoby chorej, zamiast sprowadzać takiego chorego do szpitala, do miasta, albo po prostu ryzykować to, że nie dojedzie do tego szpitala i że rzeczywiście zakazi całą wioskę. Warto powiedzieć, że ten lek już przeszedł badania przedkliniczne i u naczelnych, czyli u tych gatunków małp, które są naszymi bliskimi krewnymi, wykazuje wysoką skuteczność, od 80 do 100%, pod warunkiem że poda się go w ciągu 24 godzin od momentu zakażenia. Jeśli chodzi o skuteczność tego leku wobec tego gatunku, Bundibugio, który obecnie pustoszy Kongo, to wciąż nie ma informacji co do tego, czy on będzie skuteczny w tej sytuacji.

Piotr: Ale to nie jest szczepionka, więc tu jest trochę inny mechanizm działania. I tak jak ten sam lek działa przeciwko tak odległemu wirusowi jak koronawirus COVID-19, tak można przyjąć, że w obrębie tej samej grupy wirusów ebola będzie również tutaj skuteczny.

Ola: No i to zostało potwierdzone tym kolejnym komunikatem ze strony Światowej Organizacji Zdrowia, która wskazała, że Obeldesivir to jest jeden z najbardziej obiecujących kandydatów na leki skuteczne przy ograniczaniu ogniska eboli, którego obecnie jesteśmy świadkami. Dodajmy, że trwają właśnie przygotowania do badań terenowych, prowadzonych w Kongu właśnie z użyciem tego leku.

2:04:05 Podsumowanie i słowo na dziś

Piotr: Pobiliśmy chyba rekord długości odcinka, ale też temat jest przeogromny. Dodajmy, że wycięliśmy sporą część tego, co mieliśmy do powiedzenia. Trochę już tak na podsumowanie, bo naprawdę zbliżamy się do końca: ebola wywołuje ogromny strach, jest widowiskowa, działa na wyobraźnię, jest egzotyczna, jest medialna. Natomiast te wszystkie cechy faktyczne, ta wysoka śmiertelność, sprawiają, że nie jest to choroba, której my tu w Polsce powinniśmy się jakkolwiek realnie obawiać. Natomiast trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że to, że my sobie bezpiecznie siedzimy w komfortowym kraju, gdzie mamy znakomitą opiekę zdrowotną, to jest dla nas wspaniała sytuacja. Natomiast to, co się dzieje w tej chwili w Demokratycznej Republice Konga, w Ugandzie, to jest sytuacja tragiczna. Nie wiemy, jak ta epidemia będzie się rozwijała, wiemy, że w tej chwili jest uważana za jedną z najgroźniejszych i najpoważniejszych. Więc po prostu pamiętajmy o tym, że tam gdzieś na świecie, w miejscu, które nas na co dzień nie interesuje, dzieją się rzeczy dramatyczne. I że cywilizacja zachodnia niestety mocno przyłożyła rękę do tej całej sytuacji, o czym tutaj sporo wam dzisiaj powiedzieliśmy.

Ola: A my przypominamy jeszcze, że jeżeli cenicie nasze podcasty, to może rozważycie dołączenie do grona naszych patronek i patronów. To dla nas byłoby ogromnym wsparciem.

Piotr: I oczywiście nie zapomnijcie, że mamy też dwa podcasty robione we współpracy z Polskim Radiem, czyli Laboratorium Zbrodni i Sekcję Teorii Spiskowych.

Ola: No i obu można wysłuchać na Spotify i na stronie Polskiego Radia, a Sekcji Teorii Spiskowych dodatkowo na YouTube, bo to jest nasz wideopodcast.

Piotr: Słowo na dziś nie będzie dużym zaskoczeniem. Kombinowaliśmy nad czymś, ale chyba po prostu to będzie ebola. No to cześć. Boże, nasze psy dzisiaj tyle wytrzymały.

Ola: [? niepewne: Dalej radę]

Źródła

Brak listy źródeł w opisie odcinka (kolumna "źródła (z opisu)" w indeksie jest pusta).