Podcast Crazy Nauka · odc. 29

Tsunami – niszczycielskie fale, ich skutki, rekordy

20-06-2023 · 86 min · Tematyczny, Katastrofy, Żywioły i geologia

Okładka odcinka

Tu jest treść z serwisu Spotify. Po jej włączeniu Spotify otrzyma Twój adres IP i może zapisać w przeglądarce pliki cookies.

Posłuchaj też na:

Opowiadamy o tsunami – falach, które bywają wysokie jak wieżowce i niszczą wszystko na swojej drodze. Wyjaśniamy, jak powstają, jak się zachowują na otwartym oceanie i co robią, gdy napotkają płyciznę.
Opisujemy najbardziej niszczycielskie i największe tsunami, o jakich wiemy, że pojawiły się na Ziemi, a także poza nią. Wymieniamy te rekordowe fale, do powstania których przyczynił się człowiek, oraz takie, w których siły ludzkie zadziałały na równi z naturalnymi. I przytaczamy dowody na to, że w sprzyjających warunkach tsunami może powstać nawet na… Bałtyku.

Dziękujemy szczególnie naszemu patronowi – ManukUnta za wsparcie!

Transkrypcja odcinka

Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.

0:00:00 Wstęp

Jakim sposobem fala może osiągnąć wysokość ponad 500 metrów?

Jak to się stało, że w ciągu kilku sekund gwałtownie spadła pojemność Oceanu Indyjskiego?

Co ma wspólnego lądownik marsjański z megatsunami?

Jak Korea Północna postanowiła wywołać radioaktywne tsunami?

Ola: Cześć, tu Ola Stanisławska.

Piotr: I Piotrek Stanisławski, podcast Crazy Nauka. Dziś opowiemy wam o tsunami, falach, które bywają wysokie jak wieżowce, niszczą wszystko na swojej drodze.

Będziemy mówić o tym, jak powstają, jak się zachowują na otwartym oceanie i co robią, gdy napotkają wreszcie płyciznę.

Ola: Opiszemy wam również najbardziej niszczycielskie i największe tsunami, o jakich wiemy, że pojawiły się na Ziemi i poza nią. Wymienimy te rekordowe fale, do powstania których przyczynił się człowiek, oraz takie, w których siły ludzkie zadziałały na równi z naturalnymi. I przytoczymy dowody na to, że w sprzyjających warunkach tsunami może powstać nawet na Bałtyku.

Piotr: No więc zaczynamy. Tsunami to jest takie zjawisko, które wyjątkowo działa na wyobraźnię. Zastanawiałem się właściwie czemu, bo jak się mówi tsunami, to od razu nam się szereg rzeczy pojawia przed oczami.

Myślę, że to jest kwestia jego nieuchronności, takiej kompletnej nieprzewidywalności. No i oczywiście też skali zniszczeń, jakie wywołuje. Ale też ciekawe jest, bo te nasze wyobrażenia o tej monstrualnej fali nie zawsze się do końca pokrywają z rzeczywistością.

Ola: Ale czasem się pokrywają.

Piotr: Czasem się pokrywają. Będziemy mówili właśnie o bardzo różnych falach. Widzimy tę gigantyczną, spiętrzoną falę mającą 30 albo 50 metrów, która zmiata wszystko, co stoi na brzegu.

Ola: Ale widzimy oczami wyobraźni, albo w filmach, na przykład w moim ulubionym Pojutrze.

Piotr: Wyszła nasza słabość do Pojutrze.

Ola: Tsunami o wysokości chyba 100 metrów.

Piotr: Bardzo możliwe. Takie fale rzeczywiście się pojawiają, te stumetrowe, może czasem też trochę o tym powiemy.

One są najbardziej niszczące. Ale też do ich powstania trzeba szczególnych warunków. A z kolei nie trzeba takich fal, żeby wywołać wielkie zniszczenia, żeby woda naprawdę zniszczyła ogromną część dobytku ludzkiego, pozabijała ludzi.

Także zaczniemy od tego, jak w ogóle powstają fale tsunami. Albo zacznijmy od tego, jak ta nazwa powstała.

Ola: Bo tsunami to tak naprawdę, nie można powiedzieć "fala tsunami", bo tsunami znaczy po japońsku fala portowa.

Piotr: Czekaj, co jeszcze było? Herbata chai ostatnio w Spidermanie. Polecamy Spidermana nowego.

Ola: Fala portowa. Nic dziwnego, że ta nazwa wywodzi się z języka japońskiego, bo w Japonii od wieków wielokrotnie doświadczano niszczycielskiej siły tsunami. Japonia leży w obrębie Pacyficznego Pierścienia Ognia, czyli strefy opasującej Ocean Spokojny.

Piotr: Uwielbiam tę nazwę, Ocean Spokojny. Właśnie ten najspokojniejszy z oceanów.

Ola: I tam wokół niego leży strefa częstych trzęsień ziemi i erupcji wulkanów i to jest właśnie ten Pacyficzny Pierścień Ognia. I niekiedy uważa się, że jedno z najbardziej rozpoznawalnych na świecie japońskich dzieł sztuki, drzeworyt "Wielka Fala w Kanagawie" autorstwa Hokusai z 1831 roku, przedstawia właśnie tsunami.

Piotr: Zanim pójdziemy dalej, to chcieliśmy Wam przypomnieć o subskrypcjach. Bardzo nam pomagają, więc subskrybujcie, polecajcie nasz podcast. To dla nas ważne.

Oceniajcie go też, zwłaszcza na Spotify, gdzie pojawiła się taka fajna możliwość, że można powiedzieć, jak się ten podcast podoba, i robimy tam jakieś fajne ankiety dotyczące danego odcinka. Jeżeli ktoś słucha na Spotify, to może tam zajrzeć, coś powiedzieć.

Ola: Komentujcie oczywiście i pamiętajcie, że jesteśmy obecni na wszystkich liczących się i nie liczących się również platformach podcastowych.

Piotr: Tak właśnie jest. I bardzo ważna sprawa, bardzo dziękujemy naszym patronom. Od ostatniego odcinka dołączyły cztery osoby: Justyna, Adam, Tomasz i Agata. Bardzo Wam dziękujemy i bardzo dziękujemy tym, którzy są z nami już wcześniej, od dawna.

Patronite.pl, ukośnik Crazy Nauka. Znajdziecie nas tam, różne ciekawe propozycje. Polecamy, zaglądajcie.

0:05:10 Trzęsienie i tsunami w Tohoku 2011 oraz przyczyny powstawania tsunami

Ola: A zaczynamy od trzęsienia ziemi w Tohoku, które jest słynnym trzęsieniem ziemi z 2011 roku. 11 marca, około 70 kilometrów od wybrzeża regionu Tohoku w Japonii, miało miejsce trzęsienie ziemi o magnitudzie 9,1. To było najsilniejsze w tym kraju trzęsienie ziemi od początku pomiarów i czwarte co do wielkości trzęsienie na świecie.

Piotr: Wydaje się, że pomiary regularne zaczęto w 1900 roku, tak jak sprawdzałem, więc będziemy się jeszcze do tego odnosili.

Ola: Ponieważ hipocentrum trzęsienia znajdowało się pod dnem morskim. Hipocentrum to położony w głębi ziemi hipotetyczny punkt, od którego rozchodzą się fale sejsmiczne. A pionowo nad hipocentrum, na powierzchni ziemi, znajduje się epicentrum.

To hipocentrum znajdowało się pod dnem morskim. Wstrząsy spowodowały wielkie, w tym wypadku 5-10 metrowe fale morskie, które na równinach wdarły się na 10 kilometrów w głąb lądu, niszcząc wszystko po drodze.

Jaki wpływ wywarło to trzęsienie na geologię? Wymienia się różne efekty, między innymi to, że trzęsienie ziemi przesunęło główną japońską wyspę Honsiu na wschód o 2,4 metra.

Piotr: Czyli przychodzisz do domu, próbujesz otworzyć drzwi, a tam okno.

Ola: Bardzo śmieszne. O 60 centymetrów obniżyło się około 400 kilometrów linii brzegowej Japonii na tej wyspie.

Tsunami dotknęło odcinka wybrzeża długości 2000 kilometrów i zalało ponad 400 kilometrów kwadratowych ziemi. Uszkodziło również elektrownię jądrową w Fukushimie, co doprowadziło do skażenia obszaru wokół elektrowni, śmierci wskutek tego dwóch osób oraz ewakuacji ponad 180 tysięcy osób. Wskutek samego procesu ewakuacji zginęło najprawdopodobniej około 1500 osób.

Najczęściej starszych, które po prostu nie wytrzymały trudów podróży albo zostały odłączone od aparatury i nie udzielono im pomocy.

Piotr: Prawdopodobnie ta ewakuacja w takim rozmiarze nie była konieczna. To zresztą trochę jak w Czarnobylu, podobny przypadek strachu. Trudność w ocenie dominuje w takich sytuacjach, ale trudno, żeby było inaczej.

Ola: Śmierć wskutek tego trzęsienia ziemi i tsunami, które po nim nastąpiło, poniosło niemal 16 tysięcy osób. A jeszcze po 10 latach Japończycy nie mogli się doliczyć kolejnych 2,5 tysiąca osób, które uznano za zaginione. Ogromna tragedia.

Piotr: Tu warto też dodać, że to wywołało nową falę strachu przed energetyką jądrową, która miała bezpośredni wpływ na zamknięcie elektrowni jądrowych w Niemczech. Zupełnie bez sensu.

Ola: Wiele różnych szkód zostało poniesionych, nie mówię tu o szkodach materialnych, bo to w ogóle nie jest podcast o tym. Natomiast z rzeczy, które dotyczą samego tsunami, warto pamiętać, że nie rozeszło się ono jedynie w jednym kierunku, ale pokonało Ocean Spokojny i po 9-10 godzinach ponad dwumetrowe fale uderzyły w wybrzeża USA, w Oregon i Kalifornię, gdzie również dokonały zniszczeń.

A po około 21 godzinach to tsunami osiągnęło zachodnie wybrzeże Ameryki Południowej.

Piotr: Teraz trochę o tym, skąd się bierze takie tsunami. Powiedzieliśmy już chyba o najczęstszej przyczynie, czyli o trzęsieniach ziemi. Ale to też są wybuchy wulkanu. Wybuch Krakatau, 1883 rok, jeśli się nie mylę, wywołał wielkie tsunami, siłą rzeczy też trochę trzęsienie ziemi, które, jak się szacuje, zabiło jakieś 30 tysięcy osób, ale to są bardzo oględne szacunki.

Częstą przyczyną tsunami są też osunięcia, najczęściej osunięcia ziemi, ale też lodu, czyli na przykład słynne cielenie się lodowców. One też potrafią wywołać tsunami, chociaż zwykle ma ono zasięg lokalny, co nie zmienia faktu, że ten lokalny zasięg może też spowodować spore zniszczenia. Upadek meteorytu, o tym będzie.

Ola: Również będzie o osunięciach.

Piotr: Będzie, no i też rozmaite działania prowadzone przez człowieka, wybuchy celowe i niecelowe. Tak jak Ola już powiedziała, ponieważ najczęstszą przyczyną tsunami są trzęsienia ziemi, najwięcej ich zdarza się właśnie w Pacyficznym Pierścieniu Ognia, więc ten rejon jest szczególnie dotknięty przez tsunami. Ale ciekawe jest, że na Morzu Śródziemnym tsunami jest całkiem częste, chociaż niewielkie. Jest tam spora aktywność sejsmiczna, chociaż większość aktywnych uskoków nie znajduje się bezpośrednio pod dnem morza, więc te tsunami, które tam się zdarzają, są nieduże.

Chociaż samo zjawisko, wiem, że kojarzy nam się znowu z tą ogromną falą, może być nawet całkiem skromne, i takie właśnie jest tsunami na Morzu Śródziemnym: małe i lokalne.

Ola: I tutaj chyba znaczenie ma również to, że to Morze Śródziemne nie jest aż tak głębokie jak ocean.

Piotr: Tak, wyhamowuje, dokładnie. To jest w ogóle niezwykle ciekawe zagadnienie, które gdybyśmy chcieli nawet tylko liznąć powierzchownie, to byśmy zrobili pewnie 30-godzinny podcast: dynamika płynów.

Ola: Już próbowaliśmy poprzednim razem, dwugodzinny nam się udało osiągnąć.

Piotr: Zobaczymy, jak nam teraz wyjdzie, postanowiliśmy zrobić krótszy. Ale w ogóle dynamika płynów i to, jak się fale rozchodzą, jak się zaginają wokół lądu, jest niesamowite. I jeszcze ciekawostka w kontekście tego Morza Śródziemnego.

Często jest tak, że jak mówimy o nauce starożytności, zwłaszcza o naukach przyrodniczych, nie o matematyce, tam jest potwornie dużo straszliwych bzdur, choćby na czele z Arystotelesem. Spotkałem taką tezę, że gdybyśmy tak nie wielbili jeszcze w średniowieczu i później Arystotelesa, to może nasza nauka poszłaby do przodu, bo on generalnie siedział, dłubał sobie zapałką w zębach i wymyślał kompletne bzdury z obszaru fizyki.

Ola: I jeszcze był mizoginem, za to mam do niego największą pretensję.

Piotr: A to daj mi dłoń. W każdym razie dobry przykład to autor "Historii wojny peloponeskiej". To jest, uwaga, 426 rok przed naszą erą, czyli czasy bardzo zamierzchłe.

Tukidydes stwierdził, że przyczyną tsunami, jego zdaniem, chociaż to wtedy oczywiście nie nazywało się tsunami, musi być trzęsienie ziemi, bo co innego, po prostu drogą logiki eliminacji. Tam było nawiązanie do zdarzeń, które miały miejsce w tym okresie. Kilkanaście, może kilkadziesiąt lat przed tym, jak on tę "Historię wojny peloponeskiej" napisał, było takie trzęsienie ziemi, któremu właśnie towarzyszyło tsunami, więc rzeczywiście, szacunek, facet wykombinował to nieźle.

Niech się Arystoteles wstydzi.

Ola: Co wykombinował Arystoteles, to my wiemy?

Piotr: Wiesz co, całe mnóstwo różnych rzeczy o poruszaniu i nieporuszaniu się ciała. Na temat tsunami nic nie wykombinował, natomiast to jest w ogóle, można by zrobić oddzielny odcinek, trochę poczytałem o nauce według Arystotelesa.

Ola: To ja osiwieję w tym czasie.

Piotr: To dobry plan. On miał generalnie taką tendencję do wyjaśniania zjawisk na zasadzie: siedzę, patrzę, myślę i tak mi się wydaje. I to, co mu się wydawało, w ogóle nie miał w zwyczaju sprawdzać.

Rozumiem, że metoda naukowa powstała później, ale z drugiej strony trzy czwarte jego fenomenalnych myśli z obszaru fizyki, takich nauk ścisłych, można by obalić naprawdę prostym doświadczeniem, ale on generalnie siedział z tą zapałką w zębach i nie.

Ola: To teraz troszeczkę Ci dopiekę, bo jakby nie patrzeć, to ponad 2000 lat później my wciąż mówimy o Arystotelesie, a czy za ponad 2000 lat będziemy mówili o Piotrze Stanisławskim?

Piotr: Ale mi powaliłaś, no po prostu. Moim zdaniem to będą słynne podcasty Stanisławskich, Crazy Nauka, i wokół nich powstanie kult, i będzie międzygalaktyczna religia z Crazy Nauki.

Ola: To już wiemy, będzie tak jak w XIX wieku: Piotr Stanisławski z żoną, albo państwo Piotr Stanisławski.

Piotr: O, "państwo Piotr Stanisławski", brzmi dobrze. Tak będzie na pewno. Chyba mieliśmy mówić o tsunami.

Ola: Tak, odeszliśmy od tematu.

Piotr: Dobra, wracamy.

Ola: Tak wychodzi na to, że mamy jakieś okropne kompleksy. A ja przecież wcale nie mam takich kompleksów.

Piotr: To jest ten moment ciszy, powinien go skasować.

Ola: Dobrze, wróćmy do tsunami.

0:15:15 Fizyka fali tsunami: prędkość, spiętrzenie i cofanie się wody

Piotr: Tsunami. Jak nie mamy trzęsienia ziemi, to dzieją się rzeczy, które trudno sobie wyobrazić. Łatwo w skali domowej, trudno w skali oceanicznej, bo po prostu nagle podnosi się lub opuszcza dno morza.

Ta woda wypchnięta rusza w postaci fali. W przypadku wulkanu to zwykle jest rozprężenie gazów, wybuch, czyli albo woda zostaje wyrzucona w górę i w to miejsce wlewa się woda, co powoduje powstanie fali, albo dno się wypiętrza.

To bardzo różnie może być. A osunięcie ziemi czy lodu to jest… Można sobie zrobić doświadczenie: wleźć do wanny, nalać do połowy wody i, przepraszam bardzo, jeżdżąc na tyłku po dnie wanny, wywołać całkiem niezłe tsunami.

Właśnie takie, spowodowane wprowadzeniem dużego obiektu do wody dość gwałtownie. Niezły efekt, tylko trzeba potem podłogę wytrzeć. Natomiast to jest logiczne, intuicyjne.

To, co się dzieje później, już takie oczywiste nie jest, bo szczególną cechą tsunami jest to, że fale powstające w wyniku tych zjawisk, zwłaszcza tych o wielkiej skali, typu trzęsienia ziemi, są niezwykle długie. Taka typowa fala wywołana wiatrem czy pływem ma długość jakichś 100 metrów. Długość fali to odległość od jednego szczytu do kolejnego szczytu fali.

Jakbyśmy sobie powbijali chorągiewki w fale, to byśmy zobaczyli tę odległość, długość fali po tonu.

Ola: Fale tsunami.

Piotr: Będę tak mówił, herbata, czaj i serek fromaż. Te fale są niesamowicie długie.

Są 2000 razy dłuższe niż fale normalne, bo mają nawet 200 kilometrów długości. Od jednego grzbietu fali do drugiego grzbietu jest 200 kilometrów. To brzmi dziwnie.

Dlaczego tak jest? Taka jest charakterystyka tej fali, że to tąpnięcie wody nie powoduje falowania, tylko zapadnięcie się ogromnej ilości wody i jej wystrzelenie, a potem ta woda, przy takiej bezwładności i takiej ilości, potrzebuje czasu na bujnięcie się. Ważne jest też, że te fale są bardzo szybko wystrzeliwane, więc jeden grzbiet bardzo szybko oddala się od drugiego, bo normalne fale mają prędkość do 80 kilometrów na godzinę, nie mówię o jakichś sztormowych, ale tak normalnie. Natomiast te mają 800-1000 kilometrów na godzinę, pędzą sobie przez morze i w dodatku są bardzo niziutkie.

Zazwyczaj te największe nie przekraczają metra wysokości. Czyli tak naprawdę trudno je w ogóle zauważyć.

Ola: A statki to zauważają?

Piotr: Właśnie nie, na tym polega dowcip, że przez największe na świecie tsunami możesz przepłynąć sobie, powiem szczerze, nawet łódką wiosłową, niezbyt dużą, i ta łódka się trochę uniesie i opadnie. Jak płyniesz większym statkiem, w ogóle nie masz szans tego zauważyć. Tam się bardzo fajnie złożyło, jeszcze o tym powiem, że udało się kilka razy takie fale po prostu za grzywę złapać i zaobserwować.

O tym będzie trochę później. Zresztą to jest problem z wykrywaniem tych fal, też o tym jeszcze troszkę będzie. I teraz taka pędząca, bardzo długa fala, kiedy zbliża się do lądu, na płyciźnie zaczyna zwalniać, i to zwalnia dość gwałtownie, bo mniej więcej dziesięciokrotnie, do prędkości takiej zwykłej fali, tyle że zaczyna się ściskać.

Ola: Energia pozostaje.

Piotr: Dokładnie, energia pozostaje i pierwszy grzbiet jest doganiany przez drugi. Ten pierwszy porusza się już 80 na godzinę, a tamten na przykład 1000 na godzinę, i dopycha, spiętrza tę wodę. Odległość między grzbietami bardzo się zmniejsza.

To już jest wtedy rzędu 20 kilometrów, czy coś. W tym momencie, kiedy fale docierają do płycizny, gwałtownie rośnie ich amplituda. Wynika to z jakiegoś prawa, którego, przepraszam, nie pamiętam.

Sprowadza się to do tego, że fala staje się wysoka. Czyli mniejsza odległość, wielka energia i fale się spiętrzają. Ta pierwsza fala jest doganiana przez drugą.

Rośnie wysokość. Taka typowa fala tsunami ma zwykle 10-15 metrów, wywołana przeciętnie silnym trzęsieniem ziemi.

Co ciekawe, te fale się zwyczajnie łamią. Po prostu płynie wysoka ściana wody. Nam się od razu kojarzy z surferskimi falami, z taką białą grzywą. Ta grzywa rzadko kiedy występuje.

Ola: Pojawia się taka ściana wody, łagodnie zagięta na górze.

Piotr: Tak, po prostu idzie sobie wysoka fala. Co za absurd. Normalnie masz fale na oceanie, widzisz je. Po czym w pewnym momencie widzisz taką falę, tylko że jest 10 razy wyższa, albo 15 razy wyższa, albo jeszcze wyższa.

Ola: Taki mindblow.

Piotr: Masa tego, co ona niesie, jest dość hardkorowa.

Ola: Dlaczego się właściwie cofa woda z plaży? W którymś momencie tak wygląda, jakby to było odsysane.

Piotr: O tym zaraz też będę mówił więcej, ale generalnie zależy to od tego, co dociera najpierw. Może być różnie, zależnie od konfiguracji całego zdarzenia. Może dotrzeć najpierw grzbiet, albo może dotrzeć najpierw dolina fal.

Jeżeli dotrze dolina, to wyobraź sobie: jak jesteś nad morzem i stoisz na samym brzegu, najlepiej żeby było w miarę płasko, jak nad Bałtykiem, to idziesz sobie i potem uskakujesz przed falami. W momencie, kiedy fala się cofa, jest mniej wody na samej krawędzi, a w momencie, kiedy fala się wlewa, jest jej więcej.

I teraz wyobraź sobie, że fala się cofa, tylko że to jest naprawdę bardzo duża fala, więc się cofa bardzo, bardzo. To cholera wielka fala, więc to cofnięcie się morza jest ogromne.

I potrafi być kilkaset metrów brzegu w ten sposób odsłonięte. W 2004 roku w jednym miejscu 2,5 kilometra brzegu zostało odsłonięte.

Ola: W 2004 roku, przypominamy, to był tsunami na Oceanie Indyjskim, najbardziej śmiercionośny.

Piotr: Będziemy o nim więcej mówili, więc teraz się tylko prześlizguję. Zresztą to jest poważny problem, bo ludzie biegną zobaczyć, jak fajnie. Tak było za każdym razem, praktycznie i w 2011, i przede wszystkim w 2004, że ludzie wybiegali na brzeg, zobaczyć, jak fajnie się tak odsłoniło, czemu tak odpływa ta woda. A ona potem przypływa i wszystkich zalewa i zabija. Co też ciekawe, te fale zwykle idą paczkami.

To nie jest tak, że to jest jedna fala, tylko taki zapis, można powiedzieć, jak przy dźwięku, czyli narasta, jest fala maksymalna i opada. Zazwyczaj pierwsza fala nie jest bardzo silna, druga czy trzecia jest najsilniejsza, i potem są trochę słabsze, więc to też robi wrażenie.

I jeszcze, jak już ktoś chciałby uciekać przed falą, to będzie mu ciężko, bo ma ona prędkość rzędu 80-100 km na godzinę, więc jak ktoś wlazł, nie wiem, 200 czy 300 metrów na tę odsłoniętą plażę i zobaczy tę wielką idącą falę, to nie ucieknie przed nią. Chyba że samochodem, ale ciężko by było.

Więc generalna zasada jest taka: jeżeli widzisz, że gdzieś się cofa woda, jesteś nad brzegiem oceanu, zwłaszcza morza, to nie raduj się, nie idź zwiedzać, tylko zwiewaj, a najlepiej ostrzeż innych i zwiewaj w jakieś wysokie miejsce, niekoniecznie na wysoki budynek blisko brzegu, bo ten budynek może tego nie wytrzymać. Oczywiście nie dotyczy to normalnych, przewidywalnych pływów.

Ola: Na jakieś wzgórze najlepiej uciec, prawda?

Piotr: Najlepiej, tylko nie zawsze są te wzgórza. Zresztą wdrożono po 2004 roku szereg programów edukacyjnych dla miejscowej ludności żyjącej w tych zagrożonych rejonach, właśnie edukujących, że kiedy cofa się woda, to nie idźcie zwiedzać, tylko zwiewajcie. I teraz, co się dzieje właściwie, dlaczego ta woda jest taka niszcząca?

Znowu, intuicyjnie wiemy, ale chodzi o spiętrzenie tej wody, o tę ogromną masę, która spada na brzeg. Przypominamy uprzejmie, że metr sześcienny wody, czyli kostka metr na metr na metr, to jest tona, czyli niemało. Szacuje się, że fala, która ma 20 metrów szerokości i 10 metrów wysokości, czyli niezbyt wielkie tsunami, ten kawałek fali to jest 400 ton.

Do tego oczywiście dochodzi ogromna energia wynikająca z ruchu tej całej masy. Osiągane finalnie ciśnienie to może być, nie wiem, 30 ton na centymetr kwadratowy, potrafią być niesamowite te obciążenia.

Ola: Ja tu jeszcze dodam, że przecież woda, jak już się wedrze na ląd, to niesie ze sobą rozmaite szczątki i one również są zabójcze, bo jak płynie drzewo, czy kawałek samochodu, albo cały samochód, to dostać samochodem w głowę.

Piotr: Tak było właśnie, że pierwsza fala nałapała różnych rzeczy, porwała, pokruszyła, to była ta słabsza fala, a potem to się wszystko częściowo cofnęło z powrotem do oceanu, po czym przyszła ta właściwa, główna, która to wszystko wstrzeliła w głąb lądu, więc rzeczywiście ten efekt jest straszny. Czasami wdziera się kilkaset metrów, czasem kilometr, tak jak powiedziałaś, ponad 10 kilometrów w Japonii wdzierały się te fale.

Ola: Ale na równinach, bo w górach…

Piotr: No wiadomo, to oczywiście zależy od ukształtowania terenu. Tylko tam z kolei bardziej się spiętrzało.

Ola: I nawet ludzie stojący na wzgórzach nie byli bardzo bezpieczni.

Piotr: Jeszcze jedna rzecz na koniec tej teoretycznej opowieści: bywa też, że nie ma takiej wyraźnej fali idącej, którą możemy zobaczyć, tylko widzimy nagle, jakby wody przybywało. Zresztą długi czas mówiło się o tsunami "fale pływowe". Błędnie, z tego się potem wycofano.

Bo one się kojarzą jednak z tymi pływami od Księżyca. Natomiast rzeczywiście czasami po prostu gwałtownie podnosi się poziom morza. I to widać.

Jest takie dość słynne nagranie, chyba z 2004 roku, ale nie jestem pewny, amatorskie. Widać na nim, że nagle tej wody… Wygląda, jakby ktoś nalał, nie wiem, ze szklanki dużo wody w jakieś miejsce. Nagle robi się jej znacznie więcej i to morze wychodzi z brzegu i wlewa się na ląd, tak gwałtownie. Jakby podniósł się raptownie poziom morza.

Nie ma w ogóle tego efektu ściany wody, tylko jest po prostu gwałtowne podnoszenie się poziomu morza i nagle okazuje się, że coś, co było ulicą, jest już zalane morską wodą aż do pierwszego piętra. Więc wygląda to dość hardkorowo i, jak mówię, nie zawsze jest to oczywiste, ale co się właściwie dzieje.

Ola: Zanim pójdziemy dalej, to mamy do was ogromną prośbę. Powiedzcie innym o naszym podcaście. Im więcej osób się dowie, tych zainteresowanych nauką, tym więcej osób będzie mogło usłyszeć te ciekawe historie.

Przypominam, że my je bardzo starannie sprawdzamy. Robimy bardzo intensywny research przy każdym z naszych podcastów.

Piotr: Linki znajdziecie w opisie. Chyba się nie zmieszczą tak jak ostatnio. Przepraszam, ale okazało się, że Spreaker, na którym hostujemy nasz podcast, ma limit chyba 5 tysięcy znaków na opis podcastu.

Ponad połowa linków weszła, a reszta niestety już nie. Tylko patroni je dostali, bo po prostu się nie przeskoczy tego limitu.

Ola: To były odnośniki do źródeł, z których korzystaliśmy. Ostatnim razem naprawdę pogalopowaliśmy w regiony bardzo odległe.

Piotr: Już mamy pół godziny gadania. A, koszulki jeszcze, mamy bardzo ładne koszulki.

Znajdziecie oczywiście link w opisie, ale jak sobie wejdziecie na Kreatorium, nie krematorium, tylko Kreatorium, tam znajdziecie te koszulki. Ładne są, ładne kolory i ładne wzory. A teraz Ola mówi dalej.

0:28:13 Rekordowe tsunami: Zatoka Lituya na Alasce i katastrofa na Oceanie Indyjskim w 2004 roku

Ola: Zanim przejdziemy do tego tsunami, o którym wspominamy co i rusz, czyli do tego z 2004 roku, które było straszliwe, chcę opowiedzieć o takim rekordowym tsunami, które na szczęście nie okazało się zabójcze. Tutaj zginęło, można powiedzieć, zaledwie, ale na pewno nie dla rodzin ofiar, pięć osób. To, jak na zjawisko, o którym mówimy, rzeczywiście niewiele.

I było to najwyższe odnotowane tsunami w historii. Właściwie należałoby je nazwać megatsunami, bo naukowcy wyróżniają takie zjawisko. I tutaj ma to pełne uzasadnienie, bo fala, która pojawiła się w 1958 roku w Zatoce Lituya na Alasce, miała kilkaset metrów wysokości.

Piotr: Kilkaset.

Ola: Buduję napięcie, zaraz wam powiem dokładnie, ile miała, bo to zmierzono. Ale zacznijmy od tego, że sekwencję zdarzeń z 9 lipca 1958 roku, które do tego doprowadziły, zapoczątkowało trzęsienie ziemi o sile 7,7 stopnia w skali Richtera. Tego dnia, wskutek wstrząsów sejsmicznych, od klifu nad Zatoką Lituya oderwał się wielki fragment szczytu górskiego i osunął się do zatoki.

Naukowcy obliczyli, że było tego ponad 30 milionów metrów sześciennych. Składała się na to ziemia i skały, obejmowało to pas o szerokości do 1000 metrów i sięgający 914 metrów wzwyż.

Piotr: Góra wpadła do wody.

Ola: Kawał góry. I tam była, zdaje się, chyba 30-metrowa warstwa gruntu, która się osunęła, nierówno, ale tak średnio obliczono. Te masy ziemi i skał runęły do zatoki i wywołały na niej gigantyczną falę, która błyskawicznie pokonała liczący około 1300 metrów pas wody, czyli pokonała zatokę.

Piotr: Przechlapnęła się na drugą stronę.

Ola: Tak, po czym wspięła się na przeciwległy klif, zdzierając z niego roślinność i warstwę gleby. Późniejsze pomiary pokazały, że ta fala dotarła aż do wysokości 524 metrów. Wow.

To jest absolutny rekord, który udało się zaobserwować i zmierzyć w naszych czasach. Być może w dawnych czasach były większe.

Piotr: Pewnie były większe.

Ola: Natomiast ta zatoka ma to do siebie, że jest otoczona górami.

Piotr: Można zrobić symulację, przepraszam, od razu mi przyszło do głowy. Moją metodą: nalewamy wody do wanny i wskakujemy do tej wanny.

Ola: A nawet zsuwamy coś.

Piotr: Albo zsuwamy się, jak mamy taką pochyłą krawędź wanny.

Ola: Ale bardzo gwałtownie.

Piotr: Tak. I wcześniej ostrzegamy sąsiadów z dołu.

Ola: W odnośnikach znajdziecie, kiedy klikniecie w konkretny odnośnik oznaczony "ilustracja", zobaczycie na schemacie, jak ta zatoka, Lituya Bay, wygląda.

Piotr: I właśnie w opracowaniu na ten temat jest taki fragment, że pod pewnymi względami wywołało to wszystko efekt podobny do tego, jaki spowodowałaby asteroida wpadająca do wody. O tym będzie, tak? Challenge Accepted rzeczywiście będzie o asteroidzie wpadającej do wody. A jakże.

Ola: Nawet nie jeden raz.

Piotr: Nie jeden.

Ola: Poważnie ucierpiała oczywiście alaskańska przyroda. Ofiar wśród ludzi było zaledwie pięć, bo obszar był słabo zaludniony, ale taka katastrofa ma naprawdę ogromny potencjał zniszczenia.

Piotr: A teraz będzie o tej katastrofie, która w naszych czasach była najbardziej niszczącym tsunami. 26 grudnia 2004 roku, w pobliżu zachodniego wybrzeża Sumatry, nastąpiło trzęsienie ziemi na głębokości około 30 kilometrów. Jak mówiłaś, to jest jakie centrum?

Ola: Hipocentrum.

Piotr: Tak, 30 kilometrów pod dnem oceanu, głęboko. To jest trzecie najsilniejsze trzęsienie ziemi, odkąd te zapisy prowadzimy, czyli od 1900 roku.

Ola: A czwarte było, przypominam, to japońskie z 2011 roku.

Piotr: I tu były fale, które uderzyły przede wszystkim w Indonezję, Sri Lankę i Indie, choć nie tylko. Najgorzej było w Indonezji, bo tam nie było czasu na reakcję. Te fale bardzo szybko tam dotarły, miały około 15 metrów wysokości.

Sumaryczna liczba ofiar, to naprawdę jest niesamowite, to ponad 227 tysięcy zabitych osób. To było niesamowite i straszne, i wynikało z siły tego trzęsienia ziemi, z gwałtowności tsunami i z tego, że wiele obszarów, przez które ono przeszło, jest niewiele wyniesionych ponad powierzchnię morza. Na przykład dotarło do Malediwów, które właściwie ledwo co wystają z wody, i przelało się przez nie w wielu miejscach.

To był też moment, w którym było mnóstwo turystów na tym terenie, bo to grudzień, Boże Narodzenie.

Ola: Szczyt sezonu w rejonach równikowych.

Piotr: Dokładnie, więc było tam mnóstwo turystów, bardzo wielu z nich zginęło, i ludzie byli po prostu nieprzygotowani. Bo w 2011 roku już znacznie więcej wiedziano, wprowadzono wiele systemów ostrzegania, edukacji, po 2004 roku. Wtedy nastąpiło to nagle.

Ola: Szczerze sobie powiedzmy, Japończycy naprawdę od dawna są przygotowani na przyjęcie tsunami i to, że było tak silne, było jedynym powodem, że tak bardzo ucierpieli. Natomiast te kraje, które zostały dotknięte tsunami w 2004 roku, w wielu sytuacjach po prostu nie były na to przygotowane. Poza tym są bardzo gęsto zaludnione w obszarach przybrzeżnych.

Ci ludzie są często ubodzy i to dotknęło naprawdę bardzo wielu ubogich ludzi, a potem jeszcze cierpieli wskutek przedłużającej się akcji ratunkowej.

Piotr: Akcja ratunkowa na taką skalę była niezwykle trudna.

Ola: A potem epidemie dotknęły te obszary, pojawiły się ogniska epidemii. Naprawdę było źle.

Piotr: To prawda. Co to spowodowało? Trzęsienie ziemi, ale coś więcej.

Okazuje się, że geologiczny zasięg tego zjawiska był wyjątkowy, naprawdę. Udało się to potem bardzo starannie przebadać. Aż 1600 kilometrów dna morskiego przesunęło się o około 15 metrów.

Nagle. I to były dwie fazy tego pękania. Najpierw tąpnęło, potem była chwila przerwy i znowu tąpnęło.

To pęknięcie rozchodziło się z prędkością 2,8 km na sekundę, co daje ponad 10 tysięcy km na godzinę.

Ola: Dno morskie przeskoczyło?

Piotr: Przeskoczyło, dokładnie. I to spowodowało wyparcie, nagle, dosłownie w ułamku sekundy, około 30 kilometrów sześciennych wody. Jakby to przeliczyć, to jest 30 milionów ton wody.

Nagle. To pokazuje, co tam się w ogóle wydarzyło, i też pokazuje, dlaczego ta fala była tak niszczycielska. Bo nie powstała punktowo, tak jak w przypadku wybuchu wulkanu, gdzie to jest zjawisko, które ma, nie wiem, kilka kilometrów szerokości.

Tu mamy uskok 1600 km, więc to był można powiedzieć strzał na prawie całej tej długości. To bardziej skomplikowane też dlatego, że jak powiedziałem, było to w dwóch fazach. Ta pierwsza faza była bardziej gwałtowna, druga trochę mniej gwałtowna.

Ciekawostka: podniesienie tego dna morskiego zmniejszyło pojemność całego Oceanu Indyjskiego w bardzo dużym stopniu. Na tyle dużym, że globalny poziom morza podniósł się o mniej więcej 0,1 mm.

Ola: To się przelało do innych oceanów.

Piotr: Tak, dokładnie. Wiem, że to nie brzmi powalająco, 0,1 mm, ale wyobraźcie sobie, że w ciągu kilku sekund po prostu dno Oceanu Indyjskiego zostaje wypchnięte na tyle, że zrobił się mniejszy. Nie było w nim miejsca na wodę.

Energia tego to jest około 1500 bomb atomowych zrzuconych na Hiroszimę, mniej więcej 26 megaton się szacuje. To było w grudniu. Drgania Ziemi takie wyraźne odnotowywano do lutego kolejnego roku, a jeszcze przez 4 miesiące jakieś tam harmoniczne były odbierane. Cała Ziemia nieźle się rozedrgała od tego tąpnięcia. I wspominałem wcześniej, że udało się złapać te fale za grzywę.

To za sprawą przypadku, satelity TOPEX/Poseidon i Jason-1 przelatywały w tym czasie nad tsunami. To są satelity, które mają radary pozwalające na bardzo dokładne pomiary wysokości, i udało się zmierzyć, że ta fala na oceanie miała raptem 50 centymetrów wysokości.

Ola: Czyli takie nic.

Piotr: Czyli takie nic, dokładnie. I to znowu pokazuje, dlaczego tak trudno jest w ogóle wykrywać tsunami. Natomiast przy brzegach, w niektórych miejscach, fale sięgały 30 metrów.

Do RPA, które jest odległe o 8500 kilometrów, fala dotarła 16 godzin później i miała tam 1,5 metra. Ciekawe jest też, jak się spojrzy na mapę krajów, do których ta fala dotarła: widać, jak bardzo pięknie na przykład Madagaskar osłonił wschodnie wybrzeże Afryki.

Ola: Osłonił, czyli sam ucierpiał bardziej.

Piotr: No tak. Tam nie było bardzo dużych strat już w Afryce, bo to był dość odległy rejon. Natomiast…

Ola: Pamiętam, jak się bano, że zniszczona zostanie Afryka.

Piotr: Mieliśmy tych kilkanaście godzin na zastanawianie się. W ogóle 16 godzin to jest dużo, jak na przebycie takiej odległości. 8500 kilometrów i 16 godzin, to wynika ze specyfiki dna, to znaczy, im płycej, tym wolniej fale się rozchodzą. Było wiele miejsc, w których to znacząco wyhamowywało prędkość.

Ola: Na przykład na Malediwach.

Piotr: No na przykład. Ale też bardzo ciekawe jest zjawisko owijania się fal wokół lądu. Na szczęście, czy na nieszczęście, Sumatra osłoniła sporą część, ta fala nie poszła w Ocean Spokojny. Mimo tego były tam fale, które, gdy docierają do brzegu, nie zatrzymują się, jak by nam się wydawało, że idą, idą i się zatrzymują, tylko mają tendencję do zawijania się wokół lądu.

Więc część fal się przedostała, ominęła tę wyspę. Tu właśnie, a propos cofania się wody, było parę takich historii, z których najbardziej znaną była historia dziesięcioletniej Tillie Smith, brytyjskiej uczennicy, która była na wakacjach z rodzicami na wyspie Phuket w Tajlandii. Akurat krótko przed tymi wakacjami uczyli się w szkole o tsunami.

Ona zapamiętała, że jeżeli woda gwałtownie się cofa, to jest bardzo niebezpieczne, może być zagrożenie, i powiedziała o tym rodzicom. Ostrzegli ludzi na plaży i całą plażę udało się ewakuować. Podejrzewam, że ładnych kilkaset osób w ten sposób zostało uratowanych.

Podobno też jakiś facet, z anglosaskich krajów, cały autobus wycofał z jakiegoś obszaru, właśnie się zorientowawszy, co się dzieje, i zawiózł tych ludzi w jakieś wysokie miejsce, też uratował mnóstwo. Właśnie na tej zasadzie, że zorientowali się, że ta cofająca się woda to jest zagrożenie. Co ciekawe, też w kilku miejscach mieszkańcy lokalni zapamiętali prawdopodobnie tsunami, które było w 1907 roku.

Nie było ono tak gwałtowne, ale zostało zapamiętane w różnych ustnych przekazach, i zorientowawszy się, że znowu się cofa woda na morzu, że dzieje się coś dziwnego, pouciekali. Było takich parę miejsc, gdzie właśnie dzięki takim legendom, być może nawet znacznie starszym niż ten 1907 rok, ludzie ocaleli dzięki temu, że wiedzieli, że takie zjawisko skutkuje nadejściem wielkiej, strasznej, zabójczej fali.

0:41:41 Zatopione lądy i przyszłe zagrożenia: Atlantyda, Wyspy Kanaryjskie i Doggerland

Ola: Wszyscy znamy mit o zatopieniu Atlantydy, powtarzany między innymi przez Platona. W jego przekazie wyspa ta leżała na południe od Słupów Herkulesa, cokolwiek to znaczy, i została zatopiona.

Piotr: Słupy Herkulesa to było chyba Gibraltar, jak się nie mylę.

Ola: Na południe od niego. No tak, oczywiście, i to by się zgadzało.

Piotr: Atlantyda, Atlantycki ocean.

Ola: Ocean Atlantycki, Słupy Herkulesa, Cieśnina Gibraltarska, i ta właśnie wyspa została zatopiona w potężnej katastrofie w ciągu jednego dnia. Naukowcy dziś sądzą, że tą katastrofą mogło być tsunami. Jedna z hipotez, wysnuta kilka lat temu, mówi o tym, że Atlantydą mogła być nieistniejąca dziś wyspa Spartel w pobliżu Cieśniny Gibraltarskiej.

Piotr: I wszystko się zgadza.

Ola: Na Oceanie Atlantyckim, leżąca u wybrzeży Portugalii. Dziś ta wyspa znajduje się na głębokości 60 metrów pod powierzchnią Atlantyku i pokryta jest prawie metrową warstwą grubopiaszczystych osadów, tak zwanych turbidytów, które mogły zostać naniesione przez ponad 10-metrowe tsunami. To tsunami przetoczyło się przez Spartel jakieś 12 tysięcy lat temu.

Tutaj troszeczkę mi się datowanie nie zgadza, ale zaraz do tego dojdziemy. Badania pokazują, że w tym rejonie silne trzęsienia ziemi i wynikające z nich tsunami zdarzają się średnio co 2 tysiące lat. Oczywiście nikt nie siedzi z zegarkiem.

Ale co 2 tysiące lat pewnie dochodzi do jakiegoś napięcia, które jest rozładowywane trzęsieniem ziemi w okolicy wybrzeży Portugalii. Wskutek jednego z takich wielkich trzęsień ziemi i towarzyszącego mu tsunami, w 1755 roku została zniszczona Lizbona. Zniszczyły ją dziesięciometrowe fale, których przyczyną były najprawdopodobniej wstrząsy pod dnem morskim.

Piotr: No tak, o ile Ocean Spokojny generuje takie zdarzenia na tyle często, że Japończycy mają już opracowane metody i wielką tradycję radzenia sobie z nimi. W Atlantyku zdarza się to na tyle rzadko, że sądzę, że to było kompletne zaskoczenie.

Ola: Tak, to była straszna tragedia. Ale wróćmy na chwilę do tej zatopionej Atlantydy. Tutaj słabym punktem tej hipotezy jest to, że Atlantyda miała być tętniącą życiem cywilizacją, a tymczasem prowadzone tam badania nie wykryły żadnych struktur wykonanych przez człowieka.

Piotr: Pewnie zmyło do morza, leżał obok.

Ola: Dodajmy też, to już jest moje własne przypuszczenie, że 12 tysięcy lat temu w Europie dopiero co ustąpiło zlodowacenie i nastąpił świt rolnictwa. Pierwsze, najstarsze miasta liczą sobie 9 tysięcy lat. Więc to, że Atlantyda miała 12 tysięcy lat temu być tętniącą życiem cywilizacją…

Piotr: Skąd wzięli to rolnictwo? Przecież wiadomo, że z Atlantydy. Jakbyś nie czytała von Dänikena i tych wszystkich opowieści.

Ola: Musiała być to jakoś zaludniona wyspa, albo może była zaludniona. W każdym razie mit o zatopieniu Atlantydy jest wciąż żywy. Naukowcy na całym świecie wciąż tej Atlantydy poszukują, do czego jeszcze wrócę w naszym podcaście.

Piotr: Teraz opowieść równie hipotetyczna, chociaż może bardziej oparta na nauce, mianowicie…

Ola: Tam też były badania.

Piotr: Były, tylko nic nie znaleźli. Niezręczna sytuacja.

Ola: Ale wykazały, że tam przeszło tsunami przez te wyspy.

Piotr: I zmyło wszystko.

Ola: I że są tam osady charakterystyczne dla tsunami.

Piotr: I to wszystko wpadło pod tę wyspę, a potem ona opadła i zgniotła, i nie ma. Wróć do swoich Wysp Kanaryjskich.

Bez spoilerów. No dobra, Wyspy Kanaryjskie. Tam jest taki wulkan, Cumbre Vieja się nazywa. I to jest wulkan, który jest w nie najlepszym stanie, powiedzmy sobie szczerze. Skały tworzące go są w dużym stopniu nasiąknięte wodą.

Erozja, te sprawy. Nie jest to szczyt solidnej konstrukcji wulkanicznej. Jest hipoteza, całkiem uzasadniona, mówiąca o tym, że erupcja tego wulkanu może spowodować osunięcie się całego jego zbocza.

To jest jakieś 500 km sześciennych skał do morza. Nagle. Zgadnijcie, co to spowoduje. Dodam, że to zbocze zagrożone jest akurat wystawione na zachód, w stronę obu Ameryk. Przypominam, że Wyspy Kanaryjskie to okolice bardziej Afryki.

Więc cały ocean atlantycki do przebycia. Ale co to jest w końcu Ocean Atlantycki dla porządnego tsunami. W związku z czym takie wystrzelone dobrze tsunami może u wschodnich wybrzeży USA osiągnąć od 10 do 25 metrów.

Ola: Pamiętam, jak było głośno, kiedy te badania ogłoszono.

Piotr: Tak. Pojawiały się kilka razy, jakieś 10 lat temu było na ten temat sporo, ale potem to powracało, trochę doprecyzowano.

Ola: To są całkiem wiarygodne badania. I w ogóle ten scenariusz wcale nie jest taki od czapy, jak mi się wydawało.

Piotr: Jest hipotetyczny, trochę jak superwulkany, pewnie kiedyś dmuchnie, tylko nie wiadomo kiedy. Może się okazać, że ta erupcja nie spowoduje osunięcia się zbocza, tylko pęknięcie i tak dalej. Różne są możliwości. W każdym razie warto wiedzieć, że te 10 do 25 metrów byłoby niezłą katastrofą, bo na przykład Nowy Jork leży średnio 12 metrów nad poziomem morza. Więc trochę by go spłukało, jak w Pojutrze.

Chociaż tam inne okoliczności, więc nie spoilerujemy. Byłoby jakieś 6 do 9 godzin reakcji, tak się szacuje. Oczywiście o ile ktoś by się zorientował, bo to wcale nie jest takie oczywiste, przecież nie siedzą tam ludzie z lornetkami i nie patrzą na to zbocze.

Ola: Wydaje mi się, że trochę tak jest. Na Wyspach Kanaryjskich są wszędzie stacje sejsmiczne. To jest wszystko naszpikowane aparaturą sejsmiczną.

Piotr: Problem polega na tym, że w każdym filmie katastroficznym jest taki scenariusz: coś się dzieje, jest mądry naukowiec, który mówi "chłopaki, uciekajmy", a wtedy pojawia się gruby pan z rządu, który mówi "nie, nie będziemy ewakuowali 30 milionów ludzi dlatego, że pan Stefan mówi, że mamy uciekać". Po czym pan Stefan zabiera swoją rodzinę i przyjaciół, a nadchodzi wielka fala i gruby pan potem albo ginie, albo ma wyrzuty sumienia. Jakieś tam trzęsienie ziemi, jakaś erupcja, i dzwonią do Nowego Jorku: chłopaki, macie 6 godzin, zwijajcie zabawki. Not really.

Ola: Ale podejrzewam, że amerykańscy naukowcy i amerykański rząd są poinformowani, że jest taki scenariusz.

Piotr: I na pewno będzie ewakuował. Widzisz, na czym polega problem, że tsunami czasem powstają, a czasem nie. Bardzo podobne trzęsienie ziemi jak w 2004 roku było już nie pamiętam ile lat wcześniej, nie tak silne, ale na pierwszy rzut oka wydaje się, że podobne. I ono niewielkie stosunkowo straty wywołało, więc tsunami ma to do siebie, że nigdy nie wiadomo, kiedy będzie, a kiedy go nie będzie.

Dlatego też ostrzeganie o tym jest dużym problemem. Nowy Jork, 12 metrów nad poziomem morza. Floryda, uwaga, niecałe 2 metry nad poziomem morza, Miami. Więc zmywamy Miami. Oczywiście tam jeszcze się załapie Wenezuela, Gujana, Surinam, Gujana Francuska, Barbados, Puerto Rico, Kuba i cały ten zestaw wysp, bo one dokładnie leżą na linii strzału. Tylko kto by się nimi przejmował, przecież wiadomo, że wszystko się dzieje w Nowym Jorku i w Stanach Zjednoczonych.

Ola: Przynajmniej w filmach katastroficznych tak to ma być.

Piotr: Dodajmy, że to nie jest całkiem wymyślona sytuacja, bo takie tsunami nawiedziło Nowy Jork jakieś 2300 lat temu. Wtedy jeszcze chyba nie było Nowego Jorku, ani nawet Nowego Amsterdamu, ani innych miast. Natomiast znaleziono warstwę naniesionego piasku i kamieni, która bardzo dokładnie, tak jak mówiłaś o Atlantydzie, odpowiada temu schematowi tsunami. Mówiłaś, że co 2000 lat, a to inne zjawisko.

Ola: U wybrzeży Portugalii.

Piotr: No tak, ale to jakby jeden ocean, jakby tak dobrze potrząsnęło w drugą stronę. To jest znowu hipotetyczne zjawisko, ale prawda jest taka, że ochronić się przed tym właściwie nie sposób. Nie zrobisz nic, co by ochroniło wschodnie wybrzeże obu Ameryk przed tego typu tsunami, bo właściwie, co byś miała zrobić?

Ola: Z tym, co opowiadasz, ma wiele wspólnego hipoteza o zatopieniu Doggerlandu, wyspy, która już nie istnieje, a dawniej istniała na Morzu Północnym, była zamieszkana w okresie paleolitu, czyli epoki kamienia, a zniknęła pod wodą jakieś 8200 lat temu. Z tego powodu bywa nazywana Atlantydą Morza Północnego.

Chodzi tutaj o taki masyw lądowy, który w okresie ostatniego zlodowacenia łączył Wielką Brytanię z Europą kontynentalną. Nadano mu nazwę Doggerland od nazwy ławicy Dogger Bank na dnie Morza Północnego.

Piotr: Zamiast Kanału La Manche mieli taki…

Ola: Taki most lądowy do Europy. A teraz to jest ławica, czyli płytsze miejsce. Jeszcze w latach trzydziestych XX wieku kutry rybackie wyławiały w tym miejscu szczątki prehistorycznych zwierząt.

To niezłe. I ludzie, jak już mówiłam, zamieszkiwali ten obszar w epoce środkowego kamienia i wraz z ocieplającym się klimatem i topnieniem lądolodów podnosił się poziom oceanu, a Doggerland stopniowo tonął. Był zalewany przez morze i odcinany od pozostałych lądów.

Jako ostatnia zatonęła ławica Dogger Bank. I właśnie jej dotyczy jedna z hipotez, opublikowana w 2008 roku, która mówi o tym, że pozostałości Doggerlandu, ten ostatni lądowy kawałek, zniszczyło tsunami, które nastąpiło 8200 lat temu. Tsunami zostało spowodowane przez osunięcie się ziemi w Norwegii, w miejscu, które nazywa się dziś osuwiskiem Storegga. W 2017 roku przeprowadzono symulację takiego tsunami, powstałego w wyniku tego osuwiska. I uwaga, ona wykluczyła możliwość zatopienia całego Doggerlandu na całej tej ławicy. Naukowcy twierdzą, że ludzie opuścili tę wyspę przed tym tsunami, bo stopniowo tonęła, bo podnosił się poziom morza.

Piotr: A tsunami zmyło i pozamiatało.

Ola: Tak, pozostawiło te warstwy charakterystycznych osadów, o których wspominałeś.

Piotr: Nowojorskich nie tylko.

Ola: No a w związku z tym ostatni kawałek lądu zatonął, kiedy ludzi już tam prawdopodobnie nie było.

0:54:17 Planetoida Eltanin i ślady megatsunami na Marsie

Piotr: I wtedy właśnie Francuzi przestali się lubić z Brytyjczykami. Teraz opowieść, kto da wcześniej. To jest w ogóle ciekawe, bo to całkiem niedawna historia, tylko nie wiemy dokładnie jaka, bo rozrzut mamy duży. To mogło być 2,5 miliona lat temu.

Ola: A dla Piotrka to jest niedawno.

Piotr: A mogło być 70 tysięcy lat temu. Gdzieś pomiędzy.

Ola: Duża precyzja.

Piotr: Niestety problem w tym, że nie wiemy dokładnie kiedy to było, ale wiemy, że było. Wiemy, że w tym czasie spadła na Ziemię planetoida, bo to całkiem duży obiekt, którą nazwano Eltanin. Zaraz powiem, dlaczego ją tak nazwano.

Spadła do Oceanu Spokojnego, jak zawsze spokojnego. Spory kawałek na zachód od Ziemi Ognistej, czyli od czubka Ameryki Południowej, tego na samym dole. Tam ocean ma jakieś pięć kilometrów głębokości, i wszyscy by o tym zapomnieli, albo nie wiedzieli.

Ola: Wszyscy, którzy żyli 2,5 miliona lat temu.

Piotr: Tak, ale mogło być 70 tysięcy lat, to już całkiem niedawno. Nie ma żadnego krateru w tym miejscu, natomiast badał ten teren statek badawczy o nazwie Eltanin, i stąd nazwa tej planetoidy i tego zdarzenia. Robił odwierty z dużych głębokości i wywiercił bardzo dużo irydu. Taki iryd jest bardzo charakterystyczny dla obszarów pometeorytowych.

Okazało się, że ten fragment dna ma kompletnie wymieszane osady, tak jakby ktoś wziął łyżkę i solidnie to zabełtał. Co więcej, to obszar, który jest na Ziemi najbardziej usiany rozmaitymi szczątkami pometeorytowymi.

Ola: Aż się spociłam.

Piotr: Stwierdzono, że to musiało być zjawisko, które nie spowodowało powstania krateru ze względu na dużą głębokość oceanu w tym miejscu. Sama planetoida, szacuje się, miała od jednego do czterech kilometrów średnicy.

Natomiast znaleziono ślady, a jakże, tsunami. Na wybrzeżach Oceanu Spokojnego, szczególnie właśnie Peru, Chile i tak dalej, znaleziono coś, co nazwano erozją, nie taką wiatrową, tylko taką, która powstała w wyniku bardzo gwałtownego wlania się bardzo dużej ilości wody.

W osadach można tam znaleźć fragmenty skał, które mają nawet około 20 metrów, wymieszane z błotem i kawałkami ewidentnie wyrwanymi z dna morskiego. Właśnie na wybrzeżu Chile i Antarktydy jest najwięcej tego typu osadów. A z kolei na wybrzeżu Peru znaleziono zmiksowane szkielety ssaków morskich, wymieszane, skołtunione i wyrzucone na brzeg. Ewidentnie są to ślady jakiejś wielkiej fali. Zrobiono taką symulację, jest link do tej pracy naukowej w opisie.

Szacuje się, że u wybrzeży Antarktydy ta fala mogła mieć od 200 do 300 metrów.

Ola: Mówisz o wysokości.

Piotr: Tak, wysokości. 200-300 metrów. Antarktyda, Ameryka Południowa, natomiast do Tasmanii, Fidżi, Ameryki Środkowej fala dotarła wtedy prawdopodobnie po około 10 godzinach i miała raptem banalne 35 metrów. 6 tysięcy kilometrów odległa Nowa Zelandia, tam fale miały 60 metrów. Widać, jak gigantyczne było to uderzenie.

Mówi się, że być może również ogromna ilość wody słonej, która została wystrzelona do atmosfery, spowodowała przyspieszenie powstania epoki lodowej na północnej półkuli. To ochłodzenie, ale też duże opady, bardzo możliwe, że to miało z tym coś do czynienia. Bardzo ciekawym tematem, chociaż tych szacunków już nie będę drążył, jest to, jak gigantyczne musiało być tsunami 66 milionów lat temu, od upadku planetoidy, która najprawdopodobniej spowodowała wyginięcie większości dinozaurów, poza ptakami, tymi, które zostały teraz gołębiami.

Tam mówi się już o falach, które mogły mieć nawet ponad kilometr wysokości. Jest całkiem fajna symulacja rozchodzenia się tych fal, ale ponieważ bardzo mało wiemy o tym obiekcie, możemy sobie głównie snuć rozmaite domysły. O tyle jest ciekawa ta planetoida Eltanin, że to było na tyle niedawno, że Ziemia wyglądała tak jak obecnie, czyli wszystko było poukładane mniej więcej tak jak dziś.

Ola: A skoro już mówimy o takich megatsunami, które wznoszą się na kilkaset metrów, to ja chcę pokazać takie, które nie zostało złapane na gorącym uczynku, ale ślady tego megatsunami są wciąż wyraźne, widoczne do odczytania, i uwaga, nie znajdują się na Ziemi, tylko na Marsie.

Piotr: A, te kanały na Marsie słynne.

Ola: Nie. Chcę nawiązać do badań z 2022 roku, które wskazują na to, że na Marsie mogło mieć miejsce takie megatsunami, które nastąpiło dawno, dawno temu.

Piotr: To ładne myślenie, bardziej precyzyjne niż moje.

Ola: Kiedy jeszcze na Marsie znajdowały się oceany.

Piotr: To dawniej niż Chopin żył.

Ola: Tak, i nawet dawniej niż dinozaury, ponieważ oceany na Marsie istniały od 3 do 4 miliardów lat temu. Miliardów, więc już bardzo się cofnęłam w czasie.

Piotr: Dobra, nie przebiję cię.

Ola: Nie przebijesz. I właśnie w tym okresie w powierzchnię oceanu marsjańskiego prawdopodobnie uderzyła planetoida o średnicy kilku kilometrów, i ona właśnie wywołała te gigantyczne fale. Jak gigantyczne, to zaraz powiem, skąd o tym wiadomo. W 1976 roku wylądowała sonda Viking 1, która w swoim bezpośrednim sąsiedztwie odnotowała krajobraz jak po katastrofalnej w skutkach powodzi, ku zdziwieniu naukowców. Naniesione tam były bardzo stare osady oceaniczne, głazy prawdopodobnie przemieszczone przez jakąś bardzo gwałtownie przemieszczającą się wodę.

To trochę trwało, ale naukowcy zrobili badania i na powierzchni Marsa zidentyfikowali mający 110 km średnicy krater uderzeniowy, wybity przez potężną planetoidę około 3,4 miliarda lat temu. To, co zrobili potem badacze, to połączyli te fakty i stwierdzili, że taki krater powstał wskutek uderzenia planetoidy, a jak planetoida uderzyła, to wywołała megatsunami. To megatsunami naprawdę było mega. Po przemierzeniu 1500 km przez ocean i dotarciu na ląd piętrzyło się do wysokości nawet 250 metrów.

Piotr: No naprawdę, no dobra, przebiłaś.

Ola: Obiekt, który wywołał tę katastrofę, miał średnicę od 3 do 9 kilometrów, i tutaj naukowcy są mało precyzyjni.

Piotr: Niewiele śladów zostało.

Ola: Bo nie wiadomo, na jaki rodzaj podłoża ta planetoida opadła i jaki w związku z tym napotkała opór.

Piotr: No tak, bo u nas wiemy, że to był ocean, wiemy o jakiej mniej więcej głębokości, więc te szacunki są znacznie bardziej precyzyjne.

Ola: A skoro już wspomniałeś o kanale marsjańskim, to ta planetoida uderzyła właśnie w bezpośrednim sąsiedztwie największego z kanałów marsjańskich, zaraz przypomnę sobie jego nazwę, a ty możesz już mówić o następnej sprawie.

Piotr: Kanałów, ale tych, co ten typ widział, bo mu siatkówkę…

Ola: Nie, nie mówię o tych kanałach widzianych przez typa, który rysował swoje naczynia krwionośne. Mówię o tych rzeczywiście potężnych. Zaraz powiem.

Piotr: Jak chcecie, żebyśmy opowiedzieli więcej o tym typie i jego siatkówce, to dajcie znać, możecie napisać na podcasty małpka crazynauka.pl, to powiemy o tym więcej w ramach specjalnej edycji. To w takim razie może wrócisz do swojego, a ja skaczę dalej.

Ola: [? niepewne: Maja Wales].

Piotr: To ten kanał? Dobra, no dobra, to jedziemy dalej.

1:05:00 Tsunami wywołane przez człowieka: wybuch w Halifaksie, tama Vajont i broń tsunami

Piotr: To teraz będzie o mniej naturalnych przyczynach, które mogą wywołać tsunami. Człowiekowi jest trudno, prawdę mówiąc, wywołać porządne tsunami, bo ta energia, którą wyzwalamy, jest niewielka, i wcale nie jest łatwo uruchomić coś tak dużego, co by działało na dużym obszarze. Nawet nie chodzi konkretnie o wyzwoloną energię, ale trudno sobie wyobrazić, żeby człowiek uruchomił takie tąpnięcie na przykład na długości 1600 kilometrów, żeby rzeczywiście wywołać taką niszczycielską falę. Raczej było trochę takich lokalnych zjawisk i jednym ze słynniejszych sztucznych tsunami jest to z 6 grudnia…

Ola: Tsunami pozostają prawdziwe, mogą być jedynie sztucznie wywołane.

Piotr: Po prostu znalazła się pani specjalistka. Tak, dobrze. Więc sztucznie wywołanych, ale prawdziwych tsunami: Halifax w Kanadzie, 6 grudnia 1917 roku, nie przypadkiem w czasie I wojny światowej. Francuski statek towarowy SS Mont Blanc zderzył się z norweskim statkiem, chyba wielorybniczym, SS Imo, a ten francuski statek wiózł całe mnóstwo materiałów wybuchowych.

Dokładnie wiemy, że to było 2653 tony, i to w dodatku dość niestabilnych materiałów. Statek się zapalił, czyli Mont Blanc palił się bardzo efektownie. Ludzie zebrali się, żeby popatrzeć na nabrzeżu, jak statek płonie.

Około 20 minut się palił, po czym wybuchł. Wybuchł hardkorowo. To był jeden z chyba najsilniejszych, znanych wybuchów wywołanych przez człowieka do tego czasu.

W promieniu 800 metrów zniknęły wszelkie budynki. Zginęło, jak zwykle w takich sytuacjach, nie wiadomo ile osób. Szacuje się, że około 2000, ale bardzo możliwe, że znacznie więcej, bo zginęli tam również ludzie z plemion, które zamieszkiwały ten obszar.

Zresztą rząd starał się je stamtąd wywalić, wcale nie chciały odejść. Nie bardzo liczono, ile tam jest ludzi, nie wiadomo dokładnie. Właśnie te plemiona zostały mocno dotknięte samą falą tsunami, która miała 18 metrów.

Taka, no, lokalna. Co ciekawe, ta fala wywaliła na brzeg ten SS Imo, norweski statek, na którym zginęła tylko jedna osoba. Nie wiem dokładnie, jak do tego doszło, nie mam precyzyjnego opisu. Obawiam się, że nie ma takiego opisu, bo jak dmuchnęło, to nikt się specjalnie nie przyglądał, a potem po prostu znaleźli ten statek. Tylko jeden wielorybnik zginął.

Ta potężna fala wdarła się w ląd i naruszyła bardzo wiele budynków, które już wcześniej zostały osłabione samą falą uderzeniową, więc straty były tak duże, że przez kilka ładnych lat port w Halifaksie właściwie nie nadawał się do użytku.

Ola: Ale tsunami może też wywołać człowiek na spółkę z siłą natury. I tak było w 1963 roku w Alpach Włoskich, gdzie osuwające się masy gruntu wpadły do zbiornika powyżej zapory wodnej. Ta zapora Vajont jest spektakularna. Mierzy 264,5 metra wysokości, a w chwili ukończenia budowy była najwyższą zaporą wodną na świecie.

Należał do niej absolutny rekord spiętrzenia wody, wynoszący ponad 261 metrów. To spektakularna budowla. We wrześniu 1963 roku doszło do katastrofy.

Nie to, że nic jej nie zapowiadało, bo wcześniej i w poprzednich latach zdarzały się jakieś osunięcia ziemi wokół tej zapory. Nie zostały wykonane należyte badania geologiczne, badania spójności gruntu.

Piotr: Myśmy coś o tym oglądali, na jakimś National Geographic albo Discovery. Coś oglądaliśmy, pamiętam, był jakiś niezły skandal wokół tych badań.

Ola: Ja w każdym razie o skandalu mam niewiele do powiedzenia, natomiast o samej katastrofie, która naprawdę była straszna: doszło do niej 9 października 1963 roku. Ze zbocza góry znajdującej się ponad zbiornikiem, z prędkością 110 km na godzinę, zjechało do wody nawet 270 milionów metrów sześciennych skał, ziemi i drzew.

Osuwisko miało blisko 3 km szerokości i, jak można się domyślić, spowodowało natychmiastowe spiętrzenie wody w zbiorniku i powstanie dwóch fal. Jedna zniszczyła zabudowania i roślinność na zboczach po przeciwnej stronie zbiornika, więc mamy sytuację analogiczną do tej w Zatoce Lituya na Alasce. Druga fala przelała się przez koronę zapory, wskutek czego powstała fala o wysokości 70 metrów, i ta fala pomknęła dalej w dół doliną.

Pędziła wąską doliną poniżej zapory z prędkością blisko 100 km na godzinę i zrównała z ziemią kilka niemałych miejscowości. Zginęło wówczas 1917 osób.

Co się stało z tym zbiornikiem? Został praktycznie wypełniony gruzem skalnym w dużej mierze i przestał się nadawać do retencjonowania wody. Natomiast sama zapora nie została zniszczona, tylko nie za bardzo uszkodzona, więc wyszła z tego obronną ręką.

Piotr: Nie drążmy tego, udało jej się. Jeśli chodzi o tsunami inicjowane przez człowieka, to jeszcze jedną ciekawostkę dorzucę. Project Seal się to nazywało, mianowicie supertajny program amerykańsko-nowozelandzki z czasu II wojny światowej.

Rozwijany już trochę pod koniec wojny, głównie między 1944 a 1945 rokiem. To był projekt, który był bezpośrednią konkurencją dla Projektu Manhattan i bomby atomowej. Taką bezpośrednią, że rozważano albo to, albo to, jedno z dwóch pewnie będziemy uruchamiali i stosowali. Pomysł polegał na zrobieniu bomby tsunami, dokładnie takiej bomby, i to nie miała być bomba jądrowa, tylko bomby konwencjonalne, materiały, które wywoływałyby tsunami niszczące całe fragmenty lądu. Nie było to jasno wtedy powiedziane, ale wiadomo, że chodziło o zniszczenie przybrzeżnych umocnień japońskich.

Więc stąd ta koncepcja. W okolicach Nowej Kaledonii przeprowadzono w latach 1944-1945 3700 próbnych wybuchów.

Ola: Ale tam zniszczenia musiały być.

Piotr: Musiały być niezłe. Jak o tym czytałem, to właśnie pomyślałem, że zaraz to powiesz. Zgadzam się.

Absolutnie nie znalazłem, pewnie jakbym podrążył, to bym znalazł informację na temat tych zniszczeń, zwłaszcza że robiono to na pełnym wypasie. Najpierw próbowano robić punktowe wybuchy, ale okazywało się, że nawet przy dużej ilości materiałów wybuchowych nie dają jakichś spektakularnych efektów. Tam chlupło, chlapło i do widzenia. W związku z czym wycwanili się i tą samą metodą, którą w rzeczywistości zastosowano w 2004 roku, odpalano ładunki na długim obszarze.

Na długich odcinkach. Najlepsze efekty uzyskiwano, jak dwa miliony kilogramów materiałów wybuchowych umieszczano na dnie mniej więcej osiem kilometrów od brzegu, na długiej linii, i to dawało fale mające nawet 10 metrów wysokości.

Pomysł był straszny.

Ola: Ponoć jest straszna.

Piotr: Całkiem nieźle się sprawdzał, ale w sumie stwierdzono, że umieszczanie tych materiałów wybuchowych jest bardzo kłopotliwe, zwłaszcza że trzeba je umieścić blisko brzegu, a efekty nie są tak spektakularne, jak oczekiwano. Projekt zakończono w 1945 roku, ale jego twórca jeszcze w 1947 roku został nagrodzony wieloma medalami. Nie był to więc projekt wyrzucony do śmieci, raczej po prostu zakończony w obliczu tego, że Projekt Manhattan dawał lepsze efekty.

Ola: Bardziej spektakularne?

Piotr: Pewnie taniej, prościej, szybciej, nie wiem, trzeba by analizę przeprowadzić. Nie były to jedyne takie badania. Jak się okazuje, ZSRR miał podobny pomysł, Związek Radziecki prowadził badania, których celem było zatopienie Holandii i części Wielkiej Brytanii.

Holandię łatwo zatopić, wystarczy przelać się przez ich rozmaite zapory, wiadomo, depresja.

Ola: A Wielką Brytanię jak zamierzali?

Piotr: A Wielką Brytanię zamierzali zachlapać na tyle brzeg, żeby… Podejrzewam, że jak zwykle chodziło o zmiecenie jakichś przybrzeżnych rejonów i potem zrobienie tam desantu. Zresztą Rosja jeszcze prowadziła takie badania w 2018 roku. Ujawniono sporo informacji na temat takich projektów.

Ola: Nie denerwuj mnie.

Piotr: Najnowszym pomysłem jest pomysł, uwaga, Korei Północnej, która jak zwykle macha swoją szabelką i robi wiele hałasu, a potem różnie im to wychodzi. Ogłosili w marcu tego, 2023 roku, że przeprowadzili udane testy drona podwodnego, który ma się podkraść w pobliże portu i tam zdetonować materiał rozszczepialny, jakąś bombę prawdopodobnie, oczywiście nie napisali dokładnie, ale można założyć, że to albo bomba jądrowa, albo tak zwana brudna bomba, czyli konwencjonalna bomba rozsypująca materiały radioaktywne, i mają w ten sposób tworzyć radioaktywne tsunami, które będzie się wdzierało oczywiście na te straszne obszary zajęte przez kapitalistów i tak dalej. Powiedzmy sobie szczerze, nie do końca poważnie są traktowane te okrzyki.

Ola: Oby nie były poważne.

Piotr: Z dotychczasowych badań wiadomo, że byłoby to bardzo trudne do zrobienia tak, żeby rzeczywiście miało dużą niszczycielską siłę. Natomiast oczywiście skażenie, które można przeprowadzić w prosty sposób, bo właściwie nie trzeba robić żadnej bomby jądrowej, wystarczy napakować rozmaitych odpadów nuklearnych i je po prostu rozpylić, to rzeczywiście już samo w sobie byłoby wystarczająco makabryczne.

1:16:22 Tsunami na Bałtyku oraz problemy z przewidywaniem i ostrzeganiem

Ola: A na koniec opowieść o tym, czego nasz stary, dobry Bałtyk mógł doświadczyć w minionych latach.

Piotr: Tsunami na Bałtyku?

Ola: A jak byś tam był?

Piotr: Przepraszam. Na Śniardwach też?

Ola: I to nie jedno, mój drogi. Otóż jest wielce prawdopodobne, że na Bałtyku zdarzało się tsunami. Ich ślady odnalazł doktor Andrzej Piotrowski z Państwowego Instytutu Geologicznego w Szczecinie, i kierowany przez niego zespół badaczy odkrył w osadach geologicznych w okolicach Dziwnowa i Mrzeżyna.

Takie ładne nazwy.

Piotr: Ciekawe, jak dyskutowali o tym na konferencjach międzynarodowych.

Ola: Odkrył dwie charakterystyczne warstwy piasku, sięgające 1400 metrów w głąb lądu, i te warstwy mają charakterystyczną dla tsunami strukturę osadów. Jedna z warstw pochodzi z późnego średniowiecza, druga z XVIII wieku.

I uwaga, udało się odnaleźć w źródłach historycznych dowody na to, że w tych terminach istniały zjawiska, które można uznać za tsunami. Kronikarze odnotowali, że coś takiego miało miejsce w 1497 roku, a drugie w 1757 roku. To było to drugie wydarzenie.

W zapiskach kronikarzy wielkie bałtyckie fale nazywano niedźwiedziem morskim, prawdopodobnie ze względu na pomruk, jaki wytwarzała zbliżająca się woda. Wiadomo z tych doniesień kronikarzy, że fala zniszczyła nadbrzeżne osady, wyrzuciła statki na brzeg, również ryby morskie, zalała spichlerze i pola uprawne, zatopiła ludzi i żywy inwentarz. Na podstawie tych zniszczeń dr Piotrowski ocenia, że fala z 1757 roku mogła mieć 3 metry wysokości.

To jak na Bałtyk całkiem dużo.

Piotr: Trzęsienie ziemi na Bałtyku, no niby mamy jakąś aktywność w okolicach Królewca, ale chyba nie taką.

Ola: I tu jest całe zagadnienie, bo nie wiadomo, co mogło spowodować to tsunami. Jedna hipoteza mówi, że mogło to być podmorskie trzęsienie ziemi. Mogło to być uderzenie meteorytu. A jeszcze jest jedna hipoteza, już trochę naciągana, która mówi o tak zwanym meteotsunami.

Piotr: A zdarzają się takie, chociaż lokalnie i rzadko.

Ola: Bardzo rzadkie są, wywoływane są przez specyficzny układ ciśnień, bo do takiego meteotsunami dochodzi wtedy, kiedy ośrodek wysokiego ciśnienia znajduje się blisko ośrodka niskiego ciśnienia, a ich przemieszczanie się nad morzem wywołuje spiętrzenie fali. To są trzy hipotezy. Co to wówczas było, nie wiadomo, bo kronikarze też nie wiedzieli.

Być może dalsze badania rzucą na to więcej światła.

Piotr: Ale to ciekawe. Mamy własne tsunami, możemy być dumni. Byle to był powód do dumy.

Ostatni wątek, już króciutko: o problemach z ostrzeganiem i przewidywaniem tsunami. Trochę pogadaliśmy o tym w trakcie, więc nie będę się długo rozwodził. Problem polega na tym, że po pierwsze nigdy nie wiadomo, czy dane zjawisko wywoła tsunami. Można oczywiście za każdym razem alarmować, w teorii to ładnie brzmi. Natomiast trudno się spodziewać, żeby przy każdym trochę większym trzęsieniu ziemi w okolicach Pacyficznego Pierścienia Ognia…

Ola: Albo gdzieś przy jakimś trzęsieniu ziemi pod powierzchnią oceanu, ewakuować ludzi w ogóle.

Piotr: Dokładnie. Dodatkowo trzęsienie ziemi gdzieś pod oceanem, zwłaszcza z daleka, trudno jest namierzyć bardzo precyzyjnie. Wiadomo, że sejsmografami to namierzymy, ale jednocześnie nie jesteśmy w stanie od razu dokładnie stwierdzić, w jakim kierunku nastąpił uskok czy podniesienie.

Nie wiemy dokładnie, gdzie ta fala idzie, jaką będzie miała siłę, jak się będzie rozchodziła, a mamy zbyt mało czasu na analizy, żeby cokolwiek zrobić. Już nie mówię o sytuacji, kiedy to jest odległość rzędu kilkuset kilometrów, czy nawet kilkudziesięciu, bo tam w ogóle nie ma czasu na reakcję. Ale nawet te 6, 9 czy 12 godzin zwykle nie wystarcza na to, żeby cokolwiek konkretnego zrobić.

Można powiedzieć: proszę się odsunąć od brzegu, ale to niewiele załatwia. Więc oczywiście mamy te zjawiska alarmowe, typu cofanie się wody, które zresztą nie zawsze następuje, więc edukuje się ludzi, próbuje się, zwłaszcza w Japonii, budować falochrony, ochrony przeciwtsunamiowe, które mają w jakimś stopniu zadziałać. Czasem działają, a potem się przez nie przeleje, tak jak było chociażby w Fukushimie, bo bezpośrednim powodem awarii elektrowni w Fukushimie było zalanie przez fale tsunami generatorów diesla, które miały być niezalewalne, ale umieszczono je na tyle głęboko w całej konstrukcji, że jeżeli tylko woda przelałaby się przez ten falochron, to musiały zostać zalane. A miała się nie przelać, bo do tej pory się nie przelewała. Więc tu problem polega też na tym, że tsunami jest trudne do wykrycia.

Ola: Jeszcze dodam, że te generatory diesla były potrzebne po to, żeby chłodzić rdzenie reaktora.

Piotr: Tak, po wyłączeniu głównego obiegu elektrowni.

Ola: I dlatego nastąpiła ta awaria, że te generatory nie były w stanie zasilać systemu chłodzenia.

Piotr: Bo je zbyt głęboko umieszczono.

Ola: Ale taka prawda.

Piotr: Wiemy, bo zrobiono wiele analiz, sporo było wokół tego awantur. Problem też polega na tym, że nawet jeżeli zobaczysz tsunami, to nie będziesz wiedziała, że to jest tsunami, jeżeli jest na pełnym morzu. Złapaliśmy je za łeb dzięki satelitom zupełnie przypadkowo, i dzięki temu w ogóle cokolwiek więcej o nim wiemy. Natomiast tak to płynie sobie falka, jedna górka półmetrowa, następna taka sama górka półmetrowa, 200 kilometrów dalej.

Nie robi to specjalnie wrażenia, więc nie ma sygnałów alarmowych. Tak naprawdę jedynym sygnałem alarmowym przed nadejściem tsunami jest cofająca się woda, chyba że się nie cofa, oraz ten niedźwiedzi ryk, który oznacza, że jest już za późno i do widzenia. Więc to mamy poważny problem. Japończycy próbowali też robić systemy odprowadzania wody, to znaczy nie tylko falochrony, ale też kanały, które miały rozprowadzać tę wodę.

Ale powiedzmy sobie szczerze, że skuteczność tego jest wybitnie taka sobie. Zresztą stąd w ogóle jest nazwa tsunami, czyli, tak jak mówiłaś, fala portowa czy fala przybrzeżna. Ta nazwa ponoć wzięła się z tego, że kiedy kutry rybackie wypływały w morze, to nic się nie działo.

Mijały sobie tam jedną, drugą, piątą falę i nikt nie zwracał uwagi. Po czym jak wracały po kilku godzinach na ląd, to już tego lądu nie było, nie było ich wiosek, miejscowości i tak dalej. Wszystko było zmyte.

A oni, jakby nic się u nich nie wydarzyło. Mimo że to oni byli na morzu, to niczego nie zauważali. Zdarzało się to właśnie w porcie.

Ola: Stąd ta fala portowa. To musiało być straszliwe zdziwienie przecież.

Piotr: Straszne. Wypływasz, nic się nie dzieje, nic nie nastąpiło. Nie było sztormu, nie było niczego. Żadna duża fala przy tobie nie przeszła. Wracasz, a tam już niczego nie ma.

Ola: I nic dziwnego, że sięgano po domysły o gniewie bogów.

Piotr: Absolutnie. Oczywiście po 2004 roku wdrożono liczne systemy ostrzegania przed tsunami. Mamy boje.

Ola: Tak, dokładnie.

Piotr: Tylko problem polega na tym, że nadal skuteczność tego systemu jest słaba, a tak naprawdę cała sprawa rozbija się głównie o to, co się dzieje na lądzie. Są syreny ostrzegawcze, znaki i tak dalej, ale poza Japonią, która jest dobrze zorganizowanym krajem i gdzie można przewidywać, że ludzie są gotowi rzeczywiście się ewakuować, nie oszukujmy się, Indonezja czy Indie to nie są kraje, w których jesteśmy w stanie w krótkim czasie ewakuować z wybrzeża w bezpieczne miejsce kilkadziesiąt milionów ludzi.

Więc póki co nie bardzo mamy pomysł na to, co w ogóle dałoby się zrobić z tsunami, w jaki sposób się przed nim zabezpieczyć.

Ola: Ja tylko na koniec dodam, bo faktycznie już dobrnęliśmy do brzegu, że ten odcinek naszego podcastu dedykujemy naszemu psu o imieniu Fala.

Piotr: Który się tu wielokrotnie aktywował, jest wywoływany.

Ola: Cały czas podnosi uszy, zerka tutaj. Zostawiamy was z myślą o tym, że trudno jest uciec przed tsunami.

Natomiast my mamy to szczęście, że jednak żyjemy w miarę bezpiecznym rejonie świata, gdzie te tsunami stosunkowo rzadko występują. I oby tak pozostało.

Piotr: Dzięki. Pozdrawiamy, dziękujemy. Subskrybujcie, informujcie.

Źródła

Trzęsienie ziemi w Tōhoku

Tsunami – jak powstaje, jak niszczy

Lituya Bay

Ilustracja

Tsunami w 2004 r.

Wyspy Kanaryjskie

Upadek planetoidy Eltanin

Halifax 1917

Projekt Seal