Podcast Crazy Nauka · odc. 59
Punkt Nemo – morski cmentarz statków kosmicznych
Posłuchaj też na:
Punkt Nemo to prawdziwy koniec świata. Najbardziej oddalone od jakiegokolwiek lądu miejsce na Ziemi. To tu kieruje się spadające z orbity statki kosmiczne. To tu ma się znajdować miasto Cthulhu.
Zapraszamy Was do odwiedzenia niezwykłego punktu na Ziemi. Miejsca, w którym nie warto być, ale które warto znać.
Transkrypcja odcinka
Transkrypcja powstała automatycznie i została tylko lekko poprawiona, więc może zawierać błędy. W razie wątpliwości liczy się nagranie.
0:00:00 Wstęp
Ola: Z jakiego miejsca na Ziemi jest najdalej do cywilizacji?
Piotr: Gdzie kryje się Wielki Przedwieczny?
Ola: I co robi stacja kosmiczna pod wodą? Cześć, to Ola Stanisławska.
Piotr: I Piotrek Stanisławski, podcast Crazy Nauka.
Ola: Dziś opowiemy wam o najbardziej odosobnionym miejscu na świecie, czyli o oceanicznym biegunie niedostępności.
Piotr: Ale nie tylko.
Ola: Ale nie tylko, bo powiemy też o istniejącym tam gigantycznym cmentarzysku kosmicznych śmieci.
Piotr: Tak, to takie nieoczywiste miejsce na śmieci.
Ola: Jakby nie patrzeć. To jest taki obszar na oceanie, gdzie pod kilkoma kilometrami wody spoczywa kilkaset statków kosmicznych. I póki co, jeszcze teraz, jedna stacja kosmiczna.
Piotr: To się pewnie zmieni.
Ola: To jest takie miejsce niezwykłe, trochę straszne, trochę groźne, obarczone długą historią zimnowojenną i wciąż wykorzystywane do swoich celów przez agencje kosmiczne. Miejsce, którego, dodajmy, nie ma komu sprzątnąć.
Piotr: Tak, i to jest temat trochę kosmiczny, bo w ankiecie, którą robimy na Spotify – dziękujemy za wypełnianie, gdyby ktoś nas słuchał gdzie indziej, chociaż większość z Was słucha nas na Spotify, ale tam są te ankiety, o różne rzeczy pytamy – przy 57. podcaście pytaliśmy, czy chcecie w ogóle więcej takich kosmicznych tematów. No więc wyszło na to, że chcieliście, a myśmy podeszli do tego nieco przewrotnie. Więc dzisiaj będzie kosmiczny temat na Ziemi. Chociaż to nie jest jedyny, bo mieliśmy kosmiczne katastrofy na Ziemi, więc my tak dosyć szeroko to traktujemy. Jesteśmy niewiarygodnie przewrotni po prostu.
Ola: Oraz oryginalni i tacy nietuzinkowi.
Piotr: A zanim przejdziemy do tego, to stały element, czyli przede wszystkim bardzo dziękujemy tym, którzy nas finansowo wspierają, wspierają tworzenie tego podcastu. Możecie dołączyć do tej grupy, bądź to na Patronite, bądź po prostu postawić nam kawę na Buycoffee, a linki do tego i wszystkiego innego są oczywiście w opisie odcinka.
Ola: No i przypominamy, że można zasubskrybować nasz podcast. Jeżeli to zrobicie, to nie ominie was żaden nowy odcinek.
Piotr: Algorytmy dostaną sygnał, że do roboty, bo dużo ludzi subskrybuje, więc trzeba kolejny pokazywać.
Ola: No i dodamy jeszcze, że jesteśmy obecni na wszystkich liczących się platformach podcastowych.
Piotr: Tak, i tych nieliczących się też jesteśmy obecni.
0:02:55 Punkt Nemo – najbardziej odosobnione miejsce na Ziemi
Ola: A tematem naszego dzisiejszego odcinka jest punkt Nemo, czyli, tak jak wspomniałam, najbardziej odosobnione miejsce na świecie, nazywane oceanicznym biegunem niedostępności. Ten punkt Nemo znajduje się na Pacyfiku, w jego południowej części – mniej więcej w połowie drogi między Nową Zelandią a południowym Chile. To jest taki obszar, gdzie morze jest wiecznie wzburzone, wieją bardzo silne, porywiste wiatry, i ogólnie jest to nieprzyjazny człowiekowi obszar naszego globu. A nazwa Nemo bierze się oczywiście z powieści Juliusza Verne'a "20 tysięcy mil podmorskiej żeglugi", gdzie kapitan Nemo był bohaterem i operatorem łodzi podwodnej, a "nemo" po łacinie oznacza "nikt".
Piotr: I tu warto dodać, że wbrew temu, co niektórzy sądzą w internecie, nazwa nie pochodzi od uroczej rybki-błazenka o imieniu Nemo, bo i taką interpretację można znaleźć.
Ola: A to bardzo ciekawe.
Piotr: Czy one tam mieszkają? Takie rozważania niektórzy prowadzą, a to nieprawda – ten punkt nazwano Nemo od tego starszego Nemo.
Ola: Rybka błazenek.
Piotr: Tak właśnie, nie, to nie ten Nemo.
Ola: Tak jak wspominałam, jest to punkt niezwykle odległy od wszelkich przejawów cywilizacji, od wszelkich lądów. Najbliższe lądy, w tym Wyspa Wielkanocna, znajdują się niespełna 3 tysiące kilometrów dalej.
Piotr: Rzut beretem, jeszcze zimniej.
Ola: Absolutnie, 3 tysiące kilometrów dalej, a wokół tego punktu Nemo, na obszarze 22 milionów kilometrów kwadratowych, nie ma ludzi. Choć to nie do końca jest prawda, o czym za moment powiem. Te 22 miliony kilometrów kwadratowych – szukałam jakiegoś punktu odniesienia, żebyśmy mogli to sobie wyobrazić.
Piotr: Większy niż Kalisz.
Ola: Większy niż Kalisz, ale mniejszy niż Łomża. Dobra, nie – to taka sama powierzchnia, jaką miał Związek Radziecki w czasach swojego rozkwitu, to znaczy kiedy wchłonął okoliczne państwa i zrobił z nich republiki. Czyli ogromna połać świata.
Piotr: Ale nie ma tam Związku Radzieckiego.
Ola: Nie ma na szczęście Związku Radzieckiego, choć jego części się tam znajdują. Dno morskie w tym miejscu znajduje się na głębokości około czterech kilometrów, więc to też jest istotne w tym wszystkim – wszystko tam jest odległe.
Jak został wyznaczony ten punkt? Otóż w 1992 roku wyznaczył go chorwacko-kanadyjski inżynier geodeta Hrvoje Lukatela. Wyznaczył go w ten sposób, że po prostu znalazł punkt znajdujący się w tej samej odległości od trzech najbliższych linii brzegowych.
Tak naprawdę, jak wspominałam, na obszarze około 22 milionów kilometrów kwadratowych nie ma ludzi. Ale pojawiają się oni w odległości 400 kilometrów – tylko na chwilę, bo osobami, które regularnie widują punkt Nemo, są astronauci z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej.
Piotr: Zazwyczaj są to ludzie najbliżsi tego punktu, bo nie ma tam specjalnie po co jeździć.
Ola: Ale odbywają się tam regaty dookoła świata i to jest chyba jedyny powód, dla którego bywają tam ludzie. A poza tym to nie jest miejsce, przez które przepływają statki handlowe – w ogóle się tam niewiele dzieje.
Piotr: To jest koniec świata, innymi słowy. Jak zajrzycie sobie do linków w opisie odcinka, to będzie tam link do mapy Google'a wskazującej ten punkt. Warto sobie na to spojrzeć, bo to naprawdę jest takie miejsce. W ogóle fajnie jest spojrzeć na kulę ziemską z tego punktu widzenia – zwykle tak nie patrzymy, bo klasyczne globusy są ustawione albo Europą i Afryką, albo Ameryką na środku. A to jest spojrzenie z dołu na globus i tam naprawdę jest pusto.
Ola: Ja jeszcze dodam, że wyznaczono również północny biegun niedostępności – znajduje się on na Oceanie Arktycznym, w okolicach bieguna północnego, ale nie jest tak odseparowany od lądów jak ten oceaniczny biegun niedostępności zwany punktem Nemo, bo ten arktyczny znajduje się w odległości zaledwie ponad tysiąca kilometrów od najbliższego lądu.
Piotr: Jeśli chodzi w ogóle o te bieguny niedostępności, to wyznaczono ich całkiem sporo, bo są też lądowe, kontynentalne bieguny niedostępności – wyznaczone na takiej zasadzie, żeby były najdalej od jakiegokolwiek brzegu morskiego, oceanicznego.
Ola: Tak, chyba najbardziej odległy jest ten w Chinach.
Piotr: Tak, jest w północno-zachodnich Chinach, tuż przy granicy z Kazachstanem, i od najbliższego wybrzeża dzieli go 2645 kilometrów. To jest właśnie eurazjatycki biegun niedostępności. Oczywiście dla innych kontynentów też wyznaczono takie bieguny, w ramach ciekawostki: dla Ameryki Północnej to jest w stanie Dakota Południowa, 1650 kilometrów od najbliższego wybrzeża. Dla Ameryki Południowej – w Brazylii, Australia też ma swój, a Afryka ma swój w pobliżu miejsca, gdzie stykają się granice Republiki Środkowoafrykańskiej, Sudanu Południowego i Demokratycznej Republiki Konga – to 1814 kilometrów od wybrzeża. Taka trochę zabawa w wyznaczanie tych punktów.
Muszę jeszcze koniecznie dodać, że to, co Hrvoje Lukatela wygrzebał w 1992 roku, jest absolutnym zbiegiem okoliczności, ponieważ 164 lata wcześniej, prawie dokładnie w tym samym miejscu, 300 kilometrów dalej – co przy takich odległościach jest prawie niczym – został określony jako lokalizacja miasta R'lyeh. To z kolei zatopione miasto będące siedzibą Cthulhu, czyli Wielkiego Przedwiecznego, a H.P. Lovecraft, twórca całego tego mitosu Cthulhu, stwierdził, że tam właśnie się ono znajduje. Zresztą jest opowiadanie, w którym bohaterowie eksplorują to miejsce, i ono jest dokładnie tam.
Ola: I to nie jest przypadek, to zupełnie nie jest przypadek.
Piotr: Myślę, że Lovecraft po prostu wziął globus czy cokolwiek i dość dokładnie wyznaczył sobie najodleglejsze od wszystkiego miejsce.
Ola: I to jest najdziwniejsze – to też nie jest przypadek, bo tam jest naprawdę dziwnie w tym obszarze. To nie tylko to, że odległości są ogromne – są tam różne dziwne zjawiska, które składają się na to, że to jest tak wyjątkowy obszar.
Piotr: Przeczytam: "Koszmarne miasto trupów R'lyeh zostało zbudowane w niezmierzonych eonach historii przez ogromne, odrażające kształty, które spłynęły z ciemnych gwiazd. Leży tam wielki Cthulhu i jego hordy, ukryte w zielonych, oślizłych podziemiach." Odkrył to miejsce norweski żeglarz Gustaf Johansen, narrator jednego z opowiadań Lovecrafta – więc jakby ktoś chciał znaleźć to miejsce, to może lepiej tam nie płynąć.
No dobra, ruszamy dalej. Skoro już dziwne, to dziwne pod wieloma względami, również przyrodniczym. To jest miejsce, które z racji tego, że jest tak bardzo odległe od jakiegokolwiek lądu, jest dość ubogie przyrodniczo, co wynika z kilku względów. Po pierwsze, z tej odległości od lądu – bo lądy są dla oceanów źródłem pożywienia, składników odżywczych, które z nich albo spływają, albo trafiają w postaci jakichś zwierzątek, a tu jest tak daleko od wszystkiego, że naprawdę mało co dociera.
Drugi powód to wir południowopacyficzny. Brzmi to może dramatycznie, ale chodzi o układ prądów morskich, które się kręcą. Takich wirów jest na oceanach kilka i one powodują pewne zamknięcie danego obszaru – skoro te prądy powodują kręcenie się wody, to stosunkowo trudno przez ten wir dociera cokolwiek do jego wnętrza.
Ola: Czyli nie ma wymiany wody.
Piotr: Tak, nie ma wymiany wody, a wraz z nią – składników odżywczych.
Ola: Czyli to właściwie jest taka pustynia oceaniczna.
Piotr: Trochę tak można powiedzieć. To jedno z bardziej nieożywionych miejsc w oceanach. Nie ma tam dużych ryb, głównie jest fitoplankton, bakterie, jakieś mikroorganizmy. I nieprzypadkiem stamtąd pobierano próbki – w 2020 roku była wyprawa, wcześniej jeszcze w 2010 roku, kilka tego typu badań przeprowadzono. Wydobywano z dna oceanu, a właściwie nawet spod dna oceanu, próbki – znalazłem informację o wydobyciu próbek z 75 metrów pod dnem, choć są też niepotwierdzone informacje, że jeszcze głębiej tam grzebano. W każdym razie wyciągnięto stamtąd rdzenie, z tych rdzeni wyizolowano bakterie i dostarczono im tego, co bakterie lubią najbardziej. I te bakterie odżyły.
Ola: Były w hibernacji, jak to się dzieje w przypadku bakterii, przez dziesiątki milionów lat.
Piotr: Nawet szacowano, że były tam od 100 milionów lat. Wystartowały i żyły sobie dalej wesoło i radośnie. Więc rzeczywiście dobrze to pokazuje, jak bardzo te bakterie są odporne. Natomiast, żeby nie było – to nie jest miejsce wolne od mikroplastiku, który już w tej chwili jest właściwie wszędzie. Nie ma go tam ekstremalnie dużo, ale z racji tego wiru ten mikroplastik się tam…
Ola: Nie wydobywa na zewnątrz.
Piotr: Tak, gromadzi się tam w jakimś stopniu. Znaleźliśmy informację, że jest tam 26 cząstek mikroplastiku na metr sześcienny. Trzeba powiedzieć, czy to mało, czy dużo – jak na oceany i dobre czasy oceanów, to bardzo dużo, ale na przykład na Morzu Południowochińskim to zagęszczenie wynosi 350 cząstek plastiku na metr sześcienny, więc tam jeszcze nie jest aż tak źle.
To generalnie jest miejsce, w którym bardzo wolno zachodzi wszelki rozkład. Woda jest też uboga w tlen, bo nie bardzo się miesza – te 4 kilometry głębokości powodują, że nie ma co jej specjalnie poruszać. I między innymi dlatego, że wolno tam zachodzi rozkład, kieruje się tam różne rzeczy, które nie powinny się za szybko rozłożyć – ze szczególnym wskazaniem na rozmaite satelity i inne obiekty kosmiczne, które tam się zrzuca. O tym będziemy jeszcze mówili za chwilę.
W każdym razie punkt Nemo – w przybliżeniu, bo nie chodzi dokładnie o ten jeden punkt – jest to największe cmentarzysko statków kosmicznych na całej Ziemi. I spoczywa tam, jak już Ola wspomniała, jedna stacja kosmiczna, a druga się tam wybiera. Teoretycznie w 2031 roku powinna trafić tam Międzynarodowa Stacja Kosmiczna. Czy wtedy rzeczywiście trafi – to zobaczymy, ale o tym powiemy jeszcze więcej za chwilę.
0:15:52 Cmentarzysko statków kosmicznych
Ola: W punkcie Nemo, w latach 1971-2018 – takie dane znalazłam – zostało utopionych całe mnóstwo śmieci, ponad 260 obiektów. Robiły to różne kraje: Stany Zjednoczone, Rosja, wcześniej Związek Radziecki, Japonia i kraje europejskie.
Wypisałam sobie, jakie najważniejsze obiekty tam leżą i ile czego zatopiono w tym obszarze. Przede wszystkim stacja orbitalna Mir, radziecka stacja, o niej będziemy jeszcze mówić. Sześć statków programu Salut, też radziecki program. Około 140 rosyjskich statków zaopatrzeniowych – to już i radzieckie, i rosyjskie, wiele z nich niosło odpadki, śmieci z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. I tam je utopiono.
Piotr: Czyli te, które wracają – bo przypominam, że to działa tak, że leci taki statek, dostarcza sprzęt albo ludzi, a potem te statki z odpadami nie wracają na Ziemię, tylko są, ładnie mówiąc, spalane w atmosferze. Ale to nie do końca tak jest.
Ola: Ponadto jest sześć statków towarowych wystrzelonych przez Japonię, pięć statków towarowych Europejskiej Agencji Kosmicznej, no i ostatnio trafiły tam części rakiety SpaceX, czyli amerykańskiej firmy komercyjnej. W punkcie Nemo miała też spocząć chińska stacja kosmiczna Tiangong-1, ale nie spoczęła, bo utracono z nią kontakt i spadła gdzieś indziej do oceanu.
Piotr: Tak, nie wycelowali.
Ola: No cóż. Piotrek powiedział, że tam się ma znaleźć w przyszłości również Międzynarodowa Stacja Kosmiczna, czyli ISS, ale podobne plany są też wobec kosmicznego teleskopu Hubble'a, który również ma tam znaleźć miejsce swojego ostatecznego spoczynku.
Piotr: I na wypadek, gdyby ktoś się chciał bardzo oburzać, to jeszcze o tym powiemy, ale to nie jest tak źle – warunki tam panujące sprawiają, że te obiekty się specjalnie nie rozkładają. Nie spoczywają też w jednym miejscu na dnie, bo, jak wspomnieliśmy, to jest dość duży obszar. Celuje się po prostu w obszar, gdzie nie ma niczego, na co mogłyby te statki spaść – oczywiście planuje się dość dokładnie to miejsce upadku, ale różnie to wychodzi. Zresztą taki statek nie spada jako wielka bryła, tylko rozsypuje się po drodze. Więc nie ma bardzo dużego zagrożenia dla przyrody, o czym jeszcze powiemy – już w tej chwili to zaznaczam, bo za chwilę pewnie pojawią się skądinąd słuszne komentarze, że ludzie wszędzie śmiecą.
Ola: No śmiecą, i to jest nie w porządku.
Piotr: Ale w tym wypadku jest to jednak dość przemyślane.
Ola: Ale też trudno wyznaczyć odpowiedzialnych za te sytuacje.
Piotr: Właśnie, spójrzmy więc na to, co się dzieje, kiedy przestajemy tak naprawdę potrzebować – choć to nie jest tylko kwestia potrzeby.
0:19:20 Jak statki kosmiczne rozpadają się w atmosferze
Ola: Kiedy kończy się na przykład paliwo w statku kosmicznym, w satelicie, i po prostu trzeba coś zrobić z tym satelitą, żeby nie spadł na zamieszkane przestrzenie.
Piotr: No więc właśnie. Jeżeli mamy coś małego – satelitę wielkości, powiedzmy, sporego samochodu – to taki satelita najpewniej spali się w atmosferze. Jest też taka orbita cmentarna, ale zazwyczaj jest tak, że ponieważ atmosfera nie kończy się nagle – choć roboczo uznaje się, że na wysokości 100 kilometrów już specjalnie jej nie ma – to cząsteczki powietrza są również wyżej i stopniowo spowalniają to, co lata po orbicie. Spowalnianie oznacza obniżanie orbity, i jeżeli to jest niewielki obiekt, to pod wpływem tarcia i innych sił spłonie w atmosferze. Jeżeli to jest większy obiekt, to już tak łatwo nie jest.
Ola: Dodajmy, że prędkość orbitalna to ponad 28 tysięcy kilometrów na godzinę. W związku z czym, nawet jeżeli obiekt zwolni i rozpocznie deorbitację, to wciąż te prędkości są zupełnie nieziemskie, tylko kosmiczne.
Piotr: Przy tej wysokości wchodzenia w atmosferę ta prędkość jest niższa, ale generalnie wciąż są to kosmiczne prędkości. Co się dzieje w momencie, kiedy taki obiekt wchodzi w atmosferę? Przede wszystkim tworzy przed sobą wał powietrza – to znaczy powietrze nie nadąża z uciekaniem, w związku z czym powstaje ciekawy układ, gdzie przed obiektem jest zagęszczone powietrze, czyli powietrze o dużym ciśnieniu. Jednocześnie rośnie temperatura, a za obiektem, pod wpływem tego wzrostu ciśnienia i tarcia, jest obniżone ciśnienie – bo powietrze po prostu nie zdąża domknąć się tuż za tym obiektem. To trochę jak z szybko jadącym samochodem – przed nim ciśnienie jest większe, a tuż za nim niższe. Tak jak kiedyś, nie wiem czy to był najlepszy pomysł, ale jeździło się na rowerze tuż za autobusem, bo dzięki temu można było jechać bardzo szybko.
Ola: Nie, to nie był najlepszy pomysł.
Piotr: Ale ty opowiadasz tyle głupich rzeczy, które robiłaś w górach, więc jak ja czasem coś opowiem, to też się nic nie stanie.
Ola: Tak, nawet mieliśmy sygnały, że pani Ola znowu coś głupiego zrobiła w Tatrach i znowu się tym chwali. No nie, starałam się mówić ku przestrodze, ale tym, którzy poczuli się zachęceni, zdecydowanie odradzam – nie bądźcie tacy jak Ola.
Piotr: No więc ku przestrodze mówię, że jeżdżenie za autobusem na rowerze jest złym pomysłem, bo jak autobus gwałtownie zahamuje, to się o niego rozpaćkamy. Zresztą jest wiele innych powodów – jadąc za autobusem można naprawdę osiągnąć dużą prędkość. Normalnie na rowerze, nie jakimś szosowym, tylko przeciętnym, utrzymanie prędkości 30 kilometrów na godzinę jest już pewnym wysiłkiem, a z autobusem spokojnie można jechać pięćdziesiątką – ze wszystkimi tego konsekwencjami, czyli na przykład jak się wjedzie w dziurę, to człowiek leci z prędkością pięćdziesięciu na godzinę. Więc niekoniecznie polecam, ale zmierzam do tego, że autobus, choć zazwyczaj nie jest bardzo opływowy, ciągnie za sobą taką strefę obniżonego ciśnienia. I o ile w przypadku autobusu nie niesie to dla niego samego poważnych konsekwencji, o tyle w przypadku obiektu pędzącego z prędkością kosmiczną, stosunkowo niewielkiego i bardzo nieaerodynamicznego, powoduje to bardzo silne naprężenia – z przodu bardzo duże ciśnienie, z tyłu bardzo małe, i jeszcze do tego bardzo wysoka temperatura z przodu.
Ola: I to powoduje rozerwanie takiego obiektu.
Piotr: Obiekt się zaczyna palić, zaczyna się rozrywać. Dlatego jeżeli obserwujemy deorbitację jakiegoś obiektu – można sobie takie nagrania znaleźć – to wygląda to nie jak jedna świecąca bryła. Nie mówię tu o meteorach.
Ola: Ale meteory też czasem się rozsypują na drobniejsze części.
Piotr: Jeżeli to są obiekty stworzone przez człowieka, to zwykle rozpadają się na kilka kawałków ciągnących za sobą smugę. Ta smuga to z jednej strony rozsypujący się obiekt, z drugiej – spalający się, powstaje tam plazma i tak dalej. Bardzo to ładnie wygląda.
To zresztą przypomina mi osobistą historię – jeden z moich największych, nie chcę powiedzieć traum, ale strachów dzieciństwa. To musiał być koniec lat 70., może siódmy, ósmy rok – byłem u mojej babci i gdzieś wieczorem wyszliśmy na taki wielki taras w tym domu, popatrzyliśmy w niebo i tam przeleciało coś, co przez wiele lat byłem przekonany, że to było UFO, i strasznie się wtedy przestraszyłem. Dopiero jakieś trzy miesiące temu, jak sobie to znowu przypomniałem, uświadomiłem sobie, jak to wyglądało. To musiało być coś deorbitującego – ewidentnie, bo wyglądało tak, jakby leciało. Zresztą pisali o tym w gazetach w kolejnych dniach, bo ja o tym powiedziałem rodzicom, oni mi to tłumaczyli, żebym się nie bał, co wcale nie spowodowało, że się nie bałem.
Ola: Ale ta deorbitacja nastąpiła chyba w miejscu zupełnie nieprzepisowym.
Piotr: Wiesz co, to były czasy rosyjsko-radziecko-zimnowojenne, więc cholera jedna raczej wie, co tam spadało. Ewidentnie było to coś, co nie było żadnym statkiem naziemnym – zakładam, że musiało to być coś, co wracało z kosmosu i gdzieś nad Warszawą, nad Polską, zaczęło się rozpadać, bo pamiętam, jak to wyglądało. Wyglądało przedziwnie, jak na takiego małego smarka, jakim wtedy byłem – straszliwie, i bardzo dobrze pasuje do opisu rozsypującego się obiektu.
Ola: Ja tylko tutaj wtrącę, że w odcinku 22, który nagraliśmy w lutym 2023 roku, czyli ponad rok temu, mówiliśmy o kosmicznych katastrofach, Czelabińskiej i Tunguskiej, czyli o tym, jak skała może wyparować, i tam dokładnie omawialiśmy zjawisko wchodzenia obiektów kosmicznych w atmosferę i to, co dzieje się z taką skałą kosmiczną.
Piotr: Dokładnie, było o ablacji, czyli o tym, że z powierzchni obiektu odparowuje materia, zamieniając się w plazmę. To jest ta ciągnąca się smuga, taki jasny, zwykle świecący ogon. Wszystkie te działające siły i temperatura powodują, że obiekt się rozsypuje.
Różnie z tym rozsypywaniem bywa, o tym za chwilę. W każdym razie część tych rzeczy zostaje – to są obiekty, które są albo bardzo masywne, albo lite. Weźmy na przykład meteoryt żelazny – to po prostu potworny kawał żelaza i on tak łatwo się nie rozpadnie. Podobnie jest z pewnymi elementami statków kosmicznych. Należą do nich na przykład żyroskopy, czyli koła zamachowe, które muszą być bardzo masywne – są zrobione zwykle z gęstego, litego metalu i bardzo trudno je spalić, nawet poddając je bardzo wysokiej temperaturze i dużemu ciśnieniu. To są elementy, które przetrwają, podobnie jak te, które z definicji muszą wytrzymywać wysokie temperatury, czyli elementy napędowe, elementy silników – odporne na wysoką temperaturę, więc przetrwają też przejście przez atmosferę.
Dlatego właśnie, żeby te rzeczy, które przetrwały, nie spadły komuś na głowę, kieruje się statki podczas deorbitacji w punkt zbliżony do punktu Nemo – tam mogą się po drodze rozsypywać, gubić różne kawałki i tak dalej. O jednym z najsłynniejszych przypadków takiego rozpadania się powiemy za chwilę, w kontekście stacji Mir.
Ola: Czyli to, co trafia do punktu Nemo, to przede wszystkim dużo stali, stopy aluminium, stopy tytanu – z tego wykonuje się najbardziej odporne części pojazdów kosmicznych wykonanych ręką człowieka. Jak te resztki wyglądają w głębinach, możemy się tylko domyślać, bo filmów nie ma – nikt tego nie zbadał, nie posłano tam łodzi podwodnej, nikt nie miał takiej potrzeby.
Piotr: Nikt nie miał pieniędzy, żeby na to je wydać.
0:28:56 Deorbitacja Międzynarodowej Stacji Kosmicznej i stacji Mir
Ola: To prawda. O tym, dlaczego nikt się nie przyznaje do tego miejsca, powiemy jeszcze za chwileczkę. Ale zanim to nastąpi, wspomnę o Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, która ma zakończyć służbę w 2031 roku.
Piotr: Chyba że później, albo wcześniej, bo tego nigdy nie wiadomo na pewno.
Ola: Ma tam trafić. Stacja waży około 400 ton, a plan jej deorbitacji polega na tym, że rok wcześniej zadokuje do niej pojazd deorbitacyjny, który będzie kontrolował miejsce, w którym stacja wyląduje – czyli gdzie przedostanie się do atmosfery i gdzie spadnie. To będzie naprawdę ogromna międzynarodowa operacja. Stacja jest wielka i sporo jej elementów może przetrwać lot przez atmosferę – najprawdopodobniej będą to kratownice, czyli sekwencje konstrukcji stalowych tworzących szkielet stacji, mające długość do 18 metrów. To wszystko wyląduje w oceanie, i tu pojawia się pytanie – kto powinien być za to odpowiedzialny? Stacja jest międzynarodowa, teoretycznie każdy moduł ma swojego właściciela i powinien on czuć się odpowiedzialny za to, co spuszcza do oceanu. Tymczasem punkt Nemo znajduje się na wodach międzynarodowych, regulowanych Konwencją Narodów Zjednoczonych o prawie morza. Chodzi tu o kwestię zanieczyszczania morza i karania sprawców tego zanieczyszczenia, a żeby ktoś został uznany za zanieczyszczającego, muszą zostać spełnione warunki – zanieczyszczenie musi być wprowadzone do środowiska przez człowieka i musi zawierać substancje szkodliwe dla organizmów żywych. I tu kryje się haczyk, bo trudno określić, jaka ilość substancji szkodliwych pozostaje w szczątkach spadających do oceanu po przejściu przez atmosferę.
Piotr: No tak, tam hydrazyna ma wiele do powiedzenia.
Ola: No właśnie, hydrazyna – bardzo popularne, szeroko stosowane paliwo rakietowe, bardzo toksyczne dla organizmów żywych, które najprawdopodobniej może częściowo przetrwać wejście w atmosferę i przejście przez nią.
Piotr: Jest łatwopalna, to substancja w ogóle wredna, bardzo trująca, żrąca na powietrzu, dymi – paskudne świństwo, które jednak świetnie nadaje się do silników rakietowych. Ponieważ jest łatwopalna, zbiorniki paliwa są jednymi z obiektów w statkach kosmicznych, które są odporniejsze, ale z drugiej strony są też dość podatne na ciśnienie, na rozciąganie i tak dalej, bo są puste w środku – nikt nie wysyła w kosmos zbiornika pełnego hydrazyny, bo nie ma takiej potrzeby, szkoda pieniędzy. Więc trochę tej hydrazyny zostaje, sam zbiornik w środku jest pusty, przez co jest bardziej podatny na rozciąganie, zgniatanie i tak dalej – i jest duża szansa, że takie obiekty pękną, a sama hydrazyna z pewnością spali się w atmosferze.
Ola: No tak, ale pozostają jeszcze na przykład radioaktywne odpady, które w kosmicznych śmieciach są obecne, bo wykorzystywano je w eksperymentach naukowych, choć do zasilania raczej się ich nie stosuje na orbicie ziemskiej. A w czasach zimnej wojny?
Piotr: Wiesz co, orbita ziemska jest o tyle wygodna, że masz tam stały dostęp do słońca, w związku z czym głównym elementem zasilania są panele słoneczne. Generatory oparte na izotopach wykorzystuje się przede wszystkim do lotów w takie rejony, gdzie nie mamy dobrego dostępu do słońca i możliwości rozłożenia paneli, ale to oczywiście nie zmienia faktu, że jakieś izotopy radioaktywne mogą się znajdować w takich szczątkach. Jednym z obiektów, o których deorbitacji wiemy naprawdę dużo – i zresztą była ona trudna, ważna i tak dalej – jest stacja Mir. Stacja Mir, czyli radziecka, potem rosyjska stacja, która latała dość długo – deorbitacja nastąpiła w 2001 roku. Obiekt był naprawdę duży, ważył 134 tony na orbicie i składał się z kilku modułów – można powiedzieć, że to trochę ojciec Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, bo sporo wiedzy stamtąd wykorzystano. To był jeszcze taki moment…
Ola: Może to taki radziecki wuj.
Piotr: Wuj wąsaty, tak. To był taki moment w historii, że przez chwilę nie wszyscy się tłukli po ryjach, więc współpraca z Rosją wtedy jako tako działała i Mir przez chwilę stał się taką trochę międzynarodową stacją. Prowadzono tam sporo różnych eksperymentów. Były nadzieje, żeby tę stację w ogóle zostawić na orbicie, nawet zawiązała się spółka, która miała ją komercyjnie wykorzystywać, ale finalnie okazało się, że jest za drogo i trzeba ją zlikwidować – nawet jeszcze rok przed deorbitacją robiono na niej jakieś naprawy, licząc, że jeszcze podziała.
Jest to obiekt zbyt duży, żeby spalić się w atmosferze w całości – co do tego nie było wątpliwości, więc bardzo starannie zaplanowano całą tę deorbitację. Podobnie jak przy planowanej deorbitacji Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, wysłano statek, który zadokował i stopniowo wyhamowywał, włączając silniki hamujące ruch – obniżanie orbity to właśnie wyhamowywanie. Obniżała się orbita Mira i wreszcie 23 marca 2001 roku deorbitacja nastąpiła. Było to zdarzenie, z którym wiązano wiele obaw, bo nie było do końca wiadomo, jak to wszystko przebiegnie – tak dużego obiektu jeszcze nie deorbitowano. Na pewno wiadomo było, że będą smugi dymu, światła, huk – generalnie te elementy, których się spodziewano. Obawy były spore, między innymi dlatego, że trasa tej deorbitacji wiodła nad Japonią, więc Japończycy dostali informację, żeby przez 40 minut nie opuszczać domów, bo to był czas, kiedy mogły spadać szczątki z tego przelotu. Nic nie spadło, w każdym razie niczego nie znaleziono, więc pewnie ta drobnica jeszcze się rozsypywała. Stacja była wyjściowo duża, składała się z różnych elementów – panele słoneczne i tak dalej łatwo się spalają, natomiast główny rdzeń miał około 13 metrów długości i 5 modułów, które stanowiły trzon stacji.
Ola: Ja tylko przypomnę, że ważyła 134 tony, a Międzynarodowa Stacja Kosmiczna waży 400 ton, w związku z czym to dopiero będzie wyzwanie.
Piotr: To dopiero będzie deorbitacja. Szacowano, że powstanie z tego około 1500 odłamków, uwzględniając elementy, które są tam obecne. Największe miały mieć wielkość niewielkiego samochodu – to znowu zbiorniki paliwa, ale też bloki żyroskopów, bo to kawał bitego żelastwa. Akumulatory – znowu ciężkie obiekty z dużą ilością masywnego, jednolitego żelastwa. Grodzie, które służą do tego, żeby – jak sama nazwa wskazuje – przegrodzić, więc znowu muszą być masywne, odporne na ogień i tak dalej. Specjalne skrzynie do przechowywania materiałów, znowu takie, które mają być bezpieczne – czyli wszystko, co jest zrobione tak, żeby przetrwało trudne warunki, w tym również wejście w atmosferę.
Finalnie wszystko dobrze poszło, udało się sprowadzić stację rzeczywiście w pobliże punktu Nemo, przy czym – żeby ktoś sobie nie wyobrażał, że to spada punktowo, robiąc plusk – odłamki rozprzestrzeniły się mniej więcej na długości 1500 kilometrów wzdłuż toru schodzenia stacji do atmosfery i mniej więcej 100 kilometrów na boki od tej linii, więc dość duży obszar został zasypany. To zresztą był mniejszy obszar niż planowano, bo zwiększono kąt wejścia – stacja weszła w atmosferę stromo, więc stosunkowo krótko przez nią leciała i dość gwałtownie się rozpadała. Większość dużych obiektów wylądowała gdzieś w okolicach punktu Nemo, ale jest to na tyle duży obszar, że nikłe są szanse, żeby cokolwiek tam znaleźć – zresztą nie ma zbyt wielu powodów, żeby ktoś tego szukał. To jest największe, najlepsze przybliżenie tego, czego można się spodziewać przy deorbitacji Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, bo w przypadku chińskiej stacji zdecydowanie nie wyszło z tą deorbitacją i była ona znacząco mniejsza, więc tutaj dobrego porównania nie mamy.
0:39:24 Kiedy coś pójdzie nie tak – Skylab i inne wypadki
Ola: To ja w takim razie opowiem o tym, co się dzieje, kiedy coś pójdzie nie tak i kiedy duży obiekt kosmiczny nie trafia do wody, tylko na ląd. Stało się to w przypadku – skoro już używamy takich odniesień rodzinnych, można powiedzieć – babci Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, czyli amerykańskiej stacji Skylab, która w 1979 roku zakończyła żywot. Ważyła 77 ton i miała spaść do Oceanu Indyjskiego, na południowy zachód od Australii. Ale nie stało się tak – nie wszystko poszło zgodnie z planem. Okazało się, że rankiem 11 lipca 1979 roku nad zachodnią Australią zaobserwowano spalające się w atmosferze fragmenty stacji Skylab, między innymi fragmenty zbiorników paliwa, obudowy, ołowianej osłony śluzy powietrznej, o długości ponad 6 metrów, oraz fragmenty dużego zbiornika tlenu. To wszystko, w formie mniej lub bardziej zniszczonej, spadło w zarośla i na pola uprawne w Australii, w regionie Shire of Esperance. NASA potem obliczyła, że odnaleziono co najmniej 38 fragmentów stacji, z których każdy ważył ponad 400 kilogramów.
Piotr: OK, to w sumie miła sprawa, że akurat Australia, gdzie mała szansa, żeby w kogoś trafić.
Ola: Otóż to. Władze tego regionu zdenerwowały się, mówiąc delikatnie, na Amerykanów i na NASA, że w taki sposób zanieczyszczają im tereny i narażają ludzi oraz dobytek na szkody. Władze tego obszaru powołały nowe prawo, które nakładało na NASA karę w wysokości 400 dolarów za śmiecenie.
Piotr: Czekałem na 400 tysięcy, milionów, miliardów.
Ola: Ale to był o tyle ciekawy przypadek, że umożliwił zbadanie szczątków kosmicznych, które przeszły przez atmosferę. Okazało się, że w tym procesie przetrwały zaskakująco złożone konstrukcje, w tym na przykład drzwi włazu do stacji. Dodam jeszcze, że podobny wypadek – spadnięcia szczątków kosmicznych na ląd – miał miejsce całkiem niedawno, w 2022 roku, również w Australii, tym razem w południowo-wschodniej części, w Górach Śnieżnych, gdzie wylądowały szczątki kapsuły załogowej Dragon firmy SpaceX. Największy fragment miał 3 metry długości – kawał żelastwa spadł na tę Australię, i chyba mają tam trochę pecha, bo amerykańskie szczątki kosmiczne bardzo lubią to miejsce.
Piotr: Znowu im 400 dolarów wlepią. Dla porządku powiem, bo trochę tu namieszaliśmy: Skylab funkcjonował od 1973 do 1979 roku i była to stacja, która była właściwie jednym walcem – może kiedyś zrobimy o niej osobny odcinek, bo to ciekawa historia, było tam sporo porażek. Natomiast Mir – bo tu już inaczej się to określa – pierwszy moduł Mira, bo składał się on z kilku modułów, wystrzelono w 1986 roku. Deorbitacja nastąpiła w 2001 roku i dotyczyła kilku modułów. Jak sobie kiedyś zgooglacie stację Mir, to wygląda ona jak mniejsza wersja Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, bo tam też są pozlepiane ze sobą takie wałeczki.
Ola: Czyli taki kosmiczny pająk troszeczkę.
0:43:48 Strefa zakazana Woomera w Australii
Piotr: Troszkę coś takiego. Także to tak dla uporządkowania. Skoro jesteśmy w tej Australii, to jeszcze na koniec właściwie – dzisiaj nam wyjątkowo krótko poszło, szybko poszło. W każdym razie nie rozłączajcie się jeszcze, będzie jeszcze o szczególnym miejscu w Australii. To szczególne miejsce to tak zwana strefa zakazana Woomera. To jest taka mniej oficjalna nazwa, chociaż używana – oficjalna to RAAF Woomera Range Complex, czyli od Royal Australian Air Force.
Zacząłem sprawdzać, kim był Woomera, więc informuję – nie ma żadnego Woomery. Woomera to jest narzędzie, które opracowali australijscy Aborygeni jakieś 5 tysięcy lat temu, wydłużające rzut oszczepem. To jest tak naprawdę przedłużenie ramienia.
Ola: Taka trochę katapulta?
Piotr: To jest katapulta, działa trochę jak katapulta, a raczej taki przedłużacz, taka wydłużka. Różnica w rzucie oszczepem bez woomery i z woomerą jest dość zasadnicza – zdaje się, że dzięki niej jesteś w stanie rozpędzić oszczep do 160 kilometrów na godzinę, a w ruchomy cel typu kangur trafiają bez problemu z 40-50 metrów. Najdłuższy znany rzut to 180 metrów rzutu ręką, natomiast efektywne rzuty do celu to około 100 metrów. Dodajmy, że w sporcie, w rzucie oszczepem bez woomery, rekordziści prawie zbliżają się do 100 metrów, przy czym nie rzucają do celu – nie mogą rzucić w publiczność, to jest zabezpieczenie, nie celują w nic konkretnego, nie celują w kangura. Natomiast dzięki tej woomerze rzeczywiście osiąga się znakomite efekty, i to od niej wzięła się nazwa tego obszaru.
To niemały obszar – trochę wygląda jak jeden ze stanów w Stanach Zjednoczonych, czyli z cyklu "wziąłem linijkę i narysowałem coś o kątach prostych", niezbyt regularny, ale przypominający trochę prostokąt. Powierzchnia tego obszaru to 122 tysiące kilometrów kwadratowych – to prawie tyle, co ma Grecja.
Ola: Grecję trzeba by chyba posklejać, prawda?
Piotr: Jakby Grecję posklejać, powiedzmy, że pozbawimy ją części wysepek, bo Grecja ma chyba 130 z kawałkiem kilometrów kwadratowych mniej więcej. Nie pozbawiajmy niczego Grecji, darujmy jej dzisiaj – Grecję odpuszczamy.
Ola: Mamy już znajomych w Grecji, więc szkoda by było.
Piotr: Tak, to faktycznie zostawmy Grecję. W każdym razie to jest spory kawał lądu w południowo-wschodniej Australii, i to jest teren, który od lat 40. jest terenem wojskowym, poligonem. Koncepcja była taka, że w czasie II wojny światowej Wielka Brytania dobrze wiedziała, że Niemcy pracują nad bronią rakietową, bo ta broń rakietowa spadała im na głowę, więc oni też postanowili pracować nad bronią rakietową. Tylko mieli drobny problem, czyli mało miejsca – Wielka Brytania wcale nie jest taka wielka, zwłaszcza ta część, która została po tym, jak w końcu pozbyła się wszystkich swoich kolonii. Nie bardzo było gdzie testować broń rakietową, bo broń rakietowa musi kawałek polecieć i gdzieś spaść – dobrze, żeby spadła w takim miejscu, gdzie da się zbadać to, co spadło. Więc zwrócili się do Australii, z którą mieli bardzo bliskie związki i nadal mają – król Wielkiej Brytanii jest nadal też królem Australii, i królem Kanady.
Ola: Ja jeszcze tutaj jedną rzecz dorzucę, bo poszukując informacji na temat tego, do czego można porównać te 22 miliony kilometrów kwadratowych, znalazłam informację, że posiadaczem podobnego obszaru jest właśnie król Wielkiej Brytanii, czyli Karol III, tylko że on posiada trochę więcej tej ziemi, bo należą do niego Australia, Kanada, różne wyspy i oczywiście sama Wielka Brytania.
Piotr: Zaskakujące, bo Commonwealth i te powiązania są wciąż dość pokręcone.
Ola: Ciekawe, to prawo własności może nie do końca…
Piotr: No więc tak, to taka raczej zabawa. W każdym razie Wielka Brytania zwróciła się do Australii i powiedziała: słuchajcie, u was jest tak dużo miejsca, u nas nie ma, dajcie nam kawałek, potestujemy sobie tam broń rakietową. Australia hop-siup wyznaczyła taki teren, który rzeczywiście do dziś służy do różnych dziwnych misji, głównie wojennych – testy rozmaitej broni, sprzętu i tak dalej. W latach 60. Stany Zjednoczone korzystały z tego terenu na potrzeby programu Merkury i Gemini. Ola macha do mnie.
Ola: Macham, bo szukałam uparcie tego odcinka, w którym opowiadaliśmy o tym, jak Brytyjczycy prowadzili próby jądrowe u siebie na terenie i próbowali stworzyć własną broń jądrową, co im bardzo nie wyszło – to jest odcinek 39, pod tytułem "Wypadki jądrowe – groźne, choć mniej znane, część druga", polecamy. Tam jest wyjaśnienie, dlaczego Brytyjczycy chcieli to robić w bardziej odludnych miejscach.
Piotr: Tak dokładnie. W każdym razie programy Merkury i Gemini wykorzystywały tam stacje śledzące, bo to był czas, kiedy na orbicie okołoziemskiej nie było jeszcze całej sieci satelitów komunikacyjnych, dzięki której dziś jakikolwiek obiekt na orbicie ziemskiej może skontaktować się z dowolnym miejscem na Ziemi. Wtedy potrzebne były stacje śledzące, rozmieszczone wokół całej Ziemi – bądź to okręty, które zapewniały tę komunikację, bądź stałe stacje naziemne. I właśnie w tej strefie zakazanej Woomera były takie stacje, wykorzystywane jeszcze przy lądowaniu Apollo 11. Zdaje się, choć nie jestem pewny, że stamtąd szedł ten nieszczęsny przekaz wideo, który później był tak zepsuty i tak paskudnie wygląda.
Ola: To jest również… Tak, to było z Australii.
Piotr: Tak, to jest z Australii, to wiem. Właśnie nie jestem do stu procent pewny, czy to było z Woomery, ale to jeszcze możemy sprawdzić. Stamtąd Australijczycy wystrzeliwali też swoje obiekty kosmiczne – pierwszy australijski satelita wystartował stamtąd w 1967 roku. To jest również miejsce, gdzie lądowały sondy Hayabusa – było ich dwie, przywoziły próbki z różnych obiektów kosmicznych, dokładniej z asteroid czy planetoid, na Ziemię, i mówiliśmy o tym chyba ledwo kilka odcinków temu.
Ola: Tak, to sondy kosmiczne część druga, "Pogoń za skałami", odcinek 57.
Piotr: Ale ci robi za archiwistkę. W każdym razie Hayabusy lądowały w strefie Woomera, bo musiały lądować nad lądem, a nie nad terenami typu ocean, i w dodatku musiał to być ląd w miarę niedostępny – żeby jak coś tam spadnie, dało się to znaleźć, więc nie wrzuca się tego w byle jakie krzaki, tylko w konkretny rejon. Poza wszystkim jest to też miejsce znaczące w kulturze Aborygenów, i z tego wynikają różne konflikty, bo są tam ich święte miejsca, które są zaśmiecane albo lądują tam jakieś odpadki kosmiczne lub niekosmiczne. Ogólnie jest to teren mocno związany z tą kulturą, bardzo ciekawy, można by o nim długo opowiadać. W każdym razie, w skrócie – taki zakazany rejon.
0:52:30 Zakończenie i słowo na dziś
Ola: No właśnie, coś nam dzisiaj krótko wychodzi, nawet się do godziny nie zbliżyliśmy, i chyba właśnie dobiegamy do tego momentu, kiedy możemy wam przekazać słowo, hasło dzisiejszego odcinka, którym jest "Mir" – wpisujcie je w komentarzach. Dzięki za wysłuchanie nas i zapraszamy za tydzień na kolejny odcinek. Tym razem będzie to odcinek związany z newsami.
Piotr: Tak, i będzie dobra – jak już tak się rozgadałaś, to mieliśmy już kończyć, ale jeszcze to powiem: za tydzień będzie to, co obiecywałem chyba tydzień temu, czyli deepfake głosowe. Trochę – nie mówię, że cały odcinek będzie temu poświęcony, bo raczej nie będzie, ale trochę poeksperymentowaliśmy z narzędziem, które pozwala klonować ludzki głos, i efekty są, nie wiem, oszałamiające albo wstrząsające – sami zobaczycie za tydzień. Dobra, to usłyszycie.
Ola: Do usłyszenia. Cześć.
Źródła
* https://en.wikipedia.org/wiki/Spacecraft_cemetery
* https://www.bbc.com/future/article/20231006-the-soviet-spacecraft-cemetery-in-the-pacific
* https://www.space.com/spacecraft-deorbiting-over-earth-oceans-ethical-concerns
* https://starlust.org/point-nemo-spacecraft-cemetery/
* https://en.wikipedia.org/wiki/Mir
* https://en.wikipedia.org/wiki/R%27lyeh
* https://pl.wikipedia.org/wiki/Biegun_niedost%C4%99pno%C5%9Bci
* https://www.historydefined.net/point-nemo/
* https://en.wikipedia.org/wiki/Deorbit_of_Mir
* Punkt Nemo na Mapach Google: https://www.google.com/maps/place/48%C2%B052'36.0%22S+123%C2%B023'36.0%22W/@-50.5744153,-132.8294037,3805533m/data=!3m1!1e3!4m4!3m3!8m2!3d-48.876667!4d-123.393333?hl=en&entry=ttu
Źródła
- en.wikipedia.org/wiki/Spacecraft_cemetery
- bbc.com/future/article/20231006-the-soviet-spacecraft…
- space.com/spacecraft-deorbiting-over-earth-oceans-ethic…
- starlust.org/point-nemo-spacecraft-cemetery/
- en.wikipedia.org/wiki/Mir
- en.wikipedia.org/wiki/R%27lyeh
- pl.wikipedia.org/wiki/Biegun_niedost%C4%99pno%C5%9Bci
- historydefined.net/point-nemo/
- en.wikipedia.org/wiki/Deorbit_of_Mir
- Punkt Nemo na Mapach Google
